Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raed Yassin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raed Yassin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2024

Al Maslakh’ fresh and older: Thuluth! Hic Up! „A” Trio!


Bejrucki Al Maslakh, mimo życia w stanie permanentnej śmierci, ma się doskonale. Przynajmniej jako wydawnictwo.

Jak zwykle z wielką radością i przyjemnością zasiadamy do odsłuchu nowych albumów tego wyjątkowego przedsięwzięcia edytorskiego. Jak Libańczycy piszą od zawsze na okładkach swych płyt - Al Maslakh to UFO stworzone do publikowania muzyki, której nie da się publikować na libańskiej scenie artystycznej.

Dwa najnowsze albumy, to rejestracje berlińskie, także z udziałem muzyków lokalnych, które nie wymagają szczególnych rekomendacji, wszak to, jak samo wydawnictwo, równie wyjątkowa muzyka. Podobnie rzecz ma się z nagraniem flagowego okrętu sceny libańskiej „A” Trio, które powraca do nas z rejestracją koncertową z niedalekiej Słowenii. Ten akurat album ukazał się dwa lata temu, i to pod sztandarami labelu niemieckiego, ale jego związek z Al Maslakh wydaje się oczywisty.

So, welcome to Beirut!



 

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun (CD 2024)

Magda Mayas – fortepian, obiekty, Ute Wassermann – głos, obiekty oraz Raed Yassin – kontrabas, obiekty. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, styczeń 2022. Trzy utwory, 41 minut.

Ta trójka improwizuje wspólnie od pewnego czasu pod szyldem Jedna Trzecia, a album zwany Jedna Trzecia Słońca jest ich debiutem fonograficznym. To wyjątkowo intrygująca magma dźwięków lepiona z rezonujących dronów preparowanego fortepianu i traktowanego głównie smyczkiem kontrabasu oraz głosu, który w ferworze definitywnie cielesnych improwizacji zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń, tak dramaturgicznych, jak i brzmieniowych.

Pierwsza improwizacja trwa pełne dwadzieścia minut i jest dramą rozpisaną na role, poszczególne etapy i dobrze ukonstytuowane zwroty akcji. Początek lepiony jest z drobnych, ulotnych fraz – drżą struny piana, smyczek głęboko oddycha, a smutna wokaliza dopełnia obrazu. Z jednej strony gra na małe pola, rwane strzępy fonii i gardłowe burczenie, z drugiej coraz rozleglejsze plamy rezonansu, za które na tym etapie podróży odpowiada cała trójka. Owa modlitewna trwoga bywa chwilami niebywale filigranowa, delikatna niczym puch, ale gdy narasta, gdy pęcznieje każdym kolejnym dźwiękiem, szczególnie smyczka, wydaje się jeszcze bardziej urokliwa. Z czasem w tej spokojnie kreowanej opowieści pojawia się więcej akcentów perkusjonalnych, a delikatny głos, wsparty już podwójnym rezonansem, zdaje się nam nieść tajemnicze, ale ważne treści.

Druga i trzecia improwizacja trwają po mniej więcej dziesięć minut. Pierwszą z nich prowadzi modulowany głos, który plamy rezonansu wprowadza w stan hibernowanego rozkołysania. Ute przypomina teraz ledwie wybudzonego niedźwiedzia, Magda pracuje na klawiaturze, która tonie w tumanach kurzu, z kolei Raed, oblepiony włosiem smyczka, wspina się na palce. Końcowa improwizacja niesie nam zdecydowanie największą porcję ekspresji i ładunku dźwiękowego. Wokalistka scatuje na sporej dynamice, intensywność akcji pianistki zwiastuje nadchodzącą burzę, kontrabasista piłuje zaś struny, a jego instrument brzmi niczym wyswobodzona z jakichkolwiek więzów dramaturgicznych altówka. W fazie uspokojenia toniemy w chmurze szumów, szmerów i drobnych szarpnięć. Po czasie wszystko świszcze niczym dęte akcesorium, a flażolety basu stanowią dodatkową atrakcję. Finał zdaje się być dość emocjonalną, repetytywną medytacją – dźwięki dzwonków, gwizdy, kocie miałczenia, wspólnie rozciągane struny fortepianu, kontrabasu i głosu.



 

Hic Up (Marina Cyrino, Tony Elieh, JD Zazie & Matthias Koole) Fuchsia Fever (CD 2024)

Marina Cyrino – amplifikowany flet, Tony Elieh – bas, elektronika, JD Zazie – turntable, CDJs oraz Matthias Francisco Koole – gitara, elektronika. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, październik 2022. Cztery improwizacje, 40 minut.

Gorączka Fuchsia, to spotkanie definitywnie elektroakustyczne, pełne zmyślnej dramaturgii i nieustannych zmian. Dodatkowo świetnie zbilansowane, stworzone kolektywnie, nastawione na głębokie słuchanie i niebanalne interakcje. Dwa wielominutowe sety bogate są tu w dźwięki, których źródeł pochodzenia możemy jedynie domniemywać. Lubimy takie sytuacje!

Wystudzony początek wiele tu obiecuje. Tworzą go drobne, elektroakustyczne frazy, dudniący małym rytmem bas i … lejąca się woda. Zgodnie z anonsem improwizacja rozkwita porcjami nowych zdarzeń – zarówno tymi ledwie słyszalnymi, jak i masywnymi przepięciami mocy. Smugi szemrzącej elektroniki na spowolnieniu, kłęby sucho brzmiącego fletu na dynamice i ciągłe basowe inkrustacje, zarówno dronowe, jak i incydentalnie post-jazzowe, nawet w klimatach fussion. W połowie ponad dwudziestominutowej opowieści impakt syntetyki wydaje się słabnąć i od tego momentu sprowadzać jedynie do drobnych spiętrzeń i iskrzeń, tudzież efektownych plam ambientu. Finał seta jest bardzo filigranowy, ale jakby na przekór tezie recenzenta znów obleczony poświatą post-akustyki.

Druga opowieść, kilka minut krótsza, budzi się w ciszy, tkana jest z drobiazgów generowanych głównie na gryfach obu instrumentów strunowych. Muzycy wydają się nawlekać struny na szpule plamiącej elektroakustyki. Z czasem improwizacja nabiera podskórnej rytmiki, ale znów podlega ciągłej zmianie sytuacji scenicznej. Raz narracja płynie silnie elektronicznym strumieniem, innym razem pięknie zanurza się w post-akustyce drżącej przestrzeni. Ponownie natrafiamy na intrygującą ekspozycję fletu, wspartą elektroniczną mikro pulsacją. Przez kilka chwil pozostajemy w burzy piaskowej, a niedługo potem w chmurze intensywnych szumów i szmerów. Coś chrobocze, ktoś szarpie na struny, w górze wyją syreny alarmowe. Nie bez znaczenia dla dramaturgii są także intrygujące zabawy z rytmem, szyte syntetycznym ściegiem. Bogata w wydarzenia opowieść kona w strudze szmerów, być może całkiem akustycznego pochodzenia.



 

"A" Trio The Binding Third (Unrock, LP 2022)

Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagranie koncertowe, Sound Disobedience Festival, Ljubljana, Słowenia, marzec 2019.

Kerbaj, Sehnaoui i Yassin grają razem kilkanaście lat, wydali kilka wspaniałych albumów, ale każdy z nich wydaje się inny od pozostałych. Ten słoweński, sprzed pięciu lat, to najpewniej porcja definitywnie agresywnych fraz. Jakby muzycy wyszli na scenę pełni gniewu i determinacji, by wywrzeć na słuchaczach naprawdę piorunujące wrażenie. Bez wątpienia, cel swój osiągnęli!

Koncert trwa dwa kwadranse i kilka minut, a na płycie jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków … z krótką przerwą na zmianę strony winyla. W tyglu zdarzeń pojawiamy się jakby nieproszeni – wszystko tu drży, pulsuje i dygocze z nieznanych powodów. Pomiędzy strunami basu i gitary prawdopodobnie umieszczone są pałeczki perkusyjne oraz inne przedmioty, które wprawiane w ruch powodują nieuchronne palpitacje serca. Narracja ma rytm, wewnętrzną muskulaturę, syci się frazami perkusjonalnymi, choć w arsenale „A” Trio nie ma i nigdy nie było perkusji. Ów akustyczny noise, niemal post-industrialny zgiełk uformowany w dość jednorodny dron winien budzić grozę i tak dokładnie się dzieje! W strugach drżącego błota raz za razem pojawiają się jęki, tudzież niedźwiedzie westchnienia trąbki. Preparowany blaszak nie zbacza jednak z drogi, jego flow trzyma rytm.

W okolicach dziesiątej minuty improwizacja zdaje się gubić swą rytmiczną powłokę. Nie zmienia to faktu, iż wszyscy po obu stronach sceny dygoczą z zimna i przestrachu. Narracja z wolna staje się zgrzytliwa, sycona rezonansem, trębackim chrobotaniem i post-perkusyjnymi uderzeniami. Tymczasem po szybkim obrocie krążka na drugą stronę powracamy do miejsca zbrodni. Leniwy post-industrial sączy się teraz niczym krew z głębokiej rany. Znów wszystko drży, rzęzi i rezonuje. Całość przypomina dygot emocji charakterystyczny dla wczesnych nagrań AMM. Muzycy często powtarzają frazy, a po dwudziestej drugiej minucie znów nasilają akcje perkusjonalne. Brzmią niczym dobosz na pogrzebie ludzkości. Swoje dokłada kropelkującą trąbka. Można odnieść wrażenie, że na powrót znajdujemy się w smudze drona, jaki towarzyszył nam na początku koncertu. Niespodziewanie w strudze zła pojawiają się frazy gitary traktowanej nieco bardziej konwencjonalnie. To mantra piękna i grozy. Jeszcze większym zaskoczeniem jest przepoczwarzenie się strumienia narracji w trębackie solo, po chwili wsparte głębokim, basowym smyczkiem. Ten ostatni zaczyna żłobić bruzdę w ziemi i będzie towarzyszyć improwizacji aż do jej ostatniego tchnienia. W międzyczasie trio nabiera marszowego kroku i zdaje się iść po zalegające na hałdach śmierci złote runo. Końcową prostą bogaci jeszcze perkusjonalna akcja gitarzysty. Słuchając muzyki libańskiej nie sposób nie być w Bejrucie, nawet jeśli oddychasz berlińskim powietrzem. 

