poniedziałek, 17 października 2016

Spontaneous Music Orchestra – szukaj i reaguj, czyli 141 minut skondensowanego pomysłu na zbiorową improwizację


Dyscyplina i wolność w żmudnym procesie kolektywnej, zbiorowej improwizacji – dwa pozornie przeciwstawne bieguny niesamowitej zabawy w muzykowanie. Cztery dekady temu, wielki i niepowtarzalny John Stevens, skutecznie zrealizował kilka szalonych pomysłów na przebieg zdyscyplinowanej, acz spontanicznej improwizacji w dużej grupie muzyków. Projekt jego życia – Spontaneous Music Ensemble - na okoliczność muzykowania w wymiarze wieloosobowym przybrał nazwę Spontaneous Music Orchestra.

Dziś, za sprawą Martina Davidsona i jego Emanem Records, trafia do nas podwójny dysk dokumentujący tamte muzyczne ekscesy. Choć trafia do nas materiał, który jest jedynie reedycją, co więcej okrojoną o kilka dźwięków w stosunku do pierwotnych wydawnictw, to wartość tej muzyki i jej ponadczasowość (cechy rosnące wraz z upływem czasu w tempie geometrycznym), sprawiają, iż koniecznie trzeba się nad nimi tu i teraz pochylić.

Podwójna płyta Spontaneous Music Orchestra Search and Reflect. Directed by John Stevens konsumuje trzy dotychczasowe, pojedyncze wydawnictwa Emanem – całość krążka Mouthpiece (2000), analogową część Plus Equals (1975/2001) i dwa wybrane fragmenty Trio and Triangle (1982/2008), te rozgrywane w dużym składzie. Łącznie trafia do nas dziś prawie 141 minut muzyki SMO.




Search and Reflect – szukaj i reaguj, to podstawowa zasada improwizacji w grupie. Stevens trenował ten pomysł w mniejszych grupach już pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia. Słuchaj współtowarzyszy i reaguj na to, co oni grają. Banalna zasada, tkwiąca u podstaw każdej udanej improwizacji.

Od początku lat 70. Stevens i jego ówczesne, muzyczne alter ego, czyli Trevor Watts, prowadzili cykliczne, cotygodniowe warsztaty improwizatorskie, głównie z udziałem młodych muzyków. Do zabawy w dźwięki lubili także zapraszać publiczność (efekt jednego z takich zaproszeń usłyszeć możemy na dysku For You To Share – nagraniu z roku 1970, także firmowanym nazwą SMO). W owych spotkaniach warsztatowych uczestniczyło na ogół od 20 do 30 muzyków. Gdy efekt poczynań warsztatowych zaczął przybierać kształt, jaki zadawalał Johna i Trevora, od roku 1973 rozpoczęto profesjonalne rejestrowanie takich nagrań. Jako pierwszy światło dziennie ujrzał LP Plus Equals, który jest częścią omawianego dziś wydawnictwa. Trafił on do dystrybucji w 1975r. Muzykowanie w takim kształcie, John kontynuował mniej więcej do początku kolejnej dekady. Po tym okresie, nagrania takie – jeśli w ogóle miały miejsce – nosiły już charakter incydentalny.

Na dyskach Search and Reflect słyszymy m.in. kilka realizacji idei Sustained Piece (Trwający kawałek). Każdy z muzyków gra swój nieprzerwany dźwięk, tak długo, jak tylko wytrzyma w sensie fizycznym. Po złapaniu oddechu, gra już inny, także trwający dźwięk. W dużej grupie wykonawczej te zestawy dźwięków nakładają się na siebie, tworząc jednolity, lekko modulowany, akustyczny dron. Na pierwszym dysku słyszymy Sustained Piece w wersji instrumentalnej i wokalnej. Z kolei, na dysku drugim – jako fragment większej całości - trafia do nas Sustained Plus, będący długim, dość naturalnym składnikiem łączącym początkowy Search and Reflect, z finalną, kilkunastominutową, całkowicie swobodną improwizacją (rozpoczętym zresztą przez dzikie mikrosolo Evana Parkera).

Bardzo warsztatowy charakter ma fragment One-Two. John narzuca rytmiczny dwudźwięk, niczym metaliczny metronom (a może … zegar z kukułką), a muzycy podłączają się pojedynczymi dźwiękami pod pierwszy sygnał Stevensa lub pod drugi. Cała, kilkunastoosobowa załoga wpada w trans i … muzyka milknie dopiero w momencie, gdy kolektywna dwudźwiękowa improwizacja zlepi się w jedno pasmo (taka koncepcja grana w duecie Stevens-Watts, na innych wydawnictwach, nosi nazwę Flower).

Zupełnie wyjątkowym pomysłem jest … nieco szalona koncepcja Mouthpiece. Muzycy zaczynają od wydawania niewokalnych dźwięków ustami w dość dowolny i nieuporządkowany sposób (oczywiście pod czujnym okiem Stevensa). W dalszej kolejności te nieartykułowane mlaskania, chrząkania, gardłotoki i ślinotoki, przekształcają się w głosy ludzie, nie rzadko wykrzykiwane podniesionym tonem. Dopiero po tym sporym pasusie wokalnym, muzycy biorą do rąk i ust instrumenty i zaczynają wydawać z nich dźwięki. Trochę przypomina to koncepcję The Great Learning Corneliusa Cardew. Finał osiągany jest w euforii i ekstatycznym tańcu. Pojedyncze, rytmiczne klaskanie ze strony muzyków, powoli i systematycznie scala się z … oklaskami publiczności, która w dużym uniesieniu dziękuje muzykom za koncert. Dwadzieścia cztery minuty występu z Ealing Technical College z listopada 1973 roku, które koniecznie musicie poznać i w skupieniu wysłuchać.




Niespełna półtora roku później, dziesięcioosobowa Spontaneous Music Ensemble zostaje rozszerzona o kolejnych jedenastu muzyków z warsztatów, by zrealizować koncepcję Plus Equals. 40 minutowa, wyjątkowa ekspozycja składa się z fragmentu szukania i reagowania, by po długim fragmencie trwającego, zbiorowego wielodźwięku, osiągnąć ekstazę w kolektywnej, wolnej improwizacji. Warto zauważyć, iż sam Stevens skupia się na dyrygowaniu, incydentalnym akcentowaniu kierunków improwizacji, grając na kornecie, a za zestaw perkusyjny chwyta dopiero pod sam koniec utworu.

Wydawnictwo Search and Reflect, kończą nagrania z roku 1981. Koncert w Notre Dame Hall gra trio Spontaneous Music Ensemble (obok Stevensa, Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Smith na akustycznej gitarze), który zostaje w jego trakcie rozwinięte do Nonetu, który ma zrealizować pomysł Triangle. Muzycy ustawieni zostają w trzy trójkąty. W ramach każdego z nich, muzycy słuchając się w skupieniu, reagują na dźwięki grane przez współtowarzyszy. Podobnie reagują na siebie, już w ujęciu trójkąt na trójkąt. Muzyka zlepia się niczym wiotka pajęczyna i oplata nasze uszy, nie pozwalając na swobodny oddech. Ta nieśpieszna i bardzo skupiona narracja, w niektórych momentach, dowodzi nieco pokrętnej tezy, iż nie wszystkie genialne pomysły Stevensa sprawdzały się na etapie realizacji, ale – umówmy się w tym miejscu – ta drobna ambiwalencja pozwala nam jedynie, przez krótki moment, nie pisać recenzji z najnowszego wydawnictwa Emanem Records w pozycji na kolanach. Ekstrakt z koncepcji Static (5:31), realizowany w tentecie (do trzech trójkątów dołącza piano), wieńczy ten niebywały spektakl wolnej i … jakże zdyscyplinowanej improwizacji w dużej grupie.

W powyższych nagraniach, obok zupełnie nieznanych, młodych i jurnych uczestników stevensowych warsztatów, udział wzięła cała plejada doskonałych muzyków brytyjskich (m.in. Evan Parker, Paul Rutherford, John Russell, Ron Herman, Larry Stabins, Dave Panton, Alan Tomlinson, Herman Hauge, Ian Brighton, Howard Riley, John Corbett, Lol Coxhill, Maggie Nicols, czy Robert Calvert). Co ciekawe, do dziś nie udało się Martinowi Davidsonowi ustalić dokładnej listy obecności na nagraniach, zamieszczonych na krążku Mouthpiece (cały pierwszy dysk). Zatem, ciągle przed nami niezbadane historie związane z ideą muzyki spontanicznej Johna Stevensa. A pełna lista płac dysku drugiego jest już do odczytu na okładce wydawnictwa, a także – choćby - na stronie discogs.com.


****

Rzadko w przypadku zaawansowanej muzyki improwizowanej, przywołać możemy teksty drukowane w prawdziwych gazetach i czasopismach. Zatem z tym większą satysfakcją odnotowuję poświęcenie aż sześciu kolumn przez znamienite i poczytnie (chyba ciągle) brytyjskie pismo muzyczne The Wire, artystycznym dokonaniom Johna Stevensa i Trevora Wattsa, tak po szyldem SME/SMO, jak i w innych konfiguracjach personalnych. Całość nazwana została Przewodnikiem po muzyce Spontaneous Music Ensemble i jest dostępna w numerze 392 (październikowym). Artykuł zdaje się kompetentny i świetnie się go czyta, a okraszony jest ciekawymi zdjęciami (SME grające w Paryżu na … basenie, w strojach kąpielowych – to hit absolutny!). Jedynie, co mnie negatywnie zaintrygowało, to fakt pominięcia w tak obszernym opracowaniu płyty… Quintessence, którą na tych łamach, nie będąc w swoim sądzie osamotnionym, uznałem za najwybitniejsze osiągnięcie Johna Stevensa i SME.


****

Na koniec dwa słowa z redakcyjnej kuchni. Od pewnego czasu pracuję nad drobną monografią formacji Detail, którą w latach 1981-1994 tworzyli John Stevens i Frode Gjerstad. Ustaliłem już wszystkie fakty dotyczące niezwykłej współpracy tejże pary, dogłębnie odsłuchałem wszystkie pięć płyt CD, jakie pozostały po tej grupie. Ciągle jednak nie udało mi się dotrzeć do trzech płyt, jakie dostępne są jedynie na winylach. Zaangażowałem w ten proces nawet jedynego żyjącego muzyka pierwotnego składu Detail, który te krążki posiada. Jednak, póki co, nie udało mi się wejść w ich posiadanie (choćby w formie cd-rip’s). Jeśli zatem ktokolwiek z czytających tę opowieść posiada którąkolwiek z poniższych płyt, proszę o pilny kontakt – przez komentarz lub adres e-mailowy zamieszczony na boczku Trybuny.

Okhela „To Make A Fire” (Afinity, 1984).

Ness (Impetus Records, 1986).

Way It Goes/ Dance Of The Soul (Impetus Records, 1988).



środa, 12 października 2016

Agusti Fernandez – fortepian w skrzypcowych konwulsjach, przyjęcie urodzinowe i Listen Foundation! short review


Być może próżno w dzisiejszym świecie muzyki improwizowanej szukać bardziej wyrazistego i artystycznie spełnionego pianisty, niż 62-letni Agusti Fernandez. Sytuacja jest dla jego wielbicieli znad Wisły, Odry i Warty o tyle sympatyczna, że kataloński muzyk często u nas rezyduje, koncertuje, a także wydaje płyty, a zatem jego artystycznej przygodzie możemy przyglądać naprawdę z bliska.

A propos tej ostatniej aktywności – tylko w roku bieżącym krajowy przemysł wydawniczy ujawnił światu reedycję jego debiutanckiej płyty solowej Ardent (Freeform Assocation), a także dokumentację spotkania bez oklasków, poczynionego przez pianistę w towarzystwie Rafała Mazura Ziran (Not Two Records). Ponadto w zapocone dłonie fanów free improv wpadło kolejne nagranie w duecie, tym razem z tunezyjską skrzypaczką Yasmine Azaiez, wydane pod jakże trafnym tytulem Revelation (Fundacja Słuchaj!). Tytuł rzeczywiście oddaje sedno tej muzyki, albowiem jest ona doprawy … rewelacyjna.

Poniżej postaram się uzasadnić powyższy osąd. W uzupełnieniu zaś kilku słów bezgranicznego zachwytu, proponuję drobny przegląd katalogu dość młodej jeszcze inicjatywy wydawniczej Fundacja Słuchaj!, m.in. dlatego, że mieści on w sobie kolejną pozycję z Agusti Fernandezem w roli głównej, datowaną – dla odmiany - na rok ubiegły.


Rewelacja….

…. konsumuje dwa studyjne spotkania Fernandeza z Azaiez, poczynione 9 listopada roku ubiegłego i 23 kwietnia roku bieżącego (barceloński L’Obrador, częste miejsce muzykowania pianisty). Dokładnie dzień przed pierwszym z tych spotkań, ta para muzyków koncertowała w Ateneu Barcelones w towarzystwie młodej, katalońskiej perkusjonalistki, Nurii Andorry. Dokument fonograficzny koncertu tria zwie się Future Memories (Discordian Records, 2016) i został na tej stronie skwitowany kilkoma westchnieniami ekscytacji, wiosenną porą w opowieści The Youth Are Getting Restless.




Teraz jednak skoncentrujmy się na rewelacyjnych dźwiękach, czynionych przy wydatnej pomocy fortepianu i skrzypiec, o całkowicie akustycznych parametrach. Muzyka dociera do nas w dziewięciu fragmentach, opatrzonych zgrabnymi tytułami, a jej odsłuch winien nam zająć dokładnie 51 minut i 30 sekund.




Z wyłączeniem krótkiego, piątego fragmentu, muzyka generowana przez Fernandeza dociera do nas wyłącznie z wnętrza jego dużego i czarnego instrumentu. Arsenał jego sztuczek, zagrywek, przygrywek i docinek budzi wielki szacunek słuchacza, podobnie jak ilość wrażeń akustycznych, jakie w danym odcinku czasowym jest nam w stanie dostarczyć. Istnieje poważne podejrzenie, iż Agusti posiada więcej niż dwie ręce, a także, iż dodatkowo korzysta jeszcze z innych przedmiotów płaskich lub owalnych, którymi maltretuje struny i obudowę fortepianu (opis płyty skąpi nam informacji w tym zakresie). Partnerka Agustiego jest nieco bardziej oszczędna, tak w zakresie dostarczania materiału dźwiękowego, jak i wykorzystywanych środków wyrazu. Wgryza się smyczkiem w struny i rzeźbi piękne, oniryczne drony w wysokich rejestrach. Pozostaje jakby w stanie zawieszenia, niedopowiedzenia i oczekiwania. Flora akustyczna nagrania jest tak gęsta, iż w niektórych momentach nie potrafimy wskazać muzyka odpowiedzialnego za dany dźwięk. Trwa seans pytań i odpowiedzi, jak w wartkim filmie akcji (idąc za słowami Joe Morrisa, który skreślił udane liner notes). Chwilami, jeśli choć trochę puścimy wodze fantazji, słyszymy nie duet, a całą orkiestrę muzyków, pilnie maszerujących na artystyczne zatracenie. Struny, dzwonki, młoteczki i talerze. Pisk, skowyt, mlaskanie i szemranie. Dźwiękowa ściana kastaniet wieńczy drugi fragment. W trzecim Agusti moduluje dźwięk spod klawiatury, a Yasmine palcuje w oczekiwaniu na nieokreśloność gramatury pianistycznych podpowiedzi. W piątym – na moment – muzycy przypominają nam, że to duet na fortepian i skrzypce. Ale to tylko chwila – eskapiczne crescendo fragmentu szóstego wznosi nas ku kolejnym płaszczyznom nieoczywistości, przy okazji wtłaczając nam do głowy wrażenia z szybkością trzech tysięcy dźwięków na sekundę. Fragment siódmy rozpoczynają igraszki z ciszą, by po odrobinie oddechu, doświadczyć eksplozji ekspresji z obu biegunów dźwiękowych tego spektaklu. Struny skrzypiec zdarte są do krwi, a obudowa fortepianu niechybnie pęka. Czas na Święto Wiosny – wersja dla słuchaczy permanentnie dręczonych wiecznym oczekiwaniem na nadejście niemożliwego. Osiągamy finał tego rollercastera. To nie jest przygoda dla panien z dobrego domu – tu jest pikantnie, nieprzytulnie, po trochu obscenicznie i niewymownie … pięknie! Niczym uczestnicy corridy z udziałem upalnych wołów, wprost z tunezyjskich pustyni, osiągamy linię mety i padamy na kolana. What a game!


Urodzinowa rezydencja

Dwie wiosny temu, w trakcie dziewiątej edycji Festiwalu Ad Libitum, gościem specjalnym imprezy był Agusti Fernandez, obchodzący wówczas 60 urodziny. Trzy dni tego wydarzenia wypełnione zostały … czterema koncertami z udziałem Jubilata. Być może nie wspominałbym dziś o nich (zresztą byłem ich naocznym świadkiem), gdyby nie to, iż wszystkie one zostały upublicznione na uroczym czteropaku, który na pośrednictwem Fundacji Słuchaj! ujrzał światło dziennie w roku ubiegłym, pod wszystko mówiącym tytułem Agusti Fernandez @60 River Tiger Fire, Ad Libitum Festival Residency. Jest świetny moment, byśmy zajrzeli do środka tego wydawnictwa.

