Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Majewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Majewski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2023

Izumi Kimura, Artur Majewski, Barry Guy & Ramon Lopez! Kind Of Light & Shadow!


Warszawski Festiwal Ad Libitum w roku 2021, pomimo całkiem pandemicznych wówczas okoliczności, zebrał na deskach Centrum Sztuki Współczesnej pokaźne grono improwizujących muzyków. W ciągu trzech dni zagrali oni kilka frapujących setów, a dnia czwartego, już po festiwalowym finale, czworo z nich zapędzono do studia nagraniowego, by odbyli dowolnie długą sesję nagraniową, skoncentrowaną na swobodnej improwizacji.

Japonka i Brytyjczyk, tudzież Brytyjczyk i Hiszpan improwizowali ze sobą podczas niejednej sesji, czy koncertu. Zaproszony na spotkanie Polak w tej konfiguracji personalnej był chyba postacią zupełnie nową. Tak, czy inaczej, utworzony tu kwartet z pewnością zasługuje na miano formacji skleconej ad hoc, a zatem postawionej po raz pierwszy w danym składzie personalnym przed wyzwaniem kolektywnej improwizacji. Jak zwykł mawiać Derek Bailey, to sytuacja optymalna do zrealizowana naprawdę wartościowej improwizacji.

Uprzedźmy wypadki – efekt tej sesji nagraniowej, to doprawdy kawał doskonałej muzyki! Kwartet, który na potrzeby tego nagrania nie przyjął żadnej nazwy własnej, to dalece smakowity przykład artystycznej różnorodności. Pianistka z zacięciem post-klasycznym, której konceptualny minimalizm stanowi niebywały asumpt do tworzenia jakości, kornecista doposażony w elektronikę (tu w postaci prostego urządzenia, które opóźnia emitowany dźwięk, czyli tzw. delay), muzyk o niebywałej umiejętności kreowania skomplikowanych narracji przy użyciu bardzo organicznych zasobów, kontrabasista, którym sam jest historią gatunku, ale ma także piękne i bogate portfolio neo-barokowe, wreszcie perkusista, muzyk na tyle wszechstronny i niebanalny w sposobie budowania narracji, że mógłby stawić czoła każdemu wyzwaniu artystycznemu. Nie wiemy dokładnie, kto wymyślił ów kwartet (jakkolwiek się domyślamy), ale robota to iście mistrzowska!

Efektem ciężkiej, wielogodzinnej pracy kwartetu jest osiemnaście improwizacji zebranych na dwóch płytach, które ukazały się w … różnych latach. Pierwsza z nich jest ostatnią pozycją katalogową Fundacji Słuchaj! w roku 2022, druga z nich – pierwszą w roku 2023. Dramaturgicznym okiem kornecisty prace zostały podzielone na osobne albumy, nieco różne pod względem klimatu i intensywności realizowanych procesów improwizacyjnych. Płyta Światła na ogół skrzy się emocjami, buduje niekiedy dość dynamiczne narracje, z kolei płyta Cienia skupia się na drobniejszych formach narracyjnych, bardziej wystudiowanych, dalece mroczniejszych ekspozycjach. Pośród osiemnastu utworów część, to improwizacje kreowane w duetach, większość wszakże prowadzona jest – bardzo kolektywnie - przez cały kwartet. Sprawdźmy, które fragmenty wielogodzinnej sesji nagraniowej ekscytują nas najbardziej.



Kind Of Light

Pierwsza improwizacja w świetle pokazuje lwi pazur kwartetu, choć prowadzona jest początkowo w dość leniwym tempie. Zwinne palce, szybkie dłonie i kornetowa zaduma z wirującym pogłosem, to elementy składowe fabuły na etapie rozwinięcia, które smakuje … surowym jazzem Milesa Davisa z drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. W kolejnej improwizacji artyści sugerują wyjątkową ulotność swojej ekspozycji - drobne, migotliwe frazy, piękne intrygi basu, klasycystyczny sznyt piana i zaskakująco żwawe tempo. Trzecia opowieść, to duet kornetu i perkusji, generujący porcje zdrowej psychodelii, niczym wyjątkowo smakowita przyprawa do wspaniałego dania głównego. Czwarta odsłona śmiało zasługuje na miano jednego z najlepszych fragmentów obu albumów. Kornetowe opóźnienia, nerwowa praca sekcji rytmu i pianistyczna koherentność - od nostalgicznej zadumy po eksplozje zmysłowego free jazzu. Tuż potem dostajemy skromny duet kontrabasu i piana, urokliwie post-klasyczną etiudę na ostudzenie emocji. Szósta, trwająca ponad kwadrans narracja świetnie ilustruje wszelkie oblicza ekspresji kwartetu, ale stawia także dramaturgiczne znaki zapytania. Balladowe podejście pod dynamiczny finał mogłoby tu trwać kilka chwil krócej. Szczęśliwie zakończenie pierwszego albumu stawa nas do pionu! Jego elementy składowe, to kontrabasowe, ekspresyjne arco & pizzicato, kornetowa, niekończąca się ściana dźwięku i płynna nerwowość kwartetu w stadium bystrego galopu.




Kind Of Shadow

Trzy improwizacje otwierające drugi album, prowadzane w niemal pogrzebowym tempie, w pełni uzasadniają jego cienisty tytuł. W pierwszej programowy slow motion skrzy się mocą czarnych klawiszy fortepianu, w drugiej muzycy cedzą dźwięki przez zęby i drżą pespektywą nadchodzącego poranka, w trzeciej zaś zachwycają metodą pracy twórczej, czyli call & responce! Czwarta ekspozycja przywraca wiarę w moc dynamiki, choć prowadzona jest jedynie przez piano i perkusję. Trochę jazzu, garść post-klasyki i dużo emocji. Piąta improwizacja zdaje się być stylizowana na post-komedowską balladę, którą po środku zdobi perkusyjne solo, a która w drugiej fazie nabiera ciekawego, połamanego rytmu. Szósta odsłona, to kolejny duet – tym razem fortepianu i kornetu. Zaraz potem w krótkiej formie narracyjnej prezentuje się na powrót kwartet, generując dużo dźwiękowych drobiazgów, ale i stylowej nerwowości. Ósmą część tworzą jedynie kontrabas i perkusja, i podobnie jak w czwartej etiudzie, nagranie buzuje dynamiką. Z kolei dziewiątą improwizację śmiało uznajemy na najlepszy moment drugiego albumu. Kontrabas zaczyna tu bardzo minimalistycznie, wręcz w estetyce muzyki dawnej. Pozostali muzycy stąpają na palcach, wszyscy jednak czują nadciągającą burzę i szyją piękną, post-jazzową ekspozycję. W przedostatniej opowieści powraca posmak Komedy, a nawet Stańki! Duża swoboda niebanalnej, choć dobrze nam rozpoznawalnej melodyki. Zakończenie albumu, to definitywnie farewell song, tkana minimalistycznymi, ale nad wyraz długimi pociągnięciami pędzla.

 

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez Kind Of Light/ Kind Of Shadow (Fundacja Słuchaj!, CD 2022/2023). Izumi Kimura – fortepian, Artur Majewski – kornet, elektronika, Barry Guy – kontrabas oraz Ramon Lopez – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 17 października 2021 roku, Agnieszka Osiecka Polish Radio Concert Hall. Odpowiednio siedem i jedenaście improwizacji, łącznie 104:15.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana kilkanaście dni temu 



czwartek, 16 marca 2023

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie!


(informacja prasowa)

 

Cykl koncertowy „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, zdecydowanie zapowiada już nadejście wiosny, przynamniej tej muzycznej. Pierwszy z anonsowanych koncertów odbędzie się w ostatnią sobotę marca, a w dalszej kolejności czekają na nas - wydarzenie kwietniowe, aż trzy majowe i efektowny, podwójny finisz w połowie czerwca. Miłośnicy muzyki improwizowanej znów mogą liczyć na wielkie emocje i fantastyczne dźwięki.

Otwarcie wiosny będzie dalece spektakularne, albowiem organizatorzy zapraszają nie tylko na koncert, ale także na projekcję filmu. Do Poznania zawita stała współpracowniczka Paala Nilssena-Love i jego Large Unit, belgijska saksofonistka i klarnecistka Hanne De Backer wraz z multimedialnym projektem g a b b r o, który współtworzą pianista Andres Bral oraz perkusista Raf Vertessen. Artyści najpierw zaprezentują nam film „As We Walk” - rodzaj reportażu z konceptualnego spaceru wzdłuż wybrzeża morskiego Belgii w towarzystwie… wielbłąda, w trakcie którego muzycy improwizują w sytuacjach swobodnie inscenizowanych. Po projekcji filmu muzycy zaprezentują nam improwizowany spektakl w wymiarze jak najbardziej koncertowym.



W warstwie muzycznej improwizacje tria De Backer/ Bral/ Vertessen z jednej strony bazują na mrocznych, dronowych ekspozycjach, tudzież powtarzanych mantrycznie frazach, z drugiej przepełnione są swobodną, post-jazzową narracją, pełną dramaturgicznych smaczków.

Muzycy są w trasie europejskiej przez cały marzec, a poza filmem, promują także swój nowy album „The Moon Appears When the Water is Still”, który swą światową premierę miał pierwszego marca br.

https://hannedebacker.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series Vol. 41 - Hanne De Backer + g a b b r o: AS WE WALK

Hanne De Backer (saksofon barytonowy, klarnet basowy)

Andreas Bral (fortepian, Indian harmonium)

Raf Vertessen (perkusja)

25 marca 2023 roku, godzina 20.00

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Bilety są już dostępne on-line: https://tiny.pl/w2939

 

*****

 

Znane są także kolejne daty wiosennych koncertów w ramach spontanicznego cyklu. W kwietniu, dokładnie 19-ego dnia tego miesiąca, do Dragona zawita japońska eksperymentatorka, kompozytorka i artystka dźwiękowa Reiko Yamada oraz wrocławski trębacz, kompozytor i improwizator Artur Majewski. Artyści zaprezentują projekt dźwiękowy „Interpreting quantum randomness”, dla którego bazą intelektualną jest fizyka kwantowa i losowość zdarzeń. Współtwórcą przedsięwzięcia jest Maciej Lewenstein, fizyk teoretyczny z Barcelony, ale nade wszystko miłośnik jazzu i muzyki improwizowanej, znany z wielu projektów popularyzujących i wspierających tę muzykę, zarówno w stolicy Katalonii, jak i w Polsce.

W maju wielbicieli muzyki improwizowanej czekają aż trzy spontaniczne wydarzenia. Najpierw w niedzielę 7 maja do Dragona powróci doskonały brytyjski saksofonista Colin Webster, którego znamy z wielu występów w Poznaniu, nie tylko w ramach Spontaneous Music Festival. Tym razem przywiezie on ze sobą międzynarodowy kwartet. Obok alcisty tworzą go Sofia Salvo na saksofonie barytonowym, Jan Roder na kontrabasie oraz Mark Holub na perkusji. Muzycy promować będą swoje pierwsze wspólne nagranie w kwartecie, jakie zarejestrowali w roku ubiegłym w berlińskim klubie Soweso.

Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki duetowi portugalsko-holenderskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagra Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji. Muzycy znani są z kilku trzyosobowych składów, które uprawiają efektowne improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”.

W ostatnią sobotę maja obejrzymy koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z południa Polski - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet! Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale, zatem jesteśmy pewni, że będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

W czerwcu, już u progu lata, czekają nas dwa koncerty. Najpierw 16 czerwca kolejny tej wiosny międzynarodowy kwartet – wokalistka Almut Kühne, pianistka Jordina Millà, kontrabasista Gonçalo Almeida oraz perkusista Wieland Möller. Wiele wskazuje na to, iż będzie to swobodnie improwizowana kameralistyka najwyższych lotów. Kontrabasistę znamy w Poznaniu doskonale, z kolei pianistka, to jedna z najciekawszych postaci preparowanego fortepianu Półwyspu Iberyjskiego.

Spontaniczną wiosnę w Dragonie zakończymy definitywnie 21 czerwca spektaklem elektroakustycznym. Na scenę Małego Domu Kultury powróci francuska artystka dźwiękowa Laure Boer, która na ostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu pokazała, iż nie ma dla niej przedmiotu, który nie generował był intrygujących dźwięków. Tym razem swój niezwykły performance zaprezentuje w towarzystwie muzyka o podobnej proweniencji stylistycznej – Michała Krajczoka.

 


wtorek, 10 stycznia 2023

Artur Majewski & Vasco Trilla! The End of Something!


Początek nowego roku, to czas dla rzeszy piśmiennych recenzentów muzyki improwizowanej, by uzupełniać zaległości roku poprzedniego. Nie inaczej dzieje się na Trybunie Muzyki Spontanicznej, która w ostatni dzień starego roku publikuje listę pięćdziesięciu powodów, dla których warto zapamiętać minione dwanaście miesięcy, a potem, w styczniu roku kolejnego uzupełnia uzasadnienia dla albumów, które nie zostały skomentowane wcześniej.

Dziś czas na komentarz do albumu The End Of Something, który na rzeczonej liście znalazł się w pełni zasłużenie, choć bez długotrwałych fanfar, albowiem nagranie, jedynie w formie plików elektronicznych, opublikowano dopiero na początku grudnia. Samo spotkanie polskiego kornecisty i barcelońskiego perkusjonalisty miało miejsce pięć lat temu w Zielonej Górze. Dodajmy, iż dokładnie dzień po tym, jak ci sami muzycy - w pewnym międzynarodowym kwartecie - popełnili doskonałe nagranie The Night Of The Swift.



 

Muzycy od pierwszego dźwięku budują narrację bardzo pieczołowicie i po prawdzie czynić tak będą przez niemal pełną godzinę zegarową, bo tyle trwać będzie ich podróż. Kornecista podłączony pod elektryczny opóźniacz płynie tu szerokim strumieniem, osadzonym na delikatnie falującym oceanie perkusjonalnych drobnoustrojów. Twórca tych ostatnich najpierw pracuje rezonansem, potem włącza do strugi narracji kolejne elementy swojego rozbudowanego akcesorium, a wszystko stara się doposażać w pewną, początkowo niemal niedostrzegalną, powłokę rytmu. Meta akustyczna post-elektronika (pre-elektronika?) improwizacji przypomina rozhuśtany ambient, który zdobiony jest filigranowymi, robaczkowymi zdobieniami. Mniej więcej od piątej minuty Trilla włącza w tryb swojej opowieści elementy drummingowe, bardzo wszakże rozważnie dawkując nam emocje. Majewski delikatnie się nadyma, pracuje już nie tylko ambientem, ale kreuje także dodatkowe, bardziej żywe frazy, chwilami sycąc opowieść kilkoma wątkami jednocześnie. Po paru minutach pozostaje sam na scenie i zaczyna tanecznie podrygiwać, łapiąc przy okazji w żagle dodatkowe porcje prądu. Perkusista powraca na samych talerzach i inicjuje nowy wątek, który wspiera się rytmicznymi pulsacjami kornetu. Dubowy trip nie trwa jednak długo, a improwizacja gaśnie do poziomu perkusjonalnych dzwoneczków. Kornet powraca do estetyki ambientowej i narracja przebiera postać finałowej kołysanki. Echa mikro preparacji i rezonujących cząstek powietrza nadają zakończeniu wielominutowej narracji niemal oniryczny posmak.

W drugiej odsłonie pojawiamy się być może lekko spóźnieni. Mamy wrażenie, że jesteśmy już w samym jej sercu. Kornet pracuje trybem post-relaksacyjnym, systematycznie zawłaszczając przestrzeń, a drumming nadyma się ogromem fraz preparowanych. Całość brzmi niczym psychodeliczna kołysanka dla wampirów. Vasco tańczy na talerzach, dzwonkach i miseczkach, Artur płynie z głową w chmurze delayowego strumienia chłodnego powietrza. Ta część spektaklu nie trwa nawet dziesięciu minut. Pod jej koniec improwizacja staje się wyjątkowo intensywna, kornet schodzi jednak nisko na kolanach i spycha ją w opary gęstej mgły.

Trzecią opowieść, która potrwa nieco ponad dwadzieścia minut otwiera Trilla. Buduje lekką, drummingową teksturę i czeka na oddech kornetu. Pierwsze dźwięku tego ostatniego brzmią tu bardzo syntetycznie. Tymczasem armia perkusjonalnych akcesoriów zaczyna śpiewać i słać salwy ekspresji. Narracja przez moment szuka ciszy, po czym rusza w dalszą podróż. Kreowana jest teraz kocimi, kornetowymi krokami – kołysze się na wietrze, syczy przez zaciśnięte zęby, oddycha nosem. Perkusja płynie deep drummingiem, ale całość nie zyskuje nowych przestrzeni, raczej stoi w miejscu. Muzycy dorzucają do przygaszonego płomienia emocji nowe elementy – metalowe tarcia, szumy, szeleszczące odgłosy, a na wszystko nakładają płaszcz wielośladowego pogłosu. Narracja zaczyna repetować, a w tle pojawiają się jęczące dźwięki … jakiegoś instrumentu strunowego. Tajemnica pozostaje jednak nierozwiązana i ginie w finałowej chmurze rezonansu. Kornecista przyjmuje pozycję wyczekującą, głęboko oddycha, po czym przenosi narrację w stadium wielosekundowego wybrzmiewania.

 

Artur Majewski & Vasco Trilla The End of Something (Sound Trap Records, DL 2022). Artur Majewski - kornet, delay oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 6 grudnia 2017, BWA Zielona Góra. Trzy improwizacje, 56 minut.

 


sobota, 31 grudnia 2022

50 Reasons to Remember The Year 2022! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2022!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 



 

 Amidea Clotet  Trasluz

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/the-relative-pitch-and-august-fresh.html

Artur Majewski/ Vasco Trilla  The End Of Something

(not reviewed yet)

„A” Trio  Folk

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/a-trio-goes-into-folk-dance.html

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-relative-pitch-fresh-stuff.html

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva  Bagra

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/biliana-voutchkova-duos2022-susana.html

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier  Oud Klooster

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/oud-klooster-and-driven-in-paradox-two.html

Christian Marien  Solo The Sun Has Set, the Drums Are Beating

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/christian-marien-sun-has-set-drums-are.html

Daunik Lazro/ Jouk Minor/ Thierry Madiot/ David Chiésa/ Louis-Michel Marion  Sonoris Causa

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/lazro-minor-madiot-chiesa-and-marion-in.html

Dead Neanderthals  Metal

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-december-round-up-dead-neanderthals.html

Deric Dickens, Erica Dicker & Eli Wallace  The Light Only Comes Sometimes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/dickens-dicker-wallace-light-only-comes.html

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla  A Tiny Bell and Its Restless Friends

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Eli Wallace  Pieces & Interludes

(not reviewed yet)

Ensemble Icosikaihenagone  Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/benjamin-duboc-ensemble.html

Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-rodrigues-family-and-fresh-fruits.html

Evan Parker X-Jazz Ensemble  A Schist Story

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues/ Anna Jędrzejewska/ Marcelo Dos Reis/ Witold Oleszak/ Paweł Doskocz/ Michał Giżycki/ Ostap Mańko/ Wojtek Kurek  Spontaneous Live Series 009: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Iris Ederer/ NO Moore/ Eddie Prevost  Traktor

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/traktor-by-ederer-moore-and-prevost.html

Isysxae  Hyper Nature

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez  Kind Of Light

(not reviewed yet)

John Butcher/ Angharad Davies/ Matt Davis/ Dominic Lash/ Dimitra Lazaridou-Chatzigoga  Nodosus

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/butcher-davies-davis-lash-lazaridou.html

John Edwards, Steve Noble & Yoni Silver  HEME

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/edwards-noble-silver-empty-bottle-of.html

José Lencastre  Common Ground

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/the-phonogram-unit-fresh-outfit-common.html

Kaja Draksler  In Otherness Oneself

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kaja-draksler-in-otherness-oneself.html

Kaja Draksler & Susana Santos Silva  Grow

(not reviewed yet)

Known Detractors  The Centipede Switch

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Liquid Trio  Camí ral

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/liquid-trio-cami-ral.html

London Jazz Composers Orchestra  Kraków 2020

(not reviewed yet)

Luis Vicente, Seppe Gebruers & Onno Govaert  Room With No Name

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/luis-vicente-seppe-gebruers-onno.html

Magda Mayas/ Tony Buck/ John Butcher glints

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/mayas-buck-butcher-and-their-glints.html

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida  The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Marek Pospieszalski  Polish Composers Of The 20th Century

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/marek-pospieszalski-polish-composers-of.html

Mark Feldman & Katinka Kleijn  Sine Nomine

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/mark-feldman-katinka-kleijn-sine-nomine.html

Mark Holub  Anthropods

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/01/mark-holub-anthropods.html

Marlies Debacker  Shimmer

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/10/marlies-debacker-and-her-shimmer.html

Marta Warelis  A Grain Of Earth

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/marta-warelis-grain-of-earth.html

Martin Küchen/ Agusti Fernández/ Zlatko Kaučič  The Steps That Resonate

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kuchen-fernandez-kaucic-in-steps-that.html

Matthias Müller/ Matthias Bauer/ Rudi Fischerlehner  Der Dritte Stand

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/muller-bauer-and-fischerlehner-der.html

Matthias Müller/ Witold Oleszak/ Peter Orins/ Paulina Owczarek  Spontaneous Live Series 010: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Michał Joniec & Michał Giżycki  S#O

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/so-by-micha-joniec-micha-gizycki.html

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-august-round-up-jaktar-forensic.html

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini  Cloud at rest

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/the-lisbon-story-sousa-pinheiro.html

Reinhold Friedl/ Frank Gratkowski  Moon

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/bocian-records-friedl-gratkowski-sawt.html

Silt  The Loft Sessions

(not reviewed yet)

SoundScapes Festival # 3  Munich - 2021 Schwere Reiter

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/soundscapes-festival-3-munich-2021.html

Stopmobil  La m​á​quina de fabricar caprichos

(not reviewed yet)

Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis  Spontaneous Live Series 011: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Toc  Did It Again

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/toc-means-ternoy-orins-and-cruz-and.html

Tom Jackson/ Dirk Serries/ Kris Vanderstraeten  Dandelion

(not reviewed yet)

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson  Spirit Spirit

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/snekkestad-kjrgaard-jacobson-spirit.html

Ziv Taubenfeld's Full Sun  Out of the Beast Came Honey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/ziv-taubenfelds-full-sun-out-of-beast.html

 

  

wtorek, 6 grudnia 2022

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski in October Suite! *)


Pierwsza pandemiczna jesień, gigantyczne restrykcje, na trybunie festiwalowej publiczność, którą można policzyć na palcach kilku dłoni, a na scenie szóstka muzyków. Jazzowe trio RGG, które uwielbia improwizować oraz trójka doproszonych gości (Grzywacz, Majewski i Strycharski), którzy w formule swobodnej improwizacji czują się jak ryby w wodzie. Już przed finałowym koncertem 15. edycji warszawskiego festiwalu Ad Libitum było wiadomo, że to nie może się źle skoczyć. Dokumentacja foniczna wydarzenia – dziś dostępna na CD – potwierdza dodatkowo, że wyszło naprawdę smakowicie.




