Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Vasquez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Vasquez. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 grudnia 2023

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Gilded Form! Relaja! Formica! Immerweiter! Kairos! Laves Phase! Panaleåke! LUMP!


Trybuna Muzyki Spontanicznej czyni wiele, by comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych - z jakże szeroko tu rozumianą muzyką improwizowaną - była jak najbardziej interesująca i ... stylistycznie rozstrzelona. Ale ta grudniowa chyba przejdzie najśmielsze oczekiwania!

Nasze story zaczniemy bowiem od dwóch holenderskich petard z okopów naszych ulubionych Dead Neanderthals! Pierwsza niemal doom-metalowa, druga … łagodna jak baranek, wprost spod igły Pink Floyd! Potem czekają nas dwie bystre wizyty w Argentynie, która jak zwykle gwarantuje jakość – pierwsza propozycja kameralnie rozwichrzona, druga trzymająca się swobodnego jazzu! Po nich niemiecki kwartet, który najlepiej czuje się w … kwintecie, a po chwili francusko-amerykański kwartet, które potrzebuje Bacha i Ravela na wejściu, by tworzyć wyjątkowo urokliwe improwizacje na etapie rozwinięcia. Po takich woltach stylistycznych przyda nam się zapewne odrobina zwinnej elektroakustyki z Sankt Petersburga, a zaraz po niej włoski kwartet post-jazzowy, który świetnie panuje nad formą wielominutowej wypowiedzi! Naszą szaloną podróż zakończymy w Lizbonie, by posłuchać drobnych strzępów pewnego koncertu na zupełnie zwariowany głos kobiecy i niemniej roztargnioną trąbkę męską!

Oj, trzymajcie się dziś mocno siedzeń, będzie się działo!



Dead Neanderthals Specters (Red Left Hand Music/ Utech Records, LP/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen/ Leftorium, Los Angeles, czas akcji nieznany: Scott Hedrick – gitara, syntezatory, Otto Kokke – syntezatory oraz René Aquarius – perkusja. Dwa utwory, 36 minut.

Prosty, gęsty, jednostajny rytm perkusji, tłuste pasmo syntezatora zawieszone w wielkiej pętli, niepozbawione nisko osadzonej melodyki i gościnnie występująca tu gitara (nagrana za Wielką Wodą!), silnie rockowa, by nie rzecz metalowa. Ezoteryczny majestat wielkiego powtórzenia, konsekwencja w budowaniu mrocznej, ale też niebywale smutnej aury egzystencjalnej katastrofy - oto konceptualny Dead Neanderthals w postaci klinicznej, który uwielbiamy, choć ciągle nie wiemy do końca, dlaczego. Być może Specters, to jedna z najlepszych pozycji w dość już rozbudowanej, kilkunastoletniej historii protoplastów holenderskiego heavy jazzu (ktoś pamięta tę etykietę z początku poprzedniej dekady?).

Dwie kilkunastominutowe opowieści, jak zwykle w przypadku Holendrów są precyzyjnie zaplanowane i równie skrupulatnie wykonane. Pierwsza odsłona albumu wydaje się być dość dynamiczna, wręcz agresywna, świetnie konsumująca mrok syntezatorów i sfuzzowanej gitary, która na koniec przemyca nam garść bardziej melodyjnych fraz. A perkusja Rene jak zawsze - bije, niczym umierające serce świata. Druga część płyty toczy się w bardziej leniwym tempie, nosi znamiona ekspozycji doom metalowej, silnie zasklepionej w mrocznym ambiencie tła, w fazie finałowej niespodziewanie przepełnionej melodyką rozśpiewanych syntezatorów. Like always, play loud and/ or die!



 

Gilded Form Gilded Form (Burning World Records, CD/LP 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas akcji nieznany: Nick Millevoi – gitara, Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Jeden utwór, 41 minut.

Druga z tegorocznych nowości Kokke i Aquariusa także powstała z udziałem gitarzysty, przybrała jednak na tyle odmienny od standardów Dead Neanderthals wymiar estetyczny, iż Holendrzy postanowili album nagrany ze swoim dobrym znajomym z Kanady nazwać inną nazwą własną. I jak podpowiada ucho Waszego recenzenta, dobrze uczynili.