Dysk pierwszy: Kompozycja tytułowa River Tiger Fire, na scenie pianista i dyrygent AF oraz powołany ad hoc Ad Libitum Ensemble. W jego składzie krajowy garnitur improwizatorów, z których połowa stanowi przy okazji zaciąg artystyczny wydawnictwa: Zimpel, Dickaty, Lebik, Majewski, Strycharski, Zakrocki, Olak, Mazur, Wójciński i Zemler. Patrząc z punktu widzenia instrumentarium – pięć dęciaków, skrzypce, dwa instrumenty harmoniczne i sekcja rytmiczna z podwójnym instrumentem basowym. Prawie godzina dynamicznej, różnorodnej i pokrętnej opowieści, w smaku delikatnie iberyjskiej, w woni ekspresyjnie lokalnej, co jednak nie stanowi tu jakiegokolwiek zarzutu. Momentami ekscytujące!




Dysk drugi: Elektroakustyczna uczta! Thunder! Burza z piorunami! Pianiście (preparującemu) towarzyszą na scenie – Frances-Marie Uitti na wiolonczeli (także preparowanej) i Joel Ryan, na żywo procesujący dźwięki generowane przez akustyczne instrumenty. Ponad 55-minutowa opowieść, zwinna jak stado wyposzczonych lisów, ekstatycznie dramaturgiczna i łechtająca ucho Waszego recenzenta w stopniu ponadnormatywnym. Uitti - jak wieszczą mądrzejsi od nas oratorzy muzyki współczesnej – to istotna, w ujęciu historycznym, innowatorka w zakresie gry na swym instrumencie (między innymi używa jednocześnie dwóch smyczków). Pana Ryana spotkaliśmy już na swej drodze niejednokrotnie, głównie wszakże w trakcie artystycznych ujawnień Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera. Uzupełnieni silnie pobudzonym pianistą, w trio pod oczywistą nazwą Thunder, grasują na scenie i niecą pożar za pożarem, niby wielka orkiestra symfoniczna podczas rozgrzewki do kolejnego epokowego wykonania Święta Wiosny (oj, dręczy mnie ten Strawiński w trakcie dzisiejszej opowieści!).

Dysk trzeci: Agusti w wersji na fortepian (niepreparowany) solo. Recital zwie się Mnemosynes’ Labirynth, trwa trzy kwadranse z drobnym okładem i koi nasze nerwy, zszargane po emocjach dysku drugiego. W tej roli Fernandez jawi się jako przepiękny i wrażliwy kolorysta. Są tacy, którzy kochają takie dźwięki. Ja przy nich jedynie wypoczywam. Nie twierdzę jednak, że poziom relaksacji jest niski.




Dysk czwarty: Aurora, czyli trio Agusti Fernandeza, grające komponowaną muzykę, głównie jego autorstwa. Przez wrodzoną skromność Katalończyka, zwane jest estradowo trojgiem nazwisk. Wszyscy doskonale wiemy, że skład uzupełniają Barry Guy na kontrabasie i Ramon Lopez na perkusji. Biorąc pod uwagę ogólny kształt twórczości pianisty, zwłaszcza tej najnowszej, Aurora to improwizacyjny tygiel w wersji dla grzecznych chłopców, z zastrzeżeniem jednak tych samych charakterystyk, jakie wylistowałem akapit wyżej, pisząc o jego koncercie solowym. Szczęśliwie w edycji koncertowej Aurora zyskuje na ekspresji, potrafi być czupurna i ostro smagać nasze czoła eksplozjami kooperacji w bardzo swobodnej estetyce (ach, ten Guy i jego potworny instrument!). Dwa lata temu czas na koncercie mijał cierpliwie, a trzyosobowe eksploracje akustycznych instrumentów dostarczały dużo przyjemności. Tu, na dysku czwartym jest podobnie. Nie zawsze musimy wzniecać rewolucję. A ważne, by obraz muzyka, jakim jest Agusti, był na urodzinowym wydawnictwie pełny. Bez Aurory nie byłoby to możliwe.


Fundacja Słuchaj? Słucham!

Na koniec rozprawki o polskich płytach Agusti Fernandeza ostatnich kilkunastu miesięcy, rzut oka na pozostałe pozycje katalogowego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! Nazwa podmiotu edytorskiego buńczuczna i konstruktywna, oferta muzyczna też potrafi zaintrygować.

Otwiera ją komedowska muzyka, specjalnie zamówiona na jeden z niemieckich festiwali, zrealizowana zwinnie przez braci Bartłomieja i Marcina Olesiów (perkusja, kontrabas) i wibrafonistę Christophera Della, a opatrzona tytułem Komeda Ahead (2014). Ładnie się tego słucha, jakkolwiek chęć sięgnięcia po oryginał rośnie z każdą kolejną sekundą odsłuchu. Nie jest to propozycja muzyczna dla wariatów z Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatem rozbudowanego komentarza nie będzie.

Dużo żwawiej bije moje improwizujące serce w trakcie odsłuchu kolejnej pozycji. Duet Dominika Strycharskiego (wszystkie istniejące na świecie wersje fletów, przytargane przez kilometry kabli i zwinnie zdekonstruowane elektronicznie) i Rafała Mazura (akustyczna gitara basowa), to śmiała wycieczka w dżunglę free improvisation, zakończona ewidentnie zwycięsko, z rękoma uniesionymi ku górze w geście tryumfu. Świetna płyta! A zwie się Myriad Duo (2015).




Dwie płyty z udziałem bardzo kompetentnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego, przynoszą nam zrównoważony i udany estetycznie jazz. Pierwsza, duet z trębaczem Wojciechem Jachną, ma nawet inklinacje w kierunku free improv i choć może nie jest to jeszcze ten etap muzycznej przygody, to próbować zdecydowanie warto (Nights Talks, 2015). Płyta Delusions (2016) firmowana jest przez kwartet, składający się trzech braci Wójcińskich (także trąbka i fortepian) i Krzysztofa Szmańdę (perkusja). Panowie dobrze ważą ambicje i oczekiwania wobec własnej muzyki z efektem finalnym, jaki są w stanie osiągnąć. Kwartet pcha do przodu świetnym walkingiem Ksawery, dobrze sprawuje się perkusista, a pozostali bracia zwinnie krążą nad pięciolinią, dotrzymując kroku bardziej doświadczonym kolegom.

Czas na trzyosobowy koncert z Festiwalu Ad Libitum, edycja 2013. Na scenie CSW Maciej Garbowski (kontrabas), Piotr Damasiewicz (trąbka) i William Soovik (perkusja). Byłem na tym koncercie i przyznaję, iż z perspektywy pierwszego rzędu nie zrył mi beretu. Dziś po trzech latach, w skupionym odsłuchu domowym, ten dobrze zarejestrowany koncert zdecydowanie zyskuje na wartości. Wciąż mógłbym delikatnie utyskiwać nad niskim poziomem ekspresji muzyków (zwłaszcza trębacza), ale nie czynię tego, bo Sesto Elemento (2015) naprawdę mi się podoba.




Kolejna płyta z katalogu, Spontaneous Chamber Music Vol. 1 (2016), również zasługuje na wiele ciepłych słów. Muzyka zgodnie z tytułem, a także liner notes, powstała bezwzględnie spontanicznie, a jej współczesny rodowód, bezdyskusyjny, ciekawie inspiruje muzyków do kompetentnych improwizacji. Marcin Olak (gitara), Patryk Zakrocki (skrzypce) i Mikołaj Wielecki (perkusja) snują przez niepełne trzy kwadranse nieśpieszną, akustyczną opowieść, która momentami osiąga ekscytujący poziom emocji, mimo, iż Panom daleko do eskalowania hałasu. Tytuł wydawnictwa sugeruje ciąg dalszy. Zapisuję się niechybnie na listę oczekujących.

Została nam ostatnia pozycja, przy okazji najnowsza płyta Fundacji Słuchaj! Tym razem witamy w środowisku improwizowanej muzyki klezmerskiej. Podobnie, jak w przypadku Komeda Ahead, muzyka daleka jest od estetyki preferowanej na Trybunie, zatem nie będę się wymądrzał. Lubię tego słuchać przy żonie, z pewnością jednak wielu słuchaczy znajdzie szereg innych okoliczności, by z krążkiem Bassarabian Journey (2016), firmowanym przez Kwartet gitarzysty Marcina Olaka, obcować z oczekiwaną porcją przyjemności.



piątek, 7 października 2016

John Butcher! Ståle Liavik Solberg! – jesienny powiew świeżości, czyli .. jak pięknie, że już pada


Po tropikalnym, jak na krajowe warunki wrześniu, nowy miesiąc pokazał nam miejsce w szeregu. Jak zaczęło padać ostatniej niedzieli, to póki co, jeszcze nie przestało. I nawet te nanosekundowe chwile bez deszczu, z odrobiną słońca, mają jakiś ironiczny wymiar.