Rzeczony koncert dostajemy w jednym strumieniu dźwiękowym, bardzo zgrabnie podzielonym na siedem części, z których każda zdaje się być dobrze skonstruowaną opowieścią w zadanej estetyce. Początek, to open jazz wykreowany przez trio bazowe i wokalistkę. Kornet i flet pojawiają się w grze na etapie dość już żwawej narracji. Improwizacja syci się jazzowymi rozwiązaniami, ale cechuje także dużą swobodą i daje przestrzeń do kreatywnego działania dla każdego z muzyków. Nim upłynie dziesiąta minuta koncertu, bystry sekstet osiąga pierwszy, niemal free jazzowy szczyt. On sam przypada na track drugi, z kolei track trzeci, to faza tłumienia emocji i budowania nowej ekspozycji na bazie repetującego basu. Flow szkli się tu zmysłowym ambientem o posmaku ethno, generowanym wokalizą i śpiewnym kornetem. W kolejnej części koncertu początkowo prym wiodą słodkie frazy fortepianu, a na gryfie kontrabasu pojawia się po raz pierwszy tego wieczoru smyczek. Improwizacja nabiera wszakże nieco abstrakcyjnego posmaku i zdaje się generować całe mnóstwo wielogatunkowych skojarzeń. Nie brakuje melodii i udanych spięć dramaturgicznych. Tymczasem dynamika nagrania niepostrzeżenie rośnie i całość zaczyna balansować na granicy emocji typowych dla free jazzu. Pianista stara się dbać o ład i porządek, ale zwinny drummer wnosi ekspozycję na kolejne wzniesienie, z którego droga powrotna wiedzie urokliwymi ścieżkami dźwiękowymi, generowanymi głównie przez sekcję gości.

Bardzo ciekawie rozwija się epizod piąty. Najpierw ciepłe piano i rezonujące talerze, posmak jazzu, ale także – po raz kolejny – etnicznie brzmiącego ambientu. Tuż potem koncert zdaje się wchodzić w jedną z najbardziej interesujących faz. Dron basu splata się tu z oddechami fletu, bystrze pulsuje kornet, a wokalistka zaczyna gwizdać. Narracja stoi w miejscu, ale skrzy się wyjątkową paletą brzmień i interakcji. Poziom trzyma też kolejny fragment koncertu, który wyłania się z ciszy i mroku, płynie długimi frazami, przy wsparciu minimalistycznego fortepianu. Dobrze tu wyglądają akcje smyczka i lekkiego drummingu. W momencie, gdy muzycy wracają do jazzowych rozwiązań, stymulowanych melodyjnym kornetem, zaczyna się finałowa narracja. Początkowo przypomina stylową, ale jakże balladową rozbiegówkę. Jednak w pewnym momencie artyści, niemal jednym głosem, zarządzają efektowną wspinaczkę. Kolektywna, nerwowa narracja formuje się tu w efektowne crescendo, które narasta niemal do ostatniej minuty koncertu. Emocje sięgają zenitu, a konsekwencja muzyków stawia nas do pionu. Piękne zwieńczenie koncertu, soczyste, gęste i doskonale ugaszone.  

 

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski October Suite (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Łukasz Ojdana – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas, Krzysztof Gradziuk – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Grzywacz – głos, Artur Majewski – kornet, elektronika, Dominik Strycharski - blockflutes, elektronika. Nagrane na żywo, 17 października 2020, Ad Libitum Festival, Laboratorium, U-Jazdowski, Sala Wojciecha Krukowskiego, Warszawa. Siedem części, łączny czas – 56:57.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 9 marca 2021

Rafał Mazur in the claws of the Spontaneous Improvisation! The Great Tone has no Sound!


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, dokładnie tydzień i jeden dzień temu


Krakowski muzyk Rafał Mazur (specjalność – akustyczna gitara basowa!) jest istotnym podmiotem wykonawczym krajowej, a także europejskiej sceny improwizowanej nie od dziś, ale zdaje się, że to pandemiczny rok 2020 uznać trzeba będzie za najobfitszy w dokonania fonograficzne okres życia tego artysty.

Najpierw mieliśmy okazję poznać duetowe nagranie z jego wieloletnim partnerem, saksofonistą Keirem Neuringerem (Continuum), potem zupełnie zwaliła nas z nóg płyta The Night Of The Swift kwartetu Kaluza/ Majewski/ Mazur/ Trilla, a w ramach deseru, tudzież świątecznego prezentu, dostaliśmy zwalisty czteropak The Great Tone has no Sound, którym Rafał dobitnie udowadnia, iż miejsce w historii gatunku dane mu jest na dłużej niż jeden sezon obrachunkowy.

Cztery płyty wydane w jednym pudełku przez jednego muzyka, to spektakularne wydarzenie, rzecz można nawet, że pewnego rodzaju artystyczna bezczelność, jeśli w paszporcie nie ma się wpisane Anthony Braxton, John Zorn czy Trevor Watts (wymieniając tylko tych żyjących). A jednak Mazur i Fundacja Słuchaj na taki szaleńczy krok się zdecydowali. I od razu zaznaczmy, bez zbędnych ceregieli, że dobrze zrobili!

 


Beyond the Five Notes

W ramach ugruntowania artystycznej pewności siebie Mazur otwiera box nagraniem solowym. Dwie rozbudowane improwizacje (improwizowane spontanicznie, jak głosi opis płyty, a uwaga dotyczy wszystkich nagrań) trwają 42 i pół minuty.

Już na starcie muzyk wskazuje na zakres planowanych działań i narzędzia, jakimi dokona swojego niecnego czynu. Małe westchnienia, drobne pulsacje, palce ślizgające się po strunach – bogaty wachlarz środków artystycznego wyrazu, zarówno tych lekkich i zwiewnych, jak i tych masywnych, z samego dna narracji. Oto bas o stu twarzach, pełen niuansów brzmieniowych, szczegółów dramaturgicznych, ale także byczych, groźnych odgłosów. Oto artysta i jego szybkie, zwinne place, no i prawdziwie kocia przebiegłość umysłu. Ważna rola w procesie przypada smyczkowi – to prawdziwy wichrzyciel, mąciciel porządku i stereotypu gry na gitarze basowej, łobuziak o twarzy uśmiechniętego dziecka, które w ułamku sekundy przepoczwarza się w rockowe monstrum, zdolne do zawładnięcia umysłem każdego słuchacza. Wreszcie temperament i niemal matematyczna precyzja w budowaniu narracji – Mazur zdaje się być wyjątkowo bystrym kameleonem pośród czeredy złowieszczych dźwięków.

Jeszcze ciekawiej dzieje się w drugiej improwizacji. Mazur stawia tu na kreatywne zabawy w pobliżu ciszy – jego instrument syczy, szeleści, drży, jęczy i skrzeczy, aż w końcu rezonuje. Smakuje zmutowanym post-barokiem, a jednocześnie ocieka post-industrialnym smarem. Po upływie około 10 minut ów mały warsztat szlifierski przeobraża się w szeroki potok dźwięków. Mamy wrażenie, że Rafał buduje kilka narracji jednocześnie. One man, big orchestra ze złotym smyczkiem w roli ostatecznego rozjemcy. Na ostatniej prostej drobna repryza – muzyka wraca w okolice ciszy i gaśnie snem sprawiedliwego.

The strongest blows are light as a feather

Na drugą podróż Mazur zabiera klarnecistę Guillermo Gregorio. Panowie będą improwizować w sześciu odcinkach, a całość potrwa prawie 57 minut. Wbrew opisowi płyty czwarta improwizacja trwa ponad 22 minuty (miast sygnalizowanych 9 minut) i to jest być może ów dodatkowy zasób minut, który muzycy mogli sobie darować. Płyta skrojona do naszych ulubionych 40-45 minut zyskałaby na jakości, miałaby zapewne bardziej wzburzoną i intrygującą dramaturgię. Ale do rzeczy!

Pierwsza część płyty w swej początkowej fazie stawia na małe, przeciągłe frazy, które muzycy ślą do nas trochę wedle reguły call & responce. Mazur stymuluje tempo, Gregorio często zmuszany do wzrostu aktywności (która zdaje się nie być jego ulubioną formą ekspresji), świetnie sobie jednak radzi, potrafi bystrze kąsać i zadziornie ripostować. Muzycy z tył głowy mają też kameralne pomysły, ale realizują je raczej incydentalnie. Druga opowieść toczy się w bardziej powolnym tempie. Najpierw post-kameralne pląsy z niemal dworską gracją, potem więcej na poły rockowych emocji i zwiększonej dynamiki. Dobrą robotę czyni smyczek, a najciekawiej jest na sam koniec, gdy muzycy zwinnie się imitują, stawiając na bardziej zabrudzone frazy. Trzecia improwizacja zdaje się być lekka, ale i niezwykle zwinna. Po kilku frazach rozpoznawczych muzycy szukają rezonansu, a odnajdują raczej kameralny dystans do siebie.

Czwarta, owa nieco przegadana część zaczyna się niczym pląsy po silnie zroszonej łące. Klarnet ciągnie ku górze i szuka dobrego wiatru, bas woli hasać po lesie i siać zamęt. W dalszej części improwizacji muzycy balansują pomiędzy free chamber, a bardziej jazzowym frazowaniem i z tego dysonansu poznawczego, ich chwilami ciekawe dialogi zdają się schodzić na dramaturgiczne manowce. Piąta część stawia na konkrety i dobrze robi całemu nagraniu – kilka zadziornych fraz, odrobina świeżej krwi, zróżnicowana dynamika i metody gry, także trochę krzyku z tuby i przebiegłego smyczka na gryfie. Wreszcie finał płyty, w trakcie którego muzycy oddychają spokojnie, trochę rezonują, sprawiają wrażenie, jakby chcieli pójść w galop, ale ostatecznie decydują się na szybkie zakończenie.

Water flows from above to below

Czas na kolejny duet, tym razem z trąbką, pozostającą w rękach i ustach Artura Majewskiego. Nagranie koncertowe (wszystkie pozostałe dźwięki zamieszczone w boxie powstały w okolicznościach studyjnych) z krakowskiej bazy (2016r.), podzielone na cztery części, trwają niemal 40 minut.

Koncert otwiera bas, który kreśli pierwszy szlak improwizacji. Trąbka stawia małe short-cuts, z których tlą się drobinki melodii. Muzycy wchodzą w dialog, dobrze się słyszą i równie skutecznie na siebie reagują. Bas dba o post-jazzowy flow, trąbka stawia stemple jakości, a także ciekawie preparuje dźwięk, także w sytuacjach bardziej dynamicznych. Gdy blaszak wejdzie już na szczyt, bas dorzuci jeszcze kilka równie ognistych fraz. Druga improwizacja, to skupienie i garść bardziej tajemniczych dźwięków. Trąbka burczy, ktoś zamyka drzwi, bas drży i głęboko oddycha. Opowieść z czasem nabiera tempa, początkowo wydaje się być lekka, potem skutecznie odnajduje niemal rockową ekspresję.

Kolejny odcinek koncertu nie wnosi wiele do naszej percepcji całości. Majewski wciąż szuka nowych rozwiązań, Mazur raczej skupia się na tym, co robi od początku koncertu, a odbiorcy pozostaje czekać na jakiś bardziej zdecydowany zwrot akcji. Czwarta część zdaje się spełniać nasze oczekiwania w tym zakresie. Początkowo spokojna (słychać bar, który być może nieco dekoncertuje artystów), z czasem zyskuje na ekspresji. Trąbka zmyślnie podśpiewuje, bas rysuje na poły rytmiczne pętle. Gdy ta pierwsza wciąż stawia znaki zapytania, ten drugi nie daje się wyrwać z mantry narracyjnych powtórzeń (czyżby smyczek został w domu?).

The wind creates great harmony

Finał czteropłytowego boxu śmiało uznać możemy za niezwykle efektowny! Kwintet w składzie: Satoko Fujii (fortepian), Guillermo Gregorio (klarnet), Natsuki Tamura (trąbka), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) oraz Ramon Lopez (perkusja) zagra dla nas sześć improwizacji, łącznie 41 minut muzyki.

Aura otwarcia stylowa, ale i niezwykle delikatna – smyk na gryfie basówki, dęte oddechy, klarnetowe strugi cienia, perkusyjne zdobienia i gołe struny piana. Nim jednak wybije czwarta minuta ów wytłumiony, ale bardzo kolektywny kwintet zdolny jest już generować pierwszą freejazzową kipiel. Początek kolejnej części zdaje się być dalece wymuskany – klarnet i perkusjonalia czekają, aż reszta załogi wejdzie do gry, ale na placach, by nie spłoszyć klimatu. Opowieść rozkwita pod ciężarem fortepianowych pasaży i płożących się w tle dętych fraz. Trzecia historia tworzy się z dronów suchego i mokrego powietrza, z niemal dalekowschodnim zaśpiewem. Zwinnie burcząca trąbka, lubiące postawić na swoim piano i bystra perkusja wiodą kwintet przed siebie bez nadmiernego eskalowania tempa. Opowieść znów ma świetną dramaturgie, która jest konsekwencją równie dobrej komunikacji wewnętrznej. Na finał narracja eskaluje się niezwykle monumentalnie.

Czwartą improwizację otwiera preparujące piano. Reszta zdobi ten proceder filigranowymi short-cuts. Flow narasta, ale każdy z muzyków dba o szczegóły i czuwa nad obrazem całości. Tuż przed metą nie może się obyć bez freejazowego szczytu. Kolejną część otwiera klarnet, a towarzyszą mu ciche drżenia strun i dęte prychanie. Muzycy bawią się w skromne call & responce i jest im naprawdę dobrze. Emocje rosną powoli, klawisze pulsują, a talerze rezonują. Dużo powietrza pomiędzy frazami buduje klimat, a finałowy wybuch ekspresji nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Kończącą płytę improwizację otwiera perkusja. Opowieść pnie się ku górze znów z przyzwolenia piana, przy wydatnym wsparciu dętych. Perkusja stara się kreować balladowy tryb narracji, ale takiego kwintetu nie da się długo utrzymać w ryzach. Tym, który rwie formację do zadziornego lotu okazuje się klarnet. Stadium fire music, pełen fajerwerków i sztucznych ogni dobrze podsumowuje najlepszy odcinek serialu Rafał Mazur w szponach spontanicznej improwizacji.

 


wtorek, 15 grudnia 2020

Kaluza, Majewski, Mazur & Trilla! The Night Of The Swift!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana ... dokładnie wczoraj.


Pewien intrygujący personalnie kwartet, lat temu kilka, wydał równie intrygującą płytę Tone Hunting. Dziś, dzięki inicjatywie wydawniczej FSR, formacja ta powraca z nową muzyką i składem zdawałoby się minimalnie skorygowanym w stosunku do pierwowzoru (nowa obsady stanowiska perkusisty). O ile płyta wcześniejsza była bardziej niż dobra, o tyle ta nowa The Night Of The Swift śmiało może wkraczać na wszelkie listy najlepszych płyt pandemicznego, prawdziwie diabelskiego roku 2020. Jaka w tym rola nowego perkusisty, o tym m.in. poniżej. A już na wstępie drobna refleksja recenzenta - być może na przestrzeni prawie 50 lat nie było jeszcze płyty równie bliskiej estetycznie i artystycznie epokowemu dziełu free jazzu Conference Of The Birds Dave’a Hollanda, niż właśnie propozycja Anny Kaluzy, Artura Majewskiego, Rafała Mazura i Vasco Trilli (to on zastąpił w kwartecie bez nazwy własnej Kubę Suchara). Z ogromną radością zapraszam do poznania zawartości niemal 50 minutowej płyty, na którą składa się sześć swobodnych improwizacji na saksofon altowy, kornet, akustyczną gitarę basową i perkusję.



Muzyczną Noc Jeżyka oba instrumenty dęte rozpoczynają na dość dużej wysokości. W dole brzęczy bas, a perkusjonalia ślą mikrofrazy towarzyszące. Narracja budowana jest na palcach, z małych, początkowo nad wyraz ciepłych fraz. Kobiecy temperament Anny zdaje się na tyle silnie oddziaływać na męską części załogi, iż owa specyficzna wrażliwość saksofonistki zdolna będzie kiełznać flow kwartetu przez większą część nagrania. Muzycy z mozołem kleją frazę za frazą, donikąd się nie śpieszą. Ale wystarczy chwila, by dźwięki nabrały ostrzejszych krawędzi (kornet Artura) lub większej dynamiki (bas Rafała). No drumming percussion Vasco nie ma problemów z utrzymywaniem obu tych charakterystyk. Narracja toczy się jakby sama z siebie, z lekkością, ale także pewnością każdego dźwięku. Żywy organizm o czterech kompatybilnych sercach, w oparach intuitywnej synergii, zdaje się tworzyć tu rzeczy wyjątkowe. Drugą opowieść zaczynają Vasco i Rafał - szukają rezonansu i intrygujących fonii bliskich ciszy. Werbel drży, struny basu wiją się pod ciepłym oddechem palców. Dęciaki budzą się z letargu przeciągłym ziewnięciem, ćwierkają jak gołąbki na wiejskiej grzędzie, ale tembr ich głosu, choć lekki, zdaje się nieść ze sobą spory bagaż doświadczeń, tych dobrych i tych złych. Skupienie i dbałość o urodę pojedynczych fraz, to dominujące parametry tej części podróży. W dalszej fazie improwizacji dynamika rośnie, a dzieje się to głównie za przyczyną sekcji rytmu. Saksofon i kornet nie dają się długo zapraszać do tanga. W efekcie pracy całej czwórki, w połowie 8 minuty narracja osiąga stadium narowistego półgalopu, a każdy z muzyków do obrazu całości dokłada swoje małe cegiełki.

Dla odmiany trzeci epizod rozpoczynają alt i kornet. Prowadzą ożywiony dialog, świetnie na siebie reagują i to właśnie tutaj ornitologiczne skojarzenie recenzenta z legendą gatunku pojawia się po raz pierwszy. Piękny moment! W tle pracuje sekcja rytmu, cicha, spokojna i zabójczo precyzyjna. Rośnie tempo, rosną emocje, a dęte gadają ze sobą, jakby nic innego nie robiły od prawie … 50 lat. Wspaniała komunikacja zarówno na górze, jak i dole tej coraz bardziej błyskotliwej opowieści. Harmonia atonalnych fraz wypełnia nam receptory słuchu, przy okazji uwalniając niezmierzone pokłady endorfin. Ten wątek zgaszony zostaje wyjątkowo precyzyjnie do niemal pojedynczych dźwięków, co w sumie zdaje się być na tej płycie żelazną regułą. Czwarta część ma dość podobną strukturę dramaturgiczną, jak poprzedniczka. Może jedynie frazy altu i kornetu zawieszone są nieco niżej, a niektóre przebiegi noszą znamiona bardziej zadziornych. Ptasie rozmowy trwają zatem w najlepsze, ale już prawdziwe cuda dzieją się tuż pod nimi. Rafał i Vasco budują zwarty, chwilami dość dynamiczny ścieg, ale czynią to w wyjątkowo delikatny sposób. Choćby drummer – najpierw wybija rytm na dzwonkach, potem robi coś podobnego używając wyłącznie talerzy. Rafał płynie jednolitym strumieniem, pięknie akceptuje zakręty, świetnie radzi sobie zarówno na płytkich wodach, jak w głębi oceanu. Na finał kornet śle piękne short-cuts, a alt zmysłowo repetuje.

Piąta opowieść przenośni nas w pobliże ciszy, jak tylko to jest możliwe – przed nami  morze zmysłowych preparacji. Najpierw kornet, potem bas, szumiący alt i błyszczące perkusjonalia. Źdźbła dźwięków, nanofrazy wymieszane z gęstą ciszą. Rezonujące talerze, metaliczne szlifowanie płaskich i obłych kształtów. The delicate sound of no thunder… opowieść unosi się w powietrzu, lewituje. Gra kwartet, który zdaje się w ogóle nie używać niskich częstotliwości. Rafał ledwie muska struny, Vasco szeleści, Artur kwili jak sroczka, a Anna głęboko oddycha. Piękna rozpacz chwili gaśnie suchym płomieniem. Aż trudno w to uwierzyć, ale docieramy do ostatniej opowieści. Zaczyna ją basowe burczenie. Obok wytłumiony saksofon zaczyna podśpiewywać pod nosem. Pozostała dwójka muzyków wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Vasco piłuje talerze i uprawia mikro drumming swoją trzecią ręką, kornet Artura wącha kwiatki. Końcowy etap nowej odsłony Konferencji Ptaków dba o nasze emocje. Za sprawą Rafała, a także Vasco dynamika ekspozycji rośnie systematycznie. Jest tempo, są bystre reakcje, a perkusista zdaje się używać tylko niektórych krawędzi swoich tajemniczych przedmiotów. On płynie nad resztą, nie zaś pod nią i jeszcze fantastycznie czuwa nad dramaturgią całości. Ale ta wyjątkowa opowieść ma oczywiście czterech bohaterów. Kornet i alt ślą ostatnie, miłosne pozdrowienia, a bas proponuje końcowe metry podróży pokonać w rytmie … bluesa. To dance, or not to dance? Yes, it’s dancing!



czwartek, 7 maja 2020

Agustí Fernández! The Four For Fun!


Nasz ulubiony, swobodnie improwizujący pianista Agustí Fernández skończył pod koniec ubiegłego roku magiczne 65 lat, zatem zgodnie z maksymą pewnego doskonałego filmu włoskiego *) nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności!

Kataloński artysta bardzo poważnie potraktował ową cezurę wiekową i w jakże szalonym roku 2020 zdążył już zaserwować nam kilka niebywałych płyt. Za chwilę skrzętnie je wszystkie omówimy dodając drobną, acz niezwykle istotną zaległość z ubiegłej jesieni. Zaczniemy od litewskiego duetu (płyta ma premierę nośnika fizycznego w kolejnym tygodniu), potem dwa tria z udziałem jego soul brother Barry Guya, wreszcie kwintet, który zdał się być cudowną ozdobą Festiwalu Ad Libitum we wspaniałym roku 2017.

Czytajcie recenzje, słuchajcie płyt i przede wszystkim – kupujcie je, wspierajcie muzyków i małych wydawców wielkich płyt z muzyką swobodnie improwizowaną!




Agustí Fernández/ Liudas Mockūnas  Improdimensions  (NoBusiness Records, LP 2020)

Bystra kompilacja nagrań z dwóch koncertów Agustiego i Liudasa Mockūnasa (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), jakie odbyły się w latach 2018-19 w Wilnie, w ramach inicjatywy koncertowej Improdimensions. Płyta o takim właśnie tytule zawiera sześć improwizacji, przy czym najpierw słuchamy utworów z roku ubiegłego, potem tych nieco starszych. Całość odsłuchu, to 41 i pół minuty.

Koncert z roku 2019 zaczyna zwinne piano wprost z klawiatury. Obok chybotliwy, zaczepny saksofon sopranowy, który podobnie jak jego interlokutor, lubi szybkie palcówki. Narracja nabiera dynamiki, jest szorstka, daleka od ckliwości, choć jednocześnie lekka, mimo wielu dramaturgicznych zakamarków. W połowie utworu muzycy stopują, a filigranowe piano stawia stempel wyjątkowej urody. Taniec na jego strunach, w towarzystwie sprytnego sopranu, wiedzie muzyków ku ostatniemu dźwiękowi. Kolejną część, do której muzycy przechodzą bez sekundy ciszy, zaczyna skrzeczący jak kwoka sopran. Piano wchodzi do gry po paru chwilach i zwiastuje, niczym dobosz, zmysłowy marsz wzajemnych imitacji. Agustí chwyta się pierwszy raz tego wieczoru preparacji, wsadza głowę w przepaść pudła rezonansowego, dla odmiany Liudas kwili na grzędzie niczym skowronek, tworząc ciekawy dysonans estetyczny. Potem chwila na saksofonowe solo z duża dawką emocji i następujący po nim, klasycyzujący pasaż piano. Nim dotrą do końca, krótkie solo stanie się także udziałem pianisty. Trzecią część muzycy zaczynają wspólnie – swawolą z gracją, ale w pełnym skupieniu. Dużo swobodnych, czystych dźwięków, w rozkołysanym tańcu open jazzu. Tenor, który zastąpił sopran buduje nastrój, a potem dokłada do ognia. Prychy i dąsy kreowane na dużej dynamice pięknie wplątują się w dźwięki białych i czarnych klawiszy.

Cofamy się o rok. Agusti kreuje samodzielnie deep & black story. W duchu bystrego minimalizmu, nie bez dramaturgicznych powtórzeń, preparacji i rezonansu, aktywnie czeka na partnera. Ten drugi, wyposażony w klarnet kontrabasowy, burczy, skrzeczy, buduje drony. Filigranowe palcówki po strunach i dyszach tworzą piękny, tajemniczy, nieco oniryczny klimat. Muzycy, pełni perkusyjnych skojarzeń, wyruszają w taneczną przebieżkę. Agustí ponownie sięga po preparację i trzymając rytm kreśli jeden z bardziej udanych fragmentów całej płyty. Wyłącznie do pianisty należy odcinek piąty. Zaczyna go ciepłymi, klasycyzującymi klawiszami. Bez zbędnej zwłoki nabiera stanowczości i ognia. Bije szczególnie w czarne klawisze i tańczy opętany kreacją. Nim wybrzmi, zdąży jeszcze osiągnąć stan wyjątkowo drżącej ciszy. Na finał płyty powraca najmocniejszy z klarnetów – rezonuje z całym światem, rży jak koń. Liudas tryska emocjami, dobrymi i złymi. Agusti podłącza się do narracji tuż przed upływem drugiej minuty. Dęciak idzie ku górze, piano rozlewa się szerokim, na poły perkusjonalnym strumieniem. Obaj artyści tańczą w metafizycznej niemal symbiozie. Najpierw kipią złotem free jazzu, potem lepią się w drony, rezonują, trzeszczą, drżą i krzykliwie repetują. Stawiają kolejny stempel doskonałości, czyniąc całe nagranie jednym z najbardziej intrygujących, jak do tej pory, ujawnień muzycznych w pandemicznym roku 2020. Jakby na poparcie tezy recenzenta, z krzykiem i mocą tworzenia artyści cudownie przechodzą od masywnej, dynamicznej ekspozycji w otchłań gasnących iskier improwizacji. Brawo!




Don Malfon/ Agustí Fernández/ Barry Guy  Mutations  (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Wspólne płyty Agusti Fernandeza i Barry Guya liczyć można zapewne w setkach sztuk, także ich spotkania trzyosobowe mają swoją wspaniałą historię. Jednakże ich lutowe spotkanie (Kultur-Schranne, Dachau, 2019) z hiszpańskim saksofonistą Donem Malfonem (alt i baryton; w paszporcie żyje, jako Alfonso Muñoz) jest pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem (choć grali razem w ramach jednej z edycji Liquid Quintet). Siedem swobodnych improwizacji, które śmiało mogą kandydować do miana … najgłośniejszych i najbardziej zadziornych pozycji w dyskografii doświadczonych muzyków. Także i młodziak z Barcelony może być z niej całkowicie dumny! Całość trwa 51 minut i 31 sekund.

Zaczynamy z grubej rury i tak będzie (z krótkimi przerwami) do końca tego koncertu! Ostre piano z wykorzystaniem klawiatury, trzeszczący, rezonujący ze wszystkim saksofon, wreszcie zwinne, free jazzowe pizzicato kontrabasu – narracja nabiera rumieńców od pierwszej sekundy, dość szybko zdaje się znajdować o krok od akustycznego hałasu. Alt tańczy, piano brnie w preparacje, gryf strunowca charczy boleśnie – każdy z muzyków dokłada tu cegiełkę do jakże smakowitego obrazu całości. Po kilku minutach alt brzmi niczym dziecięca piszczałka zmutowana promieniowaniem atomowym. Opowieść tria gna przed siebie lub niespodziewanie staje w miejscu, drży i hamuje jak suwnica przemysłowa. Im dalej w las, tym przybywa bardziej skupionych, często preparowanych fonii ze strony każdego muzyka. Jeśli otwarcie płyty było trzęsieniem ziemi, to dalej może być jeszcze lepiej! Druga opowieść na starcie zachowuje pozory łagodności – alt pośpiewuje, kontrabas i piano pląsają w formule open jazzu. Guy sięga po smyczek (będzie się działo!), Fernandez dyktuje tempo czarnymi klawiszami, a Malfon szuka śpiewnej zaczepki z tym drugim. Akcje, które skutkują wyłącznie dobrymi reakcjami – dramaturgiczne peaki i zmysłowe sanacje, z których jedna kończy utwór w post-jazzowej ciszy. Trzecia ekspozycja stawia nas ponownie do pionu. Coś szumi, chrobocze w pudle fortepianu, podczas gdy małe frazy kontrabasu budują napięcie. Nagle na scenie pojawia się baryton i zaczyna chrapać, a potem skowyczeć. Narracja buduje się wyjątkowo skrupulatnie, ale już po trzech minutach osiąga stan post-industrialnych emocji, jakich doświadczyliśmy w pieśni otwarcia - grzmoty czerstwej akustyki, repetycje i półmelodyjne zawodzenia.

Czwartą opowieść otwiera masywne piano percussion i saksofon. Smyczek drży z oczekiwania, rezonuje w poszukiwaniu ciszy. Akustyczny ambient, który zwiastuje nieuchronną katastrofę. Brak pośpiechu, dronowe frazy, liczenie strun i barokowy smyk w pięknym stylu ratują nam jednak skórę! Wejście w piątą improwizację zdaje się być wyjątkowo bolesne – wszyscy preparują, brną w gęstą narrację, pot leje im się po skroniach. Kolektywna kreacja eksploduje – piski, świsty, trzaski i rzężenia! Rodzi się rytm, ale dziwny, jakby znikąd – post-industrial heavy impro stawia stemple mocy i doskonałości. Całość zostaje zwinnie zgaszona do poziomu dźwięku pojedynczych strun. Brawo!

Piano preparowane perkusyjnym temperamentem Katalończyka budzi do życia przedostatnią opowieść. Tuba rży, parska i prycha, a kontrabas oddycha i schodzi poniżej poziomu morza. Krok z samego środka ciszy w bystrą kipiel emocji zajmuje muzykom kilka nanosekund. Akcje, reakcje, dewiacje – preparacje, moc percussion z każdego miejsca sceny, a potem fraza pięknego hałasu. Saksofon piszczy i świszczy budując bodaj najgłośniejszy fragment koncertu, ale Agusti przy pomocy białych i czarnych klawiszy tłumi wszystko do poziomu ciszy. Finałowa opowieść bynajmniej nie studzi emocji, a wręcz je wzmaga! Struny piana i kontrabasu imitują się wzajemnie, coś drży w tubie, znów nie wiadomo skąd dociera do nas coś na kształt rytmu. Tempo rośnie, ogień obejmuje już wszystkie kondygnacje – harshowy saksofon, szybkie piano i wulgarny post-barok kontrabasu! What a game! Muzycy są ze sobą razem aż po ostatni dźwięk, perfekcyjnie przygotowani na … burzę oklasków.




