piątek, 16 stycznia 2026

The Confront Recordings’ fresh outfit: Dark Kitchen, Towers of Silence, Tapsalteerie, Be S-Mart and the other stories!


Brytyjski label Confront Recordings, dowodzony już trzecią dekadę lat przez wiolonczelistę i perkusjonalistę Marka Wastella, dostarczył w trakcie ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku aż siedem nowości. Zaglądamy dziś do nich wszystkich, niektórym poświęcając dużo uwagi, inne anonsując kilkoma rozbudowanymi zdaniami.

Dodajmy, iż pierwsza z omawianych płyt, podobnie jak trzy inne, wydane wcześniej, trafiła na trybunową listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Innymi słowy, ów rok był dla wydawnictwa i artystów z nim związanych wyjątkowo udany.

 


Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

Dark Kitchen Studios, Londyn, kwiecień 2023: Tom Jackson – klarnet oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 41 minut.

Zaczynamy od perły w koronie confrontowych nowości i dwóch brytyjskich muzyków (już) średniego pokolenia, których albumy wielbiliśmy na tych łamach nie jeden, nie dwa razy. Ich Ciemna Kuchnia, to akustyczna, skupiona, chwilami niezwykle minimalistyczna improwizacja, pełna brzmieniowych zdobień, świetnie unerwiona, dobrze ważąca każdą frazę, czy zwrot dramaturgiczny.

Pierwsza odsłona albumu trwa dwadzieścia minut, a jej spokojny, minimalistyczny początek inwokują delikatnie rezonująca tuba klarnetu i gitara, która stawia stemple obecności. Ważnym elementem tej fazy utworu jest także cisza. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty artyści zaczynają frazować nieco intensywniej, plotąc drobne, klarnetowe melodie i kreśląc wymyślne, gitarowe zygzaki. Nie unikają mrocznych zakamarków, ale potrafią też nieźle hałasować. Drugą część otwiera samotnie klarnecista, intrygująco brudząc brzmienie. Gitarzysta, choć wciąż minimalistyczny, zdaje się być teraz bardziej aktywny, a cała opowieść wpada w rozhuśtany rytm i nabiera interesującej dynamiki. W trzeciej improwizacji muzycy stoją na palcach i starają się nie mącić nadmiernie ciszy panującej wokół. Tuba oddycha, gitara śle filigranowe flażolety. Ale i w tej odsłonie albumu w końcu odnajdują dynamikę. Finałowa opowieść zaczyna się na samym dnie ciszy. Mikro melodie i delikatnie głaskane struny lepią się w pożegnalną narrację, niekiedy bolesną, a w dalszej fazie także specyficznie agresywną i zaskakująco taneczną.

 


Don Malfon & Vasco Trilla Towers of Silence

Thriller Underground Facilities, Barcelona, luty 2024: Don Malfon – saksofon altowy, barytonowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Sześć Improwizacji, 44 minuty.

Czas na spotkanie z naszymi bardzo dobrymi znajomymi z Barcelony. Malfon i Trilla grywali już razem tysiące razy (choćby na pewnej krajowej, czarno-czerwonej płycie), ale w duecie debiutują. Ich nagranie to wyjątkowa symfonia rezonansu. Nie znajdziecie tu fraz typowych dla saksofonu i perkusji, raczej zapadniecie się w mroczną pieczarę rytualnego lewitowania.

Pierwsza, dziesięciominutowa improwizacja idealnie wprowadza nas w klimat nagrania. Rezonują perkusyjne talerze i inne metalowe przedmioty - brzmienia dość typowe dla solowych ekspozycji Trilli w jego mistrzowskiej formule no drumming percussion. Z tuby saksofonu dochodzi mieszanka szumu i pisku, wszystko w niej drży i pulsuje mroczną, złowieszczą akustyką. Ów rytuał piekielnego wyniesienia bywa nawet śpiewny, ale to melodia umierania. Na koniec biją niebiańskie dzwony, a saksofon cicho lamentuje. W kolejnych pięciu improwizacjach muzycy pozostają w tym tajemniczym, niekiedy onirycznym klimacie. W drugiej części słyszymy wyjątkowo nisko osadzony drumming, ale to ledwie dalekie tło. Bardzo często narracja obu muzyków pnie się ku górze i krzyczy mocą coraz wyżej posadowionego, metalicznego rezonansu. W czwartej odsłonie ów krzyk wyłania z najgłębszych pokładów ciszy, z kolei w piątej zdaje się być pieśnią dogorywającego kojota. W tej części można odnieść wrażenie, że brzmienie instrumentów jest bardziej selektywne i bez trudu można wskazać, który z artystów odpowiedzialny jest za dany dźwięk. W finałowej improwizacji Trilla dodaje nowe, filigranowe, jakby strunowe akcenty, powracają monumentalne dzwony, a tuba saksofonu Malfona szumi niczym odrzutowiec przygotowujący się do ostatniego lotu.

 


Khabat Abas & Ivor Kallin Tapsalteerie, Depicted in Echo

Goldsmiths Electronic Music Studios, Londyn, czerwiec 2024: Khabat Abas – wiolonczela, obiekty oraz Ivor Kallin - altówka, głos. Jedna improwizacja, 40 minut.

Dwa instrumenty strunowe, obiekty, preparacje i tajemniczy, nieco zawadiacki głos – definitywnie lubimy takie sytuacje, zwłaszcza, gdy pośród podmiotów wykonawczych odnajdujemy artystów, z których sztuką improwizacji nie mieliśmy jeszcze do czynienia (przynajmniej w wymiarze fonograficznym).

Nagranie, to nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, na ogół z ciekawie zarysowaną dramaturgią, ale także momentami narracyjnej flauty. Początek syci się wyjątkowo suchymi dźwiękami z gryfów obu instrumentów. W toku opowieści bywa jednak, że frazy typowo strunowe stają się niejako dodatkiem do akcji z obiektami, preparacji i innych, dość tajemniczych zjawisk fonicznych, w tym anonsowanego głosu męskiego. Artyści okazjonalnie podnoszą tempo ekspozycji, ale lubią także zapadać się w medytującej, nieco poszarpanej, nielinearnej narracji, która kojarzy się z nagraniami brytyjskiej klasyki wolnej improwizacji, takiej jak choćby formacja People Band z końca lat 60. ubiegłego stulecia. Generalnie muzycy dobrze czują się w sytuacji ciągłej zmiany. Z ważniejszych wydarzeń spektaklu odnotujmy jeszcze udaną fazę smyczkowej melodyki po upływie pierwszego kwadransa, a także ewidentny wzrost aktywności po upływie kolejnego kwadransa. Ostatnie kilka minut improwizacji, to garść pożegnalnych pojękiwań, które lepią się w zaskakująco spójną końcową prostą.

 


Steve Beresford, Pierpaolo Martino & Mark Sanders Be S-Mart

Bari in Jazz Festival, Minareto di Fasano, sierpień 2024: Steve Beresford – piano, także preparowane, elektronika, obiekty, Pierpaolo Martino – kontrabas, elektronika oraz Mark Sanders – perkusja. Dwie improwizacje, 44 minuty.

Dwaj legendarni improwizatorzy ze Zjednoczonego Królestwa wylądowali poprzedniego lata na jazzowym festiwalu we włoskim Bari. We trio z tamtejszym kontrabasistą zagrali ciekawy set, który biorąc pod uwagę współczesne portfolio Londyńczyków wydać się może aż nazbyt jazzowy. Duża w tym zasługa Włocha, który z uporem godnym lepszej sprawy buduje tu linearną, melodyjną i permanentnie rytmiczną sytuację sceniczną. Jakkolwiek całości słucha się naprawdę dobrze!

Open jazzowa inauguracja koncertu szyta jest melodią z fortepianowej klawiatury z post-klasycznym zacięciem i energicznym groove sekcji rytmu w niebanalnym, nieco progresywnym metrum. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli ten cały jazz rozszarpać na kawałki. Opamiętanie przychodzi już po kilku minutach, gdy pojawiają się pierwsze frazy inside piano, plamy elektroniki i drobne preparacje na werblu. Artyści raz za razem popadają tu w mrok post-jazzowej melancholii, ale każdorazowo, już po upływie kilku chwil, rytmicznie i melodyjnie usposobiony kontrabasista wywleka ich na powierzchnie jazzowej opowieści. Bywa, że basista prezentuje tu prawdziwie rockową ekspresję. W okolicach dwudziestej minuty mamy dłuższy, wystudzony interwał, po którym trio wpada w definitywnie dynamiczny tryb i sprawnie osiąga finał seta zasadniczego. Blisko dziesięciominutowy bis jeszcze mocniej osiada na jazzowej kanwie, a mistrzem ceremonii staje się tylko i wyłącznie gospodarz. Prezentuje ciekawą ekspozycję solową, ale nie przystaje budować rytmicznej i niekiedy bardzo ekspresyjnej narracji.

