wtorek, 13 września 2016

Test – miłosna strona muzycznej dekadencji


Gdy trzy dekady temu odważnie wkraczałem w wiek dorosły, funkcjonowało w świecie kultury określenie na zjawiska i incydenty artystyczne, które idealnie opisywało relacje między wyjątkowym dziełem sztuki, a pozostającym w pozycji ugiętych kolan jego zauroczonym odbiorcą. Potem określenie to stało się zręcznym narzędziem marketerów i całkowicie zatraciło swój sens.

Dziś, gdy trafia do nas piąta płyta freejazzowej efemerydy Test, aż prosi się by nazwać ją tym określeniem. Tak, bezwzględnie, grupa stworzona wokół niezwykłej postaci nowojorskiego undergroundu sprzed dwóch, trzech, a nawet czterech dekad, jaką był perkusista Tom Bruno, zasługuje na miano… kultowej!

Od razu zaznaczmy, że Tom Bruno od czterech lat gra już wyłącznie z aniołami (lub diabełkami) w dalekich zaświatach, a Test jako czteroosobowy ansambl zakończył swój artystyczny żywot mniej więcej w połowie poprzedniej dekady (wyłączając okazjonalne koncerty w kolejnych latach). Co więcej, swą kilkunastoletnią aktywną działalność koncertową dokumentował fonograficznie jedynie w trakcie trzech ostatnich lat XX wieku.

Tym większą zatem atrakcją dla całej sceny muzyki improwizowanej jest fakt wydania dziś dwupłytowego zestawu nagrań koncertowych Test, ze słynnego klubu Freda Andersona Velvet Lounge, pod ujmującym tytułem Always Coming From The Love Side *) (Eremite Records, 2016). Dwie godziny muzyki z 13 listopada 1999r., podane na dwóch dyskach, w pięciu odcinkach, bez tytułów. Nim jednak podzielę się wrażeniami z odsłuchu, drobny rys historyczny.


Tom Bruno (ur. 1937; są źródła wskazujące na rok… 1932), nowojorski outsider, freak i pełnokrwisty szaleniec, drumerskiego abecadła uczył się grając solo w ... metrze i na ulicach Wielkiego Jabłka. Żył i oddychał wyłącznie muzyką. Od czasu do czasu ktoś zmuszał go do rejestrowania nagrań i … incydentalnego wydawania płyt. Na przestrzeni lat 1975-1995 doliczyłem się ledwie kilku wydawnictw. O nich opowiem później.

W pewnym momencie, do grania w miejscach publicznych, Tom zaprosił swoich nieco młodszych i równie jak on, zakręconych muzyków, którzy nie bardzo mieli inny pomysł na spędzanie czasu w wielkim mieście. Prawdopodobnie już pod koniec lat 80. do perkusisty dołączyli doskonale nam dzisiaj znani, tym bardziej cenieni, saksofoniści – Sabir Mateen (ur. 1951) i Daniel Carter (ur.1945). Kontrabasiści w następnych latach na tyle często zmieniali się, że ich nazwiska z dzisiejszego punktu widzenia nie są istotne. Jednakże w połowie kolejnej dekady do trupy ulicznych grajków dołączył Matthew Heyner (ur. 1972), dziś także istotne nazwisko na scenie freejazzowej NY. Być może młodziak tchnął w znacznie starszych kolegów nieco ognia, być może zwrócił uwagę, że ich wspaniałą muzykę, które ginęła w hałasie metra czy topiła się w smogu ulicy, warto rejestrować i wydawać na płytach. Tego wątku nie potwierdzimy dziś, jakkolwiek mniej więcej tuż po połowie ostatniej dekady XX wieku Test … zaczął dokumentować fonograficznie koncerty, ba, nawet pojawiać się w miejscach służących po profesjonalnego rejestrowania nagrań bez udziału publiczności! Zatem dzięki kilku karkołomnym zbiegom okoliczności, pod sam już koniec minionego tysiąclecia, świat ujrzały cztery wydawnictwa podpisane przez Test.

Najpierw było to winyl Ahead! (Jazz Ramwong Records/ Eremite Records/ Father Yod, 1998; jak podaje discogs.com – pierwsza nazwa to swoiste joint venture dwóch pozostałych wydawców). Na płycie dwa fragmenty z tytułami: Test Ahead i Thurston For Certain. Nie wiemy, gdzie i kiedy powstały te nagrania. Rzecz jasna nie znamy też muzyki. Jak ktoś ma tę płytę, proszę o pilny kontakt.

W roku 1998 Test trafia do studia nagraniowego AUM Hi-Q na Brooklynie i rejestruje pięć fragmentów muzycznych, które po roku trafiają na CD Test (AUM Fidelity, 1999). Płyta od dawna ma status out of print. Szczęśliwie jest ona obecnie dostępna w całości na youtube. W zakresie użytego instrumentarium warto zauważyć, że zarówno Carter, jak i Mateen grają na alcie, tenorze, flecie i … użyczają swojego głosu. Dodatkowo Carter sięga po trąbkę, a Mateen po klarnet. I tak to wygląda, w zasadzie, na każdym dostępnym nagraniu grupy.





W tymże samym roku 1999, za pośrednictwem Ecstatic Peace!, labela założonego przez gitarzystę Sonic Youth, Thurstona Moore’a, ukazuje się kolejna płyta, także zatytułowana jakże skromnie… Test. Przynosi trzy bardzo długie i istotnie… majestatyczne, freejazzowe opowieści. Nagrania zarejestrowano zaś trzy lata wcześniej w nowojorskim studiu Second Home, zatem być może są to najstarsze nagrania kwartetu. Onegdaj płyta ta była dostępna na blogu Inconstant Sol, w formie dobrej jakości plików muzycznych. Dodajmy, że znalazła się tam za zgodą wydawcy.

Wreszcie rok 2000. Wtedy to czujny eksplorator muzycznego undergroundu wschodniej Ameryki, Michael Ehlers i jego … kultowa stajnia Eremite, wydają fragmenty dwóch koncertów Test z amerykańskiej trasy, która miała miejsce w roku 1998 (Baltimore 2, Boston 2). Krążek CD nazywa się Live (Eremite Records, 2000). Status w sklepie wytwórni – out of print, tak mniej więcej od dekady. I znów, w próbie dotarcia do tej muzyki wspomaga nas youtube, gdzie odnalazłem blisko 100-minutowy koncert Test z Atlanty, z tej samej trasy, o dobrej jakości dźwięku**).

By zamknąć wątek dostępnych koncertów Test w formie wizualnej, warto na tejże samej stronie odszukać 34-minutowy zapis koncertu z wczesnych lat 90. (Live At CB 313 Gallery, NY), gdzie na basie (elektrycznym!) gra niejaki Poki Hudgins, a Tom Bruno ubrany jest w garnitur i muszkę!

Tyle fakty, czas zatem na muzykę. Istotnie powiększony, najnowszym wydawnictwem Eremite, dorobek dyskograficzny kwartetu można podzielić na dwa kluczowe podzbiory. Pierwszym niech będą rejestracje koncertowe (dwie pozycje), drugim zaś spotkania studyjne (trzy pozycje).


Z oczywistych względów – czego dowodzi rys historyczny – naturalnym środowiskiem dla kreowania wolnej, improwizowanej muzyki Test jest okoliczność koncertowa, w trakcie której muzycy czują się jak ryby w wodzie, a poziom ekspresji i konstruktywnego zaangażowania w proces kreacji rośnie w tempie geometrycznym, adekwatnym do pokrętnej rzeczywistości przestrzeni publicznej. Jeśli szukać kluczowych słów, opisujących koncertowe oblicze Test, to najbliższe zdają się być intensywność, kolektywność i transparentność. W szerokich ramach zakreślonych tymi epitetami dzieje się muzyka o ekstremalnie otwartej formule. Wielokierunkowy flow perkusisty, którego bardzo oryginalne i istotnie osobne, dynamiczne bębnienie przywołuje echa gry takich tuzów free jazzu, jak Rasheed Ali, czy Sunny Murray. Wszakże od razu zaznaczmy, że Bruno to facet o białym kolorze skóry i to słychać w jego muzyce. Jego, chwilami transowy sposób kreowania rytmu, ma także swoje korzenie w estetyce… rockowej, a częste granie stopą (czasami to jego główna zabawka w zestawie perkusyjnym), nadaje całej grupie bardzo surowy i krzepki wymiar (niczym bijące serce!). Harmolodyczna, post-aylerowska jest praca Cartera i Mateena na przeróżnych instrumentach dętych. W poczuciu absolutnej swobody, każdy z nich plecie jakby swoją opowieść, swoją historię, a momenty konwersji czy punktów stycznych ekscytują, mając za podstawowe parametry melodykę Cartera i drapieżność Mateena. Na ogół grają oni równocześnie, stanowiąc jakby wzajemne, lustrzane odbicie (lubią w danym momencie grać na takich samych instrumentach). Gdy instrument jednego z nich na moment milknie, odzywa się gardło i plemienne nawoływania do eskalowania przez współpartnera intensywności improwizacji. Harmonijmy i niezwykle dynamiczny jest puls kontrabasu Heynera, który w wyniku drobnej amplifikacji, brzmi jak instrument legendarnego Johnny’ego Dyani w formacji Detail, u boku Johna Stevensa i Frode Gjerstada. Gdy muzyk sięga po smyczek, generuje pokłady niebywale niskich częstotliwości, które sprawiają, że eskapady dęciaków i okrężnego pulsu perkusji, nie unoszą jednak całego bandu ku niebu, a my wciąż możemy słuchać tej niesamowitej muzyki, mając kontakt z podłożem. Przeskalowane rejestry dęciaków, żywioł sekcji, innymi słowy - wulkan energii, krzyk i wrzask (poza Heynerem, wszyscy realizują się także na tym polu). Wedle słów grupy widzów, wypowiedzianych w trakcie jednego z ulicznych koncertów, muzycy Test przypominają japońskich żołnierzy, którzy po wyjściu z jaskini, nie wiedzą, że druga wojna światowa już się zakończyła!


Nieco inne jest oblicze grupy w okolicznościach studyjnych. Oczywiście otwarta formuła uprawiania swobodnej improwizacji ciągle jest tu punktem wyjścia, jednakże na płytach Test bez oklasków, nie brakuje spokojnych i nawet wyciszonych fragmentów (choćby duchowa wycieczka do wartości prymalnych na elegijnym wręcz First Peace That Ever Was, Is, To Be, blisko półgodzinnym otwarciu krążka wydanego dla Ecstatic Peace!). Urzekające piękno tej muzyki uderza w nas w trakcie odsłuchu, jeśli tylko stać nas na odrobinę skupienia, a coś na kształt powracającego motywu przewodniego, hymnu powszechnej miłości, zdziera z naszych głów naleciałości trywialnej rzeczywistości upiornego dnia codziennego. W tych wolniejszych tempach pojawiają się ciekawe harmonie (Carter i Mateen są wszak w tej dziedzinie mistrzami, czego nie raz doświadczyliśmy słuchając ich w ramach innych formacji free), duże są pokłady synergii i skupionej narracji (a serce wciąż bije, dzięki pobudzonej stopie perkusji). Gdy sięgniemy po huhuhuH (nite sounds on 5th), 25-minutowe otwarcie krążka dla AUM Fidelity, zaatakują nas spokojne pasaże nocnych rycerzy chwały, zagubionych w zakamarkach Piątej Alei. Smyczek Heynera rozdziera nam mroczny świat na jaśniejsze połówki, podkreślając ulotność dęciakowych skowytów. Po chwili w muzyków trafia piorun, a rozładowania energetyczne zdają się trudne do opanowania. Sabir wpada w samotny, ekstatyczny taniec na alcie, a po chwili w jego rolę wchodzi nadmiernie pobudzony Daniel i jego podziurawiona ekspresją trąbka. W międzyczasie dopada nas fletowy duet, uspakajający nocne służby miejskie, a wszystko kończy … taneczne (wokalne!) nawoływanie do bycia poza i wbrew wszystkiemu, w niesamowitym What RU Going 2 due?! 

Nagrania Test bez oklasków pokazują całą moc i wielkość otwartej formuły tego muzykowania. Moglibyśmy ten proces określić mianem płynnej transformacji freejazzowego kwartetu, w spójny i kompetentny ansamble free improvisation.


Na tle niebywale twórczej i obfitującej w niezwykłe nagrania, nowojorskiej sceny freejazzowej lat 90. ubiegłego stulecia, warto zauważyć (posiłkując się liner notes Michaela Ehlersa), iż o ile okrętem flagowym sceny był wówczas kwartet Davida S. Ware’a, o tyle pupilem undergroundu zdecydowanie Test. Ciekawie także wypada konfrontacja zdecydowanie otwartej formuły improwizacji tego ostatniego, z nieco bardziej usadowionymi w korzeniach jazzu, muzycznymi peregrynacjami na polu free, zespołów Williama Parkera, Jemeela Moondoca, czy Roya Campbella. Myślę, że do tych nagrań także warto nieustannie powracać.

Wieńcząc opowieść o Tomie Bruno i grupie Test, chciałbym także przywołać inne krążki z niezwykle … ubogiej dyskografii tego niezwykłego perkusisty.

Najpierw jego uliczny (kolejowy!) duet z Sabirem Mateenem, który stanowi oczywiste uzupełnienie historii Test. Nagranie wprost z New York Grand Central Station, poczynione w lutym 1995 (dokładne godziny rejestracji koncertu dostępne na okładce), a wydane pod tytułem Getting Away With Murder (Eremite Records, 1998). Free jazzowy flow zatopiony w halasie dworca, zapowiedzi pociągów, syren ostrzegawczych i szumu przemieszczających się pasażerów. Ten sam wydawca ujawnił na progu nowego tysiąclecia, solowy występ Toma Bruno z roku 1981. Krążek White Boy Blues (Eremite Records, 2000), to dokumentacja niezwykłego koncertu na perkusję, fortepian, głos i .. taniec.

Z lat 1976-84 pochodzą, dostępne jedynie na winylu, muzyczne spotkania Bruno z Ellen Christi, równie jak on, twórczą i szaloną, wokalistką i pianistką. Myślę tu o płycie w duecie The Sounds Of Love (N.Y.C.A.C. Records, 1976), a także o dwóch wydawnictwach ich wspólnej grupy The New York City Artists’ Collective (w kwartecie And You Ain’t Ready For This One Either, w oktecie Plays Butch Morris, oba krążki N.Y.C.A.C. Records, 1979/1984).

Duet z Ellen, nagrany w marcu 1976 roku na nowojorskiej ulicy, mówi nam wiele o tamtych czasach i muzycznym wizerunku Bruno. Minimalistyczna, całkowicie swobodna zabawa w głos i krzyk kobiecy, drobne instrumenty perkusyjne, dewastowanie fortepianu i finalne kawalkady free. Prosta, chwilami wręcz nieznośna, ale w efekcie niesamowita muzyka. Na okładce rozchełstana para na ławce w parku. Włosy Ellen tańczą na wietrze, a Tom, leżący tuż obok niej, w bujnej fryzurze, z włoskim wąsikiem pod nosem, przypomina umęczonego komediowymi gagami Bustera Keatona.


*) Tytuł płyty, to jedno z bardziej popularnych metafor (prawd objawionych?), jakie padały z ust Toma Bruno, wedle osób znających go osobiście, persony bardzo uduchowionej.

**) Nie mam w zwyczaju wstawiania linków, ułatwiających dotarcie do danego nagrania. Rozumiem, że miłośnicy muzyki improwizowanej dobrze radzą sobie z przeglądarkami internetowymi (wystarczy klikać Tom Bruno Test, a wszelkie zasoby będą nam udostępnione).


czwartek, 8 września 2016

Nate Wooley – Dancing with Strings


W czasach nadprodukcji dźwięków na scenie muzyki improwizowanej, w okolicznościach, które sprawiają, iż każdy koncert jest okazją do wydania płyty, uniknięcie kompulsywnego pędu do gonienia za nowościami jest prawie niemożliwe.

Sam tej galopadzie ulegam na każdym kroku, a dowodem, że nie kłamię, comiesięczne, wielostronicowe zbiorówki recenzji z nowości wydawniczych, które upubliczniam na tej stronie. Już dziś do kolejnej zbiorówki (drugiej części letniej) na krótkie omówienie czeka blisko… 20 nowych płyt.

U progu nowego miesiąca postanowiłem zaprotestować przeciwko temu procesowi i do samochodowego odtwarzacza wrzuciłem krążek jednego z moich ulubionych artystów, który światło dzienne ujrzał dwie epoki lodowcowe temu, czyli w roku 2010. Zachwycony muzyką na powrót odkrywaną, czynność tę kolejnego dnia powtórzyłem. W sumie sięgnąłem po cztery takie stare płyty i powstała mi z tego całkiem nowa opowieść. A było mi tym łatwiej, że wszystkie one zdruzgotały moje narządy słuchu swoją w oczywisty sposób fantastyczną muzyką. Niby pamiętałem o tym z poprzednich odsłuchów, ale ta prawda dnia, prawda ekranu uświadomiła mi całą absurdalność owej pogoni za nowym i niepoznanym, refleksją nad którą zacząłem dzisiejszego posta.

Cztery poniżej zaprezentowane krążki, nagrane przez wspaniałego, nowojorskiego trębacza Nate’a Wooleya w latach 2006-2011, łączy wspólna cecha. Wszystkie one powstały wyłącznie w towarzystwie instrumentów strunowych! A zatem niechybnie - swobodne Tańce ze Strunowcami!


Mary Halvorson/ Reuben Radding/ Nate Wooley  Crackleknob (hatOLOGY, 2009)

Cofnijmy się o pełną dekadę. Jest listopad 2006 roku, jesteśmy w Nowym Jorku, na Brooklynie, dokładnym będąc. Troje przyjaciół (jeden 40 letni, dwoje pozostałych tuż po trzydziestce) czas jakiś wspólnie koncertuje po lokalnych klubach. Wszyscy są zadowoleni z chemii, jak się wytworzyła w tej trzyosobowej grupie społecznej, zatem nie dziwi decyzja, by spotkać się w studiu nagraniowym (STATS) i udokumentować fonicznie kilka fajnych dźwięków.




Otóż i rzeczona trójka - kontrabasista Radding, muzyk o sporym już dorobku muzycznym, od kilkunastu lat wzięty muzyk na scenie downtownowej (ci z Was, którzy dwadzieścia lat temu upychali na półkach płyty z Knitting Factory, z pewnością zetknęli się z tym świetnym muzykiem), gitarzystka Halvorson, wtedy raczej na dorobku, znana głównie z kompetentnego partnerowania samemu Anthony’emu Braxtonowi, no i trębacz Wooley, podobnie jak Mary, jeszcze bez istotnego, autorskiego portfolio.

Muzycy rejestrują 50 minutowy materiał w dziesięciu odcinkach, o ciekawych, bardzo literackich tytułach (źródło inspiracji do odczytu wewnątrz opakowania). Nagranie rozpoczyna się w oparach niepokoju, generowanych przez dziki dźwięk kontrabasu, którego dobrze naoliwione struny zdziera kosmaty smyczek. Obok szumi lekko przegrzany wzmacniacz. Przez tą gęstą pajęczynę dźwięków nieśmiało przebija się Mary, używając gitary o delikatnie wzmocnionym soundzie. Zmyślnie improwizuje, trochę na uboczu i jakby w oczekiwaniu na jakąkolwiek podpowiedź rytmiczną ze strony kolegów. Ale nie w tym gronie, nie w tej okoliczności… Nate zawieszony po środku, wysokim i stosunkowo czystym tonem ochoczo wchodzi do gry. Trochę robi tu za porządkowego i szuka przestrzeni. Improwizacja biegnie nieśpiesznie, w formie krótkich, przemyślanych interwałów muzycznych, częściej w wymiarze kolektywnym niż solowym. Okazuje się, że Wooley lubi atakować znienacka. Daje się towarzystwu wyszumieć, często czeka aż Reuben i Mary powiedzą, co mają do powiedzenia, nieco się posprzeczają, a potem … nie bierze już jeńców. Sposób narracji na ogół wychodzi od strunowców (chwilami ich walking jest odrobinę natarczywy). Gdyby częściej oddawali prym pełnemu emocji i pomyślunku trębaczowi, całość byłaby dalece doskonalsza. A tak jest tylko świetna!


Nate Wooley/ Fred Lonberg-Holm/ Jason Roebke  Throw Down Your Hammer And Sing (Porter Records, 2009)

Tym razem nasz nowojorczyk w delegacji! Dociera do Wiecznego Miasta i z dwoma ekstremalnie kompetentnymi klientami, w okolicznościach studyjnych, popełnia… genialną płytę! Freda Lonberg-Holma na wiolonczeli (i elektronice!) nie trzeba w tym gronie specjalnie rekomendować. Myślę, że podobnie rzecz się ma z Jasonem Roebke, wyśmienitym kontrabasistą (dziś także band liderem i kompozytorem – niebawem coś Wam o tym opowiem!). Tu mamy rok 2007, rzucamy młotem, a zaraz potem śpiewamy. Dokładnie – to trzy instrumenty, wspierane zmyślną elektroniką, śpiewają.




Wooley, ordynarnie wciśnięty pomiędzy ostro preparujące wiolonczelę i kontrabas, niczym między biodra deflorowanej nastolatki, stara się łapać oddech i nanosekundę na twórcze określenie swojej roli w syntetycznie swobodnej improwizacji, rozpoczętej z dalece wysokiego ! Elektronika Freda wprowadza do tej muskularnej przepychanki dodatkowy dysonans poznawczy. To trio stać na naprawdę wiele. Hałas? Czemu nie… Kameralistycznie? Tym bardziej… Industrialnie? Damy radę… Introwertyczny trębacz znów cierpliwie czeka na swój moment i genialnie podejmuje wątek improwizacji, na tle skomlących strunowców. Piękne preparacje! Wyjątkowa flora akustyczna! Pięć kilkunastominutowych opowieści zapierających dech w piersi. A i serce słuchacza… samoistnie rwie się do lotu. Fred sampluje jakieś humoreski. What a game!

Jakże bardzo chcielibyśmy więcej. Po godzinie tego nagrania, niestety musimy iść do domu. To niesamowite trio jeszcze tylko raz pojawia się na wydawnictwie płytowym. To splitowy winyl wydany z innym triem Shaldon Siegel (nieznani muzycy belgijscy), a wydany w roku 2013 przez Smeraldina-Rima/ Croxhapox (ktokolwiek to jest). Dwie, łącznie 18 minutowe improwizacje, których… jeszcze nie słyszałem. Świat jest okrutny.


Joe Morris/ Nate Wooley  Tooth and Nail (Clean Feed, 2010)

Na osi czasu lądujemy w roku 2008. Przestrzeń studyjna w nowojorskiej Roulette. Spotkanie być może z inspiracji gitarzysty Joe Morrisa, starszego kolegi Nate’a z niejednej nowojorskiej ulicy (w każdym razie, to on pisze rozbudowane liner notes, sytuujące nagranie duetu na tle… dwustu lat muzyki improwizowanej, sic!).

Z Morrisem zetknęliśmy się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad jakieś sto tysięcy razy. Bywały kwartały, że jakakolwiek nowojorska płyta z muzyką improwizowaną nie mogła się odbyć z udziału jego gitary, okazjonalnie także kontrabasu, czy gitary basowej. Do dziś jego aktywność muzyczna bywa imponująca. Ostatnimi czasy lubi głośno pohałasować, na modłę rockową, czym zresztą nie przysparza sobie sympatyków, przynajmniej na Trybunie.




Na szczęście, na sesję z Wooleyem dotargał jedynie gitarę akustyczną, zatem wybrał formę artystycznego wyrazu najbardziej mi odpowiadającą. Panowie popełnili ponad godzinę swobodnie improwizowanej muzyki, która podzielona na osiem fragmentów opisanych tytułami, trafia do naszych odtwarzaczy, dzięki portugalskiemu pośrednikowi.

Ząb i Gwóźdź – molekularna, kompulsywna, skrajnie indywidualna bitwa na zaskakujące interakcje, ewidentnie w skali mikro. Swoiście minimalistyczna perła free improv. Sonorystyka, ekwilibrystyka, galaktyka. Wybitna, improwizowana opowieść bez jakichkolwiek rytmicznych aspiracji. Ona jest, ona się toczy, ona wypełnia nam zwoje mózgowe pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. Dźwięk, czasami pojedynczy, interakcja, dźwięk. Niczym Trevor Watts i John Stevens w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble, Nate i Joe generują pajęczynę mikrozdarzeń, brzmiąc przy tym czysto, niczym para barokowych skrzypków. Porozumienie iście paranormalne, bo chyba z kosmosu. Co za muzyka!!!

Być może najwybitniejsza płyta w dorobku Joe Morrisa, z pewnością jedną z najlepszych w kilkunastoletniej – jak dotąd - muzycznej gehennie Nate’a Wooleya.


Joe Morris/ Agusti Fernandez/ Nate Wooley  From The DiscreteTo The Particular (Relative Pitch Records, 2012)

Pozostajemy w otchłani wschodnioamerykańskiej dżungli. Do pary geniuszy, którzy trzy lata wcześniej nagrali Tooth and Nail, dołącza via. Ocean Atlantycki, zapewne rejsowym samolotem, wyśmienity kataloński pianista Agusti Fernandez. Na okazjonalną kolację muzycy rezerwują scenę klubu Firehouse w New Haven, Connecticut. Nie wiemy, czy z drugiej strony sceny ktoś zasiadł, bo w nagraniu nie słyszymy oklasków. Jest połowa lipca, pięć lat temu, za oknem pewnie skwar.




Ponad pięćdziesięciominutowa opowieść w siedmiu częściach. Agusti gra pełnym dźwiękiem, początkowo nie sięgając po arsenał zmyślnych preparacji (choć pamiętamy, że fortepian to także instrument… strunowy!). Morris, zupełnie niepotrzebnie, słysząc spokojne pasaże wprost z klawiatury, poczuwa się do obowiązku trzymania rytmu. Akordami smaga czoła interlokutorów, z których jeden prawdopodobnie grzebie przy ustnikach, bo na razie nic nie gra. Być może, jak to ma w zwyczaju, czai się do skoku…. Atmosfera fermentującego oczekiwania trwa do kluczowego, środkowego fragmentu Hieratic. Agusti zgrabnym podskokiem ląduje we wnętrzu swojego fortepianu, Joe porzuca zgubną myśl o szukaniu rytmu, a Nate odpala torbę z tłumikami własnej roboty. Zaczyna się prawdziwa jazda. Drżą okna w naszych domach, gotuje woda w czajniku, mimo, iż wcale nie mamy teraz ochoty na ciepłe napoje. Taka gęsta, konstruktywna pogadanka na trzy dobrze zestrojone instrumenty trwa już do końca tego nagrania, szczytując niechybnie w trakcie genialnego finału Chums Of Chance. Morris chwyta wtedy w dłoń dobrze zaostrzony smyczek i zaczyna poszerzać przestrzeń akustyczną studia po sam dach (a może nawet wskakuje na niego). Wooley już dawna atakuje nas z pozycji podniebnej, Fernandez zaś, w poszukiwaniu ostatniej struny fortepianu, osiąga wieczną ekstazę. Po ostatnim gwizdku czujemy dziwną pustkę. Być może to efekt obcowania z wyjątkową muzyką, choć, po prawdzie, dopiero od hieratycznego pasusa.


Przestańmy gonić uciekającą rzeczywistość. Nie dajmy się zwieść powabowi nowego, pozornie świeżego, acz zapewne zupełnie zbytecznego. Nie odpalajmy co kwadrans fejsbuka. Przecież nikt do nas nie pisze! Nie zmieniajmy komputera, ani telefonu na nowy. Na starym przyklejmy sobie oldskulowy emblemat. Sięgnijmy po płytę, która od dekady zalega na najwyższej półce i tapla się w kurzu, a my zapomnieliśmy, jak bardzo wzruszyła nas epokę temu, gdy wydaliśmy na nią skromne 60 złotych z okładem.


Przeżyjmy ekstazę! Muzyka wszak jest wieczna!


poniedziałek, 5 września 2016

Die Like A Dog – wersja trzyosobowa: reinkarnacja!


Ewidentnie duże wydarzenie fonograficzne na scenie freejazzowej! Po blisko piętnastu latach milczenia powraca wyjątkowa formacja Die Like A Dog!

Wnikliwi biografowie Petera Brötzmanna doskonale pamiętają, iż na progu lat 90. ubiegłego stulecia wraz z trójką niebywałych muzyków, berlińskim koncertem w Townhall Charlottenburg, dał początek formacji Die Like A Dog Quartet.

Kwartetów w życiu muzycznym 75-letniego dziś saksofonisty było oczywiście tak wiele, że serwery dźwigające zasoby informatyczne Trybuny nie zdołałyby pomieścić ich opisu. Wszakże taki kwartet był tylko jeden.

Przypomnijmy sobie głównych jego aktorów: na zmutowanej i silnie amplifikowanej trąbce Toshinori Kondo, facet z bogatym doświadczeniem, zarówno na polu free improv, jak i … transowej, niemal jazz-rockowej muzyki z obsesyjnym rytmem; na kontrabasie jedyny i niepowtarzalny William Parker; na perkusji i instrumentach perkusyjnych, też postać ekstremalnie nietuzinkowa – Hamid Drake (z doświadczeniami podobnymi, jak japoński trębacz); dopełnieniem Zdechłego Psa - Peter Brötzmann na saksofonach, klarnetach i tarogato.

We wspomnianych latach 90. kwartet okazjonalnie koncertuje, a światu za pośrednictwem niemieckiego labelu FMP, dostarcza wyjątkowe krążki, które w mojej ocenie konstytuują śmiałą tezę, iż są swoistym opus magnum każdego z w/w muzyków.

Przypomnijmy ich tytuły: Fragments Of Music, Life And Death Of Albert Ayler (1994), Little Birds Have Fast Hearts No.1 (1998) i No.2 (1999), Aoyama Crows (2002). Kwartet z lekką korektą w składzie (Roy Campbell za Kondo) nagrywa dla Eremite Records krążek From Valley To Valley (1999). Od blisko dekady dostępny jest także czteropłytowy box, kompilujący wszystkie rejestracje dla FMP, pod oczywistym tytułem The Complete FMP Recordings (Jazzwerkstatt, 2007). Już w bieżącej dekadzie dyskografia Die Like A Dog poszerzyła się o koncert z roku 1994, wydany pod tytułem Close Up (2011), jako samoistna część dwunastopłytowego, urodzinowego wydawnictwa Free Music Production.