Odczarujmy złą aurę! Sięgnijmy po krążek zatytułowany na tyle przewrotnie w kontekście sytuacji pogodowej, że po jego odsłuchu musi wydarzyć się coś pozytywnego!

So beautiful, it starts to rain!

Londyńska scena klubu Café Oto (znów tam jesteśmy!?!), sierpień roku ubiegłego i dwóch pełnokrwistych facetów, którzy czekają, by wydobyć z siebie pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, zdecydowanie starszy i bardziej doświadczony, przy okazji obywatel Zjednoczonego Królestwa, nazywa się John Butcher i zagra na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ten drugi, nieco wyższy - w paszporcie ma wpisane Ståle Liavik Solberg i jest poddanym Króla Norwegii - siedzi za zestawem perkusyjnym, uzupełnionym o kilka niezbędnych przedmiotów do generowania nieoczekiwanych dźwięków.




Jeśli pamięć Waszego recenzenta nie szwankuje, Panowie Ci spotykają się w okolicznościach muzycznych po raz pierwszy. A zatem szanse na odrobinę świeżości w zadęciu, szczyptę nieoczywistości w dewastowaniu werbla i talerza, czy zmyślne reakcje na kontrowersyjny pomysł partnera, zdają się być ponadnormatywne.

Od razu uprzedźmy przebieg wydarzeń. Po 35 minutach odsłuchu tego nieprzerwanego ciągu dźwięków, z radością skonstatujemy, iż szanse owe zostały w pełni wykorzystane (o tak, Derek Bailey zza grobu unosi kciuk w geście tryumfu!).




A przebieg wydarzeń jest następujący: Od pierwszego westchnienia na scenie, Solberg drąży kanał, ewidentnie chce się przebić do Śródmieścia. Uklepuje grunt seriami nieoczywistych uderzeń, jest dynamiczny i odrobinę molekularny. Butcher całuje kryształ, jęczy i wibruje, chyba bada wytrzymałość perkusyjnej tekstury. Szorstki flow jego tenoru przypomina lot zmutowanego czmiela, który goni miniaturowe stado bawołów. Pięści każdy dźwięk i zdecydowanie szuka swojego terytorium. Solberg daje radę ogarnąć całość i spokojnie tyczy granice przyzwoitości dla tej improwizacji. Niczym jurny nosorożec, kopytami znaczy teren. Talerzykuje, łyżeczkuje, poleruje. Butcher chwyta za sopran i bezceremonialnie sięga dna, w momencie, gdy bębny krążą już pod sufitem, zdzierając pajęczyny z nieodkurzanych od lat narożników. Dynamika koncertu łapie ciekawią arytmię. Muzycy wchodzą sobie w drogę, kolektywnie skowycząc i ocierając się o siebie, jakby byli w okresie godowym. Z każdą chwilą rośnie w nas przekonanie, że jesteśmy we właściwym czasie, w równie odpowiednim miejscu. Podobnie rzecz się ma z formą muzyków. Jadą w górę windą bez stacji pośrednich. Gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa finału tej zabawy, zaczynają kwilić jak trusie, toczyć ptasi dialog bez potrzeby puentowania. Saksofon stawia stemple, a perkusja rytualnie obiega jego ślady. Po obu stronach sceny oczywistym staje się przekonanie, że John Butcher jest w stanie zagrać każdy dźwięk. Solberg też ma tego świadomość, co więcej – jest przygotowany na każdą ewentualność sceniczną i nie zawodzi w jakimkolwiek momencie. Bez dyskusji - Ci dwaj faceci na scenie Cafe Oto świetnie sobie ze sobą radzą!

Otwieramy oczy. Łapiemy oddech. Nie pada!!!!! Cud jest naszym udziałem.


****

Płyta duetu John Butcher/ Ståle Liavik Solberg So beautiful, it starts to rain, ukazała się dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Clean Feed. Składa się z jednej, 35-minutowej improwizacji, która na potrzeby słuchaczy została podzielona na nośniku cyfrowym na trzy części. Ich tytuły też są efektem sztucznego podziału tytuły całej płyty.

Powyższe skromne review najnowszej płyty z udziałem Johna  Butchera, uzupełnijmy o garść informacji o innych jego aktualnych aktywnościach. Od kilkunastu tygodniu są już z nami, rozkochanymi w wolnej improwizacji, dwa inne koncerty Johna Butchera z Cafe Oto. O nagraniu tria The Apophonics 27.11.13 pisałem nie dalej, jak w ubiegłym tygodniu. Warto zatem wspomnieć o innym wydawnictwie otorokowym, wyposażonym w przenikliwy tytuł Quintillions Green. Stanowi ono dokumentację spotkania saksofonisty z Fredem Frithem (gitara) i Teresą Wong (wiolonczela, głos), poczynionego jesienią ubiegłego roku. Pięć improwizowanych fragmentów, trwających prawie 100 minut. Jak tylko poznam te dźwięki, natychmiast podzielę się wrażeniami.

Z mrowieniem w kręgosłupie oczekiwać także będę na edytorski efekt koncertów, jak będą miały miejsce w tym miesiącu na Półwyspie Iberyjskim (m.in. Festiwal w Coimbrze). Zagra tamże frapujący kwartet w składzie - John Butcher/ Agusti Fernandez/ Hugo Antunes/ Roger Turner. Ta piorunująca mieszanka muzycznych osobowości winna nas połechtać doskonałymi dźwiękami.




Na koniec zostawmy już njusy i sięgnijmy po pewien starszy krążek autorski Butchera. W latach 1996-98, czyli trzy epoki kamienia łapanego temu, nasz ulubiony fizyk-saksofonista popełnił kilka sesji duetowych i solowych, które w niedługim czasie znalazły się na płycie o niezbyt odkrywczym tytule Music on Seven Occasions (Meniscus, 2000). Aż osiemnaście wyjątkowo dosadnych i smakowitych przy okazji miniatur free improv. Wśród zaproszonych na sesję gości odnajdujemy naszych dobrych znajomych: Gino Robaira, Veryana Westona, Thomasa Lehna, Johna Corbetta (amerykańskiego gitarzystę; nie mylić z angielskim trębaczem Jonem Corbettem), Jeba Bishopa, Freda Lonberga-Holma i Michaela Zeranga. Skład uzupełniają Alexander Frangeinheim (kontrabas) i Terri Kapsalis (skrzypce). Jeśli z jakichś istotnych względów pragniecie posiadać tylko jedną płytę genialnego Johna Butchera, to ten krążek nada się znakomicie.


czwartek, 6 października 2016

Vasco Trilla – The Thriller Comes to Town!


Pewien dość znany polski muzyk improwizujący był łaskaw onegdaj zeznać, iż potrzebował pogłębionych studiów w zakresie filozofii dalekiego wschodu, by w pełni zrozumieć ideę muzyki swobodnie improwizowanej.

Trybuna Muzyki Spontanicznej nie ma planów w zakresie studiowania czegokolwiek. Jej wiedza w tym temacie, rodząca czasami przemądrzałe osądy, jest czysto intuicyjna i bazuje na emocjach, będących konsekwencją absolutnego zafascynowania tego rodzaju muzykowaniem.

Czasami na tych łamach pada pytanie o istotę powodzenia w uprawianiu free improvisation, czynione oczywiście wyłącznie z pozycji słuchacza. Bywa, że doceniamy poziom empatii w relacji muzyk-muzyk lub dostrzegamy niezbadane pokłady synergii, wynikające z kolektywnego zespolenia muzyków improwizujących, w obrębie zamkniętej liczby uczestników. Wreszcie wskazujemy na sam warsztat muzyka, bo przecież jeśli potrafisz zagrać wszystko, możesz grać już wyłącznie to, co chcesz.

Dziś, kreśląc muzyczną sylwetkę katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty, Vasco Trilli, chciałbym zasugerować, iż w jego wypadku kluczowymi atrybutami powodzenia zdają się być trzy czynniki – po pierwsze, wyobraźnia muzyka, po drugie, jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki i wreszcie, po trzecie… pracowitość!

A propos ostatniej z wymienionych przywar… W trakcie niepełnych trzech tygodni przełomu września i października, 39-letni Trilla koncertował w Bydgoszczy, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu, Krakowie, Budapeszcie, dotarł na kilka koncertów do Serbii, a obecnie koncertuje w Bułgarii. Sama ilość koncertów w jednostce czasu nie jest może aż tak wyjątkowa. Znacznie istotniejszy jest fakt, iż w zasadzie na każdym z tych koncertów Vasco grał z innymi muzykami. To a propos … nowych doświadczeń.


Trzy duety

Przegląd krążków z kluczowym udziałem sprawczym Vasco Trilli zacznijmy od duetu z saksofonistą Yedo Gibsonem. Ten ostatni, urodzony w Brazylii 35-latek, od wielu już lat rezyduje w Amsterdamie.  Płyta Inherent Chirality (El Negocito Records, 2016), powstała w okolicznościach koncertowych w amsterdamskim Zaal 100, w maju ubiegłego roku. Sześć improwizowanych fragmentów trwających łącznie 38 minut.




Vasco określa zestaw instrumentalny wykorzystany w trakcie koncertu, jako perkusja i różnorodne perkusjonalia (pamiętacie recenzję z niedawnego koncertu w Poznaniu? Były tego przepastne torby!). Yedo używa saksofonów i instrumentu o nazwie… frula (to rodzaj fletu, pochodzący z Serbii).

Nie będę krył, że ten krótki koncert od pierwszego zadęcia saksofonu i uderzenia w dzwonek, wbił mnie w fotel i trzymał w uścisku do samego końca. Vasco skupiony i precyzyjny, z całą watahą swoich przedmiotów napędza tę maszynę, bez przerw na niedopowiedzenia, czy chwile zawahania. Wibruje, syczy, skowycze i jęczy. Zdziera membrany i poleruje werble. Yedo od owego prymalnego zadęcia, nie odpuszcza choćby na moment, a już w trzynastej sekundzie koncertu udowadnia, że jego pomysły, wyobraźnia, arsenał użytych środków, stanowi dla wytrawnego perkusisty uzupełnienie wręcz idealne. Pięknie i zadziornie płynie na sopranie, w jednym długim, ekstatycznym oddechu, intensywnie wtłaczając w nasze receptory słuchu wrażenia z podróżny w nieznane. W krótkich, urywanych frazach zdaje się przypominać sonorystycznie samego Johna Butchera. Gdy w piątym fragmencie, używając bodaj tylko ustnika, fikuśnym gardłotokiem, narzuca Trilli coś na kształt amazońskiej przygody rytmicznej, wiemy, że po tych muzykach możemy spodziewać się wszystkiego. Efekt poznawczy poszerza ewidentnie, subtelnie kwiląc i pojękując na rzeczonej fruli. Pod koniec występu Vasco znacząco dynamizuje swój drumming, a Yedo soczystym barytonem (?) znaczy teren, jak niedopieszczony kocur z ostrymi pazurami. Finał na ostro wieńczy dzieło!

Niech zasada kontrastu będzie istotnym elementem dramaturgicznym tego tekstu. Do odtwarzacza wrzućmy duet Trilli ze szwedzkim kontrabasistą Johannesem Nästesjö. Nagranie z Golden Studios w Barcelonie, z sierpnia ubiegłego roku, dziś trafia do nas pod tytułem Gingko (Creative Sources, 2016). Siedem odcinków muzycznych – łącznie 46 minut.




Jeśli w trakcie koncertu w Zaal 100, twardo stąpaliśmy po powierzchni, to na czas odsłuchu drugiego duetu musimy zejść o poziom… niżej w naszej muzycznej świadomości. Głęboki i niebywale niski tembr kontrabasu Johannesa, versus przedmioty Vasco, ale tylko te, które nie wydobywają dźwięków wysokich. Tarcie powierzchni płaskich i pochyłych otwiera tę przygodę. Mamy nisko opuszczone głowy i przypomina nam się ewidentnie kowaldowska deep music. Balansujemy na progu ciszy, a prym wiodą przede wszystkim smyczek i nisko brzmiące, tępe dzwonki. Czujemy się jak na koncercie wiolonczelinowym sonat Bacha, w trakcie którego gaśnie światło, a podawane drinki zmyślnie dekonstruują rzeczywistość wokół nas. Johannes wyje jakby z odległej krypty, nawołując umarlaków do ekstatycznego tańca godowego. Pod koniec zabawy, wpadamy w wir dzwonkowej symfonii, której wtóruje palcówka na kontrabasie. Cisza gra tu swoją rolę i nie ma zamiaru odpuszczać. W finalnym, siódmym fragmencie jesteśmy na zupełnie innym koncercie, a sonorystyczna dusza tej muzyki pragnie już tylko odkupienia. Wracamy po chwili do … domu i zamierzamy nie myć uszu przez najbliższe godziny. Niech to trwa.

Po odsłuchu Gingko, czas powrotu do realności umili nam … kolejny duet Trilli, który zdaje się, przynajmniej z dwóch powodów, dość szczególny. Po pierwsze, po części jest występem w … trio, po drugie – na scenie obok jurnego i gotowego na wszystko Katalończyka, spotykamy polski zaciąg improwizatorów.

Cofnijmy się w czasie o trzy lata. Jesteśmy w krakowskiej Alchemii. Na scenie, obok Vasco, Michał Dymny na gitarze elektrycznej oraz Paulina Owczarek na saksofonie barytonowym, która dołączy instrumentalnie do chłopaków jedynie na dwa fragmenty, ale stanowić one będą prawie… połowę nagrania. Po drugiej stronie sceny tym razem bez publiczności (jak sądzę). Muzycy rejestrują dziewięć fragmentów, które po skromnym masteringu trafią na krążek brytyjskiego wydawcy, pod tytułem Cave Canem (FMR Records, 2015). Całość trwa 48 minut.




Panowie startują w duecie, w dynamice, która nie przewiduje wątpliwości w zakresie poziomu oczekiwanej ekspresji. Gitara, choć z prądem, zmyślnie rzeźbi rzeczywistość nieoczywistymi, stonowanymi dźwiękami, napotykając na udane, wielopłaszczyznowe tło różnorodnych perkusjonalii. Oba personalne wymiary tej swobodnej improwizacji lubią pieprz i inne pikantne przyprawy.  Nie stronią od preparacji, nie unikają iście rockowej estetyki (niezły hałas na koniec czwartego interwału!). W kolejnym fragmencie jest chwila na wytłumienie emocji i odrobinę ciszy wewnętrznej. Oto i szósty, tytułowy fragment. Na scenę dumnie wkracza skromna niewiasta z dużym instrumentem. Rytuał zasadniczy tego krążka dokonuje się na naszych oczach. Paulina smaga na ostro, Michał robi basowy background, a Vasco przyczajony z ukrycia, szuka wykwintnego punktu odniesienia. Całość rwie się do lotu, jak upalony kojot i nikt nie chce tu być ostatni w szeregu. Perkusista udanie ogarnia fonicznie popisy koleżeństwa i dopowiada zwinnym kontrapunktem momenty, świadczące o ich nieco mniejszym doświadczeniu estradowym. Siedemnaście minut mija w mgnieniu oka. Przed nami już tylko kolejne drobne wyciszenie, po którym następuje mała pyskówka w trójkącie (Paulina wraca na moment), a finał koncertu bez oklasków osiągamy w posmaku deep music, śmiało nawiązując do ... poprzednio wysłuchanej płyty


Ekscesy solowe

Jak już może zauważyliście, Vasco Trilla jest muzykiem niezwykle pracowitym. Jest także człekiem ambitnym, zatem oczywistym zdaje się fakt tworzenia przez niego muzyki w wymiarze solowym. Jego bogate instrumentarium i eksplozywna wyobraźnia, sprawiająca, iż w każdej nanosekundzie występu ma sto pomysłów na dźwięk (patrz: relacja z koncertu w Poznaniu dwa tygodnie temu), stanowi powód wystarczający, by zmierzyć się na polu swobodnej improwizacji z perkusją i różnorodnymi perkusjonaliami w wymiarze indywidualnym.




W roku ubiegłym, w barcelońskim Golden Studios, Trilla dwukrotnie zmierzył się ze swoją muzyczną wyobraźnią. W maju powstał materiał, który trafił na wydawnictwo The Suspended Step (Discordian Records, 2016), zaś kilka miesięcy później zarejestrowano muzykę, która wypełniła krążek The Raibow Serpent (FMR Records, 2016). Jak zeznaje muzyk, ten drugi zestaw dźwięków nie powstawał z myślą o wydaniu płyty, ale… efekt końcowy tak mocno przypadł mu do gustu, iż zmienił pierwotny zamiar. Nam wypada się jedynie z tego faktu cieszyć. Dodajmy, że obie płyty mają długość winylową.




Wrzący tygiel pomysłów, mnogość doświadczeń nie tylko w sferze muzyki improwizowanej (szczegóły w dalszej części tego tekstu), indywidualny warsztat muzyczny, szeroki wachlarz stosowanych technik wydobywania dźwięków i spora … praktyczna wiedza z fizyki (lekcja: jak rozprzestrzenia się dźwięk), to atrybuty Trilli, które ze szczególnym nasileniem docierają do nas w trakcie odsłuchu jego solowych płyt. Jak już wspominałem w relacji z koncertu tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, moim absolutnym faworytem w arsenale Thrillera jest umiejętność multiplikowania wibracji, w jakie muzyk wprawie różne swoje akcesoria muzyczne. Nie inaczej jest na początku pierwszego z wydawnictw. Wszystko wibruje, skwierczy, i choć działamy wyłącznie akustycznie, dociera do nas dźwięk, przypominający progresywną elektronikę. Nie brakuje mroku, pomruku i tajemniczości, wywodzących się poniekąd … z blackmetalowych doświadczeń muzyka. Żaden dźwięk nie jest tu oczywisty, a poziom przewidywalności tego, co wydarzy się za chwilę, osiąga wartości ujemne. W trakcie siódmego fragmentu drugiej z płyt, mamy wrażenie, że słyszymy…skrzypce. Jest szczypta melodii, jest namiastka rytmu, tylko wskazanego instrumentu brak. Skupiona narracja tej improwizacji pozwala na dostrzeżenie niuansów, zagłębienie się w teksturę muzyki, na czerpanie z tej porcji dźwięków dużej dawki przyjemności. W zestawie perkusyjnym muzyk szuka melodii i… okazji do czynienia hałasu, posiłkując się rosnącą liczbą pomysłów na ich wydobywanie. Sam twierdzi, że ma już na tym punkcie obsesję. Jakiego by nie wziął do ręki przedmiotu, natychmiast sprawdza, co za dźwięk wydaje.


Z archiwum DR

Mam nadzieję, że po lekturze dotychczasowej części tego tekstu, przynajmniej u niektórych z Was powstało przekonanie, jakże oczywiste dla mnie, iż Vasco Trilla ma ewidentnie udany pomysł na muzykę improwizowaną. Nim jednak udacie się na zakupy jego wydawnictw lub … prościej, odpalicie Wasze wymoszczone laptopy i wejdziecie w niezbadane czeluście takiego bandcamp.com, moment jest odpowiedni, by zasiać kaganek oświaty w zakresie innych wydawnictw płytowych ze znaczącym udziałem muzyka z Barcelony. Jeśli Barcelona, do tego improwizowana, to zdecydowanie guglamy Discordian Records i jego obfite zasoby sieciowe z doskonałą muzyką. 

Moje skromne zachwyty nad wydawnictwem The Paradox of Hedonism (Susana Santos Silva/ Tom Chant/ Vasco Trilla, 2015) zostały już na tej stronie upublicznione, zatem zainteresowanych szczegółami odsyłam do stosownego postu o portugalskim tytule (przełom czerwca i lipca, jeśli dobrze pamiętam).




W tym momencie natomiast odpalamy pliki z muzyką kwartetu Caragris (przypominam, że 90% katalogu DR jest dostępna wyłącznie elektronicznie). Płyta zwie się DI-VISION (2013), a firmuje go kwartet mężczyzn o silnych nerwach – Yedo Gibson (dziś już przywołany, saksofon sopranowy, klarnet piccolo), Luiz Rocha (klarnet basowy i sopranowy), El Pricto (piano elektryczne) i Vasco Trilla (to, co zawsze). Nagranie to ze wszech miar wyjątkowe (pięć fragmentów, niespełna 40 minut). Dwa dęciaki, pracujące często w wysokich rejestrach, zwarte w konwulsyjnym boju free improv, kompetentny drummer kreślący granice ich szaleństwa i … elektryczne piano, jakby z innej bajki, ale już po kilku nanosekundach odsłuchu, wiemy, że … to strzał w dziesiątkę! Kładzie nas na łopatki szczególnie środkowy, ponad 15-minutowy fragment Chaos Can Also Be Your Friend (sic!). El Pricto brzmi, jak zdeformowane oczekiwaniem na sukces Return To Forever Chica Corei, dęciaki galopują, niczym amazońskie motyle, którym ktoś powiększył skrzydła, a Vasco czujny, jak jedwabnik, łaskocze ich po piętach. W finale nie mamy wyjścia – musimy zachwycić się dialogiem klarnetu basowego z klarnetem piccolo (a piano rzeźbi na boku, jakby na przekór tej wojnie). Doskonałe nagranie! Dodam (przypomnę), by wzmocnić przekaz moich pokracznych metafor, że Rocha, podobnie jak Gibson, pochodzi z Brazylii, a El Pricto z Wenezueli. Trilla – wiadomo, to facet z piekła rodem.




Od razu jedziemy dalej – w nasze rozgrzane uszy wlejmy kolejny potok frapujących dźwięków. Tym razem wydawnictwo o tytule Malfunction At Robadors (2014), nad którym na kalejdoskopowej okładce widnieją trzy nazwiska: Nuno Rebelo (gitara elektryczna), Don Malfon (sax; znamy się!), no i Vasco Trilla. Na całość składa się sześć improwizacji (prawie godzina muzyki). Znów grzęźniemy w oparach intrygującego free improvisation. Ciekawy, ba, wyśmienity gitarzysta, co to słychać, że nie jeden podest estradowy w życiu zaliczył, pięknie kreśli zarys rytmiczny dla eskalujących improwizacji saksofonu, a gdy chwila na to pozwala, tryska milionem pomysłów na sekundę, by skutecznie przykuć naszą uwagę. Malfon nie pozostaje dłużny. Wymiana ciosów, pyskówki i krwiste przechwalania. W tym wszystkim trochę brakuje miejsca dla Vasco, któremu nie jest łatwo przebić się przez dialog kolegów. Ale daje radę – ostatnie dwie minuty koncertu są wyłącznie jego!

Po takiej dawce paraliżujących emocji, czas na interwał w klimatach choć trochę spokojniejszych. Może zatem wydawnictwo Obed Marsh (2014), za które odpowiada także trio – Diego Caicedo (gitara elektryczna), Johannes Nästesjö (kontrabas) i nasz bohater ze standardowym zestawem zabawek. Pięć improwizowanych fragmentów – 36 minut muzyki.

Znamy nam już z drugiego dziś omawianego duetu, szwedzki kontrabasista robi tu swoje, ryjąc niskimi pasażami parkiet pomieszczenia, gitarzysta spontanicznie kwili na swym sześciostrunowcu, nieśpiesznie, w cokolwiek psychodelicznych klimatach, a Yasco barwnie … dzwoni, budząc rytuał melodii. Opowieść to dla bardziej ugrzecznionych chłopców, bo łobuzom przy niej trochę swędzą ręce. Ale do czasu – w czwartym numerze Panowie rozpuszczają włosy i generują hałas, który budzi w nas rockowe zwierze. Na finał wracamy do punktu wyjścia i zadowoleni, szukamy kolejnych wrażeń.

Na koniec tego fragmentu The Thriller Story, wróćmy do polskiego wątku w życiu artystycznym katalońskiego perkusisty. W sierpniu 2012 roku, wraz z El Pricto, gościł on chwil kilka w Krakowie. Efektem tych wakacji dwa wydawnictwa DR. Najpierw koncert na Festiwalu Bezdroża, firmowany przez sekstet o nazwie Pseudo_Devival 1 i zatytułowany, jakże by inaczej, Live In Krakow (2012). Obok gości z Katalonii, na scenie w Alchemii meldują się: znani już z dzisiejszej opowieści, Paulina Owczarek (saksofony) i Michał Dymny (gitara elektryczna), a także Wiktor Krzak (bassoon) i Tomek Chołoniewski (perkusja). Dla porządku dodajmy, iż El Pricto korzysta z saksofonu i… pełni także rolę dyrygenta muzyki, która wedle słów muzyków, została stworzona w drodze … improwizacji. Drugim dowodem na obecność Trilli podówczas w Krakowie - wydawnictwo Money Back Guarantee (2013). Podmiot wykonawczy przyjął tym razem nazwę.. Elder Space Bankers. W jego składzie dokładnie Ci sami muzycy, którzy firmują Live In Krakow, jedynie bez udziału Chołoniewskiego.




Pierwsze wydawnictwo przynosi 50 minutowy koncert, drugie zaś – choć także powstało w Klubie Alchemia – jest ponad dwugodzinną rejestracją gry na 100%, ale bez udziału publiczności. Muzyka kipi od pomysłów, które przynajmniej w 50% zostały świetnie zrealizowane w żmudnym procesie improwizacji, delikatnie sterowanym przez El Pricto. Nagranie drugie przynosi wiele wyciszonych i naprawdę smakowitych fragmentów free improv, podczas gdy pierwsze bardziej oscyluje w kierunku ekspresyjnego free jazzu, z nieźle momentami hałasującą gitarą. Gdyby z tych prawie 180 minut muzyki sekstetu i kwintetu, zarejestrowanych cztery lata temu w Krakowie, wykroić pełnowymiarowy dysk, ja pierwszy stanę w kolejce, by go kupić.

Omówione wyżej krążki nie wyczerpują bynajmniej katalogu płyt diskordiańskich z udziałem Trilli. Reszty płyt poszukajcie i przesłuchajcie już sami. Tu wskazałem, w mojej ocenie, te najbardziej wartościowe i z różnych względów interesujące.


W poszukiwaniu doświadczeń

Jak wspominałem już niejednokrotnie, Vasco Trilla w procesie budowania zmyślnych i swobodnych improwizacji, czerpie garściami ze swych muzycznych doświadczeń na polu … innych estetyk muzycznych. Grał m.in. rocka progresywnego w zespole Planet Imaginario, jazz-rockowym oktecie, który nagrał trzy płyty, w tym dwie dla prestiżowego labela Cuneiform Records. Muzykował w estetyce avant-rockowej w takich grupach, jak Outerzone, October Equus, Reptilian Mambo, czy Machacachakras (dekonstruowany elektroniką duet na flet i perkusję). Nie stronił od estetyki death i blackmetalowej, zmyślnie krosowanej z jazzem, m.in. w ramach inicjatywy Triple Zero (to jakby rozwinięcie w/w duetu, poprzez dodanie trzeciego człowieka, wzmagającego elektroniczne penetracje – piorunująca i piekielna mieszanka, osadzona po części w dark ambiencie, przy okazji dowód na to, że mroczny metal można grać …bez gitar). Wreszcie był (i pewnie jest) aktywnym członkiem dużego składu Filthy Habits Ensemble, kierowanego przez El Pricto, który w całkiem rozwichrowanej, jazz-rockowej estetyce gra zarówno kompozycje Franka Zappy i twórcze rekonstrukcje Igora Strawińskiego, jak i kompozycje własne.

Nagrania większości z tych zespołów śmiało odnajdziecie w sieci (oczywiście bandcamp), a nagrania, przywołanego na koniec FHE, dostępne są także w katalogu Discordian Records


What next?

Zupełnie na sam koniec dzisiejszej opowieści, wracamy po raz kolejny do wątku polskiego w twórczości Trilli. Właśnie ukazała się – jako dodatek do progresywnego pisma Lizard – płyta lubelskiej załogi Tatvamasi Dyliżans Siedmiu. W tymże nagraniu, obok Vasco, dostrzegamy także na saksofonach Yedo Gibsona.

Ponadto na rychłe wydanie oczekuje kolejna krakowska płyta Vasco. Do spółki z Rafałem Mazurem i Michałem Dymnym, powstał krążek, który trafi do nas za pośrednictwem Not Two Records (znam tytuł, ale nie wiem, czy mogę go upublicznić). Na końcowym etapie  procesu edytorskiego znajdują się nagrania tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, a także duet Vasco z Mikołajem Trzaską (tu także nagranie ma już tytuł).


Thank You Vasco, for detailed informations about You and Your Music!
Moltes Gracias! 


czwartek, 29 września 2016

OtoROKU kontratakuje! czyli przegląd nowości koncertowych z Cafe Oto


Podtytuł Trybuny Muzyki Spontanicznej – nie przez przypadek będący parafrazą wybitnej powieści G.G. Marqueza – codziennie konstytuuje się ilością wydawnictw z muzyką improwizowaną, jaka wszelkimi dostępnymi kanałami trafia do naszych uszu.

Czasy nadprodukcji dźwięków niechybnie zobowiązują. A kolejnym dowodem na to, że w zasadzie każdy koncert free improv godny jest wydania płyty, niech będzie inicjatywa edytorska londyńskiego klubu Cafe Oto, zwana marketingowo OtoROKU, która skutecznie zalewa nasze odtwarzacze nową muzykę, przy okazji dość regularnie trafiając na te łamy. Tylko w okresie późnoletnim do mych uszu dotarło siedem nowych wydawnictw tejże inicjatywy. Co gorsze, prawie wszystkie zawierają…. doskonałą muzykę!

A zatem dość już tej wolty zmanierowanego recenzenta, czas najwyższy parę słów o tych nowych otorokowych płytach opowiedzieć.


Seymour Wright/ Evan Parker/ Rie Nakajima  23.2.16 Evan Parker, 1.3.16 Rie Nakajima

Nie dalej, jak kilka miesięcy temu trafiła do nas studyjna dokumentacja spotkania dwóch saksofonistów brytyjskich, Wrighta i Parkera (Tie Stone To The Wheel, Fataka). Dziś spotykamy się z nimi w Cafe Oto, na wydawnictwie, którego tytuł stanowi przy okazji datę rejestracji nagrania. Pod jednym numerem katalogowym, dostajemy jeszcze inny duet Seymoura Wrighta, tym razem z japońską operatorką amplifikowanych przedmiotów nieinstrumentalnych, Rie Nakajimą (jak wynika z tytułu, ten koncert odbył się tydzień później).




Oba koncerty łączy nazwisko saksofonisty, muzyka wszakże na nich poczyniona jest od siebie estetycznie bardzo odległa. Gdy spotkanie z wyjątkową postacią, jaką jest Evan Parker, jest typowym sonorystycznym zwarciem, w stylistyce głębokiego free improv, o tyle spotkanie z japonką jest już improwizacją na styku dekonstruującej elektroniki i nieco pokrętnie rozumianej kameralistyki. I to właśnie ta druga okoliczność wskazuje, jak silnie poszukującym i nie ulegającym prostym klasyfikacjom muzykiem, jest Seymour Wright. To par exellance improwizator, z którym wejście w odpowiedni tembr konstruktywnego dialogu nie jest czynnością oczywistą nawet dla takiego maga jak Evan Parker. To spotkanie, to być może największe współczesne wyzwanie dla mistrza swobodnej improwizacji. W odsłuchu zalecam dużą koncentrację i skupienie się na detalach, tak by móc czerpać z tego niespełna 40-minutowego koncertu odpowiednią porcję akustycznej przyjemności.

Drugi koncert jest na tyle odległy gatunkowo od pierwszego, że po prawdzie winien ukazać się osobno. Podoba mi się takie granie, cenię podobne brzmienia i lubię ten gorzki odczyn nieprzewidywalności improwizacji, odległej od skal jazzowych o kilka długich galaktyk.


The Apophonics (John Butcher, John Edwards, Gino Robair)  27.11.13

Trzej wymienieni wyżej, wyjątkowej klasy improwizatorzy, spotykali się razem w wielu miejscach, na niezliczonej ilości płyt, na ogół w zestawach dwuosobowych (archiwa Trybuny mają na to sporą liczbę dowodów). Jakkolwiek we trójkę, fonograficznie ujawnili się światu dopiero po raz drugi. Na potrzeby wydawcy przyjęli oni pierwotnie nazwę The Apophonics i w tej wersji zameldowali się na scenie free improv, całkiem niedawno, doskonałym, studyjnym krążkiem On Air (Weight Of Wax, 2013).




Teraz spotykamy ich w Cafe Oto, mniej więcej półtora roku później, w równie doskonałej formie (tytuł podpowiada nam punkt na osi czasu). Jeśli odnieść ten koncert do incydentu studyjnego, należy zwrócić uwagę na nieco inną technikę gry Gino Robaira. Ten perkusjonalista zwykł określać swój zestaw instrumentalny mianem energetyzujących powierzchni (i jest to celne określenie, gdyż na ogół uzyskuje on dźwięki dzięki pocieraniu membran i wzmacnianiu sygnału). Tu, w Cafe Oto, konglomerat akustyczny, jaki dostarcza on genialnie improwizującym, saksofoniście i kontrabasiście, bardziej przypomina … grę na perkusji. Być może ginie gdzieś ulotność i wyjątkowość jego muzycznej kreacji, ale całość koncertu zyskuje na komunikatywności i wpada w obszar naszego zachwytu, bez narażania receptorów słuchu na rozwiązywanie zbyt ciężkiej, intelektualnej łamigłówki. Wyśmienita płyta!


Joe McPhee & Chris Corsano  25.7.12

Kolejny otorokowy świeżak, to lipcowy koncert sprzed czterech lat, freejazzowego saksofonisty weterana Joe McPhee i  skromnego aspiranta tuż po czterdziestce, wszakże doświadczonego artystycznie na niejednym polu muzyki współcześnie pojmowanej, perkusisty Chrisa Corsano.

