wtorek, 27 stycznia 2026

The Shrike Records’ two fresh: Transgressive Coastlines! Drawn!


Londyński Shrike Records dba o dobry humor miłośników freely improvised music i systematycznie dostarcza nowych wydawnictw. Koniec roku przyniósł dwa tytuły – solowy projekt gitarowy i post-jazzowy kwartet. Ten drugi z drobnym dysonansem poznawczym, albowiem okładka sugeruje wydanie płyty w roku 2025, z kolei oficjalna premiera na bandcampie miała miejsce w pierwszych dniach stycznia 2026 roku.

W niczym to nie przeszkodziło Trybunie, by album owego kwartetu zaliczyć do grona 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025!

 


Caroline Kraabel/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble Transgressive Coastlines (CD 2025/26)

The Vortex Jazz Club, Dalston, Londyn, kwiecień 2025: Caroline Kraabel – saksofon, głos, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy improwizacje, 59 minut.

Cztery znamienite postaci londyńskiej sceny free jazz/ free impro, koncertowa sytuacja w słynnym Vortexie, prawie godzina improwizacji w definitywnie post-jazzowym klimacie. To oczywiście nie mogło się nie udać, ale wcale nie musiało szczególnie nas zaskoczyć, jeśli znamy dokonania tych artystów na przestrzeni kilku ostatnich dekad. A jednak album Transgressive Coastlines, to istotne wydarzenie roku ubiegłego, nie tylko na scenie brytyjskiej.

Każda z wielominutowych części tego koncertu ma specyficzną dramaturgię. Szczególnie udana wydaje się odsłona otwarcia, budowana z mozołem, niestroniąca od minimalizmu, skupiona na szczególe, pojedynczym dźwięku, daleka od free jazzowych wybuchów nie do końca kontrolowanej ekspresji. Pierwsze dźwięki, to ledwie strzępy, drobne preparacje, szelest saksofonu i talerzy, odgłosy z dna fortepianu. Kameralny suspens od razu buduje jakość, a chwile, gdy pod pręgieżem kontrabasowego pizzicato, opowieść wynurza się z mroku zdają się być ledwie incydentami. Mistrzynią ceremonii tej części spektaklu jest Kraabel, która umiejętnie dawkuje dęte frazy i ubarwia je akcentami głosowymi. Opowieść ma zmienne tempo, dostarcza kilka intrygujących zagęszczeń, smakołyków spod kontrabasowego smyczka, tudzież dialogów saksofonu najpierw z rzeczonym smyczkiem, potem z fortepianem. Finał stawia na dynamikę, ale nie brakuje w nim intrygujących didaskalii.

Druga improwizacja z miejsca stawia nas w innych okolicznościach – jest nerwowo, każda fraza pulsuje, a opowieść syci się mnóstwem drobnych zwarć. Po niedługiej fazie dark & slowly narracja osiąga istotny, niemal free jazzowy szczyt, potem tapla się w rezonansie wszystkiego, co zdolne jest wydawać metaliczny dźwięk. Powraca głos, swoje dokłada wszędobylski smyczek, akcje piana i perkusji są wyważone, zawsze adekwatne dramaturgicznie. Zakończenie znów jest bardzo żwawe, po części nawet taneczne. Ostatnią część koncertu inicjuje sekcja rytmu, która formuje zalążek rytmu, który będzie towarzyszył muzykom z różną intensywnością do końca nagrania. Ta opowieść ma fazę definitywnie kameralną, ma też moment zastoju w pozie smutnej melodii. W końcowej części głos, rytm i skłonność do repetycji budują dramaturgię godną zwieńczenia tego wyśmienitego albumu. A ostatnie frazy należą do smyczka i saksofonu.

 


Alex Ward Drawn (CD 2025)

Stowaway Studios, London, grudzień 2023: Alex Ward – gitara elektryczna. Sześć utworów, 43 minuty.

Dyskografia tego klarnecisty i gitarzysty jest bardzo bogata, także w wymiarze solowym. Album jaki tu omawiamy, to wedle słów samego artysty kontynuacja dwóch poprzednich solowych performansów na gitarę elektryczną, które udostępnił światu w czasach pandemicznych i post-pandemicznych. Nagranie jest nieprzerwanym ciągiem fonicznym, podzielonym/ potytułowanym na części dla wygody odbiorcy i może być prezentowane/ słuchane w … dowolnej kolejności.

Pierwszy utwór obiecuje naprawdę wiele. Minimalistyczne otwarcie z akcentami zarówno jazzowymi, jak i rockowymi stwarza bazę dla dynamicznego i ekspresyjnego rozwinięcia. Flow jest bogaty w wydarzenia, a zmiana goni tu zmianę. Po krótkim interludium, które zdaje się być onirycznym post-bluesem, spuentowanym garścią gitarowej elektroniki, w kolejnym utworze Ward powraca do tempa i emocji, jakie poznaliśmy w gemie otwarcia. W strukturze narracji pojawia się coraz więcej melodii. W drugiej fazie tego utworu muzyk schodzi na pozycję balladową, ubarwia opowieść drobną porcja zmysłowej psychodelii. I wiele wskazuje na to, iż dokładnie w tym momencie narracja traci moc kreacji i długoterminowo przekształca się w smutne, melodyjne, niekiedy dość leniwe akcje pozbawione pazura, jaki charakteryzował początek płyty. Ward zdaje się szukać dalszej drogi w zakamarkach gitarowej post-klasyki, okazjonalnie brudzi brzmienie, często zmienia wątki i skutecznie usypia słuchacza.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz