Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabir Mateen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sabir Mateen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2020

Test & Roy Campbell! Once Upon a Time in Harlem!


Nowojorski Harlem, miejsce zwane Hint House, 16 kwietnia 1999 roku, a na scenie piątka muzyków - Tom Bruno (perkusja), Sabir Mateen (saksofon altowy i tenorowy, flet i klarnet), Daniel Carter (saksofon altowy i tenorowy, flet i trąbka), Matthew Heyner (kontrabas) oraz Roy Campbell (trąbka). Pierwszych czterech od jakiegoś już czasu koncertuje pod nazwą własną Test *), ten piąty został doproszony na okoliczność tego właśnie wydarzenia. Panowie przykują uwagę publiczności przez 47 minut i 8 sekund.

 



Do rytualnego boju wzywają instrumenty dęte (trąbka i dwa alty), które wydają się z siebie kompulsywny, dalece kolektywny okrzyk. Struny kontrabasu gotowe są do walki, a perkusja już na starcie wydaje się być gotowa na każde szaleństwo narracyjne. Kwintet rusza ze swadą do kreślenia dziarskiego, miejskiego bluesa! Subdoskonała jakość koncertu (dźwięk zbierany jednym mikrofonem o dość niskiej selektywności dźwięku) nie pozwala nam skupiać się na niuansach brzmieniowych, ale i tak dość szybko jesteśmy w stanie dostrzec świetną robotę Heynera na samym dnie tej opowieści.

Pierwszym, który rusza w samotny bój jest koncertowy gość, czyli Campbell. Od razu stawia wszystkim bardzo wysokie wymagania! Sekcja pracuje post-swingowo (a jakże!), a już po kilkudziesięciu sekundach dwa dziarskie kocury na altach zaczynają pięknie komentować wyczyny trębacza. Cudowny chaos kreatywnego free jazzu staje się już udziałem wszystkich. Czas na brawa publiczności za ten odcinek spektaklu następuje tuż przed upływem 7 minuty. Chwilę potem do boju rusza saksofon (raczej Carter). Nie eskaluje emocji, bystrze płynie nad barkach precyzyjnej sekcji rytmu. Po następnych trzech minutach kwintet staje w ogniu pierwszej wymiany wyłącznie udanych komentarzy. Trzy dęciaki stoją na baczność i krzyczą, sekcja – posadowiona o stopień niżej - kreśli śpiewne pętle i daje do wiwatu całą mocą zakładu (Heynerowi zdaje się być wyjątkowo blisko do estetyki Williama Parkera, Bruno naładowany jest całą masą pozytywnej energii!). Nim kwintet podejmie kolektywną decyzją o pierwszej próbie tłumienia dynamiki, czeka nas jeszcze kolejne solowe expo ze strony saksofonu (tu zapewne Mateen).

Po zakończeniu drugiej dziesiątki minut koncertu trójgłowy, dęty potwór zaczyna łagodnie śpiewać (Campbell w roli naczelnego chórzysty). Sekcja rytmu raz zwalnia, raz przyspiesza, ale to małe, dramaturgiczne rozdroże zdaje się dodawać urody całej ekspozycji. Tym, który ostatecznie naciska na hamulec jest kontrabasista. W połowie 24 minuty dwa dęciaki jęczą, a trzeci (alt?) śpiewa hymny pochwalne. Perkusista chce powoli dorzucać do ognia, ale napotyka na opór reszty. Tym, który szczególnie łagodzi obyczaje na scenie wydaje się być Campbell.

Tymczasem po wybiciu 28 minuty następuje faktyczne uspokojenie narracji. Kontrabas na moment nawet milknie, trzy dęciaki kwilą delikatnie na boku, a drummer korzysta jedynie z talerzy. Heyner powraca ze smykiem w ręku i jeszcze dobitniej podkreśla chamberlike moment of this life! W połowie 34 minuty muzycy zaczynają nieśmiało wybudzać się z nostalgicznego letargu. Wszyscy robią to kolektywnie, bez jakiejkolwiek jednak napinki czy indywidualnych ponagleń. Nie brakuje przecinków, średników, a nawet kropek. Free jazzowy flow leje się wyjątkowo spokojnym i jakże szerokim korytem. Tymczasem opowieść zaczyna nabierać dynamiki, a dzieje się to głównie mocą decyzji sekcji rytmu. Gdy wszyscy muzycy wejdą już na odpowiedni poziom dynamiki, czeka nas kilka chwil dyktatury trąbki. Reszta snuje komentarze, ale wszystko dzieje się już w niezłym tempie. Wraz z wybiciem 42 minuty koncertu kwintet Testemony płonie już prawdziwie żywym ogniem emocji. Na ostatniej prostej zdaje się, że słyszymy saksofon tenorowy, którego sekcja rytmu ciągnie ku niebu bez słowa sprzeciwu. Pozostałe instrumenty komentują ów wyczyn słowami prozy egzystencjalnej, pełnej didaskaliów. W 45 minucie, choć ogień wciąż płonie, muzycy zaczynają powoli rozglądać się za pomysłem na dobre zakończenie tej opowieści. Konsensus zostaje osiągnięty w połowie 47 minuty. Flow gaśnie, oklaski mogą zapanować na sceną klubową.

 

*) Jeśli z jakichś zupełnie niewytłumaczalnych powodów nie znacie historii tej formacji, w drodze szczególnego wyjątku, redakcja załącza stosowne linki do równie stosownych tekstów opublikowanych na tych łamach:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/09/test-miosna-strona-muzycznej-dekadencji.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/04/test-niezbedny-suplement-czyli-uroki.html

 

 

piątek, 28 kwietnia 2017

Test – niezbędny suplement, czyli uroki życia ulicznego


Musisz być częścią tego zamieszania i przezwyciężać negatywny wpływ wszystkiego, co Cię otacza. Grając na ulicy, stajesz się silniejszym. To dobre dla Ciebie w sytuacji, gdy tworzysz muzykę*).

Tom Bruno, perkusista wyposażony jedynie w 16-calowy boczny tom, skromny bęben, hi-hat i talerz, co dzień wychodził na ulice i podziemia Nowego Jorku, by grać solowe koncerty dla ludzi, a precyzyjnym będąc - do ludzi. Po pewnym czasie dołączył do niego Daniel Carter (instrumenty dęte), a jeszcze później Sabir Mateen (instrumenty dęte) i Matt Heyner (kontrabas). W ten sposób, dwadzieścia parę lat temu, uformowała się formacja Test, dla której główną aktywności było muzykowanie w przestrzeni publicznej. Trasy koncertowe, czy wizyty w studiu nagraniowym, był tak okazjonalne i rzadkie, że gdyby nie ich fonograficzna dokumentacja, muzycy mogliby dziś powiedzieć, że w ogóle nie miały miejsca.





Tę historię czytelnicy Trybuny znają świetnie ( w tym miejscu można ją sobie skutecznie odświeżyć). Zachęcam, by czytać ją z uwzględnieniem komentarzy Krzysztofa z Chicago, Przyjaciela i wiernego Czytelnika tej strony, który niezwykle kompetentnie uzupełnił i skorygował tekst główny. Także dzięki niemu i jego przepastnym zbiorom płyt, udało mi się wejść w posiadanie nagrań Testu i jego członków, o których w opublikowanej ponad pół roku temu opowieści wspominałem, ale których literalnie wtedy nie znałem.

Zacznijmy o winylowej płyty Ahead (Jazz Ramwong/ Eremite and Father Yod, 1998). Zawiera ona dwa fragmenty koncertowe, trwające łącznie trzy kwadranse. Jak udało mi się ustalić, materiał zarejestrowany został w trakcie trasy koncertowej Test po południowo-wschodnim USA w listopadzie 1998r., czyli dokładnie tej samej, na której powstały fragmenty katalogowego Test Live (CD Eremite, 2000), a także dostępne w sieci nagrania z Atlanty. Nadal nie wiemy jednak, w jakim mieście zarejestrowano muzykę zawartą na Ahead.

Tytuł płyty można rozumieć jak Cała Naprzód, co zresztą świetnie oddaje klimat tego niezwykle energetycznego nagrania. Można też interpretować, jako komentarz do sposobu, w jaki muzycy – zwłaszcza Carter i Mateen - zwykli byli sytuować się wzajemnie w okolicznościach koncertowych. Otóż saksofoniści grali zawsze zwróceni do siebie twarzą w twarz, zupełnie nie zwracając uwagi, tak na publiczność, jak i pozostałych członków grupy. Z jednej strony świetnie wpływało to na ich wzajemną komunikację, z drugiej jednak sprawiało, że czasami Test w wersji koncertowej potrafił brzmieć, jak … dwa duety. Co, oczywiście, w jakikolwiek sposób nie odbiera wartości tej muzyce.




Strona pierwsza czarnego krążka wypełniona jest utworem Test Ahead, a zaczyna się dzikim wrzaskiem całego bandu. Mamy wrażenie, że nie jest to początek koncertu, a rejestracja nagrania rozpoczęła się dokładnie w trakcie tej ekspresyjnej eskalacji. Całość, blisko 25-minutowa, stanowi być może najgłośniejszy i najostrzejszy fragment historii Test. Druga strona zatytułowana jest Thurston For Certain (chodzi o gitarzystę Sonic Youth Thurstona Moore'a - przy okazji zespół ten bywał supportowany przez Test na rockowych koncertach; dodatkowo Moore był także wydawcą jednej ze studyjnych płyt kwartetu). Zaczyna ją długi i stosunkowy spokojny fragment koncertu, w trakcie którego w roli głównej występuje flet Daniela Cartera. Finał oczywiście zastaje nas w ogniu piekielnym, dzięki czemu całość płyty nie budzi wątpliwości, co do ładunku energii, jaki został na niej uwieczniony. Mimo to, jak zwykle w przypadku muzyki Test, obok free jazzowej ekspresji  i permanentnego eskalowania emocji, nie brakuje tu miejsca dla potężnych pokładów specyficznego rodzaju melancholii, będącej pokłosiem szczerego i bezkompromisowego uduchowienia, zarówno samych muzyków, jak i dźwięków, które generują. Emocje leją się z muzyków na każdym kroku, ale ich zachowania sceniczne nie są nacechowane agresją. To jedynie przejaw ich temperamentu i pełnokrwistej, artystycznej ekspresji. Rdzeniem tej muzyki zdaje się być perkusja (Bruno), zwłaszcza pozostająca w nieustannym użyciu stopa wraz bębnem basowym, która niczym bijące serce, napędza tę muzykę. Dęciaki (Carter i Mateen), pozostają w stanie nieustannego ruchu, płyną na ogół pod prąd i krzyczą na siebie wzajemnie (twarzą w twarz!). Kontrabas (Heyner) sprawia zaś, że Test w ogóle ma kontakt z podłożem. Jest twardy i specyficznie melodyjny, ma drive i zwinnie trzyma rytm (co być może jest pokłosiem m.in. tego, że muzyk wywodzi się ze sceny blues-rockowej).




O zawartych na krążku Live fragmentach koncertów w Baltimore (Baltimore 2) i Bostonie (Boston2) można w zasadzie napisać to samo. Choć fragmenty te nieco różnią się od siebie dynamiką i poziomem ekspresji. Ten pierwszy zaczyna się w tempie marsza pogrzebowego. Pięknie brzmi tu ponownie flet, zwłaszcza na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem. Drumming Bruno, niepowtarzalny, nieśmiertelny, ogrania całość i nadaje specyficzną kolorystykę. Następująca po tej blisko 20-minutowej introdukcji, ekspresyjna galopada potrafi być szczegółowo zaplanowana i dalece wytrawnie zrealizowana, pełna nostalgii i freejazzowej refleksji. W opozycji do tej estetyki, odnajdujemy niedługi, kilkunastominutowy fragment koncertu z Bostonu – tu muzyka tryska krwią, niczym szamański rytuał inicjacji free. A po wybrzmieniu, wszyscy uczestnicy spektaklu, w wyczekiwaniu na głos perkusisty, wstrzymują się od oklasków, jakby czekali na pozwolenie. Magiczny moment, po którym nastąpić może już tylko erupcja nieskrywanego entuzjazmu.

Słuchając nagrań Test, zwłaszcza tych koncertowych, mamy wrażenie, że uliczne doświadczenia muzyków są trwale wrośnięte w test-owy pomysł na uprawianie muzyki. Nawet na koncertach w miejscach do tego tradycyjnie przeznaczonych, słyszymy w tej muzyce uliczny hałas, zgiełk kolejowych zapowiedzi, rozmowy podróżnych, cały ten negatywny background, o którym wspomina Tom Bruno we wstępie do tego tekstu. To muzyka adresowana wprost do ludzi, jak na stacji metra, być może do osób zupełnie na to nieprzygotowanych, ale tylko taka forma komunikacji – wedle intencji muzyków Test - jest szansą na zaistnienie tej metafizycznej chmury dźwięków we właściwy, pożądany sposób – jako czysta i niepohamowana ekspresja.




A propos dźwięków dworca kolejowego…. Cofnijmy się o kilka lat.  Ostatni dzień lutego 1995r. Pomiędzy godziną 12:48, a 1:33 na Grand Central Station w Nowym Jorku gra duet Tom Bruno i Sabir Mateen. Dokument foniczny zwie się Getting Away From Murder (CD Eremite, 1998). Trzy kwadranse progresywnego, dynamicznego drummingu (głównie wszakże na szczoteczkach) i wyważonych (jaka na kanony Test) pasaży na saksofonie altowym. Obok ludzkie dialogi, przekomarzania z muzykami, hałas dworca i zapowiedzi pociągów. Muzycy definitywnie w swoim żywiole. Narracja jest stabilna, pierwsza część stosunkowo dynamiczna, druga raczej nostalgiczna, a pomiędzy nimi spory odcinek perkusji solo. Kwintesencja muzycznej i życiowej postawy Toma Bruno. Prosty, bezkompromisowy przekaż, szczerość i autentyczność. Muzyka. Dźwięki. Cały sens. Piękna płyta!




*) Słowa Toma Bruno, zacytowane w artykule Daniel Carter: This Is The Test. Pełny tekst Phila Freemana, stanowiący fragment większej całości (New York Is Now! The New Wave of Free Jazz) odnajdziecie w tym miejscu



piątek, 16 września 2016

Sabir Mateen – Kolektywna Czwórka plus skromne resume pod pretekstem urodzin


Główny bohater doskonałego filmu Paolo Sorrentino Wielkie Piękno, znany włoski literat, w trakcie przyjęcia z okazji 65-urodzin, podsumowując poziom swojej życiowej motywacji, rzekł tymi słowami: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności.

Sabir Mateen, doskonały amerykański saksofonista, klarnecista i flecista, nie dość, że kilka miesięcy temu osiągnął ów wspaniały rok życia, to jeszcze wydał właśnie w naszym prześmiesznym kraju całkiem smakowitą, freejazzową petardę! Przy okazji, rzucając okiem na jego dotychczasowy, niezbyt zresztą bogaty, dorobek artystyczny, odniosłem wrażenie, że dewizę życiową włoskiego literata, stosuje on od dawien dawna.

Rzeczony krążek, to Collective Four (ForTune, 2016), czyli zgodnie z nazwą, połączone siły saksofonów, klarnetów i fletów Sabira Mateena, puzonu Conny Bauera, kontrabasu Marka Tokara i perkusji Klausa Kugela. Zawiera dokumentację foniczną koncertu, jaki kończył sześcioprzystankową trasę kwartetu po naszym kraju, a miejsce miał w Lublinie, w grudniu roku ubiegłego*).




Ponad siedemdziesięciominutowe nagranie, podane w trzech odcinkach, zaprasza nas do bezgranicznego oceanu modelowego wręcz free jazzu. Zatem odpowiedni poziom ekspresji, luźno zadzierzgnięty scenariusz improwizacji, bez nutek, w oczywisty sposób sygnalizujących przebieg wydarzeń, wreszcie kompetentni wykonawcy. Ta czwórka dorosłych mężczyzn o dużej rozpiętości wieku (sekcja dęta śmiało mogłaby być ojcem kontrabasisty), zapewne grała ze sobą na tej trasie po raz pierwszy w życiu, ale że krążek zawiera szósty ich wspólny występ, fakt ten nie wpływa w żaden sposób na jakość muzyki. Oczywiście w tych okolicznościach nie oczekujemy od muzyków naszych ulubionych niewyczerpalnych pokładów synergii, ani kosmicznej telepatii, ale od początku do końca band działa sprawnie i przynosi moc artystycznych wrażeń.

Królem polowania jest tu bez dwóch zdań Sabir Mateen, który prowadzi grę, wspaniale improwizuje na kilku instrumentach (które wciąż zmienia w trakcie grania) i udanie inspiruje kolegów do kolektywnych przepychanek. Bauer udanie kreśli puzonowy background dla popisów saksofonisty, rzadziej biorąc proces improwizacji wyłącznie we własne ręce. Doskonale funkcjonuje sekcja ukraińsko-niemiecka. Zawsze jest na czas, świetnie trzyma w ryzach rytm dźwiękowych galopad. Kugel jest fachmanem dużego sortu i w wielu miejscach na mapie współczesnego free udanie znaczył teren. Tu nie jest inaczej. Czujny i punktualny, zwarty i gotowy na każde wydarzenie na scenie. Tokar, w sumie dzieciak w tym gronie (ledwie po 40-ce), w wielu fragmentach pięknie komentuje wyczyny dęciaków, precyzyjnie kooperuje z drummerem i jeszcze, gdy sytuacja dramaturgiczna tego wymaga, sięga po smyczek i robi urocze tło dla spokojniejszych pasusów Mateena na flecie lub klarnecie, czy też wyciszonych eskalacji puzonu Bauera. Smaczkiem nagrania są poetyckie recytacje Mateena, podawane w oparach delikatnej i wyciszonej improwizacji Tokara.


*****

Oczywiście osoba Sabira Mateena zawróciła mi na powrót głowę, dzięki nowemu wydawnictwu legendarnej nowojorskiej formacji Test, o której pisałem nie dalej, jak kilka dni temu. Tamże dyskografię grupy oraz istotną moc sprawczą Sabira w tejże kolekcji, podkreśliłem i skutecznie – mam nadzieję – uzasadniłem. Teraz zatem drobny przegląd innych, ciekawych płyt w dorobku muzyka. Jak już wcześniej wspomniałem, nie jest on zbyt obszerny, zatem objętość tego tekstu nie powinna przekroczyć dziesięciu tysięcy znaków. Innym słowy, istnieje spora szansa, iż czytając z ekranu będziecie w stanie zrozumienia aż do samego jego końca.

Pozycje fonograficzne, w których nazwisko Mateen pada przynajmniej w roli co-leadera, zaczynają się w zasadzie dopiero w okolicach połowy lat 90. ubiegłego stulecia. W poprzedniej dekadzie Sabir rezydował w Los Angeles i grywał głównie w sextecie Horace’a Tapscotta. Dopiero przeprowadzka do Wielkiego Jabłka, na przełomie dekady (?), sprawiła, iż Mateen odnalazł się scenie freejazzowej, przy okazji, co rusz napotykając na przyjazne mu dusze i okazje na konstruktywny dżob.

Z dzisiejszej perspektywy trzeba chyba uznać, iż terminowanie w ulicznym szaleństwie pt. Test było znaczącym i niezwykle istotnym doświadczeniem dla tego muzyka. Jak wiemy z poprzedniej opowieści, pierwszy krążek firmowany nazwą Test pojawił się dopiero w roku 1998. Pamiętamy także o ciekawym, zarówno z punktu widzenia muzycznego, jak i socjologicznego, dworcowym duecie z Tomem Bruno Getting Away With Murder.




