String trio, to naturalna konfiguracja instrumentalna dla muzyki kameralnej, współczesnej, ale także, co oczywiste, improwizowanej. Na jednej z najnowszych płyt krajowej FSR Records zatytułowanej Felix odnajdujemy szczególną wersję takiego tria – skrzypce, kontrabas i preparowany fortepian, którego struny zdają się stanowić ważny element tej intrygującej układanki.
Jesteśmy w Londynie, w sercu jego impro sceny, w klubie
Vortex pomieszczonym w niebanalnej dzielnicy Dalston. Na scenie Steve i John,
dwie legendy nie tylko londyńskiej sceny i dużo od nich młodsza Mandhira, artystka
od pewna czasu silnie związana ze stolicą Zjednoczonego Królestwa i wszelkimi
przejawami jego muzycznych wspaniałości. Przed nami pięćdziesiąt minut akustycznej
rozkoszy.
Koncert składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i
niespełna trzyminutowego encore. Pierwsza improwizacja rodzi się w tyglu
drobnych, strunowych dźwięków, ale po niedługiej chwili wyłania się z niego niezobowiązująca,
post-jazzowa ekspozycja pianisty wprost z klawiatury. Okazuje się, że to jedynie
skromne interludium, albowiem artyści dość sprawnie powracają do kreowania
preparowanych, dobrze skorelowanych fraz. Momentami ich akcje są bardzo filigranowe,
pełne subtelnego uroku. Smyczki ślizgają się po strunach, czasami nucą
stłamszone melodie, z kolei na dnie fortepianu pojawia się kilka niezidentyfikowanych
dźwięków - być może w rękach pianisty znajdują się przedmioty nieoznaczone w
albumowym credits. Narracja charakteryzuje się teraz dużą zmiennością – balansuje
od dna ciszy po sufit głośnych, niekiedy brawurowych fraz. Puentą pierwszej, najdłuższej
improwizacji jest zaskakująco intensywny, niemal free jazzowy szczyt.
Drugą opowieść inicjuje skrzypaczka, momentami traktująca smyczek
niczym perkusyjną pałeczkę. Tymczasem struny kontrabasu zgrzytają, a spod palców
pianisty dochodzą kolejne zagadkowe, także perkusjonalne frazy. Opowieść
nabiera rumieńców, to jakby free chamber na sterydowym wspomaganiu. Mysie
ślizgi, kocie piski i zaskakująca kontra z klawiatury fortepianu. W połowie
utworu muzycy wchodzą w mrok bardzo wyciszonych medytacji. Przez moment jakby
stali w miejscu i pytali o drogę. Szczęśliwie pianista, znów z klawiatury, szyje
coś bardziej żwawego. Tańczy oparty na strunowych pląsach partnerów, czyniąc zakończenie
tej odsłony albumu dalece intrygującym.
Początek trzeciej części ponownie inicjuje skrzypaczka. Z backgroundu
docierają kolejne tajemnicze frazy piana, a z gryfu kontrabasu zaczepne szarpnięcia.
Improwizacja na kilka chwil przebiera klasycznie kameralne szaty, a potem znów dociera
do podziemia szyjąc nam być może najpiękniejszy fragment całego koncertu.
Anonsowany bis przynosi niespodziewanie dużo wydarzeń. Najpierw czyste frazy skrzypiec
i fortepianu, potem garść całkiem radosnych podskoków. Wreszcie przejście w
tryb dość mrocznej, ale już pożegnalnej melodyki, która ozdabia kontrabas w
trybie pizzicato. Ostatnie frazy dostarczają klawisze piana.
Mandhira de
Saram, Steve Beresford & John Edwards Felix (FSR Records, CD 2026). Mandhira
de Saram – skrzypce, Steve Beresford – fortepian oraz John Edwards – kontrabas.
Nagrane w The Vortex, Londyn, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 49
minut.
*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu
jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz