Brytyjski label Confront Recordings, dowodzony już trzecią dekadę lat przez wiolonczelistę i perkusjonalistę Marka Wastella, dostarczył w trakcie ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku aż siedem nowości. Zaglądamy dziś do nich wszystkich, niektórym poświęcając dużo uwagi, inne anonsując kilkoma rozbudowanymi zdaniami.
Dodajmy, iż pierwsza z omawianych płyt, podobnie jak trzy
inne, wydane wcześniej, trafiła na trybunową listę 50 powodów, dla których warto
zapamiętać rok 2025. Innymi słowy, ów rok był dla wydawnictwa i artystów z
nim związanych wyjątkowo udany.
Tom Jackson
& Daniel Thompson Dark Kitchen
Dark Kitchen Studios, Londyn, kwiecień 2023: Tom
Jackson – klarnet oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Cztery
improwizacje, 41 minut.
Zaczynamy od perły w koronie confrontowych nowości i
dwóch brytyjskich muzyków (już) średniego pokolenia, których albumy wielbiliśmy
na tych łamach nie jeden, nie dwa razy. Ich Ciemna Kuchnia, to akustyczna,
skupiona, chwilami niezwykle minimalistyczna improwizacja, pełna brzmieniowych zdobień,
świetnie unerwiona, dobrze ważąca każdą frazę, czy zwrot dramaturgiczny.
Pierwsza odsłona albumu trwa dwadzieścia minut, a jej spokojny,
minimalistyczny początek inwokują delikatnie rezonująca tuba klarnetu i gitara,
która stawia stemple obecności. Ważnym elementem tej fazy utworu jest także
cisza. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty artyści zaczynają frazować nieco
intensywniej, plotąc drobne, klarnetowe melodie i kreśląc wymyślne, gitarowe zygzaki.
Nie unikają mrocznych zakamarków, ale potrafią też nieźle hałasować. Drugą część
otwiera samotnie klarnecista, intrygująco brudząc brzmienie. Gitarzysta, choć
wciąż minimalistyczny, zdaje się być teraz bardziej aktywny, a cała opowieść
wpada w rozhuśtany rytm i nabiera interesującej dynamiki. W trzeciej improwizacji
muzycy stoją na palcach i starają się nie mącić nadmiernie ciszy panującej wokół.
Tuba oddycha, gitara śle filigranowe flażolety. Ale i w tej odsłonie albumu w
końcu odnajdują dynamikę. Finałowa opowieść zaczyna się na samym dnie ciszy.
Mikro melodie i delikatnie głaskane struny lepią się w pożegnalną narrację, niekiedy
bolesną, a w dalszej fazie także specyficznie agresywną i zaskakująco taneczną.
Don Malfon &
Vasco Trilla Towers of Silence
Thriller
Underground Facilities, Barcelona, luty 2024: Don Malfon – saksofon altowy, barytonowy oraz Vasco
Trilla – instrumenty perkusyjne. Sześć Improwizacji, 44 minuty.
Czas na spotkanie z naszymi bardzo dobrymi znajomymi z
Barcelony. Malfon i Trilla grywali już razem tysiące razy (choćby na pewnej krajowej,
czarno-czerwonej płycie), ale w duecie debiutują. Ich nagranie to wyjątkowa
symfonia rezonansu. Nie znajdziecie tu fraz typowych dla saksofonu i perkusji, raczej
zapadniecie się w mroczną pieczarę rytualnego lewitowania.
Pierwsza, dziesięciominutowa improwizacja idealnie wprowadza
nas w klimat nagrania. Rezonują perkusyjne talerze i inne metalowe przedmioty -
brzmienia dość typowe dla solowych ekspozycji Trilli w jego mistrzowskiej
formule no drumming percussion. Z tuby saksofonu dochodzi mieszanka
szumu i pisku, wszystko w niej drży i pulsuje mroczną, złowieszczą akustyką. Ów
rytuał piekielnego wyniesienia bywa nawet śpiewny, ale to melodia umierania. Na
koniec biją niebiańskie dzwony, a saksofon cicho lamentuje. W kolejnych pięciu
improwizacjach muzycy pozostają w tym tajemniczym, niekiedy onirycznym
klimacie. W drugiej części słyszymy wyjątkowo nisko osadzony drumming,
ale to ledwie dalekie tło. Bardzo często narracja obu muzyków pnie się ku górze
i krzyczy mocą coraz wyżej posadowionego, metalicznego rezonansu. W czwartej odsłonie
ów krzyk wyłania z najgłębszych pokładów ciszy, z kolei w piątej zdaje się być pieśnią
dogorywającego kojota. W tej części można odnieść wrażenie, że brzmienie instrumentów
jest bardziej selektywne i bez trudu można wskazać, który z artystów
odpowiedzialny jest za dany dźwięk. W finałowej improwizacji Trilla dodaje
nowe, filigranowe, jakby strunowe akcenty, powracają monumentalne dzwony, a
tuba saksofonu Malfona szumi niczym odrzutowiec przygotowujący się do
ostatniego lotu.
Khabat Abas
& Ivor Kallin Tapsalteerie, Depicted in Echo
Goldsmiths
Electronic Music Studios, Londyn, czerwiec 2024: Khabat Abas – wiolonczela, obiekty oraz Ivor
Kallin - altówka, głos. Jedna improwizacja, 40 minut.
Dwa instrumenty strunowe, obiekty, preparacje i tajemniczy,
nieco zawadiacki głos – definitywnie lubimy takie sytuacje, zwłaszcza, gdy pośród
podmiotów wykonawczych odnajdujemy artystów, z których sztuką improwizacji nie mieliśmy
jeszcze do czynienia (przynajmniej w wymiarze fonograficznym).
Nagranie, to nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, na ogół
z ciekawie zarysowaną dramaturgią, ale także momentami narracyjnej flauty. Początek
syci się wyjątkowo suchymi dźwiękami z gryfów obu instrumentów. W toku
opowieści bywa jednak, że frazy typowo strunowe stają się niejako dodatkiem do akcji
z obiektami, preparacji i innych, dość tajemniczych zjawisk fonicznych, w tym
anonsowanego głosu męskiego. Artyści okazjonalnie podnoszą tempo ekspozycji,
ale lubią także zapadać się w medytującej, nieco poszarpanej, nielinearnej
narracji, która kojarzy się z nagraniami brytyjskiej klasyki wolnej
improwizacji, takiej jak choćby formacja People Band z końca lat 60. ubiegłego stulecia.
Generalnie muzycy dobrze czują się w sytuacji ciągłej zmiany. Z ważniejszych wydarzeń
spektaklu odnotujmy jeszcze udaną fazę smyczkowej melodyki po upływie pierwszego
kwadransa, a także ewidentny wzrost aktywności po upływie kolejnego kwadransa. Ostatnie
kilka minut improwizacji, to garść pożegnalnych pojękiwań, które lepią się w zaskakująco
spójną końcową prostą.
Steve
Beresford, Pierpaolo Martino & Mark Sanders Be S-Mart
Bari in Jazz Festival, Minareto di Fasano, sierpień
2024: Steve Beresford – piano, także preparowane, elektronika, obiekty,
Pierpaolo Martino – kontrabas, elektronika oraz Mark Sanders – perkusja. Dwie
improwizacje, 44 minuty.
Dwaj legendarni improwizatorzy ze Zjednoczonego Królestwa wylądowali
poprzedniego lata na jazzowym festiwalu we włoskim Bari. We trio z tamtejszym
kontrabasistą zagrali ciekawy set, który biorąc pod uwagę współczesne portfolio
Londyńczyków wydać się może aż nazbyt jazzowy. Duża w tym zasługa Włocha, który
z uporem godnym lepszej sprawy buduje tu linearną, melodyjną i permanentnie
rytmiczną sytuację sceniczną. Jakkolwiek całości słucha się naprawdę dobrze!
Open jazzowa inauguracja koncertu szyta jest melodią
z fortepianowej klawiatury z post-klasycznym zacięciem i energicznym groove
sekcji rytmu w niebanalnym, nieco progresywnym metrum. Muzycy sprawiają wrażenie,
jakby chcieli ten cały jazz rozszarpać na kawałki. Opamiętanie przychodzi już
po kilku minutach, gdy pojawiają się pierwsze frazy inside piano, plamy elektroniki
i drobne preparacje na werblu. Artyści raz za razem popadają tu w mrok
post-jazzowej melancholii, ale każdorazowo, już po upływie kilku chwil, rytmicznie
i melodyjnie usposobiony kontrabasista wywleka ich na powierzchnie jazzowej opowieści.