Snekkestad/ Fernández/ Guy ‎ The Swiftest Traveler (Trost Records, CD/LP 2020)

Pozostajemy w trio z udziałem pianisty i kontrabasisty, zmienia się jednak muzyk odpowiedzialny za instrumenty dęte. Tym razem będzie nim Torben Snekkestad, który na spotkanie z mistrzami free improv zabrał ze sobą saksofon sopranowy, tenorowy, trąbkę i klarnet. Nagranie miało miejsce w słynnym kolońskim Lofcie (dwa czerwcowe dni roku 2018), a na płycie trwa 44 i pół minuty.

Formuła otwarcia improwizacji wydaje nam się nad wyraz przejrzysta – strzały w klawiaturę fortepianu, smyczek na kontrabasie gotowy na wszystko i wysoko podwieszony saksofon sopranowy, który kwili na boku, szukając jednak dramaturgicznej zaczepki. Subtelność mocy, siła skupienia, dbałość o niuanse, filigranowe frazy i smartne reakcje. Narracja toczy się z dużą amplitudą emocji i natężenia dźwięku – bywa cicha i spokojna, innym razem staje się zadziorna i tłusta. Chamber, który szuka wrażeń i na ogół je znajduje, tworzy się w kolektywnym dialogu, raczej stroni od samotnych monologów. Na finał utworu otwarcia Torben na moment sięga po trąbkę. Druga opowieść od startu buduje gęstą, chciwą narrację – zadziorny sopran i piano z basem, stawiające dramaturgiczne zasieki. Muzycy bez trudu znajdują jednak ciszę i ukojenie, po czym równie błyskotliwie osiągają stan niemal free jazzowej kipieli. Ognista faza improwizacji na koniec sięga po kameralne zakończenie. Trzecia opowieść zaczyna się delikatnymi preparacjami i wysoko podwieszony saksofonem tenorowym. Bystre dark acoustic z akcentami percussion, szelesty, gniecenie przedmiotów (?) i inne akustyczne przepięcia mocy. Po pewnym czasie narracja znów sięga po ogień free jazzu, by na koniec rozlać się bardzo szerokim korytem.

Czwarta część powstaje z małych fraz i równie filigranowych reakcji. Chamber spogląda w kierunku open jazzu – nie bez subtelności, nie bez lokalnych eskalacji, ale też bez nadmiernego ryzyka. Recenzent ma wrażenie, że starsi Panowie chętnie skoczyliby w ogień, ale młodszy kolega z Norwegii nie podziela ich entuzjazmu. W kolejnej części, rozpostarty w poprzednim odcinku open jazz zdaje się szukać rozwiązań free improv – preparacje piano i saksofonowe, sonorystyczne półgierki, które w ostatecznym rozrachunku prowadzą jednak do zbudowania nowej, dynamicznej free jazzowej opowieści. Przy okazji Torben prezentuje świetną ekspozycję na saksofonie, wspartą na masywnym brzmieniu piana i kontrabasu. Szczególnie udane zdaje się być niemal ambientowe zakończenie tej opowieści.

Szósta improwizacja zaczyna się u stop ciszy - oddechy, mikro frazy głuchego dźwięku, szelest i szum niewidzialnego, czarne klawisze i gołe struny. Guy buduje nisko zawieszony dron, piano reaguje bardzo bystrze, a saksofon prycha suchym powietrzem. Czas na finałową partycję nagrania. Do gry wchodzi po raz pierwszy klarnet. Nastrój narracji budują frazy piana wprost z klawiatury, dołem sunie pizzicato kontrabasu. Open jazz nabiera rumieńców, po czym niespodziewanie zaczyna poszukiwać ciszy. Na ostatnią prostą do gry desygnowany zostaje saksofon tenorowy, który śpiewa czystym, balladowym niemal tembrem. Recenzent notuje, że być może ta płyta mogłaby być nieco bardziej emocjonalna, wybuchowa, bardziej nastawiona na ryzyko, ale stempel barokowego smyka gasi zarówno te ambiwalencje, jak i cały koncert.




Liquid Quintet  Flux (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)  **)

Dwunasta edycja warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, październik roku 2017, a na scenie CSW katalońskie Liquid Trio rozbudowane polskimi rękoma do kwintetu: Agustí Fernández – fortepian, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja oraz Artur Majewski – trąbka i Rafal Mazur – akustyczna gitara basowa. Koncert, który w rzeczywistości był jednym ciągiem zdarzeń fonicznych, dostajemy w pięciu częściach, trwających łącznie pełne 42 minuty i dodatkowe 4 sekundy.

Kwintet muzyków klasy najwyższej kolektywnie podejmuje nieistniejący temat improwizacji. Każdy dokłada małe frazy, na które pozostali świetnie reagują. Od pierwszej sekundy mamy wrażenie, że ta piątka muzyków gra ze sobą od kołyski (po prawdzie grają razem dokładnie po raz … drugi!). Dęciaki plotą półśpiewy, klawisze i pulsujący bas budują bazę, a perkusja drży i szeleści kreując pierwsze znamiona rytmu. W połowie czwartej minuty faza smukłych dronów dobrze buduje napięcie. Potem speed piano rozkręca zabawę, ale szum z tuby saksofonu tenorowego błyskotliwie ją zgasi i zaproponuje pierwszy przystanek na preparowanie dźwięków. Wejście w trak drugi (zgodnie z zapisami preambuły recenzji) odbywa się oczywiście nad wyraz płynnie i bez użycia ciszy. Piękno drobnych dekonstrukcji fonii z pianistą na samym szczycie zdarzenia. Spirala narracji sukcesywnie nakręca się dzięki kolektywnej burzy męskich hormonów. Sygnał do free jazzowego ataku idzie wprost z klawiatury, dokładnie w połowie piątej minuty. Pianista dewastuje instrument, saksofonista (już sopran!) eksploruje moc przestrzeni sali koncertowej, reszta także nie trwoni choćby sekundy. Kolejny peak emocji ma miejsce dokładnie w połowie siódmej minuty, po czym muzycy, a w zasadzie sam perkusista otwiera trzecią część koncertu. Dęciaki piszczą jak kociaki, bas drży po słoniowemu. Narracja buduje się tym razem w tempie drummera, kreowana głównie temperamentem pianisty.  Po upływie czwartej minuty zaskakujący krok w tył – dramaturgiczne gierki, małe zaczepki, coś na kształt naszego ulubionego call & responce, ale budowanego na dynamice basu. Gaszenie tego wątku nagrania trwa w nieskończoność i zdaje się być równie długotrwale piękne.

Czwarta partycja daje koncertowi jakby nowe życie – kolejne preparacje piana, puls basu i mikro eksplozje pozostałych instrumentów. Swoje pięć minut ma tu Mazur, który rządzi, stawia cele i egzekwuje ich realizację. Brawo! Saksofon krzyczy, piano gna na zatracenie, trąbka jęczy, perkusja stawia na zdrowy progres. Po upływie piątej minuty – bez nadmiernego rozlewu krwi - władzę przejmuje Fernandez, po czym gasi płomień eksplozji. Znów swoje dorzuca bas, a na krótką solówkę wypuszcza się Majewski. Znów brawo! Ten tygiel improwizowanych szaleństw tłumiony jest kolektywnie, na ogół dronową estetyką, z separatywnym, post-klasycznym głosem fortepianu. Finał koncertu rodzi się niemal w ciszy i nie będzie – co do zasady – naruszał jej klimatu aż do ostatniego dźwięku. Preparowane slow motion w błyskotliwy sposób, pełne mrocznych subtelności, szuka dramaturgicznie uzasadnionego zakończenia. Czarny klawisz fortepianu, niczym dzwon, obwieszcza artystyczny wybór. Rezonans zaniechania, skupienie nadchodzącej ciszy, a potem … burza oklasków, która miała miejsce w rzeczywistości koncertu, lecz na płycie została nam oszczędzona.


*) Paolo Sorrentino Wielkie Piękno/ La grande bellezza, 2013


**) Płyta Flux pierwotnie miała zostać opatrzona stosownym liner notes, które wyszło spod pióra Pana Redaktora. Ostatecznie tekst nie trafił na okładkę płyty, ustępując miejsca pięknym, czarno-białym fotografiom z koncertu. Tekst wszakże żyje i właśnie w tym miejscu postanawiamy przytoczyć go w całości.




Historia “płynnego” tria z Barcelony sięga początków bieżącej dekady. Wtedy to Agustí Fernández, Albert Cirera i Ramon Prats – inspirowani koncepcją “liquid modernity” Zygmunta Baumana, opisującą świat, w którym nic nie jest stałe, wszystko zaś ulega ciągłym zmianom – postanowili założyć „working band”, który socjofilozoficzne teorie przełoży na język muzyki bardzo swobodnie improwizowanej. Nadali mu zatem nazwę Liquid Trio. W roku 2013 wydali swój debiutancki krążek „Primer dia i última nit”, trzy lata później dołożyli „Marianne”, a w kolejnym „The Liquid Trio plays Bernouilli”. Ten ostatni już w ramach inicjatywy wydawniczej „Fundacji Słuchaj!”.

W praktyce koncertowania i uprawiania improwizacji katalońskie trio – od czasu do czasu, w celu poszerzania horyzontów muzycznej percepcji - bywało personalnie rozbudowywane do rozmiarów kwintetu. W ten sposób z muzykami Liquid Trio zagrali Joe Morris i Johannes Nästesjö, a także całkiem niedawno Barry Guy i Don Malfon. W maju zaś 2017 roku na katalońskim Festiwalu w Vic, w rolę gości wcielili się muzycy z Polski - Artur Majewski i Rafał Mazur. Niemal pół roku później muzycy, zadowoleni z pierwszego spotkania, postanowili koncert powtórzyć i wystąpili na 12. Festiwalu Ad Libitum w Warszawie. Drogi Słuchaczu, masz właśnie w dłoniach fonograficzną pamiątkę z tego spotkania.

Nagranie koncertowe zarejestrowana w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej pięknie wpisuje się w coraz bardzo zacieśniające się relacje polsko-katalońskie na polu muzyki improwizowanej. Pianista Agustí Fernández wydał już w Polsce więcej niż dziesięć płyt – w tym także duety i tria z Arturem Majewskim i Rafałem Mazurem, które były prologiem ich współpracy. Saksofonista Albert Cirera całkiem niedawno wydał tu swoją piątą płytę (m.in. z Rafałem Mazurem), a w kolekcji iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project ma już trzy pozycje. Perkusista Ramon Prats także jest częstym stałym uczestnikiem płyt tej serii.

Warszawski, ponad 42 minutowy koncert, to prawdziwy muzyczny konkret – jeden, szeroki strumień improwizacji, w pełni wyzwolonej, świetnie skomunikowanej wewnętrznie, która równie intensywnie kocha free jazz, jak i abstrakcyjną, swobodną kameralistykę. Świat dźwięków preparowanych, narracji kipiących emocjami, ale budowanych z dramaturgiczną powściągliwością, nastawionych na eksperymenty sonorystyczne. Życie w stanie permanentnie zmiany, tam, gdzie nic nie jest z góry ustalone, gdzie każde z przyjętych rozwiązań ma szansę mieć swój sens i wewnętrzną logikę.




poniedziałek, 25 czerwca 2018

Inner Core! Majewski & Zakrocki! Spontaneus Chamber Music! Jachna & Wójciński! Dąbrowski & Mazurkiewicz! Scolari! Wart Biter! Lonker See! Alameda 4! Ugory! The satanic mix for holidays!


Wakacje za pasem! Czas zatem na skromną zbiorówkę recenzji płyt, które przetoczyły się przez odtwarzacze redakcji w okresie wiosennym.

Naczelną zasadą dzisiejszej opowieści będzie … całkowity brak zasad! Stylistyczny melting pot, godny najbardziej wyuzdanych piór współczesnej żurnalistyki. Swobodna improwizacja, dzika kameralistyka, kolokwialne fussion, wreszcie silna reprezentacja muzyki rockowej, czy bardziej post-rockowej, która nie boi się dużej formy i lubi popadać w szpony improwizacji.

Zaczynamy po katalońsku, potem mocny i rozbudowany zestaw krajowy, krótka ucieczka do Włoch i Anglii, wreszcie powrót nad Wisłę, Odrę i Wartę, by skrupulatnie pohałasować! Będzie się działo!




Irene Aranda/ Johannes Nästesjö/ Núria Andorrà  Inner Core (Relative Pitch Records, CD)

Scena muzyki swobodnie improwizowanej w Barcelonie nie wykazuje się nadmierną podażą ciekawych pianistów. Być może jest to po części efektem przestrzeni scenicznej, jaką proponują znaczące kluby tego miasta. Są niezwykle małe, a na duży instrument po prostu brakuje miejsca. Z tym większą radością odnotujmy debiut płytowy tria Inner Core, które tworzą Irene Aranda – fortepian, Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Studyjna rejestracja z Barcelony, z grudnia 2016 roku. Brylantowo swobodna improwizacja i dwie temperamentne Panie w towarzystwie przystojnego Szweda! Takie spotkanie nie może ujść naszej uwadze! Premiera płyty w przedostatni dzień czerwca.

Dynamiczna, rozbudowana improwizacja na początek, pełna męskiego temperamentu, ale i kobiecej intuicji. Drapieżne improwizatorki i kontrabasista, który stoi na środku sceny i niskimi dźwiękami spaja kobiecą batalię w jedną narracją. Aranda gra całą długością i szerokością swojego instrumentu, pozostaje w totalnej ofensywie. Andorra zaś zdaje się stanowić ów niezbędny, brakujący element rozbudowanej konstrukcji fortepianu. Nästesjö nie stroni od sonorystyki, jego towarzyszki równie sprytnie odnajdują się w takiej estetyce. Już w połowie pierwszej improwizacji zwinnie schodzą do poziomu ciszy i zostają tam dłuższą chwilę.

Trio bez zbędnej zwłoki osiąga ponadnormatywny poziom synergii, a recenzent – nie bez przyczyny – popaść musi w dysonans poznawczy, nie jest bowiem w stanie precyzyjnie wskazać poszczególnych źródeł dźwięku. To trio nie boi się jazzu, potrafi być sonizującą filharmonią, gdy potrzeba chwili o tym stanowi, skłonne jest rockowo pohałasować, czy uciec w industrialne efekty akustyczne. Obie Panie kapitalnie się imitują - w wielu momentach mamy wrażenie, że Irene gra na instrumentach perkusyjnych, a Nurria staje się pianistką. Jedno ciało, czworo rąk!

Wrażenie finalne sprowadza się do zadumy nad możliwościami akustycznymi, jakie daje proste trio z fortepianem, jeśli tylko muzycy potrafią wystrzelić w kosmos poziomem wyobraźni i jakością kreacji muzycznej.




Artur Majewski & Patryk Zakrocki  Czas panowania traw (Fundacja Kaisera Söze, CD)

Niniejszym rozpoczynamy duży blok krajowy z istotnym akcentem… katalońskim! Najpierw duet Artur Majewski - kornet, delay i Patryk Zakrocki - altówka, mbira, ring modulator. Rejestracja poczyniona w Zielonej Górze, latem ubiegłego roku.

Improwizacja, która od pierwszego dźwięku wykazuje wysoki stopień sonorystycznego wtajemniczenia. Podwieszony pod sufit kornet z delayem i dronowa altówka czynią tyle dźwięków w jednostce czasu, iż duet zaczyna przypominać małą orkiestrę. Post-psychodelia spotyka się tu z upalonym barokiem w perfekcyjnym środowisku akustycznym.

Muzycy zdają się tańczyć, jak para szaleńców, tuż po opuszczeniu zakładu zamkniętego. Płynna opowieść, która nie ma przystanków, ani zbędnych myśli, wypełniona jest za to pomysłami na zagospodarowanie każdego centymetra sześciennego Audytorium Uniwersyteckiego. Gdy delay kornetu zaczyna repetować, całość narracji niczym mantra, brnie po złote runo. Być może pierwsza, najdłuższa improwizacja, po części także druga, stanowią najlepszy od dawien dawna fragment swobodnej improwizacji w wydaniu krajowym!

Czas panowania traw uzupełniają jeszcze cztery krótsze improwizacje. Najpierw altówka narzuca bezdyskusyjny rytm, wokół którego kornet pląsa niczym dziewica na zroszonej deszczem łące. W kolejnym Zakrocki sięga po instrument zwany mbira (brzmi jak marimba), a duet brnie w szczelny minimalizm, być może także z artystycznego lenistwa. Potem podobną rolę spełnia ring modulator, a z początkowej kreatywności kornetu pozostaje prawie wyłącznie pogłos. Na finał oniryczna, silnie perkusyjna mbira bije rytm świat, a z kornetu wyrasta dron. Recenzent odruchowo uruchamia restart, ale ponowny odsłuch płyty kończy po drugim utworze.




Patryk Zakrocki & Marcin Olak with Agusti Fernandez  Spontaneus Chamber Music vol. 2 (Fundacja Słuchaj!, CD)

Patryk Zakrocki (altówka, trumpetviolin i szczypta elektroniki) pozostaje w orbicie naszych zainteresowań. Teraz dołączy do niego Marcin Olak na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz … oczekiwany akcent kataloński, czyli Agusti Fernandez na fortepianie. Studio nagraniowe, jesień ubiegłego roku. Druga odsłona kameralistyki spontanicznej!

Strunowe vibrato na trzy rozgrzane instrumenty! Niektóre groźnie huczą, inne rezonują, jeszcze inne wręcz krzyczą (prawdziwie amorficzne dźwięki z altówki). Gitara czyni dysonans poznawczy, bo niekiedy sięga po zasilanie prądem zmiennym.

Spontaniczna, improwizowana kameralistyka, która nie boi się konfirmacji, nie unika wchodzenia w alianse z dowolną porcją nieoczywistych gatunków, gotowa na każdy mezalians stylistyczny. Dużo fermentu ze strony Zakrockiego, który często zmienia sposób gry, barwę brzmienia, jego instrument zdaje się pozostawać w nieustannym tańcu. Swawoli i podszczypuje partnerów. Olak stawia na multigatunkowość. Zdaje się, że mógłby tu zagrać dowolny dźwięk, choćby flamenco (utwór 5). A zmysłowe spontaneous contemporary czai się na końcu gryfu jego gitary. Fernandez, niczym kameleon. Skomentuje każdy dźwięk, wejdzie w dialog z każdą iteracją improwizacji. Potrafi być dosadny, a nawet agresywny (choćby utwór 7).

Na płytę składa się aż szesnaście improwizacji. Większość z nich to minutowe lub dwuminutowe szkice. Jedynie trzy, to rozbudowane, wielowymiarowe narracje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że spotkanie tej trójki doskonałych muzyków jest nieco przeładowane treścią. Być może rezygnacja z niektórych pomysłów, na rzecz dłuższych wypowiedzi, podniosłaby poziom ostatecznej oceny. Szczęśliwie trzy dłuższe fragmenty (1, 14 i 15) stanowią prawie połowę płyty – świetnie skonstruowane improwizacje, pełne błyskotliwej sonorystyki i zwinnych interakcji. Cisza, skupienie, posmak oniryzmu, rodzaj strunowej beletrystyki dźwiękowej. A na sam finał trochę rocka? Why not!




Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński  Conversation with Space (Fundacja Słuchaj!, CD)

Czas na duet blaszano-strunowy! Nie po raz ostatni dziś! Wojciech Jachna na trąbce, także flugelhornie i Ksawery Wójciński na kontrabasie, incydentalnie w jednej piosence Tomasz Glazik na saksofonie. Dwie okoliczności, jedna bodaj studyjna, druga być może koncertowa. Wiosna ubiegłego roku, Warszawa.

Dwanaście niezwykle zgrabnych i błyskotliwie zagranych improwizacji. Niemal każda z nich bazuje na strukturze rytmiczno-melodycznej, którą kreuje kontrabasista. Czyni to z gracją, w obliczu doskonałego, czystego, chwilami niemal barokowego brzmienia swojego instrumentu. Na tej zmyślnej bazie, trębacz snuje przeróżne opowieści, które także niosą ze sobą drobiny melodii i tanecznego wręcz zaśpiewu.

Przestrzenne pogawędki świetnie konsumują ostatnie folkowe doświadczenia Ksawerego (te z Maniuchą Bikont), a także moc post-rockowych, malarskich ekspozycji Wojtka, wyniesionych z wielu niebanalnych nagrań w formacji Innercity Ensemble. Muzyka z tej płyty płynie przez nasze receptory słuchu w sposób niebywale płynny, ciepły, wręcz przyjemny. Jeśli zatem swobodna improwizacja dziać się może w niemal chilloutowy sposób, nikt nie powinien zgłaszać zdania odrębnego, co do oceny końcowej.

Ogrom akustycznych radości płynących z odsłuchu tej płyty, zdecydowanie stymuluje piąta pieśń, stanowiąca aranżację tradycyjnej Song about Saint. Wojciech Bishop and Martyr. Prawdziwa eksplozja urody tej muzyki. A zaraz potem mocny akcent z saksofonem tenorowym (Tomek Glazik). Brawo!