Gilded Form, to być może w ujęciu historycznym najłagodniejsza podróż naszych holenderskich bohaterów. Jedną, ponad 40-minutową opowieść możemy śmiało określić mianem odrobinę mrocznej, post-ambientowej ballady. Jak zwykle prosty, ale dość oszczędny drive perkusji, wyjątkowo melodyjne, często podlegające zmianom pasmo syntezatorów, no i spokojnie frazująca gitara, która syci się powtórzeniem, ale też w toku rozwoju akcji raz za razem wplata nowe elementy. Jeśli ktoś lub coś dba tu o typowy dla DN mroczny klimat, to jest nim mglisty background jednego z syntezatorowych pasm. Opowieść potrafi tu przypominać lekko harshowy Cocteau Twins, a w drugiej połowie opowieści, gdy gitarzysta zaczyna frazować dość wysoko, mamy wrażenie, że niespodziewanie znaleźliśmy się na koncercie … Pink Floyd. Każdy artysta ma prawo do słabszej chwili, ta przydarzyła się Kokke i Aquariusowi akurat teraz.



Pablo Vazquez & Amanda Irarrázabal Relaja (Neue Numeral, DL 2023)

Estudio Libres, Buenos Aires, lipiec 2022: Pablo Vazquez – kontrabas i głos oraz Amanda Irarrázabal – kontrabas i głos. Dziesięć utworów, 38 minut.

Chilijsko-argentyńskie spotkanie na dwa kontrabasy i tyleż głosów, jeden damski, drugi męski, przynosi mnóstwo dobrych emocji. Warsztat, kreatywność, wreszcie niebywała swoboda działania, chwilami wręcz artystyczna brawura, sprawiają, iż niespełna 40-minutowy pakiet dziesięciu dalece wyzwolonych improwizacji słucha się po prostu doskonale.

Pablo i Amanda stosują tu wszystkie dostępne współczesnemu światu metody wydobywania dźwięków z instrumentu smyczkowego, czasami płyną wspólnym strumieniem pizzicato lub arco, czasami działają na zasadzie estetycznego dysonansu. W to wszystko wplatają gardłowe i post-wokalne fonie, dodając improwizacji dodatkowych porcji ekspresji. Najciekawsze rzeczy dzieją się wszakże wtedy, gdy muzycy zmieniają metody i stylistyki frazowania po kilka razy w trakcie jednej improwizacji. Tak dzieje się w smakowitej improwizacji czwartej, a szczególnie w finałowym crème de la crème albumu. Tu start wyznacza ekspresyjne szarpanie za struny, połączone z drobnymi dewastacjami gryfów, potem akcja przenosi się na włosia smyczków, a bogacona jest gardłowymi pomrukami i piskami. Artyści nie szczędzą nam także odrobiny post-barokowych piękności. Finał zaś spoczywa na frazach pizzicato i męskim glosie. Muzycy równie dobrze radzą sobie w momentach, gdy ich instrumenty szumią i szemrają na granicy ciszy, jak choćby w improwizacji trzeciej, piątej, po części także ósmej.



Matías Formica Cinco Destellos de un juguete inalcanzable (ears&eyes Records, DL 2023)

Facundo Lizondo, Argentyna, sierpień 2022: Lucas Albarracín – kornet, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Jona Schenone – kontrabas, Sebastián Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, syntezator i kompozycje (utwory 1, 3, 5 i 7). Dziewięć utworów, 50 minut.

Kolejna perła z Argentyny, to Piątka saksofonisty, którego na tych łamach doskonale rozpoznajemy. Na tapecie wykonawczej kilka swobodnych improwizacji i prawie tyle kompozycji, które wedle słów Formici są raczej rodzajem scenariuszy dla improwizacji, inspirowanych dokonaniami dodekafonii. Cokolwiek wszakże nie zostało ustalone przed wejściem do studia, efekt końcowy cieszy i raduje prawdziwych fanów swobodnej improwizacji, tu blisko usytuowanej jazzowych korzeni.