Bywa, że basista prezentuje tu prawdziwie rockową ekspresję. W okolicach dwudziestej
minuty mamy dłuższy, wystudzony interwał, po którym trio wpada w definitywnie
dynamiczny tryb i sprawnie osiąga finał seta zasadniczego. Blisko dziesięciominutowy
bis jeszcze mocniej osiada na jazzowej kanwie, a mistrzem ceremonii staje się
tylko i wyłącznie gospodarz. Prezentuje ciekawą ekspozycję solową, ale nie przystaje
budować rytmicznej i niekiedy bardzo ekspresyjnej narracji.
*****
Cztery wyżej omówione nowości ostatniego kwartału uzupełniają
jeszcze trzy albumy - jeden dość nietypowy, dwa kolejne niemal bliźniacze, ale
w sumie … bardzo od siebie różne.
Confront Recordings jest labelem skoncentrowanym na muzyce improwizowanej,
ale od czasu do czasu w jego katalogu pojawiają się nagrania komponowanej
muzyki współczesnej. Takim albumem jest podwójne wydawnictwo Within (2) /
Appearance (2) zawierające dwie kompozycje Michaela Pisaro-Liu w
wykonaniu kontrabasisty Michaela Francisa Ducha i samego kompozytora (na gitarze elektrycznej,
na drugiej z nich). Dwie godzinne ekspozycje stanowić mogą spore wyzwanie dla słuchaczy
nieczęsto obcujących z minimalistycznymi, redukcjonistycznymi, jakże konceptualnymi
propozycjami dźwiękowymi, których ważnym i rozbudowanym w wymiarze czasowym elementem
gry jest cisza. Dużo w tej muzyce matematyki i brzmieniowych, tudzież artykulacyjnych
niuansów, zatem to trochę muzyka dla muzyków, ale warto się w nią zagłębić,
choćby po to, by na dwie godziny skutecznie odpłynąć i nie myśleć o codziennych
problemach improwizowanego świata realnego. Pomocna dla percepcji albumu jest
rozmowa, jaką prowadzą kompozytor i kontrabasista, a która zamieszczona jest wewnątrz
okładki kompaktowego wydania.
Kolejne dwie premiery, to albumy muzyków brytyjskich z tzw. dalszego
planu niekończącej się gromady wyśmienitych improwizatorów tamtych ziem. Oba
nagrania firmują duety, w obu mamy de facto spotkanie instrumentów
perkusyjnych i klawiszowych.
Na albumie Metalurgia improwizują Francis
Comyn na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Adam Fairhall na
instrumentach klawiszowych (elektrycznym, akustycznym, a także toy piano,
w każdym przypadku z dopiskiem preparowane). Dziewięć improwizacji jest
tu efektem kilku spotkań artystów na przestrzeni roku. Część nagrań jest niezwykle
filigranowa, bazuje niemal wyłącznie na frazach akustycznych, głównie
perkusjonalnych, niekiedy nabierając rytualnego, a nawet sakralnego charakteru.
Ciekawiej wszakże prezentują się nagrania z udziałem preparowanego electric
piano, które wnoszą do improwizacji więcej emocji, brzmieniowego brudu i
pewnej narracyjnej dezynwoltury. Pod tym względem na szczególną uwagę zasługują
utwory trzeci, siódmy i dziewiąty.
W przypadku albumu Apophony firmowanego przez Stuarta
Wildinga i Mike’a Adcocka sytuacja instrumentalna jest zdecydowanie
bardziej skomplikowana, albowiem wylistowanie wszystkich narzędzi, których
użyto do stworzenia ośmiu improwizacji zajęło by zapewne pół tego tekstu – w
sumie, to 22 różne instrumenty i obiekty mogące nosić takie miano (po
szczegóły odsyłamy na stronę bandcampową CR). Co nie zmienia faktu, iż Wilding
pełni tu nade wszystko rolę perkusjonalisty, a Adcock głównie pianisty i
akordeonisty. Stylistyka albumu jest bardzo różnicowana, miewa posmak folkowy, bywa
rytualna, czy wręcz medytacyjna. W utworach trzecim i piątym intrygująco matowo
brzmi akustyczne piano, w dwóch ostatnich przestrzeń nagrania zawłaszczają szerokie
pasma akordeonowych dronów. Spotkanie Stuarta i Mike’a bywa też dla obu dobrą
zabawą, choć czasami brakuje w niej dramaturgii. Warto podkreślić, iż ów niemal
godzinny album, to rejestracja jednego koncertu.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz