środa, 31 grudnia 2025

50 Reasons to Remember the Year 2025! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2025!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!

 


Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/adam-goebiewski-dave-brown-in-dogs-light.html

AMM with Sachiko M Testing

(not reviewed yet)

Angharad Davies & Burkhard Beins Meshes of the Evening

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/angharad-davies-burkhard-beins-meshes.html

Barbara Dang & Muzzix Michael Pisaro-Liu Tombstones II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Benedict Taylor & Paweł Doskocz Welcome to our humble abode

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/benedict-taylor-pawe-doskocz-welcome-to.html

Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae

(not reviewed yet)

Camila Nebbia, Gonçalo Almeida & Sylvain Darrifourcq Hypomaniac

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/camila-nebbia-goncalo-almeida-sylvain.html

Caroline Kraabel, Pat Thomas, John Edwards & Steve Noble Transgressive Coastlines

(not reviewed yet)

Constantin Herzog, Matthias Muche & Etienne Nillesen Anasýnthesi

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/herzog-muche-nillesen-play-anasynthesi.html

Daniel Thompson Violet

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/daniel-thompson-in-violet-and-duo.html

Das B Love

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/das-b-in-love.html

Derek Bailey & John Stevens The Duke of Wellington

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/derek-bailey-john-stevens-in-duke-of.html

Dirk Serries & Mark Wastell Dual Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/dirk-serries-mark-wastell-in-dual.html

Dirk Serries Zonal Disturbances II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/dirk-serries-in-zonal-disturbances.html

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64)

(not reviewed yet)

Insub Meta Orchestra Exhaustion/ Proliferation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/02/insub-meta-orchestra-plays-exhaustion.html

John Edwards, Mike Gennaro & Alex Ward Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/alex-ward-in-two-similar-trios.html

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/angharad-davies-john-butcher-during-two.html

John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/the-confront-recordings-fresh-meals.html

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lawrence-casserley-emil-karlsen-and.html

Lava Quartet feat. Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida & Wieland Möller Ethereal Chant

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lava-quartet-in-ethereal-chant.html

Le GGRIL + DDK Diffraction

(not reviewed yet)

Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf

(not reviewed yet)

Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Magda Mayas and Jim Denley One Another

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/magda-mayas-jim-denley-go-one-another.html

Manoeuvres Sentimentales Delightfully Deceitful

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Marcello Magliocchi, Adrian Northover & Domenico Saccente Over The Edge

(not reviewed yet)

Martin Küchen & Håkon Berre På Snurr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/martin-kuchen-hakon-berre-pa-snurr.html

Matthias Müller & Andreas Willers Matthias Müller Andreas Willers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/matthias-muller-andreas-willers-in-duo.html

Michel Doneda & Frédéric Blondy Points of Convergences

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/michel-doneda-frederic-blondy-in-points.html

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/doneda-ninh-andorra-el-retorn-de.html

Nour Symon Je suis calme et enragé·e

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Ontstopper Kollektief Unblocking

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Quatuor Bozzini/ Jürg Frey String Quartets

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin

(not reviewed yet)

Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/rodrigo-amado-chris-corsano-into-healing.html

Sawt Out Fake Live in America

(not reviewed yet)

Sophie Agnel & John Butcher Rare

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/sophie-agnel-with-john-butcher-and-solo.html

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon, Florian Stoffner & Vasco Trilla Live at 7th Spontaneous Music Festival 2023

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/spontaneous-live-series-is-also-digital.html

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival

Spontaneous Live Series 017: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/anais-tuerlinckx-i-john-butcher-na.html

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor Closer and Beyond

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/keune-serries-taylor-are-closer-and.html

Stefan Keune, Steve Noble & Dominic Lash Black Box

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-noble-lash-in-black-box.html

Stefan Keune, Sandy Ewen & Damon Smith Two Felt-Tip Pens: Live At Moers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-ewen-smith-in-two-felt-tip-pens.html

Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire

(not reviewed yet)

The Electrics Live in Vilnius

(not reviewed yet)

The Runcible Quintet Two

(not reviewed yet)

Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

(not reviewed yet)

Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/discordian-records-fresh-outfit-live-at.html

Yodok III Nidarosdomen

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/yodok-iii-in-nidarosdomen.html

 



piątek, 26 grudnia 2025

Steve Beresford, John Butcher & Max Eastley! Some Uncharted Evening!


Kontynuujemy dziś dwa wątki zadzierzgnięte na tych łamach w grudniu – prezentację najświeższych dokonań Johna Butchera, a także listowanie przebogatej oferty net-labelu Scatter Archive.

W definitywnie brytyjskim towarzystwie udajemy się do … Szwajcarii, by tam wysłuchać elektroakustycznego spektaklu na wiele oczywistych i równie tyle nieoczywistych instrumentów. W roli podmiotu wykonawczego trzy legendy improwizowanej sceny Zjednoczonego Królestwa. Taka wyprawa nie może nam się nie opłacać.

 



Drobne dźwięki z percussion, syczenie z tuby saksofonu, frazy z samego dna piana i elektroakustyczne zdobienia tworzą tu aurę otwarcia. Ta jest równie filigranowa, jak mroczna, pełna szumów, pisków i incydentalnych obtarć – czysta fizyka przedmiotów muzycznego i niemuzycznego użytku. W tumulcie dobrze kontrolowanych zdarzeń nie brakuje fraz preparowanych, szczególnie ze strony pianisty. Kołysanka dla truposzy płynie umiarkowanie wartkim strumieniem. Akcje zaczepne prowadzone są wszakże w dużym skupieniu, a ewentualne spiętrzenia mają charakter okazjonalny, jak choćby to po upływie kwadransa pierwszej, stanowiącej połowę koncertu improwizacji. W tej sytuacji scenicznej może zdarzyć się każdy dźwięk, jest na to konstytucyjnie umocowane pozwolenie. Finał tej części spektaklu łapie strzępy melodii, wokół której orbitują frazy godne miana post-jazzu.

Druga, niespełna dwudziestominutowa opowieść zaczyna się bardzo nerwowo. Muzycy wchodzą w zwarcia, mówią, co mają sobie do powiedzenia, a potem niespodziewanie popadają w stan medytującej nieważkości. Trochę w tym zabawy, trochę post-egzystencjalnej refleksji. Tym, którym stara się nadać całości pewien ład dramaturgiczny jest teraz saksofonista, ale jego partnerzy mają te wysyłki za nic i rozrabiają na potęgę. W połowie improwizacji wszyscy odnajdują jednak ciszę, która koi emocje, kreuje opary uspokojenia. Po restarcie muzycy ślą nam kilka znaków zapytania całkiem post-klasycznej proweniencji. Wzdychają, przeciągają frazy, ocierają się o siebie. W tej sytuacji scenicznej następujący tuż potem free jazzowy akt sax & drums jest więcej niż niespodziewany. A jeszcze bardziej kolejny epizod – rodzaj rytualnego, niemal sakralnego wyniesienia. Puenta także zaskakuje - to folkowo brzmiące zaloty fletu i sopranowego.

Koncert wieńczy czterominutowa koda, którą otwiera z hukiem Beresford. Od strony Eastleya płyną strunowe, basowe dźwięki. Butcher zgłasza akces to aktywnego finiszowania. Kilka intensywnych wydechów, uderzeń i strzałów z broni nieznanego zasięgu, a koniec koncertu staje się faktem.


Steve Beresford, John Butcher, Max Eastley Some Uncharted Evening (Scatter Archive, DL 2025). Steve Beresford – fortepian, obiekty, John Butcher – akustyczne i amplifikowane saksofony oraz Max Eastley - arc: electroacoustic monochord, friction drum, percussion, piston flute. Nagrane w Ferme-Asile, Sion, Szwajcaria, sierpień 2023. Trzy improwizacje, 47 minut.

 


 

wtorek, 23 grudnia 2025

Michel Doneda & Simon Rose in Metal Notebook!


Zdecydowanie zbyt rzadko zaglądamy na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive. Czas nie jest z gumy, wydawnictwo ma przynajmniej jedną premierę w tygodniu, ale to i tak nas nie usprawiedliwia.

Zatem bez zbędnej zwłoki sięgamy po jedną z jesiennych nowości i obiecujemy, iż nie będzie to nasza ostatnia wizyta u Scattersów tego roku. W naszym lubieżnym odtwarzaczu plików elektronicznych ląduje dalece smakowity duet dęty, francusko-angielski, w małej, ledwie 28-minutowej dawce definitywnie swobodnej improwizacji.

Panie i Panowie, Michel Doneda na najlżejszych saksofonach i Simon Rose na jednym z tych najcięższych!

 


Koncert w berlińskim Kühlspot Social Club inaugurują długie, sążniste wydechy z czysto brzmiącego barytonu i szorstkiego sopranu. Muzycy kreują zdecydowanie wspólny strumień fonii i zdają się podążać w bliżej nieznanym kierunku. Baryton pogłębia oddech, sopran wspina się na place. Z czasem wszystko zaczyna drżeć, a przedsionki komory serca improwizacji migotać. Ciśnienie rośnie, puls na krzywej wznoszącej. Bywa, że matowe, preparowane frazy lżejszego z saksofonów brzmią dosadniej, mocniej, jakby instrument był zbudowany z twardszego materiału. Jest mniej melodyjny, bardziej drapieżny. Tak, czy inaczej, w okolicach szóstej minuty artyści wspinają się na drobne wzniesienie.

Improwizacja nabiera głośności, masywności. Baryton tańczy, sopran wpada w oddech cyrkulacyjny. Po dziesiątej minucie następuje wyhamowanie – najpierw kilka słów tylko od Donedy, potem od równie samotnego Rose’a. Narracja przypomina teraz wystudzoną medytację. Ładunek ekspresji zgromadzony w głowach muzyków pobudza ich do życia tuż przed upływem pierwszego kwadransa koncertu. Baryton znów łapie dużo melodii, sopran (a może już sopranino?) rezonuje jak stado pijanych gołębi. Obaj muzycy formują się teraz wspólny, lekko podwieszony pod chmury dron.

Po dwudziestej pierwszej minucie w opowieści obu artystów pojawia się coraz więcej melodii. Doneda rwie frazy, niczym Evan Parker w swych najlepszych latach. Rose szuka oddechu cyrkulacyjnego. Garść pożegnalnych melodii nie wieńczy jednak koncertu. Z uśmiechem na ustach muzycy wspinają się jeszcze na końcowe wzniesienie, a potem porykują z zadowolenia.

 

Michel Doneda & Simon Rose Metal Notebook (Scatter Archive, DL 2025). Michel Doneda - sopranino, saksofon sopranowy oraz Simon Rose – saksofon barytonowy. Nagrane w Kühlspot Social Club, Berlin, czerwiec 2025. Jedna improwizacja, 28 minut.


 

piątek, 19 grudnia 2025

Company lives! Improvised London strikes again!


Wasz dzielny trybunowy reporter dotarł w połowie grudnia do Londynu, albowiem tam właśnie (w Cafe Oto, bo gdzieżby indziej!) miała miejsce dwudniowa celebracja dwudziestej rocznicy śmierci jednego z ojców założycieli swobodnej improwizacji, brytyjskiego gitarzysty Dereka Baileya. Dodajmy, iż dzień wcześniej odbyła się także projekcja filmu o muzyku, a dzień później koncert dodatkowy. Dwa dni wcześniej nasze reporterskie macki zaliczyły także kolejną edycję duetowego impro-meetingu BRÅK, jakby odbywa się w uroczym barze piwnym waterintobeer w południowym Londynie.

Skupmy się wszakże na Baileyu! O jego wkład w ukształtowanie idiomu freely improvised music toczą się od lat dyskusje, ale dotyczą jedynie stopnia wpływu koncepcji artystycznych gitarzysty na rozwój gatunku (innymi słowy, czy był najważniejszy, czy może równie ważny jak John Stevens, czy Evan Parker). Jedno w każdym razie dyskusji nie podlega – idea improwizowanych spotkań artystów i łączenia ich w składy, w których spotykali się ze sobą na scenie po raz pierwszy, to definitywnie modus operandi wybitnego improwizatora i zjawisko, które na stale zapisało się jako metoda twórcza muzyki swobodnie improwizowanej. Bailey takie spotkania zaczął organizować w drugiej połowie lat 70. i kontynuował niemalże do końca swych dni, a przynajmniej do początkowych miesięcy trzeciego tysiąclecia. Nazywał je Company, i tak też została nazwana impreza, która uświetnić miała dwudziestą rocznicę jego śmierci.

 


Za kształt artystyczny przedsięwzięcia odpowiedzialni byli muzycy, którzy wielokrotnie w spotkaniach Company brali udział – John Butcher i Mark Wastell. Do udziału w improwizacjach zaprosili oni grono artystek i artystów, zarówno tych uznanych i doświadczonych we współpracy z Baileyem, jak i tych młodszych, których dane personalne nie są nadmiernie przegrzane na londyńskich plakatach koncertowych. Zwał, jak zwał, tym razem Company stworzyli: Khabat Abas (wiolonczela), Julia Brüssel (skrzypce), John Butcher (saksofony), Teresa Hackel (flety, recorders), Charles Hayward (perkusja), Petra Haller (tap dance), Pat Thomas (fortepian, elektronika), Matt Wand (elektronika), Alex Ward (gitara elektryczna, klarnet) oraz Mark Wastell (instrumenty perkusyjne).

Mniej więcej godzinę przed pierwszym dźwiękiem muzycy zebrali się w kręgu i wówczas Mark Wastell przedstawił im zasady koncertu – artyści będą wywoływani na scenę przez konferansjera i dopiero wtedy dowiedzą się z kim będą za moment grać. Każda improwizacja będzie trwała około piętnastu minut, a zestaw dwóch kolejnych improwizujących składów stworzy jeden koncertowy set. Każdy dzień składać się będzie z trzech setów, czyli łącznie publiczność Cafe Oto obejrzy dwanaście improwizujących składów. Dodajmy, iż parytet będzie pilnie strzeżony – każdy z artystek i artystów wystąpi na scenie dwa razy dziennie, każdorazowo w innym towarzystwie.

  



Pierwszego dnia imprezy wysłuchać nam było dane dwóch duetów, jednego trio, dwóch kwartetów i na finał kwintetu. Dnia drugiego z kolei - jeden duet, trzy tria, kwartet i znów na zakończenie kwintet. Próżno wyróżniać pośród nich te najciekawsze, albowiem każda kilkunastominutowa improwizacja na to miano zasługiwała. Oczy i uszy kierowaliśmy często na kobiecą część składu Company, gdyż dla niżej podpisanego były to pierwsze spotkania sceniczne z artystkami. Każda z nich wnosiła do wizerunku wydarzenia mnóstwo jakości, wszystkie one wchodziły w wyśmienite interakcje ze starszymi kolegami. Może jedynie, od czasu do czasu, brakowało im odrobiny brawury, tudzież śmiałości, by weteranom gatunku postawić jeszcze wyższe wymagania. Szczególnie udanie prezentowała się na scenie Cafe Oto skrzypaczka Julia Brüssel, która balansowała pomiędzy post-klasyczną melodyką, zwinnymi preparacjami i frazami amplifikowanymi całkiem pokaźną skrzyneczką przetworników, szczególnie przydatną w momentach, gdy partnerzy nie szczędzili mocy i nieakustycznych środków wyrazu. Taka sytuacja miała miejsce choćby w trakcie ostatniego odcinka dwudniówki, który realizowali Thomas (na elektronice), Butcher (na sopranie), Wand (na elektronice), Hayward (na perkusji) i rzeczona Brüssel. Na wyjątkową uwagę zasłużyły dwa składy różniące się poziomem intensywności od innych ekspozycji – duet preparowanego fortepianu Thomasa i wielkich, rezonujących talerzy Wastella oraz minimalistyczne trio z udziałem elektrycznej gitary Warda, elektroniki Wanda i fletów Hackel. Truizmem należy określić fakt, iż każdorazowa obecność na scenie Butchera, naprzemiennie z tenorem i sopranem, gotowała serca miłośników free impro. Tejże sceny choćby na moment nie opuszczał duch i słowa samego Baileya, które zabawnie wplatał w zapowiedzi kolejnych improwizacji Stewart Lee.

  


W uzupełnieniu raportu ze sceny Cafe Oto dodajmy, iż w przeddzień imprezy odbyła się premiera filmu dokumentalnego Iana Greavesa „So Watt Special: Derek Bailey - New Sights, Old Sounds”. Materiał zawierał dużo nagrań archiwalnych, a także garść słowa mówionego, podkreślającego bardzo specyficzne poczucie humoru i artystyczną bezkompromisowość gitarzysty, która niekiedy okazywała się po prostu szczerością i prostolinijnością jego werbalnego przekazu. Londyńską celebrację podsumował zaś środowy koncert dodatkowy w clubie Vortex, gdzie improwizowali Thurston Moore na gitarze i Mark Wastell na perkusji, do których po mniej więcej dwudziestu minutach dołączył Alan Wilkinson na saksofonie altowym. Muzycy rozpoczęli w dalece post-psychodelicznym duecie, niemal onirycznym w klimacie, by po rozwinięciu w trio popaść w urokliwe spazmy free jazzu.

