Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Mełech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Mełech. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2024

Warsaw Improvisers Orchestra worked Three Days!


Ostatnia dekada na krajowej scenie muzyki kreatywnej przyniosła prawdziwy wysyp improwizujących orkiestr, które zgodnie z szykanami tradycji przyjmowały nazwę miasta swojej rezydencji. Wszystko zaczęło się w Warszawie i Krakowie, potem był Poznań, Wrocław, Gdynia, Toruń i pewnie gdzieś jeszcze, gdzie oko Trybuny nie sięga, albo pamięć Pana Redaktora zawodzi.

Los tych przewspaniałych inicjatyw jest dalece różny. Niektóre działają niemal regularnie od chwili swojego powstania (Warszawa), inne bardziej incydentalnie (Kraków, Toruń, Gdynia), jeszcze inne trzeba już chyba zapisać do historii zjawiska (Poznań). Wszystkie one wszakże mają jedną wspólną cechę. Polska kultura, kultura miast, których nazwy mieszczą się godnie się w tytule każdej z orkiestr nie były skłonne wydać choćby złotówki na wsparcie ich działalności (jeśli o czymś nie wiemy, chętnie zamieścimy sprostowanie). Jedynie determinacja samych artystów i związanych z nimi amatorów-zapaleńców powoduje, iż kilka z tych orkiestr śmiało można jeszcze okadzić określeniem aktywna artystycznie.

Dziesięciolecie minęło w mgnieniu oka, a rzeczone Orkiestry mają w dorobku ledwie cztery krążki na fizycznych nośnikach*). Dekada poprzednia dała nam debiut Warszawy i Krakowa, obecna debiut Torunia oraz – dokładnie kilka tygodni temu - drugą pozycję w dyskografii Warsaw Improvisers Orchestra **). Zacne, trzypłytowe dzieło studyjne, to wspaniała okoliczność. Zauważmy wszakże, że nagrania czekały na edycję całe siedem lat, a zostały ostatecznie wydane przez … samych muzyków. London Improvisers Orchestra nigdy nie miała lekko, ale jej życie zdaje się być, w kontekście przykładu polskiego, definitywnie usłane różami.

Dość wszakże utyskiwań, z radością sięgamy po Trzy dni – album z każdego punktu widzenia wyśmienity. Tę ryzykowną tezę będziemy za moment uzasadniali konkretnymi przykładami dźwiękowymi. Zapraszamy na prawdziwą ucztę kolektywnie kreowanej muzyki improwizowanej!




W nagraniu albumu uczestniczyło 37 artystów, członków WIO oraz 9-osobowy chór. Na trzech płytach (każdy dokumentuje jeden dzień sesji nagraniowej) zamieszczono dwadzieścia jeden improwizacji. Nic nie wiemy o stopniu ich ewentualnej predefinicji, nie znamy też muzyków odpowiedzialnych za wykonanie danego epizodu. Niewątpliwie część utworów grana jest rozbudowanym składem, część powstała w tzw. podgrupach. Pośród nagrań dominują krótkie formy - większość trwa po kilka minut, ledwie jeden sięga jedenastu, z kolei finałowa ekspozycja, to prawie dwadzieścia minut. Po szczegóły instrumentacji zapraszamy do albumowego credits. Dodajmy jedynie, iż ta gigantyczna armia improwizatorów pracowała pod czujnym okiem dyrygenta i ojca założyciela WIO, czyli Raya Dickaty’ego, angielskiego saksofonisty, osiadłego w Warszawie wiele lat temu.

 

Dzień pierwszy, 50:25

Mistrzami ceremonii otwarcia są kontrabasiści! Budują nerwowe drony odbywając urokliwą podróż od mrocznego post-baroku ku rozedrganej współczesności. Chwile potem, już w drugiej odsłonie dnia pierwszego, pojawia się delikatna, dalece kameralna melodia kreowana przez wiolonczelę i flet. Pozorny ład frontu dyskredytuje rozemocjonowany, coraz gęstszy background orkiestry. Opowieść nabiera rumieńców, gdy do gry wkracza kontrabas z post-jazzowym pizzicato. Na etapie rozwinięcia pojawiają się wielowątkowe strumienie wokalne, które rozbudowują spektrum improwizacji, wspierając się na podobnie frazującej czeredzie instrumentów dętych.

Kolejne dwie opowieści bazują na brzmieniu gitar elektrycznych. Początkowo mglisty, potem dalece spokojny, gitarowy summit w estetyce jazzowego fussion ciekawie bogacony jest szmerem instrumentów perkusyjnych. W czwartej części szyk rytmiczny formuje się tu wokół kontrabasowego groove, wspartego na masywnych perkusjach. Gitary swobodnie uciekają tu w bezmiar post-rockowego frazowania. Flow barwią tajemnicze dźwięki wprost z ludzkich gardeł, a potem silna, definitywnie free jazzowa frakcja dętych.

Piąta odsłona tłumi emocje, a swe życie rozpoczyna w mrocznej ciszy. Nad wyraz pieczołowicie budowana ekspozycja lepi się z rezonujących talerzy, rozedrganych strun, szerokiego wachlarza głosowych incydentów – szmerów, szeptów, kocich lamentów, wreszcie trębackich preparacji. Całość szyta wewnętrznym nerwem rozlewa się coraz szerszym korytem. W szóstej części powracamy do estetyki czwartego utworu – gitarowy zgiełk rocka, basowo-perkusyjny groove, wreszcie deszcz saksofonowych, free jazzowych wyziewów. Pierwszy dzień ciężkiej pracy uroczą klamrą spinają kontrabasy, które powracają w końcowej opowieści. Do koszyczka wspaniałości dorzuca też wiolonczela. Frazy grane naprzemiennie arco i pizzicato płyną od głębokiej krypty po rozgwieżdżone niebo. Wszystko zdaje się tu śpiewać, ale też zgrzytać zębami. W fazie finałowej strunowe melodie szybują naprawdę wysoko – można odnieść wrażenie, że pod ich strumień podłączają się żywe glosy.

 

Dzień drugi, 44:59

Pierwsze dwa epizody drugiego dnia kreowane są rozbudowanym instrumentarium. Początek, to drobna zabawa w dźwięki o nieznanym do końca źródle pochodzenia. Pracuje syntezator, to on jest sprawcą tego małego festiwalu fake sounds! Mroczna, ale odrobinę oniryczna aura jest tu także efektem działań na akcesoriach perkusjonalnych oraz efektownie rozbudowujących się fraz preparowanych prosto z gardeł wokalistów i wokalistek. Narracja systematycznie pęcznieje mocą frakcji dętych, gitar i kolejnego głosu, który tym razem zdaje się nucić jakąś linearną opowieść. Dodatkowej porcji wrażeń dodaje bas, dzięki czemu finał nagrania skrzy się niemal rockową intensywnością. Kolejna opowieść od startu szyta jest na bazie gęsto pracującej sekcji rytmu i dętych, dość melodyjnych zaśpiewów. Intrygująco kształtują się frazy preparowane, które sączą się tuż obok aktywnie pracującej perkusji. Opowieść faluje niczym wzburzony ocean.

Kolejne pięć utworów jest umiarkowanie krótkich i wydaje się być performowane mniejszymi składami. Najpierw perkusjonalny ceremoniał, bogacony szumem z dętych tub i modlitwą kobiecych głosów. Po czasie flow barwią także blaszane preparacje oraz kobiecy, rozśpiewany głos. Epizod czwarty sprawia wrażenie kontynuacji. Znów blaszane oddechy płyną do pary z wokalem. Wszystko szyte jest melodią smutku, wspierane akcjami perkusjonalnymi na dalszym planie. Piąta odsłona jest bodaj najkrótszym odcinkiem trzypłytowego zestawu – basowy groove, saksofonowe okrzyki i całkiem dynamiczna, na poły taneczna narracja. W szóstej części emocje zastygają pod urokiem strwożonych strun i głosów, a także dętych westchnień. Wszystko lepi się tu w nerwowe post-chamber, które nabiera z czasem niemal folkowej śpiewności. W odsłonie siódmej powracamy do basowego groove i dętych ekspresji. Pod ów strumień dynamiki podłącza się także głos i pozostaje w estetyce tych, którzy ów trip zainicjowali. Finał siódemki uroczo grzęźnie w mroku niedopowiedzenia.

W ostatnich dwóch utworach dnia drugiego, do armii wokalistek i wokalistów orkiestry dołącza dziewięcioosobowy chór. Pierwsza część definitywnie wspaniałego dyptyku budowana jest niemal wyłącznie głosami. Najpierw kobiece, post-gregoriańskie chorały, potem szept i recytacja, wreszcie kontrapunktujący głos męski. W międzyczasie w tle narasta wokalny dron chóru, który płynie gęstą, ale bardzo jednorodną strugą. Pasma głosowe układają się warstwa na warstwie. Całość pachnie muzyką dawną przeniesioną wbrew woli twórców w czasy nieszczęśliwie współczesne. Pod koniec tej szalonej ekspozycji mamy wrażenie, że wokalne akcje wspierane są dźwiękami instrumentów strunowych. Ostatnia improwizacja na starcie kontynuuje wątek poprzedniczki. Ale potem dzieją się już tylko rzeczy niesamowite! W gęste, wokalne strumienie wkleja się niespodziewanie perkusja, a zaraz po niej dęciaki, które najpierw płyną wraz z chóralnym wielogłosem, a potem przejmują flow i czynią post-kameralne spustoszenie. Akcja jednak staje w miejscu! Po chwili pulsującej ciszy powraca na poły recytujący głos, a flow zaczynają kreować gitary, wybudzona sekcja rytmu i kolejne smugi dętych fonii. Finał także zaskakuje – ulepiony z saksofonów i wielogłosu skrzep nabiera niemal freejazzowej mocy!

 

Dzień trzeci, 40:18

Dzień ostatni orkiestrowych zmagań przynosi cztery zwarte w czasie i przestrzeni improwizacje oraz wielki finał, który wypełnia niemal połowę kompaktowego krążka. Pierwsze z opowiadań lepi się z błyskotliwych strunowych fraz, post-barokowego brudu i mglistych perkusjonalii na dalekim tle. Z czasem flow formuje się w intrygujące, na poły dynamiczne zwarcia w estetyce drum’n’bass. Druga opowieść ucieka w mroczny taniec budowany basem, blaszakami i kolejną porcją kobiecego wokalu, tym razem w formie rytmicznego scatu. Tuż potem powraca basowy groove, dołącza zwinny drumming i rozśpiewane głosy, które cudownie lepią się ze strugą saksofonowych oddechów. Czwartą odsłonę po raz wtóry otwiera perkusja, ale w roli głównej występują kobiece głosy (który to już raz!), śpiewające operowym tembrem. Melodia smutna, niemal żałobna, zostaje efektownie skontrapunktowana dęciakami, których wspomaga kontrabas w trybie pizzicato. Opowieść rozkwita wprost w objęcia post-jazzu.

Finałową ekspozycję inicjuje kontrabas trzymający tryb poprzedniego utworu i rozochocone perkusje. Na tej bazie swoje free jazzowe rozmowy rozpoczynają instrumenty dęte. Niesione korpulentną dynamiką sekcji napotykają na zgraję wokalistek (czy ktoś tu przypadkiem nie kradnie komuś show?). Tym ostatnim definitywnie jest po drodze z tą szaloną załogą. Opowieść nabiera mocy i adekwatnej taneczności, także dzięki kolektywnym pokrzykiwaniom. Tuż przed upływem dziesiątej minuty narracja efektownie gaśnie, wprost w ciszę porannego lasu i rodzących się leniwe gitarowych fraz. Melodie ze strun, gardeł i dętych tub inicjują nowy, niemal folk-rockowy wątek. Otrzeźwiająca kołysanka w rytmie gitar i bassoona mogłaby tu trwać w nieskończoność, gdyby nie inicjatywa kontrabasu, który w mgnieniu oka podrywa orkiestrę do finałowego lotu. Kompulsywny, rockowy drive niesie wszystkich ku wiecznej i jakże głośnej szczęśliwości. Ekspresja tryska ze wszystkich źródeł, zgodnie z tytułem tej opowieści – psychodelic groove machine!

 

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni (Bandcamp’ self-released, 3CD 2024). Nagrane w Studio S4/6, Warszawa, 26-28 marca 2017. Dwadzieścia jeden utworów, łącznie 136 minut.

Warsaw Improvisers Orchestra: Ray Dickaty – dyrygent, Albert Stenson – kornet, Antoni Beksiak – elektronika, głos, Antonina Nowacka – głos, Bartosz Tkacz – saksofon tenorowy, flet, Daria Wolicka – flet, Dominik Dodos Mokrzewski – perkusja, Gosia Zagajewska – głos, Hania Piosik – głos, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas, fx, Jakub Buchner – gitara elektryczna, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, John Cornell – wiolonczela, Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Ksawery Wójciński – kontrabas, Łukasz Kacperczyk – syntezator analogowy, Maciej Rodakowski – saksofon tenorowy, Maciej Szwarc – gitara elektryczna, Marcin Gokieli – głos, Michał Fetler – saksofon barytonowy, Michał Kasperek – perkusja, Mikołaj Poncyljusz – gitara elektryczna, Nastazja Babska – saksofon tenorowy, Natan Kryszk – saksofon barytonowy, Olgierd Dokalski – trąbka, Paweł Szpura – perkusja, Piotr Dąbrowski – instrumenty perkusyjne, Piotr Mełech – klarnety, Rafał Dedyński – perkusja, Sabah Al Ani – saksofon altowy, Stanisław Welbel – saksofon altowy, Teo Olter – perkusja, Vitali Appow – bassoon, Wojtek Kurek – perkusja, elektronika, Wojtek Traczyk – kontrabas, Wojtek Więckowski – gitara elektryczna.

The Sound in Space Choir: Bea Rutkowska, Yu Koyanagi, Gosia Wrzosek, Peter Podworski, Basia Herman, Magda Derrien, Krzysztof Magura, Ali Eshqi, Weronika Los.

 

*) Gdynia Improvisers Orchestra wydała album dostępny jedynie w digitalu

**) Warsaw Improvisers Orchestra ma kilka innych wydawnictw, ale tylko w digitalu – m.in. wspaniały występ na Festiwalu Ad Libitum 2016 z gościnnym udziałem Phila Mintona



piątek, 14 maja 2021

Sambar! Szpety! Kurek & Doskocz! Kurek alone! Wieża Ciśnień! Stara Rzeka & Takara! Abyss! Wolne Pokoje! The May Round-up only in polish!


Majowa zbiorówka recenzji świeżych i bardzo świeżych płyt tym razem wyłącznie po polsku! Osiem albumów na srebrnych dyskach, plastikowych kasetach i niezniszczalnych plikach! Co-kto-lubi także w wymiarze gatunkowym!

Zaczniemy od impro bitwy dwóch saksofonów barytonowych, nastawionych wszakże do świata niezwykle pokojowo. Zaraz potem mała epopeja dźwiękowa pod nazwą Wojtek Kurek, życie i twórczość – Szpety w trio, duet z Pawłem Doskoczem, solo osobiste, a potem mocny akcent, także solowy, na kolejnej edycji składanki Wieży Ciśnień! Kolejny nasz krok będzie bardziej rockowy, krwiście psychodeliczny, a wespół ze Starą Rzeką zabębni jedyny muzyk obcojęzyczny na dzisiejszej plejliście! Na finał zaś Abyss i Wolne Pokoje - pierwsze to trio, drugie, wbrew liczbie mnogiej, to inicjatywa solowa!

Zapraszamy do odczytu, odsłuchu, a potem koniecznie na zakupy, nie tylko w trakcie wolnego piątku na bandcampie!

 


Sambar  Pierwotniak Pantofelek (Antenna Non Grata, CD 2021)

Krakowskie spotkanie (data nieznana) dwóch saksofonów barytonowych: pierwszy w rękach i ustach Pauliny Owczarek, drugi - Tomasza Gadeckiego. Na CD odnajdujemy pięć bardzo swobodnych improwizacji, które trwają łącznie blisko 41 minut.

Zderzenie dwóch masywnych dęciaków oglądamy co prawda pod mikroskopem, ale słuchamy już w dowolnej formie, choćby wprost z odtwarzacza CD za pomocą głośników, tudzież słuchawek. Raczej nie zalecamy odbioru plików z urządzeń, które nie gwarantują odpowiedniej jakości dźwięku. Od razu zaznaczmy, iż Pani z Krakowa i Pan z Gdańska nie proponują nam nadmiernie skomplikowanej podróży, nie topią nas w meandrach wydumanej sonorystyki, raczej unikają eksperymentowania, a bardziej skupiają się na brzmieniu i możliwościach, tudzież technikach wydobywania dźwięku z dużego saksofonu. Zatem jeśli interesują nas niuanse brzmieniowe, to odbiór audiofilski (czytaj: nie dla głuchych) zda się w tym wypadku bardzo pomocny.

Zgodnie z zapisami preambuły niniejszej recenzji muzycy przygotowali dla nas pięć swobodnych improwizacji, z których trzy, to długie, kilkunastominutowe epopeje dętych incydentów, dwie zaś, to drobne miniatury, swoiste encores, trwające nie więcej niż sto sekund. Skupmy się zatem na nieparzystych, rozciągniętych w czasie improwizacjach. Pierwszą otwiera rytmiczna praca pustych dysz, która przypomina dźwięk … metronomu. Drugi baryton efektownie wypuszcza strumienie ciepłego powietrza i zaprasza do zabawy. Muzycy rozkręcają narrację, ale donikąd się nie śpieszą. Dwa leniwe strusie na porannej przechadzce, które nie muszą preparować dźwięku, ani go nadmiernie eskalować, by wzbudzić emocje i przykuć uwagę słuchacza. W trzeciej części pojawiają się dłuższe frazy, a improwizacja błyskotliwie przekształca się z ckliwej ballady, pełnej pisku mew i innych ptasich zalotów, najpierw w mroczną przypowieść o złych duchach, potem zaś w przeciągle post-jazzowe narracje nasycone kameralną zadumą. Zdecydowanie najciekawiej dzieje się w trakcie ostatniej improwizacji. Tym razem muzycy postanawiają delikatnie poeksperymentować. Prychają, burczą, rysują kanty, ślą frazy pełne tłumionej ekspresji. Strzępy melodii, mikro preparacje i gardłotoki - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na zakończenie oba barytony rzewnie śpiewają smutną piosenkę na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. A ostatnie dźwięki znów przypominają bicie metronomu.

 


Szpety  Szpety (Antenna Non Grata, CD 2021)

Głosów użyczą nam Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska, a za całą resztę (perkusja, elektronika, post-produkcja) odpowiadać będzie Wojtek Kurek. Spotkanie tych trojga miało miejsce we wrześniu 2019 roku w Koninie, w lokalnym centrum kultury o intrygującej nazwie Wieża Ciśnień. Muzycy przygotowali dla nas sześć utworów - dobrze zaplanowanych i precyzyjnie zrealizowanych improwizacji, które trwają łącznie 34 minuty z sekundami.

Zapraszamy na odsłuch urokliwego, niebanalnego soundtracku do baśni o złych księżniczkach! Dźwięk mamy podany na dysku, obrazu niech dostarczy nam wyobraźnia. Zaczynamy od onirycznych śpiewów po-klasztornych - ambient nieistniejącej jeszcze perkusji, rozbłyskujący matowymi plamami i zagubione, kobiece głosy w trakcie poranka wieńczącego trudną noc. Druga historia niczym bajka z mchu i paproci – dwa muchomorki opowiadają dziwną historię, która nie ma jednak dobrego zakończenia. Rozmyte na kablach perkusjonalia dopełniają grozy sytuacji i aprecjują całość przekazu dźwiękowego. Kolejny epizod płynie do nas z samego środka średniowiecza, a może i śródziemia. Jeden głos kona, drugi śpiewa, a stopa perkusji wzywa na obrządek śmierci. Po nabraniu dynamiki za pomocą ambientowego drummingu, całość zaczyna przypominać chór dzikich czarownic w drodze na sabat, trochę spóźnionych i przeto jeszcze bardziej zatrwożonych.

Czwartą opowieść tworzą męsko brzmiące głosy w języku południowej azjo-fryki. Analogowe bębnienie na szmatach buduje emocje i daje dystans wokalistkom – te krzyczą, jak wyzwolone z jarzma klatki, dorodne kwoki. Piąta część zdaje się być tu kluczowa, z pewnością budzi największe emocje. Opętańczy rytm perkusji, który lepi się w post-elektroniczny loop, rosnąca dynamika i głosy, którą rodzą się z gęstego ambientu. Galop po prerii z posmakiem psychodelicznego etno, post-electro dance z wiedźmami nafaszerowanymi opiatami.  Wreszcie finał tego filmu filuternej grozy – śpiewy o zmierzchu, trochę post-barokowe, odrobinę pre-romantyczne. Wszystko tu się jednak pętli i dramatycznie zagęszcza. Elektryczny drumming, gorące powietrze z generatorów mocy, krzyki i drżące dzwony. Czujesz już zapach napalmu o poranku? Czy to już naprawdę koniec, Mój Przyjacielu?

 


Paweł Doskocz/ Wojtek Kurek  NPM (Czaszka, Kaseta 2021)

Wojtek Kurek, tym razem wyposażony jedynie w żywą perkusję, zostaje z nami, a do otwartych przestrzeni Beskidu Małego dopraszamy Pawła Doskocza i jego ochoczo nastawioną do wszelkich aktywności gitarę elektryczną. Latem roku 2019 Panowie sobie swobodnie poimprowizowali, a efekty ich kreatywnej zabawy w niebanalne dźwięki możemy posłuchać na kasecie, na której pomieściło się dziewięć utworów, trwających łącznie około 42 minut.