Gdy wrzucam do odtwarzacza muzykę McPhee (po prawdzie ostatnio robię to dużo rzadziej niż onegdaj), zawsze targają mną pewne ambiwalencje. Z jednej strony dorobek artystyczny i pozycja na scenie muzyki free tego Pana nie podlega jakimkolwiek negocjacjom, z drugiej jednak, jego maniera improwizacyjna, polegająca bardzo często na niedopowiadaniu fraz, czy niespodziewanych chwilach zadumy w trakcie … ekspresyjnej galopady dźwięków, sprawia, że nasza miłość jest trudna i miewa chwile rozterek, tudzież szczerych wątpliwości.




Nie mniej, akurat spotkania Joe z Chrisem, których kilka miało miejsce w ostatnich latach, to przykład na muzykę, która nie dostarcza aż takich ambiwalencji. Myślę, że sprawcą tego stanu rzeczy jest ten młodszy. Corsano, doskonały i wszechstronny improwizator, jest też facetem, który lubi głośne i dynamicznie granie. To on sprawia, że … chwile zawieszenia w muzyce Joe trwają krótką i nie wywołują poczucia nudy w uszach Waszego recenzenta.

Spotkanie w Cafe Oto, wszystkie te aspekty uwzględnia. Są erupcje free, są chwile zadumy, jakkolwiek ich proporcje cieszą mnie szczerze. Muzycy z każdą chwilą koncertu nabierają wigoru i ochoty na więcej. W piątym i szóstym fragmencie (łącznie ponad 30 minut) wchodzą w pewien rodzaj estetycznego rozwibrowania, które – mimo, iż nie jest galopem ku wiecznej ekstazie – być może stanowi najlepszą część tego bardzo udanego koncertu. I od razu zaznaczmy, że czynnym sprawcą owego rozwibrowania jest przede wszystkim genialnie kontrapunktujący perkusista (dzwonki, talerze, inne przedmioty…).


6ix  Nothing More

Dzisiejsza opowieść przekroczyła już półmetek, zatem najwyższa pora, by wygodnie zasiąść w fotelach przytulnej, nie nazbyt obszernej Cafe Oto i posłuchać koncertu, który pośród tu omawianych jest zdecydowanie wydarzeniem artystycznym najwyższego lotu.

Na skromnej scenie aż szóstka muzyków (tytuł wykonawczy zatem zasadny): Urs Leimgruber (saksofon sopranowy), Okkyung Lee (wiolonczela), Jacques Demierre (fortepian), Thomas Lehn (syntezator), Roger Turner (perkusjonalia) i Dorothea Schürch (głos). Przyznacie, że towarzystwo bardzo zacne i kompetentne. Słowa komentarza wymaga chyba jedynie Dorothea – szwajcarska improwizatorka o dość ubogim i głównie lokalnym dorobku artystycznym, raczej z obszaru muzyki współczesnej. Pod tajemniczym szyldem 6ix, otorokowy koncert, to drugie ujawnienie tego składu (poprzedniego szukajcie w katalogu Leo Records).




Nic więcej, to dwa fragmenty swobodnej improwizacji, powstałe w listopadzie 2013r., trwające około 40 minut. Lektura składu instrumentalnego, garść oczywistych doświadczeń w obcowaniu z muzyką tych właśnie postaci, a także odrobina wyobraźni, podpowie nam wszystko, co winniśmy wiedzieć o tym nagraniu. Piękna, mnisia, molekularna improwizacja o smakowitych walorach akustycznych, stworzona przez doskonałych instrumentalistów, dodatkowo pozostających owego wieczoru – ewidentnie! – w bardzo dobrej formie. Całość skąpana w dobrze przyprawionym, elektroakustycznym sosie (Lehn!). Oniryczne, wytłumione pasaże saksofonu sopranowego (czy ktoś zna płytę free improv, na której Leimgruber by rozczarował?), kobieca lekkość wiolonczeli, świetny, męski drumming, konsekwentny pianista i … Dorothea w pląsach gębowych, które niczym girlanda, zdobią efekt końcowy. Wyśmienite i ... nic więcej.


Haste (Ingrid Laubrock/ Veryan Weston/ Hannah Marshall)  A Broad Margin

Saksofon, fortepian i wiolonczela na scenie Oto – rzec by można, że poprzednio wysłuchany sekstet, okrojony o trzy głowy, nadal nam muzykuje. Ale tak nie do końca … Haste, to nazwa, którą trójka wykształconych improwizatorów przyjęła na potrzeby nagrania dla Emanem Records (2012).




Po koncercie Ingrid Laubrock, Veryana Westona i Hannah Marshall, z ubiegłorocznej jesieni (znów około 40 minut), oczekiwałbym raczej dynamiki i ekspresji adekwatnej do … pory roku. Zaduma, nostalgia, whatever you want. A tu zaskoczenie, pozytywne – od razu dodajmy! Prawdziwa eksplozja free z etykietą jazz na pełnych prawach. Energia, dynamika, zadziorne improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne, na tyle intensywne, że nawet nie zdążycie butelki czerwonego wina dobrze napocząć, a już muzycy odtrąbią finał. Chciałoby się więcej! Brooklyńska Niemka średniego pokolenia (ostatnio terminuje często u Braxtona), młoda Brytyjka (pamiętamy ją z ostatnich płyt tria, kwintetu i sekstetu Alexa Warda) i jej rodak weteran (tu lista skojarzeń byłaby ogromna, więc sobie odpuszczam) – tygiel godny lepszej sprawy. Duża niespodzianka, jakkolwiek.


Konstrukt & Alexander Hawkins  10.08.15

Z tureckim składem Konstrukt, każdy nawet średnio zaawansowany freejazz fan z pewnością się już zetknął, albowiem mają oni w swoim portfolio płyty z Peterem Brotzmannem i Evanem Parkerem. Tym razem kwartet znad Bosforu dokoptował sobie przy okazji występu w Cafe Oto, młodego, brytyjskiego pianistkę Alexandra Hawkinsa (ten też ma już płytę z Evanem Parkerem na rozkładzie, nawet w tym roku).




Turecki ansambl jest kwartetem elektrycznym (dęciaki, gitara, gitara basowa i perkusja, również elektroniczna, także sporo drobnych dodatków instrumentalnych, skutecznie obezwładniających przestrzeń akustyczną koncertu), który co prawda z walorów mocy swego instrumentarium nie korzysta z przesadą (chciałem powiedzieć, że wcale nie grają aż tak głośno), ale w efekcie końcowym ich propozycji, trudno mi się doszukiwać wrażeń, które sprawią, że o tej muzyce będę miał ochotę myśleć w kontekście kolejnego odsłuchu. Młody, akustyczny (!) pianista gra tu ciekawie i nawet udanie wgryza się w fakturę kwartetu (stosunkowo po drodze mu z saksofonem), ale nie wnosi do obrazu całości iskry czegoś szczególnego. Nagranie jest długie (prawie 90 minut), co też nie sprzyja wysokiej ocenie tego koncertu. No cóż, nie zawsze świeci słońce w Cafe Oto.


John Tchicai/ Tony Marsh/ John Edwards  27 September 2010

Na sam juz koniec wizyt w Cafe Oto, skromny koncert funeralny. Tak się bowiem składa, że dwie trzecie tria Tchicai/ Marsh/ Edwards nie gra już z nami od kilku lat, zatem ich występ nie mógł mieć w nazwie dat ‘15, ani tym bardziej ‘16.




Spory fragment historii europejskiego free jazzu jakkolwiek pojawił się na scenie Cafe Oto, owe sześć lat temu. Muzycy zagrali trzy kwadransie zgrabnego zestawu dźwięków w jednym odcinku czasowym. Od razu dodam, że Tchicai nigdy nie należał do moich ulubieńców (rodzaj saksofonisty, którego intencje artystyczne bywały dla mnie na ogół niejasne), nawet wtedy, gdy pół wieku temu rył zręby sceny free na Starym Kontynencie. Ten koncert w sumie to potwierdza. Jeśli znajdę w przyszłości powód, by wrócić do tego nagrania, to będzie on związany jedynie ze … świetną gra sekcji Edwards-Marsh. Ale to sumie żadne odkrycie.
  

Jeśli w przypływie ignorancji, pomyślicie, że wyżej omówione pozycje to wszystkie nowości OtoROKU, wiedzcie, że błąd Wasz jest kardynalny. Po szczegóły nie odsyłam tym razem na stronę wydawnictwa (jest ona cokolwiek chaotyczna i niespójna), a na niezastąpiony discogs.com. Po wygooglaniu nazwy wydawnictwa, dowiecie się o kolejnych ciepłych koncertach, dostępnych w różnych formatach (na ogół plikach), takich wykonawców, jak Eddie Prevost, Okkyung Lee, Mark Sanders, John Butcher, Fred Frith, Roger Turner, Dominic Lash, czy Angharad Davies, wymieniając jedynie tych, których personalia są mi ogólnie znane. A zatem do odsłuchu, a w przypływie szaleństwa, także na zakupy!