wtorek, 8 września 2026

David Maranha & Rodrigo Amado in Desolation Row!


Portugalski organista David Maranha koncertował na ostatniej edycji poznańskiego spontanicznego festiwalu, współtworząc dokładnie ostatni set imprezy. Leciał wtedy do nas z Lizbony, gdzie dzień wcześniej występował ze swoim rodakiem i przyjacielem, saksofonistą Rodrigo Amado w ramach kolejnej edycji festiwalu OUT.FEST.

Dziś dokumentację fonograficzną tego wcześniejszego wydarzenia możemy posłuchać na poręcznej płycie kompaktowej. Cóż za urocza koincydencja!

  


Koncert zorganizowany na południowym brzegu Tagu jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, finiszującym jeszcze przed upływem trzeciego kwadransa. Na starcie tworzą go rozhuśtany, szorstki ambient organów i melodyjny, post-jazzowy oddech saksofonu tenorowego. Obaj artyści zdają się płynąć w nieoczywistym kierunku - organista osadzony w mroku, tenorzysta migoczący niczym światełko, małe słońce na zamglonym nieboskłonie. Strumień organów jest onirycznym, powolnym dronem, pasmo saksofonowe wielowątkową, jazzową opowieścią, która incydentalnie przybiera formę ciszy przed burzą. Wszystko wydaje się tu równie smutne, jak radosne, ale jesteśmy wszak w Lizbonie.

Opowieść Davida i Rodrigo jest emocjonalnie stabilna, ale ma swoje wzgórza i doliny, mrok księżyca i poświatę zachodzącego słońca. Bywa intensywna, zwłaszcza w pierwszej fazie koncertu, ale przypomina niekiedy kołysankę dla nadmiernie pobudzonych. To krzyk rozpaczy, ale i ukojenie nutą leniwego wiatru od wielkiego rozlewiska rzeki. Amado balansuje między precyzyjnym free jazzem, a melodyjną, jazzową post-balladą. Maranha pozostaje nośnikiem permanentnego niepokoju.

Ta historia wydaje się pozornie spokojniejsza w środkowej części. Potem przechodzi do stadium bodaj najpiękniejszego, gdy oba strumienie fonii stają się powolnymi, rozdygotanymi dronami, które systematycznie rozwarstwiają się, kołyszą, stają się niebywale śpiewne. Ostatnie minuty przynoszą najpierw spazmatyczną wspinaczkę zakończoną efektowną kulminacją, a potem wielki, głęboki wydech, który napotyka na w pełni zasłużoną burzę oklasków.

 

David Maranha & Rodrigo Amado Desolation Row (European Echoes, CD 2026). David Maranha – organy elektryczne oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Nagrane w ADAO, Barreiro, Lizbona, październik 2025. Jedna kompozycja, 42 minuty.



 

piątek, 4 września 2026

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards play Felix!


String trio, to naturalna konfiguracja instrumentalna dla muzyki kameralnej, współczesnej, ale także, co oczywiste, improwizowanej. Na jednej z najnowszych płyt krajowej FSR Records zatytułowanej Felix odnajdujemy szczególną wersję takiego tria – skrzypce, kontrabas i preparowany fortepian, którego struny zdają się stanowić ważny element tej intrygującej układanki.

Jesteśmy w Londynie, w sercu jego impro sceny, w klubie Vortex pomieszczonym w niebanalnej dzielnicy Dalston. Na scenie Steve i John, dwie legendy nie tylko londyńskiej sceny i dużo od nich młodsza Mandhira, artystka od pewna czasu silnie związana ze stolicą Zjednoczonego Królestwa i wszelkimi przejawami jego muzycznych wspaniałości. Przed nami pięćdziesiąt minut akustycznej rozkoszy.

  


Koncert składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i niespełna trzyminutowego encore. Pierwsza improwizacja rodzi się w tyglu drobnych, strunowych dźwięków, ale po niedługiej chwili wyłania się z niego niezobowiązująca, post-jazzowa ekspozycja pianisty wprost z klawiatury. Okazuje się, że to jedynie skromne interludium, albowiem artyści dość sprawnie powracają do kreowania preparowanych, dobrze skorelowanych fraz. Momentami ich akcje są bardzo filigranowe, pełne subtelnego uroku. Smyczki ślizgają się po strunach, czasami nucą stłamszone melodie, z kolei na dnie fortepianu pojawia się kilka niezidentyfikowanych dźwięków - być może w rękach pianisty znajdują się przedmioty nieoznaczone w albumowym credits. Narracja charakteryzuje się teraz dużą zmiennością – balansuje od dna ciszy po sufit głośnych, niekiedy brawurowych fraz. Puentą pierwszej, najdłuższej improwizacji jest zaskakująco intensywny, niemal free jazzowy szczyt.

Drugą opowieść inicjuje skrzypaczka, momentami traktująca smyczek niczym perkusyjną pałeczkę. Tymczasem struny kontrabasu zgrzytają, a spod palców pianisty dochodzą kolejne zagadkowe, także perkusjonalne frazy. Opowieść nabiera rumieńców, to jakby free chamber na sterydowym wspomaganiu. Mysie ślizgi, kocie piski i zaskakująca kontra z klawiatury fortepianu. W połowie utworu muzycy wchodzą w mrok bardzo wyciszonych medytacji. Przez moment jakby stali w miejscu i pytali o drogę. Szczęśliwie pianista, znów z klawiatury, szyje coś bardziej żwawego. Tańczy oparty na strunowych pląsach partnerów, czyniąc zakończenie tej odsłony albumu dalece intrygującym.

Początek trzeciej części ponownie inicjuje skrzypaczka. Z backgroundu docierają kolejne tajemnicze frazy piana, a z gryfu kontrabasu zaczepne szarpnięcia. Improwizacja na kilka chwil przebiera klasycznie kameralne szaty, a potem znów dociera do podziemia szyjąc nam być może najpiękniejszy fragment całego koncertu. Anonsowany bis przynosi niespodziewanie dużo wydarzeń. Najpierw czyste frazy skrzypiec i fortepianu, potem garść całkiem radosnych podskoków. Wreszcie przejście w tryb dość mrocznej, ale już pożegnalnej melodyki, która ozdabia kontrabas w trybie pizzicato. Ostatnie frazy dostarczają klawisze piana.

 

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards Felix (FSR Records, CD 2026). Mandhira de Saram – skrzypce, Steve Beresford – fortepian oraz John Edwards – kontrabas. Nagrane w The Vortex, Londyn, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 49 minut.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

wtorek, 1 września 2026

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García are Heavy Handed!


Nowojorski The Relative Pitch Records dostarcza cztery premiery w miesiącu (w sierpniu nawet pięć!) i nic nie wskazuje na to, by ową imponującą regularność zatracił.

Dziś sięgamy po nowość lipcową, zatem bardzo gorącą i do tego definitywnie szaloną. Kwartet niemal w całości żeński (nazwiska świetnie znane z katalogu labelu, ale nie tylko) dostarcza nam mnóstwo emocji, które szyją dwa instrumenty dęty i dwa strunowe, niektóre z soczystym uzupełnieniem FX-owym. Krwista kameralistyka miewa tu iście free jazzowe eksplozje, a jakość dzierży berło zwycięzcy od pierwszej do ostatniej sekundy. Wiele wskazuje na to, że nie zapomnimy o Heavy Handed w trakcie corocznego podsumowania sceny improwizowanej.

  


Pieśń otwarcia jest najdłuższym fragmentem albumu i mówi niemal wszystko o jego potencjale artystycznym. Kolektywny start z pełną mocą saksofonu tenorowego, nisko osadzonego fletu oraz drapieżnej altówki i takiejż wiolonczeli. Dęte skrzeczą, te strunowe zgrzytają zębami ugniatane mocą rąk i smyczków. Z czasem ta efektowna pożoga zdaje się tracić na intensywności. Pojawia się melodia, dość hałaśliwa, ale jednak na krzywej opadającej, garść preparacji i kilka rezonujących detali. Puenta jest niespokojna, ale zdecydowanie post-kameralna.

Dramaturgia kolejnej improwizacji jest podobna. Hałaśliwe struny i dęte eksplozje, które najpierw wchodzą w fazę siarczystych wydechów, a potem kameralnego rozśpiewania, bogaconego drobnymi amplifikacjami. W trakcie trzeciej odsłony krwawa bitwa trwa w najlepsze. Strunowce zaczynają na ostro, flet wije się w konwulsjach, a saksofon efektownie wzdycha. Kulminacja utworu ma miejsce podczas duetowego antraktu fletu i wiolonczeli, puenta zaś jest kwartetowa, tylko pozornie delikatniejsza. To free chamber, które bucha ogniem.

