Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvie Courvoisier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvie Courvoisier. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lutego 2022

Ivo Perelman! Brass & Ivory Tales! *)


Brazylijski saksofonista Ivo Perelman, od lat rezydent nowojorski, na miano najpracowitszego free jazzowego improwizatora zasługuje jak nikt inny na świecie. Obserwując jego aktywności na najpopularniejszym portalu społecznościowym można nawet odnieść wrażenie, że muzyk po prostu mieszka w studiu nagraniowym na Brooklynie. Artysta rejestruje sesję za sesją, wiele z nich trafia na oficjalne wydawnictwa, część z nich oczekuje jednak na szczególną okazję, by zaprezentować się światowej publiczności. Okazję taką, jak choćby 60-urodziny saksofonisty! Na taką właśnie okoliczność Perelman przygotował dla nas dziewięciopłytowy box nagrań z lat 2014-2021, w każdym przypadku poczynionych w kooperacji z takim samym instrumentem.

Perelman w ostatnich latach zachwycał nas w szczególności nagraniami z instrumentami strunowymi, teraz postanowił obdarzyć nas ogromnym zestawem nagrań z udziałem pianistów. Wszak fortepian, to także instrument strunowy! Krajowa Fundacja Słuchaj! dostarcza nam zatem box złożony z dziewięciu pełnowymiarowych albumów, a nam nie pozostaje nic innego, jak słuchać i ów ocean dźwięków opisywać. Zadanie, co zrozumiałe, nie jest łatwe, bo całość to ponad dziewięć godzin muzyki, a dodatkowo estetyka improwizacji na saksofon tenorowy i fortepian (rzadko preparowany) w każdym przypadku pozostaje dość do siebie zbliżona.

Muzyków na to epickie przedsięwzięcie Perelman dobrał sobie znakomitych, choć nie każdy wybór wydawać się mógł prosty, tudzież oczywisty. Trzy Panie, sześciu Panów, niemal każdy z innego obszaru fortepianowej muzyki improwizowanej. Niektórzy to królowe i królowie awangardy, inni bywają postrzegani, jako muzycy bliżsi głównego nurtu jazzu. Efekt w każdym przypadku bywa jednak zaskakujący i choć nie wszystkie dźwięki boxu ekscytują nas w takim samym stopniu, nota za całość dla Perelmana nie może nie być wysoka. Poniżej garść luźnych spostrzeżeń recenzenta, które mogą okazać się całkiem przydatne w przypadku sumiennego eksplorowania tak rozbudowanej formy edytorskiej. W nawiasach podaję rok powstania danej rejestracji studyjnej (wszystkie: Parkwest Studios, Brooklyn, Nowy Jork).



 

Tale One with Dave Burrell (2020)

Opowieści z Blachy i Kości Słoniowej zaczynamy od spotkania Perelmana z weteranem amerykańskiej free music, tej silnie osadzonej w historii jazzu, a także blues & gospel, Dave’em Burrellem. Dwie rozbudowane improwizacje (łącznie ponad 57 minut) bystrze uwypuklają gatunkowe konotacje pianisty. Dyktat rytmu, pewna oczywista, bluesowa, wręcz ragtime’owa taneczność i melodyka, ale także lekkość, a nawet frywolność. Na początku nagrania muzycy sprawiają wrażenie młodzieniaszków, którzy w podskokach pokonują kolejne odcinki drogi do szkoły. Wielu dynamicznym momentom towarzyszą tu dobrze zaplanowane spowolnienia. Muzycy wydają się wtedy niezwykle romantyczni, ale szczęśliwie nie wykazują skłonności do przynudzania. Z kolei pod koniec pierwszego seta są w stanie stworzyć dość mroczny klimat.

Drugi set wydaje się być doposażony w większą porcję zadumy. Tenor Perelmana, jak to ma w zwyczaju, lubi ciągnąć narrację ku górze, frazować w bardzo wysokich rejestrach. Piano Burrella dobrze trzyma się wtedy podłoża, dba o odpowiednie parametry dynamiki, bez skrupułów zdolne jest także do post-swingowych wycieczek. Pod koniec płyty artyści pokazują, że bez trudu uciekliby w odmęty free jazzu, gdyby tylko mieli na to ochotę.

 

Tale Two with Marilyn Crispell (2014)

Na drugim dysku zdaje się, że dostajemy to, co najlepsze w całym zestawie! Crispell, to postać wyjątkowa w każdym wymiarze współczesnej pianistyki i w trakcie dziewięcioczęściowej opowieści (53 minuty) udowadnia to w każdej improwizacji. Płyta skrzy się emocjami, te zaś tańczą na linie i nie pozwalają na chwilę nieuwagi. Perelman w obliczu nieprzewidywalnego radzi sobie doskonale i to też nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. 

Utwór otwarcia buduje piękne, melodyjne piano, jakbyśmy na moment zawitali na post-klasycznych salonach. Równie kameralny saksofon jątrzy i ciągnie opowieść ku górze. Druga część stawia na koślawy rytm, który prowokuje saksofon do pierwszej ognistej ekspozycji. Zaraz potem dostajemy się w wir mrocznej opowieści wprost z czarnych klawiszy. Saksofon najpierw wzdycha, potem robi się nerwowy. Ów stan dobrze mu służy, bo kolejne trzy opowieści generują naprawdę dużą porcję ekspresji - narracja brnie tu do przodu z free jazzowym zębem, pełna jakże zadziornych fraz. Piano wszakże w każdej sytuacji zachowuje się nieco inaczej. Czasami buduje jedynie minimalistyczny szlak, po którym galopuje bystry dęciak. Siódma improwizacja wyhamowuje i śle nam nutki nostalgicznego śpiewu przez łzy. Z kolei ósma część, to wybuch ekspresji, który uroczo przeobraża się w drobiazgowe, preparowane frazy. Sam finał płyty stawia na sprawdzone wzorce. Piano płynie klasycyzującym nurtem, saksofon głęboko oddycha i uśmiecha się pod nosem.

 

Tale Three with Aruán Ortiz (2017)

Następna opowieść, to spotkanie z kubańskim pianistą Aruánem Ortizem, którego dane personalne pozostawały do pierwszego dźwięku tej płyty całkowicie redakcji obce.  Siedem improwizacji trwa tu prawie 56 minut i pokazuje kolejne, zupełnie inne oblicze tenorowych dialogów Perelmana z fortepianem.

Latynoski sznyt pianisty zdobi ten zbiór improwizacji od startu do niemal końcowego dźwięku. Pierwsza opowieść z perspektywy całego albumu wydaje się najciekawsza. Piano pracuje marszowym krokiem, wprost z klawiatury, z silnymi akcentami czerni. Flow jest skromny, ale mocno osadzony rytmiczne, budowany z matematyczną precyzją, czasami pachnący post-bluesem. Saksofon zdaje się tu mieć wyjątkowo wiele twarzy. Bywa łagodny, ale i rozhuśtany emocjonalnie, bywa rozśpiewany, ale i smutny. Dwie kolejne opowieści gruntują zadaną estetykę, dodając jej pewnej abstrakcyjności. W części czwartej element taneczności czyni ów moment lekkim i powabnym, z kolei opowieść piąta budowana jest na masywnej konstrukcji rytmicznej, pod którą podłącza się saksofon, i niczym rezydent sokolego gniazda szuka na horyzoncie narracyjnych atrakcji. Już pod koniec tej części muzycy dają wytchnienie dynamice i zaczynają zanurzać się w tonacji dalece balladowej. Ostatnie kilkanaście minut możnaby sobie darować, gdyby nie solowe ekspozycje Ortiza, które kreują ciekawą dramaturgię, choć nie napotkają na jakąś ciekawszą reakcję Perelmana.

 

Tale Four with Aaron Parks (2020)

Amerykański pianista Aaron Parks dotarł na spotkanie z Perelmanem zdecydowanie z obszaru jazzu środka. W trzech zwięzłych improwizacjach (całość trwa niepełne 40 minut) dowiódł, iż nie jest ważne miejsce startu, ale lądowania!

Muzycy zaczynają spokojnie, z melodyjnym, post-klasycznym pianem z domieszką bluesa i delikatnymi parsknięciami saksofonu. Opowieść wypływa na wody bardziej swobodnej improwizacji dzięki szarpnięciom Perelmana. Set pokazuje, iż ten duet potrafi siać niepokój, tudzież ciekawie nabierać intensywności, wystarczy jedynie puścić wodze fantazji. Pod koniec pierwszej części do dźwięków dętych Ivo dokłada także gardłowe pomruki. Najciekawiej wydaje się być jednak w części drugiej. Akcenty deep and inside piano (jakkolwiek bardzo nieśmiałe) udanie lepią się z saksofonowymi preparacjami. Akcja nabiera rozmachu dzięki dynamicznym pasażom pianisty. W części trzeciej powraca klasycystyczny sznyt, ale piskliwy ton saksofonisty nie daje tu przysnąć pianiście choćby na ułamek sekundy. Muzycy nie forsują tempa, a w spokojnych pasażach potrafią from time to time łapać jakąś bardziej swobodną myśl narracyjną.

 

Tale Five with Sylvie Courvoisier (2018)

Jeśli w Opowieściach z Blachy i Kości Słoniowej przy klawiaturze fortepianu zasiada kobieta, to jakość improwizacji intrygująco rośnie. Ta zasada, póki co, obowiązuje! Spotkanie z Sylvie Courvoisier składa się z jedenastu części i trwa ponad 54 minuty. Oto zmysłowa plejada małych form knujących wielkie intrygi!

Muzycy zaczynają swoją rozmowę w morzu subtelności, zdobiąc narrację klasycystycznym posmakiem. Zaraz potem do dania głównego dodają połamany, post-ragtime’owy rytm, kręcąc pętle na dużej swobodzie. W trzeciej etiudzie po raz pierwszy Sylvie sięga głęboko do strun fortepianu. Jej instrument brzmi sucho, niczym pozbawiona dostępu tlenu harfa. W kolejnej serwuje saksofoniście dźwięki wprost z czarnych klawiszy, ewidentnie prowokując go do działania. Meta ballada sprytnie przeobraża się tu w małą galopadę. A zaraz potem znów inside piano, brzmiące jak wygłodniałe pisklęta. Ivo też zaczyna preparować i brzmi niczym pustynny wiatr. Opowieść nabiera rzewnej melodyki, a jej zakończenie łapie zaskakującą dynamikę. Piano spod klawiatury zabrzmi jeszcze dla nas w części ósmej, ale przedtem, w siódmej, muzycy zdają się spoglądać na nas dalece jazzowym okiem. Po refleksyjnej miniaturze w części dziewiątej, kolejna improwizacja zaprasza nas na podróż po mrocznych zakamarkach wyobraźni obu artystów. Dead ballad z molową melodyką, to wyjątkowo uroczy fragment całości. Wreszcie spokojny, wytłumiony finał tego szalonego spotkania przy świecach. Delikatne pasaże, solowe interludia i już cały ocean brzmieniowych subtelności.

 

Tale Six with Agustí Fernández (2017)

Na spotkanie z mistrzem inside piano preparations, katalońskim pianistą Agustí Fernándezem ostrzyłem sobie zęby niemal do gołego dziąsła. Ten duet - składający się z dziewięciu części (54 minuty) - z całą pewnością stawiać należy na podium najlepszych fragmentów boxu, ale … pewien niedosyt pozostawia. Być może wynika on z faktu, iż gospodarz przedsięwzięcia mocno trzymał tu w ryzach gorący temperament Iberyjczyka.

Początek łagodny, jak śpiew skowronków o poranku, ale już po chwili, w drugiej części, artyści rozpoczynają poszukiwania punktów zapalnych – saksofon pnie się ku górze, a piano wyznacza mu szlak czarnymi klawiszami. Bycza krew zaczyna powoli wrzeć w żyłach muzyków! Trzecia etiuda szuka dla odmiany pewnej melodyki. Minimal piano buduje tu całkiem niezłą dynamikę, która w czwartej części sprowadzona zostaje do postaci bystrej, śpiewnej ballady. W piątej odsłonie długo oczekiwane preparacje! Cisza, suche oddechy dęciaka i błyskotliwie rosnąca intensywność. Piano chce sięgać dna, saksofon trzyma je jednak na powierzchni i temperuje emocje. Fernández nie daje za wygraną i w szóstej części, mimo, iż płynie po klawiszach, daje Perelmanowi do wiwatu! Emocje sięgają tu nieba, a raczej ognia piekielnego! Dla odmiany siódemka koi nerwy post-klasycznym spacerem. Ciekawie frazuje tu saksofon, siejąc spory niepokój. W ósemce powrót inside piano ze zwinną repetą saksofonu, trwa niestety bardzo krótko. Wreszcie finał, grany na czarnych i białych klawiszach, z tubą dęciaka wysuszoną na wiór. Delikatne, uroczo bolesne zakończenie.

 

Tale Seven with Craig Taborn (2021)

Craig Taborn na spotkanie z Perelmanem przyniósł opasłe tomy jazzowych i free jazzowych doświadczeń, ale też pewną dramaturgiczną niefrasobliwość, by nie rzecz nonszalancję. W dwóch bardzo długich i trzech krótkich improwizacjach (łącznie 65 minut) pianista nie zawsze zdaje się mieć pomysł na rozwój narracji, czy też skłonny jest przejmować inicjatywę, a trzeba przyznać, że saksofonista robi wiele, by Siódma Opowieść należycie przykuwała naszą uwagę.

Ambiwalencje recenzenta świetnie ilustruje już pierwsza, wielominutowa improwizacja. Tempo otwarcia jest dalece pogrzebowe, a minimalizm kreacji nie pomaga budowaniu zrębów ciekawej improwizacji. Wątki snują się po podłodze, a ogień emocji nie jest dostrzegalny nawet przez szkło powiększające. Szczęśliwie muzycy w trakcie tej improwizacji bodaj trzykrotnie łapią ekspresję za rogi i w mgnieniu oka osiągają stan bystrej, free jazzowej kipieli. Trzeci szczyt zdobią nawet pół okrzykami z rozgrzanego gardła. W tak zwanym międzyczasie, w trakcie częstych spowolnień, ich opowieść raz za razem natrafia na narracyjne mielizny. Druga i trzecia improwizacja, obie pozbawione jakichkolwiek punktów zaczepienia, obie szczęśliwie krótkie, od razu nadają się do zapomnienia. Dużo lepiej dzieje się w dwóch ostatnich improwizacjach. Ta czwarta, znów wielominutowa, konstruowana bardzo skrupulatnie, nie epatuje wielkim emocjami, ale wiele jej momentów istotnie przykuwa naszą uwagę, zwłaszcza wtedy, gdy muzycy budują flow z drobnych, niemal urywanych fraz. Dobrze dramaturgii całości robi też rozbudowane solo pianisty. Z kolei ostatnia narracja powraca do ekspresyjnych wątków pierwszej części. Nie brakuje dynamiki i należytej gęstości. Finał wiele rekompensuje, ale nie wszystko.

 

Tale Eight with Angelica Sanchez (2021)

Słowo się rzeko, skoro pianistka przy klawiaturze, to recenzencki entuzjazm na krzywej wznoszącej! Tym razem Angelica Sanchez, Amerykanka z latynoskimi korzeniami i dziewięć opowieści (ponad 61 minut), dobrze skrojonych, świetnie wyimprowizowanych, udanie łączących subtelny temperament pianistki i garść efektownych pomysłów saksofonisty.

Pierwsze dwie improwizacje budowane są na rozhuśtanym rytmie, jakie ewokuje piano. Saksofon nie wychodzi przed szereg, generuje mroczny, lekko oniryczny nastrój. Pierwszy ładunek ekspresji przynosi trzecia opowieść, która nadaje zadanej stylistyce gęstszą strukturę, ale i pewną posępność klimatu. Zaraz potem czeka nas udana metamorfoza ballady w kolektywny półgalop, stymulowany piskiem saksofonu i wyrafinowaniem dramaturgicznym piana. Piąta, środkowa improwizacja, to zdaje się opus magnum całego seta. Pojawiają się pierwsze preparacje z obu stron, a narracja budowana z mikro fraz dostaje dynamiki wprost z czarnych klawiszy. W kolejnej opowieści Sanchez kontynuuje spacer bezpośrednio po strunach swego instrumentu. Saksofon najpierw efektownie szumi, potem wypuszcza się w ekspresyjny taniec. Płyta do końca trzyma wysoki poziom, a muzycy koncentrują się na budowaniu spokojniejszych, acz wewnętrznie nerwowych narracji. W siódmej części warto odnotować post-bluesowe solo piana, a w ósmej błyskotliwe preparacje saksofonu, płynące z głębokiej ciszy. Końcowa opowieść, nie po raz pierwszy tkana z drobiazgów, stawia na prostsze rozwiązania, ale dodaje do tego jeszcze większą porcję emocji.

 

Tale Nine with Vijay Iyer (2021)

W trakcie szczegółowego omawiania Opowieści z Blachy i Kości Słoniowej kilku pianistom zaserwowaliśmy tu trochę drobnych uszczypliwości, zatem doskonale się dzieje, iż cały box wieńczy płyta nagrana przy udziale amerykańskiego pianisty Vijaya Iyera. Ten bowiem na spotkanie z Perelmanem przyniósł całe mnóstwo bystrych pomysłów, w trakcie zaś nagrania był wyjątkowo kreatywny i zapewne sprawił, iż honor męskiej części pianistycznego świata został uratowany. Dysk końcowy (pięć improwizacji, ponad 63 minuty), to wyśmienite nagranie!

Już sam początek stawia nas do pionu! Nerwowy, kanciasty rytm piana i saksofon, który od pierwszego oddechu szuka okazji do pohałasowania. Kind of free jazz, jakże charakterystyczny dla Perelmana, zyskuje w towarzystwie Iyera dodatkowy ładunek ekspresji i pewnej nieprzewidywalności. Po krótkiej balladzie, stanowiącej drugą część, szybko znajdujemy się w trzeciej opowieści. Ta rodzi się z mroku i mgły, płynie tęsknym strumieniem, ale zdecydowanie pod górę. Tempo pojawia się na dobrze przygotowanym gruncie. Gdy artyści zwalniają, także dają jakość, stając się przy tym tajemnico zadumani. Świetne, minimalistyczne solo piana, to kolejny powód do zachwytu. W chwilach uniesienia muzycy zdają się być pełni rozpaczy, ale i determinacji. W trakcie tej bystrej narracji nie brakuje też akcentów inside piano i chwil zadumy. Czwarta opowieść kontynuuje spacer po czerwonym dywanie! Gęsty rytm post-jazzu, romantyczne spowolnienia, a nawet kilka klasycystycznych grepsów, które niespodziewanie niosą nowe porcje emocji. Tenorzysta nie stroni od oddechu cyrkulacyjnego, to z jego płuc płynie moc finalizacji. Piąta improwizacja, podobnie jak druga, niezbyt długa, spina całość taneczną klamrą, zdobioną saksofonem w kolejnym locie wnoszącym.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została - w formie artykułu - opublikowana w ubiegłym tygodniu



piątek, 18 czerwca 2021

Nate Wooley! Mutual Aid Music has a history!


W oceanie muzycznych pomysłów amerykańskiego trębacza Nate’a Wooleya kwartet Battle Pieces zajmuje miejsce dość szczególne. Jest bowiem pomysłem na improwizację, tu istotnie predefiniowaną, najbliżej posadowionym muzyki kameralnej. Skład na trąbkę, fortepian, wibrafon i saksofon buduje swoje opowieści nieśpiesznie, dba o niuanse brzmieniowe i nade wszystko dramaturgiczne. Kwartet Battle Pieces ma swym dorobku edycję pierwszą, drugą i … czwartą. Nic nam nie wiadomo o upublicznieniu edycji trzeciej, ale ona istnieje, przynajmniej na papierze, a jej dalekim odgłosem mogą być intuitywne instrukcje, jakimi posługuje się … rozbudowana do oktetu wersja Battle Pieces, jaką odnajdujemy na najnowszej płycie Wooleya, nazwanej dość buńczucznie Mutual Aid Music, czyli muzyka pomocy wzajemnej, tłumacząc z angielskiego najprostszym sposobem.

Na dwupłytowym wydawnictwie (Pleasure Of The Text Records, CD 2021) odnajdujemy osiem improwizacji, dla których rozpisano dość szczegółowe, ale jednak bardzo swobodne instrukcje, o szczegółach których napiszemy za kilka chwil. Na razie poznajmy line-up, na który składają się rdzenni członkowie Battle Pieces: Nate Wooley – trąbka, Ingrid Laubrock – saksofon, Sylvie Courvoisier – fortepian i Matt Moran oraz doproszeni do oktetu: Mariel Roberts – wiolonczela, Joshua Modney – skrzypce, Cory Smythe – fortepian i Russell Greenberg – wibrafon i instrumenty perkusyjne. Całość nagrania trwa 91 i pół minuty.



 

Każdy z utworów zamieszczonych na płycie zdaje się być inaczej skonstruowany, toczy się z inną dramaturgią, dostarcza także bardzo zróżnicowanych emocji. Każdy z muzyków w trakcie wykonywania danego utworu ma dwa rozwiązania do wyboru: albo improwizuje całkiem swobodnie, albo korzysta z przygotowanych koncepcji kompozytorskich, które nie są wszakże ścisłymi wytycznymi zapisanymi na pięciolinii, to raczej opis technik gry, zasad harmonii, czy też tonacji oraz innych atrybutów dźwiękowych, jakimi winien się dany muzyk kierować realizując swoją improwizację. Kardynalną wszakże wytyczną dla każdego muzyka w trakcie każdego utworu jest intensywne słuchanie partnerów i wchodzenie z nimi w interakcje, określane tu jako tzw. pomoc wzajemna. Przy okazji tychże wytycznych kłania nam się nieśmiertelny duch koncepcji improwizatorskich Johna Stevensa, realizowanych zarówno w ramach mniejszych składów Spontaneous Music Ensemble, jak i większych, tych pod szyldem Spontaneous Music Orchestra.

Opowieść zaczyna się bardzo kolektywnie budowanym strumieniem dźwiękowym, ale nie wychodzącym poza obszar estetyczny, który śmiało możemy określić mianem post-chamber. Molowe, rzewne zaśpiewy, a na czele pochodu wyrazista, czysta w brzmieniu trąbka. Narracja powolna, silnie zadekretowana, niemal post-romantyczna, doposażona wszakże w drobne kanty i efektowne, zadziorne frazy. Emocje koi wibrafon, ciepła dodaje piano, a małe intrygi snują instrumenty dęte. Ciekawiej robi się w kolejnej części, którą zaczyna duet saksofonu i trąbki. Tuż po wejściu w ich szyk narracyjny wibrafonu i piana (być może należy użyć tu liczby mnogiej!), opowieść wtacza się na niemal free jazzowy szczyt. Po wystudzeniu muzycy koncentrują się na bystrych interakcjach, po czym za sprawą agresywnego piana cała opowieść narasta i marszowym krokiem, już zapewne pełną ławą instrumentalną, osiąga całkiem spektakularne zakończenie.

Zapewne to koncepcje autorskie sprawiają, iż po porcji dużych emocji czeka nas istotne ich wytłumienie. Trzecia część budowana jest delikatnymi, bardzo skrupulatnie skonstruowanymi frazami. Zaczynają wibrafon i skrzypce, potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i łagodne dźwięki dęciaków. Trochę zamieszania wprowadza ostre cello, ale dźwięk percussion znów studzi emocje. Muzycy zdają się celebrować dramaturgiczne zaniechanie, czekają na to, co wydarzy się w dalszej części nagrania. Tym najmniej cierpliwym jest chyba łobuzujący na boku wibrafon. Część czwarta w pełni rekompensuje nam pewne ambiwalencje, wynikające z dramaturgii utworów nieparzystych. Najlepsza część pierwszego dysku zaczyna się garścią tajemniczych fraz wibrafonu, nerwowymi preparacjami trąbki i strunowymi boleściami. Dirty free chamber w pełnej krasie, które z każdą sekundą zdaje się nabierać mocy, a nawet hałasu! Muzycy odbywają długą podróż od preparowanych brzmień ciszy po eksplozywne wzgórza emocji. Każda akcja może tu liczyć na bystrą reakcję, a koncepcja mutual aid zdaje się perfekcyjnie funkcjonować w tej ośmioosobowej grupie społecznej. W ramach efektownej wisienki na torcie dostajemy jeszcze kompulsywny duet fortepianów, z których jeden proponuje dźwięki preparowane, drugi zaś efektowne palcówki po klawiaturze. Równie dosadny zdaje się być komentarz obu dęciaków. Finałowe wzniesienie ma pełne walory freejazzowe, a wieńczą je piękne dźwięki inside piano ze strunowymi ornamentami.

Otwarcie drugiej płyty jest dalece ceremonialne, ogłasza je bowiem masywne uderzenie w gong. Riposta strunowych instrumentów jest nagła i szyje nerw dla całej ekspozycji. Hałaśliwy chamber zbiera plony niemal przy każdej pętli narracyjnej. Masywne frazy fortepianów i leniwe oddechy dętych budują kontrapunkt, a całość narracji wykonuje wyboistą drogę od dłuższych do krótszych fraz. Znów dużo dobrego dostarczają oba fortepiany, które ponownie bawią się w Dawida i Goliata. Finał należy wszakże do skrzypiec, które kończą utwór równie efektowną łobuzerką, jaką go zaczynały. Kolejna opowieść definitywnie rozgrywa się w podgrupie fortepianów i strunowców. Pozostałe instrumenty, nawet jeśli zdolne są wydać jakikolwiek dźwięk, stanowią jedynie tło. Znów dużo kameralistyki i post-barokowych smyczków. Na koniec najwięcej werwy wykazują dęciaki i to właśnie one ciągną formację na stosunkowo efektowne spiętrzenie, kończące utwór.

Trzecia część wydaje się być nad wyraz konkretna. Niezbyt długa, z nerwem życia, nastawiona na bystre akcje i takież reakcje. Zaczyna piano, potem strunowe drony, kilka dźwięków wibrafonowych. Cała opowieść trzyma się dolnych rejestrów, zdaje się być smutna i zrezygnowana. O zmianę klimatu dba tym razem agresywne, preparowane piano, ale skontrapunktowane zostaje strumieniem słodyczy płynącym ze strony wiolonczeli i skrzypiec. Saksofon i trąbka przypominają o sobie na samym końcu, ewidentnie przespały bowiem ten numer. Czas na finał, aż 15-minutowy, oferujący dużo zdarzeń, wiele akcji, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża, gdy pytanie o dalszą drogę zdaje się być głównym zajęciem większości muzyków. Zaczynają dęciaki, potem strunowce, wreszcie wibrafony. Są kanty i zadziory, ale i chwile nostalgicznej zadumy i trywialnej nudy. Dużo zabawy w podgrupach, mało emocji na scenie głównej. Leniwa dynamika zyskuje na parametrach dopiero po dziesiątej minucie, ale nie na długo. Kilka chwil ubarwionych metodą call & responce, bystre expo fortepianu i finałowe, całkiem udane na tle całości utworu, nerwowe podrygi niemal wszystkich instrumentów. Nagranie milknie w poświacie dźwięków preparowanych.

 

 

wtorek, 11 lutego 2020

Nate Wooley! What If the Battle Pieces are going on?!


Stos z płytami datowanymi na zabawny rok 2020 rośnie w tempie geometrycznym! Ale redakcja Trybuny wciąż jeszcze pamięta o tych, wydanych w zamierzchłym roku 2019. Dziś kolejny odcinek, dodajmy - na pewno nie ostatni.

Nasz alterglobalny bohater, amerykański trębacz Nate Wooley, w ciągu minionych dwunastu miesięcy nie próżnował. Kilka pozycji wydawniczych z jego istotnym udziałem szczerze na tych łamach omówiliśmy (choćby doskonałe płyty kwartetu From Wolves To Whales), o kilku nie wspomnieliśmy raczej z braku czasu niż powodów artystycznych (mocny akcent w trzecim i czwartym odcinku Strings Ivo Perelmana). Dziś natomiast, w ramach deseru, proponujemy odczyt i odsłuch dwóch jesiennych premier z udziałem Wooleya. Pierwsza, to czwarty już odcinek serialu Battle Pieces (choć trzeci nie znalazł jak dotąd wymiaru edytorskiego, chyba, że coś nam umknęło), druga, to duet z naczelnym pianistą free jazzu z Wielkiego Jabłka – Matthew Shippem.




‎Nate Wooley  Battle Pieces 4  (Relative Pitch Records, CD 2019)

Sylvie Courvoisier na fortepianie, Ingrid Laubrock na saksofonach, Matt Moran na wibrafonie oraz Nate Wooley na trąbce. Koncert zarejestrowany w nowojorskiej Roulette, w grudniu 2018 roku. Jeden trak, 46 minut z sekundami.

Łagodna, bopowa trąbka podaje zgrabny strzęp melodii, cichy wibrafon pulsuje, sucha tuba saksofonu prosi o łyk wody, a pojedyncze dźwięki czarnych i białych klawiszy fortepianu tańczą bez jakiegokolwiek pośpiechu – oto aura, w której możemy damsko-męską batalię zacząć na dobre! Predefiniowana improwizacja, która snuje się po concerthallu z gracją wyuzdanej baletnicy, przykład post-jazzowej kameralistyki, kreowanej przez doświadczonych muzyków, którzy świetnie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi. Mają wybitnie wyostrzony zmysł słuchu, dobrze na siebie reagują, nie miewają złych pomysłów w sensie dramaturgicznym, czynią swoje powinności w duchu dalece wyzwolonej demokracji. Nie stronią od zadziorów i spięć pełnych akustycznej doniosłości, przy okazji budują narrację naładowani zdecydowanie większą dawką emocji, niż to pamiętamy z odcinka pierwszego i drugiego. Ich instrumenty wydają wyłącznie udane dźwięki, nawet w intymnych sytuacjach, przepełnionych spokojnymi frazami i kameralistyczną zadumą.

W początkowej fazie koncertu dużo dźwięków serwuje nam saksofonistka. Pozornie ciepła w brzmieniu, ale za to diabelnie niebezpieczna w czynach. Po 11 minucie odnotowujemy bystry duet saksofonu i wibrafonu, w klimacie czerstwego post-jazzu. W komentarzu trębacz proponuje repetytywny szum, którym stymulował będzie improwizację przez dłuższą chwilę. W nieodległym tle pojedyncze, ostre dźwięki fortepianowych strun zdobią opowieść minimalistycznym sznytem. Kolejna faza, to pianistyczne solo, wcale nie kameralne, ale dalece ogniste! Trąbka szumi, saksofon drży, a wibrafon bierze sprawy w swoje ręce i też ma bardzo udane, solowe pięć sekund. Przed upływem 21 minuty, w oparach wielowarstwowego szumu, narracja gaśnie aż do poziomu ciszy. Restart wydaje się być wyjątkowo zmysłowy, wyjście z cienia smakuje mistrzowską akustyką. Dynamiczna narracja jazzy & chamber as well powraca po kilku minutach. Kwartet płynie szerokim strumieniem, pojawiają się incydenty w duetach (tak damskim, jak i męskim). Tę fazę koncertu wieńczy solowa ekspozycja trębacza, którą komentuje ulotne chamber partnerów, powolne, łagodne i piękne.

W okolicach 30 minuty spektaklu kwartet znów nabiera dynamiki i intensywności. Świetne zmiany daje Wooley, chwilami aż warczy z emocji. Tuż obok niego błyskotliwie repetuje Laubrock. Wyjątkowo stylowy zdaje się być także krótkotrwały duet fortepianu i trąbki. Muzycy w tym akurat momencie prawdopodobnie posiłkują się pewnymi scenariuszowymi skryptami, śpiewają niemal jednym głosem. Rolę finałowego wodzireja bierze na siebie wibrafon. Klimaty chamber wydają się królować niepodzielnie na ostatniej prostej. Melodyjne piano i delikatnie preparowany saksofon idealnie wklejają się w zadaną teksturę improwizacji. Wooley dmie w zamkniętą trąbkę w ramach zabawnego komentarza. Całość gaśnie w tempie umiarkowanym, niemal przez pełne dwie minuty. Ostatnie dźwięki, to minimalistyczna repeta wibrafonu.




Matthew Shipp  & Nate Wooley  What If?  (Rogueart ‎, CD 2019)

Matthew Shipp na fortepianie oraz Nate Wooley na trąbce, studyjna rejestracja z Park West Studios, z czerwca ubiegłego roku. Panowie zagrali dwanaście kompozycji (all compositions by), które przy bliższym poznaniu wydają się być całkiem swobodnymi improwizacjami. Na skupiony odsłuch całości potrzeba dokładnie 55 minut i 4 sekundy.

Co, jeśli? to bez wątpienia kolejny przypadek swobodnej, improwizowanej kameralistyki, która estetyczne i stylistyczne korzenie ma głęboko osadzone w jazzie. Opowieść zaczyna się mocnym, tłustym flow, przy użyciu niemal wyłącznie czarnych klawiszy i rozhisteryzowanej trąbki, która skrzeczy niczym stado gołębi po sterydowej kuracji, wzmacniającej ich masę mięśniową. Od szczytującej ekspresji do niemal spirytualnej ciszy. Po tak efektownym intro, kolejne odcinki płyty wydają się być nieco spokojniejsze, a to, co najważniejsze zaczyna się od utworu ósmego. Nim jednak do niego dotrzemy, sprawdźmy, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie.

Odcinek drugi, to minimalistyczne piano i luźno podwieszona trąbka, które budują narrację w cokolwiek pogrzebowym tempie, bez dramaturgicznej spiny, wypełnioną dużą ilością powietrza. Oczywiście, jeśli zachodzi taka potrzeba, opowieść natychmiast gęstnieje, a piano nie szczędzi nam dźwięków w jednostce czasu (w przypadku Shippa, rzecz jasna, bez zaskoczeń). Trzecia część wydaje się być bardziej kanciasta, stawiająca na kontrapunkty. Piano płynie zadziorami, trąbka ssie suche powietrze i prycha nim, niczym smok wawelski. Kolejna opowieść rodzi się z ciszy i popiołów – małe klawisze i długie, skrzeczące frazy trąbki. Piąta stawia na agresywne frazy, preparowanie dźwięków i hałas wielobarwnych klawiszy. Flow nabiera nieco chybotliwej dynamiki i stawia ów fragment po stronie najmocniejszych atutów nagrania. Szósty odcinek otwiera piano, które gra … post-ragtime - powykręcany, filigranowy rytm, obok wysoko podwieszona trąbka, popołudniowa rozmowa o życiu i świecie współczesnym. Siódma część płyty może uchodzić za jej trailer – śpiewna trąbka z akcentami sonore i czarne klawisze, które stawiają zasieki. Free chamber z meta melodią i odrobiną masy mięśniowej – typical what if.

Oto docieramy do rzeczonej ósemki, nazwanej Space Junk, która przy okazji jest najdłuższą historią na płycie. Na wejściu bystre reakcje w estetyce call & responce - urywane frazy w poszukiwaniu nowych dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. Muzycy wzajemnie przekomarzają się, stroszą pióra i swawolą bez umiaru. W połowie piątej minuty dokładają do ognia i błyskotliwie hałasują. Demony stają u bram – trąbka krzyczy, pod nią sunie walec czarnych klawiszy. Brawo! Dziewiąta historia szyta jest po raz kolejny dość gęstym ściegiem, zdobiona progresywnymi przebiegami obu instrumentów. Moc jest z nimi, szczególnie z kipiącą trąbką i jej rozszalałymi wentylami.  Zaraz potem rzeczony blaszak, zagotowany po brzegi, rozdaje całusy na prawo i lewo, a piano brnie w półgalop. Nate stawia stemple doskonałości, Matthew udowadnia, że … potrafi być subtelny i wyrafinowany, stosując wyłącznie białe klawisze. Pięknie wytracają tempo i znajdują ostatni dźwięk. Epizod jedenasty brzmi na klawiaturze nieco abstrakcyjnie. Trąbka podłącza się po kilkudziesięciu sekundach i zawadiacko cmoka. Narracja nabiera dynamiki, leje się szerokim strumieniem, po czym zastyga w filozoficznej zadumie. Na ostatnie prostej piano wydaje się nieco zbyt masywne. Wreszcie finał – trąbka dobrze preparuje suche dźwięki, czarne klawisze zawłaszczają przestrzeń nagrania, ale pełne są dramaturgicznych wątpliwości. Flow znów jest gęsty, ciągnie się od dołu do samej góry i z powrotem, niczym gotująca się lawa w zbyt wąskim przesmyku. Shipp puszcza salwy fonii niczym serie z karabinu maszynowego, Wooley z trudem utrzymuje się na powierzchni. Finał płyty, która być może, w tym akurat momencie, zasługiwałaby na coś więcej, muzycy osiągają wspólną repetycją.


wtorek, 31 października 2017

Nate Wooley – Battle Pieces! Bitwy bez rozlewu krwi!


Baczność! Nate Wooley będzie grał! I to repertuar bitewny!

Rozlewu krwi nie uświadczymy z pewnością, przynajmniej w dosłownym znaczeniu. Będzie nawet odrobinę wytwornie i z dużą elegancją, wszak w szranki bitewne staną także dwie niewiasty!

Do rzeczy zatem – jesteśmy w niemieckiej Kolonii, w bodaj najbardziej znanym miejscu dla muzyki improwizowanej w tym właśnie mieście, czyli klubie The Loft. Koniec stycznia 2016 roku, a na scenie czwórka muzyków – na fortepianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie (tenorowym) Ingrid Laubrock, na wibrafonie Matt Moran i sprawca całego zajścia – Nate Wooley na trąbce.

Ta czwórka muzyków kontynuuje ekscesy artystyczne zapoczątkowane na płycie studyjnej, która powstała dwa lata wcześniej (Battle Pieces, Relative Pitch Records, 2015 -  w tym miejscu  pisała o tym Trybuna). Niemiecki koncert jest z nami od dwóch miesięcy, także nazywa się Battle Pieces (Relative Pitch Records, 2017), ale w katalogu wytwórni, a także dyskografii Wooleya bywa oznaczany cyfrą 2. Odsłuch czterech odcinków tytułowej ekspozycji (tu, z numerami 4, 5, 6 i 7) zajmie nam godzinę zegarową i jedną minutę. Z przyjemnością zaglądamy zatem do środka.




Bitwa nr 4. Spokojna, nieeksplozywna rozgrzewka instrumentów. Każdy z muzyków puszcza w przestrzeń klubową po kilka dźwięków i czeka na to, co zrobi reszta. Szczypta kameralistycznej aury, okraszonej pytaniem recenzenta o ewentualne działania przedprodukcyjne (innymi słowy, co idzie z głowy, co zaś z notacji, niezależnie od jej formy). Na pytanie tak postawione, do końca płyty nie znajdziemy odpowiedzi w stu procentach wiarygodnej. Tempo od pierwszych chwili zdaje się być nieco tłumione, co zwinnie podkreśla smakowity pasaż Nate’a na dość jeszcze wychłodzonym instrumencie. Komentarz Sylvie na akustycznej klawiaturze, dla odmiany z odrobiną ognia. Narracja chwyta niemal pogrzebowy rytm i jasno stawia sprawę – nigdzie nam się dziś nie śpieszy. Konsekwencją – poziom naszych emocji, który na tę chwilę przyjmuje wartości ujemne. Wooley skwapliwie dorzuca jednak do ognia, dzięki czemu muzyka toczy się z odrobiną żaru (pozostali muzycy stawiają jedynie ornamenty – tu bezwzględnie zaznacza się ingerencja kompozytorska). Szczęśliwie w okolicach 11 minuty Ingrid postanawia zadać kłam insynuacjom recenzenta. Pięknie prowadzi swojego dęciaka, a na scenie doświadczamy pierwszych prawdziwie improwizowanych ekscytacji. Wooley jest jednak czujny i pod koniec tej długiej, blisko 20 minutowej ekspozycji, bez kłopotu gasi żar improwizacji, patrząc obu Paniom głęboko w oczy.

Bitwa nr 5. Wooley proponuje niebanalną i urokliwą melodię, którą powtarza i którą stara się inspirować partnerów do aktywnych działań twórczych (czy można to nazwać kompozycją?). Repetycja trwa, a pozostała trójka interesująco komentuje. Dynamika tego fragmentu jest o tempo szybsza niż w pieśni otwarcia, ale sam krok narracji jest ledwie spacerowy. Zamiast eskalacji, subtelne wyciszenie przy akompaniamencie piana i wibrafonu. Saksofon Ingrid jest nienachalny, lekki, ale nie cool jazzowy. Muzycy brną na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Coś jednak musi się zdarzyć! Odwagi nie brakuje saksofonistce, która ambitnie dynamizuje swoje poczynania. Dmie uroczo i stawia ów pasus w szranki walki o najlepszy, jako dotąd, fragment płyty (ze świetną asystą Sylvie – jakże ognisty duet!). Po chwili moment ciszy, który gwałci Nate i jego trąbka. Wytrawna, solowa ekspozycja sonore (miód, malina! – notuje w kajecie recenzent). Muzyk wydaje dźwięki nawet otworem gębowym! Komentarz Ingrid też pozbawiony znamion melodii i struktury rytmicznej. Tryumfalnie powraca melodia przewodnia, tym razem grana przez fortepian.

Bitwa nr 6. Z mroku i ciszy wyłaniają się niezwykle zdyscyplinowane preparacje i drobne incydenty akustyczne. Macanki w podgrupach idą w najlepsze. Pod koniec 5 minuty wstajemy z grobu i mamy ochotę na odrobinę życia. Opowieść gęstnieje, fortepian zdaje się stawiać swoje warunki, a emocję płoną, ale pod ścisłym nadzorem Referendarza.

Bitwa nr 7. Saksofon i trąbka w spokojnym tańcu, piano dba o bazowe dźwięki. Jak na zasady panujące w trakcie tych bitew, ze sceny zieje sporą porcją energii, a działania muzyków noszą znamiona dynamicznych. Spodziewane wytłumienie narracji zastaje całą czwórkę w pozycji akceptującej. Bez sprzeciwu kogokolwiek. Wracamy do poziomu ciszy. Emocje zdają się nie mieć wymiaru koncertowego, ale być może nikt nie zapytał, czy po drugiej stronie sceny jest jakaś publiczność. Jako kontrapunkt, szczypta niebanalnego oniryzmu, jakby z wnętrza wibrafonu. 5 minuta upływa nam w atmosferze konstruktywnego minimalizmu i drobnych, molekularnych improwizacji, w drodze wymiany nie do końca zbieżnych poglądów. Jakkolwiek recenzent nie dostrzega zdań odrębnych, czy sporów językowych. Ingrid znów podnosi jakość nagrania wspaniałą, solową ekspozycją. Tuż potem Nate w podobnej roli i z równie dobrym artystycznie skutkiem. Jakże błyskotliwe sonore! Przy okazji, perfekcyjne wsparcie ze strony piana i wibrafonu. Finał koncertu zdecydowanie nadrabia drobne niedoskonałości całego spektaklu. Jest, jak na warunki tu panujące, wyjątkowo ekstatyczny i akustycznie precyzyjny.

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!

środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.


środa, 25 stycznia 2017

Corsano! Courvoisier! Wooley! – Lulu na moście, czyli istotnie Słone Zadanie

  
Jesteśmy w LULU! Wrzesień 2015 roku, Brooklyn, New York City.  Tak zmyślnie nazywa się tamtejsze studio nagraniowe.

A w nim trzech niepokornych improwizatorów - otwarte głowy pełne pomysłów na istotnie swobodne muzykowanie - w kolejności alfabetycznej: Chris Corsano na perkusji, Sylvie Courvoisier na fortepianie i Nate Wooley na trąbce. Akustycznie na 100%! Na godzinę lekcyjną oddajmy się w ich władanie.

Salt Task. Muzycy odpalają swoje figlarne instrumenty i zwartym, trzygłowym szeregiem, zdecydowani i gotowi na wszystko, ruszają w podróż umiejętną sekwencją dźwięków. Soczysty tembr fortepianu tyczy tu szlak, zaś trąbka i perkusja nie mając nic przeciwko temu, rwą się do lotu w dość jazzowej estetyce. Cała trójka zwiera szyki i interesująco, pod względem przestrzennym, poszukuje jedności brzmieniowej, kumulując pomysły scenariuszowe bardziej w jednolitych, dronowych pasażach niż w próbach wzajemnych interakcji (przy okazji, prym wiedzie, niepowtarzalny akustycznie Wooley). Kolejny zwrot dramaturgiczny tej improwizacji wieńczy uroczy, oniryczny dialog piana i trąbki. Brzmienie instrumentu klawiszowego przesycone jest kobiecością, filigranową wrażliwością na dźwięk. Trąbka zdaje się być tu bratem w silnej relacji interpersonalnej. Po niedługim czasie, niemniej udany dialog daje się osiągnąć trębaczowi w konwulsyjnym zwarciu z nieco wyposzczonym drummerem. Puenta dana jest nam w nieco bardziej dynamicznej aurze, nawet ze szczyptą agresji w tonie instrumentu dętego, blaszanego. Fragment solowy Wooleya pięknie dopowiadają pozostali muzycy, a aura silnego doznania sonorystycznego zawisa nad nami, jak pieczęć nieuniknionej wiktorii. To szczególne zawieszenie narracji, sprytnie zagaduje Corsano i zmusza całe trio do zwartej galopady (choć Wooley pozostaje w ukryciu i nie bierze w niej udziału na pełnych prawach członkowskich).




Last Stat. Corsano bierze sprawy w swoje ręce/ pałeczki i dynamicznie znaczy teren swym kocim zapachem. Courvoisier i Wooley delikatnie stemplują go po plecach, ale ta skromna eskalacja nie ma charakteru pieszczoty. Dobry, rasowy free jazz staje się udziałem wszystkich (Wooley – stary wyjadacz!). Muzycy wybornie, pod względem akustycznym, wyzwalają się z klinczu tej dość krótkiej galopady, przy czym każdy z nich stosuje sobie tylko znane techniki… perkusyjne. Kierunek kolejnego epizodu w tej improdramie wyznacza idea kolektywnej interakcji (Search and Reflect by John Stevens, by nazwać rzecz po imieniu). Finał fragmentu przynosi prawdziwie akustyczną ulgę.

Tall Stalks. Muzycy wpadają w wir skromnych preparacji. Chris sprawdza odporność membran na zdzieranie, Sylvie wytrzymałość strun na tarcie i rozciąganie (także skuteczność ciągu przyczynowo-skutkowego uderzenie w klawisz-drganie struny), zaś Nate – jak to ma w zwyczaju – szuka ciekawego rozwiązania sonorystycznego, które będzie inspirujące dla całej improwizującej trójki. Efektem tych igraszek jest dynamiczny pasus o nieoczywistych konotacjach. Fragment osiąga swój kres chwilą introwertycznej zadumy muzyków, czynionej wszakże w stosunkowo szybkim tempie.

Stalled Talks. Iście proustowski wstęp, w poszukiwaniu interesujących dźwięków. Sylvie szuka melodii, niczym dawno utraconego dziewictwa. Nate zmyślnie trawestuje jej dźwiękowe próby przedęciami trąbki. Chris poklepuje ich po plecach i zachęca do dalszych poszukiwań (piękny fragment!). Muzyka gęstnieje jak rozgrzany budyń w zbyt małej salaterce. Wzajemne reakcje muzyków, co rusz zachwycają lub/ i zaskakują. Jeśli koniec udanej płyty winien sumować moc dotychczasowych doznań, multiplikując poziom przyjemności, to w przypadku Salt Task dzieje się tak w dwójnasób.

Chris Corsano/ Sylvie Courvoisier/ Nate Wooley  Salt Task (Relative Pitch Records, 2016)

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania.



wtorek, 23 sierpnia 2016

Courvoisier, Feldman, Mori, Parker – spektakularny kwartet w poszukiwaniu elektroakustycznego fermentu


W pierwszym odruchu recenzenta zagonionego w kozi róg obfitością nowości wydawniczych okresu letniego, planowałem omówić płytę Miller’s Tale w ramach comiesięcznej zbiorówki świeżych krążków, czyli uczynić to na szybko i bez głębszej analizy materiału muzycznego. W mgnieniu oka zdałem sobie jednak sprawę, iż potraktowanie tego wydawnictwa bez należytej uwagi i paru epitetów konstytuujących jego wyjątkowość, będzie błędem karygodnym.

Tak się bowiem składa, iż inspirowana twórczością Artura Millera (w obszarze tytułowania odcinków muzycznych) improwizacja czworga wybitnych muzyków, poczyniona w nowojorskim studiu Oktaven Audio in Yonkers, na przełomie lata i jesieni roku ubiegłego, jest jednym z ważniejszych tegorocznych wydarzeń muzycznych po obu stronach Wielkiej Wody, nie tylko w obrębie hermetycznej sceny free improvisation.

Historia spotkania tejże czwórki jest następująca. Nie dalej jak dwa lata temu, Evan Parker rezydował w klubach nowojorskich tydzień z okładem i grywał w przeróżnych składach swoje ulubione, pokrętne free improv. Na dzień lub dwa zaprosił wówczas do wspólnego muzykowania szwajcarską z krwi, nowojorską z miejsca zamieszkania, pianistkę Sylvie Courvoisier (z którą rok wcześniej nagrał tamże uroczy krążek w duecie Either Or And), jej muzycznego (i chyba nie tylko) partnera, skrzypka Marka Feldmana, a także elektroniczną divę tamtejszej sceny Ikue Mori. Muzykowanie tak przypadło wszystkim do gustu, iż umówili się za rok na kolejny muzyczny meeting.




Tym sposobem dotarliśmy na osi czasu do 21 września roku ubiegłego. Nazwa studia została już wskazana w drugim akapicie tego tekstu. W jego akustycznie idealnych warunkach melduje się czterech wyjątkowych gości. Parker w wielkiej formie, choć już na karku ósmy krzyżyk. Courvoisier, pianistka szczególna, bo w dobie nadprodukcji dźwięków na scenie free, lubi być oszczędna w środki wyrazu i zdecydowanie nie toleruje hałasu. Feldman, też postać wyjątkowa, świetnie poruszający się już od trzech z górą dekad po obrzeżach muzyki improwizowanej, zwłaszcza tej o konotacjach kameralistycznych, onegdaj ważna postać na kilku downtownowych krążkach Johna Zorna, czy Dave Douglasa. Wreszcie Mori – szalona Japonka, od czterech dekad dewastująca estetykę nowojorskiego undergroundu pokrętną elektroniką, czerpiąc inspirację z dawnych avant-rockowych doświadczeń  sceny no wave (pamiętacie kapelę DNA z Arto Lindsayem na rozwichrowanej gitarze i pewną skośnooką perkusistkę, która inaczej rozumiała rolę rytmu w zespole?).

Owoców całodniowych zmagań muzyków możemy doświadczyć dzięki krążkowi wydanemu niedawno przez szwajcarski Intakt Records (w jego katalogu m.in. kilka wspólnych pozycji Sylvie i Marka), opatrzonemu wspomnianym już tytułem Miller’s Tale/ Opowieść Millera (chodzi o Artura, dramatopisarza, nie zaś skandalistę Henry’ego), a podpisanemu przez czterech muzyków imieniem i nazwiskiem, w kolejności alfabetycznej. Na godzinę improwizacyjnej uczty składają się cztery fragmenty grane przez kwartet, a także pięć nieco bardziej zwartych czasowo duetów (w ich trakcie Parkera i Mori słyszymy trzykrotnie, zaś Courvoisier i Feldmana dwukrotnie).

Tyle fakty, czas zatem na wrażenia… Sylvie, Mark i Evan - trzy akustyczne perły obleczone delikatną, chwilami ledwie sugerowaną, cykająco-syczącą pajęczyną elektronicznych dźwięków z wirtualnej przestrzeni, generowanej przez Ikue. Te ostatnie, iskrzące się niczym małe gwiazdeczki spadające z nieba obfitości, onirycznie, kobieco i zalotnie uzasadniają i racjonalizują pomysły fortepianu, skrzypiec i saksofonu. Dzięki temu obraz całości nabiera nieoczywistego, elektroakustycznego wymiaru i prowadzi nas w świat bardzo konkretnego i dalece przyjemnego doświadczenia muzycznego.

Fortepian wybrzmiewa akordami, choć nie brakuje tu drobnych i zawsze uzasadnionych przebiegiem wydarzeń preparacji. Świetnie korelują się one w wymiarze akustycznym z rozsądnie dozowaną elektroniką. Nie brakuje ciekawych dysonansów perkusyjnych, tworzonych ad hoc na przecięciu się trajektorii tych dwóch źródeł dźwięku. Brzmienie skrzypiec jest niemal barokowe, choć gdy jest taka potrzeba, jest w stanie poderwać umarłego do lotu (np. ostry początek całego nagrania). Tenor i sopran czuwają skupione, wrażliwe na pojedynczy dźwięk współtowarzyszy podróży, w trakcie całej sesji nagraniowej. Ich dźwięki wplatają się w pasaże fortepianu niczym macki pająka, mając także do pomocy pląsy skrzypiec, które wciąż poszukują dodatkowej przestrzeni dla samorealizacji.




Cztery fragmenty improwizacji kwartetowych stawiają nas do pionu czystym, krystalicznym wręcz brzmieniem. Kameralistyczne i skupione improwizacje, nawet w trakcie czteroosobowej ekspozycji, potrafią zamieniać się w duetowe wymiany uprzejmości. Czas jest jakby zawieszony pod studyjnym sufitem, a żadna okoliczność nie wprawia muzyków w dyskomfort. Nikt tu nikogo nie pogania, a jakakolwiek reakcja na pomysł kolegi, czy koleżanki nie jest realizowana w pośpiechu, bezrefleksyjnie.

Duety, po blisko czterdziestominutowej części  kwartetowej, stanowią jej istotne dopełnienie,  naturalny ciąg dalszy grupowej improwizacji. Najpierw Feldman uroczo skowycze w oparach kablowych pląsów Mori. Potem Parker, w trzech częściach z każdym z członków kwartetu – po kolei, ze skrzypkiem, pianistką i elektroniczką - nieskromnie jeden na jeden, intrygująco zaprasza do akustycznych refleksji nad istotą kooperacji, w okolicznościach jakże oczekiwanej przez wszystkich wzajemnej empatii. Na finał dwie Panie, po raz kolejny w trakcie tej sesji, udowadniają, iż bardzo im po drodze w żmudnym procesie duetowej, dźwiękowej konwersacji. Piękne zwieńczenie kapryśnej godziny szczerości czworga muzycznych kochanków.

Urocza epopeja wolnej improwizacji, bez jakichkolwiek jazzowych, nieznośnych naleciałości. Być może jedna z bardziej intrygujących pozycji wydawniczych roku 2016.


czwartek, 18 lutego 2016

Nate Wooley - resume ostatnich dwunastu miesięcy plus drobny suplement


Przyznam bez cienia wątpliwości, iż ubiegłoroczny, wczesnowiosenny pobyt w warszawskim klubie Pardon, To Tu, przy okazji koncertu duetu Nate Wooley/ Paul Lytton, był jednym z lepiej spożytkowanych przeze mnie muzycznych wieczorów całego roku 2015. Synergia, jaka ma miejsce w trakcie płytowych ujawnień tego zestawu muzyków (a takich spotkań było już kilka, o czym historia free improv nigdy nie zapomni, a o jednym wspominam na końcu tej epistoły), znalazła swoje skuteczne odwzorowanie na małej scenie całkiem przytulnego klubu w naszej zacnej stolicy.

Przy okazji, koncert ów ujawnił niebywałą kompetencję improwizacyjną Nate’a, w którą co prawda od dawna wierzyłem, ale jednak dopiero tu mogłem jej posmakować niemal face to face (siedziałem wszak w drugim rzędzie). Nasz zapał i podziw dla trębacza z Nowego Jorku zmultiplikował się w momencie finału tego doskonałego koncertu, gdy niemiłosiernie upocony Wooley przeprosił za, jego zdaniem nie do końca wspaniały występ, gdyż uczestniczył w nim… ze złamanym placem.

Ale nie ów ubiegłoroczny koncert jest powodem dla powstania tego posta, a raczej potrzeba skromnego podsumowania ubiegłorocznych dokonań Wooleya w wymiarze płytowym. Tych istotnych z mojego punktu widzenia pozycji dyskograficznych doliczyłem się sześciu.



Zacznijmy od tej, w mojej ocenie, zdecydowanie najciekawszej. W studiu na Long Island, w lutym dwa lata temu, spotkało się czterech absolutnie konkretnych improwizatorów – obok naszego bohatera (tr), Dave Rempis (sax) i Chrisa Corsano (dr), czyli muzycy, których nazwiska mówią wiele nawet średnio obeznanym w środowisku free oraz Pascal Niggenkemper (b) – być może on jest tu mniej rozpoznawalny, zapewne jednak tylko do momentu pierwszego odsłuchu CD „From Wolves To Whales” (Aerophonic Records), płyty sygnowanej nazwiskami całej czwórki.  A na niej ponad 50 minut huraganu istotnie swobodnej improwizacji – podzielonego na pięć fragmentów – serwującego posiadaczowi tego wydawnictwa, wszystko to, czego należałoby oczekiwać od kwartetu w tym wymiarze personalnym. Sonorystyka, telepatyczna kooperacja (uwaga, w tym składzie grają ze sobą po raz pierwszy!), a także mięsiste, solowe popisy każdego z muzyków. I ciszą w słuchacza, i ścianą dźwięku. I odrobiną zadumy, i krwistym ciosem prosto w nos. Doskonała pozycja, która jedynie przez nieznajdujące usprawiedliwienia przeoczenie, nie znalazła się na moim rocznym podsumowaniu 2015 w wymiarze globalnym (patrz: post z 31 stycznia).



Na w/w podsumowaniu nie zabrakło na szczęście miejsca dla innej pozycji, w powstaniu której maczał swe zwinne paluchy Nate Wooley. Myślę o „Ninth Square” (Clean Feed) i jego koncertowym spotkaniu z Evanem Parkerem (sax) i Joe Morrisem (g) w Klubie Firehouse 12, na sam koniec kalendarzowego lata 2014. Uzasadniając rekomendację na rocznym resume całej sceny Free Improvisation, przywoływałem głównie powietrzne podmuchy saksofonów Evana Parkera. Po prawdzie wysoka ocena dla tego wydawnictwa, to także skutek świetnej roboty trębacza i gitarzysty. Zatem i dla nich „Ninth Square” jest ewidentnym powodem do zadowolenia.



Jeśli dwie powyższe pozycje znacząco umęczą wasze uszy, poniekąd zszargają poczucie rzeczywistości, nieodzownym – być może - stanie się chwila stosownej zadumy. Bardzo pomocnym narzędziem w jej kreowaniu okazać się może kolejne ubiegłoroczne wydawnictwo Nate’a, tym razem sygnowane jedynie własnym nazwiskiem, a zatytułowane „Battle Pieces” (Relative Pitch Records). Nie jest to bynajmniej solowa produkcja, ale zgrabny, bo koedukacyjny, kwartet w składzie: obok lidera, na pianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie Ingrid Laubrock, a na wibrafonie Matt Moran. Zestaw instrumentów sugerowałby nikomu nie potrzebne skojarzenia z Modern Jazz Quartet i latami cool jazzu. Na szczęście na płycie jest cokolwiek inaczej. Muzyka improwizowana delikatnie pikująca w kierunku współczesnej kameralistyki, ale – zapewniam – ognia i odpowiednich emocji tu nie brakuje. Tytuły poszczególnych utworów sugerują bitwy i siermiężne dekonstrukcje, jednak rzeczywistość studyjnej eksploracji raczy nas udaną kooperacją słuchających się uważnie muzyków. Po powtórnego zapoznania bez słowa wątpliwości.



Bliska estetyce „Battle Pieces” jest najnowsza, szósta już płyta kwartetu wiolonczelisty Daniela Levina. Stałym i istotnie znaczącym członkiem kwartetu jest tu od samego początku istnienia formacji Nate Wooley, zatem nie dziwi obecność „Friction” (Clean Feed) w tym zestawieniu (przy okazji dodajmy, że wibrafon Morana także czerpie tantiemy z kwartetu od jego zarania). Odkrywczość muzyki kwartetu Levina utrzymuje stały, dodajmy dość średni poziom, ale słucha się tego uroczo, a ja za każdym razem znajduję chwilę, by nad produkcją kwartetu śmiało się pochylić i łyknąć odrobinę niezobowiązującej radochy.



Kwartetem Levina niespodziewanie wkroczyliśmy w świat muzyki improwizującej na bazie przygotowanych kompozycji. Dwie ostatnie nowości Wooleya datowane na rok 2015 przynoszą taką właśnie porcję doświadczeń. Najpierw trzecie ujawnienie jego stałego zespołu, eksplorującego muzykę skomponowaną. O ile dwa pierwsze edycje, odpowiednio kwintetu i sekstetu, eksplorowały niuanse kompozycji Wooleya, o tyle najnowsza „(Dance to) The Early Music” (Clean Feed) skoncentrowana jest na kompozycjach… Wyntona Marsalisa (jakże zatem adekwatny tytuł wydawnictwa). O ile pierwszy utwór, w szybkim metrum, ze świetnym solem Nate’a dawał nadzieję, że muzyka Marsalisa będzie jedynie zaczynem konstruktywnej free jazzowej petardy, o tyle kolejne minuty szansy takiej tę płytę skutecznie pozbawiły. Bez emocji, bez myśli przewodniej, bez specjalnego pomysłu. Trzecia płyta tego składu (m.in. znów Moran, także Harris Eisenstadt), trzecia porażka. Muzykę komponowaną Wooleya i jego free improv produkcje dzieli prawdziwa przepaść, tyle estetyczna, co jakościowa i – mimo czynionych przeze mnie od lat prób wyjaśnienia przyczyn tego stanu rzeczy – całkowicie niewytłumaczalna.



W sumie możnaby w tym momencie zastosować nowoczesną dziennikarską metodę szybkiego pisania czyli Kopiuj-wklej i powyższymi epitetami -  bez ryzyka szczególnie dotkliwego błędu -  opatrzyć kolejną ubiegłoroczną świeżynkę, czyli duet Wooleya z Kenem Vandermarkiem, opatrzony tytułem „All Direction Home” (Audiographic Records). Panowie przytargali do studia teczki skoroszytów zapisanych nutkami i przez godzinę pięknie przynudzają. Strata czasu.

Na koniec, by nieco podnieść nastrój tego posta i lekko podgotować krew w naszych free improv’ głowach, przypomnienie dwóch płyt Nate’a Wooleya z roku 2012, którego podówczas znalazły się na moim corocznym The Best Of.



Najpierw powrót do przywołanego na wstępie Paula Lyttona i jego wspólnych płyt z Wooleyem – wydawnictwo “The Nows” (Clean Feed), z gościnnym udziałem Ikue Mori i Kena Vandermarka. Absolutnie konkretna porcja free improv na poziomie nieosiągalnym dla większości śmiertelników. Weteran Lytton (przaśne perkusjonalia wspierane elektroniką) i młodziak Wooley (a wydawało się, że o możliwościach sonorystycznych trąbki wiemy już wszystko), w dwóch koncertowych setach (tudzież dyskach). W trakcie pierwszego z nich nasze tytuły wykonawcze ochoczo wspiera Ikue Mori (elektroniczne zabawki), zaś w trakcie drugiego w przeróżne rury dmie sam Ken Vandermark, udowadniając przy okazji, iż w swobodnej improwizacji ma jeszcze sporo do powiedzenia (a ja miałem ostatnimi laty sporo w tej kwestii wątpliwości). Posiadać koniecznie, słuchać często.



Na sam już koniec wątek portugalski i smakowite wydawnictwo RED Trio + Nate Wooley  „Stem” (Clean Feed). Last, but not least, bodaj największa niespodzianka roku 2012 na scenie free improvisation. Nie posądzałem Portugalczyków z RED Trio aż o taką wrażliwość estetyczną na polu muzyki swobodnie improwizowanej. Wszak z Johnem Butcherem rok wcześniej nieba nam nie uchylili nadmiernie. Może to wpływ Wooleya, który kolejną pozycją edytorską puka do bram wiecznej gloryfikacji, może inna chemia zadziałała… Wyszło naprawdę przednio.