Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robin Servant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robin Servant. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2023

Tour de Bras’ new outfit: Balises! Plaît-il?! L'horizon des événements! Vigiles! Interspace!


Tour de Bras, wydawnictwo z kanadyjskiego Quebecu nie gości u nas zbyt często, ale jak wiemy z niejednej opowieści, warte jest naszego permanentnego zainteresowania. Kilka płyt z przepastnego katalogu labelu, prowadzonego przez Érica Normanda, omawialiśmy tu niemal dokładnie rok temu. Dziś czas na kolejną prezentację.

Przed nami pięć albumów, które ukazały się w trakcie minionego roku. Jak to często bywa w przypadku TdB rozstrzał stylistyczny jest niebywały, zawsze wszakże gwarantujący jakość i wyłącznie dobre emocje płynące z odsłuchu.

Na początek duet szefa labelu z pewnym bardzo znanym w awangardowych szeregach francuskim klarnecistą, potem wielobarwny, niemal wodewilowy sekstet, a po nim dwie propozycje elektroniczne, z których pierwsza wsparta jest także pewną czeską trąbką. Wreszcie na finał konceptualny duet klarnetu i perkusji, który wiedzie żywot na zaciągniętym ręcznym i zdaje się kierować nasze zainteresowania na mniej eksplorowane na tych łamach przestrzenie świata doczesnej muzyki. 



 

Xavier Charles & Éric Normand  Balises (LP)

Rimouski, luty 2022: Xavier Charles – klarnet oraz Éric Normand – bas elektryczny. Siedem improwizacji, 35 minut.

Spotkanie z nowościami francuskojęzycznej Kanady rozpoczynamy z naprawdę wysokiego C. Z jednej strony wyśmienity klarnecista, który zdolny jest wydobyć z drobnego instrumentu dętego doprawdy każdy, nawet najbardziej niespodziewany dźwięk, a tzw. techniki rozszerzone ma w małym palcu, z drugiej strony niezwykle kreatywny basista, który traktuje swój instrument bardziej jako źródło budowania nieoczywistych sytuacji elektroakustycznych niż narzędzie do tworzenia linearnej narracji gitarowej.

Pierwsze dźwięki albumu idealnie wprowadzają nas w klimat nagrania - chmura zgrzytających fonii z basowych pick-upów i klarnetowe, post-hałaśliwe westchnienia. Z jednej strony o pół kroku od estetyki noise, z drugiej mnóstwo fonicznych drobiazgów i stylowa faza dronowa. W drugiej odsłonie dominują basowe sprzężenia i klarnetowe, nerwowe spazmy. Przez moment można odnieść wrażenie, że nad głowami kołują nam samoloty. W kolejnej części klarnet serwuje dronową ekspozycję z odrobiną melodii, a bas – co niezwykle rzadkie na tym albumie – frazuje gitarowym post-jazzem. Czwarta ekspozycja budowana jest elektroakustycznymi szumami i szmerami. Bas preferuje teraz dłuższe frazy, klarnet syczy na niego niczym tygrysica. Piąta improwizacja zdaje się przynosić chwile oddechu. Bas frazuje, jakby ktoś odłączył mu prąd, klarnet, nieco strwożony, wypuszcza wysuszone strumienie powietrza. W tle dzieją się już same cuda – definitywny spektakl fake sounds, zapewne głównie z basowego oprzyrządowania. Szósta narracja syci się mrokiem, zdaje się być kolejną odsłoną dźwięków preparowanych, na koniec pachnie zmysłowym post-industrialem. Jest odrobina rytmu i plejady niezdefiniowanych post-dźwięków. Ostatnia improwizacja sprawia wrażenie dość delikatnej. Rezonujące śpiewy klarnetu i drobne prace ręczne na gryfie basu, także kilka dalece czystych fraz. Długie, dogasające drony snują się w smudze delikatnych sprzężeń basówki.



Allochtone  Plaît-il? (CD)

Studio Desjardins du Camp, Saint-Alexandre, kwiecień 2022: Rémi Leclerc – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika i inne urządzania, Cathy Heyden – saksofon, obiekty i efekty, Alexandre Dubuc – bas elektryczny, kontrabas, wokoder i elektronika, André Pelletier – fortepian, klawikord, melodica i programowanie, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Olivier D'Amours – gitara elektryczna. Osiem utworów, 44 minuty.

Bardzo bogate instrumentarium, głowy pełne pomysłów i zornowskich inspiracji, wreszcie odrobina szaleństwa, to elementy składowe, które budują sekstetową ekspozycję muzyków, z których część dobrze znamy z orkiestry Le GRRIL. Brawurowa, niekiedy groteskowa zabawa w dobrze uporządkowaną improwizację, w ramach której nie ma rzeczy zabronionych!

Dynamiczny, połamany rytm, kabaretowy retusz i gatunkowa żonglerka – od startu Allochtone ostrzega, że będzie się dużo działo. W momentach spokojniejszych nie brakuje tu post-francuskiej melancholii zatopionej w chmurze elektroakustycznych zdarzeń, a w trakcie finalizacji strzępów post-electro i ambientu. W drugim utworze elektronika serwuje tu sporo – sample, pulsujące plamy i szumiące strumienie mocy. Część akustyczna i elektryczna dokładają kolejne elementy, sprawiając, że gęste zakończenie pachnie zornowskim Naked City. Zaraz potem wracamy do na poły groteskowej dynamiki. Emocje kipią z każdego instrumentu, a bogata narracja nie skąpi rockowych emocji i bystrej ekspozycji akordeonowej. Czwarta opowieść trwa najdłużej, płynie ambientem i ciekawymi interakcjami pomiędzy fortepianem, gitarą i syntezatorem, nie brakuje w niej kolejnych rockowych wtrętów. W następnych trzech utworach muzycy do bogatego arsenału środków i stylistyk dokładają jeszcze elementy fussion-rocka i free jazzu. Znów wszystko toczy się wedle połamanej dynamiki, zasady ciągłej zmiany i permanentnego stymulowania emocji rockowymi zdobieniami. Finałowa odsłona zdaje się łączyć nostalgię zakończenia z nerwową dramaturgią. Z jednej strony ciepłe plamy akordeonu i piana, z drugiej swobodnie usposobiony sakaofon.



 

ErikM & vrrrbitch  L'horizon des événements (DL)

Rimouski, Punctum, grudzień 2021: ErikM - elektronika, urządzenia różne oraz vrrrbitch (Petr Vrba) – elektronika, trąbka. Siedem utworów, 24 minuty.

Doskonały francuski eksplorator brzmień elektronicznych i czeski trębacz, którego znamy zarówno z wyśmienitych improwizacji na akustycznym blaszaku, jak i ich kreatywnej dekonstrukcji za pomocą oceanu narzędzi elektronicznych - takie spotkanie intryguje już po przeczytaniu albumowego credits. Samo nagranie nie trwa nawet dwóch kwadransów, definitywnie wszakże zasługuje na wysoką ocenę. Także mimo nerwowej dramaturgii i wrażenia, że część utworów została tu powycinana z większej całości wyjątkowo tępym skalpelem.

Nagranie rodzi się w chmurze nerwowego ambientu, po której ślizga się elektronicznie przetworzona trąbka. Narracji towarzyszą ślady rytmu, zdaje się, że kreowane przez obu artystów i plejady drobnych dźwięków elektronicznych. Część druga stawia na moc elektroniki i niekiedy wręcz usterkowych, zgrzytliwych fraz, z kolei trzecia wraca do wątku początkowego i snuje się ambientem doposażonym w post-akustyczne dźwięki trąbki, niepozbawione dubowego echa. Część czwarta bazuje na pewnej dynamice, to prawie electro z jasno zarysowanym beatem. W części kolejnej napotykamy na dużą porcję mroku, a także dźwięków i post-dźwięków trąbki. Pojawiają się sample i elektroniczne zdobienia. Wszystko przypomina tu oniryczny taniec na bazie snujących się po podłodze zarysów rytmu. Szósta opowieść jest tu najdłuższa i przekracza sześć minut. Sporo w niej akcentów percussion i post-beatowych eksploracji. Bogato zrytmizowana narracja pachnie tu zarówno krautrockiem, jak i niemiecką elektroniką końca ubiegłego stulecia. Na tym tle harcuje rozśpiewana trąbka. Finałowa opowieść jest gęsta, ocieka hałasem, serwuje zmutowane głosy ludzkie, które przekazują nam nieznane treści.



 

Érick d'Orion & Martin Tétreault  Vigiles (CD)

Saint-Benoît-Labre, Beauce, wrzesień 2022: Érick d'Orion – elektronika, syntezatory, miksowanie oraz Martin Tétreault – turntable, płyty winylowe, syntezator, miksowanie. Trzy utwory (dwa studyjne, jeden koncertowy), 42 minuty.

Kolejna z elektronicznych propozycji TdB zrealizowana została za pomocą instrumentarium już w pełni syntetycznego. Bogata paleta dźwięków w niekiedy wyjątkowo bystrych koincydencjach uformowana tu została w dwa nagrania studyjne (krótsze i dłuższe) i ponad 20-minutowy odcinek koncertowy.

Podstawowymi elementami pierwszego utworu są głęboko osadzony, siarczyście brzmiący beat i plejady drobnych, usterkowych fonii, pełne zgrzytów i elektronicznych przepięć. W tle snuje się plama ambientu. Gęsta narracja nie wydaje się być jednak nadmiernie przeładowana pomysłami. Druga opowieść trwa tu więcej niż kwadrans, a zaczyna się suchym, matowym beatem, który płynie na powierzchni nerwowego, nieco hałaśliwego ambientu. Opowieść jest mroczna, czasem przybiera postać wielowarstwowych pulsacji o różnej masie krytycznej. Po śmierci beatu narracja lepi się w dron plamiony mikro usterkami. Epizod koncertowy w fazie początkowej formuje się z szumów, szmerów i wysamplowanych śpiewów sakralnych pod które podłącza się syntetyczny rytm. Narracja ma tu kilka faz – najpierw toczy się niczym mantra post-elektronicznych dźwięków, potem przybiera postać dronu, którego warstwa rytmiczna łamie się niemal na każdym zakręcie. Nie brakuje też definitywnie noise’owych incydentów. W połowie nagrania pojawia się gęsty, czerstwy ambient, a całość przepoczwarza się w połamany drum’n’bass. Na finał zostajemy w towarzystwie stojącego drona, który gaśnie w kolejnym, gęstym strumieniu szumów.



Philippe Lauzier & Carlo Costa  Interspace (CD)

Nieokreślone lokalizacje, październik-grudzień 2022: Philippe Lauzier – klarnety oraz Carlo Costa – perkusja, instrumenty perkusyjne. W nagraniu użyto także dźwięków syntetycznych oraz nakładano ścieżki w procesie post-produkcji. Pięć kompozycji, 49 minut.

Interspace, to spotkanie dwóch muzyków, którzy zagrali razem nie jedną improwizacje, a którzy w czasach covidowego lockdownu postanowili popracować nad kompozytorską wersją swojej współpracy. Na album przygotowali dwie kompozycje, z których ta pierwsza składa się z czterech części. Klarnet i perkusja w celebrowanym w najdrobniejszych szczegółach, minimalistycznym, wystudzonym marszu, w trakcie którego idea powtórzenia, czy twórczego rozwinięcia poprzedniej myśli zdaje się być ważniejsza od budowania emocjonalnej narracji. Muzycy są w swym dziele wyjątkowo konsekwentni i chwała im za to, choć po prawdzie ostatnia, wielominutowa ekspozycja, prawdopodobnie zawierająca post-produkcyjne nakładki (overlapped), mogłaby być odrobinę krótsza.

Suche brzmienie klarnetu i perkusjonalne zdobienia - rytuał kompozytorskiego zamysłu już na wejściu studzi emocje, ale rysuje obraz konsekwentnej, manierycznej, na swój sposób urokliwej narracji. Muzycy sięgają po techniki rozszerzone, ale i w tej materii trzymają wszystko pod absolutną kontrolą. Klarnet potrafi budować zmysłowe drony i szukać rezonansu, perkusjonalia od czasu do czasu sięgają po bogatszy arsenał artystycznych środków wyrazu. W kolejnej części ceremoniał generowania dźwięków zdaje się być jeszcze silnej zaprogramowany. Każdy z artystów z czasem wyciąga jednak zza pazuchy pogłębione oddechy, tudzież bardziej rozbudowane ekspozycje przedmiotów kołyszących się na werblu. W trzeciej części mamy wrażenie, że poziom interakcji pomiędzy artystami delikatnie się pogłębia, co niezmiernie cieszy nasze ucho. W ostatniej części pierwszej kompozycji w grze pojawiają się bliżej niezidentyfikowane dźwięki syntetyczne, który wprowadzają ciekawy dysonans do dotychczasowego świata stuprocentowej akustyki. Ostatnia część, czyli druga kompozycja albumu, szyta jest dość bogatym ściegiem. Na starcie dużo dętych szumów i kolejne nowe frazy wprost z dygoczącego werbla. Rytuał nagrania zdaje się teraz nabierać sakralnego wymiaru. Cisza huczy, a dźwięki instrumentalne wchodzą z nią w ciekawe interakcje. Jest odrobina melodii, jest siła tysiąckrotnego powtórzenia. Aż do ostatniej sekundy tej wystudzonej ponad miarę mantry.



piątek, 12 sierpnia 2022

Éric Normand & Tour de Bras: Unbelievably Late! Grace! Attrape-mouches! Rose Drummond!


Wizyta kanadyjskiej orkiestry Le GGRIL była z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej, improwizowanej wiosny, przynajmniej z perspektywy redakcji. Wciąż żyjemy tym wspaniałym koncertem i coraz chętniej zaglądamy do … katalogu rodzimej wytwórni orkiestry, czyli Tour de Bras. Oczywiście czyniliśmy to już wcześniej, ale od pewnego majowego czwartku robimy to z jeszcze większym entuzjazmem.

Dziś zapraszamy na spotkanie z czterema tegorocznymi nowościami labelu, z których dwie mają swoją premierę dopiero we wrześniu, a dwie pozostałe są już z nami od dłuższego czasu. Na albumach znajdujemy nade wszystko szefa labelu i orkiestry, basistę Érica Normanda, ale także Jeana Derome’a, muzyka, którego nagrania śledzimy od lat i po prawdzie dekadę lub dwie temu był on jedynym dobrze rozpoznawalnym muzykiem z Québecu w naszej części świata. Na nowych płytach dostrzegamy także dane personalne innych członków Le GGRIL, zatem radość z odsłuchu towarzyszy nam nieprzerwanie. Dodajmy, iż jak do tej pory tylko jeden album jest dostępny w formacie CD, ale niewykluczone, iż pozostałe także doczekają się fizycznych nośników. Wszystkie są w każdym razie osiągalne na bandcampowej stronie wydawnictwa.

So, welcome to Free Québec!

 


Éric Normand & Franz Hautzinger  Unbelievably Late

Różne lokalizacje, okazjonalne spotkania (?) w latach 2020-2021; Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka oraz Éric Normand – bas elektryczny i inne urządzenia (oryginalny opis francuski: motors). Sześć improwizacji, 38 minut z sekundami.

Kanadyjski basista i szwajcarski trębacz spotkali się w swoim artystycznym życiu niejednokrotnie, ale w formule duetu zdają się czynić to po raz pierwszy, innymi słowy – niewyobrażalnie późno. Album zlepiony jest z wielu fragmentów, charakteryzuje się pewną covidową enigmatycznością (po prawdzie nie wiemy, czy muzycy nagrywali te dźwięki niezalenie od siebie, czy jednak face to face). Efekt w każdym razie cieszy ucho, skrzy się mnóstwem bystrych, preparowanych fraz, nie stroni od pick-up’owych, tudzież post-industrialnych dekonstrukcji. Improwizacja nieoczywista, tajemnicza, incydentalnie odrobinę challangowa, ale tylko dla mniej wprawionych słuchaczy.

Na starcie słyszymy pasmo basowego ambientu i szorstkie westchnienia trąbki na delikatnym pogłosie. Basista podrzuca nam mnóstwo ciekawostek, trębacz stawia raczej na sprawdzone patenty. W kolejnej narracji muzycy nie zmieniają metod pracy, ale intrygująco zbliżają się do okolic ciszy. Mamy garść mikro sprzężeń, leniwe drony trąbki. Owa niedynamiczna wymiana poglądów z czasem nabiera pewnej meta intensywności, szumi niczym zeschłe powietrze znad oceanu. Pojawia się nawet enigmatyczna linia melodyczna, smutna, jakby żałobna. W trzeciej opowieści muzycy podsyłają nam jeszcze więcej preparowanych subtelności – szumią, zgrzytają zębami, szeleszczą, z trudem łapią oddech. Przez moment mamy wrażenie, że przesypują piasek w klepsydrze. Być może na gryfie basu pojawia się smyczek. Trębacz buduje z małych elementów, ale zdaje się być bardziej ekspansywny od partnera. Ciągnie akcję ku górze, podczas gdy basista stawia na repetycje, a potem akcenty post-perkusyjne.

W czwartej improwizacji, mimo natłoku tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych fraz, słyszymy wreszcie typowy dźwięk strun basowych. Trąbka tymczasem szumi i czeka na przebieg zdarzeń. Opowieść nabiera delikatnych, post-industrialnych barw – bas dudni, blaszak rysuje filigranowe bohomazy. Kolejna historia ma tempo pogrzebowe, mimo, iż bas sugeruje drobną linię melodyczną. Trąbka śpiewa półgębkiem, szumi i pachnie wczorajszym jazzem. Całość przypomina znudzony poranek na francuskiej rivierze. Z kolei narracja końcowa zdaje się być repryzą pierwszej improwizacji. Pasaże ambientu, prychania i skwierczenia trębackich wentyli. Prąd basu miesza się tu z wiatrem trąbki, w oczekiwaniu na ciszę zakończenia.

 


Lori Freedman & Guylaine Cosseron  Grace

Okoliczności koncertowe, czasy pandemiczne, francuski Le Havre; Lori Freedman – klarnety oraz Guylaine Cosseron – głos. Osiem improwizacji, 40 i pół minuty.

Doprawdy niesamowity jest ów koncert, wedle słów wydawcy poczyniony dla publiczności … trzyosobowej. Temperamentni artyści, pełni brawury, świetnie ze sobą skomunikowani tkają narrację zarówno z drobiazgów, jak i grubo ciosanych kamieni. Ich improwizacja często jest imitacyjna, zawsze niebywale spójna, jakby płynęła wyłącznie z jednego ośrodka dowodzenia. Ekspresyjny głos kobiecy i równie szalony klarnet. Wstyd byłoby ten album przegapić!

No, a ten głos! Rzęzi, jęczy, burczy, prycha i syczy, zdaje się być równie wulgarny, jak czuły, na pewno zawadiacki i z szelmowskim uśmiechem od ucha do ucha! Preparowane frazy klarnetu pasują do niego niemal idealnie. Narracja pozornie głośna, ale za moment cicha, zadziorna, ale jakby cierpiętnicza. Na finał pieśni otwarcia brzmi niczym dwa upalone klarnety w locie opadającym. Zaraz potem oddechy wykrztuśne i kocie mruczenie. Zalotny klarnet wpada w taniec węża i oplata ofiarę. W trzeciej części wokalistka odmienia zet z kropką przez francuskie przypadki. Preparowane ćwierć dźwięki klarnetu komentują, a ekspresja całości lewituje. Złowrogie, poranne modlitwy i klarnetowe śpiewy wieczorową porą. I jeszcze ptasie imitacje, poprzedzone krzykami, gwizdami i prychaniami. Usta i klarnetowy ustnik, its the name of the game!

Piąta narracja, to plejada odgłosów fizjologicznych! Bezczelny beat box toczy tu boje z subtelnymi preparacjami. Szósta improwizacja stawia na drobiazgi i wydaje się być budowana niezwykle cierpliwie, jak na kanony tego albumu. Krótkie i długie frazy, leśne nawoływania i zwierzęce imitacje. W części siódmej same literówki. Wokalistka wspina się na szczyt swoich niebotycznych możliwości – rzęzi jak gruźliczka, wibruje niczym stado wysterydowanych mew. Klarnet zanosi się śmiechem, droczy jak sroczka. Imitacje, podskoki, konfabulacje – wszystko zdaje się tu być pokomplikowane niczym polskie znaki diakrytyczne. Gramatyka wszakże zwycięża, muzyka także! W tubie klarnetu wrze, a struny głosowe kreują miłosne alianse. Na zakończenie zgrzyty i chrobotanie. Gardło i tuba klarnetu preparują frazę za frazą. Wysokie, kocie loty, chwila separatywnych fraz i finałowy powrót do jednego strumienia emocji. Big moment!

 


Dionée  Attrape-mouches

Miejsce powstania nagrania nieznane, wiemy jedynie kiedy - od maja do października 2021 roku; Clarisse Bériault – obój, bas akustyczny i elektronika, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Éric Normand – bas elektryczny i elektronika. Siedem improwizacji, około 40 minut.

Na nagraniu zatytułowanym Lep na muchy napotykamy na samo serce orkiestry Le GGRiL – obój, akordeon i mięsisty bas z niemałym prądem. Artyści proponują nam tu gęste, jakże swobodne, elektroakustyczne improwizacje, którym czasami naprawdę blisko do najlepszych wzorców gatunku (choćby wtedy, gdy frazowanie oboju zbliża się do estetyki sopranu Trevor Wattsa!), bywa jednak i tak, że narracja ucieka w plątaninę kabli i zwoje syntetyki. Wszakże i tu wszystko kończy się bardzo szczęśliwie!

Gra wstępna zgodnie z regułami swobodnej improwizacji – krótkie frazy, drobne preparacje, minimalistyczny bas i zadumany akordeon. Od początku także stałe porcje fake sounds, które nie są jedynie efektem działania rozbudowanej elektroniki, jaka towarzyszy każdemu z artystów. W tle nieprzerwana plejada zniekształceń płynących z używania gitarowych przetworników. Pierwsza, rwana i jakże szarpana narracja uroczo kieruje nasze skojarzenia nawet ku epokowemu SME. Druga opowieść, budowana bardziej cierpliwie, jest mroczna i wycofana, niepozbawiona czystszych dźwięków. Improwizacja momentami prowadzona jest tu w trybie call & responce! Bas rzęzi, permanentnie fermentuje, reszta zaś załogi kwili niczym drobne ptaszęta. Trzecią opowieść kreuje dysonans. Elektroakustyczne sprzężenia i akustyczne śmieciowisko. Jakbyśmy słyszeli smyczek, jakbyśmy tonęli w obłokach gęstego szumu. Z jednej strony żywe struny basu, z drugiej mała, elektroniczna plądrofonia.

Czwarta opowieść dostarcza kolejnych niezapomnianych wrażeń. Z jednej strony dość oniryczna aura, z drugiej sporo hałaśliwych fraz, pomimo aktywnej postawy dość delikatnego oboju. Muzycy stawiają tu na dłuższe, bardziej wystudiowane narracje. W kolejnej historii część instrumentów piszczy, część szuka swej perkusjonalnej powłoki. Improwizacja powraca do rwanych, zdekonstruowanych struktur. Świetne chwile zapewnia nam obój, choć towarzysząca mu chmura elektroniki nie jest do nas przyjaźnie nastawiona. W szóstej opowieści znów dłuższe, chwilami wręcz ambientowe frazy. Trochę tajemniczych dźwięków i obój, który karze na siebie długo czekać. Bas nieustannie mąci flow, a niegłupia elektronika zaczyna się eskalować. Na drobny szczyt wspina się także akordeon. Końcowa improwizacja, to subtelne drobny i dogasające promyczki narracji. Słyszymy dźwięki kontrabasu, ale może nam się tylko wydaje, albowiem pomruk elektronarzędzi czyni krecią robotę.

 


Jean Derome  Rose Drummond

Coopérative de solidarité Paradis de Rimouski, Quebec, 22-26 czerwca 2021 roku: Jean Derome – głos, saksofon altowy, obiekty, przestarzała trąbka basowa, syntezator, automatyczna sekretarka, kompozycje, Joane Hétu – saksofon altowy, głos i obiekty, Alexandre Robichaud – trąbka, głos i obiekty, Robin Servant – akordeon, głos i obiekty, Tom Jacques – wibrafon, instrumenty perkusyjne i głos, Robert Bastien – gitara elektryczna, obiekty i głos, Éric Normand – bas elektryczny, tenorowe banjo i głos oraz Michel F Côté – perkusja, głos i efekty. Piętnaście utworów, blisko godzina zegarowa muzyki.

Na albumie stanowiącym żywy hołd dla wielkiej kanadyjskiej artystki Rose Drummond znajdujemy kolekcję gotowych i absurdalnych piosenek, które powstały w trakcie całej muzycznej kariery Jeana Derome'a. W składzie zaś oktetu kolejnych muzyków naszej ulubionej orkiestry zza wielkiej wody. Płyta jest naprawdę piosenkowa, rubaszna, trochę slapstickowa, z pewnością mogłaby stanowić soundtrack do francuskiego, nieco surrealistycznego kina, jakie znamy choćby z drugiej połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wszakże opowieść nie pozbawiona jest elementów, które na tych łamach szczególnie kochamy, czyli improwizacji i plejad dziwnych, zniekształconych dźwięków.

Pierwsza odsłona albumu, to leniwe frazy gitary, kabaretowy tekst recytowany po angielsku, któremu towarzyszy śpiew … po francusku i całe mnóstwo rubasznych dźwięków. Utwór dostaje operetkowy rytm na dwa i możemy śmiało ruszyć do tańca. Kolejny zdaje się być repryzą początku, tworzoną wyłącznie przy użyciu zabawek dźwiękowych. Trzecia piosenka także ma rytm, jest bogato instrumentalizowana, pachnie pokrętnym szaleństwem godnym Johna Zorna i szczyptą surrealizmu. Świetnie nabiera tempa i stymuluje emocje. Czwarta część, to walczyk budowany akordeonem i słownymi wyliczankami, zaś piąty to zabawy fonetyczne samymi głosami. W kolejnych utworach prym wiodą saksofony, wibrafon i akordeon – wszystko zaś zdobione jest tu wokalnymi popisami, niczym z konkursów piosenki autorskiej.

W ósmej części znów prym wokalu, a tło dętych jedynie w roli ornamentu. Kolejna część zdaje się być dobrze ułożoną piosenką z drive’em godnym nowojorskich the B-52’s sprzed czterdziestu lat. Ostra zabawa! W kolejnych częściach dużo akcentów percussion, pijana gitara i śpiewy przy rozlanym piwie. Nowe zabawki w akcji i dużo kabaretu na dalszym planie. Ostatnie trzy piosenki do tego tygla emocji i nadprodukcji pomysłów dramaturgicznych dodają jeszcze dużo dynamiki, mocy gitar i niemal wodewilowego rozmachu. Znów czujemy się jak w operetce, gdzie piękne kobiety tańczą widowiskowego kankana. Dla poszukujących silniejszych wrażeń kilka udanych wypadów wokalnych i saksofonowe improwizacje!