Pierwsza chwile oddechu przynosi czwarta improwizacja. Rezonujące podmuchy blisko ciszy, szczypta melodii, która szuka kolejnego pretekstu do eksplozji i finalizacja na pełnym wydechu. Kolejna część nie trwa nawet dwóch minut i zdaje się być zwarciem łagodnego fletu i agresywnie nastawionych strunowców. Szóstej improwizacji bliżej do kameralności czwórki, niż ekspresji pierwszych utworów. Przez moment można odnieść wrażenie, że każdy instrument wiedzie tu swoim szlakiem, dygocze na wietrze, ale pamięta o kwartetowej jedności. Ostatnia improwizacja na tle dotychczasowych szaleństw wydaje się spokojnym spacerkiem łagodnym wzniesieniem. Melodia dętych, spokojne frazy grane pizzicato, dyskusje bilateralne i drobne przekomarzania. Po miniaturowej eskalacji następuje wieńcząca album radosna, kolektywna radość.

 

Joanna Mattrey, Camila Nebbia, Camilo Ángeles & Violeta García Heavy Handed (Relative Pitch, CD 2026). Joanna Mattrey – altówka, Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Camilo Ángeles - flet & FX oraz Violeta García - wiolonczela & FX. Nagrane w Jazzwerkstatt Bern, marzec 2024. Siedem improwizacji, 40 minut.



piątek, 28 sierpnia 2026

Matthias Muche and his Trombone are Alone!


Niemiecki puzonista Matthias Muche będzie gościem najbliższej edycji Spontaneous Music Festival. Zagra ze swoim macierzystym triem TON, będzie także uczestnikiem jednego z kwartetów kleconych, jak zwykle na tej pokrętnej imprezie, metodą ad hoc.

Muche nie stanie jednak na poznańskiej scenie samotnie z puzonem. Teraz, gdy słuchamy jego pierwszej solowej płyty, aż chciałoby się powiedzieć - jaka szkoda. Pozostaje nam zatem odsłuch albumu, który przynosi konceptualne, puzonowe wzdychanie, dobrze udramatyzowane, zwinnie ustrukturyzowane, intrygująco wzbogacone głosem z tekstem na początku i kościelnymi dzwonami na końcu nagrania. 

  


Album otwiera męski glos, który recytuje tekst zaczynając oczywiście od początku pierwszego zdania. Lekko dogłośniony puzon parska, próbuje odpalić silnik zdezelowanego motocykla. Narracja ma walory medytacji, choć jest na swój sposób nerwowa. Puzon zdaje się wchodzić w dialog z tekstem, bywa szorstki w obyciu, bywa także intrygująco melodyjny. Potrafi krzyknąć, potrafi zamilczeć. Elementami drugiego utworu są szum tuby, piskliwe salwy do samego do sufitu i cisza. Potem także melodyjne rozkołysanie i zabawy z echem. Muzyk łapie czystszy tembr, oddycha głębiej, szyje dłuższe frazy, ale cały czas kusi go, by szukać brudu i zadry. Na końcu jakby łapał rytm, nie wiadomo skąd nadciągający.

Trzecia opowieść klei się dysonansem. Z jednej strony minimalistyczne westchnienia i cisza, z drugiej wulgarne parsknięcia. Brud leży tu obok czystego, wysoki dźwięk tuż nad niskim. Ostatecznie zapada konsensus – rodzaj repetytywnej pętli z głosem brzuchomówcy. Puentą jest jednak śpiew. W czwartej części muzyk sprawdza wydolność płuc. Dla równowagi posługuje się także ciszą. Buduje efektowne echo, potem łamie melodie na mocnym wydechu. W części finałowej biją dzwony. Puzon pozostaje z boku i nadyma się. Wdycha brud, wydycha czyste powietrze. Dzwony zdają się wpadać w spazm, puzon wręcz przeciwnie – zrelaksowany jak nigdy. Z czasem ten zantagonizowany duet zaczyna rozmywać się w potoku czegoś bardziej wspólnego. To dobry pomysł na pożegnanie. 


Matthias Muche Trombone Alone (col legno, CD 2026). Matthias Muche – puzon oraz gościnnie Anthony Moore – głos, tekst (pierwszy utwór). Nagrane w Zionskirche, Bielefeld, Niemcy, czerwiec 2025. Pięć utworów, 48 minut.




wtorek, 25 sierpnia 2026

Crawford, Foster, Malmendier & Škrijelj did a Faux pas!


Jak doskonale wiemy, Emilie Škrijelj i Tom Malmendier, muzykujący razem jako Les Marquises, prowadzą także label eux sæm publikujący intrygującą muzykę improwizowaną, na ogół z ich osobistym udziałem. Śledzimy te albumy od zarania owej zacnej inicjatywy.

Zatem równie doskonale wiemy, iż Emilie i Tom, poza rejestracją nagrań w duecie, chętnie wchodzą w kolaborację z innymi artystami, dokładnie z całego świata.

Dziś spotykamy ich na Brooklynie, gdzie pichcą smakowite danie kwartetowe z gitarzystą Webbem Crawfordem (prawdopodobnie debiut na Trybunie) i dobrze rozpoznawalnym w naszych stronach saksofonistą Michaelem Fosterem. Z dużą radością zaglądamy do kompaktowej dokumentacji tego spotkania.

  


Początek albumu nie jest pozbawiony znamion gry wstępnej, typowej dla formacji kleconych ad hoc. Szmery, szelesty, drobne obcierki i skrzypienia osnute poświatą elektroakustyki, jaką dostarcza Emilie, tym razem pozbawiona akordeonu, a jedynie grająca z talerza. Zręby bardziej linearnej narracji inwokuje aktywny saksofon, wsparty na perkusyjnych szczoteczkach i basowych plamach gitary. Na etapie rozwinięcia sporo do ognia dolewa frakcja syntetyczna, który brzmi niemal perkusyjnie. Otwarcie drugiej improwizacji jest ciche, ale podskórnie nerwowe. Muzycy preparują, drżą, ich frazy gęstnieją, nabierają niemal post-industrialnej tekstury. Wszystko zdaje się zgrzytać zębami, aż do momentu, gdy sygnał do ataku daje saksofon. Najdłuższa opowieść na albumie w drugiej fazie staje się bardzo intensywna, przypomina post-nuklearny free jazz!

Trzecia odsłona, to ledwie kilkadziesiąt zgrzytliwych sekund skonsumowanych głównie przez gitarę i sample z gramofonu. W czwartą część artyści wchodzą niesieni coraz silniejszymi podmuchami rezonującego wiatru. Głęboko oddychają, szukają brzmieniowych pikanterii, wydają się być ukierunkowani na budowanie post-free jazzowego szczytu. Dynamika idzie tu nade wszystko od Toma i Emilie, ale akcje Webba i Michaela są świetnie z nimi skorelowane. Po osiągnieciu imponującego szczytu narracja wyjątkowo urokliwie opada w ramiona ciszy.

Start ostatniej improwizacji wydaje się emocjonalnie zrównoważony. Błyszczą perkusjonalia, coś ciekawego dzieje się na gitarowych przetwornikach, tuba szemra, a na talerzach szeleści. W głębi tej mikstury niechybnie czai się hałas, ale ma problemy z wydostaniem się na powierzchnię. Opowieść wydaje się rozedrgana, nerwowa, znów odrobinę post-industrialna, ale wraz z upływem minut zaczyna przygasać. Śmierć maszyn zwiastuje porywisty wiatr od morza. Saksofon melodyjnie rezonuje niosąc ostatnie frazy farewell song.

 

Crawford/ Foster/ Malmendier/ Škrijelj Faux pas (eux sæm, CD 2026). Webb Crawford – gitara, Michael Foster - saksofon, Tom Malmendier – perkusja oraz Emilie Škrijelj – turntable. Nagrane w Phantom Ear Studio, Brooklyn, Nowy Jork, maj 2025. Pięć improwizacji, 40 minut.



piątek, 21 sierpnia 2026

Cristiàn Alvear play Sin título #30 & Singularidad #1!


Szwajcarski label Insub Records odwiedzamy regularnie i coraz chętniej zanurzamy się w odmętach współczesnej muzyki komponowanej. Dziś dwie kompozycje na gitarę solo, wzbogaconą garścią tajemniczych dźwięków pochodzących chyba nie tylko z nagrań terenowych. I żeby było ciekawiej, przenosimy się na drugą półkulę, do domowego studia pewnego artysty z Chile.

Skupiamy wzrok, koncertujemy słuch i odpływamy w siną dal!

  


Pierwszy utwór trwa prawie dwa kwadranse i jest budowany z dużym szacunkiem dla każdego dźwięku. Na początku tworzą go dwa wątki minimalistycznych, gitarowych fraz, doposażone odpowiednią przestrzenią dla swobodnego wybrzmiewania. Ta specyficzna, filigranowa medytacja delikatnie narasta, stymulowana niemal niedostrzegalnym upływem czasem, który zdaje się być tu pojęciem względnym, nadającym otoczeniu zadziwiającą nieistotność.

Po pięciu minutach słyszymy nową frazę, ale ta gaśnie szybciej niż poprzednie. Dłużej za to wybrzmiewa niesiona matowym, nieco syntetycznie brzmiącym echem. Przypomina uderzenia w gong. Po kolejnych kilku minutach rzeczone echo zaczyna pulsować i nabierać zdecydowanie post-akustycznej poświaty. Przed upływem dwóch kwadransów główny wątek narracji przejmują subtelne gitarowe flażolety. Po niedługiej chwili dołączają do nich repetujące, delikatne pasmo basowe i niezidentyfikowany, elektroakustyczny szum z backgroundu, który z każdą pętlą zdaje się coraz głębiej pulsować. Recenzent zaczyna mieć wrażenie, że jego słowa są tej muzyce zupełnie niepotrzebne. Ona trwa, niczym wielominutowe medytacje AMM. Finał utworu wydaje się doposażony odrobiną zaskakującej dynamiki i aurą syntetyczności. Umiera nagle, bez słowa komentarza. 

Druga kompozycja trwa niespełna kwadrans, ale jej wydarzeniami możnaby obdzielić kilka innych, znacznie dłuższych. Szczególnie dobitnie pokazuje to pierwszych dziewięć minut. Początek lepi się z wysoko zawieszonych fraz gitary, repetytywnych plam czegoś definitywnie syntetycznego i pulsującego, basowego pasma. Potem w grze pojawiają się także ludzkie głosy. W tak zwanym międzyczasie sam wątek gitarowy zaczyna intrygująco uciekać w dubową poświatę. Nagranie zdaje się mieć ciekawą, na poły rytmiczną teksturę. Jakbyśmy z oddalonego pomieszczenia słyszeli dźwięki przypominające klasykę berlińskiego post-techno spod znaku Basic Channel. Całość staje się mroczna, ale nie przestaje pulsować. Po upływie rzeczonej dziewiątej minuty powraca gitarowy flow, który pamiętamy z pierwszego utworu. Uformowana jakby na nowo opowieść toczy się leniwą struga, a potem zaczyna układać do snu, choć jej wnętrze nie przestaje pulsować i skwierczeć. W końcu przestrzeń nagrania opanowuje struga ambientu, która gaśnie nagle, jak ktoś wyłączył światło.

 

Cristiàn Alvear Sin título #30 - Singularidad #1 (Carrasco - Astaburuaga) (Insub Records, CD 2026). Cristiàn Alvear – gitara elektryczna, sin tones & field recordings, Nicolás Carrasco i Santiago Astaburuaga – kompozycje. Nagrane we własnym studiu domowym, Santiago, Chile. Dwa utwory, 42 minuty.



wtorek, 18 sierpnia 2026

Butcher, Edwards & Sanders as Last Dream of the Morning play Sharp Illusion!


John Butcher, John Edwards i Mark Sanders, brytyjskie legendy sceny free jazz/ free impro, niemal dokładnie dwa lata temu zagrali koncert na jazzowym festiwalu w Lublinie. Takie wydarzenie nie mogło ujść uwadze bystrego krajowego wydawcy, który bez zbędnej zwłoki dostarczył nam fonograficzną dokumentację tego wyjątkowego wydarzenia.

Anglicy, którzy na potrzeby tego tria zwykli używać nazwy Last Dream of the Morning, na scenie lubelskiego Centrum Kultury zagrali godzinny set podzielony na cztery opowieści, z których trzecia trwa prawie dwa kwadranse.

  


Koncert rozpoczęli od small talks, jakby improwizowali ze sobą po raz pierwszy w życiu. Tuba tenoru metalicznie drży, smyczek głaska struny, perkusyjne pałeczki łaskoczą glazurę werbla i tomów. Spirala narracji nakręcana jest z należytą pieczołowitością, z kunsztem wykwalikowanego lutnika, z dbałością o detale brzmieniowe i dramaturgiczne niuanse. Anglicy pierwszy, niezbyt stromy szczyt pokonują w okolicach dziesiątej minuty. Puentę utworu szyją zaś z drobnych, rwanych fraz posyłanych wprost w pierwsze tego wieczoru oklaski publiczności.

Druga opowieść wydaje się bardziej kameralna, częściej osadzona na kontrabasowym smyczku, szyta sopranową frasobliwością. Niekiedy jest dość mroczna, kiedy indziej zaskakująco post-barokowa. Po drobnym szczycie osiada na nieskończonej jak zawsze kreatywności Edwardsa i jego tradycyjnej pieśni arco & pizzicato in one step. Nim utwór dokona swojego żywota napotykamy jeszcze na krótkie, drum’n’bassowe duo i całkiem nerwowe zakończenie.

Trzecia opowieść, jak się rzekło, jest tu tą najdłuższą. Jej pierwsze dziesięć minut, to swobodne dywagacje na temat istoty dźwięku, potencjału subtelnych interakcji. Minimalizm, dęte drony, perkusjonalne detale, gra na jednej strunie. Czyste frazy i brudne preparacje. Gdy opowieść nabiera w końcu pewnej linearności, tempo jest umiarkowane, a wzniesienia drobne i pokonywane zazwyczaj z kocią zręcznością. Butcher najpierw pracuje tu na tenorze, potem sięga po sopran i mając oparcie w rytmicznie usposobionym smyczku wynosi improwizację - nie bez oddechu cyrkulacyjnego – na zdecydowanie większe wzniesienia. Finał utworu jest jednak zaskakująco kameralny.

Koncertowe encore trwa niespełna cztery minuty. Ma pożegnalną nutę, lepi się z drobnych fraz i kilku niespodziewanych podskoków, a napotyka na oklaski publiczności jeszcze przed wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Chyba się zatem podobało.

 

Last Dream of the Morning feat. John Butcher, John Edwards, Mark Sanders Sharp Illusion (FSR, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, John Edwards – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja. Nagrane na żywo w Centrum Kultury, Lublin, lipiec 2024. Cztery improwizacji, 58 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała dla portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana



 

piątek, 14 sierpnia 2026

Florian Stoffner and bijou!


Z nagraniami szwajcarskiego gitarzysty Floriana Stoffnera jesteśmy na bieżąco od przynajmniej dekady. Uwielbiamy jego duety, tria, tudzież większe formacje, ale w sytuacji solowej odnajdujemy go bodaj po raz pierwszy.

Ktoś kiedyś zgrabnie określił improwizacje Floriana mianem sekcji zwłok gitary. To upiorne porównanie przylgnęło do artysty, on sam czuje się nim bardzo dobrze, a jego najnowsza produkcja zdaje się potwierdzać przewrotną trafność tamtego określenia.

Album zatytułowany Klejnot zawiera sześć improwizacji, które trwają od niespełna trzech do ponad dziewięciu minut.

  


Gitarzysta rozpoczyna solową przygodę od rozgrzewki - sprawdza siłę strunowych naciągów, analizuje stopień wypolerowania glazury pudla rezonansowego, testuje brzmienie każdej struny. Pierwsze akcje inicjuje bardzo minimalistycznie, serwuje strzępy dźwięków, filigranowe flażolety, które pokazują matową głębię - zdaje się, że nie są już akustyczne, ale jeszcze nabrały znamion elektrycznych. Muzyk snuje fałszywe melodie z definitywnie prawdziwą precyzją. W końcu idzie w pijany taniec nie zważając na konsekwencje.

W drugiej odsłonie gitara ma już w sobie pierwsze pokłady prądu, ulega delikatnym sprzężeniom, rezonuje pierwszym, bardzo płaskim echem. Nabiera masy, zaczyna pokrzykiwać i charczeć. Niedługo potem zgrzyta, chrobocze, szuka dynamiki, pokrętnych, mikroskopijnych melodii. Palce ślizgają się po strunach, a te ocierają się o siebie pozostając w pokracznym rytmie. Puentą trzeciej improwizacji są drobne, elektryczne usterki.

Czwarta historia trwa tu najdłużej, budowana skrupulatnie, z dużą cierpliwością. Najpierw przypomina martwego bluesa granego po ciężkiej, ostro zakrapianej nocy. Najdrobniejszy wszakże dźwięk nasycony jest odpowiednią dawką prądu. Każda struna ma swoje brzmienie, każda może opowiadać własne historie. Każda też na swój sposób cierpi. Matowy blask piątej historii, splecionej z drobniutkich flażoletów dociera do nas jakby zza teatralnej kotary. To frazy pozbawione tlenu, to uwiezione struny, które chcą podejrzeć pierwsze promienie słońca.

Finałowa opowieść leje się przez ręce. Jest powolna, lepiona z filigranowych fraz, które łapią mikro sprzężenia, a potem odpływają w siną dal. Opowieść zaczyna pulsować, nabierać dubowej głębi. Nie jest pożegnalną kołysanką, choć bardzo chciałaby nią być.

 

Florian Stoffner bijou (Relative Pitch Records, CD 2026). Florian Stoffner – gitara. Nagrane w Bee Street Studio, czas nieznany. Sześć improwizacji, 32 minuty.




wtorek, 11 sierpnia 2026

Gilles Sivilotto played by zeitkratzer, Isabelle Duthoit and himself!


Sytuacja dramaturgiczna jest następująca – mamy francuskiego kompozytora, dwie wersje utworu Handmade, tworzonego/ wykonywanego za pomocą ruchu rąk okablowanych sprzętem elektronicznym oraz francuską wokalistkę i niemiecki nonet, którzy podejmują się realizacji dzieła w wersji akustycznej.