W nowym wieku nazwa Die Like A Dog niestety już się nie pojawia. Jednak w roku 2003 wpada w nasze upocone dłonie podwójny krążek tria Brötzmann/ Parker/ Drake, który zwykło się określać mianem Die Like A Dog Trio, czyli zespołem okrojonym o nieobecnego Toshinori Kondo. Płyta Never Too Late But Always Too Early (Eremite, 2003) dedykowana została pamięci właśnie co zmarłego Petera Kowalda. Na tym ta historia w zasadzie zamykałaby się, gdyby nie…. najnowsze dziecię londyńskiej inicjatywy klubowej Cafe Oto i wydawniczej OtoROKU!




Otóż na końcowe dni stycznia roku ubiegłego, bystrzy Londyńczycy zakontraktowali na trzy wieczory trio Brötzmann/ Parker/ Drake! Koncerty w małej klubowej salce odbyły się przy nadkomplecie publiczności. Zostały one skrzętnie zarejestrowane i latem tego roku udostępnione rzeszy złaknionych fanów Die Like A Dog, pod wszystko mówiącym tytułem Song Sentimentale (Otoroku, 2016).

Muzyka trafia do nas zarówno w formacie CD, jak i winylowym. Od razu zaznaczam, iż materiał zamieszczony na obu nośnikach jest różny, zatem jeśli chcemy posiadać pełną dokumentację ubiegłorocznych koncertów trio w Londynie, winniśmy nabyć zarówno kompakt, jak i czarny krążek (co nie będzie łatwe, bo póki co, nakład CD jest już wyczerpany….). Nośnik cyfrowy pomieścił trzy fragmenty, trwające 70 minut, zaś analogowy – dwa, o łącznej długości ponad 40 minut.

Dwa słowa o instrumentarium muzyków. Peter gra, jak to ma w zwyczaju od wielu lat, na saksofonie tenorowym, klarnecie i tarogato. William, poza kontrabasem chwyta w dłonie także inne, nieco egzotyczne instrumenty, takie jak guimbri, shakuhachi i shenai (są to instrumenty strunowe i dęte). Hamid natomiast, poza perkusją, jak to ma w zwyczaju korzysta także z dużego bębna frame drum (na którym gra … rękoma) i używa także głosu.

Po tym zalewie faktów, czas najwyższy odpowiedzieć na proste pytanie: co sprawia, że muzyka Brötzmanna w towarzystwie Parkera i Drake’a jest taka wyjątkowa?




Po prawdzie od wielu już lat niemiecki muzyk niczym nas nie zaskakuje. Jego arsenał środków stylistycznych, instrumentarium, czy pomysł na prowadzenie równie dynamicznych, co nostalgicznych improwizacji nie ulega zmianie. Osobiście, niejednokrotnie pisząc ostatnimi czasy o nowościach płytowych z jego udziałem, bez skrępowania marudziłem i nie popadałem w nadmierną ekstazę. A jednak, gdy do mojego odtwarzacza wpadła Sentymentalna Pieśń, serce od razu silniej zabiło.

Szorstka, niedelikatna, momentami nawet hałaśliwa stylistyka muzyki Petera (choć potrafi być naprawdę melodyjna) świetnie odnajduje się na tle tego, co robi i potrafi robić na scenie niebywała, czarna sekcja rytmiczna Parker-Drake. Po pierwsze, nasycają oni muzykę tria … wyjątkową melodyką i ekspresyjnym wręcz dynamizmem. Najbardziej karkołomne zawijasy improwizacyjne i nagłe zwroty akcji, konstruowane są w oparciu o głęboko zakorzenioną melodię, rytm i śpiewność, płynącą ze wszystkich instrumentów, jakie dostają się w ręce Williama i Hamida (w jego przypadku także głosu, mantrycznego zaśpiewu). Z drugiej strony, rozbudowane o elementy egzotyczne, wręcz plemienne instrumentarium, nadaje muzyce całej trójki niebywałą lekkość i oniryczną wręcz aurę. Potrafi stanowić uroczy kontrapunkt dla najbardziej nawet ekstremalnych fragmentów free, których przecież nie brakuje w muzyce Petera. Całość płynie nieprzerwanym potokiem dźwięków, a muzycy i słuchacze pozostają w stanie konstruktywnego i kojącego każdy ból egzystencji, medytacyjnego wręcz transu. Gdy muzycy funkcjonowali dwie dekady temu w kwartecie, trąbka Kondo jeszcze bardziej wzmacniała elementy, o których tu wspominam.




Zatem z ogromną przyjemnością anonsuję nową płytę Die Like a Dog (choć ta nazwa nie pada w przypadku tego wydawnictwa) i gorąco zachęcam do powrotu do muzycznej lektury dokonań kwartetu, którego płyty są na szczęście stosunkowo łatwo dostępne (choćby ów czteropak Jazzwerkstatt).

Jeśli już to wszystko, premierowo lub na powrót odsłuchacie, a będzie Wam mało, nieśmiało przypominam, iż dyskografia kwartetu i tria ma też skromne uzupełnienia… duetowe. Myślę tu o krążkach Brötzmanna i Drake’a. Były, jak dotąd, trzy takie wydawnictwa. Koncert z roku 1994 ukazał się pod tytułem The Dried Rat-Dog (Okka Disk, 1995). Nagranie z roku 2004 trafiło do nas jako Brötzmann/ Drake (BRO, 2010), zaś rejestracja nowojorska z czasów nam już jak najbardziej współczesnych, z roku 2010, dostępna jest na podwójnym winylu Solid and Spirit (Nero’s Neptune, 2013). Ja – być może z powodów sentymentalnych – szczególnie cenię sobie to pierwsze nagranie (bo i pies w tytule!)


czwartek, 1 września 2016

Albert Cirera – Cronica de una gloria anunciada *)


Albert Cirera Jimenez, 36-letni Katalończyk z delikatnymi aspiracjami separatystycznymi, od trzech lat pomieszkuje w urokliwej i sentymentalnej Lizbonie. Jak sam twierdzi, życie w kosmopolitycznej i nerwowej Barcelonie toczy się dla niego zbyt szybko, on zaś szuka w codziennym znoju przede wszystkim chwili wytchnienia i czasu na skromną refleksję.

Saksofonista, mimo stosunkowo młodego jeszcze wieku, aktywnie uczestniczy w życiu jazzowym Półwyspu Iberyjskiego już od ponad dekady. Jego dorobek artystyczny oczywiście nie zajmuje jeszcze połowy regałów w bibliotece dziedzictwa narodowego Katalonii, jednakże kilku ciekawych wątków można się już w nim doszukać i interesująco – mam nadzieję – podsumować.

Okoliczność wakacyjnego spotkania z Albertem nad gorejącym od upału Tejo, dała mi dodatkowy asumpt do dzisiejszej opowieści, przy okazji rozbudowała także prywatną płytotekę z wydawnictwami zawierającymi na liście płac nazwisko Cirera.


What a Man!

Sposobność prześledzenia kilkunastu pozycji wydawniczych z aktywnym udziałem Alberta na przestrzeni ostatnich kilku lat pozwala już teraz postawić dwie tezy, które będę się starał w niniejszym tekście szczodrobliwie uzasadniać.

Po pierwsze – Cirera, na kilka lat przed czterdziestymi urodzinami, jest już saksofonistą niezwykle istotnym na europejskiej scenie muzyki improwizowanej i winien być darzony stosowną atencją przez każdy papierowy i elektroniczny nośnik informacji o tego rodzaju muzyce.
Po drugie – niebywała jest siła i jakże urokliwa natura muzyki improwizowanej, zwłaszcza naszej ulubionej free improvisation, albowiem pozwala i poniekąd wymusza na muzyku permanentny samorozwój i ciągłe doskonalenie. Analizując, płyta po płycie, dokonania Alberta Cirery, procesu tego doświadczać możemy permanentnie. Co więcej, w mojej ocenie, jego tempo jest doprawdy imponujące.