 

 

czwartek, 29 grudnia 2022

"A" Trio goes into the Folk dance!


"A" Trio, pierwszy improwizujący skład pochodzący z Libanu, skończył w tym roku 20 lat! Muzyków go tworzących znamy na tych łamach doskonale, podobnie jak ich bejrucki label Al Maslakh Records. Dla odświeżenia naszej pamięci na końcu tekstu zamieszczamy ważny link.

Czas pandemii nie wpłynął zbyt dobrze na edytorską aktywność Libańczyków, ale już rok bieżący dostarczył nam trzy albumy, w tym jubileuszowe dokonanie rzeczonego składu i to właśnie jemu poświęcimy dziś nasz bezcenny czas. Zresztą Mazen Kerbaj, Sharif Sehnaoui i Raed Yassin swoją dotychczasową aktywnością muzyczną udowadniają, iż każda chwila spędzona z nimi należy do tych najprzyjemniejszych i zawsze nad wyraz wartościowych w ujęciu artystycznym.

Nowa płyta tria nagrana została prawie pięć lat temu, ale nic nie straciła ze swej obezwładniającej świeżości. Nim zagłębimy się w jej wspaniałą zawartość, powinniśmy wiedzieć, iż każdy dźwięk tam zamieszczony jest dziełem instrumentów akustycznych, a albumowe credits z tekstem no cuts, no overdubbing, no use of electronics nabierają w tym wypadku szczególnego znaczenia. Innym słowy, w języku bardziej nam ojczystym – to, co słyszymy jest dokładnie tym, co muzycy wygenerowali ze swoich instrumentów w tzw. czasie rzeczywistym.

 


Początek nagrania przypomina Different Trains Steve’a Reicha – wszystko ma tu swój obsesyjny, podskórny rytm! Gitarzysta pracuje na gryfie perkusyjnymi pałeczkami, kontrabasista ryje smyczkiem bruzdy w ziemi, intrygująco kołysząc się na wietrze, trębacz zaś wentylami swego instrumentu formuje powietrze w linearny strumień narracji. Potok dźwięków zdaje się tu narastać, ale w tempie dalece umiarkowanym, a towarzyszące mu tło, budowane zapewne echem akustycznych fraz, kreuje dodatkowe napięcie dramaturgiczne. Poszczególne wątki opowieści także pęcznieją, jakby dostawały drugie życie, niezależne od swej podstawowej roli dramaturgicznej. Z czasem flow stabilizuje swoją dynamikę, a w drugiej części improwizacji istotnie przygasa. Wtedy do tzw. gry właściwej przystępuje trębacz, którego frazowanie zaczyna przypominać brzmienie … trąbki. Narracja nadyma się teraz inaczej – preparowanymi dźwiękami wprost z rozgrzanych wentyli, tudzież garściami niezidentyfikowanych szumów i mechanicznych tarć. Raczej rozlewa się w szersze koryto niż szuka dynamiki. Po kilku chwilach umiera sprowadzona niemal do pojedynczych dźwięków.

Druga improwizacja wydaje się mieć zbliżoną strukturę, ale wszystkie elementy ją tworzące wydają się pracować bardziej intensywnie. Gryf gitary jest traktowany nieco cięższymi przedmiotami, trąbka furczy niczym mały helikopter, a struny kontrabsu drżą rytmicznie, niczym stado bawołów w galopie. Narracja nabiera tu post-industrialnego posmaku, słyszymy też dużo dodatkowych fonii, choćby paradę dzwonków. Tymczasem gitarzysta zaczyna wychodzić z roli perkusisty i skłania się ku bardziej standardowym metodom pracy. Buduje połamany, taneczny rytm, który dobrze koreluje z polirytmią pozostałych instrumentów, zwłaszcza kontrabasu. W drugiej części improwizacji intensywność przekazu nieco słabnie (mimo plejady preparowanych fraz), dzięki czemu brzmienie każdego z instrumentów wydaje się być bardziej selektywnie. Na zakończenie narracja znów hamuje, nabiera celebracyjnego charakteru, przypomina powolną śmierć pogodzonym z losem piechurów.

Trzecia opowieść sprawia wrażenie nieco lżejszej. Smyczek kontrabasu generuje wprawdzie swój dron niskich mocy, ale trąbka delikatnie świszcze, a na gryfie gitary prawdopodobnie pojawia się także smyczek, które pracuje w dość wysokich rejestrach. Piłowanie strun i trębackie, głębokie oddechy nie potrzebują tu jednak wiele czasu, by przyoblec się w ulubioną, meta rytmiczną powłokę. Narracja nie stawia tu na dynamikę, ale na eskalację wewnętrznych emocji. Trąbka zaczyna krzyczeć, smyczek maltretować struny gitary, a kontrabas produkować dźwięki z definitywnie horyzontalnej pozycji przy samej podłodze. Czwarta opowieść też zaskakuje. Tym razem urokliwej akustyce trzech żywych instrumentów towarzyszy smukły, nienachalny, ale trwale obecny rezonans. Trąbka kipi od emocji, z kolei gitara szuka czystych, kojących fraz. Narracja podlega tu nieustannej fluktuacji – szuka hałasu w wysokich rejestrach, piszczy, skrzypi, a na sam finał serwuje nam niebywałe emocje, szczególnie ze strony trębacza. Ostatnia improwizacja zdaje się mieć strukturę … piosenki. Post-barokową melodię podaje tu kontrabasowy smyczek, gitarzysta wybija delikatny rytm na strunach, a trębacz oddycha w spokojnym tempie, też sycąc opowieść porcją melodyki. Narracja ma tu drobną kulminację, ale jako całość koi nerwy i urokliwie wita nas z ciszą po wybrzmieniu końcowej frazy.

 

"A" Trio Folk (Al Maslakh Records, LP/ DL 2022). Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagrane w Audio Cue Studio, Berlin, w marcu 2018 roku. Pięć improwizacji, 39 minut.

 

Zapowiadany ważny link:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/kerbaj-sehnaoui-at-al-maslakh-best-on.html

 

 

 

piątek, 17 sierpnia 2018

Kerbaj & Sehnaoui at Al Maslakh! The Best on the East of Eden!


Tak, zdecydowanie najlepszym wydawnictwem, poświęconym muzyce swobodnie improwizowanej, a ulokowanym historycznie i geograficzne najdalej na wschód od kapitalistycznego Edenu, jest libański Al Maslakh (po polsku Rzeźnia, po angielsku The Slaugtherhouse). Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym zresztą doskonale. Na końcu dzisiejszego overview przypomnimy, kiedy taką wiedzę posiedli.

Wydawnictwo założone zostało kilkanaście lat temu przez Mazena Kerbaja, znakomitego trębacza i niebanalnego grafika. Tuż obok niego, ważną postacią artystyczną labelu jest Sharif Sehnaoui, gitarzysta, któremu na tych łamach poświeciliśmy już wiele ciepłych słów. Zgodnie z mottem, Al Maslakh, to UFO, stworzone po to, by publikować rzeczy niepublikowane na libańskiej scenie muzycznej.

Ta historia w zasadzie zaczyna się od koncertu na trąbkę solo, poczynionego przez Kerbaja … na balkonie własnego mieszkania w Bejrucie. Być może nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, iż działo się w trakcie nalotu bombowego wojsk izraelskich, podczas kolejnej wojny, jak wybuchała tam w połowie ubiegłej dekady, jak zawsze z tych samych powodów, mając jak zawsze, tych samych prowodyrów. Koniecznie odsyłam wszystkich do doskonałego wywiadu z Kerbajem (link na końcu tekstu). Tamże okazja do poznania szczegółów tego niezwykłego koncertu.

Wróćmy wszakże do katalogu Al Maslakh. Menu na dziś: w pierwszej kolejności omówimy trzy najnowsze płyty. Potem sięgniemy po pięć nieco starszych, omawiając je – tak, tak! – w odwrotnej kolejności chronologicznej. Na koniec zaś wspomnimy o płytach, które były już recenzowane na tych łamach i nie tylko, zawsze jednak piórem Pana Redaktora.




"A" Trio & AMM ‎ AAMM (MSLKH 21, 2018)

Berlin, sierpień 2015, spotkanie koncertowe w St. Elisabeth Kirche, w ramach Daad’s Mikromusic Festival. Na scenie legenda brytyjskiego improve – AMM: John Tilbury – piano i Eddie Prevost – instrumenty perkusyjny, a wraz z nim „A” Trio, czyli Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej. Reasumując… AAMM! Swobodna improwizacja (no cuts, no overdubbing, no use of electronics) w jednym fragmencie potrwa blisko 51 minut.

Improwizacja ma tytuł własny Unholy Elisabeth (Nieświęta Elżbieta), który pewnikiem nawiązuje do miejsca koncertu, jednakże w kontekście udziału muzyków ze Zjednoczonego Królestwa, zapewne sieje także ferment estetyczny.

Akord piana i drżenie wielkiego talerza – o tak, bez wątpienia jesteśmy na koncercie AMM! Po kilkudziesięciu sekundach o swym istnieniu na scenie przypominają także pozostali instrumentaliści, tkając od samego początku gęstą, libańską teksturę dźwięku – niski smyczek na kontrabasie, perkusyjne pałeczki na gryfie gitary elektrycznej i biały szum wprost z trąbki. Narracja płynie jak na koncertach AMM, ma jedynie ciężar właściwy na poziomie… AAMM – pięć dość różnorodnych źródeł dźwięku. Chłodna, szorstka brytyjskość napotyka na ciepły, dalekowschodni podmuch wiatru. Symbioza akustyczna pomiędzy elementami tej muzycznej układanki, w mgnieniu oka, staje się faktem niezbywalnym. Już przed 10 minutą, intensywność przekazu urasta do rangi, na razie skromnej, ale już eskalacji. Trąbka skwierczy niczym mały bombowiec, talerze piłują mury obronne, gryf kontrabasu grzmi i tupie nogami – jakże piękny to dramat! W komentarzu, po wybrzmieniu – minimalistyczny pasaż fortepianu i ornamenty gitary. Kolejną grozę sytuacyjną stymuluje smyczek przy wsparciu perkusjonalii. Wokół mnogość dźwięków, trudnych do rozszyfrowania w zakresie źródła pochodzenia. Całość po chwili łączy się w wielodron, który intensywnie drży i pomrukuje, by po chwili rozprysnąć mocą noworocznych fajerwerków (guitar & drums w jednych tylko dłoniach Sharifa!). Muzyka gęstnieje niskimi częstotliwościami jak napalm. Po wybuchu, znów moc kojących dźwięków od Tilbury’ego. W ognistych aktach samospalenia, trudno mu zaistnieć, czeka zatem na swój moment, gdy pozostali muzycy choć trochę ochłoną. Tu moment chill outu jest nieco dłuższy – zabawna melodyjka z kontrabasu, ciepły szum trąbki, kilka dodatkowych akordów z klawiatury.

W połowie koncertu natrafiamy na metaliczne tarcie metalu o metal. Z pewnością w tym procederze uczestniczy nie tylko Prevost i jego wielki talerz. Obok odgłos pudła rezonansowego fortepianu, wysokie alikwoty spod trąbki. Wszystko to, niczym kołyszące fale rzeki, która dawna wystąpiła już z brzegów. Narracja brnie w czasie, jak mantra. Fale muzycznych eskalacji przeplatają się z momentami zadumy i Tilbury’owskiej kameralistyki. Każda fala wznosząca iskrzy urodą i mnogością pomysłów na kreowanie dźwięków (tu w roli prowodyrów, każdorazowo libańska młodzież), każda opadająca - koi umysły, oliwi zmysły i filtruje narządy słuchu (wujostwo z Brytanii jest w tym niezastąpione!).  W 31 minucie kolejny docinek filmu noir. Tremolo kontrabasu, prychanie trąbki, struny w kipieli, muzyka grana jakby z przestrachu, skutkująca oceanem rezonansu – piękny fragment! Tuż potem królestwo zmutowanej trąbki w opętańczym tańcu, ale piano Johna potrafi uciszyć wszystkich. Niebywałe! Następna fala rodzi się na strunach, także na samym dnie trąbki. Hamowanie odbywa się w błyskotliwym klimacie free chamber, przy akompaniamencie flażoletów Sharifa. Finał koncertu jakby rodził się w bolach artystycznego chaosu. Trąbka brzmi jak saksofon, inne instrumenty ocierają się o siebie, wydając dziwne odgłosy, wszędzie wokół pulsujący rezonans! I cisza na sam koniec! Co za emocje!




Tony Elieh  It's Good To Die Every Now And Then (MSLKH 20, 2017)

Tunefork Studios, Bejrut, sierpień 2016. Elektryczna gitara basowa - Tony Elieh! Cztery epizody, mnóstwo dźwięków, na etapie produkcji z pewnością nie obowiązywało hasło no cuts, no overdubbing – łącznie 40 minut z sekundami.

Nuclear bass blast! Scena 1. Dron basowy, z mocny fuzzem, strzelisty, jednowymiarowy, mglisty i siarczysty background. Wszystko wyjątkowo sustained!, poddawane drobnym modyfikacjom i zmianom tonacji w rockowej estetyce. Z czasem tło zdaje się iskrzyć nieco dobitniej, podnosząc grozę sytuacji scenicznej. Na sam koniec słyszymy, że te dźwięki wydaje jednak jeden człowiek, który ma cztery struny (może pięć) i odrobinę prądu. Scena 2. Taniec płonącego wschodu, budowany na trzech, co najmniej płaszczyznach – lekki, niesfuzzowany tembr basu, gwałcony jest niskim beatem, niemal w manierze post-techno, a następnie zdobiony gitarowymi plamami z odrobiną psychodelicznego posmaku. Uwaga! Play It Loudly! Jakże ekscytujące! Scena 3. Drżenie, skwierczenie, brudny pogłos blue ambientowych mikrosprzężeń, który lepi się do dźwięków bazowych tej ekspozycji. Elektroakustyka z bombami! Strzeliste drony gitarowe, jak u Dirka Serriesa. Piękne! Na finał błyskotliwy rezonans, jakby z talerza. Scena 4. Puls, beat, odrobinę syntetyczny rytm - bass strongly plagged! Repetycja wielośladu, drobne permutacje, kombinacje, reklamacje. Rodzaj krautrocka w czasach elektroniki, trochę jak u Burnta Friedmanna. Na to wszystko wchodzi szum miasta, bełkot życia – sieje niepokój i zbiera żniwo. Gitarowo-elektroniczne drony budują nowe mury i zaraz je skruszą. Uwaga! to jednak tylko bas elektryczny! Nie dajmy się zwieść złudzeniu! Prawdziwa symfonia post-rock-electro-drone! It’s Good to Die! Doskonała płyta!




Neumann/ Sehnaoui/ Thieke/ Vorfeld ‎ Nashaz (MSLKH 19, 2016)

Wracamy do Berlina. Luty 2015 roku, miejsce zwane Ausland. Muzycy: Andrea Neumann – inside piano i mixing desk, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Michael Thieke – klarnet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne. Pięć odcinków z tytułami, ponad 57 minut.

Trzy dłuższe improwizacje i dwie miniatury. Intrygujące zderzenie, jakże symbiotyczne, wschodniej wrażliwości gitarowo-perkusjonalnej z europejską, chwilami twardą szkołą kameralistyki i sonorystyki. Narracja tkana drobnymi, małymi dźwiękami, toczona w estetyce daleko posuniętego minimalizmu, bazująca na skupieniu, artystycznej skromności, piękna wielobarwną, bogatą akustyką i odrobiną elektronicznego fermentu, uzyskiwanego dzięki użyciu stołu mikserskiego. Muzyka snuje się swobodnie, zdecydowanie bez pośpiechu. W pierwszym fragmencie bazą narracji zdaje się być to, co dzieje się na osi gitary i preparowanego kobiecymi rękoma piana. Wszakże wsparcie klarnetu i perkusjonalii jest doprawdy imponujące. To wystudzony tygiel, który potrafi jednak przejść w stan wrzenia, co czyni błyskotliwie w drugiej części pieśni otwarcia, która przy okazji jest tą zdecydowanie najdłuższą, zwieńczoną bystrym call and response. W trzeciej opowieści dużo dzieje się na pulpicie mixing desku, przez co cała improwizacja ma nieco inny, bardziej strzelisty i akustycznie groźniejszy wymiar. Tu kontrapunktem dla poczynań Andrei zdaje się być dobry drumming, a także groźne expose klarnetu. Po wybrzmieniu tego industrialnego ambarasu - jakby ciąg dalszy - sporo kojącego emocje, post-perkusyjnego ambientu i repetytywnego klarnetu. W piątej, finalnej pieśni, znów zmysły akustyki niosą nas w wysokie pasma tryskających endorfin. Jest call and response, trochę wschodniego transu generowanego pałeczkami na gryfie gitary (Sehnaoui - specjalność zakładu), trochę małych sprzężeń i moc dynamiki percussion. Tę wyśmienitą płytę uzupełniają dwie miniatury. Pierwsza ma klimat sonore in tunes, druga zaś stanowi gitarową ekspozycję, delikatnie tłumioną w środowisku elektroakustycznym.




"A" Trio  Music To Our Ears (MSLKH 14, 2012)

Tunefork Studios, Bejrut, wrzesień 2010. Znane nam już z tej opowieści „A” Trio (Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej), tym razem w wersji saute - 4 improwizowane fragmenty, około 56 minut.

Świetna sposobność odnalezienia Libańczyków, a także ich zdolności do kreowania sytuacji sustained, bez wsparcia mistrzów gatunku spod znaku AMM. Tę opowieść konstytuuje przede wszystkim pieśń otwarcia, która trwa ponad 33 minuty i zwie się niezwykle dosadnie Textural Swing. Od startu dostajemy się pod panowanie drżącego kontrabasu, konwulsyjnej, dronowej trąbki i gitary, która gra niemal wszystkie możliwe dźwięki, jakkolwiek na ogół nie te, kojarzone z akustyczną jej wersją (Sharif zaczynał przygodę z muzyką od gry na perkusji, ten fakt silnie oddziaływuje do dziś na sposób, w jaki korzysta z gitary). Narracja dość szybko przybiera postać post-akustycznego industrialu – trwa, gęsta niczym olej. Sonorystyka perkusyjnej gitary i kontrabasu, pompa ssąco-tłocząca w trąbce. Oto muzyka, w percepcji której zdecydowanie przydaje się wyobraźnia. Cała masa drobnych dźwięków, których nie można przypisać konkretnemu instrumentowi (a pamiętamy, że gramy w stu procentach akustycznie!). Po 12 minucie pierwsze wytłumienie, gramy już spokojniej, na ogół wysokimi pasmami, drobinkami sonore, mikro preparacjami. Po 20 minucie powraca uśpiony kontrabas i zwołuje towarzystwo na kolejny marsz ku akustycznej doskonałości. Na finał utworu, muzycy czynią pętlę i wracają do upiornej estetyki, jaka towarzyszyła im na starcie Teksturalnego Swingu. Jakże błyskotliwe!

Płytę, która zawiera muzykę dla naszych uszu uzupełniają trzy krótsze improwizacje. Pierwsza z nich jest dość lekka, bardzo perkusyjna i uroczo bliskowschodnia estetycznie. Miód z trąbki na tle rytmicznego meta drummingu. Kolejna oparta jest na pulsacji gitary i trąbki, których dźwięki pęcznieją niczym kasza we wrzątku, a na samym końcu ta druga brzmi jak upalony saksofon. Finałowa część powraca do sonorystyki, pełna jest rezonujących strun, talerzy (?), a na ostatniej prostej puentuje ją salwa słodkiej gitary.




Sharif Sehnaoui ‎ Old And New Acoustics (MSLKH 11, 2010)

Bustros Palace, Bejrut, czerwiec 2009. One man show! Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej! Dwa odcinki, 41 minut z sekundami.

Oto i kolejny dowód rzeczowy na to, że gitara akustyczna winna być klasyfikowana do instrumentów perkusyjnych! Przynajmniej wówczas, gdy korzysta z niej Sharif!

Perkusjonalna, akustyczna opowieść, która budowana jest także w oparciu długie, dronowe pasaże, generowane na instrumencie w bliżej nieokreślony sposób. Drgania, rezonans, wrażenie polifonii w momentach bardziej dynamicznych. Orientalne bogactwo, akustyczny przepych. Moc wyobraźni, która zatraciła wszelkie granice. Dwie pałeczki, gryf gitary – tu cuda akustyczne czynią się niemal samoistnie. Majestatycznie, zmysłowo, temperamentnie – jakby rodzaj połamanej hinduskiej ragi. W okolicach 14 minuty (pierwsza pieśń trwa 33…), narracja delikatnie wyhamowuje, muzyk łapie oddech i rusza w kolejną drumming escape. Uroda nagrania tryska, eksploduje, wybucha… Po 25 minucie garść pętli, sprytnych repetycji, z odrobiną braku przyzwolenia na rzeczywistość zastaną. Drugi fragment nagrania jest bardziej … gitarowy – moc posuwistych ruchów dłoni, permanentny, koherentny taniec smoka. Trans, godny siły ducha doskonałego instrumentalisty, zostaje osiągnięty w mgnieniu oka.




Christine Sehnaoui/ Michel Waisvisz ‎ Shortwave (MSLKH 08, 2008)

Paryż, Groupe Recherche Musicale, październik i listopad 2006 roku. Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Michel Waisvisz – elektronika sterowana dłońmi. 5 części, niespełna 50 minut.

Francuska saksofonistka – dziś pod panieńskim nazwiskiem Abdelnour – należy obecnie do grona najciekawszych, gorących, wciąż młodych i poszukujących instrumentalistów na starym kontynencie. Tu możemy poznać atrybuty jej sztuki improwizatorskiej z poprzedniej dekady, dodatkowo poczynionej w wyśmienitym towarzystwie jednego z pionierów brytyjskiej elektroakustyki, Michaela Waisvisza.

Głęboko zanurzony w sonorystyce saksofon altowy, budujący żmudne improwizacje na tle elektroakustycznej rzeki najprzeróżniejszych dźwięków, generowanych z komputera na żywo, za pomocą ruchu dłoni, które okablowane, stanowią jakby część urządzenia elektronicznego. Żywe łączy się tu z syntetycznym niemal dosłownie, na oczach widzów, bezpośrednio w ich uszach. W wielu momentach mamy problem, by w tej naturalnej symbiozie wskazać, który z muzyków odpowiada na dany dźwięk. Prawdziwe live electronics, prawdziwy saksofon w ustach prawdziwej kobiety. Od hałasu do podprogowej ciszy. Atak w opozycji do filigranowej, molekularnej ekspozycji, ledwie muskającej strukturę narracji, powierzchnię dźwięku.

To muzyka, który wymaga skupienia, która nie jest łatwa w odbiorze. W pobliżu ciszy zdaje się być oniryczna, nawet podejrzanie frywolna. Nie brakuje też incydentów, które bywają uciążliwe dla naszych uszu (szczególnie tych z komputera), nie na każdy dźwięk mamy tu pełną akceptację.  Jednak, gdy równowaga obu typów dźwięku zostaje zachowana, jakość improwizacji rośnie w oczach. Szczęśliwie dzieje się tak w wielu momentach tej intrygującej płyty. Być może całość jest odrobinę zbyt długa. Ta muzyka okrojona o kilkanaście minut, z pewnością osiągnęłaby status więcej niż bardzo dobrej. Nie sposób jednak nie wskazać szczególnie ekscytujących momentów – finał trzeciego fragmentu, gdy Christine sięga po drony z samego dna tuby, start kolejnego, pełnego subtelności szmerowo-szumiących, także kropelkowa narracja w tym samym fragmencie, czy pokrętna, zdekonstruowana melodyka całej części piątej.




Mawja ‎ Studio One (MSLKH 07, 2007)

Troy & Chicago, wrzesień 2005 roku. Trio Mawja w składzie: Vic Rawlings – wiolonczela, elektronika, Michael Bullock – kontrabas, elektronika, Mazen Kerbaj – trąbka. 6 fragmentów, pełna godzina zegarowa.

Oto i kolejna porcja niebanalnej, ale także niełatwej elektroakustyki w katalogu Al Maslakh. Twórcze zderzenie dwóch poważnych strunowców, permanentnie wspieranych elektroniką i trąbki, która wcale nie ma w planach szybowania po niebie na takim mega backgroundzie. Wręcz przeciwnie, także gra dużo dołów i permanentnie szuka punktów stycznych z dźwiękami generowanymi przez muzyków amerykańskich. A płyta ta ma wszystkie atuty, jak i wady nagrania umówionego powyżej. Jest nieco zbyt długa, sporo w niej momentów, gdy dyktat elektroniki jest niepodważalny, a foniczny radykalizm zbiera obfite żniwo. Z drugiej – momentów, gdyż żywe pięknie egzystuje przy delikatnym wsparciu syntetyki, absolutnie nie brakuje. Poszukajmy zatem takich przykładów.

W trzeciej części intensywność dolnego przekazu traci na sile. Kerbaj delikatnie, niemal powierzchniowo, dekonstruuje dźwięki, jakie na ogół wydaje jego instrument. Balansuje na granicy tego, ci zwykliśmy określać w ogóle mianem dźwięku – krzyki, szepty, szelesty, tarcia, … gwintowania. Niewątpliwie pomaga mu elektronika. W najdłuższym, czwartym, pojawia się niespodziewanie glos ludzki (…czwarty numer jest spokojny). Narracja snuje się leniwie, niczym w katalogu Another Timbre, rodzaj podróży w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Kerbaj czerpie z samego dna instrumentu, a koledzy prychają czystą akustyką strun. W piątym, akcenty perkusjonalne na pudłach rezonansowych ciekawie dynamizują przekaz. Trąbka topi się we własnym pocie. Drobinki noise’u spływają muzykom po szyjach. W szóstym rodzaj plądrofonii, szum amplifikatora, może to feedback z kontrabasu. Opiłki dźwięków niosą się wraz z podmuchem wiatru. Niski dron gasi światło.




Michael Zerang  Cedarhead (MSLKH 06, 2007)

Grand Music Room of Bustros Palace, Bejrut, 3-14 kwietnia 2006 roku. Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne, darbuka, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna (!), Mazen Kerbaj – trąbka, Raed Yassin – taśma, elektronika, Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Chabrel Haber – gitara elektryczna, Jassem Hindi – elektronika, Bechir Saadé – ney. Łącznie 7 duetów, prawie 52 minuty.

Być może, to właśnie od tej płyty należałoby rozpocząć poznawanie katalogu Al Maslakh. Świetnie nam znany amerykański drummer Michael Zerang (przypomnijmy: z pochodzenia Asyryjczyk) gościł w połowie ubiegłej dekady z Bejrucie i nagrał doskonałe duety z lokalnymi muzykami. Wśród partnerów nie brakuje kluczowych postaci wytwórni, których poznaliśmy w poprzednich akapitach.

Zatem, jeśli szczegółowo czytaliśmy wcześniejsze omówienia, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie, jak smakowite dźwięki zawierają duety Zeranga z Sehnaoui i Kerbajem. Pełne są wyrafinowanej sonorystyki, kipią emocjami i błyskotliwym drummingiem. Deliryczna gitara, trąbka u granic hałasu, u stóp ciszy, no i pustynna burza na tomach i werblach zestawu perkusyjnego. Duet z Yassinem przenosi nas do miasta, które tętni życiem, skomle z umęczenia i trwa wbrew wszelkim zasadom logiki. Rodzaj harsh electronic i moc sampli w zderzeniu z plemiennym bębnem obręczowym. Obsesyjne! Kolejny duet, to Christine i jej poszukujący saksofon altowy. Prawdziwa uczta sonore, z całusami z samych krawędzi werbla i wilgotnego ustnika. I znów gitara elektryczna, ale zupełnie w innej estetyce. Dużo elektroakustycznych zaskoczeń, Zerang w roli wodzireja, Haber raczej ilustratora. Szósty duet ponownie zrośnięty z elektroniką. Zgiełk, noise stapia się z bogatym percussion. Gęsta narracja, trochę przypominająca Muslimgauze’a, ale bez jego obłędnej rytmiki. Na finał lokalny instrument dęty i ponownie bęben obręczowy. Melodyka umierającego wschodu, który kładzie się do snu. Jakże urokliwe zwieńczenie wyśmienitej płyty!


****

Jak już wspominałem na wstępie, kilka płyt z katalogu Al Maslakh było już na tych łamach recenzowane.

Zatem, jeśli chcecie przypomnieć sobie doskonałą płytę Toma Chanta i Sharifa Sehnaoui Cloister (MSLKH 05, 2006), szukajcie recenzji w poniższym poście:


Płyty Rouba3i5 (MSLKH 02, 2005) i Ariha Brass Quartet (MSLKH18, 2015) zostały barwnie przybliżone Czytelnikom w tym akurat tekście:


Po krótką analizę krążka Live in Beirut (MSLK03, 2006) zapraszam do tego posta:


Na finał koniecznie przeczytajcie wywiad z Mazem Kerbajem!