Jak to często bywa w przypadku muzyki współczesnej, dla złaknionych wiedzy werbalnej przygotowano szczegółowy opis procesu, szczęśliwe napisany … ręką kompozytora i zamieszczony na bandcampowej stronie albumu. My, jak zawsze, skupiamy się na samych dźwiękach.

 


Najpierw słuchamy kompozycji Handmade 3 w wersji elektronicznej. Początek przypomina szum wiatru, który hula na zewnątrz, a do nas dociera przez ledwie co uchylone okno. W potoku narracji zaczynają z czasem pojawiać się drobne zgrzyty, jakby elektroniczne muśnięcia, a wszystko wokół syczy, skwierczy i pęcznieje. Droga od masywnego spiętrzenia do filigranowego wyciszenia odbywa się tu niemal w kilka chwil, których upływ wydaje się niezauważalny. W drugiej fazie utworu narracja staje się z wolna strumieniem subtelnych, elektronicznych usterek. Niekiedy przypomina owady stąpające po rozgrzanej patelni, innym razem mamy wrażenie, że ktoś rozdziera papier, a może to dźwięk dogasającego pogorzeliska. W drugim utworze tę samą materię kompozytorką bierze na warsztat, a może wkłada do gardła, the one and only Isabelle Duthoit. Na początku … nie słyszymy specjalnej różnicy w stosunku do wersji elektronicznej. Z czasem nasze uszy wypełnia kosmos wokalnych możliwości Francuzki. Artystka mruczy z samego dna przełyku, ciężko oddycha lub świszczy jak gruźlik, skrzeczy, charczy, wydaje kocie piski – od mikro zgrzytów po wybuchy prawdziwe zwierzęcej ekspresji. Pod koniec utworu nawet melodyjnie pośpiewuje, to chyba przejaw autoironii, potem jeszcze gwiżdże i szeleści, aż w końcu umiera na suchoty. Doprawdy chciałoby się obu wersji Handmade 3 posłuchać jednocześnie.

Tymczasem na dysku ujawnia się kompozycja Handmade 2, najpierw w wersji akustycznej. Niepowtarzalny zeitkratzer, to tym razem cztery instrumenty strunowe, trzy dęte, fortepian i perkusjonalia. Otwarcie lepi się z drobnych, suchych, ledwie słyszalnych dźwięków szarpanych strun, szeleszczących dętych i percussion. Owa plejada dobrze zintegrowanych short-cuts dość sprawnie przepoczwarza się w rozedrgany dron, ale zaskakująco filigranowy – przypomina dziecięcy kalejdoskop w wersji monochromatycznej. Po niezbyt intensywnym spiętrzeniu narracja powraca do gry na małe pola. Teraz wydaje się leniwą flautą mikrobiotycznych prychów i skrzypień. Pojawiają się melodie inicjowane na wydechu, gaszone na wdechu. Całość nabiera jednak masy, zaczyna groźnie hałasować. Na finałowej prostej przypomina wielki, rozklekotany pociąg towarowy, który kończy bieg wyjątkowo precyzyjnym falling down.

Na koniec albumu dostajemy elektroniczną wersję utworu przed momentem performowanego przez niemiecki nonet. Wracają podmuchy wiatru, jakie znamy z początku płyty. Ale tu dość szybko stają się burzą z piorunami. Zmyślnie uformowany masyw górski rozpada się nagle na drobne, zanikające odpryski skalne. Flow budowany jest teraz jakby do nowa, ale przy użyciu kompulsywnego power electronics. Najpierw tylko incydentami noise, potem już pełnym spektrum dźwiękowym. W końcu słyszymy chyba ten sam pociąg towarowy, ale tym razem napędzany silnikami najnowszej generacji. A może to wielki rój owadów, który opada nad miastem. Ostatnie frazy tego niebywałego albumu, to mroczny, dość intensywny ambient, który umiera nagle po zwinnym cięciu skalpelem.

 

Gilles Sivilotto/ zeitkratzer / Isabelle Duthoit Handmade (Zeitkratzer Records, CD 2025). Gilles Sivilotto – kompozycje, handmade electronics (utwory 1 i 4), Isabelle Duthoit – głos (2), zeitkratzer (3): Frank Gratkowski – klarnety, Hild Sofie Tafjord – rożek francuski, Hilary Jefferey – puzon, Reinhold Friedl – fortepian, Maurice de Martin – instrumenty perkusyjne, Lisa Marie Landgraf i Burkhard Schlothauer – skrzypce, Nora Krahl - violincello oraz Ulrich Phillipp – kontrabas. Czas i miejsce nagrania różne. Cztery utwory, 50 minut.



piątek, 7 sierpnia 2026

We Are Spontaneous! 10. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)


„Spontaniczność stanowi wyzwanie, ponieważ życie zdaje się dyktować, że nie należy być spontanicznym… szczerze mówiąc” – powiedział John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble.

Tymi słowami zapraszaliśmy w 2021 roku na piątą edycję Spontaneous Music Festival, której nazwa własna stanowiła rodzaj pytania retorycznego „Are You Spontaneous?”.

Dziś, otwierając dziesiątą edycję, mając w pamięci dorobek poprzednich lat, widząc każdego roku radość w oczach publiczności i pamiętając o satysfakcji artystów, którzy współtworzyli i współtworzą to wydarzenie, możemy z pełnym przekonaniem odpowiedzieć twierdząco na pytanie zadane pięć lat temu. Tak, jesteśmy spontaniczni. Jak zawsze wszyscy razem, muzycy, publiczność i organizatorzy. W pełni odpowiedzialni za własne słowa i czyny zapraszamy na „We Are Spontaneous! 10. SMF 2026”.

 


Jubileuszowa edycja Festiwalu kładzie szczególny nacisk na free jazzowe korzenie i muzyczną ekspresję, które stały u podstaw zawiązania tej inicjatywy pod koniec roku 2017. Tym samym oddaje cześć protoplastom gatunku, a nade wszystko tym, którzy ten pryncypialny wątek współczesnej muzyki awangardowej nieustannie kultywują i dbają o jego aktualny wizerunek oraz kondycję artystyczną.

Idąc tropem myśli, jakie cementowały pomysł na tegoroczną edycję SMF, w pierwszej kolejności zaprosiliśmy do uczestnictwa w wydarzeniu brytyjskiego saksofonistę Colina Webstera wraz z jego flagowym projektem artystycznym Large Ensemble, który łączy pokolenia londyńskiej i międzynarodowej sceny free jazzowej w osobach Cath Roberts i Sofii Salvo na saksofonach, trębaczki Charlotte Keeffe, Grahama Dunninga na elektronice, gitarzysty Matthew Grigga, kontrabasisty Johna Edwardsa oraz perkusisty Andrew Lisle’a. Sam Colin Webster będzie gościem festiwalu po raz trzeci i zagra dla nas aż czterokrotnie, każdego dnia tegorocznej edycji, zawsze w innym układzie personalnym, od solowego performance’u na amplifikowany saksofon, przez dwie formacje ad hoc, po finałowy występ Large Ensemble. Dodatkowo poprowadzi warsztat dla adeptów sztuki improwizacji. Nagrania Webstera z jego poprzednich bytności w Poznaniu dostępne są na trzech albumach serii Spontaneous Live Series, która od pierwszej edycji unieśmiertelnia muzykę wykonywaną na deskach Dragona.

Na festiwalowej scenie zaprezentują się też inne renomowane postacie europejskiej sceny free jazzowej – niemiecki saksofonista Stefan Keune oraz jego brytyjscy partnerzy, kontrabasista Dominic Lash i perkusista Steve Noble. Dla każdego z nich będzie to debiutancki show na naszej imprezie. Dodajmy, że Lash otworzy także festiwal setem solowym, dedykowanym zmarłej w tym roku francuskiej kompozytorce Éliane Radigue, a Keune wystąpi w międzynarodowym kwartecie w ramach jednej z formacji ad hoc.

Szeroko rozumiany idiom post jazzowej improwizacji zaprezentuje kolejne międzynarodowe trio: norweski perkusista Stale Liavika Solberg, amerykańska trębaczka Liz Allbee oraz brytyjski kontrabasista John Edwards. Norweski drummer będzie z nami na Festiwalu po raz drugi, poprowadzi też warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Dla Johna i Liz będzie to debiut na festiwalu, choć nie na deskach samego Dragona.

Poszukującą scenę muzyki współczesnej, która sięga także po schematy kompozytorskie, reprezentować będzie trio TON. Tworzą je pochodzący z Niemiec puzonista Matthias Muche, kontrabasista Constantin Herzog oraz przybywający z Holandii perkusista Etienne Nillesen. Każdy z nich będzie na Festiwalu po raz pierwszy. Nillesen zagra też dla nas set solowy, a Muche będzie uczestnikiem jednego ze składów ad hoc.

Kwartet Trapeze, który tworzą niemiecki puzonista Matthias Müller, francuska saksofonistka Sakina Abdou, perkusista Peter Orins oraz szwajcarski turntablista Joke Lanz, wpisze się w nurt europejskiej sceny eksperymentalnej, łączącej brzmienia akustyczne i elektroakustyczne. Dla Müllera będzie to czwarta wizyta na Spontaneous Music Festival. Warto wiedzieć, że każdy z setów, które do tej pory wykonywał u nas, jest udokumentowany na oficjalnych wydawnictwach, na kasecie wydanej w Stanach Zjednoczonych oraz na pięciu albumach Spontaneous Live Series. Dodajmy, że Peter Orins wystąpi dodatkowo w jednym z kwartetów ad hoc.

Grono artystów zagranicznych uzupełni jak zawsze reprezentacja polskich wykonawców. W pierwszej kolejności zaprezentuje się free jazzowe trio Sundogs w osobach muzyków z Wrocławia, saksofonisty Mateusza Rybickiego i kontrabasisty Zbigniewa Kozery, oraz pracującego w Berlinie perkusjonalisty Samuela Halla. Sundogs wystąpią na scenie festiwalowej w kwartecie z gościem specjalnym, Colinem Websterem. Świetnie pamiętamy, że Rybicki współtworzył w roku 2022 festiwalowy Desarbres Ensemble, który wykonał minimalistyczną kompozycję Ferrana Fagesa, dostępną w digitalnej edycji Spontaneous Live Series.

Duet HAŁVVA tworzą artyści rodowodowo związani z Trójmiastem, pianista Kamil Piotrowicz oraz perkusista Jacek Prościński. Z tą multigatunkową, nieoczywistą stylistycznie formacją wystąpi gość specjalny, francuski trębacz Timothée Quost, którego doskonale pamiętamy z szóstej edycji festiwalu. Ich wspólny album „}}}}” został wydany w 2023 roku w angielskim labelu Waxing Crescent Records. Nadmieńmy, że Kamil Piotrowicz będzie współtworzył także jeden z kwartetów ad hoc.

Zestaw polskich uczestników Festiwalu uzupełni trójka muzyków: wrocławski eksperymentujący gitarzysta Michał Sember, którego pamiętamy z udziału w słynnym kwintecie gitarowym na Festiwalu w roku 2020, oraz artyści związani ze sceną poznańską – Maciej Maciągowski, syntezator modularny, i Adam Frankiewicz, taśmy i nagrania terenowe. Wszyscy oni będą ważnymi elementami składów ad hoc.

Prócz tego zapraszamy na wydarzenia towarzyszące. W ramach festiwalu odbędą się dwie projekcje filmu w Kinie Muza soundartowego „Conversations with Fuji”, którego współautorami są Adam Frankiewicz i Zofia Tomczyk, tworzący kolektyw Fields of Superorganisms. Wysłuchamy również performatywnego wykładu o improwizacji, który wygłosi Antoni Michnik. Dodatkowo zaplanowaliśmy dwa warsztaty dla osób chcących poszerzyć swoje kompetencje w zakresie muzycznej improwizacji, prowadzone przez zaproszonych gości: Colina Webstera oraz Ståle Liavika Solberga.


Poznań, SARP / Dragon Social Club / Kino Muza, 01–04.10.2026 


Koncerty:

01.10. SARP Social Club „Spontaneous Music Open Day” – wstęp wolny

19.00 Dominic Lash solo (kontrabas)

20.00 Sundogs: Mateusz Rybicki (saksofon), Zbigniew Kozera (kontrabas), Samuel Hall (perkusja) + Colin Webster (saksofon)

21:00 Stefan Keune (saksofon), Dominic Lash (kontrabas), Steve Noble (perkusja)

02.10. Dragon Social Club

19.00 Colin Webster solo (saksofon amplifikowany)

20:00 Ad hoc: Stefan Keune (saksofon), Michał Sember (gitara), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Peter Orins (perkusja)

21:00 HAŁVVA: Kamil Piotrowicz (instrumenty klawiszowe), Jacek Prościński (perkusja) + Timothée Quost (trąbka, elektronika)

22:00 Trapeze: Matthias Müller (puzon), Sakina Abdou (saksofon), Peter Orins (perkusja), Joke Lanz (gramofony)

03.10. Dragon Social Club

19:00 Etienne Nillesen solo (perkusja)

20:00 Ad hoc: Colin Webster (saksofon), Maciej Maciągowski (syntezator modularny), Kamil Piotrowicz (fortepian), Matthias Muche (puzon)

21:00 John Edwards (kontrabas), Liz Allbee (trąbka), Stale Liavik Solberg (perkusja)

22:00 Matthias Muche (puzon), Constantin Herzog (kontrabas), Etienne Nillesen (perkusja)

04.10. Dragon Social Club

19:00 Ad hoc: Stale Liavik Solberg (perkusja), Graham Dunning (elektronika), Michał Sember (gitara)

20:00 Ad hoc: Cath Roberts (saksofon), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Charlotte Keeffe (trąbka)

21:00 Ad hoc: Andrew Lisle (perkusja), Matthew Grigg (gitara), Maciej Maciągowski (syntezator modularny)

22:00 Colin Webster’ Large Ensemble: Colin Webster (saksofon), Sofia Salvo (saksofon), Cath Roberts (saksofon), Charlotte Keeffe (trąbka), Graham Dunning (elektronika), Matthew Grigg (gitara), John Edwards (kontrabas), Andrew Lisle (perkusja)

 

Wydarzenia dodatkowe:

Pokazy filmowe Rozmowy z Fujisan (PL) / Conversations with Fujisan (EN), Kino Muza – (Wkrótce więcej informacji o biletach!)

Premiera: 01.10.2026, godz. 17.00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Drugi pokaz: 03.10.2026, godz. 17:00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Rozmowy z Fujisan to film dokumentalny o słuchaniu świata poprzez nagrania terenowe. Dotyka krytyki konsumpcjonizmu krajobrazu oraz znaczenia drobnych gestów w dobie katastrofy klimatycznej. A. i Z. wyruszają na miesięczną rezydencję artystyczną do miasta Fujiyoshida w Japonii. Jako punkt wyjścia stawiają pytanie o to, jak możemy komunikować się z superorganizmami. Przyglądają się temu, co poetyckie i filozoficzne w kontakcie z nimi. Zabierają ze sobą archiwum nagrań by przedstawić je górze. Wyczekują i słuchają, trwając w skupieniu, aż nadejdzie odpowiedź. 

Warsztaty, Dragon Social Club – wstęp wolny (Wkrótce więcej informacji o zapisach!)

03.10.2026, godz. 11.00-12:00

Stale Liavik Solberg – warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Zajęcia będą koncentrowały się na różnych sposobach odnoszenia się do muzyki i do siebie nawzajem w sytuacjach swobodnej improwizacji. Będziemy rozmawiać i wykonywać ćwiczenia, w których centralnymi elementami są słuchanie, przestrzeń (zarówno dawanie, jak i branie), forma oraz dynamika. W części praktycznej będziemy także tworzyć utwory z wykorzystaniem różnych technik, które pozwolą uczestnikom poznać strategie pracy z rytmem w kolektywnej improwizacji.

04.10.2026, godz. 11.00-12:30

Colin Webster – warsztat z technik improwizacji i pracy zespołowej, skoncentrowany na praktycznych narzędziach improwizacji, rozumianej jako proces twórczy oparty na dialogu, słuchaniu i reakcji na partnerów. Uczestnicy będą pracować nad budowaniem narracji muzycznej, świadomym wykorzystaniem własnego instrumentu, reagowaniem na zmiany struktury dźwiękowej oraz funkcjonowaniem w elastycznych zespołach improwizujących.

Wykład:

04.10. Dragon Social Club, godz. 14:00-15:30 – wstęp wolny

Antoni Michnik – „czas, miejsce, (interakcje) – półimprowizowany wykład o improwizacji”. Wystąpienie o charakterze performatywnym, wychodzące od tradycji Cage’owskiej, oparte o partyturę tekstową i zawierające kilka improwizowanych, niezdeterminowanych lub wariacyjnych sekcji.

 

Bilety:

Karnet na 3 dni: 200 zł normalny / 180 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

* Po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety na koncerty do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

Bilety na seans filmowy w Kino Muza do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

 

Organizatorami Festiwalu są:

Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej, Dragon Social Club

Patronat medialny:

ImproSpot, Anxious Musick Magazine, Radio Afera, Radio Jazzkultura oraz Independent.pl

Partnerzy Festiwalu:

Estrada Poznańska, Moon Hostels & Apartments

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego, w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

wtorek, 4 sierpnia 2026

Frangenheim & Keune in New Traces!


Od wczoraj cały improwizowany świat aż huczy od informacji o szczegółach nowej, jubileuszowej edycji Spontaneous Music Festival, która opanuje poznańskie przybytki kultury wysokiej jak zwykle w pierwszy weekend października. Stosowne info prasowe będzie dostępne także na Trybunie, zapewne w ciągu kilkudziesięciu godzin.

Z powyższych anonsów medialnych jasno wynika, iż Stefan Keune, wybitny niemiecki saksofonista, będzie festiwalowym gościem pierwszego i drugiego dnia imprezy. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak sprawdzić w jakiej formie jest pochodzący z Zagłębia Ruhry artysta. Zapewne najlepszą do tego okazją będzie wnikliwe przeanalizowanie jego najnowszego nagrania. New Traces, to swobodnie improwizowany duet z berlińskim kontrabasistą Alexandrem Frangenheimem zarejestrowany w trakcie dwóch spotkań w roku ubiegłym - zimowego i letniego. Nagranie zawiera jedenaście zwartych, kilkuminutowych opowieści, w których Keune naprzemiennie używa saksofonu tenorowego i lekkiego jak pawie pióro sopranino. Kontrabasista chętnie sięga po smyczek, ale to wcale nie implikuje kameralnych, wystudzonych etiud. Wręcz przeciwnie. Gorąco zapraszamy do odczytu, a potem do odsłuchu. Szczególnie, że album jest dostępny na stronie szkockiego wydawcy w naszej ulubionej formule name your price.

  


 

Ponad siedmiominutowa pieśń otwarcia mówi nam wszystko o tym, czego w obszarze jakości i kreatywności możemy spodziewać się po tych improwizatorach. Najpierw garść drobnych akcji, które od pierwszego dźwięki świetnie ze sobą korelują, potem plejady dłużnych pasaży, granych niemal tanecznie i na pewno brawurowo. Jest także zejście w ciszę, kilka melodyjnych oddechów i grad finałowych preparacji. Kontrabasista stosuje tu wszelkie dostępne techniki gry na instrumencie, choć najwięcej emocji dostarcza smyczkowymi galopami. Saksofonista pracuje na tenorze, jest na tym etapie podroży precyzyjny i dość wstrzemięźliwy w eksponowaniu ekspresji. W kolejnych dwóch utworach parzystych Keune frazuje na sopranino, którym efektownie wyje do księżyca, osiągając intensywność godną miana white noise. Dłużny nie pozostaje kontrabasowy smyczek, który także pracuje w bardzo wysokich rejestrach.

Improwizacje trzecia, piąta i szósta, to powrót do saksofonu tenorowego i bardziej masywnych akcji kontrabasu, nadal pracującego wszakże pod dyktatem smyczka. Ten ostatni lubi skakać po strunach, budować napięcie nie tylko dobywając efektowne, kameralne post-melodie. Ciągle nieco wystudzony tenor z każdym oddechem zdaje się nabierać wiatru w żagle, tnąc powietrze pięknymi, kanciastymi frazami w natychmiast rozpoznawalnej estetyce Evana Parkera. Z każdą upływającą chwilą tej ekscytującej podróży rośnie także poziom interakcji i wzajemnego zrozumienia. Dźwięki obu artystów  zrastają się ze sobą, bardzo często osiągając stadium pełnej harmonii brzmieniowej i narracyjnej.

W siódmej odsłonie smyczek i sopranino piszczą, podskakują i cmokają z radości. W dziewiątej sopranino staje na palcach i śpiewa, z kolei smyczek schodzi do podziemia i buduję uroczy dysonans. Dziesiąta opowieść, to szorowanie strun i głębokie wdechy tenorowego. W finałowej, jedenastej części muzycy dosyłają plejady drobnych, preparowanych dźwięków, rozważnie stawiają każdy krok, a wybrzmiewają przy kontrabasowych frazach granych pizzicato.  

 

Frangenheim & Keune New Traces (Scatter Archive, DL 2026). Alexander Frangenheim – kontrabas oraz Stefan Keune – sopranino, saksofon tenorowy. Nagrane w studioboerne45, Berlin, luty i lipiec 2025. Jedenaście improwizacji, 45 minut.



 

piątek, 31 lipca 2026

The July’ Round-up: Spinors! Made of Bones! Nuno! Torrecillas! Serries & Tietchens! Poems 11 & 12! Kakofonie #15!


Czas na lipcową zbiorówkę recenzji. Dziś osiem albumów i tradycyjnie multigatunkowy tygiel improwizacji. Tym razem sporo prądu i elektroniki, ale także szerokie spektrum fraz akustycznych, czasami wprost z wielkomiejskiej ulicy!

Zaczniemy w Berlinie, potem czekają nas dwa spotkania portugalskie, krótka wycieczka do Buenos Aires, mroczna otchłań Belgii i aż trzy wątki krajowe – jeden ulepiony z surowej akustyki, drugi z małego prądu, a trzeci z meandrycznej elektroakustyki. Od koloru do wyboru! Very Welcome!

 


Spinors Masual (Evil Rabbit, CD 2026)

Morphine Raum, Berlin, czerwiec 2023: Alex Nowitz - głos, elektronika, Sukandar Kartadinata – gitara elektryczna, elektronika oraz Matthias Bauer – kontrabas. Cztery improwizacje, 45 minut.

Głos wspomagany ręczną elektroniką, niebanalnie frazująca, obleczona kablami gitara z prądem i kontrabas najchętniej traktowany smyczkiem tworzą tu opowieść pełną niespodzianek, zarówno brzmieniowych, jak i narracyjnych. To dramat w trzech długich aktach i jednym bardzo krótkim, który przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Po równie szemranym, jak gadanym otwarciu muzycy budują linearną opowieść, która startuje z pozycji post-jazzowej, ale szybko ucieka w oniryczną, post-psychodeliczną balladę. Po kilku minutach narracja staje się jednak zaskakująco dynamiczna, uformowana w dron, który pulsuje mrokiem, usiany usterkową niekiedy elektroniką. Druga opowieść balansuje od mrocznej ciszy inicjacji po wybuchy ekspresji, tu godne doprawdy muzyków z dalekiego wschodu. Smyczek tańczy jak oszalały, gitara plecie psychodeliczne melodie, a głos deliberuje w estetyce niemalże operowej. Samo zakończenie śmiało zasługuje na miano bardzo głośnego. Pulsująca preparacjami trzecia, miniaturowa odsłona udanie podprowadza pod finałową ekspozycję. Tu także artyści potrzebują chwilę, by od elektroakustycznych dywagacji przejść do narracyjnych konkretów. Na etapie rozwinięcia króluje basowy groove, który niesie dwa strumienie elektroniki, tej post-gitarowej i tej post-wokalnej.

  


Made of Bones & Luís Vicente Jardim Vertical (Profound Whatever, DL 2026)

No Estúdio Profound Whatever, Pesinho, styczeń 2026: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara, Nuno Santos Dias - Waldorf zarenbourg oraz Luís Vicente – trąbka. Dziesięć utworów, 57 minut.

Dobrze opakowana przetwornikami gitara elektryczna, kwaśny instrument klawiszowy i punktowa perkusja, to narzędzia pracy tria Made Of Bones, które zdaje się być idealne do tworzenia psychodelicznego, nieco onirycznego fussion, czerpiącego zarówno z jazzu, jak i rocka. Trio lubi muzykować z gośćmi - po incydencie z saksofonistą Jose Lencastre, czas na improwizacje z trębaczem Luisem Vicente.

Album składa się z dziesięciu odcinków, ale po prawdzie większość z nich łączy się w bardziej rozbudowane sekwencje zdarzeń. Powolna, leniwa narracja, niczym pochód umarlaków na granicy przemieniana, jest tu punktem otwarcia każdej opowieści. Muzycy dokładają step by step kolejne elementy, dzięki czemu większość utworów na etapie rozwinięcia osiąga poziom wzmożonej intensywności. Bazowe trio trzyma się swoich reguł gry, buduje delikatnie upalony strumień dźwięków, w którym poczucie upływającego czasu bywa sprawą bardzo indywidualną. Z kolei kreatywność trębacza, zwłaszcza w fazie preparacji sprawia, iż raz po raz improwizacje osiągają stan istotnie intrygujący. Klawisz z gitarą idą tu na ogół pod rękę, rola perkusji często sprowadza się do wytyczania szlaku podroży, ale bywa, że w efemerycznej flaucie improwizacji potrafi wzbudzić nowe życie. Album po wystudzonym, onirycznym otwarciu swoją kulminację zdaje się przeżywać w trakcie ósmego, najdłuższego utworu, który balansuje od psychodelicznej ballady do żwawej post-jazzowej przebieżki. Wieńczące płytę dwie ostatnie odsłony, to błysk melodii i kojący ambient.

  


Jorge Nuno A Ilha Revisitada (Thödol Records, CD 2026)

Lizbona oraz Terceira (utwory 3-5), czas nieznany: Jorge Nuno – gitara. Trzynaście utworów, 39 minut.

Z tym portugalskim muzykiem znamy się świetnie. Kiedyś lubował się w gitarowej psychodelii, teraz częściej siada samotnie ze swoim instrumentem i opowiada nieme historie o życiu. Jego druga płyta solowa przynosi aż trzynaście takich opowieści – ciągle pachnie w nich rockiem i post-bluesem, choć szyte są delikatnymi frazami gitary akustycznej.

Album otwierają wystudzone gitarowe flażolety, które pachną dawno zapomnianą prerią dzikiego zachodu. Estetyka bluesa i rocka dają szczególnie znać o sobie w kolejnych, niekiedy dość dynamicznych przebieżkach po gitarowym gryfie. Nuno szoruje struny, szarpie je i ślizga się po nich, a potem puentuje wszystko porcją wystudzonych, ale na ogół dość melodyjnych fraz. W piątej opowieści artysta wpada w repetytywny taniec czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym momentem albumu. Potem na długo zapada w otchłań gitarowego minimalizmu. Owe narracyjne slow motion ma swój niezaprzeczalny urok, ale zdaje się, że po kilku utworach zaczynami już tęsknić do ekspresji, jaką muzyk serwował w pierwszej części albumu. Ta dobra energia szczęśliwie powraca, a sam proces zaczyna się w połowie dziewiątego utworu. Album wieńczy minimalistyczny taniec, który nie nosi jednak znamion pożegnania. Nuno wróci do nas z pewnością całkiem niedługo.

  


Torrecillas/ Vázquez/ von Schultz Physis (Plus Timbre, DL 2026).

Estudio Libres, Buenos Aires, Argentyna, Luty 2025: Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, Pablo Vázquez – kontrabas, głos oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Czas na argentyński free jazz. W roli improwizatorów nasi dobrzy znajomi z Buenos Aires, z których dwóch mieliśmy nawet okazję gościć w spontanicznych progach Poznania w czasach przedpandemicznych. Trio, które gra dla nas Physis nie eksperymentuje, nie szuka nadmiernie rozszerzonych technik, ani nie kąsa szczególnie wymyślną dramaturgią. Gra swoje, co byśmy przez to nie rozumieli. I gra bardzo kompetentnie.

Krótkie, dobrze sformatowane improwizacje introdukowane są najczęściej przez perkusję i kontrabas. Saksofon wchodzi zazwyczaj na gotowe, syci flow jazzową melodią, a gdy trzeba ostro dmie intrygująco brudnym brzmieniem. Raz po raz artyści dorzucają coś nowego do typowego jazzowego tygla. W drugim utworze czujemy posmak ethno, a dużo dobrego wnosi kontrabasowy smyczek. Początek czwartej części grany jest przez basistę, ale efekt jest istotnie perkusjonalny. W niektórych momentach trio wpada w galop, ale nie jest on masywny, czasami wydaje się wręcz filigranowy. Szczególnie udane są improwizacje siódma i ósma. Pierwszą z nich prowadzi duet sax & drums osadzony w melodyce aylerowskiej, który jest nieustannie kontrapunktowany agresywnie usposobionym smyczkiem. Taka wymiana zdań stanowi oś dramaturgiczną utworu. Z kolei ósemka, to narracja tkana z drobnych, minimalistycznych fraz każdego z instrumentów, także bez użycia siły, czy forsowania nadmiernej ekspresji. Album domyka niespełna minutowa ekspozycja pełna rytmu, radosnej energii, daleka od oczekiwanej w takich momentach farewell song.

  


Dirk Serries & Asmus Tietchens Die Regeninsel (Attenuation Circuit, CD 2026).

Czas i miejsce nieznane: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty oraz Asmus Tietchens – processings. Sześć utworów, 46 minut.

Dark ambientowe płyty Serriesa znamy doskonale, nieomal się na nich wychowaliśmy. Najnowsza propozycja belgijskiego gitarzysty rozwija ten zamysł dramaturgiczny (nie po raz pierwszy) o elektroniczne procesowanie tego, co dostarcza samotna gitara elektryczna. Efekt zjawiska, to mroczne, gitarowe drony zanurzone w poświacie grozy, otchłaniach iście lovecraftowego niepokoju. Ta podróż jest bardzo niebezpieczna, szczęśliwe jednak każdy z odcinków zdaje się mieć nieco łagodniejszą, jakby odseparowaną od zasadniczej sytuacji dramatu puentę.

Od pierwszej sekundy nagrania gitarowy dark ambient zostaje osadzony w przestrzeni, która rezonuje jeszcze bardziej mrocznym, wielowarstwowym pogłosem. Puls jest jednostajny, tembr z czasem zniekształca się, co potęguje zjawisko niepokoju. Druga i piąta opowieść zdają się pochodzić od jednej matki. To gitarowa melodia systematycznie dewastowana syntetyczną powłoką brudu, obleczona łagodnym, matowym pulsem, który dociera z głębokiego offu. Ów proces osiąga incydentalnie stadium noise’owe. Trzecia opowieść wydaje się bardziej oniryczna. Szyty na kilka sposobów ambient brzmi tu wyjątkowo syntetycznie, syczy niczym wygłodniały wąż boa. Z kolei w czwartej odsłonie punktem wyjście są zniekształcone frazy, brzmiące jakby pochodziły z uszkodzonego odbiornika radiowego. Na etapie rozwinięcia flow wydaje się tu bardzo gęsty, przypomina marsz w błocie po kolana. Dla odmiany finałowa narracja zostaje posadowiona dość wysoko. Gitarowy ambient wydaje się śpiewny i zlany z porcją syntetyki. Aura grozy schodzi na background, ale cały czas kąsa niepokojem. I tu końcowy konsensus nosi znamiona mrocznej łagodności.

  


Kamil Szuszkiewicz, Mateusz Rybicki, Dawid Kosiarkiewicz, Paweł Sokołowski Poem 11, series 1 (Monaural Poetry, LP 2026)

Różny czas, różne miejsca: Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Mateusz Rybicki - klarnet, Dawid Kosiarkiewicz – saksofon barytonowy, Paweł Sokołowski, saksofon altowy. Cztery solowe improwizacje, 25 minut.

Patryk Zakrocki and Marcin Olak Poem 12 Openphonic Hat (Monaural Poetry, LP 2026).

Galeria Projekt Café, Warszawa, czas nieznany: Marcin Olak - gitara elektryczna, akustyczna, efekty oraz Patryk Zakrocki – gitara elektryczna, obiekty. Sześć utworów, 23 minuty.

Analogowo rejestrowana, wycinana seria płyt winylowych Patryka Zakrockiego nabiera rozpędu. Dziś zaglądamy na edycje jedenastą i dwunastą.

Pierwsza nich przynosi cztery solowe ekspozycje dęte, zrealizowane w okolicznościach przyrody – w tunelu pod wiaduktem kolejowym, na akademickim dziedzińcu, w bibliotece i otwartej przestrzeni okołoklubowej. Surowe brzmienie dęciaków, ciekawy efekt pracy z echem, odgłosy codziennego życia przybytku publicznego. Baryton Kosiarkiewicza zaczyna od delikatnego pomrukiwania, kończy niczym wielki zwierz w klatce, który próbuje się wyswobodzić. Echo tuneli robi tu wrażenie. Z kolei sopran Sokołowskiego snuje wytłumione melodie, które zdają łapać kontakt z powietrzem otwartej przestrzeni. To samo czyni trąbka Szuszkiewicza, która dodatkowo niesie się matowym pogłosem. Najbardziej intryguje w tym zestawie klarnet Rybickiego – lekki, frywolny, trochę roztańczony, z każdą sekundą nagrania jakby bardziej wsłuchany w odgłosy życia bibliotecznego.

  


Gitarowy duet Zakrockiego i Olaka, to z kolei melodyjna, wręcz piosenkowa odsłona improwizacji. Bez wokalu, natomiast z dużą dawką post-bluesa i rocka z zakurzonych klasyków westernowych. Krótki, sześcioodcinkowy serial udanie buduje dramaturgię - zaczyna od tęsknych melodii z dalekich prerii, potem sięga po porcje minimalistycznych fraz otumanionych drobnymi sprzężeniami, a kończy dynamiczną ekspozycją obu gitar, które budują podwójny, basowy groove.

  


Chołoniewski, Figle, Pyzik & Przetacznik Kakofonie#15 (Bandcamp’ self-released, DL 2026)

Betel, Kraków, marzec 2026: Marek Chołoniewski - live electronics, Mariusze Figle – syntezatory, Tomek Przetacznik - gitara oraz Kazimierz Pyzik – wiolonczela. Trzy improwizacje, 41 minut.

Kakofonie, cykl krakowskich koncertów, które na scenie klubu Betel łączą w intrygujące składy ad hoc krajowych muzyków improwizujących, mają już ugruntowaną medialnie pozycję i pokaźną dźwiękową historię. Szczęśliwie piętnasty incydent cyklu trafia do nas w formie dokumentacji fonicznej. Zaglądamy do środka z dużym zainteresowaniem.

Dwa instrumenty strunowe, syntezator i instytucja live electronics tworzą tu gęsty tygiel zdarzeń uformowanych w trzy kilkunastominutowe odcinki czasowe. Początek koncertu pokazuje, iż artyści, spotykający się ze sobą po raz pierwszy, potrzebują trochę czasu, by kierunki ich kreatywności zaczęły ze sobą istotnie korelować. Pierwsza improwizacja sprawia wrażenie małego koncertu życzeń. Każdy z muzyków prezentuje walory swojego instrumentarium, ale interakcje pomiędzy nimi nie są jeszcze solą tej opowieści. Puentą zaś okazuje się melodyjnie frazujące cello, które bez problemów radzi sobie z drobnymi incydentami noise realizowanymi przez syntetyczną frakcję kwartetu. W drugiej części muzycy zwierają szyki, a efektem jest linearna opowieść, którą przy pewnej dozie poczucia humoru moglibyśmy określić mianem … avant popu. Melodyjna wiolonczela, basowy rytm gitary i równie rozśpiewany tembr syntezatora! Zdaje się, że dramaturgiczny konsensus muzycy osiągają ostatecznie w trzeciej odsłonie. Na powierzchnię bogatego strumienia dźwiękowego forują się wiolonczela i gitara, a elektroakustyczna otulina wzmaga efekt całości i sprawia, że improwizacja nabiera artystycznych rumieńców aż do nagłego, jak za pociągnięciem skalpela, zakończenia koncertu.



wtorek, 28 lipca 2026

AMM in Phlegm!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji europejskiej muzyki improwizowanej, zakończyła swój dumny żywot dokładnie cztery lata temu. Dziś trafia do nas jej kolejne wydawnictwo pośmiertne, które dokumentuje koncert, jaki odbył się na najważniejszym dla Brytanii festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield, lat temu jedenaście.

To był szczególny czas dla AMM, albowiem w ramach zakrojonych na szeroką skalę obchodów 50. rocznicy powstania grupy, po dziesięciu latach banicji do jej szeregów powrócił Keith Rowe. Grupa zagrała kilka koncertów w trio, a aż trzy z nich zostały upublicznione na specjalnym urodzinowym boxie. Czytelnicy tych łamów znają te fakty doskonale, także prawie całą historię grupy i wiele ich wiekopomnych albumów.

W albumowym credits Eddie Prevost snuje niekończące się dywagacje, dlaczego to akurat nagranie AMM nie zostało wydane wcześniej. Powodów w jego epistole wylistowano wiele, dwa wydają się najważniejsze. Po pierwsze w nagraniu słychać kaszel jednego z widzów, który towarzyszy niemal całemu koncertowi, a którego w procesie produkcji nie dało się usunąć ze ścieżki dźwiękowej (tytuł album Flegma, to chyba naturalna konserwacja tego faktu). Drugi istotny powód wyczytać należy raczej między wierszami, a jego celność zdaje się podzielać także redakcja. To po prostu nie był najlepszy koncert w dziejach tej niebywałej grupy. Być może niektóre wyimki tej tezy znajdziecie w poniższym zapisie przebiegu zdarzenia koncertowego.

  


Początek koncertu idealnie mieści się w idiomie improwizacji, jaką AMM tworzy od zarania dziejów. Szmery na bębnie, szeleszczące talerzy, pojedyncze uderzenia w klawiaturę, tu wyjątkowo delikatne i elektroakustyczny szum, jaki dociera ze strony elektroniki. Ów dead slow motion od niemal samego początku naznaczony jest tytułowym kaszlem. Muzycy pozornie nie reagują, z czasem jednak sycą opowieść drobnymi, ale dość głośnymi zdarzeniami fonicznymi, które niczym opiłki metalu krążą wokół maszyny szlifierskiej. Zdaje się, że pierwsza zdecydowana reakcja na zachowanie widza, to spora porcja hałasu, jaka dociera ze strony Rowe w okolicach 7 minuty. Chwilę potem scenę opanowuje konsensualna cisza.

Po tym incydencie narracja wchodzi w fazę delikatnej, niemal onirycznej kołysanki, której naczelnym dźwiękiem wydaje się rezonujący talerz Prévosta. Z boku szemrze elektronika, piano stawia regularne stemple obecności. Nim upływa kwadrans w potoku mikro rezonansów i nano sprzężeń pojawia się pierwsza porcja melodyjnych sampli, której przez lata stanowiły znak rozpoznawczy AMM-owskich medytacji w trio. Po ich wygaśnięciu koncert wchodzi w fazę dość intensywną, istotnie oddaloną od narracyjnej post-ciszy, jaka królował dotychczas. Piano koi emocje, talerze je podgrzewają, a radiowe fonie barwią flow czymś bardziej zaskakującym.

Po dwudziestej minucie opowieść na dłuższy czas przepoczwarza się w mroczną i bardzo cichą medytację. Bez dwóch zdań możemy te chwile uznać za najlepszy fragment koncertu. Senne, rozmarzone sample i równie abstrakcyjne plamy akustycznych dźwięków – classical AMM’ beauty!

Ów kosmos fonicznej doskonałości zostaje brutalnie przerwany bardzo głośnym wtrętem talerza, który budzi nas z głębokiego snu mniej więcej w trzydziestej piątej minucie. Potem artyści zaczynają dywagować nad kierunkiem dalszej drogi i zdaje się, że  nie do końca mają pomysł what next. Z jednej strony dość głośne, post-industrialne grzmoty, z drugiej mrok fortepianowej klawiatury i … kaszel, który powraca do gry z nowymi zasobami energii. W okolicach pięćdziesiątej minuty opowieść nieznacznie zmienia oblicze. Pojawiają się perkusjonalne zdobienia, nasila się szum elektroniki, wokół płyną filigranowe, post-melodyjne frazy piana. Po kilku minutach w tyglu dość spokojnych zdarzeń aktywuje się kilkuminutowa, nieprzerwana porcja sampli. Słyszymy melodie, wokal, rytm, a po kilku rozbudowanych sekwencjach narracyjnych mamy wrażenie, że Rowe zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć samplerski dozownik. Nawet przypomina mu o tym kaszlący widz. Szczęśliwie ostatnie pięć minut koncertu jest już w pełni opanowane przez muzyków. Odgłosy wyczekiwania, mikro akcje z każdej strony, wspólne oczekiwanie na finałową ciszę. Zgadniecie, do kogo należy ostatni strzęp fonii? Tak, flegma wygrywa.

 

AMM Phlegm (Matchless Recordings, CD 2026). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne, Keith Rowe – elektronika oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, 2015. Jedna improwizacja, 63 i pół minuty.



 

 

piątek, 24 lipca 2026

Edwards, Vicente & Vasco Trilla play Choreography Of Fractures!


Luis Vicente i Vasco Trilla grają razem niemal od kołyski, zarówno w duecie, jak i w większych składach. Połączenie trąbki i perkusji stwarza ciekawe okoliczności brzmieniowe i dramaturgiczne. A gdy dodamy do takiego zestawu kontrabas, sytuacja robi się jeszcze bardziej atrakcyjna.

Gdy wreszcie za sterami tego kontrabasu zasiądzie sam John Edwards, nasza radość może nie mieć końca. Zapraszamy na trzyosobowe spotkanie, jakie odbyło się na portugalskiej prowincji dwie zimy temu.

  


Album składa się z czterech rozbudowanych improwizacji, z których pierwsza i trzecia trwają po kilkanaście minut. Otwarcie każdej z nich jest spokojne, wyważone emocjonalnie, niemal balladowe, ale zawsze owa niezobowiązująca gra wstępna prowadzi do free jazzowego spiętrzenia. W każdym z utworów ów proces ma jednak inną pod względem dramaturgicznym postać.

Leniwe, kontrabasowe pizzicato, rezonujące talerze i smutny śpiew trąbki, to aura inauguracji. Jakby portugalskie saudade kotwiczyło się do brytyjskiego portu. Po zapowiadanym szczycie ekspresji, do gry chodzi kontrabasowy smyczek i efektownie koi zszargane nerwy, ostatnie dźwięki improwizacji pozostawiając wyłącznie dla siebie. W drugiej odsłonie punktem wyjścia jest kameralny suspens osadzony na smyczku i wysoko postawionym dronie trębackim. Po rozbudowanej fazie gry na małe pola artyści nabierają wiatru w żagle i wypływają na otwarty ocean. Puenta znów należy do Edwardsa, który plecie swoje mistrzowskie opowieści arco & pizzicato in one breath.

Trzecia improwizacja jest najdłuższa i poza stałymi fragmentami gry dostarcza także sporo akcji w duetach, a nawet krótkich ekspozycjach solowych. Zaczyna się na samym dnie basu, lamentuje szczelinowym rezonansem, szuka melodii w zamkniętej tubie blaszaka. Zróżnicowane tempo poszczególnych faz improwizacji buduje jakość i sprzyja dramaturgii całości. Tym razem ostatnie słowo należy do trzeszczących akcesoriów Trilli. Początek finałowej opowieści płynie z post-ciszy perkusjonalnego szelestu. Ze strony Edwardsa i Vicente docierają drobne, subtelne frazy zgrabnie moszczące się na ambientowej kołderce. Tu opowieść pęcznieje raczej na szerokość, nabiera masy, ale nie przestaje być leniwym potokiem dźwięków. Z czasem wszyscy zaczynają drżeć, dygotać z zimna, ale też zerkać ku niebu w poszukiwaniu pierwszych obłoków słońca.

 

John Edwards/ Luis Vicente/ Vasco Trilla Choreography of Fractures (FSR Records, CD 2025). John Edwards – kontrabas, Luis Vicente- trąbka oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Sound Innovation Studios, Póvoa de Além, Portugalia, luty 2024. Cztery improwizacje, 47 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium i tam została pierwotnie opublikowana