Zaczniemy tę opowieść od najnowszej, drugiej już płyty formacji Liquid Trio (która odpowiednio ukonstytuuje szczególnie tezę nr 2). Potem pochylimy się nad serią niebywałych duetów, ochrzczonych mianem Croniques. W dalszej części prześledzimy, z perspektywy prawie dekady, muzyczny rozwój duetu z Ramonem Pratsem (zwanego… Duot). Znajdziemy też moment na przywołanie kilku ciekawych wydawnictw netlabelu Discordian Records, by zwieńczyć tę historię wątkiem kompozytorskim w życiu Cirery i naocznym dowodem na to, iż maturę jazzową rzeczony Katalończyk parę lat temu zdał doprawdy celująco.




Trio w stanie płynnym

Liquid Trio, to po prawdzie formacja powstała z inicjatywy doskonałego katalońskiego pianisty Agusti Fernandeza. Co więcej pierwsze wydawnictwo tego składu, sumujące dwa spotkania studyjne z lat 2010 i 2011, ukazało się pod tytułem wykonawczym Agusti Fernandez Liquid Trio Primer Dia I Ultima Nit (Sirulita, 2013). Jednakże najnowsze dzieło jest już firmowane nazwiskami wszystkich muzyków, zatem winniśmy go szukać pod szyldem Agusti Fernandez/ Albert Cirera/ Ramon Prats Marianne (Vector Sounds, 2016). Muzyka zawarta na krążku z całą oczywistością dowodzi zasadności tego zabiegu edytorskiego.

Trwająca trzy kwadranse studyjna, ubiegłoroczna rejestracja z Barcelony, przynosi siedem absolutnie wysmakowanych perełek free improv. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, zdecydowanie przesunięte zostały pewne akcenty. Agusti, miast sunąć pasażami wprost z klawiatury dobrze nastrojonego fortepianu, ucieka w zmyślne preparacje, zostawiając tym samym znacznie więcej przestrzeni młodszym kolegom. Cirera i Prats łapią w lot ideę i dają popis swych improwizacyjnych kompetencji. Fragmenty zadziornego przekomarzania, dynamicznych interakcji i kolektywnych huraganów dźwięku, przeplatają się z subtelnymi, sonorystycznymi dywagacjami na pograniczu ciszy. Tenor Alberta ciągnie ansambl stale ku górze, nie unikając wysokich rejestrów, a perkusja Ramona – czuła na podpowiedzi wprost z wnętrza fortepianu - oplata całość zgrabnymi kontrapunktami, szukając skutecznie mikroprzestrzeni dla indywidualnych popisów.
Z jednej strony - ustnik, membrana i skowyt ostatniej struny, z drugiej – galopady eksplodujących fajerwerków ekspresji (kluczowym zdaje się tu być blisko 20-minutowy Zugengeben). Gdy podczas tych drugich muzycy zdają się być odrobinę przewidywalni, to już na poziomie ciszy bywają niezwykle rezolutni i dobitnie zaskakujący. Albert raz jeden sięga po sopran i wije fikuśne pasaże w stylu Trevora Wattsa u boku Johna Stevensa, na tle splecionych w jeden perkusyjny puls Agustiego i Ramona (O Disco Amarelo Iluminou-se), czym doprowadza Marianne do kompulsywnego szczytowania, godnego każdego upadku. Na finał (Esta Amba, En La Galeria, Escuchano a Los Mirlos) tenorowe dmuchawki saksofonisty przywołują dalekie echa komedowskiej, filmowej retoryki, w czym wspiera go kompetentna palcówka pianisty, już po właściwej stronie fortepianu.
Wspaniałe nagranie, po którym nie wypadło już Liquid Trio firmować nazwiskiem tylko jednego muzyka.


Kroniki z podróży na szczyt

Między grudniem 2014, a październikiem roku kolejnego, Cirera zrealizował autorski pomysł czterech spotkań duetowych, w okolicznościach studyjnych, zdecydowanie w estetyce free improvisation. Efekt edytorski tych spotkań udostępnił światu znany nam dobrze netowy label z Barcelony **), w formie czterech wydawnictw Croniques/ Kroniki, z oczywistą numeracją od 1 do 4. Po koniec bieżącego roku Muzyk planuje wydanie płyty z fragmentami wszystkich Kronik, już w formacie CD.







Albert Cirera & Olle Vikstroem  Croniques 1 (Discordian Records, 2015): lizbońskie, trzydziestokilkuminutowe spotkanie saksofonu tenorowego i sopranowego naszego bohatera z saksofonem barytonowym Olle’go. Sonorystyczna uczta nie tylko dla koneserów brzmienia instrumentów dętych, drewnianych. Muzycy konstruktywnie operują w niezwykle cichych rejestrach, tworząc symfonie dźwięków wprost z dna instrumentu. Po skupionym odsłuchu mamy wrażenie, że poznaliśmy brzmienie każdej dyszy saksofonu.

Albert Cirera & Ulrich Mitzlaff  Croniques 2 (Discordian Records, 2015): znów studio CRA w Lizbonie, niespełna dwa miesiące po rejestracji poprzedniej Kroniki. Tenorowi i sopranowi Alberta towarzyszy tym razem instrument strunowy, stanowiący połączenie skrzypiec i wiolonczeli (violoncello), w rękach lizbońskiego rezydenta, choć z urodzenia Niemca, Ulricha Mitzlaffa. Niebywale pod względem akustycznym, swoiste splecenie dwóch instrumentów. W trakcie genialnego, pierwszego, kilkunastominutowego fragmentu (Elefant Exponential Two), jako słuchacze pozostajemy zupełnie bezradni, gdyż całkowicie zatracamy poczucie źródła dźwięku. Czy to, co przed chwilą usłyszeliśmy dotarło do nas z rury saksofonu, czy jednak był to przedech pudła rezonansowego violoncello? Pytania i rozterki skutecznie toną w potoku wspaniałego dialogu, który momentami staje się soczystym… monologiem.
Muzycy plotą precyzyjny spektakl dźwiękowy, a emocje buzują po obu stronach wyimaginowanej sceny. Czterdziestokilkuminutowy występ kończy nostalgiczny pasaż (What Is: „What is”?), w estetyce … muzyki dawnej, o pięknej i głębokiej barwie.
Wyjątkowe nagranie! Uważni obserwatorzy Trybuny być może pamiętają, iż znalazło się ono na liście najlepszych płyt roku ubiegłego. Po prawdzie, choć tamto zestawienie tego nie precyzuje, była to dla mnie płyta najlepsza.

Albert Cirera & Alvaro Rosso  Croniques 3 (Discordian Records, 2015): by zderzyć brzmienie saksofonów z kontrabasem Portugalczyka Alvaro Rosso, kronikarska inicjatywa Alberta przeniosła się jednorazowo na północ, do Coimbry i studia Salao Brazil. Nieco mainstreamowy wstęp (Opening) może nas zmylić tylko na ułamek sekundy. Począwszy od krystalicznie sonorystycznego Deluge At The Ant’s Nest, zaczyna się improwizacyjna kanonada wyłącznie udanych pomysłów, w obrębie kompetentnego duetu. Znów dźwięki jakby z dna saksofonu, poszerzające już tak rozbudowany arsenał sztuczek saksofonisty, zderzają się z twardym soundem Rosso i jego delikatnie klasycyzującymi improwizacjami. Po stronie Cirery imponuje po raz kolejny niebywała umiejętność wsłuchiwania się w grę i intencje współpartnera. Po blisko trzech kwadransach zderzamy się z ciszą i nieodpartą chęcią ponownego rozpoczęcia odsłuchu.

Albert Cirera & Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian Records, 2016): na ostatnią już Kronikę wracamy do Lizbony. Spotkanie z weteranem portugalskiego free improv, doskonałym skrzypkiem Zingaro, miałem już okazję recenzować na tych łamach, zatem nie będę się powtarzał i wspomnę jedynie, iż w trakcie tej rejestracji także doświadczamy niebywałej symbiozy artystycznej pomiędzy muzykami, a saksofony Alberta chwilami brzmią… jak skrzypce. Być może to najbardziej urokliwa i stonowana Kronika z całego zestawu.


Duetowe ekscesy na krzywej wznoszącej

Najstarsze, zarejestrowane i wydane nagrania duetu dwóch synów katalońskiej ziemi, Alberta Cirery i Ramona Pratsa – wg najnowszych badań archeologicznych – pochodzą z roku 2007 naszej ery. Od tego czasu, a zapewne i wcześniej, muzycy pozostają w silnej symbiozie tak muzycznej, jak i personalnej.

Ich dźwiękowe przygody z perspektywy czasu można określić mianem dużej transformacji estetycznej – od jazzu, przez free.. jazz, po konstruktywną i zajmującą free improvisation. W kilka dostępnych źródłach wiedzy, Duot (bo tak zwie się ich ...duet!) określany jest mianem free jazzowej formacji i przez pryzmat ich dotychczasowych, trzech wydawnictw płytowych, można się z tym epitetem zgodzić. Jeśli jednak obudzi się w nas duch wiecznego szperacza i dotrzemy do nowszych nagrań Duotu (choćby z roku 2015 – video na stronie wydawcy), wtedy pojmiemy, iż obecnie Cirera i Prats przekroczyli już stosowny rubikon i śmiało eksplorują, przy pomocy saksofonu i perkusji, pokrętny świat free improv.



Wróćmy wszakże do epoki kamienia łupanego i rzeczonego roku 2007. Wtedy to, w Manresie, Muzycy zarejestrowali pierwszy materiał studyjny, który wydali własnym sumptem w roku kolejnym i doczekał się on ciepłych recenzji, choćby na freejazz.blog. Dwa lata później płyta została już wydana bardziej oficjalnie pod szyldem Duot (Repetidor, 2010). Zawiera stosunkowo spokojne i bardzo plastyczne, jazzowe granie. Są zarysowane tematy, są udane improwizacje, także w ujęciu kolektywnym (osiem fragmentów z tytułami). Albert obok tenoru i sopranu sięga także po instrument pokroju okaryny (tak oceniam z odsłuchu), Ramon bębni zamaszyście i próbuje nawiązywać kontakt z podmuchami instrumentu dętego. Po prawdzie, te prymalne ekscesy Duotu mają trochę … studencki wymiar i z pewnością są jedynie otwarciem muzycznej przygody.

Kolejnym wydanym nagraniem dwójki młodych Katalończyków jest krążek Cactus (Repetidor, 2012). Znów okoliczności studyjne, początek 2011 i cztery nagrania, łącznie trwające około czterdzieści minut, o zdecydowanie bardziej otwartej formule improwizacyjnej. Szczególnie w przypadku Cirery można dostrzec już inne skale, inne emocje, bardziej wyrazisty i ekspresyjny sposób pracy z instrumentem. Świetne, dynamiczne pasaże na sopranie (z niezwykle długim oddechem!), stonowane i skupione eksploracje na tenorze. Prats to wszystko skromnie ogrywa i wciąż szuka swojej metody, by wgryźć się z sploty dźwiękowe współtowarzysza.




Blisko dwa lata później (wrzesień 2013r.), Duot rejestruje pierwszy materiał z oklaskami, w barcelońskim klubie Jamboree. 90-minutowy zapis koncertu trafia na dwa wydawnictwa netowe i jest dostępny via bandcamp.com pod tytułem Live At Jamboree Vol. 1 i Vol. 2 (Discordian Records, 2014). Po roku, wybór nagrań z tego koncertu trafia na CD i zostaje wydany pod takim samym tytułem przez Repetiror. Muzyka z Jamboree w wielu momentach istotnie zagęszcza się i wnosi do naszej wiedzy o Duocie nowe, ciekawe wątki. Rośnie arsenał środków, którymi Cirera wgryza się w swoje koncepcje improwizacji. Trenuje z dobrym skutkiem bezoddechową grę na sopranie i zdaje się, że w tej formule Prats skuteczniej wpisuje się w proces kolektywnej wymiany dźwięków. Szczególnie ciekawe są sposoby, w jaki muzycy przechodzą zmiany tempa i rytmu improwizacji. Nie stronią od eksperymentowania, lubią się zaskakiwać i wzajemnie stymulować do jeszcze lepszej gry. I znów, doskonale radzą sobie w fragmentach egzystujących na pograniczu ciszy (Albert na tenorze!).




Czekamy zatem z utęsknieniem na nowe rejestracje Duotu (dostępne fragmenty video ostrzą nam pazurki!). Cirera i Prats za kilka dni ruszają na kilka koncertów do Rosji (!). Są  zainteresowani koncertami także w naszym pięknym kraju. Moje drobne anonse rozesłane po krajowych organizatorach incydentów free jazzowych, póki co, nie znalazły odpowiedzi. Po koncertach na końcu Europy, ze strony Duotu w najbliższych miesiącach należy oczekiwać płyty w … trio. Tym trzecim gitarzysta Andy Moor, znany z wielu spotkań improwizacyjnych, choć bazą dla jego muzycznej przygody jest punkowa załoga The Ex.


Inne epizody discordiańskie

Zawieśmy na chwilę oko i ucho na ciekawych pozycjach Discordian Records, w których śmiało uczestniczył Albert Cirera, jakkolwiek trudno je zakwalifikować do kategorii projektów autorskich Katalończyka. Raczej charakter tego uczestnictwa określiłbym jako najemny.

O dużym składzie Memoria Uno, funkcjonującym pod światłym przewodnictwem pianisty i kompozytora Ivana Gonzalesa, na tym łamach już wspominałem. Okazją była doskonała, najnowsza płyta formacji Cook For Butch (Discordian Records, 2016), którą w ciepłych, żołnierskich słowach byłem łaskaw zarekomendować całemu światu, jako pozycję bardziej niż wyśmienitą. Wśród trzynastoosobowego bandu odnaleźliśmy Cirerę, zarówno w roli improwizatora, jak i kompozytora jednego z utworów, a także współdyrygenta pewnego odcinka czasowego. Bez słowa wątpliwości, podobnie zarekomendować mogę poprzednie wydawnictwo Memoria Uno Crisis (Discordian Records, 2014; uwaga, ten tytuł jest dostępny w formacie CD). Na płycie gigantyczny ansambl (40 muzyków i 2 dyrygentów). Trzy kompozycje Gonzalesa pięknie eksponuje cała armia muzykantów (w tym aż czternastoosobowa falanga strunowców! co za brzmienie!), a Albertowi przypada tym razem rola współdyrygenta utworu numer dwa.




Dość szczególną pozycją w katalogu barcelońskiego netlabelu jest trzyosobowa improwizacja pod ekwilibrystycznym tytułem wykonawczym … Psicodramaticafolklorica. Płyta zwie się Zoanthropic Delirium (Discordian Records, 2013), a inspiracją dla jej powstania była historia katalońskiego seryjnego mordercy z początku ubiegłego wieku. Nieco szalona, trochę ilustracyjna improwizacja na kontrabas (Johannes Nastesjo), klawesyn (Marc Egea) i saksofony, także skrzypce (Albert Cirera). Już dla samego tytułu podmiotu wykonawczego warto przystawić ucho do tej muzyki.

By zwieńczyć ten wątek opowieści, saksofonów Cirery szukać możemy także na niektórych wydawnictwach tentetu saksofonowego Sin Anestesia, formacji dowodzonej (także w roli dyrygenta) przez El Pricto, przy okazji szefa całego wydawnictwa. Mnie do gustu przypadła szczególnie pierwsza płyta Intervencion Mecanica (Discordian Records, 2011), także już na Trybunie recenzowana.


W otchłaniach muzyki komponowanej

Albert Cirera, dobrowolnie, bez presji mentalnej, ani przymusu fizycznego, przyznaje, iż lubi muzykę komponowaną, melodyjną i zmyślnie prostą, rytmiczną, wręcz taneczną. Przy okazji dużą przyjemność sprawia mu także komponowanie tego rodzaju muzyki.




Mamy na to dowód rzeczowy! Formacja zwie się Malson i została powołana do życia przez Alberta i jego portugalskich przyjaciół tuż po jego przeprowadzce do Lizbony, czyli jakieś trzy lata temu. W gronie tychże przyjaciół saksofonista Federico Pascucci, kontrabasista Andre Rosinha i perkusista Vasco Furtado (przy okazji to on produkował niektóre edycje Croniques). Po roku wspólnego muzykowania ten demokratyczny kwartet nagrał uroczą i bezpretensjonalną płytę Bzzz (Sintoma Records, 2014). A na niej, oczywiście, kompozycje Alberta (także kilka autorstwa drugiego saksofonisty) i zgrabna, dynamiczna i melodyjna muzyka jazzowa, do tupania nogą i ogrywania na dobrych zestawach audio, wypasionych i drogich samochodów. Fundamentem tej muzyki jest rytm i melodyjne kompozycje. Nie brakuje zadziornych improwizacji i smakowitych wymian ciosów. What a game!

Na sam koniec tej epopei, anonsowana już wcześniej muzyczna… matura Alberta. Grupa nazywa się Albert Cirera & Tres Tambors. Obok lidera tworzą ją katalońscy rówieśnicy saksofonisty – pianista Marco Mezquida, kontrabasista Marco Lohikari i perkusista Oscar Domenech.  Pięć lat temu nagrali jedyną jak dotąd płytę Els Encants (Fresh Sound Records, 2012). Siedem wysmakowanych kompozycji Cirery, komentujących 50 lat historii nowoczesnego jazzu. Cytaty, metafory, twórcze dekonstrukcje. Melodia, improwizacja, rytm i swing. Czyste, jazzowe mięso. Albert Cirera zmierzył się z historią i udało mu się przetrwać. Czapki z głów!




Tres Tambors nie była wszakże efemerydą w artystycznym życiu Alberta. W październiku i listopadzie planowana jest duża trasa po Portugalii i Hiszpanii. Jak tam wtedy będziecie, nie przegapcie odpowiedniego afisza.

A już dziś sięgnijcie po muzykę. Zachęcam bezwzględnie!!!

Pozdrowienia i podziękowania dla Alberta!




Moltes Gracias! Obrigadissimo, Albert!



*) Kronika zapowiedzianej sławy

**) wszystkie wydawnictwa Discordian Records są dostępne w streamingu (a także do kupienia w formie dobrej jakości plików muzycznych) na stronie bandcamp.com. 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cylinder Recordings. Portugal a improvisar com Gonçalo Almeida como exemplo – dois quartetos e um trio


Dzisiejsza opowieść o niektórych dokonaniach artystycznych netlabelu Cylinder Recordings zwie się po naszemu Portugalia improwizująca na przykładzie Gonçalo Almeidy – dwa kwartety i jedno trio, choć…. rzecz definitywnie dzieje się w Holandii!

Składa się bowiem tak, że Gonçalo Almeida, portugalski z krwi i kości kontrabasista, od czasu pewnego mieszka i muzykuje głównie w Rotterdamie. Nie jest to bynajmniej zjawisko szczególnie oryginalne, albowiem wszyscy w tym gronie wiemy, iż życie muzyka improwizującego nie jest łatwe i pcha go w najróżniejsze zakątki świata. Innymi słowy płynie tam, gdzie go chcą (posłuchać lub/i wydać). Zresztą rzeczony Cylinder Recordings ma wymiar głównie internetowy, zatem miejsce fizycznego powstania nagrania, tudzież adres, z którego płynie do nas zwarta paczka plików muzycznych, są w sumie danymi zupełnie zbędnymi.

Z nazwiskiem Gonçalo Almeidy zetknęli się już zapewne entuzjaści muzyki improwizowanej, którzy często zaglądają do katalogu portugalskiego Clean Feed Records. Myślę tu o ciekawych krążkach formacji LAMA (z Susaną Santos Silvą), czy płycie Vibrate In Sympathy tria z kluczowym udziałem kontrabasisty.

Sam Almeida od blisko dwóch lat zarządza Cylindrem i jako muzyk uczestniczył w nagraniu wszystkich pozycji dyskograficznych wytwórni *). Było ich jak dotąd czternaście, a my pochylimy się teraz nad trzema z nich.





Pierwszą niech będzie… najnowsze dzieło cylindrowe, czyli z wielu względów frapujący kwartet Buku (Cylinder Recordings, CRO 014, 2016) – Susana Santos Silva na trąbce, Jasper Stadhouders na gitarze, Gonçalo Almeida na kontrabasie i Gustavo Costa na perkusji. Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych wyprodukowana została… w Porto, zatem tytuł naszej dzisiejszej opowieści nie jest jednak nieprecyzyjny. Susanę poznaliśmy już na Trybunie, zatem myślę, że 37-letnia Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (urodzona w Porto, dużą część roku spędza oczywiście w … Holandii). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem, stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Gonçalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i niedopytywania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetyczna, doskonała podróż w nieznane!

Po tej wyczerpującej energetycznie wyprawie, zasłużyliśmy na odrobinę… odpoczynku, wszakże rozumianego przez pryzmat fascynacji free improv. Czas na trio niskich częstotliwości! Oczywiście Gonçalo Almeida na kontrabasie, a w koncertowej rejestracji wspomagają go doskonale nam znani i niejednokrotnie lubiani – Wilbert De Joode, także na kontrabasie i Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli. Nagranie z marca 2012r. dociera do naszych uszu dzięki wydawnictwu Live At ZAAL 100 (Cylinder Recordings, CRO 007, 2015).




Choć obiecywałem odpoczynek, improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa jednak w trakcie koncertu, że cała trójka jedynie szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (a miało być wypoczynkowo…). Docieramy także do momentu, gdy trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!

No i trzecie spotkanie – Descanco Del Dopo Popo (Cylinder Recordings, CRO 013, 2016), firmowane przez kwartet o dźwięcznej nazwie Tetterapadequ. W składzie belgijscy Włosi – Daniele Martini (tenor) i Giovani di Domenico (piano), belgijski Portugalczyk Joăo Lobo (perkusja) i nasz … holenderski Portugalczyk Gonçalo Almeida (kontrabas). Przy okazji, omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, która jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut (choć bodaj jako jedyna w CR, dostępna jest w formacie CD,  trzycalowego dodajmy).




Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera… A my możemy spokojnie przejść do puenty tej recenzji.

Młodość na europejskiej scenie muzyki improwizowanej szaleje bez ustanku (The Youth Are Getting Restless!) **), ale jak się okazuje, miewa też przystanki niedoskonałości, dając tym samym szansę naszym ulubionym weteranom free improv na kolejną genialną płytę. Descanco Del Dopo Popo do tego stanu rzeczy zaiste wyjątkowo daleko. Płyta trwa dwadzieścia kilka minut, na szczęście ani chwili dłużej.


*) Wszystkie płyty z katalogu Cylinder Recordings są dostępne w streamingu na stronie bandcamp.com

**) Odsyłam do postu na Trybunie o takim właśnie tytule.