 


Londyński pobyt Trybuny, to nie tylko uczestnictwo w baileyowskim święcie. W sobotę 13 grudnia Wasz wysłannik gościł na kolejnej edycji festiwalu BRÅK, w trakcie którego na małej scenie baru piwnego w Brockley wystąpiły jak zawsze trzy duety. Najpierw improwizowali Tom Challanger na saksofonie tenorowym oraz Alex Bonney na trąbce, potem John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz Colin Webster na saksofonie barytonowym, wreszcie Tom Ward na klarnecie, flecie i saksofonie altowym oraz Will Graser na floor percussion. Każdy set był definitywnie smakowity, szczególnie ten środkowy, w którym szyki zwarli przedstawiciele dwóch pokoleń wybitnych londyńskich saksofonistów.

 

 Zdjęcia własne, nieobjęte prawami autorskimi:

1) Alex, John i Matt

2) Teresa

3) Julia, Charles, John i Matt

4) John i Colin



 

wtorek, 16 grudnia 2025

Yodok III in Nidarosdomen!


Królowie improwizowanego dark ambientu powracają! Pięć lat po poprzednim, wówczas studyjnym ujawnieniu A Dreamer Ascends, Järmyr, Serries i Lo prezentują nowe, tym razem koncertowe nagranie, zgodnie z tytułem powstałe w miejscu zwanym Nidarosdomen.

Jesteśmy w norweskim Trondheim, uczestniczymy w wydarzeniu zwanym Olavsfest, a na dużej scenie dostrzegamy głównie wielkie organy kościelne. To nie przypadek, albowiem Yodok III po raz pierwszy gra dla nas w wersji combo+, a ich gościem jest Petra Bjørkhaug, która za owymi organami zasiada.

Koncert, jak każdy w przypadku tej niezwykłej formacji nie ma początku, nie ma też końca, a podróż jaką odbywamy razem z muzykami mogłaby trwać nieskończenie długo. Tym razem ta niemal metafizyczna wieczność trwa prawie 55 minut. Welcome!

  


Muzyków na scenie witają oklaski. Po chwili z ciszy zapomnianego ambientu zaczynają docierać pierwsze dźwięki. Coś sączy się z gitary, coś lub ktoś nuci melodię rodzącego się, mglistego poranka. Ta ballada udręczonych piechurów nie ma jeszcze tempa, sączy się jak krew z dopiero co otwartej rany. Po pięciu minutach po stronie gitarzysty formuje się pierwsza struga mrocznego ambientu. Słyszymy szelest perkusji, w tle mości się warstwa fonii, być może pochodząca z organów, a na froncie pojawia się dęta, wysoko zawieszona melodia. Flow czteroosobowej orkiestry zaczyna nabierać masy po dziesiątej minucie. Tuba wspina się na palce, a na zestawie perkusyjnym rodzi się narracja kreowana wyłącznie szeleszczącymi szczoteczkami. Chór pokiereszowanych aniołów wspina się na pierwsze wzniesienie – jest ono dość wysokie, ale niespecjalnie skaliste. W okolicach dwudziestej minuty perkusja przechodzi w stadium rozkwitu i zaczyna oplatać wielostrumieniowy ambient pierwszą warstwą rytmu. Po kolejnych pięciu minutach rzeczona perkusja milknie, a na front opowieści forują się całkiem klasycznie brzmiące organy. To swoiste interludium trwa kilka minut, jakby w oczekiwaniu na silniejsze wiatry.

Nowa wspinaczka, nasączona pewną nieoczywistą gotyckością organów, budowana jest bardziej urozmaiconymi metodami. Flow ma teraz wiele warstw, a całkiem istotną jego częścią wydaje ta najniższa, gęsta, basowa powłoka. Migoczą światła rampy, także tło przebiera bardziej mroczną, skomplikowaną fakturę. Na czoło pochodu zaczyna wyraźnie wydobywać się perkusja wybijająca rytualny beat. Kreatorzy ambientu przez moment przegrupowują się, czekając na rozwój akcji scenicznej. Po chwili tuba rozbłyska krzykiem melodii, a organy przystępują do zdecydowanego kontrataku. Perkusja bierze głęboki oddech i przypuszcza frontalny atak. Tuż po czterdziestej drugiej minucie scenę ogarnia spazm wielkiej, epickiej eskalacji.

Po kilku minutach wrzenia narracja zdaje się wchodzić w fazę wystudzania. Organy nadal płyną szeroką strugą, ale perkusja, mimo utrzymywania rytmu, schodzi na drugi plan. Wreszcie, tuż po wybiciu pięćdziesiątej minuty, opowieść pozbawiona znamion wyraźnego rytmu zaczyna płynąć samym ambientem – wielokolorowym, bardzo efektownym, ale odrobinę już pożegnalnym. Gdy wszyscy szykują się na finał, perkusja znienacka wrzuca tryb dynamiczny i wsparta falą organowego wyziewu, wynosi opowieść na definitywnie kompulsywne wzniesienie. Akcja eksploduje, niczym błyskawica na nocnym niebie, ale w kłębach czarnego dymu czai się już nagła śmierć. I wieszczy zaskakujący koniec koncertu.

 

Yodok III Nidarosdomen (Consouling Sounds, CD 2025). Tomas Järmyr – perkusja, Kristoffer Lo – amplifikowana tuba, flugabone, Dirk Serries - gitara elektryczna oraz gościnnie Petra Bjørkhaug – organy kościelne. Nagrane w Nidarosdomen (Trondheim, Norwegia) w trakcie Olavsfest, sierpień 2023. Jedna improwizacja, 54 minuty.



niedziela, 14 grudnia 2025

Giżycki, Joniec, Doskocz, Mańko, Janssen i Daszkiewicz na pożegnanie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na wielki finał spontanicznego cyklu koncertowego! Po niemal siedmiu latach funkcjonowania tej inicjatywy, w trzecią sobotę grudnia odbędzie się ostatni koncert. Jak piszą sami zainteresowani - od 13 lutego 2019 (wtedy odbył się pierwszy koncert) do 20 grudnia 2025 i ani jednego dnia dłużej!

Dragonowa scena Małego Domu Kultury oddana zostanie w ręce lokalnych (no prawie) muzyków improwizatorów. Każdy z nich grywał już pod spontanicznym szyldem, czy to na pojedynczych ekscesach cyklu, czy w trakcie Spontaneous Music Festival.

Saksofony, klarnety, skrzypce, gitary, perkusje i instrumenty perkusyjne, taśmy, sample i inne elektroniczne szaleństwa – a wszystko w rękach i głowach szóstki artystów: Michała Giżyckiego, Michała Jońca, Pawła Doskocza, Ostapa Mańko i Patryka Daszkiewicza – wszyscy z Poznania oraz Sebastiaana Janssena z Wrocławia (a także Holandii).

Najpierw artyści splotą swoje improwizowane zwoje nerwowe w trzech krótkich (około piętnastominutowych) setach duetowych.

Po przerwie ta sama szóstka muzyków połączy się w dwa tria, które będą improwizowały odrobinę dłużej (około pół godziny).

A potem wszyscy powiedzą sobie „Farewell My Friends, Farewell”!

 


Spontaneous Live Serries Vol. 80

20 grudnia 2025, Poznań, Zamkowa 3

 

20.15 Pierwszy blok (improwizacje krótsze)

Michał Giżycki/ Michał Joniec

Paweł Doskocz/ Ostap Mańko

Sebastiaan Janssen/ Patryk Daszkiewicz

 

21.15 Drugi blok (improwizacje dłuższe)

Michał Giżycki/ Paweł Doskocz/ Sebastiaan Janssen

Michał Joniec/ Ostap Mańko/ Patryk Daszkiewicz

Bilety dostępne przed koncertem – gotówka albo blik

 

Temu zacnemu wydarzeniu koncertowemu towarzyszyć będzie Wielki Kiermasz Świąteczny. Na drewnianych stołach Dragona czekać będą na miłośników muzyki improwizowanej naręcza płyt kompaktowych, a wszystkie w genialnych cenach: czarno-czerwone albumy iberyjskiego cyklu Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune z 50% rabatem, a szare albumy koncertowe Spontaneous Live Series z rabatem 20%!

 

 

 

piątek, 12 grudnia 2025

Butcher, Wasserman & Blume in Close Calls!


Jesiennych przygód edytorskich Johna Butchera ciąg dalszy! Przed nami trio zadzierzgnięte z muzykami niemieckimi na potrzeby trzech koncertów, jakie miały miejsce we wrześniu ubiegłego roku. Dokument fonograficzny jednego z nich czeka na nasz skupiony odsłuch.

Prawie godzinny koncert z Kolonii dostarcza dużo emocji i bystrych interakcji, szczyptę kameralistyki i rozległe połacie post-jazzu, który zdaje się najzwinniej integrować artystyczne zapędy całej trójki. W tym tyglu dęto-wokalno-perkusyjnym sporo intrygującego zamętu wprowadzają ptasie piszczałki zwane bird calls.

  


Pierwsze dwie improwizacje trwają prawie dwadzieścia minut i zgrabnie uwypuklają wszelkie atuty tego trzyosobowego spotkania. Saksofonista i wokalistka mają tu wiele wspólnych spraw – syczą, mamroczą, szemrają, snują delikatnie zakurzone melodie, wchodzą w zwarcia, niekiedy na siebie pokrzykują, nie rzadko w dobrych intencjach. Mogą sobie pozwolić na wszystko, albowiem nad dramaturgią całości czuwa perkusista, który jest równie aktywny, jak subtelny - podpowiada, dopowiada, dba to szczegóły, nie przestaje zasilać tria mocą drummingowej kreacji. Kameralna zaduma świetnie koreluje tu z nerwowym, incydentalnie dynamicznym post-jazzem. Każda akcja może liczyć na interakcję, choć nie zawsze na tym podobnym poziomie intensywności. Dodatkowy smaczek, szczególnie w drugiej z opowieści stanową dźwięki bird calls, które z jednej strony dopowiadają wokalne frazy, z drugiej intrygują i sieją ferment. Muzycy tę część albumu kończą bardzo efektownym i kompulsywnym szczytem.

W kolejnych, nieco krótszych improwizacjach schemat dramaturgiczny jest podobny. Zmysłowe otwarcie, pełne preparowanych, niekiedy zdecydowanie filigranowych fraz i dynamiczne rozwinięcie, często nawet free jazzowe, inspirowane dobrą robotą perkusisty. Najpierw głębokie oddechy, potem drżenie i syczenie, wreszcie tumany kurzu i rezonansu, to przykładowe inauguracje utworów środkowej części albumu. Stadia rozwoju bywają tu bardzo melodyjne (gdy Butcher sięga po sopran), innym razem zdecydowanie bardziej eksperymentalne (gdy w grze uczestniczy saksofon tenorowy). Z roli wiecznej mącicielki nie wychodzi doskonale usposobiona wokalistka i jej ptasie akcesoria.

Przedostatnia improwizacja trwa ponad osiem minut i ma kilka wyraźnych faz. Otwiera ją solowa ekspozycja saksofonu tenorowego, potem następuje krótki duet wokalno-perkusyjny, wreszcie krwisty i atrakcyjny rozkwit grany już pełnym składem. Wokalistka zawodzi tu niczym Beduin, perkusista nie szczędzi nowych rozwiązań realizowanych na ciekawej dynamice, a w dętej tubie nie brakuje typowej dla Butchera fizyki użytkowej. Także ta improwizacja ma swoje spiętrzenie, tu szczególnie ekspresyjne. Początek finałowej improwizacji przypomina wystudiowaną modlitwę. W dalszej fazie utworu muzyków znów niesie na wzgórze ich trudny do opanowania temperament. Samo zakończenie albumu jest głośne i dynamiczne.

 

Leaflight: John Butcher, Ute Wasserman, Martin Blume Close Calls (FMR Records, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Ute Wasserman - głos, bird calls oraz Martin Blume – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w klubie LOFT, Kolonia, Niemcy, wrzesień 2024. Dziewięć improwizacji, 54 minuty.



wtorek, 9 grudnia 2025

Angharad Davies & John Butcher during the Two Seasons!


Najwyższy czas rozpocząć przegląd jesiennych premier, jakie dostarcza the one and only John Butcher. Londyński saksofonista po hucznie obchodzonych w roku ubiegłym 70.urodzinach zdaje się łapać kolejny wielki oddech kreacji. W tempie karabinu maszynowego dostarcza nowych albumów, które skrzętnie odnotowujemy, na ogół opisując je stekiem niewybrednych komplementów i zachwytów. Ale z Butcherem tak już jest - stawia sobie artystyczną poprzeczkę bardzo wysoko i nigdy nie zawodzi, ani siebie, ani słuchaczy.

Jesienną paradę nowości zaczynamy od duetu ze wspaniałą walijską skrzypaczką Angharad Davies, artystką, z którą Butcher współpracuje od dwóch dekad, choć jak pisze, w duecie zagrali bodaj tylko czterokrotnie. Ich album konsumuje jesienny wątek koncertowy i wiosenny studyjny, co wyjątkowo celnie uzasadnia tytuł całego wydawnictwa. Zanurzamy się w nim po brzegi od razu konstatując, iż jego miejsce na corocznym, trybunowym best-off jest stuprocentowo pewne!

 


Berliński koncert składa się z dwudziestopięciominutowego seta zasadniczego i czterominutowego encore, z kolei część studyjna z Nottingham, to siedem krótkich improwizacji, trwających od niespełna dwóch do sześciu minut.

Początek koncertu jest delikatny, niemal szemrany. Skrzypaczka poleruje struny, nadając im brzmienie godne muzyki dawnej. W tubie saksofonu sopranowego chroboczą filigranowe krople powietrza. Jakby przy okazji Angharad i John wydobywają z czeluści swych instrumentów drobiny bolesnych melodii. Ich frazy zdają się być intrygująco imitacyjne. Z czasem narracja staje się silnie rozkołysana, a każdy z artystów stara się wnosić do niej nowe, bardziej indywidualne wątki. Przez moment wydychają większe porcje powietrza, po czym skupiają się na pojedynczych frazach. W okolicach dziesiątej minuty skrzypce dotykają ciszy, z kolei saksofon, tu już tenorowy, balladowo wzdycha. Po kolejnych kilku chwilach artyści śpiewają niczym średniowieczni trubadurzy, przy okazji nadając swoim akcjom więcej dynamiki. Jeszcze przed upływem dwudziestej minuty chowają się w głębokiej krypcie i dogorywają, tworząc kolejny passus ancient music. Finał seta niepodziewanie przypomina słoneczny poranek – John ochoczo dmie w sopran, Angharad radośnie podskakuje. Koncertowy bis dzieje się w mrocznej pieczarze. Tuba rezonuje, skrzypce płyną strugą filigranowego ambientu. Wokół panuje gęsta cisza. Wszystko drży, a skrywana melodia szuka drogi ujścia.

Inauguracja części studyjnej przypomina początek koncertu. Aura głębokiego średniowiecza, dalekie odgłosy niemej rozmowy, szeleszczące subtelności. W kolejnej improwizacji klimat pozostaje niezmienny, ale strumień fonii przybiera formę delikatnego drona. Zaraz potem w muzyków wstępuje zew życia. Struny są teraz dynamicznie szorowane, a oddechy saksofonisty skutecznie trzymają się tempa. Przez moment jesteśmy w zakładzie szlifierskim, obok którego prowadzone są także prace wulkanizacyjne. W kolejnej odsłonie artyści wydychają porcje wilgotnego powietrza - imitują się wzajemnie, popadają w klimat subtelnego oniryzmu. To skowyt, płacz, mistyka greckiej tragedii. Zaraz po nich następuje kolejny bardziej dynamiczny kontrapunkt - uderzanie po gryfie, szarpanie strun, rwane, dęte świdry. Zaskakująco szybko odnajdujemy się w finałowej, przy okazji najdłuższej ekspozycji studyjnej. W tubie saksofonu kłębi się mnóstwo myśli, na gryfie skrzypiec tańczą szybkie dłonie. Z trwogą, ale i precyzją muzycy wychodzą na front opowieści mając w ustach słowa zapomnianej melodii. Pokonują niewielkie wzniesienie, a potem układają do snu w kolorowej dolinie.

 

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons (Weight Of Wax, CD 2025). Angharad Davies – skrzypce oraz John Butcher – saksofony. Nagranie koncertowe zarejestrowane w KM28, Berlin, wrzesień 2024 (utwory 1-2) oraz studyjne zarejestrowane w Nottingham University Studio, kwiecień 2024 (utwory 3-9). Łącznie dziewięć improwizacji, 49 minut.




piątek, 5 grudnia 2025

The Barcelona’ fresh four: Jiuweihu! Mammalian Interactive Digressions! Orangina! Smells Funny!


Muzyka improwizowana z Barcelony zawsze posiada stempel wysokiej jakości. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale przynajmniej od dekady, bo tyle lat stuknie Trybunie już w kolejnym miesiącu.

Zatem bez zbędnej introdukcji przystępujemy do szczegółowej analizy czterech nowości wydawniczych ze stolicy Katalonii. Nie zabraknie okrętu flagowego, czyli Discordian Records, będą też nagrania muzyków świetnie nam znanych, tu akurat edytujących pod innymi sztandarami.

Jak to często bywa w przypadku muzyki z tamtej części świata, czeka nas spory rozstrzał stylistyczny. Zaczniemy kameralnie, ale bardzo dronowo, na dwa niezbyt konwencjonalne smyczki, potem czeka na nas czerstwa, gęsta i hałaśliwa narracja na saksofon, syntezator modularny i rzężącą wysokim prądem gitarę, zaraz po niej pokaźna porcja soczystego jazzu z kompozycjami, a na zakończenie coś na poły skomponowanego, na poły improwizowanego - znane utwory przełożone na pięć dęciaków, perkusję i osnowę elektroniki. Będzie się działo!

 


Vasco Trilla & Àlex Reviriego Jiuweihu (Bandcamp’ self-released, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Vasco Trilla – werbel i talerze oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Trzy utwory, 44 minuty.

Tych Panów znamy z miliona płyt, to prawdziwe ikony sceny Barcelony. Być może nie wszyscy pamiętają, iż czasami muzykują także w duecie. To ich drugie ujawnienie, znów nastawione na niezmierzone w czasie i przestrzeni techniki rozszerzone, ponownie bazujące na pewnym koncepcie, innymi słowy improwizacji definitywnie predefiniowanej. Każdy z artystów operuje tu smyczkiem, choć nominalnie jeden pracuje na skromnym zestawie percussion, drugi dzierży w dłoniach wielki kontrabas.

Opowieść na starcie przypomina delikatny powiew porannej bryzy. Powierzchnie płaskie targane smyczkami piszczą, nucąc zapomniane melodie. To medytacja ukonstytuowana cierpliwością i konsekwencją. Ma swoje niemal post-industrialne spiętrzenie, ma krótki moment, gdy kontrabasista minimalistycznie frazuje techniką pizzicato. Rozkołysana opowieść przypomina zagubiony okręt, które niesie w nieznane coraz silniejszy wiatr. W drugiej odsłonie instrumenty silniej rezonują - jeden strumień fonii ryje bruzdy w ziemi, drugi wznosi się ku niebu. Z czasem z mulistego dna wyłania się pokancerowana melodyka i płynie z tajemniczym posmakiem post-baroku. Na starcie trzeciej części smyczek kontrabasu wyje wprost z głębokiej krypty, z kolei talerze rezonują na jeszcze większej wysokości. Dźwięki zdają się teraz kołysać nad wielką przepaścią. Znów ratunkiem wydaje się pokrętna melodia, który nie przypomina jednak śpiewu, to wciąż wielkie cierpienie, ostatecznie skwitowane minimalistycznymi frazami kontrabasisty.

 


Luis Erades/ Andrea Bazzicalupo/ El Pricto Mammalian Interactive Digressions (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, Andrea Bazzicalupo – gitara elektryczna oraz El Pricto – syntezator modularny. Trzy improwizacje, 53 minuty.

W przeciwieństwie do duetu powyżej, medytacja, to ostatni epitet, jakim moglibyśmy podsumować nagranie tego tria. Słuchaczy dbających o stan swoich narządów słuchu uspokajamy jednak, iż anonsowana w preambule tekstu intensywna, niekiedy noise’owa improwizacja miewa tu intrygujące chwile ukojenia, wystudzenia, potrafi osiągnąć stadium zaskakującej filigranowości.

W trakcie pierwszej odsłony muzycy stawiają nas pod ścianą i mierzą z broni gładkolufowej – pozatykana tuba saksofonu groźnie rzęzi, gitara zgrzyta zębami i zionie ogniem, a syntezator wbija szpile nie tylko w kręgosłup. Soczyste plastry hałasu poprzedzielane są tu ochłapami ciszy, delikatnie nasączonymi post-psychodelicznymi dywagacjami. Druga improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut i zdaje się mieć więcej niż tysiąc twarzy. Subtelna elektronika i post-akustyczne strumienie ambientu otwierają pieczarę, z której wyłania się post-industrialne monstrum. Na etapie rozwinięcia muzycy okazują się jednak intrygująco roztargnieni, skorzy do akcji minimalistycznych, niekiedy brzmią wręcz onirycznie, a ich oddechy pełne są szumiącej elektroniki. Do konsekwentnej walki ze złem powracają w drugiej połowie utworu, a najgroźniejszym zwierzem tego stada okazuje się ostatecznie saksofonista. Trzecia improwizacja zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Mała wojna światów uformowana zostaje w elektroniczny i elektryczny free jazz. Zaraz potem następuje faza dronowa i kilka dźwięków z gitary, które przypominają ... gitarę. Jeszcze tylko faza lewitacji i rozkołysania, a po niej wielki finał z fajerwerkami z dna piekła aż do kopuły topornego nieba. Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku wydaje się dość groźna.

 


Albert Cirera & Tres Tambors Orangina (Underpool Records, CD 2025)

Underpool Studio, Barcelona, czerwiec 2025 (?): Albert Cirera – saksofon tenorowy, sopranowy, kompozycje, Marco Mezquida – fortepian, Rhodes, Marko Lohikari – kontrabas oraz Oscar Domènech – perkusja. Dwanaście kompozycja, 54 minuty.

Losy tego artysty śledzimy od kołyski. Znamy wszystkie jego brudne, kompulsywne, free impro eskapady na preparowanym saksofonie tenorowym i sopranowym. Ale pamiętamy także, iż to muzyk zakochany w jazzie, a jego flagowy okręt na tym oceanie zwie się Tres Tambors. Przed nami jego trzecie ujawnienie. Zgrabne, melodyjne, ale ciekawie zmetryzowane tematy, tysiące narracyjnych zdobień i kilka soczystych improwizacji, na ogół w wymiarze kolektywnym. Dla fanów wysokogatunkowego jazzu lektura obowiązkowa!

Po krótkim, dynamicznym otwarciu kwartet zaprasza do krainy jazzowej post-ballady, tkanej na czystym brzmieniu saksofonu sopranowego, równie wyrazistym piano i sekcji rytmu, która szyje łamane metra i sieje intrygę niezależnie od poziomu łagodności zadanego tematu. W piątej odsłonie króluje free jazz (nawet w formule sax & drums), ale puenta jest wystudzona, bardzo kameralna. W siódmej części słyszymy piano Fendera i rozhuśtany saksofon frazujący w dobrym tempie. W kolejnym piękny, improwizowany rozgardiasz, który zostaje skontrapunktowany melodyjnym tematem, ale na koniec utworu tryumfalnie powraca. Z kolei w dziewiątej odsłonie tańczymy w rytmie samby! Po drodze do szczęśliwego finału mamy kilka akcentów kameralnych ze smyczkiem, a także nieśmiałe próby akcji inside piano. Samo zakończenie jest bardzo dynamiczne, bazujące na basowym groove, usiane wyłącznie udanymi interakcjami.

 


Fail Again Ensemble Smells Funny (Discordian Records, DL 2025)

Whole Tone Studio, Barcelona, czerwiec 2025: Mireia Tejero – saksofon altowy, Sergi Rovira – saksofon tenorowy, Lluís Vallès – saksofon barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Vicent Pérez – puzon, Jordi Pallarès – perkusja oraz David García – soundpainting. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Na koniec krótkiego przeglądu katalońskich nowości dość nietypowy ansambl pod jakże becketowską nazwą. Pięć instrumentów dętych, perkusja, smuga elektroniki, a w repertuarze jazzowe kompozycje, w tym nieśmiertelna Lonely Woman Colemana, klasyk Pink Floyd i utwór Franka Zappy. Muzycy improwizują na etapie zwanym preludium, a potem bawią się samym tematem. Brakuje tu może odrobiny szaleństwa i narracyjnej fantazji, ale sama idea wydaje się godna kontynuacji.

Floydowskie otwarcie obiecuje tu naprawdę wiele – to zmyślnie sprofilowany, dęty wielogłos z dużą dawką nerwowości, podrasowany perkusją, zmiennym tempem i tą szczyptą brawury, jakiej czasami brakuje w dalszej części albumu. Artyści balansują na pograniczu wielu stylistyk, z których jazz, czy nawet free jazz jest tylko jedną z tysięcy możliwości. Nagranie ma swoją artystyczną kulminację na etapie klasyka Colemana. Preludium pełne jest gwałtowności, ciekawych, dętych interakcji, z kolei sama ekspozycja tematu, to niemal pogrzebowa ballada, którą niespodziewanie podrywa do lotu galopująca perkusja. W kolejnym utworze muzycy stepują w punkowym rytmie, a na końcu dzielnie rozprawiają się z tematem Zappy. Wstęp, to dęte dyskusje, najpierw rwanymi frazami, potem głębszymi wydechami. Prezentacja tematu przypomina podlewany dużą ilością szampana 2-stepowy wodewil z masą rzewnych melodii.




wtorek, 2 grudnia 2025

Colin Webster, Mark Holub & Noah Punkt play Neue Hard!


Colin Webster i Mark Holub tworzą free jazzowy duet od lat, a ich dyskografia nie jest bynajmniej zbiorem pustym. Od czasu do czasu ich dalece swobodne muzykowanie realizowane jest także w składach duo+, najczęściej w trio z niemieckim kontrabasistą Noahem Punktem. Bywa, że duet poszerza się do kwartetu, jakby choćby dwa lata temu, na koncercie w poznańskim Dragonie, gdy brytyjskiego saksofonistę i australijskiego perkusistę uzupełniali w ognistym performansie Argentynka Sofia Salvo na saksofonie barytonowym i Niemiec Jan Roder na kontrabasie.

Przed nami najnowsza płyta Colina i Marka, tym razem w formule tria z przywołanym wyżej Noahem. Swobodna, free jazzowa, ale dobrze kontrolowana jazda. Więcej niż godzina lekcyjna, zatem fanom zadanej estetyki aż trzęsą się uszka. Welcome!

 


Artyści od pierwszego dźwięku wchodzą w kąśliwe interakcje, świetnie się znają, mogą sobie na wszystko pozwolić. Brzmienie tria jest bardzo matowe, na pewno świetnie sprawdza się w odsłuchu bezpośrednio z magnetofonowej kasety. Saksofonista zaczyna drobnymi akcjami silnie nasączonymi dobrym, nieskalanym nudą jazzem. Tempo jest tu namacalne od startu, żywe, dobrze stymulowane zwinnymi akcjami drummera. Kontrolowany free jazz to naturalne środowisko dla tej trójki i zdaje się, że każdy fragment tego nagrania to potwierdza.

Otwarcie drugiej improwizacji osnute jest mrokiem. Pracuje kontrabasowy smyczek, saksofon oddycha zimnym powietrzem, a perkusjonalia błyszczą w ciemności. Akcja tej części albumu wiedzie od rozhuśtanego post-jazzu do jurnego, silnie emocjonalnego, galopującego free z drobnym, dobrze ukształtowanym stoppingiem z rezonującymi talerzami. Trzecia historia trwa tu ledwie kilka minut, ale zapewne nie bez powodu zajmuje centralne miejsce na albumie. Dobra dynamika, efektowny szczyt i bystra finalizacja.

Czwartą odsłonę otwiera ballada naznaczona szumem perkusyjnych szczoteczek. Dużo tu smutnej melodyki, a potem efektownego, nawet brawurowe tempa na etapie rozwinięcia. Finałową część inauguruje samodzielnie perkusista. Akcje jego partnerów są tu dość leniwie, całkiem kameralne. Po kilku pętlach muzycy z dużą gracją przechodzą w tryb taneczny, a saksofonista wykorzystuje ów moment, by zagrać swój najlepszy passus tego wieczoru. Opowieść nabiera rumieńców i zupełnie niepotrzebnie zostaje wyhamowana wprost w gęstą ciszę. Szczęśliwie muzycy dość szybko odzyskują wigor i przechodzą do finalizacji nagrania. Do samego nieba niesie ich znów temperament i odpowiedni poziom intensywności. A że to ich natural vibe, wspominaliśmy kilka zdań wcześniej.

 

Colin Webster, Mark Holub & Noah Punkt Neue Hard (Raw Tonk, kaseta/DL 2025). Colin Webster – saksofon altowy, Mark Holub – perkusja oraz Noah Punkt – kontrabas. Nagrane w Zentralwäscherei, Zurych, Szwajcaria, maj 2023. Pięć improwizacji, 54 minuty.




piątek, 28 listopada 2025

Das B in Love!


Kwartet Das B tworzą artyści, których cenimy niezwykle i nad których nagraniami, niezależnie od konfiguracji osobowej, pochylamy się z należytą starannością. Libańczyk Mazen Kerbaj, Niemka Magda Mayas i dwóch Australijczyków – Tony Buck i Mike Majkowski ujawniają się nam w czteroosobowym składzie bodaj po raz drugi. Tym razem sugerują tytułem, a także zapisem w albumowych credits, iż inspiracją dla nowego nagrania był pomnik jazzu, czyli A Love Supreme Johna Coltrane’a. Cytując ideę w szczegółach: Czerpiąc inspirację ze strukturalnych i dynamicznych elementów klasycznego albumu (…)  Das B całkowicie przeprojektowuje muzykę, a przy okazji skrupulatnie podważa pojęcie hołdu lub śpiewnika.

Miłośników talentów każdego z tych muzyków uspakajamy. Das B nie gra jazzu, nadal bazuje na swobodnej improwizacji (tu zapewne odrobinę predefiniowanej), a tytułowa Love, to być może przejaw ich miłości do oryginału. Jakkolwiek by tego faktu nie interpretować, ten 32-minutowy album wart jest każdej swojej sekundy, każdego zadęcia, szarpnięcia za struny, tudzież uderzenia w powierzchnię płaską. Doskonałe nagranie, co postaramy się za moment udokumentować słowami.

  


Love podzielona została na cztery części, przy czym ta trzecia jest najdłuższa i jako jedyna przekracza dziesięć minut. Na starcie pracuje kontrabasowy smyczek, ale muzyk nie unika także subtelnego szarpania za struny. Perkusista najpierw sprawdza sprężystość talerzy, delikatnie rezonuje, a potem inicjuje wątek rytmiczny, któremu będzie wierny niemal przez całe nagranie. Z trębackich wentyli, tudzież ekstremalnie wyciszonego piana wydobywają się tajemnicze dźwięki, które zdają się tworzyć rodzaj ambientowej powłoki, upstrzonej dętymi frazami, którym bliżej do brzmienia fletu niż trąbki. Całość, niesiona pozornie delikatnym strumieniem, nabiera nerwowości i zaczyna zadawać pytania, nie licząc na jakiekolwiek odpowiedzi. Pod koniec tej części dramatu trąbka frazuje już po swojemu, klecąc mantrę smutku i bólu.

Drugą odsłonę inicjuje repetująca struna kontrabasu, trąbka nuci coś pokrętnie melodyjnego, a piano płynie wprost z bardzo matowo i nisko brzmiącej klawiatury. Ze strony drummera zostaje bez zbędnej zwłoki zawiązany wątek rytmiczny. Narracja bazuje teraz na przewrotnym dysonansie. Akcja perkusisty nosi znamiona dość dynamicznej, frazy pozostałych muzyków płyną dużo spokojniejszymi strumieniami. W międzyczasie słyszymy także dźwięki inside piano.

Trzecia opowieść dokłada do wizerunki Miłości kolejne nowe tajemnice. Słyszymy rytmiczne uderzenia, które być może pochodzą wprost z fortepianowych strun, być może są jednak dziełem czarnoksiężnika z trąbką. Kontrabas drży, a potem nie bez udziału smyczka rytmicznie dygocze. Docierają do nas frazy z klawiatury piana, a perkusista, jakże by inaczej, aranżuje kolejny motyw rytmiczny. Jakby się spieszył, jakby czekał na niego ostatni tego wieczoru pociąg do domu. W drugiej fazie utworu już wiemy, że początkowe akcje percussion pochodziły od gruźlika trębacza. Gdy wybija ósma minuta najdłuższej opowieści, narracja gaśnie wprost na gryfie kontrabasu. Muzyk przez kolejne trzy minuty delikatnie szarpie za strunę i smaga ją minimalistycznie smyczkiem.

Końcowa narracja zdaje się stać w miejscu, kłębiąc się w sobie. Pozbawiona jest typowego dla poprzednich części rytmu. Trąbka kipi tajemniczą psychodelią, talerze, werbel i tomy drżą z zimna, od strony piana dochodzi jakiś tajemniczy śpiew, a smyczek kontrabasu rysuje niekończące się pętle. Mroczny rytuał Miłości dokonuje się na naszych oczach i w naszych uszach.

 

Das B Love (Thanatosis, CD/LP 2025). Mazen Kerbaj – trąbka, Magda Mayas – piano, Mike Majkowski – kontrabas oraz Tony Buck – perkusja. Nagrane w Brief Sand Studios, Berlin, październik 2022. Cztery utwory, 32 minuty.

 


wtorek, 25 listopada 2025

The Portuguese taste makes the world go round: Amado! Vicente! dos Reis! Almeida! Costa! Lencastre! Svayam! Ontstopper Kollektief!


Listopadowa zbiorówka recenzji zdominowana została tym razem przez artystów portugalskich. Przed nami osiem świeżych (lub prawie świeżych) albumów z wielobarwną muzyką improwizowaną, w których kluczową rolę ogrywają przedstawiciele zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego.

Nie zabraknie w zestawie legend gatunku z całego świata, a także naszych przyjaciół z Katalonii. Kilka nagrań zarejestrowano poza Portugalią, a wydawcą jednej z płyt jest austriacka oficyna. Ale, tak czy inaczej, listopadowym zestawem świeżynek rządzą Portugalczycy. Podkreślmy także, iż na Trybunie debiutuje nowy portugalski label Tutmonda, prowadzony przez perkusistę (de facto multiinstrumentalistę) João Svayama, który onegdaj używał także nazwiska Sousa.

So, Welcome to heaven and hell of Portuguese improvised music!

 


Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Håker Flaten & Gerry Hemingway Further Beyond (Trost Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, kwiecień 2023: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander Von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy utwory, 52 minuty.

Naszą portugalską przygodę zaczynamy od kwartetu The Bridge powołanego do życia przez Rodrigo Amado kilka lat temu. Jego pierwsza płyta została nagrana w Warszawie, ta obecna, pół roku później w Amsterdamie. Stylistyczny anturaż formacji złożonej z czterech wybitnych instrumentalistów oznacza tu zarówno krwisty, emocjonalny free jazz, jak i definitywnie swingujące spacery po obrzeżach szeroko rozumianego idiomu gatunku.

Koncert składa się z dwóch wielominutowych improwizacji i kilkuminutowego encore. Kolektywne, swingujące otwarcie jest tu pretekstem do free jazzowego spiętrzenia, a potem rozwinięcia odrobinę mniej kompulsywnego, często sprowadzającego się do efektownej, niekiedy post-bluesowej ekspozycji tria bez instrumentu dętego. Tym, który ani na moment nie schodzi ze sceny jest tu bowiem starszy o pokolenie od pozostałych legendarny pianista. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Inicjuje ją i finalizuje balladowy duet piana i saksofonu. W tak zwanym międzyczasie mocne zmiany daje jak zawsze doskonały w formule mięsistego free jazzu tenorzysta, dużo dokłada równie dynamiczny pianista, nieco mniej, skoncentrowani na akompaniamencie kontrabasista i perkusista. Ta ostatnia dwójka najsilniej odciska swoje piętno w spokojniejszym interludium, gdy ten pierwszy sięga po smyczek, a drugi kleci drobną wokalizę. Koncertowy bis ponownie przypomina, jak silnie muzyka The Bridge osadzona jest w swingującej tradycji – od melodyjnego, łagodnego otwarcia, przez drobne spiętrzenie, po duetowe zakończenie znów od Alexa i Rodrigo.

 


Luís Vicente, John Dikeman, William Parker & Hamid Drake No Kings! (JACC Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, lipiec 2022: Luís Vicente – trąbka, bamboo flute, bells, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker – kontrabas, gimbri, gralla, wooden flutes oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos. Jeden utwór, 68 minut.

To kolejna ze spektakularnych grup, jakie zawiązano na scenie free jazz/ free impro w ostatnich latach. Vicente w towarzystwie trzech Amerykanów pojawia się po raz drugi w wymiarze fonograficznym i proponuje koncert ze słynnego klubu Bimhuis, który wypalony został na kompaktowym dysku w jednym traku, choć de facto składa się z seta zasadniczego i prawie dziesięciominutowego encore. Na froncie dętym nagranie skrzy się mocą free jazu, pachnie melodyjnym Aylerem i nade wszystko bazuje na świetnej kooperacji trębacza i saksofonisty. Mniej entuzjazmu budzi gra amerykańskich legend gatunku, które zdają się powtarzać klisze, jakie znamy z wielu ich płyt.

Kameralny początek koncertu podany jest zmysłowym unisono, ale na etapie rozwinięcia nagranie zdominowane jest przez zrównoważony emocjonalnie, soczysty free jazz, z Dikemanem, który daje kwartetowi najwięcej ognia. Na szczególną uwagę zasługują dwa fragmenty - ten w okolicach 25 minuty i finałowy, tuż po 50 minucie. Druga część koncertu, to także wielominutowe eskapady z posmakiem ethno, w trakcie których Vicente i Parker sięgają po mniej typowe instrumenty. Opowieść dzieli się wtedy na tria i duety, ale nawet słynny bęben obręczowy Drake’a nie podnosi temperatury nagrania. Wyraźnie brakuje emocji, podobnie jak w trakcie bisu, który w przeważającej części jest balladą graną przez kontrabasistę i trębacza.

 


Luís Vicente Live in Coimbra (Combustão Lenta Records)

Museu Nacional Machado de Castro, Coimbra, październik 2020: Luís Vicente – trąbka. Pięć utworów, 35 minut.

Na dużo więcej ciepłych słów zasługuje lizboński trębacz z powodu nowej (też drugiej) płyty solowej. Pozostawiony samotnie w dużej przestrzeni koncertowej z naturalnym pogłosem, wyposażony jedynie w trąbkę i niepodważalną umiejętność budowania dramaturgii. Ta ostatnia przywara trzyma nas przy tym spektaklu bez chwili wytchnienia.

Trąbka Luisa oddycha, wypuszcza suche powietrze, drży i bulgocze, czasami śpiewa smutno zawodząc tęsknym tembrem saudade. Innym razem skowycze i prycha, albo nabiera zaskakująco etnicznego brzmienia, przypominając … góralskie piszczałki. W trzeciej części flow trębacza płynie szerokim strumieniem akustycznego ambientu, jakby pogłos stawał się tu drugim, jakże naturalnymi instrumentem. Klimat robi się na moment odrobinę oniryczny, ale po chwili jest już bardziej zabawnie, bo Vicente intonuje hymn ku chwale. Nim koncert wejdzie w fazę finałową muzyk kreuje jeszcze chmurę efektownych szumów. Ostatnia pieśń ma definitywnie pożegnalny, rzewny charakter, ale też drży pełną skalą pojedynczej frazy.

 


Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata (Cipsela Records, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, maj 2023: Luis Vicente – trąbka, and Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 41 minut.

To bodaj trzecie spotkanie tych muzyków w duetowym formacie udokumentowane na płycie. I znów znacząco inne od poprzednich. Szczególnie ze strony Trilli, który swój estetyczny idiom no drumming percussion wynosi tu na kolejny poziom artystycznego wtajemniczenia. Buduje nie tylko wielowymiarowe, dronowe ekspozycje, ale zasila je bliżej nieokreślonymi, elektroakustycznymi plamami dźwiękowymi, które brzmią niczym analogowy amplifikator. Swoje, szczególnie w zakresie technik rozszerzonych, dokłada tu pozostający w wyśmienitej formie trębacz. Nie da się ukryć, że Ghost Strata, to album wyśmienity.

Już na starcie Trilla włącza ów generator fonicznych zaskoczeń, budując tłustą flautę, na której mości się wysoko zawieszona trąbka Vicente. Ten pierwszy jest dominatorem, ten drugi pozostaje w stylowej defensywie pięknych preparacji. Druga odsłona jest spokojniejsza, odrobinę oniryczna, z paletą rezonujących fraz, podsycona wszakże pewną rytmiką, za którą odpowiada każdy z muzyków. W trzeciej części trębackie wentyle hałasują, a na werblu do akcji wkracza armia wibrujących przedmiotów niekoniecznie muzycznego pochodzenia. Vasco jest tu wielką orkiestrą, Luis samozwańczym wichrzycielem. Czwarta improwizacja to kolejne nowe elementy i nikt już nie wie, kto teraz odpowiada za dany dźwięk. Dronowa ekspozycja nabiera post-industrialnego posmaku, ale jednocześnie wydaje się etniczna, frywolna, niesiona wysokim brzmieniem czegoś na kształt piszczałki. Finałowa opowieść, to akustyczny dark ambient, który przekształca się w kompulsywny dygot. Znów narracja jest bardzo głośna i jednocześnie ulotna, jakże daleka od tradycyjnego świata dźwięków.

 


Marcelo dos Reis & Gonçalo Almeida Sideralis (Cipsela Records, CD 2025)

Semente Atelier, Coimbra, marzec 2025: Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis - nylon string guitar. Cztery utwory, 44 minuty.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy tych artystów improwizujących w trio do evergreenów Monka. Płyta nam się podobała, ale zatęskniliśmy do ich spotkania w formule swobodnie improwizowanej. No to mamy! Kontrabas i gitara akustyczna, cztery rozbudowane improwizacje (dwie pierwsze kilkunastominutowe) i moc jedynie udanych wrażeń.

Spokojnie szarpane struny, delikatne echo, drżące rozkołysanie z dźwiękami subtelnie preparowanymi, to atrybuty otwarcia. To rodzaj kameralnej medytacji, która tylko okazjonalnie nabiera mięsistości. Pierwsza improwizacja zwieńczona zostaje jakże udaną próbą wzajemnej imitacji. Druga historia, to pajęczyna subtelnych interakcji, szytych drobnymi frazami. Muzycy znów dobrze dawkują tempo i emocje. Szczególnie udanie w momencie, gdy Almeida sięga po nisko zawieszony smyczek, a dos Reis szybciej przebiera palcami po nylonowych strunach. W trzeciej improwizacji muzycy zdają się pozostawać na dnie pudeł rezonansowych swoich instrumentów. Flow bogacony jest dużą ilością akcentów perkusjonalnych, ale chyba odrobinę zbyt wystudzony. Tę ambiwalencję z gracją rekompensuje ostatnia opowieść szyta niemal klasycznymi metodami. Gitara przypomina nam, że jest niejako stworzona do estetyki flamenco, a kontrabasowy smyczek sytuuje się całkiem blisko sztuki post-barokowej.

 


Hugo Costa, Clara Lai, Alex Reviriego & Vasco Trilla Yellow Belle (Self-released, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, grudzień 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 42 minuty.

Czas na iberyjską supergrupę! Portugalczyk z Rotterdamu i troje zacnych obywateli katalońskich tworzy tu mieszankę definitywnie wybuchową. Nagranie nie epatuje jednak typową dla free jazzu czerstwością, nie eksponuje emocji, nad którymi nie sposób zapanować. Wręcz przeciwnie, improwizacje kwartetu koncentrują się raczej na kameralnych interakcjach, a muzycy świetnie czują się z nosem przy instrumencie, doskonale balansują między czystymi, wyrazistymi frazami, a tymi jakże głęboko i pięknie preparowanymi.

Pierwsza improwizacja jest umiarkowanie dynamiczna i bazuje na open jazzowych rozwiązaniach. W podobnym klimacie utrzymana jest także czwarta opowieść. Ale już pod koniec pierwszej, a także w trakcie drugiej, wielominutowej narracji muzycy nabierają chamber taste i cedzą nam raz za razem piękne, preparowane dźwięki - zarówno inside piano, jak i te smyczkowe, a tym bardziej perkusjonalne. Sam saksofonista zdaje się tu stać na straży bardziej jazzowego porządku. W trzeciej części albumu dominują subtelne drony, w piątej z kolei muzycy z drobnych, rwanych fraz tworzą intrygującą, zwinną i zaskakująco dynamiczną opowieść. Finałowa improwizacja zbudowana jest na pewnym dysonansie. Gdy pianistka i drummer grają czystymi frazami, w tubie altu i na gryfie kontrabasu dzieją się preparowane wspaniałości. Na końcowej prostej kontrabasowe pizzicato, podsycane melodią altu, doprowadza nagranie do szczęśliwego zakończenia.

 


João Svayam, José Lencastre & Francisco Morato Inner Mountains (Tutmonda, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João Svayam - perkusja, djembe, romanina tilinca, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz Francisco Morato – bas elektryczny. Osiem utworów, 42 minuty.

João Svayam jest stałym drummerem tria Uivo Zebra, które znamy z krajowych bocianich płyt, lubującym się w improwizacjach nasączonych post-jazzowym fussion i nutą soczystej psychodelii. Nie inaczej jest w przypadku tego tria. Tu wątek jazzowy saksofonisty jest smakowicie skorelowany z oryginalnie frazującym basistą elektrycznym i wielowymiarowym perkusistą wspomaganym szczyptą tajemniczych, nie do końca akustycznych dźwięków. A całość brzmi intrygująco matowo, jakby nagrania powstały we wczesnych latach 70. ubiegłego stulecia.

Pierwszy utwór ma ujmująco żwawe tempo, a bazuje na szorstkiej linii melodycznej saksofonu i silnie z nim pożenionego basu. Szczególnie udane jest zakończenie, gdy na mantrycznym rytmie rysuje się obła plama mrocznego ambientu. Drugi utwór także ma dobrze zarysowaną bazę rytmiczną, opartą na silnie sfuzzowanym basie. Zewsząd sączy się soczysta psychodelia, dopełniona tajemniczą, nieakustyczną pożogą. W kolejnej części obok ambientowego intro pojawia się głos z tekstem. Tu basista jest raczej gościem, ale to chyba on odpowiada za syntetycznie brzmiącą kodę. Czwartą opowieść zdobi introdukcja saksofonu, piątą flety i rytualne percussion, z kolei szóstą klasycznie frazujące duo sax & drums. W siódmej części na moment zaglądamy do Afryki, by zwieńczyć album duetową ekspozycją basu pełnego brzmieniowych drobiazgów i stłumionego, ale melodyjnego saksofonu.

 


Ontstopper Kollektief Unblocking (Tutmonda, DL 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Adam Jasieniuk – saksofon altowy, Arian Sandrayi – skrzypce, Daan Vanreybrouck – banjo, Finn Goegebeur – gitara elektryczna, piano, Francisco Morato – kompozycja, dyrygentura, Ilona Vertriest – głos, José Brandão – piano, klarnet, kompozycja, dyrygentura, Leander Vertriest - piano, snare drum, saksofon sopranowy i altowy, Loïs Pluymers – saksofon altowy, Simon Cuypers – saksofon tenorowy oraz Vadim Bakker - didgeridoo, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 70 minut.

Na koniec portugalskiej zbiorówki pozostawiamy prawdziwą perełkę. Album powstał w istotnej kooperacji z artystami z Belgii, ale w wymiarze sprawczym jest nade wszystko dziełem dwóch Portugalczyków, którzy dzierżą miano kompozytorów i dyrygentów orkiestry złożonej w sumie z jedenastu muzyków. W warstwie instrumentalnej okazjonalnie mamy tu aż sześć dęciaków, niekiedy potrójne piano, kilka strunowców, rozbudowane perkusjonalia (ale nie perkusje) i kobiecy głos. Emocji doświadczamy tu mnóstwo, jakości także, a rozstrzał stylistyczny i gatunkowy bywa imponujący. Osiem utworów ma bardzo zróżnicowaną długość trwania – od niespełna trzyminutowego epizodu do kilkunastominutowych, epickich narracji. Bardzo rekomendujemy!

Otwarcie śmiało możemy uznać za całkiem ogniste, incydentalnie free jazzowe. W drugiej części narracja bazuje na połamanym rytmie, który pachnie na kilometr Braxtonem i jego wspaniała koncepcją Ghost Trance Music. W następnych trzech odsłonach dużo do powiedzenia mają pianiści. Bywają klasycznie usposobieni, bywają też natarczywi na free jazzowy sposób, ale w każdym przypadku inspirują resztę orkiestry do wzmożonych aktywności. W tej części albumu nie brakuje melodii, ale także mroku i klimatu godnego ścieżki dźwiękowej do Rosemary’s Baby. Szósta i siódma odsłona, to anonsowane epickie dramaty. Pierwszy z nich ma nerwowe, nieco histeryczne otwarcie, a potem przeobraża się w kolejny wieczorek taneczny pod auspicjami Braxtona. Nie brakuje kolektywnego gwizdania i teatralnych didaskalii. Z kolei siódma historia kreuje wielowymiarowy rytm, który generuje chyba każdy z muzyków, niezależnie od tego, jaki instrument dzierży w dłoniach, czy ustach. Wreszcie finałowa opowieść, która rozpoczyna swe życie w tumanie kurzu i szmeru, a kończy w aurze onirycznej flauty umierających melodii. Dodajmy, iż w trakcie dwóch ostatnich części tego intrygującego albumu dużo do powiedzenia ma mrocznie frazujące didgeridoo.