Tomasz Dąbrowski & Jacek Mazurkiewicz  Basement Music (Multikulti Project, CD)

Słowo się rzekło, ponownie duet trąbka-kontrabas! Tomasz Dąbrowski i Jacek Mazurkiewicz (ten drugi wspomaga się także elektroniką). Panowie będą improwizować muzykę skomponowaną. Rejestracja z podziemi Fortu Sokolnicki w Warszawie. Jesień 2015 roku.

Siedem zwartych opowieści na dwa instrumenty akustyczne, które w procesie chwilami gęstej i dość kolektywnej improwizacji, zapewne wspierają się odrobiną predefinicji, co sugerować może kompozytorski aspekt powstania tej muzyki (zgodnie z opisem płyty). Dopóki Basement Music bazuje na naturalnym brzmieniu kontrabasu i trąbki, mimo pewnych mankamentów dramaturgicznych (dużo konceptu, mniej emocji), całość nagrania liczyć może śmiało na wysoki poziom akceptacji. Gdy Mazurkiewicz sięga po elektronikę, recenzent nie może odpędzić się od pytania, w jakim celu tak się dzieje i czy aby nie jest to skutek problemów na etapie kreacji.

W najdłuższym fragmencie An Ant Lobotomy (prawie 12 minut) muzyczna opowieść składa się z dwóch nawarstwiających się dronów, jednego akustycznego, drugiego, bardzo niskiego, silnie wspomaganego elektroniką. Jak na długość trwania tej improwizacji, w arsenale artystycznych środków wyrazu chętnie ujrzelibyśmy coś więcej niż konsekwentną repetycję. Oczywiście, i w tym momencie narracja broni się, ale recenzent oczekiwałby większego ładunku ekspresji. Ta zresztą uwaga tyczy się całego nagrania.




Claudio Scolari/ Daniele Cavalca/ Simone Scolari  Natural Impulse (Principal Records, CD)

Na dwa pełne albumy opuszczamy scenę krajową. Pierwszą podróż odbywamy do Włoch, na spotkanie z modern jazzem, a nawet fussion! Claudio Scolari – perkusja, perkusjonalia, programowanie syntezatorów, Daniele Cavalca – syntezatory, piano rhodes, wibrafon, bas oraz Simone Solari – trąbka. Brak danych o miejscu i czasie powstania tej studyjnej rejestracji.

Improwizacja prowadzona na bazie kompozycji, bogato zinstrumentalizowana, niestroniąca od fajerwerków, pełna odniesień do innych gatunków muzycznych (rocka, czy nawet world music). Rytm, melodia, dynamika, ekspresja adekwatne do dość konsekwentnie stosowanej przez włoskich muzyków estetyki fussion jazzu. Całość daleka od tego, czym zwykliśmy się zajmować na tych łamach, ale może dzięki temu, stanowiąca interesujące wyjście ze strefy komfortu dla wiernych fanów free improv.

Muzycy nie boją się brnąć w dancingowy jazz środka (choćby drugi fragment), do czego mają oczywiście pełne prawo, z taką jednak konsekwencją, iż po stronie piszącego te słowa, napotkać mogą na brak artystycznej akceptacji. Reasumując, zdecydowanie ciekawej bywa, gdy w nagraniu dominują atrybuty elektrycznego, silnie zrytmizowanej jazzu, nawet ze szczyptą psychodelii (choćby utwór piąty, czy zwłaszcza dziesiąty). Inne, akustyczne, dość przewidywalne mainstreamowe opowieści z swingiem na ustach nie wnoszą nic nowego do historii gatunku i zwyczajnie nudzą recenzenta.




Wart Biter Wart Biter (Hominid Sounds 2018, kaseta)

Pierwszy odważny krok w świat rocka, post-rocka, estetyki noise i nawet industrial, czynimy w nie byle jakim towarzystwie, albowiem będzie z nami jeden z ulubieńców redakcji, Colin Webster na saksofonie! Wraz z nim Tom Fug na perkusji i Mat Pod na syntezatorze. Niewiele wiemy o okolicznościach nagrania, wiemy natomiast, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk, a w tej chwili w sprzedaży zostały jeszcze … trzy! Angielskie trio zwie się zaś Wart Biter i skutecznie wypełni nam dźwiękami całą głowę!

Pogłos, sfuzzowane dźwięki, przestery, groza i moc surowego brzmienia syntezatora, który zrywa podłogę basowymi dronami. Aura improwizowanego rocka, electro i doom metalu. Narracje powolne, konsekwentnie budowane od podstaw. Saksofon wierci dziurę w głowie, syntezator kopie po kostkach, a perkusja stawia stempel za stemplem, kalecząc nam stopy. Rockowa dialektyka realizowana metodami free jazzu i harsch elektroniki.

Webster, niczym multigatunkowy tygrys z ostrymi pazurami, w okolicznościach nie pozostawiających dużo swobody na skupienie i subtelności narracyjne, świetnie odnajduje swoje improwizatorskie powołanie i ciągnie trio na wysokie wzgórza. Ściana syntezatorowego basu i metalowy drumming nie pełnią tu bynajmniej roli hamulcowych.

Trzy długie, rozbudowane ekspozycje, dwie nieco krótsze i trzy kilkudziesięciosekundowe miniatury, rodzaj wulgarnych komentarzy odautorskich. Psychodelia w tubie, rytm i serce w syntezatorze i na werblach. Noise rock bez gitar! Kipiący emocjami i potem! Jedynie szósty fragment toczy się w pewnym oddaleniu od hałasu. To cisza, która drży, pełna plemiennego niepokoju, gdy złe czai się za rogiem ulicy. Piękny moment!




Lonker See  One Eye Sees Red  (Instant Classic, CD)

Długie, rozbudowane, rockowe improwizacje, mroczna psychodelia, krew na ścianach i zabójczy saksofon tenorowy. To najkrótsza charakterystyka grupy Lonker See z polskiego wybrzeża. Joanna Kucharska na gitarze basowej i wokalu (w utworze finałowym), Michał Gos na perkusji i perkusjonaliach, Tomasz Gadecki na flecie, saksofonie, a także syntezatorach oraz Bartosz Boro Borowski na gitarze.

One Eye Sees Red, to muzyka, która dojrzewa, która na osiągnięcie pełnego strumienia dźwięku i ekspresji potrzebuje wielu minut. Muzyka, która w skupieniu buduje rdzeń narracyjny, gotowy w odpowiednim dramaturgicznie momencie eksplodować siłą noise rocka i energią free jazzu. Z pozoru proste, trzyosobowe trio rockowe, doposażone w silny i jakże konkretny saksofon tenorowy Tomka Gadeckiego, zaprasza nas na nieoczywistą, improwizowaną podróż po obrzeżach gatunkowych współczesnej muzyki.

W Lillian Gish gitara wybucha w 11 minucie i zaczyna taniec, w którym jedynym partnerem zdolnym utrzymać intensywność przekazu zdaje się być doświadczony w bojach improwizacyjnych Gadecki. W kolejnym, równie długim Solaris pt. 3 & 4, schemat narracyjny jest podobny, a efekt całości równie wyrazisty. Na sam finał zaś otrzymujemy tytułową pieśń, okraszoną zmysłową wokalizą basistki.

Płyta, której słucha się doskonale w wielu okolicznościach przyrody. Wątek nocnej podróży po wyjątkowo ciężkim dniu, głuchą autostradą, być może jest wyborem najlepszym.




Alameda 4  Czarna Woda  (Instant Classic, CD)

Była Trójka, potem Piątka, także Duo. Teraz czas na Czwórkę. Alameda w składzie: Krzysztof Kaliski – gitara elektryczna, Tomasz Popowski – perkusja i instrumenty perkusyjne, Mikołaj Zieliński – gitara basowa i barytonowa, congas oraz Jakub Ziołek – gitara elektryczna, wokal, bouzouki, elektronika plus kilku gości z porcją dodatkowych dźwięków, w tym także field recordings. Czarna Woda z pięknym zdjęciami płynącej smoły. Rodzaj post-rockowego concept albumu.

Rock w czystej postaci, a także jego post-rockowa odnoga, świetnie czują się zarówno w formule zwartej piosenki, jak i w otchłani rozbudowanych struktur, których końca nie widać, których głównym zadaniem zdaje się być imperatyw zapanowania nad naszymi emocjami, a potem, w najmniej spodziewanym momencie, zadania śmiertelnego cios ekstazy. Wszystkie dotychczasowe formy personalne grupy Alameda działają dokładnie na tej zasadzie.

Czwórka ze wszystkich dotychczasowych płyt najbliższa jest muzyce rockowej, która lubi gitarowym zgiełkiem budować skomplikowane polifoniczne struktury. Być może na tle Piątki, brak jej bogactwa użytych tam środków, onirycznych wycieczek do krainy kompletnej tajemnicy, zmyślnej psychodelii, czy brutalnego mieszania gatunków i stosowania śmiertelnych rozwiązań dramaturgicznych. Być może dzięki temu, jest ona albumem bardziej komunikatywnym dla części słuchaczy. Melodią, dobrze rozumianą, rockową tanecznością urzec może bez pytania o zgodę.

Recenzentowi wszakże najbardziej podoba się ostatnie 30 minut tej długiej płyty, gdy Czwarta Alameda wzorem Piątej, stawia na nieoczywiste rozwiązania, jest błyskotliwie post-rockowa, szuka nowego i je odnajduje, choćby trawestując … post-elektronicznie swoje poprzednie nagrania.




Ugory  Matko ciszy  (Music Is the Weapon, CD & free download)

Na finał dzisiejszej muzycznej jazdy bez trzymanki, młody, krajowy band o niebanalnej nazwie Ugory. Marcel Gawinecki - gitara, bas, Marcin Haremza – perkusja, Kuba Kaczmarek - gitara, Mateusz Gawinecki – gitara, Robert Śliwka – głos oraz BIBI - głos (4), Karolina Wasilewska - głos (1).  

Ta przygoda zaczyna się w oparach nowofalowego, gitarowego oniryzmu (całkiem zasadne skojarzenie z klimatami 4AD sprzed trzydziestu kilku lat, choć niepokój w damskiej wokalizie zwiastuje już burzę z piorunami). Potem muzycy zgrabnie przebijają się przez noise’ową ścianę dźwięku. Kończą zaś w piekle wysokogatunkowego black metalu, jednoznacznie pokazując, iż cała historia muzyki gitarowej stoi za nimi.

Intensywnością minutowego Bogu Niech Będą Dzięki Ugory przypominają Brygadę Kryzys i ich równie enigmatyczny Radioaktywny Blok. Finałowa Szósta Noc Bez Snu, trwająca niemal jedną trzecią długości płyty, zrywa już ze słuchacza wszelkie wątpliwości. Prowadzi na skraj emocji i nie wskazuje drogi powrotnej.

Muzyka, która proponuje tak wiele, że nie sposób ogarnąć jej przy pierwszym, czy nawet drugim kontakcie. Na koniec tylko recenzencka prośba o pracę nad jakością dźwięku i dobrym masteringiem. Warto wgryzać się w tę muzyką w większym komforcie akustycznym.