Wcześniej, bo już jesienią 1995, powstał bardzo ciekawy materiał studyjny, który opatrzony został tytułem wykonawczym One World Ensemble. Grupę stworzyli, obok Sabira Mateena, jego lustrzane obicie z Test, czyli Daniel Carter, a także pianistka Yuko Fujiyma, kontrabasista Wilber Morris i perkusistka Susie Ibarra (nawet mniej opętanym nowojorskim freejazzem nazwiska te mówią naprawdę dużo). Płyta zwie się Breathing Together (Freedom Jazz, 1997), a jej tytuł mówi prawie wszystko o muzyce tam zawartej. Swobodna, silnie jazzowo ukorzeniona, improwizacja w nieśpiesznych tempach i nostalgicznych skalach. Ale skoro gra na niej Mateen, możemy być pewni, że poziom ekspresji będzie istotnie wysoki.




Okres wokół milenijnego przesilenia i problemu roku 2000, owocuje w dyskografii Mateena kilkoma znaczącym spotkaniami z weteranem free jazzowego bębnienia, Sunny Murrayem. Efekt fonograficzny, to aż trzy krążki – najpierw duet We Are Not At The Opera (Eremite Records, 1998), potem zaś dwie części opowieści Perles Noires Vol. 1 i 2 (Eremite Records, 2005). Od razu należy zaznaczyć, że płyty pod względem autorskim przypisane są perkusiście (przy czym pierwsza, to… Sunny Murray with Sabir Mateen), jednakże muzyka na nich zawarta jest na tyle swobodną improwizacją, a sprawczy udział Sabira istotnie znaczący, iż śmiało mogłyby one zostać podpisane nazwiskami obu muzyków (choć na tej drugiej utwory opisane są jako kompozycje lidera, jest nawet evergreen Ornette Colemana). Warto dodać, że smaczku wydawnictwu Perles Noires dodaje udział osób trzecich – w pierwszej części są to Dave Burrell (piano), Louis Belogenis (sax) i Alan Silva (bas), w drugiej zaś Oluyemi Thomas (klarnet basowy, sax) i John Blum (piano). Nie grają oni jednak razem –  na dyskach mamy duety, tria i kwartet. O ile te pozycje polecam z całą stanowczości, jako przykłady konkretnie wartościowego free, o tyle mniejszym entuzjazmem darzę płytę nieoperową, gdyż brzmi ona, jakby właśnie w wielkiej sali operowej została nagrana – perkusja jest zbyt głośna i płynie na zniekształconym pogłosie, zaś dęciaki Mateena są słabo słyszalne.

Pozostając przy wątku współpracy z perkusistami, nie możemy nie wspomnieć o fantastycznym duecie Mateena z Hamidem Drake’em Brothers Together (Eremite Records, 2002). O tej płycie miałem już okazję pisać dekadę temu, a dziś te kilka słów, podsumowujących jakże energetyczny i wręcz mistyczny projekt, odnajdziecie w archiwum Trybuny, w zakładce Vivo Fiendly Improvised.  Koniecznie trzeba też podkreślić znaczący udział Sabira w autorskiej i równie jak powyższy duet, doskonałej płycie Hamida Bindu (Rouge Art, 2005). Cztery kosmiczne dęciaki (także Daniel Carter, Greg Ward i Ernest Dawkins) zderzone z plemiennym drummingiem Drake’a ponad dziesięć lat temu skutecznie zryły mi beret i istotnie przewartościowały podejście do free jazzu. Majstersztyk!



Utyskując nad wątłością autorskich, czy też współautorskich, dokonań Mateena w wieku 65 lat, należy przewrotnie zauważyć, że zasoby tej muzyki byłoby jeszcze szczuplejsze, gdyby nie… Marek Winiarski i jego nieocenione Not Two Records. W katalogu tej krakowskiej wytwórni doliczyłem się bodaj dziesięciu tytułów z udziałem amerykańskiego saksofonisty! Przywołajmy na początek te z Sabirem w roli tytułu wykonawczego: duet z Matthew Shippem Sama (2009), kwintet z udziałem m.in. Frode Gjerstada i Steve’a Swella Sound Gathering (2010), duży skład z autorską muzyką komponowaną The Sabir Mateen Jubilee Ensemble (2012), trio z Michalem Bisio i Whitem Dickeyem Understory (2013), wreszcie wspólny występ z triem Ferrian/ Pissavini/ Quattrini The uneXpected (2013). Do tego zestawu winniśmy dodać udział saksofonisty w formacjach Steve’a Swella Slammin’ The Infinite i Rivers Of Sound, skutkujące łącznie aż czterema krążkami w katalogu NT (można się jedynie spierać, która z nich jest doskonalsza), a także równie smakowity koncert formacji Frode Gjerstad/ Paal Nilssen-Love Project Hasselt (2013), który nie byłby tak frapujący bez drżących i co rusz eksplodujących dęciaków Mateena.




Jeśli na moment zostaniemy jeszcze przy dokonaniach naszego dzisiejszego bohatera w roli muzyka istotnie wzmacniającego efekt końcowy, ale niewymienionego z imienia i nazwiska na okładce krążka, należy z całą bezwzględnością wskazać doskonałe płyty kwartetów Marka Whitecage’a, innego wspaniałego saksofonisty z tamtej strony Atlantyku – myślę tu przede wszystkim o Other Quartet Consensual Tension (CIMP, 1998) i … Other Other Quartet Reserach On The Edge (CIMP, 1999). Przy odsłuchu obu płyt ślinię się obficie także dzięki różnym, ale jakże fascynującym sekcjom rytmicznym (na pierwszej Joe Fonda/ Harvey Sorgen, na drugiej Chris Dahlgren/ Jay Rosen).




Wracając do autorskich płyt Mateena – odnajdziemy w jego dyskografii trio (Divine Mad Love, Eremite, 1997), kwartet (Other Places Other Spaces, Nu Bop, 2008), a także kwintet (Secrets Of When, Blue Regard, 2001). Zaś naszą dzisiejszą opowieść zakończymy… formacją o bardzo długiej nazwie, którą wszelako należy koniecznie zapamiętać, bo jej jednopłytowy dorobek zwieńczyć może jedynie kolejny epitet recenzenta w pozycji na kolanach. Od dekady jest już z nami krążek kwintetu, który przyjął nazwę Sabir Mateen’s Shapes, Texture and Sound Ensemble. Dysk nazywa się Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006). Liderowi towarzyszą – Steve Swell (puzon), Mat Lavelle (trąbka, kornet, flugelhorn), Mathew Heyner (kontrabas) i Michael Thomas (perkusja). Ekstatyczna, gęsta i ekspresyjna muzyka autorska Mateena, wyniesiona drogą konstruktywnej improwizacji, na kosmiczny szczyt. Jeśli dawno jej nie słuchaliście, zróbcie to koniecznie. Jeśli jej nie znacie, … wiecie z pewnością, co natychmiast winniście uczynić!


*) Konieczne jest doprecyzowanie faktów – do składu Collective Four, aranżowanego na ubiegłoroczną, jesienną trasę po Polsce zaproszony został młodszy brat Conny’ego, Johannes Bauer. Niestety na tyle silnie podupadł on wtedy na zdrowiu, iż na koncerty w zastępstwie przyjechał ów starszy z braci. Jak niestety doskonale wiemy, kolejny rok przyniósł jeszcze smutniejsze wydarzenie – od szóstego maja nie ma już Johannesa wśród żyjących. Ta płyta to swoisty hołd jego pamięci.

wtorek, 13 września 2016

Test – miłosna strona muzycznej dekadencji


Gdy trzy dekady temu odważnie wkraczałem w wiek dorosły, funkcjonowało w świecie kultury określenie na zjawiska i incydenty artystyczne, które idealnie opisywało relacje między wyjątkowym dziełem sztuki, a pozostającym w pozycji ugiętych kolan jego zauroczonym odbiorcą. Potem określenie to stało się zręcznym narzędziem marketerów i całkowicie zatraciło swój sens.

Dziś, gdy trafia do nas piąta płyta freejazzowej efemerydy Test, aż prosi się by nazwać ją tym określeniem. Tak, bezwzględnie, grupa stworzona wokół niezwykłej postaci nowojorskiego undergroundu sprzed dwóch, trzech, a nawet czterech dekad, jaką był perkusista Tom Bruno, zasługuje na miano… kultowej!

Od razu zaznaczmy, że Tom Bruno od czterech lat gra już wyłącznie z aniołami (lub diabełkami) w dalekich zaświatach, a Test jako czteroosobowy ansambl zakończył swój artystyczny żywot mniej więcej w połowie poprzedniej dekady (wyłączając okazjonalne koncerty w kolejnych latach). Co więcej, swą kilkunastoletnią aktywną działalność koncertową dokumentował fonograficznie jedynie w trakcie trzech ostatnich lat XX wieku.

Tym większą zatem atrakcją dla całej sceny muzyki improwizowanej jest fakt wydania dziś dwupłytowego zestawu nagrań koncertowych Test, ze słynnego klubu Freda Andersona Velvet Lounge, pod ujmującym tytułem Always Coming From The Love Side *) (Eremite Records, 2016). Dwie godziny muzyki z 13 listopada 1999r., podane na dwóch dyskach, w pięciu odcinkach, bez tytułów. Nim jednak podzielę się wrażeniami z odsłuchu, drobny rys historyczny.


Tom Bruno (ur. 1937; są źródła wskazujące na rok… 1932), nowojorski outsider, freak i pełnokrwisty szaleniec, drumerskiego abecadła uczył się grając solo w ... metrze i na ulicach Wielkiego Jabłka. Żył i oddychał wyłącznie muzyką. Od czasu do czasu ktoś zmuszał go do rejestrowania nagrań i … incydentalnego wydawania płyt. Na przestrzeni lat 1975-1995 doliczyłem się ledwie kilku wydawnictw. O nich opowiem później.

W pewnym momencie, do grania w miejscach publicznych, Tom zaprosił swoich nieco młodszych i równie jak on, zakręconych muzyków, którzy nie bardzo mieli inny pomysł na spędzanie czasu w wielkim mieście. Prawdopodobnie już pod koniec lat 80. do perkusisty dołączyli doskonale nam dzisiaj znani, tym bardziej cenieni, saksofoniści – Sabir Mateen (ur. 1951) i Daniel Carter (ur.1945). Kontrabasiści w następnych latach na tyle często zmieniali się, że ich nazwiska z dzisiejszego punktu widzenia nie są istotne. Jednakże w połowie kolejnej dekady do trupy ulicznych grajków dołączył Matthew Heyner (ur. 1972), dziś także istotne nazwisko na scenie freejazzowej NY. Być może młodziak tchnął w znacznie starszych kolegów nieco ognia, być może zwrócił uwagę, że ich wspaniałą muzykę, które ginęła w hałasie metra czy topiła się w smogu ulicy, warto rejestrować i wydawać na płytach. Tego wątku nie potwierdzimy dziś, jakkolwiek mniej więcej tuż po połowie ostatniej dekady XX wieku Test … zaczął dokumentować fonograficznie koncerty, ba, nawet pojawiać się w miejscach służących po profesjonalnego rejestrowania nagrań bez udziału publiczności! Zatem dzięki kilku karkołomnym zbiegom okoliczności, pod sam już koniec minionego tysiąclecia, świat ujrzały cztery wydawnictwa podpisane przez Test.

Najpierw było to winyl Ahead! (Jazz Ramwong Records/ Eremite Records/ Father Yod, 1998; jak podaje discogs.com – pierwsza nazwa to swoiste joint venture dwóch pozostałych wydawców). Na płycie dwa fragmenty z tytułami: Test Ahead i Thurston For Certain. Nie wiemy, gdzie i kiedy powstały te nagrania. Rzecz jasna nie znamy też muzyki. Jak ktoś ma tę płytę, proszę o pilny kontakt.

W roku 1998 Test trafia do studia nagraniowego AUM Hi-Q na Brooklynie i rejestruje pięć fragmentów muzycznych, które po roku trafiają na CD Test (AUM Fidelity, 1999). Płyta od dawna ma status out of print. Szczęśliwie jest ona obecnie dostępna w całości na youtube. W zakresie użytego instrumentarium warto zauważyć, że zarówno Carter, jak i Mateen grają na alcie, tenorze, flecie i … użyczają swojego głosu. Dodatkowo Carter sięga po trąbkę, a Mateen po klarnet. I tak to wygląda, w zasadzie, na każdym dostępnym nagraniu grupy.





W tymże samym roku 1999, za pośrednictwem Ecstatic Peace!, labela założonego przez gitarzystę Sonic Youth, Thurstona Moore’a, ukazuje się kolejna płyta, także zatytułowana jakże skromnie… Test. Przynosi trzy bardzo długie i istotnie… majestatyczne, freejazzowe opowieści. Nagrania zarejestrowano zaś trzy lata wcześniej w nowojorskim studiu Second Home, zatem być może są to najstarsze nagrania kwartetu. Onegdaj płyta ta była dostępna na blogu Inconstant Sol, w formie dobrej jakości plików muzycznych. Dodajmy, że znalazła się tam za zgodą wydawcy.

Wreszcie rok 2000. Wtedy to czujny eksplorator muzycznego undergroundu wschodniej Ameryki, Michael Ehlers i jego … kultowa stajnia Eremite, wydają fragmenty dwóch koncertów Test z amerykańskiej trasy, która miała miejsce w roku 1998 (Baltimore 2, Boston 2). Krążek CD nazywa się Live (Eremite Records, 2000). Status w sklepie wytwórni – out of print, tak mniej więcej od dekady. I znów, w próbie dotarcia do tej muzyki wspomaga nas youtube, gdzie odnalazłem blisko 100-minutowy koncert Test z Atlanty, z tej samej trasy, o dobrej jakości dźwięku**).

By zamknąć wątek dostępnych koncertów Test w formie wizualnej, warto na tejże samej stronie odszukać 34-minutowy zapis koncertu z wczesnych lat 90. (Live At CB 313 Gallery, NY), gdzie na basie (elektrycznym!) gra niejaki Poki Hudgins, a Tom Bruno ubrany jest w garnitur i muszkę!

Tyle fakty, czas zatem na muzykę. Istotnie powiększony, najnowszym wydawnictwem Eremite, dorobek dyskograficzny kwartetu można podzielić na dwa kluczowe podzbiory. Pierwszym niech będą rejestracje koncertowe (dwie pozycje), drugim zaś spotkania studyjne (trzy pozycje).


Z oczywistych względów – czego dowodzi rys historyczny – naturalnym środowiskiem dla kreowania wolnej, improwizowanej muzyki Test jest okoliczność koncertowa, w trakcie której muzycy czują się jak ryby w wodzie, a poziom ekspresji i konstruktywnego zaangażowania w proces kreacji rośnie w tempie geometrycznym, adekwatnym do pokrętnej rzeczywistości przestrzeni publicznej. Jeśli szukać kluczowych słów, opisujących koncertowe oblicze Test, to najbliższe zdają się być intensywność, kolektywność i transparentność. W szerokich ramach zakreślonych tymi epitetami dzieje się muzyka o ekstremalnie otwartej formule. Wielokierunkowy flow perkusisty, którego bardzo oryginalne i istotnie osobne, dynamiczne bębnienie przywołuje echa gry takich tuzów free jazzu, jak Rasheed Ali, czy Sunny Murray. Wszakże od razu zaznaczmy, że Bruno to facet o białym kolorze skóry i to słychać w jego muzyce. Jego, chwilami transowy sposób kreowania rytmu, ma także swoje korzenie w estetyce… rockowej, a częste granie stopą (czasami to jego główna zabawka w zestawie perkusyjnym), nadaje całej grupie bardzo surowy i krzepki wymiar (niczym bijące serce!). Harmolodyczna, post-aylerowska jest praca Cartera i Mateena na przeróżnych instrumentach dętych. W poczuciu absolutnej swobody, każdy z nich plecie jakby swoją opowieść, swoją historię, a momenty konwersji czy punktów stycznych ekscytują, mając za podstawowe parametry melodykę Cartera i drapieżność Mateena. Na ogół grają oni równocześnie, stanowiąc jakby wzajemne, lustrzane odbicie (lubią w danym momencie grać na takich samych instrumentach). Gdy instrument jednego z nich na moment milknie, odzywa się gardło i plemienne nawoływania do eskalowania przez współpartnera intensywności improwizacji. Harmonijmy i niezwykle dynamiczny jest puls kontrabasu Heynera, który w wyniku drobnej amplifikacji, brzmi jak instrument legendarnego Johnny’ego Dyani w formacji Detail, u boku Johna Stevensa i Frode Gjerstada. Gdy muzyk sięga po smyczek, generuje pokłady niebywale niskich częstotliwości, które sprawiają, że eskapady dęciaków i okrężnego pulsu perkusji, nie unoszą jednak całego bandu ku niebu, a my wciąż możemy słuchać tej niesamowitej muzyki, mając kontakt z podłożem. Przeskalowane rejestry dęciaków, żywioł sekcji, innymi słowy - wulkan energii, krzyk i wrzask (poza Heynerem, wszyscy realizują się także na tym polu). Wedle słów grupy widzów, wypowiedzianych w trakcie jednego z ulicznych koncertów, muzycy Test przypominają japońskich żołnierzy, którzy po wyjściu z jaskini, nie wiedzą, że druga wojna światowa już się zakończyła!


Nieco inne jest oblicze grupy w okolicznościach studyjnych. Oczywiście otwarta formuła uprawiania swobodnej improwizacji ciągle jest tu punktem wyjścia, jednakże na płytach Test bez oklasków, nie brakuje spokojnych i nawet wyciszonych fragmentów (choćby duchowa wycieczka do wartości prymalnych na elegijnym wręcz First Peace That Ever Was, Is, To Be, blisko półgodzinnym otwarciu krążka wydanego dla Ecstatic Peace!). Urzekające piękno tej muzyki uderza w nas w trakcie odsłuchu, jeśli tylko stać nas na odrobinę skupienia, a coś na kształt powracającego motywu przewodniego, hymnu powszechnej miłości, zdziera z naszych głów naleciałości trywialnej rzeczywistości upiornego dnia codziennego. W tych wolniejszych tempach pojawiają się ciekawe harmonie (Carter i Mateen są wszak w tej dziedzinie mistrzami, czego nie raz doświadczyliśmy słuchając ich w ramach innych formacji free), duże są pokłady synergii i skupionej narracji (a serce wciąż bije, dzięki pobudzonej stopie perkusji). Gdy sięgniemy po huhuhuH (nite sounds on 5th), 25-minutowe otwarcie krążka dla AUM Fidelity, zaatakują nas spokojne pasaże nocnych rycerzy chwały, zagubionych w zakamarkach Piątej Alei. Smyczek Heynera rozdziera nam mroczny świat na jaśniejsze połówki, podkreślając ulotność dęciakowych skowytów. Po chwili w muzyków trafia piorun, a rozładowania energetyczne zdają się trudne do opanowania. Sabir wpada w samotny, ekstatyczny taniec na alcie, a po chwili w jego rolę wchodzi nadmiernie pobudzony Daniel i jego podziurawiona ekspresją trąbka. W międzyczasie dopada nas fletowy duet, uspakajający nocne służby miejskie, a wszystko kończy … taneczne (wokalne!) nawoływanie do bycia poza i wbrew wszystkiemu, w niesamowitym What RU Going 2 due?! 

Nagrania Test bez oklasków pokazują całą moc i wielkość otwartej formuły tego muzykowania. Moglibyśmy ten proces określić mianem płynnej transformacji freejazzowego kwartetu, w spójny i kompetentny ansamble free improvisation.


Na tle niebywale twórczej i obfitującej w niezwykłe nagrania, nowojorskiej sceny freejazzowej lat 90. ubiegłego stulecia, warto zauważyć (posiłkując się liner notes Michaela Ehlersa), iż o ile okrętem flagowym sceny był wówczas kwartet Davida S. Ware’a, o tyle pupilem undergroundu zdecydowanie Test. Ciekawie także wypada konfrontacja zdecydowanie otwartej formuły improwizacji tego ostatniego, z nieco bardziej usadowionymi w korzeniach jazzu, muzycznymi peregrynacjami na polu free, zespołów Williama Parkera, Jemeela Moondoca, czy Roya Campbella. Myślę, że do tych nagrań także warto nieustannie powracać.

Wieńcząc opowieść o Tomie Bruno i grupie Test, chciałbym także przywołać inne krążki z niezwykle … ubogiej dyskografii tego niezwykłego perkusisty.

Najpierw jego uliczny (kolejowy!) duet z Sabirem Mateenem, który stanowi oczywiste uzupełnienie historii Test. Nagranie wprost z New York Grand Central Station, poczynione w lutym 1995 (dokładne godziny rejestracji koncertu dostępne na okładce), a wydane pod tytułem Getting Away With Murder (Eremite Records, 1998). Free jazzowy flow zatopiony w halasie dworca, zapowiedzi pociągów, syren ostrzegawczych i szumu przemieszczających się pasażerów. Ten sam wydawca ujawnił na progu nowego tysiąclecia, solowy występ Toma Bruno z roku 1981. Krążek White Boy Blues (Eremite Records, 2000), to dokumentacja niezwykłego koncertu na perkusję, fortepian, głos i .. taniec.

Z lat 1976-84 pochodzą, dostępne jedynie na winylu, muzyczne spotkania Bruno z Ellen Christi, równie jak on, twórczą i szaloną, wokalistką i pianistką. Myślę tu o płycie w duecie The Sounds Of Love (N.Y.C.A.C. Records, 1976), a także o dwóch wydawnictwach ich wspólnej grupy The New York City Artists’ Collective (w kwartecie And You Ain’t Ready For This One Either, w oktecie Plays Butch Morris, oba krążki N.Y.C.A.C. Records, 1979/1984).

Duet z Ellen, nagrany w marcu 1976 roku na nowojorskiej ulicy, mówi nam wiele o tamtych czasach i muzycznym wizerunku Bruno. Minimalistyczna, całkowicie swobodna zabawa w głos i krzyk kobiecy, drobne instrumenty perkusyjne, dewastowanie fortepianu i finalne kawalkady free. Prosta, chwilami wręcz nieznośna, ale w efekcie niesamowita muzyka. Na okładce rozchełstana para na ławce w parku. Włosy Ellen tańczą na wietrze, a Tom, leżący tuż obok niej, w bujnej fryzurze, z włoskim wąsikiem pod nosem, przypomina umęczonego komediowymi gagami Bustera Keatona.


*) Tytuł płyty, to jedno z bardziej popularnych metafor (prawd objawionych?), jakie padały z ust Toma Bruno, wedle osób znających go osobiście, persony bardzo uduchowionej.

**) Nie mam w zwyczaju wstawiania linków, ułatwiających dotarcie do danego nagrania. Rozumiem, że miłośnicy muzyki improwizowanej dobrze radzą sobie z przeglądarkami internetowymi (wystarczy klikać Tom Bruno Test, a wszelkie zasoby będą nam udostępnione).


czwartek, 4 lutego 2016

Steve Swell, Mats Gustafsson, Roscoe Mitchell, Joe McPhee, Ken Vandermark, Herb Robertson, Mikołaj Trzaska i inni - diapazonowe archiwalia


Steve Swell Presents: Rivers Of Sound Ensemble  News From the Mystic Auricle  (Not Two, 2008)

Jedyny prawdziwy powód do narodowej dumy, krakowski label Not Two, co roku raczy nas nową płytą doskonałego amerykańskiego puzonisty Steve'a Swella. Po fantastycznej studyjnej produkcji "Remember Now" (podówczas moja płyta roku) i nieco mniej powalającym koncercie "Live at the Vision Festival", obecnie w naszych odtwarzaczach ląduje "News From The Mystic Auricle". Kręgosłup formacji, która często zmienia nazwy (w tej dziedzinie Swell jest szczególnie twórczy), pozostaje wszakże niezmienny - obok lidera znajdujemy tu świetnego saksofonistę Sabira Mateena i bardzo kompetentnego drumera Klausa Kugela. Pierwsza z płyt dla Not Two powstała w kwartecie, druga w kwintecie (piano), ta zaś także w kwintecie z udziałem trębacza Roya Campbella (rekomendacja, jak sądzę, zbyteczna). Ta obszerna płyta (70 minut), zgodnie z nazwą formacji, dedykowana jest Samowi Riversowi, a przynosi bardzo energetyczną dawkę free jazzu w najlepszym rozumieniu tego pokrętnego terminu. Melodyjność Swella i twardość brzmienia Mateena skonfrontowana została ze zwiewnością i niemal free lirycznością Campbella - dzięki temu powstała petarda, godna wszelkich corocznych podsumowań. Długie, rozbudowane improwizacje na kosmicznym poziomie. Ekstremalnie gorąco polecam!



Steve Swell - David Taylor Quartet  Double Diploid   (CIMP, 2007)

Szczerze polecam wnikliwą eksplorację nagrań sygnowanych nazwiskiem Steve’a Swella! Nie poprzestawajcie na płytach wydanych w Not Two! Sięgnijcie np. do przepastnych zasobów audiofilskiej stajni CIMP!
Tu proponuję zabójczy kwartet, składający się z dwóch puzonów (naszemu bohaterowi – rocznik 54 - wtóruje inny, bardziej leciwy puzonista - David Taylor, rocznik 44) i dwóch perkusji. Muzyka o wielu kolorytach brzmieniowych, albowiem ubogość instrumentalna jest tu pozorna. Wiele dodatkowych instrumentów, m.in. wibrafon, perkusjonalia, zdecydowanie zróżnicowane skale ekspresji. Eksplozjom soczystych improwizacji towarzyszą chwile puzonowej zadumy. Ciekawe spotkanie niemłodych już puzonistów z weteranem bębnienia Warrenem Smithem (rocznik 34) i młokosem w tym towarzystwie - Chadem Taylorem (rocznik 73, chyba bez pokrewieństwa z Davidem). Osiem pełnowymiarowych jazzowych opowieści, a na początku ta bodaj najspokojniejsza. Nie dajcie się jej zwieść, albowiem ognia tu nie brakuje. Stuprocentowa rekomendacja!


Sabir Mateen’s Shapes, Textures and Small Ensemble Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006)

Kto ma jeszcze świeżo w pamięci doskonałą płytę Steve’a Swella i jego Slammin' The Infinite dla Not Two z roku ubiegłego (jest już także nowa, koncertowa edycja), winien sięgnąć po ten krążek. Skład prawie ten sam, ale lider się zmienia. Tu, w roli wodzireja, doskonały multiinstrumentalista "dęty" Sabir Mateen (w ubiegłym roku gościł w Polsce dwukrotnie). Nagranie koncertowe, "łapane" chyba jednym mikrofonem (dźwięk bardzo nieselektywny, co w momentach zbiorowych uniesień improwizatorskich powoduje, iż słyszymy ścianę dźwięku, którą trudno precyzyjnie eksplorować i w pełni cieszyć się z odsłuchu). Prawdziwe free jazzowe mięcho. Kompozycje Mateena mają bardzo bluesowy, przez to komunikatywny, charakter. Na tle wspomnianej płyty Swella to tylko młodszy, nieodchowany brat, ale warto mieć i "pośpiewać" w aucie...



Guy / Gustafsson / Strid  Tarfala   (Maya Recordings, 2008)

Po wielu latach (niemal nastu) Barry Guy i Mats Gustafsson znów spotykają się w formule małego składu free improv/jazz. Po raz trzeci z udziałem Raymonda Strida na perkusjonaliach (mają też za sobą cudowny epizod w duecie!). Nie sposób nie porównywać "Tarfali" z tamtymi nagraniami. Osobiście dostrzegam drobną różnicę – Mats Gustafsson jest już innym saksofonistą. Bardziej wyrazistym, pewniejszym swych zadęć i przepięć energetycznych, bardziej dominującym w żmudnym procesie kolektywnych improwizacji. To już nie ten młody chłopaczek, lekko schowany za ramionami potężnego basu Guya (choć po prawdzie i wtedy grał już niesamowite dźwięki!). 66 minut iście diabelskiego koncertu z roku ubiegłego, w czterech częściach, wydanego w Irlandii przez uroczą Mayę. Sekcja Guy/Strid momentami frazuje na bardzo jazzową modłę (to też pewna nowa wartość w stosunku do ich nagrań z lat 90.), a Gustafsson sam stawia sobie poprzeczkę gigantycznie wysoko. Oby w przyszłości podołał temu wyzwaniu!!! Wspaniała muzyka, 100% rekomendacja, dla mnie bodaj pierwszy poważny kandydat na płytę roku!


Roscoe Mitchell    Composition/Improvisation Nos. 1, 2 & 3    (ECM, 2007)

Najnowsze dzieło niezwykle ostatnimi laty płodnego weterana free jazzu Roscoe Mitchella, to gigantyczne starcie dwóch fascynujących formacji przełomu wieków - Note Factory lidera tego przedsięwzięcia (tu w wersji kwintetowej, znanej z płyty "Turn") i Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera (tu w wersji wyłącznie akustycznej). Całość zwie się – jakże by inaczej - The Transatlantic Art Ensemble i zgodnie z tytułem jest niepierwszym głosem Mitchella w twórczej eksploracji antynomii kompozycja-improwizacja. Całość to blisko 80 minut muzyki na żywo, nagranej trzy lata temu, a wydanej obecnie przez ECM, który jak widać i słychać potrafi jeszcze odsuwać się od strefy dźwięków najbliższych ciszy. Z jednej strony mamy stosunkowo strawne kompozycje mieszczące się bez problemu w pojęciu muzyki współczesnej, z drugiej zaś niekiedy agresywne, rasowe free jazzowe improwizacje. Tej walki oczywiście nikt nie wygrywa. Jest to wyważona propozycja, którą ongiś zaliczylibyśmy pewnie do tzw. Trzeciego Nurtu. Trochę mało ma tu do powiedzenia Evan Parker i to jest małe rozczarowanie płynące z tego wydawnictwa. Na szczęście małe.



Joe McPhee & Paal Nilssen-Love   Tomorrow Came Today  (SmallTown SuperJazz, 2008)

Mając do wyboru spotkanie Paala Nilssena-Love z Peterem Brötzmannem ("Sweetsweat") i z Joe McPhee ("Tomorrow Came Today"), zdecydowałem się na to drugie, przewidując (poniekąd słusznie), iż pierwszy z duetów przyniesie piękny, jakkolwiek dość przewidywalny free jazz, ileż to bowiem ich spotkań uszy me doświadczyły w ostatnich latach (ze wspaniałym "Fat Gone" na czele). Zatem jednak Joe McPhee, saksofonista i trębacz jednakowoż osobny i mniej - mimo wszystko - w świecie osłuchany. Tak jak dla Brötzmanna muzyka jest wartkim potokiem świadomości, tak McPhee napotyka na swojej ścieżce improwizacji więcej wątpliwości i chwil nieoczywistej zadumy. Skutek - jak dla mnie - nie zawsze bywa powalający, a w takim wspaniałym na ogół Triu X zdarzają się dłużyzny i miałkie konwersacje.
Ale wróćmy do omawianej płyty. Oczekiwałem, że dla Nilssena-Love duet z McPhee, to nie będzie łatwy kawałek chleba. Nasz ulubiony perkusista z muzycznym "adehade", stanął wszak przed nie lada problemem, jak te pełne zadumy "dziury" w improwizacjach interlokutora zapełnić krwistym bębnieniem. Moim zdaniem, zdał na szóstkę. Całość wypada dalece przekonywująco, a sam McPhee tchnął w tę muzykę tyle urody i melancholii, ile tylko on potrafi. Rekomendacja bezdyskusyjna. Kupować natychmiast!


Big Satan   Live In Cognito   (Screwgun, 2006)

Nowe wydawnictwo jednego z trzech obecnie funkcjonujących składów Tima Berne'a – genialnego alcisty zza wielkiej wody. Trio Big Satan – alt lidera, perkusja (Rainey!) i gitara (Ducret!) – w podwójnym, koncertowym wydawnictwie. Nie wnosi nic nowego do naszej wiedzy o współczesnej muzyce Berne’a, ale my nic więcej nie chcemy wiedzieć. Muzyka płynie wartko i daje nam co rusz asumpt do głębszych wycieczek intelektualnych. Wspaniała muzyka, choć niczym nie zaskakująca tych, którzy na bieżąco śledzą dokonania Big Satan, Hard Cell i Science Friction.


The Nu Band   The Dope and The Ghost  (Not Two, 2007)

Pod tą zabójczo oryginalną nazwą kryje się arcyciekawy kwartet – Roy Campbell tr, Mark Whitecage sax, Joe Fonda b, Lou Grassi dr. Nagranie koncertowe, w trakcie którego na ostatnie 20 minut kwartet rozrasta się do kwintetu – na scenę wkracza bowiem Marco Eneidi sax! Przyznam bez ogródek, że koncert jest wyśmienity. Bardzo free, ale bardzo jazzowy. Cztery konkretne kompozycje, podział tantiemów bardzo demokratyczny. Mnie szczególnie podoba się Mark Whitecage na alcie. Bardzo go nie doceniamy, Drodzy Fani! Jest fantastyczny. W nagraniu nie brakuje agitki antybushowej i ... śpiewającego Roya Campbella !?! Jest doprawdy bardzo zabawnie. Po kilku mniej powalających pozycjach z przełomu roku Not Two ma świetne półrocze. Marku, tak trzymać!


Hobbs / Morris / Gray   The Story Of Mankind    (Not Two, 2008)

Pierwszy kontakt z tą muzyką zakończył sie dla mnie drobną ambiwalencją, wynikająca zapewne z ciągłego pragnienia zupełnie nowych doznań estetycznych. A tu – w sumie – rura plus sekcja i gra, jakich nie brakuje w jazzie tej dekady i paru poprzednich. Jednakże po paru dniach znów postanowiłem przyjrzeć się temu zjawisku. Jim Hobbs, bliżej mi nieznany saksofonista plus sekcja już rozpoznanych i uznanych kolegów – Joe Morrisa (tym razem bas) i Luther Graya (perkusja). Bardzo chropowaty, matowy, by nie rzec molowy epizod free. I to brzmienie saksofonu! Zaczyna intrygować z każdym kolejnym utworem, choć to nie miłość od pierwszego wejrzenia. Gra Hobbsa z jednej strony szarpanymi frazami przypomina mi Marco Eneidiego, z drugiej w pamięci przywołuję sobie typowe dla Steve’a Colemana ogrywanie rytmu. Produkt jest smakowity, być może nie poszaleje na listach rankingowych niszowych żurnalistów, ale warto to CD posiadać i słuchać nierzadko. Odkrywajcie piękno tej muzyki powoli, bo i ona sama od razu przed wami się nie otworzy. Polecam!


Morris / Vandermark/ Gray   Rebus    (Clean Feed, 2007)

Nie pierwsze już spotkanie Kena Vandermarka z szalonym gitarzystą Joe Morrisem. Tym razem duet ten scala bardzo konkretną motoryką perkusista Luther Gray. Morris gra w sposób niezwykły – jest oczywiście fundamentem harmonicznym nagrania (braku basu nie odczuwamy), zaś na tym tle plecie zgrabne, chwilami mocno psychodeliczne pasaże gitarowe (uwaga: można wpaść w delikatny trans). Dwie dusze w jednym ciele. W świetnej formie odnajduję Kena Vandermarka, który zdecydowanie kradnie show pozostałej dwójce. Muzyka w dużym stopniu improwizowana, a jak pamiętamy z licznych egzegez krytycznych wobec KV – w tej formule sprawdza się on ostatnio najpełniej. Dla mnie – bez dwóch zdań – najlepsza płyta z aktywnym udziałem Vandermarka od wielu miesięcy. I znów portugalski Clean Feed. Wyjątkowy rok tej wytwórni.




David S. Ware Quartet  Renunciation   (AUM Fidelity, 2007)

Koncertowe nagranie Kwartetu Davida S. Ware'a z ubiegłorocznej edycji Vision Festival. Jak donosi wytwórnia, to ostatnie amerykańskie nagrania tego kwartetu. Cokolwiek to znaczy, ewentualna strata będzie z gatunku tych "niepowetowanych". Wspaniała formacja grająca zawsze tak samo i tę samą muzykę, ale za każdym razem jakby inaczej. Najbardziej postcoltranowski tenorzysta współczesnego jazzu Ware, świetny pianista Matthew Shipp, niepowtarzalny William Parker na basie i zmieniający się od czasu do czasu perkusiści - od prawie 20 lat tworzą jedną pieśń. W repertuarze tego koncertu trzy nowe jej fragmenty, jak zwykle autorstwa lidera. Przykład na to, jak wiele synergii może być w tradycyjnym kwartecie jazzowym pod warunkiem, że tenorzysta słucha, co mu grają. Nawet wielki Coltrane tego nie potrafił w takim stopniu, jak czyni to David S. Ware.


William Parker   The Inside Songs Of Curtis Mayfield. Live In Rome   (Rai Trade, 2007)

Jeden z naszych faworytów William Parker w tym roku zdecydował się na kilka szalonych pomysłów edytorskich, z udziałem głosów ludzkich, jako elementów dominujących. Po całkiem udanej próbie z nagraniem alternatywnej ścieżki dźwiękowej do filmu "Alphaville" Goddarda (podwójny kwartet, w tym smyki plus głos; nadto na rynku jest już kolejna edycja kwartetu z wokalem - "Raining On The Moon"), na warsztat wziął... piosenki Curtisa Mayfielda, takie amerykańskie evergreeny (np. "People Get Ready"). Na potrzeby koncertu zebrał wspaniałą śmietankę freejazzowych wyjadaczy (Hamid Drake, Sabir Mateen, Dave Burrell, Darryl Foster, Lewis Barnes plus wokale) i zagrał naprawdę nudny i przewidywalny koncert. Jest ludycznie, jest bardzo funkowo, Panowie chwilami wyraźnie chcą uciekać w improwizacje, ale się nie udaje, albowiem wszyscy są tu po to, by śpiewać banalne piosenki. Dla mnie katastrofa, choćby z uwagi na fantastyczny skład, ale z pewnością będą tacy, którym się to spodoba.


100nka & Herb Robertson   Superdesert  (Not Two, 2009)

Nasza krajowa Stonka (100nka) w silnej kooperacji z imperialistycznym trębaczem, Herbem Robertsonem. Nagranie poczynione w trakcie małej trasy koncertowej, jaka miała miejsce w naszym zacnym kraju ubiegłej wiosny. 100nka, jak zapewne niektórzy wiedzą, to trio gitara-kontrabas-perkusja, mające w dorobku dwa ujawnienia fonograficzne (odnotowane na tym portalu - pamiętacie? żółta i zielona okładka). Nagranie studyjne, poczynione we własnym gronie, u mnie osobiście szczególnych emocji nie wywołały, ale już edycja koncertowa, zarówno z Robertsonem, jak i bez niego, to zabawa, której poddaję się dobrowolnie i z dużą przyjemnością. Potwierdzeniem powyższego niech będzie "Superpustynia". Swobodna improwizacja, dużo sonorystyki, świetny perkusista, no i wytrawny trębacz, który choć w dorobku artystycznym posiada trochę nagrań bliższych jazzowi środka, jest totalnym free improwizatorem. Wydawnictwo tu opiewane dowodzi tego w 100, a nawet więcej procentach! Nagranie nie trwa zbyt długo, łapmy zatem każdy dźwięk, bo bezwzględnie warto.


Herb Robertson Trio + Marcin Oleś & Bartłomiej Brat Oleś   Live At Alchemia  (Not Two, 2007)

Pierwsza od dłuższego czasu płyta z udziałem braci Oleś, która naprawdę cieszy. Trio znakomitego trębacza Herba Robertsona (z fenomenalnym udziałem Franka Gratkowskiego, chyba najbardziej niedocenionego saksofonisty i klarnecisty sceny europejskiej!) i nasi bohaterowie, jako sekcja dodana na potrzeby kilku koncertów w Polsce. Ciekawe zderzenie trzech muzyków nastawionych w tej konfiguracji na wolną improwizację i ewidentnie jazzowej sekcji. Gdy bracia tworzą jedynie sonorystyczną przestrzeń dla improwizacji tria, jest nad wyraz smakowicie, gdy brną w kierunku bardziej oczywistego jazzowego frazowania, muzyka staje się bardziej przewidywalna. Ale i tak – absolutny top tego roku i chyba solówka roku – posłuchajcie Gratkowskiego na alcie w czwartym numerze!




Trzaska / Nielsen / Jorgensen   Volume: Aeter   (Ninth World Music, 2007)

Komentując relację z gdańskiego koncertu Mikołaja Trzaski z Trio X pozwoliłem sobie skonstatować, iż rzeczony saksofonista definitywnie wkroczył do panteonu wybitnych współczesnych muzyków jazzowych. Ta płyta jest tak zwaną kropką nad "i". Posłuchajcie, a zrozumiecie... To już czwarta płyta Trzaski z Friisem Nielsenem, pierwsza z Jorgensenem w ramach jego świetnego duńskiego wydawnictwa Ninth World Music (polecam prawie cały katalog!). Każda następna jest lepsza od poprzedniej i dowodzi wciąż niebywałego progresu w grze muzyka znad Wisły. To znakomita okazja, by dogłębnie poznać trzaskowe środki wyrazu, bo choć płyta firmowana jest zespołowo, to gry Mikołaja jest tu najwięcej. Wspaniała płyta!
Kolejną kropką nad "i" niech będzie wspólna płyta Trzaski z Joe McPhee i Jayem Rosenem! Ciekaw jestem, czy jedyne papierowe pismo jazzowe w Polsce w ogóle odnotuje fakt ukazania się tych wydawnictw, pośród zalewu twórczości naszych lokalnych odtwórczych gwiazdek dżezowych. Na rozkładówkę nie liczę.


Vandermark 5  Annular Gift  (Not Two, 2009)

Z pewną dozą niekłamanego smutku donoszę, iż najnowsze wydawnictwo jednej z najważniejszych formacji współczesnego jazzu The Vandermark 5 nie przynosi muzyki szczególnie ekscytującej, nie zawiera niczego, czego bym już w nagraniach tego kwintetu wcześniejszych nie słyszał. To ciągle zaiste bardzo rzetelny jazz/free jazz, ze świetnymi improwizacjami, ale czymże on się różni od swych poprzedników, np. od i tak dość przeciętnego "Beat Reader"?
W mojej subiektywnej ocenie The Vandermark 5 swoje apogeum osiągnął na wiekopomnym multidysku "Alchemia". Odejście z grupy Jeba Bishopa z perspektywy minionego pięciolecia odbieram jako sporą stratę dla jakości tej muzyki. Mimo sporej atencji, jaką darzę Freda Lonberga-Holma, mam nieodparte wrażenie, że w V5 gra ciągle tę samą kompozycję i bliźniaczą solówkę.
Moje rozczarowanie jest tym większe, że "Annular Gift" zawiera nagrania dokonanie w krakowskiej Alchemii w dwa i trzy dni po naprawdę doskonałym koncercie w poznańskim Dragonie (marzec bieżącego roku), gdzie grupa zaprezentowała kawał porządnego, nowego i bardzo ciekawego materiału. Pamiętam zmyślne komplikacje kompozytorskie Vandermarka, ciekawą sonorystykę, odrobinę eksperymentu i poszukiwania nowej formuły w ramach formacji mającej w dorobku więcej nagrań, niż Bill Dixon zdołał poczynić w całym swym ponad osiemdziesięcioletnim życiu. W nagraniach z Alchemii niestety tego nie słyszę. Czyżby Vandermark wyselekcjonował na tę płytę wersje mniej nowatorskie?
Z szacunku dla dorobku The Vandermark 5, także wobec radości wynikającej z faktu wydania tej płyty w Polsce, dedykuję "Annular Gift", pomimo powyższych ambiwalencji i pytań retorycznych, kółeczko żółte.


Ken Vandermark / Barry Guy / Mark Sanders  Fox Fire  (Maya Recordings, 2009)

Nasz ulubiony free jazzowy saksofonista Ken Vandermark odważnie wkracza na pole free improv i staje w szranki improwizacyjnej batalii z mistrzem europejskiego kontrabasu Barry Guyem i niemniej znamienitym, choć trochę zapomnianym, brytyjskim perkusistą Markiem Sandersem. Irlandzka Maya prezentuje nam dwie bite godziny smakowitej muzyki, z pogranicza jazzu i absolutnie swobodnej improwizacji. Z licznych egzegez, poczynionych także na tym portalu, pamiętamy, iż właśnie w formule wyzwolonego free Vandermark sprawdza się najlepiej, a płyta ta w tym przekonaniu utwierdza mnie po wsze czasy. Co ciekawe, choć symptomatyczne, muzyka tria wchodzi na kosmiczny poziom, gdy frazowanie sekcji rytmicznej nabiera więcej cech typowo jazzowych (patrz: najdłuższy, trzeci fragment pierwszego dysku, przy okazji kompozycja podpisana przez saksofonistę). Gdy Guy z Sandersem puszczają Vandermarka na głębsze wody free improv tenże staje się bardziej oszczędny w słowa i raczej brodzi po kolana. Ale w tak zwanym całokształcie te dwie godziny free (bez dodatkowych określeń) broni się wyśmienicie. Świetna płyta!



The Thing with Ken Vandermark   Immediate Sound   (Smalltown Superjazz, 2007)

Chicago, kwiecień ubiegłego roku, na scenie muzyczna torpeda, najgłośniejszy band współczesnej sceny muzycznej (z wyłączeniem kilku kapel deathmetalowych z olsztyńskiego) – The Thing, czyli Mats Gustafsson, Ingebrigt Haker-Flaten i Paal Nilssen-Love oraz gościnnie Ken Vandermark. Żaden z nich nie wymaga dodatkowych rekomendacji. Od samego brzmienia ich nazwisk krew krąży szybciej po naszym organizmie. 38-minutowa armata, wycelowana wprost w Wasze uszy. Nie bierze jeńców. Kwintesencja tego, czego oczekujemy od free jazzu klasy światowej. Bez zbędnych ornamentów, bez muzycznego gadulstwa. Wbije Cię w fotel, a gdy już wybrzmi, natychmiast poprosisz o więcej.


Territory Band 6 with Fred Anderson  Collide   (Okka Disk, 2007)

A jednak można, rzekłbym przekornie. Można być nieco bardziej wstrzemięźliwym w prezentowaniu światu swoich nowych dokonań muzycznych. Ken Vandermark dobił mnie w roku ubiegłym trzypłytowym zestawem Territory Band. Ilość kosztem jakości. Na szczęście nowa płyta największego składu Vandermarka przynosi jedynie bardzo mocny konkret. Pięćdziesięciokilkuminutowy koncert, zarejestrowany w sierpniu ubiegłego roku w Chicago. Gościnny udział Freda Andersona (absolutnie wartość dodana), nowy muzyk w gronie TB – świetny gitarzysta David Stackenäs (jest smakowicie), spora dawka elektroniki Lasse Marhauga, ciekawie kontrapunktująca improwizowane frazy (intrygujący dialog z Andersonem na początku drugiego fragmentu naoliwia całą machinę i erupcji energii nie da się już zatrzymać do samego końca). Od 3. edycji nie było tak dobrego nagrania Territory Band. Pełna rekomendacja!


Atomic School Days  Distil    (Okkadisk, 2008)

Skandynawski Atomic od kilku już lat skutecznie buduje kanon jazzowego mainstreamu epoki ponowoczesnej. Podobnie czyni Ken Vandermark swoim sztandarowym orężem muzycznym w postaci The Vandermark 5, a także - a może przede wszystkim - nieco już zapomnianym School Days.
Nie tylko z uwagi na fakt, iż obie formacje obsługuje ta sama sekcja rytmiczna (Haker Flaten, Nilssen-Love), obie grupy w pierwszej połowie tej dekady popełniły wspólnie wspaniały podwójny zestaw "Nuclear Assembly Hall". Ta pozornie wymarła efemeryda powraca koncertowym nagraniem z Chicago, z kwietnia 2006 r. I powiem Wam, że jest to powrót absolutnie triumfalny. Dziewięć kąśliwych, radosnych kompozycji (twórczo realizuje się każdy członek Oktetu), godnych wszelkich zachwytów. Tak rozumiem jazz środka. Dobry, zgrabnie podany temat, świetne improwizacje, przewrotna koda na finał. Świetny jazz, bez pretensji do nadmiernego nowatorstwa. Kij w oko wszystkim, którzy pod szyldem jazzu próbują uprawiać przaśny pop. This is Jazz!!!


Jeb Bishop / Harris Eisenstadt / Jason Roebke   Tiebreaker   (Not Two, 2008)

Jeba Bishopa, wybitnego puzonistę, kiedyś bardzo oryginalnego gitarzystę, znamy świetnie. Uwielbiamy za lata bardzo kreatywnego współtworzenia brzmienia jednego z najważniejszych bandów jazzowych ostatniej dekady – The Vandermark 5. "Tiebreaker" to puzon z sekcją rytmiczną, czyli niezbyt popularne, ale występujące w przyrodzie zjawisko. Na płycie Not Two słyszymy koncert z krakowskiego Klubu "Re", zarejestrowany w roku 2006. Płyta niniejsza to nie pierwszy mój kontakt z twórczością Bishopa, sygnowaną własnym nazwiskiem. I ciągle dopada mnie ta sama myśl – ta muzyka, choć świetnie i sprawnie zagrana, nuży mnie, czegoś jej ewidentnie brakuje, nie intryguje, z każdą minutą koncertu staję się na nią coraz bardziej obojętny... Ta muzyka jest wyprana z emocji. Nie wiem, czy to trafna diagnoza (niech każdy oceni sam), ale ja nie będę do niej zbyt często wracał.


Clayton Thomas   Bad Self  (Gutstring, 2009)

Wschodząca gwiazda freejazzowego kontrabasu, 32-letni Australijczyk (choć rezydent Europy) - Clayton Thomas, w trakcie ostatnich koncertów w Polsce łaskaw był udostępniać (za bilety Narodowego Banku Polskiego) swoją solową produkcję "Bad Self" - wydaną w formacie CD-R. Kto choć raz Claytona na żywo zobaczył, ten wie, że to doprawdy wyśmienity i niezwykle kreatywny kontrabasista, potrafiący wydobyć ze swego instrumentu każdy dźwięk, używając do tego bardzo dziwnych, a nawet niebezpiecznych przedmiotów. Efekt bywa piorunujący. Tu - w ramach autokreacji - proponuje nam ponad 70-minutową podróż po bezdrożach niskich częstotliwości. Płyta jest piękna, dźwięki chwilami niezwykłe, wszakże ostrzec muszę purystów jazzowych, że "Bad Self" to raczej minimal z pogranicza ambientu i wszelkiej maści sonorystycznych zabaw niż jazzowa improwizacja na kontrabas. Słuchamy bardzo uważnie i delektujemy się dźwiękiem samym w sobie. Czysta akustyka. Szczególna płyta.


The Michael Bisio Quartet  Live at Vision Fest. XII  (Not Two, 2009)

Z radością donoszę o kolejnym wielce frapującym krążku, wydanym przez krakowskie Not Two! Klasycznie freejazzowy kwartet (zatem bez instrumentu harmonicznego), pod wodzą świetnego basisty Michaela Bisio, z Jayem Rosenem na perkusji (obu Panów znamy z wielu wydawnictw CIMP), a także z mniej mi znanymi, acz świetnymi nowojorskimi saksofonistami z pokolenia urodzonego w zacnych latach 60. ubiegłego stulecia - Stephenem Gaucim i Avramem Feferem. Koncert nagrany dwa lata temu na dwunastej edycji Vision Fest. Dwie kompozycje lidera (dodajmy, że dość precyzyjnie znotyfikowane, jak na kanony porządnego free) pięknie przez kwartet "przeimprowizowane", z udanymi proporcjami między odrobiną zadumy, a pokaźną porcją rzetelnego hałasu. Polecam obu saksofonistów Waszej pilnej uwadze, bo nie dość, że pięknie rzeźbią dźwięki, to jeszcze poziom kooperacji ewidentnie ponadprzeciętny. I gdyby jeszcze dźwięk z koncertu był bardziej selektywny, to szczęście moje byłoby pełne (zalecam słuchanie raczej w aucie, nie zaś przy użyciu przyzwoitej klasy słuchawek). Jakkolwiek - rekomendacja 110%-owa!


Pulsarus   Squared Rotoscope   (Tone Industria, 2006)

Twórcze wykorzystanie współczesnych zdobyczy technologicznych w wersji krajowej. Elektronika w służbie bardzo nowocześnie rozumianej improwizacji. W stosunku do debiutanckiej produkcji "Digital Free Jazz" korzystna zmiana pianisty na świetnego, młodego alcistę Olka Papierza (sprawdza się tym bardziej w wersji live)! Całość krnąbrna, choć podobnie jak debiut kapkę przegadana (72 minuty). Ale oby wszyscy mieli takie problemy, wynikające przecież z nadmiaru, a nie braku pomysłów. Trzymamy mocno kciuki za ciąg dalszy.


Pulsarus   FAQ   (Biodro Records, 2009)

Trzecia odsłona jednego z ciekawszych krajowych ansambli jazzowych zwanego Pulsarusem, o uroczym i fonetycznie ciekawym tytule "FAQ". Od razu dobrowolnie poddaję się ocenie "ZA", ale uprzedzam, że będę lekko marudził.
Na pierwszych dwóch płytach ("Digital Free Jazz", "Squared Rotoscope") muzyka kipiała szalonymi pomysłami i choć nie wszystkie były w 100 procentach udane (płyty były kapkę "przegadane"), słuchało się tego niekiedy z zapartym tchem. Nowa płyta wydaje mi się zbyt ułożona, zbyt poprawna, przeto odrobinę mniej nowatorska. Jak sam Dominik Strycharski zauważył w jednym z wywiadów, producent płyty Piotr Pawlak, w trakcie rejestracji materiału, nieco temperował pomysły muzyków i część z nich odrzucono (oczywiście wspólną decyzją) w akustyczny niebyt. A szkoda... Bo właśnie szczypty nieprzewidywalności brakuje tej muzyce. Doszli goście, gwiazdy rzec można - Trzaska, Waglewski, Pierończyk. A zabrakło przestrzeni dla pięknie elektronicznie dekonstruowanego fletu prostego (Strycharski), zadziornych improwizacji altu (Papierz, strasznie w mojej ocenie niedoceniony muzyk), czy ciekawych perkusyjnych eksploracji, szczególnie na styku akustycznej i elektronicznej perkusji (Rutkowski).
Wszakże i tak "FAQ" broni się śmiało i na tle krajowych osiągnięć w muzyce improwizowanej sytuuje się nad wyraz wysoko. A mógłby jeszcze wyżej, ale jak powszechnie wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego.


Łąki Łan   ŁąkiŁanda   (EMI, 2009)

W ramach odkrywania muzyki leżącej dość daleko od diapazonowej estetyki, a także poszukiwania ponadgatunkowych majstersztyków (patrz: MetaMuzyka), nie mogę nie zarekomendować wszystkim (!) wyjątkowego wydawnictwa na polskim rynku fonograficznym - podmiot artystyczny nazywa się Łąki Łan!!! Sześciu rubasznych kolegów z Mazowsza i niebywale energetyczna funkowa zabawa (z ambitnymi wycieczkami w kierunku progresywnego drum'n'bass). Wg popularnego portalu społecznościowego muzyka ta brzmi jak: mixture of disco-funkrock'n'shock style!!! Surrealistyczne teksty o życiu wśród fauny i flory (jak powszechnie wiadomo muchy głównie bzykają, a patyczaki chodzą na biby), choć i tak naczelnym zadaniem warstwy słownej jest tu budowanie rytmicznej bazy dla naszych rozdygotanych bioder. Swoboda, bezkompromisowość, artystyczna bezczelność czerpania ze wszystkiego, w jednym tylko celu - by przypomnieć nam, że muzyka to przede wszystkim emocje, ogromny ładunek energii i cudowna zabawa. Pikanterii tej zabawie dodaje owadzi image i ksywki wszystkich muzyków - ale po szczegóły odsyłam do wydawnictwa. Kto posmakuje, koniecznie zachęcam do poznania oblicza koncertowego Łąki Łan. Taka torpeda już Was zabije (tak, jak mnie na tegorocznym Open'erze).


Maciej Filipczuk   MetaMuzyka  (Samograj, 2009)

Ponadgatunkowy majstersztyk!!! Skrzypek Maciej Filipczuk (Lautari, Transkapela) plus sekcja rytmiczna martwego już niestety Robotobiboka (dla mnie strata niepowetowana), czyli Marcin Ciupidro na marimbie i moogu oraz niepowtarzalny dramer Kuba Suchar (także moog). Repertuar? Mazurki Kazka Mety ze wsi Glina - autentycznego naturszczyka znad Pilicy, zmarłego w roku ubiegłym! Przewrotna melodyjność tej muzyki ma coś z estetyki Alberta Aylera, a transowość przywodzi na myśl pełnokrwistego Milesa Davisa z pierwszej połowy lat 70. (takie "Dark Magus" na przykład). Piękne, czyste brzmienie cudownie łkających skrzypiec i piekielna gra sekcji, zwłaszcza, gdy za dolne częstotliwości odpowiedzialny jest kosmicznie brzmiący moog. Uwaga - słuchać głośno!!! Ja odlatuję - w każdym wymiarze naszej pokrętnej rzeczywistości!


The Ex   30   (EX Records, 2009)

Kto choć trochę liznął anarchopunkowej sceny rockowej ostatnich trzech dekad, temu nazwa holenderskiej załogi The Ex mówi wszystko. Nie było, nie ma i nie będzie bardziej wyrazistego konglomeratu świetnej muzyki, zaangażowanego przekazu werbalnego i bezkompromisowej postawy artystycznej i społecznej po tej części oceanu.
Grupa świętuje 30-lecie istnienia. Mimo ewidentnie rockowego rodowodu, nie trzeba długo szukać znaczących koneksji muzyków The Ex ze sceną jazzową i free improv. Nazwiska gitarzystów formacji - Terrie The Ex i Andy Moora - zna i rozpoznaje chyba wielu. Z The Ex grywali wszyscy znamienici muzycy free z Holandii, z Hanem Benninkiem i Mishą Mengelbergiem na czele (kilkaset wspólnych koncertów), z grupą koncertowali np. Ken Vandermark, czy Mats Gustafsson (pełna lista uczestników prawie 1,4 tysiąca koncertów dołączona do płyty!!!).
Wspominam o tym wszystkim, byśmy mieli świadomość, iż The Ex to ważny element szeroko pojętej kultury niezależnej starego kontynentu. Przez 30 lat ci sami ludzie (prawie), te same idee, ciągle doskonała muzyka, cudownie ewoluującą od ostrego gitarowego punka po wieloosobowe nagrania rockowe, ze sporą dozą improwizacji.
Jubileuszowe wydawnictwo, to wybór 33 utworów, dokonany przez samych muzyków (sami też są od zawsze wydawcami swojej muzyki), ze wszystkich nagranych w latach 1980-2006 płyt grupy. Wspaniała uczta dla fanów, wielki materiał poznawczy dla wszystkich, którzy pragną wiedzieć o świecie muzyki więcej. Wyjątkowe wydawnictwo!


Teksty zamieszczone pierwotnie na portalu diapazon.pl w ramach stałej rubryki  "Za i przeciw", w latach 2006-09