Kompozycje, zgodnie z tym, co powyżej, stanowią nieparzyste utwory na albumie (z wyłączeniem ostatniego). Ta pierwsza zdaje się bazować na masywnym, ale czysto brzmiącym kontrabasie, który pięknie prowadzi trzy rozśpiewane, nad wyraz swobodnie frazujące dęciaki. W części drugiej pojawia się pasmo syntezatorowe, które będzie dość często wracać w formule free impro, budując ciekawy, choć nie zawsze udany dysonans elektroakustyczny. Trzeci utwór ma wyraźnie zaznaczony, rytmiczny temat z ciekawie połamanym metrum, który niesie swym bogatym tembrem baryton. Czwarta część bliska jest free jazu, na starcie urokliwe barwiona frazami preparowanymi. Z kolei piąta, skomponowana odsłona, udanie kojarzy się z nagraniami formacji Dave’a Hollanda z jego najlepszych lat. W szóstej części, mimo sporej dynamiki, dużo dobrego czyni kontrabasowy smyczek, nadając całości wielogatunkowy wymiar. Siódmy utwór, znów skomponowany, zdaje się być wyjątkowo kameralny, choć doposażony w brzmienie syntezatora. Ósma część tonie w ekspresji post-jazzu, natomiast finałowa opowieść płynie basowym groove i syntezatorową narracją, która wchodzi w bystre interakcje z dęciakami.



 

Immerweiter In its own pace (Boomslang Records, CD 2023)

Miejsce i czas akcji nieznane: Julius Windisch – fortepian, syntezator, kompozycje, Pascal Klewer –trąbka, Sofia Eftychidou – kontrabas, Marius Wankel – perkusja oraz w roli gościa: Maria Reich - skrzypce (w połowie utworów). Dziesięć utworów, 40 minut.

Niemiecki kwartet otwartego jazzu zdolny jest dawać odbiorcy sporo radości z odsłuchu, gdy zaś w niemal połowie utworów przekształca się w kwintet (doposażony zwinnymi skrzypcami), owa radość jeszcze wzrasta. Płyta dobrze skrojona, zawierając zgrabne, nieprzegadane, sprytnie skomponowane improwizacje, byłaby dodatkowo ciekawsza, gdyby wyciąć z niej pewne środkowe fragmenty, lukrem i miodem płynące, dodatkowo wzbogacone, nie wiedzieć czemu, drobną arią wokalną.

Pierwsze trzy utwory zawierają bystre, melodyjne tematy, nie zawsze podane na wprost, przez to jeszcze ciekawsze w odbiorze. Narracje są dynamiczne, często krążą wokół rytmu, a lider przedsięwzięcia improwizuje, tudzież buduje narrację, jednocześnie używając piana i syntezatora. W odsłonie czwartej pojawiają się zapowiadane skrzypce (z kolei trąbka tylko na etapie improwizacji), zaś w części piątej, prowadzonej w post-balladowym tempie, intryguje onirycznie brzmiące piano elektryczne. Szósta narracja to ta, o której chcemy jak najszybciej zapomnieć, zwłaszcza, że kolejne dwie opowieści, to najlepsze, co przydarzyło się muzykom w trakcie tej sesji nagraniowej. Dużo niebanalnych, często preparowanych fraz, kolektywne, swobodne interakcje, krew zdrowej i wartościowej improwizacji. Jeśli pierwsza z tych małych perełek syci się zwinną dynamiką, to druga bazuje bardziej na kameralnej zadumie. Ostatnie dwa utwory noszą nazwy Trailer i Bonus, i po prawdzie sprawiają wrażenie repryzy nagrań zawartych w początkowej fazie albumu. Samo zakończenie wszakże intryguje brzmieniem, no i słyszymy (wbrew opisowi płyty) dźwięki, które śmiało przypisać możemy skrzypcom.



Maneri/ Cappozzo/ Mevel/ Waziniak Kairos (Lable Rives, CD 2023).

Miejsce i czas akcji nieznane: Mat Maneri – altówka, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn, Gaël Mevel – wiolonczela oraz Thierry Waziniak – perkusja. Pięć utworów, 37 minut.

Bardzo zaskakujące nagranie! Personalnie bardziej niż ekscytujące, pod względem muzycznym odbierane może być z pewną ambiwalencją. Album stanowi dla niżej podpisanego kolejny dowód na prymat improwizacji nad muzyką notyfikowaną. Prymat oczywiście w ujęciu subiektywnym i emocjonalnym. Czterech wytrawnych muzyków potrzebuje tu na wejściu dobrze skrojonych kompozycji (wiolonczelisty), tudzież evergreena jazzu, wreszcie inspiracji muzyką Bacha i Ravela, by w dość kontrolowany sposób przejść do fazy kolektywnych improwizacji, niekiedy nad wyraz swobodnych i naprawdę udanych.

Na początek rzeczona kompozycja wiolonczelisty, utrzymana w klimatach spokojnej, odrobinę mrocznej kameralistyki. Altówka, trąbka i wiolonczela szyją tu temat, natomiast perkusja dostaje dużą swobodę i zdaje się być kluczowym elementem dla improwizowanej fermentacji. Dwie kolejne opowieści płyną na wprost z dokonań J.S. Bacha i ciekawie rozwijają barokowe tematy. Po rozbudowanej introdukcji ucho cieszy faza zmysłowej, bystrej improwizacji, szczególnie w drugiej z bachowskich ekspozycji. Tu kameralna zaduma zdaje się mieć cokolwiek ponadepokowy sznyt. Czwarta część jest najsłabszych momentem albumu, zatem zbyjmy ją milczeniem. Dużo bowiem rekompensuje ostatnia opowieść, ubrana w zgrabne improwizacje obtoczone aurą ravelowskiej melodyki. Narracja płynie tu od ciszy i do ciszy, pełna jest dramaturgicznych niuansów. Dodajmy, iż cały album jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.



Vladimir Luchansky/Vitaliy Ovchinnikov Laves Phases (Extra Notes, DL 2023)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, marzec 2023: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, elektronika oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Dwa utwory, 43 minuty.

Dokonania Ovchinnikova, bystrego gitarzysty z Sankt Petersburga śledzimy od lat, nie ma zatem powodu, byśmy nie sięgnęli po jego najnowsze dzieło, tu poczynione w duecie z muzykiem, który zdaje się być partnerem niemal każdej jego podróży. Dziś to podróż definitywnie swobodnie improwizowana, świetnie wpisująca się w idiom kreatywnej, niebanalnej i dobrze skonstruowanej dramaturgicznie opowieści elektroakustycznej.

Post-akustyczny szelest i pomruk analogowej elektroniki, to symbiotyczne elementy składowe gry wstępnej. Dźwięki wchodzą tu od startu w ciekawe interakcje, przy czym większość z nich nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co do miejsca ich powstawania. Oczywiście w ogóle nam to nie przeszkadza w percepcji dzieła. Narracja jest niebywale molekularna, ultrafiligranowa, lepi się z nano fraz akustyki i syntetyki, doprawionych skromną porcją sampli. Artyści pracują tu niemal z chirurgiczną precyzją, a puentą pierwszej, ponad 23-minutowej improwizacji jest efektowna ekspozycja dronowa. Druga opowieść jest nieco krótsza, zdaje się mieć mniej linearny przebieg, ale i tu napotykamy na zjawiska dźwiękowe, których odsłuch sprawia nam niekłamaną przyjemność. Choćby pojedyncze, akustyczne dźwięki strun, czy też typowe dla instrumentu dętego wdechy i wydechy. W połowie tej części muzycy na moment zdają się wracać do filigranowości typowej dla pierwszej części albumu. Szybko wszakże połyka ich cisza, a idea mikrotonalności staje się zaczynem kreowania finału, lepionego ponownie z wyraźnie akustycznych wydarzeń. Puenta utworu znów jest udana, przypomina gęsty syrop klonowy.



 

Panaleåke Vane (Fonterossa, DL 2023)

Argo, lipiec 2020: Tobia Bondesan – saksofon tenorowy i sopranowy, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Glauco Benedetti – tuba oraz Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne. Dwanaście utworów, 47 minut.

Kolejna w dzisiejszym zestawieniu long-distance story, zatem opowieść upleciona w nieprzerwany strumień dźwiękowy. Trzy instrumenty dęte i perkusjonalia szyją nam historię wyjątkowo dobrze skrojoną, błyskotliwie udramatyzowaną, intrygującą brzmieniowo, formę, która korzysta z trybu repryzy, ale zdaje się ciągle iść do przodu. Nagranie swobodnie zrealizowane, równie medytacyjne, jak free jazzowe, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej wyimprowizowane.

Pierwsze trzy epizody stanowią skrupulatnie konstruowane podprowadzenie pod pierwszy free jazzowy szczyt. Dęte, kameralne wydechy podawane z drżeniem przepony, długie frazy z delikatną nutką melodii, sprytne, dobrze zorganizowane perkusjonalia. Wszystko skąpane w drobnym pogłosie, który całej podróży nadaje posmak odrobinę metafizyczny. W części czwartej dęciaki zgrabnie odnajdują swoje jazzowe, czy nawet free jazzowe korzenie, swobodnie swingują wiedzione coraz większą mocą rytmicznie usposobionych perkusjonalii. W kolejnych dwóch epizodach dynamika narracji rośnie, a dęte ekspozycje solowe niosą coraz większy ładunek ekspresji. Z kolei w części siódmej następuje powrót do fazy medytacyjnej, tu wykreowany, chwilami nawet samotnie, przez perkusjonalistę. Posmak ethno, swoboda saksofonowych melodii, urokliwe didaskalia tuby. Potem następuje kolejne wspinanie się na szczyt free jazzu, tu silnie naznaczone piętnem aylerowskiej hymniczności, a zaraz po nim szybki powrót do fazy medytacji, tu już definitywnie finałowej. W tak zwanym międzyczasie dostajemy jeszcze melodię Hanka Robertsa na trzy instrumenty dęte. Samo zakończenie udanie stosuje repryzę i przenosi nas na sam początek podróży. Śmiało możemy wyruszyć w nią ponownie.



LUMP Strain Field (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Galeria Zé dos Bois, Lizbona, 2020: Mariana Dionísio – głos oraz João Almeida – trąbka. Sześć utworów, 12 minut.

Na zakończenie naszego crazy trip odrobina konceptualnego performansu. Dwanaście minut wyrwanych z pewnego lizbońskiego koncertu na głos i trąbkę. Plejada preparowanych, równie wykrzyczanych, jak i wyszeptanych fraz, zdaje się, że także spora porcja dźwięków otoczenia, no i całkiem spory ładunek ekspresji. Pytanie, czy chcielibyśmy poznać cały koncert portugalskiej pary pozostaje retoryczne, jakkolwiek niżej podpisany byłby skłonny podjąć się tak karkołomnej próby.

Wyrzućmy zatem z siebie potok słów, niczym artyści dźwięki onegdaj w Galerii ZDB. Szumy, szmery, wiatr, pogłos, tupanie nogami i trzeszczące krzeszą, także tysiące innych zjawisk fonicznych. Na ogół drobne frazy, mikro dźwięki, ale niekiedy zaskakująco soczyste westchnienia. Rodzaj post-akustyki, którą zdaje się filtrować jedynie nieograniczona wyobraźnia artystów. Zabawy głosem, manipulacje wentylami, wszystko ma niezaprzeczalną rację bytu. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy trąbka gada, a głos dmie i szumi, jak w epizodzie piątym. Z kolei w części szóstej natrafiamy na niemal kabaretowe wybuchy ekspresji obojga muzyków. Tak, chętnie poznamy dokumentację dźwiękową całego koncertu!

 

 

 

piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.