Magda, Biliana i Miako zabierają nas do krainy czarów. Do wielkich kufrów pakują fortepian (a w zasadzie jego niebywale akustyczne wnętrze), skrzypce (nierozerwalnie w tym przypadku związane z głosem) i odtwarzacze, na których zarejestrowane są dźwięki, z pewnością przydatne w trakcie podróży. Ta będzie czteroetapowa, z czego odcinek trzeci, prawie dwudziestominutowy, wyniesie nas na orbitę okołoziemską, z której w ogóle nie będziemy chcieli wracać. The way of no return, to uzupełniający tytuł całego przedsięwzięcia, którego realizacja zajmie nam niepełne trzy kwadranse.
Pierwsze minuty oblepione są kurzem i szumem tajemniczych,
dętych podmuchów. Rezonują struny skrzypiec i piana, o piaszczysty brzeg
uderzają spokojne fale wystudzonego oceanu. Oniryczna aura kreuje strumień
metalicznych, okazjonalnie melodyjnych dźwięków. Całość przypomina misterną
plecionkę, a może unoszącą się w powietrzu jedwabną apaszkę dalekowschodniej
stewardesy z zapomnianej reklamy linii lotniczych. Ta opowieść potrafi pęcznieć,
nawarstwiać się, niemal skomleć, ale nie przestaje być ceremoniałem chwili nasączonym
odrobiną zagadkowej etniczności.
Druga opowieść lepi się z dropnych porcji fonii wyszarpywanych
zastanej rzeczywistości. Coś zgrzyta, skrzypi, syczy jak powiew mroźnego
powietrza. Pojawiają się dźwięki z gardła i recytowane pół słówka. Drżą struny,
z dna piana dociera matowa melodia. Rodzaj kołysanki, której niektóre elementy nie
dają się przypisać do konkretnego źródła dźwięku. Pod koniec pianistka zdaje
się grać głośniej, a skrzypaczka ciszej. Całość gaśnie pod ciężarem nadchodzącego
zmroku.
Najistotniejszy odcinek podróży klecony jest z długich, choć
ulotnych pociągnięć zwiotczałym pędzlem. Przypomina muzykę dawną, która
napotyka na problemy świata współczesnego. Rytualna, cedzona przez zaciśnięte zęby
melodia, rozpacz skrywana pod osłoną zmierzchu. Modlitwa udręczonych, zastygła
medytacja, która formuje się w żałobną wokalizę. Najpiękniejsza, środkowa faza
utworu wydaje się nad wyraz minimalistyczna. Uroda chwila, siła kreatywnego
redukcjonizmu. Tuż po niej wchodzimy w chmurę szumów, jęków, zastygłych na
gryfie skrzypiec post-melodii. Końcowa część epopei faluje, jest nerwowa, rozwarstwiona,
pięknie wystudzona do niemal pojedynczych fraz, gasnących oddechów trzech
niestrudzonych podróżniczek.
Początek ostatniego epizodu przypomina nagrania terenowe.
Drobne, szemrzące fonie, szepczący głos, drżące struny, delikatnie stukające
młoteczki fortepianu. Ta leniwa pożoga z czasem nabiega odrobiny życia – smyczek
tańczy po strunach skrzypiec, recorder
dostarcza brzmienia przypominające połamany flet, uderzane struny piana generują
coś, co mogłoby być rytmem w innej czasoprzestrzeni. Akcja nabiera bladych rumieńców.
Wydaje się przez moment odrobinę bardziej intensywna. Drgania, rezonanse i
preparacje prowadzą nas ostatecznie na skraj ciszy. Z tej ostatniej po kilku
chwilach wyłania się końcowy, niemal niemy krzyk rozpaczy. Bolesna, nienaturalnie
rozciągnięta melodia, szybki wdech i bardzo długi wydech. Aż po ostatni dźwięk.
Jane in Ether Oneiric
(Confront Recordings, CD 2025). Miako Klein – recorders, Magda Mayas –
fortepian oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Nagrane w Studio for Electroacoustic Music, Akademie der Kunst, Berlin, październik
2023. Cztery utwory, 42 minuty.