Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!
Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok
2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą
swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją
post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna
orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich,
francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał
wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru,
niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!
Reuben/
Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)
York,
Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark
Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja.
Pięć utworów, 33 minuty.
Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję,
świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta
post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów,
kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla
gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej
czaso-przestrzeni.
Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te
nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie
basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie
na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków
są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej
części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej
rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego
rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie
kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym
duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze
usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.
Dooom
Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)
Onara
Swamp Hall,
Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne,
obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco
Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo –
skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna,
obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty
perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem
utworów, 35 minut.
Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się
po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w
roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy
ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne.
Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący
udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści
trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.
Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą
dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują
jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych
westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach
szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny
dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła
free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości
świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską
o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje
muzyką dawną. Ostatnia prosta,
to jednak masywny … dooom!
Schneider
Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)
The
Loundry Room,
Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A.
Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.
Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym
towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych
twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego
… impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki
drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie,
tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na
post-sylwestrowe rozkołysanie.
Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje
sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła
po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca
się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest
szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych
fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja
gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu
nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy
znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow
ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść.
Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych
zagęszczeń i drobnych eksplozji.
Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips
(MarMade Records, CD 2025)
Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias
Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio
Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący
kilka wątków, 33 minuty.
Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi
tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami,
to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie
ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story
i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.
Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy
temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami
swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza
rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych.
W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy
perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary.
Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie
ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie,
a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane,
niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty
bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie
podobać się może tanecznie frazujący smyczek.
A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted
Songs (Intrication Label, CD 2024)
Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja,
elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery
utwory, 45 minut.
Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także
dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy
na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska,
jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także
głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez
trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.
Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie
filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny
Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką
i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia
osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej
popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej
narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z
czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa
ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego
albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w
początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje
pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego
odsłuchu.
Jon
Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’
self-release, DL 2025)
Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes
Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.
Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć
ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu.
Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane,
brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu
podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.
Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato
basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej
kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej,
ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia
się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja
nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana
psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może
ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części
szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą
post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie
post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów,
w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby
szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu
basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.
Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black
Heart (Setola di Maiale, CD 2025)
Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal
Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka –
preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29
minut.
Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując
jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma
miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu,
który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta,
warto zatem skupić się na każdej frazie.
Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy
zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają
się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość
przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy
łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na
drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach
trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej
psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze
ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące
frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają
spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy
wydech i czas na zasłużone oklaski.
Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)
Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet
basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy,
Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser –
perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela,
Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.
Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza
od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej
Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się
Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione
towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście
jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski
artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.
Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które
usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za
czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale
puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące
się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny,
funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego
smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją
gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje
wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty,
dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje
ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie,
które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego
Braxtona.
Jérémie
Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)
Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy –
fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć
utworów, 43 minuty.
Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który
od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach
klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego
tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu
widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna,
jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje
szczególnie w dwóch pierwszych utworach.
Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami,
neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek
narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka
basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy
od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się
w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze
utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią
je w muzycznym banale.