Kurek i Doskocz osadzili swoją luźną, bezpretensjonalną improwizację nie tylko w pięknych okolicznościach przyrody, ale także w niekończącej się, ponadgatunkowej studni skojarzeń i tropów narracyjnych, w której na każde zagranie jest przyzwolenie, ale też każda wymoszczona fraza zdaje się mieć swój sens i miejsce w szeregu zdarzeń fonicznych. W grze gitarzysty wnikliwy szperacz rockowej historii doszukać się może wielu post-rockowych grepsów, a także brzmień godnych wczesnych, jakże niekomercyjnych dokonań R.E.M i Sonic Youth. Czasami czuć tu posmakiem americany, zmutowanej wyobraźnią muzyka (w spokojniejszych, niemal drobiazgowych improwizacjach), tudzież czerstwego, jakże prawdziwego post-bluesa (to czujemy na sam koniec płyty). Duża swoboda, artystyczna bezczelność i kompulsywny stosunek do oczekiwań odbiorcy budują album rozważny, bystry i nieukierunkowany na stawianie improwizacyjnych zasieków. Praca perkusisty doskonale lepi się na całym albumie z pomysłami gitarzysty. Kurek, to stylowy post-akompaniator i jeszcze dosadniejszy kreator, jak choćby w drugiej piosence, która epatuje prawdziwie punkowym wykopem. Czasami muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli zagrać skoczne frazy na cygańskim weselu (patrz: ósma część), ale do podjęcia tego wyzwania brakuje im imperatywu wewnętrznego. Mają bowiem swoje cele i w poczuciu dobrze spełnianego obowiązku świetnie je realizują.

Zdecydowanie najsmakowitszym mięsem tej dźwiękowej mikstury są dwie najdłuższe improwizacje. To właśnie czwarta improwizacja pachnie najpełniej wczesnym, garażowym brzmieniem Sonic Youth. Wyswobodzona psychodelia gitary, post-rockowy drumming - wszystko leje się tu leniwie przez ręce niczym wystudzony napalm, ale jakby mimochodem przepoczwarza się w strumień post-ambientowej modlitwy, która po wielu minutach narracji staje się uroczą mantrą indie-rocka. Z kolei ostatnia improwizacja, tkana z niemal filigranowych, lekkich fraz, z czasem przebiera postać opowieści pod tytułem Wszystko, co chcieliście o nas wiedzieć, ale nie zdążyliście zapytać. Zachód słońca, lekki wiatr od oceanu i gigantyczna moc post-rockowej repryzy, która jednocześnie buduje emocje i koi do snu, pełnego kwasowych imaginacji.

 


Wojtek Kurek  Buoyancy (Pawlacz Perski, Kaseta 2021) *)

Umiejętność stylowego łączenia dźwięków akustycznych i syntetycznych w procesie improwizacji nie jest przywarą, którą muzycy wysysają z mlekiem matki. Baa, nawet pobieżna analiza przypadków wskazuje, iż umiejętność ta występuje w przyrodzie niezwykle rzadko.

Warszawski perkusista Wojtek Kurek, nie tylko dostarcza nam fantastycznych nagrań w duetach i triach, świetnie potrafi wkomponowywać się w zdradliwe składy ad hoc, podsuwane mu przez organizatorów spontanicznych festiwalach dziwnej muzyki, ale nagrywa także solowe płyty, którymi zadaje kłam teorii, iż nie da się udanie łączyć żywego i martwego dźwięku w procesie improwizacji. Dodatkowo, na płycie Buoyancy (brak danych o miejscu i czasie powstania nagrania; siedem części, około 30 minut) pokazuje także, iż jest zręcznym konstruktorem urządzeń generujących elektroakustyczne frazy. Na rzeczonym bowiem nagraniu ... wyczarowuje dźwięki przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym (cytuję za stroną wydawcy).

Partnerem Wojtka w utworze otwarcia zdaje się być metronom, który regularnym stuk-puk daje życie post-akustycznej improwizacji. Tło rodzi się tu systematycznie z każdym jego uderzeniem, jakby z kropli wody, z dygoczącej wilgoci dekonstruowanych fraz. Na tym tle budowany jest drumming, który niesie za sobą smugę pogłosu. W kolejnym epizodzie hydrauliczne konotacje znów dają znać o sobie. Słyszymy perkusję, która brzmi jak zanurzony w wodzie kontrabas. Lepka ciecz wokół niego kreuje urokliwy ambient. Z kolei w części czwartej muzyk umieszcza na werblu przedmioty i daje im nowe życie, tuż po śmierci ich akustycznego wymiaru. Rezonans, szum, oddychające ciało muzyka, a na finał dark ambient budowany dźwiękami talerzy i miseczek. Zaraz potem, w wyjątkowo krótkim interludium, perkusjonalne świecidełka płyną wilgotnym strumieniem repetycji. Wreszcie kluczowa, dziewięciominutowa epopeja! Drummingowy trans, który rodzi się w strugach szorstkiego ambientu, w tajemniczych okolicznościach elektroakustyki. Z morza falującej syntetyki wyłania się rytualne bębnienie, taniec, który zdaje się nie mieć końca. Na finał zupełny słyszymy dzwon pokutny, który wybija ostatnią godzinę, zanurza nas w mroku, nie dając nadziei na wybudzenie.

 


V/A WC VI RST (Centrum Kultury i Sztuki Konin, 2CD 2020)

Powróćmy do Konina i przybytku kultury zwanego Wieża Ciśnień, która bywa także edytorem muzyki, a dokładnie serii ekskluzywnych składanek. Zatrzymajmy się na chwilę przy ostatnim wydawnictwie WC, które na dwóch dyskach eksploruje niezbadane terytoria krajowej muzyki elektronicznej lub/i improwizowanej. Strona alfa zawiera wyłącznie muzykę elektroniczną, na ogół pozbawioną akcentów impro, zatem mniej nas interesującą. Co innego strona beta – tu czeka na nas osiem solowych, improwizowanych ekspozycji, przygotowanych wyłącznie na potrzeby tego wydawnictwa, a zatem takich, których nie usłyszycie gdzie indziej. To właśnie tu ponownie spotkać się możemy z Wojtkiem Kurkiem, a także Pawłem Doskoczem. Rzućmy zatem okiem i uchem na zawartość drugiego dysku szóstej edycji Wieży Ciśnień. Dodajmy, iż miejsca i momenty powstania nagrań nie są na płycie wyszczególnione, co zupełnie nie przeszkadza w ich właściwym odbiorze.

Zaczynamy od dwóch solowych występów perkusistów, dodajmy dość się od siebie różniących. Wojtek Kurek stawia na dźwięk lejącej się wody i skrupulatnie budowaną dramaturgię deep drummingu, stylowo inkrustowanego nienachalną elektroniką - opowieść niepozbawioną akcentów preparowania dźwięku aż do poziomu hałasu. Z kolei Adam Gołębiewski stawia wyłącznie na akustykę i preparowanie (czytaj: niszczenie) glazury werbla różnymi przedmiotami. Całość smakuje post-industrialnie, balansuje na granicy hałasu, czasami ją przekraczając. Muzyk świetnie panuje nad dramaturgią, zdaje się, że chwilami kontroluje kilka wątków narracji jednocześnie. Po takich drum’s wars czas na ukojenie – Gosia Zagajewska wokalnie (patrz: Szpety!) i Ksawery Wójciński na kontrabasie, ale nie bez udziału głosu własnego. Artyści zaczynają w klimacie starocerkiewnym, po czym łapią posmak zabrudzonego etno, nie bez post-barokowych emocji i zmyślnie odbywają pokutną drogą od sacrum do profanum. W kolejnej części Piotr Mełech improwizuje w zasadzie wyłącznie przy użyciu akcesoriów elektronicznych, ale istnieje przypuszczenie, iż na wejściu do procesu dekonstruowania dźwięków pojawia się także żywy klarnet basowy.

Za część piątą odpowiada Łukasz Kacperczyk i jego syntezator analogowy. Syntetic attack over europe, parafrazując klasyków - coś dla wielbicieli braku subtelności brzmieniowych. Ciekawiej jest jednak zaraz potem, gdy dostajemy pakiet elektroakustycznych eksploracji podmiotu wykonawczego Dj Nasłuchujący Mohikanin. Mieszanka post-industrialnych dźwięków zdaje się lepić elementy składowe wyjątkowo zgrabnie i z poczuciem smaku. Nieprzegadana akcja z dobrymi repetycjami i dubowym echem. Docieramy wreszcie do Pawła Doskocza i jego brudnej, dronującej gitary. Muzyk zaprasza nas na wielominutową podróż pod bezdrożach ambientowego post-metalu. Flow jego opowieści przypomina nieszczelną butlę z siarkowodorem. Można zginąć, ale przedtem nafaszerować się zdrowymi emocjami ciemnych odmian rocka. Na zakończenie składanki formacja Blimp, która w ekspozycji beaten jazz zachęca nas do muzykowania, które początkowo pachnie stylizowanym na jazz post-rockiem, potem zyskuje jednak na intensywności i udanie otwiera wrota niemal free jazzowej improwizacji.

 


Stara Rzeka & Mauricio Takara  Live at CCSP (Brutality Garden, DL 2021)

Po szyldem Starej Rzeki ukrywa się dobrze znany z takich formacji, jak Alameda, czy Innercity Ensemble, gitarzysta Kuba Ziołek. Muzyk doposażony w skromną, niemal kieszonkową elektronikę, dotarł aż do brazylijskiego São Paulo, by nagrać efektowny koncert z perkusistą Mauricio Takarą. Rzecz miało miejsce dość dawno (grudzień 2015), ale – uprzedźmy wypadki – warto było czekać.

Koncert (podany w czterech odsłonach) budzi się do życia w poświacie delikatnej elektroniki, kreowanej przez syntezator i gitarowe przetworniki oraz żywy, ruchliwy, od startu bardzo aktywny drumming. Dźwięk samej gitary wynurza się w po pewnym czasie i dość szybko wpada w ramiona zmysłowej psychodelii. Całość formuje się w bystry groove (jest i basowy flow poniżej kolan), który płynie warto i from time to time nabiera dubowego echa. Druga część koncertu dodaje syntetycznego posmaku całej ekspozycji, która z gęstego strumienia drum’n’bass przepoczwarza się w potok electro’n’bass! Wisienką na torcie zdaje się być, płynąca na backgroundzie, niemal heavymetalowa gitara.

Najciekawiej dzieje się wszakże w najdłuższej, trzeciej części. Wprowadzenie pachnie ambientem i preparowanymi dźwiękami talerzy. Elektronika wgryza się w to odrobinę nachalnie, jak poranny, zbyt ostry płomień słońca. Ziołek mnoży jednak byty i wiele na to wskazuje, iż jest w stanie rysować siedmioma pędzlami po stu płótnach jednocześnie. Takara dba o groove i ekspresję, ale i on nigdzie się nie śpieszy. Oniryczna psychodelia wiąże nogi artystów i tłumi zapędy do dynamizowania narracji. Muzycy posłusznie zagłębiają w otchłani coraz swobodniejszej improwizacji. W tle narasta ambient, ale szyty bardzo nerwowym ściegiem. W ostatniej części koncertu powraca basowy electro groove. Muzycy zdają się reasumować swoje dzisiejsze dokonania i dorzucają kolejne elementy, które poznaliśmy już wcześniej. Tempo rośnie, możemy zatem już śmiało iść w tango, nie myśląc o porannych konsekwencjach! Gitara i perkusja nabierają ciekawej poświaty, pachnącej wręcz afrykańską polirytmią! Gdy wybije odpowiednia godzina, opowieść rozpłynie się w chmurze dark-noisy-psycho-ambientu.

 


Abyss  Water thrown into space (Sound Of Abyss, DL 2020) *)

Woda w kosmosie, to album stworzony przez muzyków, którzy niechybnie po raz pierwszy zagościli w odtwarzaczach redakcji: Maja Laura Jaryczewska - fortepian, syntezator, Szymon Zalewski – bas elektryczny, Artur Paszkowski – perkusja. Efekt improwizowanych sesji (osiem części, niespełna 35 minut), jakie artyści przeprowadzili w czasach jeszcze przez zarazą (jesienią 2019), a także w lockdownowych warunkach roku kolejnego, które, jak pokazuje szereg przykładów, potrafią wpływać niezwykle silnie na kreatywność muzyków, zwłaszcza w obszarze improwizacji.

Abyss, to przykład muzyki, która z jednej strony istotnie łechta podniebienie konesera bystrej muzyki z powabem swobodnej kreacji, z drugiej wciąż stawia pytania i sieje wątpliwości natury czysto artystycznej. To bowiem zwinne połącznie muzyki post-fussion jazzowej (świetny bas, zwinna perkusja!) z niebanalną, nienachalną i naprawdę ciekawą warstwą syntetycznych dźwięków, budowanych przez syntezator, na które w ramach deseru (a może wątku naczelnego?) nakładany jest - jakby na etapie post-produkcji - strumień czystej, dość przewidywalnej kameralnej pianistyki, na ogół szczędzącej nam poważniejszych porcji improwizacji. Efekt chwilami bywa intrygujący, w innych momentach sytuacja dramaturgiczna aż prosi o to, by coś w niej zmienić. Na przykład, choćby jedynie przesunąć akcenty – syntezatorowe wojny światów na pierwszy plan, piano na background. Ale dość tych recenzenckich egzegez - wskażmy najciekawsze wodne przygody trójki młodych, polskich muzyków.

Niemal każdy z utworów zaczyna się udaną basową introdukcją, istotnie współtworzoną przez elektroakustyczne zdobienia, płynące ze strony syntezatora (choćby trzecia, czwarta i siódma część). Niezłą czujnością dramaturgiczną, niemal w każdym przypadku, wykazuje się drummer. Wchodzi zawsze w punkt, zdobi narrację plastrami ciekawych dźwięków, a jak trzeba - dynamizuje akcję. Abyss definitywnie lepiej radzi sobie w dynamicznych pasażach (jak w części piątej), niż w około jazzowych meta spowolnieniach (które na ogół narzuca piano często wchodzące do gry po pewnym czasie). Zdecydowanie najciekawszym utworem na płycie jest część ostatnia i wcale nie szkodzi jej fakt, iż jest najkrótsza. Zaczyna ją echo post-techno, które płynie do nas z nieznanych lądów. Na ów background pięknie wślizguje się bas, a zaraz potem perkusja, która łamie rytm, rwie frazy, sieje zdrowy ferment. Syntetyka dokłada tu warstwę zjawisk quasi plądrofonicznych. Muzycy bystrze brną do przodu, jakby starali się wskazywać sobie drogę na przyszłość. Opowieść gaśnie po dwóch minutach, nim piano zdoła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

 


Wolne Pokoje  Obiekty rozmyte (Plaża Zachodnia, Kaseta 2020) *)

Za dźwięki w formie bliżej niezidentyfikowanych Obiektów Rozmytych, pomieszczonych we wciąż Wolnym Pokojach, nieustannie wolnego Miasta Gdańsk, odpowiada jeden człowiek - Robert Demidziuk (saksofon tenorowy, gitara, bas, ksylofon, syntezator, field recordings, korg wavedrum, acoustic laptop, perkusja, głos; nagrane w Studiu Gdańsk, 2019/20). Krótka, siedmioczęściowa opowieść (niespełna 24 minuty) zdaje się być dość precyzyjnie zaplanowana, raz za razem bywa jednak skutecznie zdobiona zabiegami aranżacyjnymi, noszącymi znamiona improwizacji.

Wymieńmy podstawowe elementy tej nieco szalonej układanki. Morze syntetyki, która ma silny drive i strumienie akustyki, które chwilami płyną głównym nurtem, ale częściej chowają się w mgławicach post-syntetycznego ambientu zdobiącego narracyjny background. Cienie electro, kreowane połamanymi, dekonstruowanymi strukturami rytmicznymi, zderzające się z dźwiękami sfuzzowanego basu i post-metalowym drummingiem, który z minuty na minutę bystrze przyobleka jednak bardziej syntetyczne barwy. Wreszcie zmutowany dźwięk saksofonu, które kreśli pół drony, rysuje pętle i interesująco zdobi ów niekiedy post-plądrofoniczny drum’n’bass.

W drugiej części nagrania, co rusz natrafiamy na dubowe obłoki ciekawych dźwięków, które definitywnie dodają całości uroku. Bywa, że opowieść Roberta brzmi jak stary, dobry Bill Laswell, tu napotykający na gitarowe szaleństwa swojego wieloletniego kompana Bucketheada. Skojarzenie na pozór wydaje się dość karkołomne, gdyż de facto nie słyszymy w nagraniu ani charakterystycznego dołu basu, ani świegoczącej silnym prądem gitary, ale klimat nagrania ewidentnie ma wiele wspólnego z soundem nowojorskiego Downtown z lat 90. ubiegłego stulecia i jego improwizującego post-electro-jazz-rocka. Nagranie wydaje się być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Kierunek ciekawy – osobiście urozmaiciłbym wszakże arsenał dostępnych środków wyrazu.

 

 *) recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże została pierwotnie opublikowana



niedziela, 2 lutego 2020

Mełech, Majewski, Królikowski & Buhl! Kwartet!


Nowości wydawniczych roku … 2019 ciąg dalszy! Zgodnie ze starogrecką maksymą filozoficzną – lepiej późno, niż wcale – zapraszamy na występ pewnego Kwartetu w składzie krajowym!

Wiosna 2018 roku, okoliczności dalece peryferyjne, a na wyimaginowanej scenie czterech muzyków: Piotr Mełech na klarnecie i klarnecie basowym, Jarosław Majewski na kontrabasie, Jacek Buhl na perkusji oraz – już doprawdy … wyimaginowany, gdyż nie uczestniczył we wszystkich nagraniach, w niektórych dogrywał swoje improwizowane partie na etapie post-produkcji - Jakub Królikowski na fortepianie. Krążek nazwany … Kwartet, dostarcza bydgoska inicjatywa wydawnicza Plexus Of Infinity (CD, płyta miała swoją premierę u progu wiosny roku poprzedniego). Dziesięć improwizacji (nazwanych na okładce kompozycjami) potrwa dokładnie 54 minuty i 36 sekund.




Ciche półdźwięki fortepianu i kontrabasu, perkusjonalne zdobienia i równie tłumione emocje w tubie klarnetu – oto fauna i flora dalece swobodnej improwizacji, kreowanej być może w oparciu o pewne predefiniowane struktury. Opowieść budzi się do życia w okolicznościach dużej, otwartej przestrzeni, po części w metaforycznym rozumieniu tego określenia. Bystre, ekologiczne otwarcie, pełne demokratycznego porządku, którego dynamikę buduje precyzyjny drumming. Pieśń kolejna, nieco bardziej dynamiczna, meta taneczna – gęste perkusjonalia, klarnet i jego małe frazy, temperamentny kontrabas. Zwinne podprowadzanie pod epizod trzeci, w którym rozbłyska już kwartet. Otwarcie przypada w udziale perkusji i kontrabasowi, piano wkleja się bezboleśnie, brzmi niczym podrasowany klawesyn. Wszystko zaś szyte jest podskórną dynamiką kontrabasu, który brzmi niczym instrument Johhny’ego Dyani, ciekawie wykorzystując efekt wzmacniania dźwięku akustycznego prądem niewielkiej mocy. Tuż przed upływem drugiej minuty swoją opowieść zaczyna snuć rzewny klarnet. Narrację buduje melodyka i repetycja, a zdobi ją krótkie solo piana, czynione ze wsparciem perkusji. Czas na czwartą historię – suchy klarnet basowy kreśli tu ramy ekspozycji, pomagają mu tomy, traktowane na poły rytmicznie. Z ciszy niepokoju i pokory wyrywa nas kontrabas, który znów dobrze rysuje po twardym. Na finał kilka dźwięków fortepianu.

Klarnet basowy i perkusja, generując niemal wyłącznie preparowane, suche dźwięki zapraszają na scenę smyczek, który w zetknięciu z gryfem kontrabasu także brzmi niezwykle matowo - taki oto jest start piątki. Muzycy ślą krótkie frazy, dobrze na siebie reagują i słuchają w maksymalnym skupieniu, po czym zwinnie łapią dynamikę pod szprychy. Tracą ją równie szybko, popadając w piękną zadumę. Szósta historia wybudza nas z letargu – dynamiczny open jazz z klarnetem na czele. Mełech prowadzi improwizację ku dramaturgicznym rozstajom, czyniąc swą powinność ciekawie zabrudzonym brzmieniem. W tle śpiewa niezwykle zmysłowa sekcja rytmu, znów świetną zmianę daje Majewski, który swoją melodyjną rytmiką przypomina najlepsze momenty z życia i twórczości Williama Parkera. W połowie piątej minucie budzi się fortepian, free jazzowy feniks z popiołów, wykorzystuje chwilę klarnetowej ciszy i buduje piękną mikro opowieść. Po chwili, już na finał, cały kwartet wypełniony tylko dobrymi dźwiękami, bryka swawolnie całą szerokością ulicy.

Początek siódmej części, to właściwy moment na dramaturgiczne spowolnienie – cisza percussion i klarnetu basowego, pojedyncze struny kontrabasu. Znów swobodnie, bez precyzyjnych instrukcji, na bazie rytmu i melodyki kontrabasu, narracja nabiera w usta tanecznego smutku i melancholii, tycząc szlak improwizacji wspomnieniem Dancing with Tears in My Eyes. Ósmą pieśń, ponownie jedynie w trio, buduje kontemplacja klarnetu, nadpobudliwość perkusji i melodia w szprychach kontrabasu (Dyani!). Sekcja rytmu niczym żywe srebro, obok klarnet, który zawsze trafia w punkt, wydając dokładnie tyle fonii, ile wymaga sytuacja sceniczna, przy okazji rozbłyskując niebanalną urodą brzmienia. Na epizod dziewiąty powraca fortepian. Opowieść znów rodzi w chmurze ciszy, tkana małymi frazami, bez pośpiechu, drobiazgowo step by step. Klarnet basowy zaczyna tańczyć, aktywna perkusja i tygrysi bas (ze smykiem) znów niosą go wysokim wzgórzem. Bystre tło czyni piano, uzyskując intrygujący efekt przy użyciu ledwie kilku klawiszy.

Każda historia ma swój koniec. Ta akurat wyjątkowo urokliwy – piano znów brzmi jak klawesyn po paru głębszych, sucha tuba szumi pustynnym piaskiem, kontrabas drży masywnym smykiem, perkusjonalia skwierczą. Klarnet buduje urokliwą, delikatną, acz zadziorną ekspozycję, a w tle towarzyszy mu grad talerzy. Po połowie czwartej minuty wszystkich nas dopada… dwuminutowa cisza. Po niej już tylko skromna coda, grana w trio. Spokój spełnienia i zadośćuczynienia. Światło gaszą kolorowe perkusjonalia i biało-czarny klarnet.



środa, 8 stycznia 2020

Rdza! Favorite Duets! Mózg Injectors! Muzyka Z Mózgu - Reinkarnacja!


Płyta formacji Arhythmic Brain From The Begining To The End, która ukazała się ponad 16 lat temu, jako numer 7 katalogu Muzyka Z Mózgu, zgodnie ze swoim tytułem zakończyła żywot serii wydawniczej, dokumentującej szaloną muzykę, jaka od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego stulecia powstawa ła w Bydgoszczy, w Klubie Mózg.

Wspomniany w tytule płyty koniec nie okazał się jednak wieczny! Trybuna Muzyki Spontanicznej z radością donosi, iż nieoczekiwany ciąg dalszy właśnie nastąpił! Minionej jesieni ukazały się bowiem trzy płyty Muzyki Z Mózgu pod numerami katalogowymi 8, 9 i 10! Radość nasza jest przeto ogromna, stymulowana dodatkowo jakością muzyki tam zawartej. Z ogromną przyjemnościową zaglądamy do środka każdej z nich.

Zaczniemy od 12-osobowej orkiestry, potem pochylimy się nad siedmioma skromnymi duetami persony z pewnością niezwykle ważnej dla historii opisywanego dziś zjawiska, a na koniec zagościmy na płycie sekstetu złożonego z lokalsów i pewnego zacnego gościa ze Zjednoczonego Królestwa. Dodajmy już teraz, że wszystkie płyty dostępne są na nośnikach CD (trzecia z nich również jako LP), a także w plikach – całość na stosownej stronie bandcampa, której adres znajdziecie na końcu tejże epistoły.




Rdza Yass Improvisation

Nagranie powstałe w nocy z 25 na 26 czerwca 2019 roku w sali koncertowej im. Romana Sucheckiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Orkiestra zwie się Rdza, a w jej składzie odnajdujemy następujące imiona i nazwiska: Antonina Nowacka - głos, Mamadou Ba alias GÓO - głos, Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, Ray Dickaty – saksofon sopranowy, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, Maksymilian Gwinciński – flet, dyrygentura, Jakub Królikowski - fortepian, Jarosław Majewski – kontrabas, leader, Sławek Janicki - kontrabas, Dominik Mokrzewski – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jacek Buhl - perkusja, instrumenty perkusyjne. Godzinny występ orkiestry składa się z siedmiu części opatrzonych tytułami. Dodajmy, iż wszystkie kompozycje są dziełem uczestniczących w nagraniach muzyków.

Głosy obojga płci, masywny blok pięciu instrumentów dętych, piano i podwójna sekcja rytmiczna – siła rażenia mazowiecko-kujawskiej efemerydy musi być przeogromna, niezależnie od poziomu rdzy na poszczególnych jej elementach składowych. Spektakl zaczyna damskie … jodłowanie po japońsku. Półtorej minuty wstępu, który stawia nas na nogi i w tym stanie pozostawia do ostatniego dźwięku. Masywna orkiestra wchodzi do gry całym arsenałem środków głosowych i instrumentalnych. Krzyki, rwanie strun kontrabasów i ezoteryczne bębnienie. Piękna, jazgotliwa rozgrzewka przed improwizacyjną bitwą. Imponujący, intensywny, intrygujący balans muzycznym ciałem. Nadęte tempo, bystre skoki w bok klarnetu i saksofonów, free jazz godny swych wielkich korzeni (Roots!). Początek trzeciej opowieści tli się na gryfach kontrabasów. Moc perkusjonalnych błyskotek, dęte zaloty z nagrzewających się tub, pomruk męskiego głosu. Hippisowskie rozchełstanie w oczekiwaniu na rajskie gody! Swobodna improwizacja, która szuka inspiracji poza masywem Uralskim, z europejskiej perspektywy patrząc, uroczo narasta, przypomina wielobarwny kalejdoskop, który płonie od spoglądania w kierunku słońca. Czwarta historia powraca do tempa z tej drugiej – masywny drum’n’bass z pianem w tle. Podwójna moc, która nie bierze jeńców. Dęciaki komentują unisono, jakby miały przed sobą instrukcje graficzne. Po paru chwilach fire music skrzy się na całej scenie, choć saksofony mają jeszcze chłodne lonty. W tym tyglu nieoczywistości świetną ekspozycję serwuje saksofon altowy, tuż po nim fortepian. Bystry galop zostaje zwinnie wyhamowany ptasim śpiewem i burczeniem kontrabasów.

Piąta opowieść – głosy śpiewają, drży klarnet basowy i saksofony uczepione jego stóp. Struny i talerze rozmyślają w skupieniu, mężczyzna mantruje, kobieta kwili jak sroczka. Basy przesuwają po podłodze masy ciężkiego powietrza. Heavy chamber as well! Garść perełek z klawiatury fortepianu ogłasza ciszę przed burzą. Tytułowe Yass Improvisation zabiera nas bowiem w ponad dwudziestominutową podróż po szerokiej dolinie open … jazzu. Basy i perkusje stawiają dynamiczny, masywny flow i będą w nim trwać przez cały czas ekspozycji. Rockowa dynamika i jazzowe improwizacje – najpierw sopran, potem klarnet basowy, fortepian, alt, flet, tenor, kontrabasy i perkusje. Każdy ma tu swoje parę sekund, które w pełni wykorzystuje. W ramach interludiów dęciaki grają komentarz, który brzmi jak zapis kompozycji na pięciolinii. Przewrotnie utwór, który ma improwizację w tytule jawi się, jako ten najsilniej … skomponowany, czy zaaranżowany. Siódma historia, krótkie zwieńczenie spektaklu, który wart jest niejednokrotnego powtórzenia. Preparacje kontrabasu, pomruki klarnetu basowego, od ciszy po nieco głośniejsze inkrustacje. Saksofony prychają, basy drżą, smyki jęczą w oczekiwaniu na odpust zupełny. Opowieść narasta i gaśnie w tempie marsza pogrzebowego. W roli niosącego flagę pokoju, klarnet basowy.




Favorite Duets 

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla Muzyki Z Mózgu artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule Favorite Duets, prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-19 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei, będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonalii. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu (nie bez udziału smyczka) i ekspresyjnych perkusjonalii. Drugi duet z gitarą elektryczną – od startu smyczek, który kaleczy struny i post-elektroniczny pomruk gitary, która szuka sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza we frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. Ostatnie, śpiewne dźwięki odnajdują na gryfach swoich instrumentów. Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann! Ma w usta saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak … tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter! Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać – bystrze tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym. Na finał – żeby nie było! - obaj muzycy pięknie wpadają w rozedrgany emocjonalnie galop. Brawo!

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Japończyk po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki Muzyki Z Mózgu, Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca, świetnie skonstruowany dramaturgicznie, zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.




Mózg Injectors Feat. Fred Frith  Sylvan Trail

Koncert zatytułowany Sylvan Trial miał miejsce w klubie Mózg, w czerwcu 2018 roku. Formacja, która na jego potrzeby nazwała się Mózg Injectors (Artur Maćkowiak – gitara, Łukasz Jędrzejczak – elektronika i głos, Sławek Janicki – kontrabas, Mikołaj Zieliński – gitara basowa oraz Qba Janicki - perkusja, instrumenty perkusyjne) spotyka na scenie wybitnego gitarzystę brytyjskiego, dla wielu legendę rockowej improwizacji, Freda Fritha. Muzyka jest nieprzerwanym, blisko 50-minutowym ciągiem dźwięków.

Szmer oczekiwania, pojedyncze dźwięki wyrwane z kontekstu i czasu, innymi słowy - rozgrzewka małej filharmonii, w oczekiwaniu na spóźnionych widzów. Małe plamy z basu i gitary, szelest perkusjonalii, pre-elektroniczne brzęczenie na kablach. Narracja sekstetu systematycznie narasta i łyka wszystkie napotykane dźwięki – gitary, posadowione na przeciwległych flankach, mantrycznie repetują, dzwonki i misy dźwięcznie tańczą na werblu. Małe preparacje, masywne basy i delikatna elektronika. Improwizowany, post-rockowy tygiel nabiera mocy i niezbędnej elektryczności scenicznej. Żwawa, bystra opowieść, pulsująca rytmem, iskrząca się drobinkami psychodelii, z gitarami w roli głównych wichrzycieli. Duża swoboda, moc kreatywnego pomyślunku, demokracja ludowa ze wskazaniem na lewą gitarą, którą niechybnie dzierży w dłoniach nasz gość specjalny.

W 13 minucie krok gitar w wielobarwny ambient wyznacza nowy wymiar spektaklu. Kilka minut zdaje się wystarczać, by ansambl ponownie zebrał się do drogi ku wysokiej górze. Frith zagłębia się w gęstej strukturze ambientu, zaś reszta załogi rozbłyska urodą kreatywnego szaleństwa, tworząc obszerny strumień dźwięków, pełnych emocji i swobody improwizacji. Perkusjonalny kolektywizm, separatywne gitary i bystre preparacje ostro zakończonym smyczkiem - od hałasu do ciszy, od skupienia do rozwichrzenia. Po 30 minucie narracja wydaje się być nad wyraz stabilna. Gitara Fritha bystrze repetuje, sekcja rytmu i życia grzmi i dudni, a perkusjonalne preparacje, smyczek na gryfie kontrabasu i druga gitara szukająca psychodelii, dopełniają obrazu narracji, która upływa w artystycznym umiarkowaniu. Śmiało można ogłosić stan mrocznego spowolnienia, które być może trwa o kilka minut za długo. Szczęśliwie, w połowie 43 minuty, aktywizujący się drumming, czerstwy ambient prawej gitary i basowe pląsy przenoszą flow opowieści w bardziej dynamiczne stadium. Spirala emocji zostaje nakręcona – psycho dynamic dance till the end! Obie gitary dają do wiwatu, sekcja kręci tłusty groove, głos ludzki wyje z zadowolenia. Improwizacja gaśnie przed upływem 50 minuty, głównie na barkach rozpływających się gitar.


Wspomniany na wstępie adres, niezbędny dla odsłuchu i zakupów.

wtorek, 31 grudnia 2019

50 Reasons To Remember The Year 2019! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2019!


The albums are featured in alphabetic order. Click the link below, to read the review.

Albumy są zaprezentowane w kolejności alfabetycznej. Kliknij w link, by przeczytać recenzję płyty.

Please notice that photo does not contain all featured albums. Zdjęcie nie zawiera okładek wszystkich wyróżnionych płyt.




Agustí Fernández/ Joe Morris/ Charmaine Lee  Magma

Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble  Incerto For Doublebass And Strings

Barry Guy ‘ Blue Shroud Band  Odes And Meditations For Cecil Taylor

Benedict Taylor & Anton Mobin  Close/ Quarters

Biliana Voutchkova/ Ernesto Rodrigues/ Rodrigo Pinheiro  ‎White Bricks And The Wooden Mutes

Bruno Gussoni/ Marcello Magliocci/ Adrian Northover  The Sea Of Frogs

Cement Shoes  Opus Caemenicium

Christine Abdelnour/ Chris Corsano  Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc?

Colin Webster & Vasco Trilla with Michał Dymny  Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Daniel Thomson & Colin Webster  Boskage

Dead Neanderthals  Ghost

Der Finger  Le cinque stagioni 

Dirk Serries/ Benedict Taylor  Puncture Cycle

Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1

Ferran Fages/ Albert Cirera  Aliatge

Ferran Fages/ Vasco Trilla  Gestell

From Wolves To Whales  Dead Leaves Drop

Evan Parker/ Joe Morris The Village

Evan Parker/ Lotte Anker/ Torben Snekkestad  Inferences

Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Concert In Vilnius

GGRiL  Façons

Guillotine  Guillotine 

Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet 

JJ Duerinckx/ John Russell/ Matthieu Safatly  Serpentes

Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch

Kodian Trio III

Liquid Quintet  Bouquet

Low Vertigo (Diego Caicedo, Goncalo Almeida, Vasco Trilla)  Low Vertigo

Mełech/ Mazurkiewicz/ Trilla  Dog/Hum/Brain

Paweł Doskocz & Vasco Trilla  Hajstra

Peter Orins  Happened By Accident

Phicus/ Martin Küchen Sumpflegende

Piotr Mełech & Wojtek Kurek  Split Here

Points (Luís Vicente, Valentin Ceccaldi, Marco Franco, Marcelo dos Reis)  Points

Quartett Non Locality (Sarah Claman, Dominik Strycharski, Zbigniew Chojnacki, Ramon Prats)  Quartett Non Locality

Ramon Prats/ Albert Cirera Duot  Fe

Spinifex  Soufifex

Sture Ericson/ Johannes Nästesjö/ Håkon Berre Ausfahrt Freihalten

The Attic  Summer Bummer

The Void Of Expansion  Governed By Decay

The Fictive Five  Anything Is Possible

Thisquietarmy/ Dirk Serries/ Tom Malmendier  Hell

Tom Chant/ Michał Dymny/ Vasco Trilla  Ban Opticon

Tonus  Ear Duration

Witold Oleszak with Luis Vicente and Vasco Trilla  Live at 1st Spontaneous Music Festival

Witold Oleszak & Roger Turner   Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Yasmine Azaiez  Everyday Things

Yodok III  This Earth We Walk Upon