 

*****

 

Cztery wyżej omówione nowości ostatniego kwartału uzupełniają jeszcze trzy albumy - jeden dość nietypowy, dwa kolejne niemal bliźniacze, ale w sumie … bardzo od siebie różne.

  


Confront Recordings jest labelem skoncentrowanym na muzyce improwizowanej, ale od czasu do czasu w jego katalogu pojawiają się nagrania komponowanej muzyki współczesnej. Takim albumem jest podwójne wydawnictwo Within (2) / Appearance (2) zawierające dwie kompozycje Michaela Pisaro-Liu w wykonaniu kontrabasisty Michaela Francisa Ducha i samego kompozytora (na gitarze elektrycznej, na drugiej z nich). Dwie godzinne ekspozycje stanowić mogą spore wyzwanie dla słuchaczy nieczęsto obcujących z minimalistycznymi, redukcjonistycznymi, jakże konceptualnymi propozycjami dźwiękowymi, których ważnym i rozbudowanym w wymiarze czasowym elementem gry jest cisza. Dużo w tej muzyce matematyki i brzmieniowych, tudzież artykulacyjnych niuansów, zatem to trochę muzyka dla muzyków, ale warto się w nią zagłębić, choćby po to, by na dwie godziny skutecznie odpłynąć i nie myśleć o codziennych problemach improwizowanego świata realnego. Pomocna dla percepcji albumu jest rozmowa, jaką prowadzą kompozytor i kontrabasista, a która zamieszczona jest wewnątrz okładki kompaktowego wydania.

 


Kolejne dwie premiery, to albumy muzyków brytyjskich z tzw. dalszego planu niekończącej się gromady wyśmienitych improwizatorów tamtych ziem. Oba nagrania firmują duety, w obu mamy de facto spotkanie instrumentów perkusyjnych i klawiszowych.

Na albumie Metalurgia improwizują Francis Comyn na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Adam Fairhall na instrumentach klawiszowych (elektrycznym, akustycznym, a także toy piano, w każdym przypadku z dopiskiem preparowane). Dziewięć improwizacji jest tu efektem kilku spotkań artystów na przestrzeni roku. Część nagrań jest niezwykle filigranowa, bazuje niemal wyłącznie na frazach akustycznych, głównie perkusjonalnych, niekiedy nabierając rytualnego, a nawet sakralnego charakteru. Ciekawiej wszakże prezentują się nagrania z udziałem preparowanego electric piano, które wnoszą do improwizacji więcej emocji, brzmieniowego brudu i pewnej narracyjnej dezynwoltury. Pod tym względem na szczególną uwagę zasługują utwory trzeci, siódmy i dziewiąty.

 


W przypadku albumu Apophony firmowanego przez Stuarta Wildinga i Mike’a Adcocka sytuacja instrumentalna jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, albowiem wylistowanie wszystkich narzędzi, których użyto do stworzenia ośmiu improwizacji zajęło by zapewne pół tego tekstu – w sumie, to 22 różne instrumenty i obiekty mogące nosić takie miano (po szczegóły odsyłamy na stronę bandcampową CR). Co nie zmienia faktu, iż Wilding pełni tu nade wszystko rolę perkusjonalisty, a Adcock głównie pianisty i akordeonisty. Stylistyka albumu jest bardzo różnicowana, miewa posmak folkowy, bywa rytualna, czy wręcz medytacyjna. W utworach trzecim i piątym intrygująco matowo brzmi akustyczne piano, w dwóch ostatnich przestrzeń nagrania zawłaszczają szerokie pasma akordeonowych dronów. Spotkanie Stuarta i Mike’a bywa też dla obu dobrą zabawą, choć czasami brakuje w niej dramaturgii. Warto podkreślić, iż ów niemal godzinny album, to rejestracja jednego koncertu.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz