Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jivko Bratanov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jivko Bratanov. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2020

Phicus! Ràdium Trio and Duo! From Grey To Blue! Inner Path! Aranda solo! The Barcelona’ new round-up!


Barcelona nie ustaje w dostarczaniu ekscytujących nagrań muzyki improwizowanej. Parę dni temu szczerze zachwycaliśmy się nowymi płytami Agustí Fernándeza, a dziś czas na kolejne, świeżutkie nagrania ze stolicy Katalonii! Nie zabraknie w nich preparowanych dźwięków fortepianu wspomnianego pianisty, acz w roli głównej wystąpi równie przez nas hołubiony Ferran Fages.

Muzyk najpierw przybierze szaty gitarzysty (wyjątkowo głośnego, niemal noise’owego!) w ramach świetnie nam znanego tria Phicus, potem zostanie operatorem tajemniczych, akustycznych urządzeń, a my poznamy dwa wcielenia formacji Radium – trio i duet, na koniec zaś zaprezentuje nam swoje oblicze kompozytorskie, a konkretnie minimalistyczne dzieło na rezonujące dźwięki fortepianu.

Na zakończenie dzisiejszej opowieści zaprosimy na odsłuch dwóch najnowszych płyt Discordian Records. Na jednej z nich pojawi się nasz kolejny ulubieniec Vasco Trilla, którego dźwięków posłuchamy także … na pierwszym z omawianych dziś wydawnictw. Zatem ponownie w naszej zbiorówce mała pętla narracyjna, czy znów piekielna, czy tym razem boska, niech ocenią mądrzejsi od nas.

 


Phicus  Solid (Astral Spirits, CD/Kaseta 2020)

Czwarta płyta working bandu Phicus (pierwsza wydana w Ameryce!) nagrana została w składzie bazowym, a zatem: Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja. Rejestracja z kwietnia 2019 roku (Rosazul Studio, Barcelona) składa się z ośmiu utworów (improwizacji) i jest bez cienia wątpliwości najgłośniejszym nagraniem w kilkuletniej historii tria! Odsłuch całości zajmie nam niemal pełne 46 minut.

Otwarcie Solid-nej płyty nie znamionuje jeszcze wielowarstwowego ataku dywanowego, jaki planują nam zaserwować muzycy z Barcelony. Masywny smyczek na gryfie kontrabasu brnie krok za krokiem, niedźwiedzimi pomrukami straszy lokalne ptactwo szeleszczących talerzy. Owo heavy chamber trwa do momentu pierwszego wrzasku gitary. Bystre przestery i zmutowane riffy rozrywają czasoprzestrzeń improwizacji w ułamku sekundy. Dzikie zwierzę meta rocka zaczyna czynić spustoszenie! Flow kolejnej części zdaje się być bardziej typowy dla Phicusa, ale znów gitara szuka głównie hałasu, a każdy z muzyków daje z siebie dużo więcej niż zwyczajowe sto procent. Trzecia improwizacja jest spowolnionym bluesem, pełnym śmiertelnego promieniowania. Kontrabas wydaje z siebie przeciągłe piski, gitara płynie jakby spokojniej i moduluje frazy, ale to pozór – po chwili generuje garść rockowych sprzężeń i sieje zawieruchę. W kolejnej części w rolę naczelnego mordercy wciela się smyczek na kontrabasie. Jego struny jęczą, skomlą, krzyczą. Gitara rysuje wykoślawione riffy, pełne gruboziarnistego piasku sypiącego się spod strun. Drummer sprawdza odporność werbla na ciosy. Altered Power Trio w rozkwicie!

Piąta improwizacja rodzi się w ogniu gitarowej kipieli. Smyczek żłobi bruzdy w ziemi, perkusja znów podaje całą mocą swej maszynerii. Dynamiczny początkowo flow, po upływie 5 minuty uspokaja się. Kontrabas piszczy, gitara wzdycha, a deep drumming sprowadza opowieść na sam dół. Szósta część znów pachnie bluesem. Gitara parska rozjechanymi frazami, rzęzi i stęka, bas płynie szerokim korytem i zlewa się z doomem perkusji. Z każdą sekundą narracja zdaje się coraz intensywniej żłopać przeterminowaną whisky. Przedostatnia część daje wszystkim chwilę wytchnienia. Drobne trzy minuty z okładem warte każdej swojej sekundy. Dark post-post czegoś nieokreślonego – szeleszczące przedmioty, szumy i oddechy amplifikatora. Pieśń zamknięcia za nic ma sobie możliwości naszych receptorów słuchu. Gitara od startu wpada w czerstwy hałas. Smyczek zdziera glazurę z ostatniej żywej struny kontrabasu. Perkusja nadaje marszowy rytm i wyznacza kierunek podróży. Opowieść zdaje się konsumować całą desperację i determinację tych muzyków i tej akurat historii dźwiękowej! Heavy Solid! God Save America, Catalan invasion is coming! Na ostatniej prostej gitara na moment odpuszcza – flow nabiera zaskakującej lekkości. Mała ekspozycja kontrabasowego pizzicato musi jednak liczyć się z coraz bardziej dobitnymi komentarzami gitary.  

 


Ràdium Trio  Circumferens (Sirulita Records, CD 2020)

Zgodnie z wcześniejszym anonsem Ferran Fages zamieni teraz gitarę na zestaw przedmiotów, które językiem Szekspira możemy określić jako acoustic turntable, resonant and feedback devices. Àlex Reviriego także pozostaje z nami (niezmiennie kontrabas), a do wspomnianej dwójki dołącza Agustí Fernández na fortepianie. Jako Ràdium Trio muzycy zapraszają do prawdziwego królestwa fake sounds! W trakcie bowiem trwających 43 minuty pięciu improwizacji, tylko w niektórych momentach będziemy wstanie wskazać, bez ryzyka popełnienia błędu, kto lub co wydaje dany dźwięk. Nagranie powstało pod koniec lipca br. (Estudi Les Orenetes, Sant Pere de Vilamajor, Barcelona).

Już sam początek nagrania wtłacza nas do zapowiadanego królestwa – coś ze sobą rezonuje, coś piszczy, ktoś ugniata struny, ktoś trze i szarpie za nieznane przedmioty. Po chwili namysłu domyślamy się, iż Alex gniecie i pociera struny smyczkiem, Ferran akustycznie rezonuje, a Agusti czarnymi klawiszami kreśli głęboki rytm, pełen echa i pomruków. Druga opowieść (najdłuższa, ponad 14-minutowa) zaczyna się pogłosem dźwięków z kilku źródeł - najpierw strun obu żywych instrumentów, potem szumów z akcesoriów Ferrana. Muzycy budują dłuższe i krótsze frazy, wszystko wszakże czynią w dużym skupieniu, stawiając na precyzję wykonania, a narracja zdaje się przybierać niezwykle medytacyjny charakter. Kontrabas od czasu do czasu piszczy i skomle, struny piana popadają w taneczne podrygi, a przedmioty Ferrana przypominają kręcące się na silnym wietrze wiatraczki. Gdy całość nabiera odpowiedniej gęstości i intensywności, to co słyszymy, skwitować możemy śmiało mianem efektownego, akustycznego post-industrialu. W drugiej części nagrania muzycy stawiają raczej na minimalizm, czekają na efekty wybrzmiewania i rezonowania wszystkiego ze wszystkim.

Trzecia improwizacja jakby odrobinę w klimatach dark chamber - smyczki na strunach, echo pudła rezonansowego piana, szum nieznanych przedmiotów. Nagle w tej fonicznej nierzeczywistości Agusti serwuje nam kilka prostych dźwięków z klawiatury, jakby z innego świata, z innej czasoprzestrzeni. Po chwili wpada w repetycję, która wiedzie resztę drżących i rezonujących dźwięków do kresu utworu. Kolejna opowieść, to znów morze preparowanych dźwięków i akustycznych pytań retorycznych. Alex wyjątkowo nisko zawieszonym smyczkiem zagęszcza opowieść, która przeobraża się tygiel samorezonujących fonii. Wreszcie finał tej fake symphony – odrobina akcji minimalistycznych, trochę oddychającej, czystej akustyki. Najpierw wszystko zaczyna piszczeć, potem w wyniku preparowania strun – nabierać dynamiki. Znów tym, co nadaje całości ładu i porządku jest klawiatura fortepianu. Kilka repetytywnych fraz wiedzie nas na koniec tej wyjątkowo tajemniczej opowieści, która definitywnie dobrze się kończy.

 


Ràdium (Ferran Fages & Àlex Reviriego)  Segment (Remote Resonator, DL 2020)

Bez zbędnej zwłoki przystępujemy do odsłuchu radiumowych fake sounds w wersji duetowej. Agusti dostaje zatem wolne, a Ferran i Alex, wyposażeni w takie same akcesoria wydające dźwięki, zapraszają na osiem improwizacji, które potrwają łącznie 41 minut. Nagranie duetu powstało nieco wcześniej niż tria – pod koniec ubiegłego roku, w miejscu zwanym La Isla (Barcelona).

Ta podróż od pierwszego dźwięku zdaje się wymagać od odbiorcy jeszcze większego skupienia i odporności na foniczne ciosy niż wersja trzyosobowa. Na wejściu w spektakl wita nas bowiem dźwięk przypominający pracę … młota pneumatycznego – struny kontrabasy drżą złowieszczo, a tło przedmiotowe szemra równie wyraziście. Meta analogowa rzeczywistość obiektów, która chwilowo pracuje niczym silnik niskoprężny, miesza się z tu z wyjątkowo pogmatwaną akustyką żywego instrumentu. W drugiej części kontrabas zostaje poddany preparacjom smyczkiem. Wszystko wokół niego rezonuje tajemniczym rytmem, jakby też miało swoje pełnoprawne życie estradowe. Akustyczny flow żywego kontrabasu i urządzeń Ferrana wydaje się być równie płynny, jak drgający i pulsujący. Wszystko klei się tu do siebie i przypomina hydrę, która nigdy nie daje za wygraną. Na początku kolejnej części nisko zawieszony smyczek produkuje piękny, mroczny ambient. Instrument Alexa ciężko oddycha, jęczy, huczy i trzeszczy, wydaje się być na skraju załamania nerwowego. Mocno dociskane do gryfu i szarpane struny lepią się w akustyczną miazgę, której odsłuch jest równie bolesny, jak piękny. Fonosfera Ferrana jest tuż obok, czasami trudno wskazać w jakim stopniu interferuje ona ze zmutowanym flowem kontrabasu. Czwarta część daje nam ułamek sekundy wytchnienia. Krótkie frazy, małe pętle kontrabasu, który na moment schodzi z pierwszego planu.

Piąta improwizacja śmiało kandydować może do miana tej najsmakowitszej – szumy, szelesty, tarcia i uściski w pełnym rezonansie. Akurat w tym momencie struny brzmią nad wyraz żywym dźwiękiem. Kontrabas zdaje się tu śpiewać, flora Ferrana ponownie drżeć i pulsować potajemnym rytmem. A na sam finał części wszystko leje się do jednego koryta i mówi wspólnym głosem. W szóstej części, na kilka chwil powraca dźwięk … młota pneumatycznego. Jego hałas równie silnie pulsuje, jak i rezonuje w tym, co jeszcze żyje w tle. Siódma improwizacja dodaje całości odrobinę życia. Kontrabas wręcz tańczy, snuje się melodyjnie po scenie, ale wokół niego huczy rezonująca, groźna meta przestrzeń. Finałowa część reasumuje wyczyny Katalończyków – tu jeden rezonans zdaje się wpadać w kolejny, tworząc egzystencjalny pasjans śmierci. Kontrabas drży i sieje grozę, strona przeciwna stawia na pozorną lekkość i złośliwą ulotność.

 


Ferran Fages  From Grey To Blue (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Zjawisko rezonansu wydaje się być kluczowe w trakcie naszych dzisiejszych, barcelońskich spacerów. Teraz jednak obcować będziemy z nim w nieco innym wymiarze – diametralnie spokojniejszym i dalece bardziej … rozrzedzonym. Zapraszamy na trzy minimalistyczne utwory na fortepian solo, które eksplorować będą efekt rezonujących dźwięków, wydobywanych z wielkiego instrumentu za pomocą klawiatury. W roli podmiotu wykonawczego wystąpi pianistka Lluïsa Espigolé. Kompozycje Ferrana Fagesa zarejestrowano jesienią 2019 roku w miejscu zwanym Rosazul, położonym rzecz jasna w Barcelonie. Całość trwa 41 i pół minuty.

Cisza od początku do końca nagrania zdaje się być pełnoprawnym elementem spektaklu. Oddziela od siebie akordy, zarówno te niemal pojedyncze, jak i te zebrane w skromne plejady. Wyznacza kilkunastosekundowymi pauzami przestrzeń pomiędzy poszczególnymi kompozycjami. Rządzi i dzieli, a nade wszystko dba o to, by generowane przez pianistkę dźwięki mogły odpowiednio długo wybrzmiewać i rezonować z instrumentem, głuchą przestrzenią miejsca nagrania, tudzież ze skrzypiącym krzesełkiem, na którym siedzi artystka.

Pierwsza część wydaje się być szczególnie dostojna. Cisza, akord, cisza, akord, a pomiędzy nimi swobodne wybrzmiewanie. W trakcie utworu sekwencje akordów ulegają zmianie, ale fakt ten bywa chwilami zupełnie niedostrzegalny. W drugiej części narracja ulega jeszcze większemu rozrzedzeniu. Przestrzeń dla echa rośnie, ilość dźwięków maleje. W połowie utworu kilka bardziej zwartych uderzeń w czarne klawisze, zaserwowanych przez pianistkę, to niemal zmiana konwencji. Szczęśliwie dla miłośników gatunku, naprawdę chwilowa. Z kolei trzecia kompozycja przynosi nam więcej dźwięków w jednostce czasu. Plastry rezonansu i cisza pomiędzy nimi stają się przez to nieco krótsze, mniej majestatyczne. Narracja płynie raz nisko, innym razem nieco wyżej, czym także podnosi minimalny tu przecież poziom emocji. A ostatnie dźwięki definitywnie należą do czarnej części klawiatury.

 


Jivko Bratanov/ Liba Villavecchia/ Vasco Trilla  Inner Paths (Discordian Records, DL 2020)

Po sporej dawce pianistycznego minimalizmu zasłużyliśmy na poważny zastrzyk emocji! Za podniesienie naszego obumarłego poziomu adrenaliny (w wielu momentach istotnie free jazzowymi metodami) zadbają: Liba Villavecchia na saksofonie altowym, Jivko Bratanov na fortepianie oraz Vasco Trilla na perkusji. Nagranie z Underpool Studio (Barcelona) powstało w lutym bieżącego roku. Składa się z czterech improwizacji (całkiem swobodnych!), które trwają łącznie niemal 52 minuty.

Nim muzycy bardziej zdecydowanie zadbają o naszą adrenalinę, w pierwszej fazie improwizacji otwarcia proponują nam zmysłowe dark chamber. Werbel Vasco drży niemal klasycznie dla tego artysty, to samo dzieje się ze strunami piana, saksofon zaś snuje małe drony. Owe bystre abstract contemporary impro buduje się mocą skupienia wszystkich artystów, a nade wszystko umiejętnym kreowaniem struktury narracji przez perkusistę, który i w tej dziedzinie uchodzić może za mistrza. W drugiej fazie utworu saksofonistę i pianistę definitywnie ciągnie w kierunku open jazzu, ale drummer ma jeszcze kilka spraw do załatwienia. Drży tajemniczymi przedmiotami, rezonuje talerzami i uroczo spowalnia narrację. Pod presją saksofonisty improwizacja w końcu nabiera rumieńców i w mgnieniu oka osiąga stadium free jazzowej kipieli. Druga improwizacja zdaje się być budowana według takiego samego schematu dramaturgicznego. Subtelne otwarcie, nie bez drobnych preparacji, gra na małe pola niskimi frazami perkusji i piana. Narrację właściwą, w tempie marszowym, buduje oczywiście Trilla. To także on ubarwia dynamiczną już fazę opowieści nieco pokracznym, zabawnym rytmem.

Otwarcie trzeciej improwizacji trzyma się w schemacie – dużo rezonansu, trochę prychających dysz, stukające młoteczki piana, robaczki i wibratory tańczące na suchym werblu. Tempo rośnie, saksofon i piano bez trudu wchodzą w open jazzowe frazy, ale drummer znów stawia na pewną enigmatyczność. Jakby dawał nam ostatnią chwilę oddechu przed … finałową petardą. O tak, ostatnie siedem minut płyty, to prawdziwa eksplozja! Otwiera ją kolektywna salwa dźwiękowa do samego nieba. A potem emocje jeszcze rosną! Trio galopuje całą mocą zakładu, po czym uroczo gaśnie, lejąc się wyjątkowo szerokim korytem niemal klasycyzujących dźwięków wprost z klawiatury i błyskiem perkusyjnych talerzy.

 


Aldo Aranda  Percussion Landscapes (Discordian Records, DL 2020)

Ostatnia faza naszego dzisiejszego spaceru po Barcelonie, to kompozycje na instrumenty perkusyjne solo. W roli wykonawcy Aldo Aranda, w roli kompozytorów on sam, a także Luis Hurtado, Alejandro Romero oraz Gabriela Ortiz. Muzyka - zarejestrowana w trakcie dwóch dni lutego bieżącego roku (Fundació Phonos) - uformowana została w cztery części, które trwają łącznie 40 minut.

Płytę otwierają … rezonujące przedmioty (dziś nie może być inaczej!) – dzwonki i dzwoneczki, misy, talerze i czasze, z pewnością niepozbawione trupiego odoru. Small drumming po wszystkim, co muzyk ma w zasięgu ręki, swobodny, delikatny, nieśpieszny. Narracja zdaje się mieć odrobinę ambientową strukturę. Muzyk bardzo umiejętnie łączy w swojej opowieści kilka wątków, tudzież warstw narracyjnych. Dużo pogłosu i relaksującego oddechu – chwilami całość sprawia wrażenie udanej ścieżki dźwiękowej do nostalgicznego filmu o przemijaniu (aż po szum morskich fal!). Druga kompozycja schodzi do strefy bardziej mrocznej. Na poły medytacyjna narracja z echem, pogłosem, z dużą przestrzenią na wybrzmiewanie poszczególnych fraz.  

Najciekawiej robi się w trakcie trzeciej opowieści. Kilka tajemniczych dźwięków, które nie zapominają o tym, by intrygująco ze sobą rezonować. Talerze, szelest werbla i pasmo około ambientowe, po prawdzie generowane z bliżej nierozpoznawalnego źródła dźwięku. Żywe, wyraźne frazy z perkusjonalii ciekawie kontrastują z płynnym tłem. Opowieść uroczo szuka ciszy i bez trudu ją odnajduje. Czwartą część otwiera mikro drumming, który wybrzmiewa bystrym pogłosem. Coś drga, coś brzmi niczym zatopiony gamelan. Finałowa narracja zdaje się być niezwykle bogata w wydarzenia i udanie podsumowuje równie udaną płytę.

 

 

piątek, 18 listopada 2016

Vasco Trilla – zawsze w drodze, czyli trzy nowe, słowiańskie incydenty improwizowane


Doskonały kataloński perkusista i perkusjonalista, Vasco Trilla, powraca na łamy Trybuny – oczywiście tryumfalnie – z trzema smakowitymi krążkami! Nasza radość, poniekąd satysfakcja, jest tym większa, iż dwa z nich powstały w Polsce i nagrane zostały z lokalnym zaciągiem muzyków, a jeden jest nam również bliski, bo dotarł z bloku wschodniego, dokładnym będąc - z Bułgarii.

Nie dalej, jak pod koniec września, na tej stronie w niekrótkiej epistole, przybliżyłem skupionym Czytelnikom i gorejącym fejsbukowym Klikaczom (osobiście spełniam oba kryteria) sylwetkę tego niezwykle interesującego muzyka. Tamteż pojawiły się skromne zajawki wydawnictw, które za moment ochoczo omówimy!


Stany przestrzenne

Zaczynamy od dokumentacji fonograficznej koncertu, który miał miejsce…. półtora miesiąca temu!!! Tak, tak, świat toczy się naprawdę w piekielnym tempie. Piątego października w bułgarskim Płowdiw, dwaj wytrawni improwizatorzy – Jivko Bratanov (piano) i Vasco Trilla (drums) – zagrali koncert, który od … jedenastego listopada dostępny jest bandcamp.com, zarówno do odsłuchu, jaki i kupienia  Uwaga! Obie daty dotyczą roku 2016!

Spotkanie z BeeBop Cafe przynosi trzy kwadranse improwizowanej muzyki, która pełnymi garściami czerpie zarówno z dobrze rozumianej jazzowej stylistyki, jak i delikatnie haczy o doświadczenia współczesnej kameralistyki, której inspiracje słychać w spokojniejszych pasażach bułgarskiego pianisty. W grze Katalończyka słychać oczywiście moc innych, gatunkowych doświadczeń, a wiedzą o nich ci, którzy mieli ochotę pochłonąć The Vasco Story na tych właśnie łamach.




Omawiana tu płyta dostała fonograficzny tytuł Spaces and States (edycja własna muzyków, dostępna na vascotrilla.bandcamp.com, 2016). Rozpoczyna ją fragment Ciche Przestrzenie, którego tytuł wyjątkowo trafnie oddaje klimat nagrania. Minimalistyczne piano topi się tu w komentarzu stonowanego, dzwoneczkowego drummingu, a wyobraźnia nieco bardziej wyedukowanego słuchacza niechybnie podąża w kierunku improwizowanego rezonowania, w estetyce AMM (może akurat tu, w wersji dla mnie wyczulonych na pojedynczy dźwięk). Mniej więcej w połowie tego fragmentu doświadczamy drobnych, akustycznych eskalacji, gdy ostry klawisz fortepianu kontrapunktowany jest przez rwany stukot werbla. Muzycy wiodą swą nieśpieszną opowieść wedle całkowicie w tym miejscu rozsądnej zasady, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało, niż o jeden … za dużo. Fragment drugi, którego tytuł można zmyślnie przetłumaczyć jako… Bezmyślność, toczy się przy dość swobodnych próbach prowokowania do dyskusji, zwłaszcza ze strony pianisty. Muzycy macają się dźwiękami, a my nie po raz pierwszy tego wieczoru mamy wrażenie, że dokładnie tak graliby John Tilbury i Eddie Prevost, gdyby AMM stanowiło duet, gdy oni sami byli młodsi o jakieś czterdzieści lat. W takim momencie Vasco lubi zaatakować dynamicznym pasażem swoich nieskończonych zasobów dzwoneczkowych, zaś Jivko – na zasadzie kontrastu – bywa enigmatyczny i dobywa dźwięki gdzieś z dna instrumentu, choć nie stosuje wewnętrznych preparacji. Najwyższy czas na danie główne – Stany Neurologiczne! Ostra introdukcja Trilli, do której po pewnej chwili podłącza się nieśmiało Bratanov, ciekawie dynamizuje nam całe nagranie, ale karty ewidentnie rozdaje tu perkusista. Fragment jednak dość szybko odzyskuje akustyczną równowagę, czego słyszalnym dowodem są pierwsze próby preparacji dźwięków przez pianistę. Z początku dalece nieśmiałe, stawiane jakby ze znakiem zapytania (czy ja mogę?), z czasem dramatycznie stymulują perkusistę do odpalenia jego niepowtarzalnej symfonii rezonujących przedmiotów różnych, co w efekcie końcowym doprowadza do kompulsywnej wymiany zawsze trafnych poglądów (tu, artystycznych). Yes,This Is Jazz, Man! Pojedyncze, pyskujące akordy piana kontra dzwonki rozrywane cięciwą smyczka. Ten homogeniczny przekaz muzycznych emocji ciekawie odnajduje swój finał w momencie, gdy w stan wzajemnego rezonowania zostają wprawione już wszystkie przedmioty na scenie, a także – być może – znacząca część publiczności!


Gorączka sobotniej nocy

Bierzemy głęboki oddech i … jedziemy dalej! Jesteśmy w krakowskiej Alchemii, cofnięci w czasie o kilka miesięcy, jest bowiem luty bieżącego roku. Na klubowej scenie trzech dziarskich facetów – pierwszy z nich, młody, gniewny, z gitarą elektryczną w ręku, tuż obok ten drugi, drwal w sile wieku, na wskroś oryginalny i silnie poszukujący, wraz ze swoją akustyczną… gitarą basową, wreszcie ów trzeci, tytaniczny i wszechogarniający, człowiek orkiestra, heavy drum’man. Efekt fonograficzny ich ekstatycznego koncertu dostaje się w ręce kompetentnych ludzi i dziś trafia do nas pod tytułem Tidal Heating (Not Two Records, 2016), sygnowany trojgiem nazwisk – Michał Dymny, Rafał Mazur i Vasco Trilla.




Michała słyszę bodaj po raz drugi, a poprzednią okazją była – zarejestrowana kilka lat temu – duetowa płyta z … Trillą (Trybuna pisała o niej w okolicznościach ficzersa, wspomnianego w początku tego tekstu). Duży progres, jakże szeroki wachlarz stylistycznych środków wyrazu – rock, psychodelia, noise, pachnie tu dobrym jazzem, muzyk zgrabnie porusza się w także oparach swobodnej improwizacji, nie brakuje okruchów dziarskiego etno. Rafał pieści i gloryfikuje swój nietypowy instrument, ale ma ku temu ważne powody. Brzmi zdecydowanie wyjątkowo, w dotyku jest ciepły, choć stanowczy i lekko agresywny. Stanowi doskonałą puentę dla przestrzeni, jaka powstaje między szalejącym gitarzystą, a kompulsywnym drummerem. Wreszcie Vasco – w estetyce multikulti czuje się, jak ryba w wodzie.

Faza pierwsza atakuje nas surowym, rockowym wyładowaniem atmosferycznym, w konsekwencji udanego intro w spokojnych rejestrach. Trójka muzyków żegluje po całkowicie otwartym oceanie i mimo wielu pokus, by skracać drogę i szukać prostszych metod osiągania dźwiękowej ekstazy, nie popełnia błędów, a ich nawigacja w tym niełatwym terenie działa bez szwanku. Czują bluesa każdą porą swojej skóry. Hałas, wyciszenie, kontrapunkt, spięcie, hałas – dramaturgia tego spektaklu kreślona jest lekkim, zwinnym piórem. Im bardziej brniemy w ten dźwiękowy pejzaż, tym mocniej jesteśmy przekonani, iż muzycy czują się w swoim gronie absolutnie komfortowo, a problemy komunikacyjne są dla nich pojęciem abstrakcyjnym. Na mapie przestrzeni akustycznej tego nagrania nie ma pustych miejsc, a jest to zasługą każdego z muzyków. Rock in! Mazur świetnie ogarnia ten dwoisty, noisowy rozgardiasz, w czym pomaga mu także perfekcyjne nagłośnienie koncertu (a potem, zapewne i świetna robota masteringowa). Muzycy konsekwentnie radzą sobie w momentach dramaturgicznych kulminacji i udanie przechodzą w spokojne, nasycone sonoryzmem, chwile łapania oddechu po jakże ekspansywnych eskalacjach emocji. Mazur znów rwie się do lotu, potrzebuje powietrza i nowych inspiracji. Trzyosobowa, kolektywna improwizacja (all the music spontaneously improvised) odbywa się, tu i teraz, w tempie karabinu maszynowego. Jak oni się mieszczą z tą nawałnicą dźwięków na małej, alchemicznej scenie? Dymny perfekcyjnie panuje nad gryfem swojego instrumentu. Opis stosowanych przez niego technik gitarowych śmiało wypełniłby przestrzeń przeznaczoną na całą tę recenzję. Fazę pierwszą wieńczy – po kolejnym mistrzowskim wyciszeniu – odrobinę krnąbrny finał, który nie może być lepszą puentą tej erupcji emocji i galopady myśli.

Jazzowe intro gitarzysty nie dość, że otwiera Fazę Drugą, to jeszcze daje pretekst perkusiście do konwulsyjnej zaczepki. Bez zbędnych subtelności, trio ucieka we freejazzowy tumult. To jest już naprawdę poważna impreza! Ognista eskalacja! Rock in Again! Jak oni dobrze się czują w tej rwącej rzece dźwięków! Po chwili wychodzą z niej suchą stopą i łapią zgrabnie, nie wiadomo już który dziś raz, kojące wyciszenie. Kwilą na boku, niemal akustycznie, intensywnie polerują powierzchnie płaskie, szczebioczą i otrzepują skrzydełka. Mazur dobywa z pochwy wulgarny smyczek, rżnie ciszę na nierówne połowy, dzięki czemu nastrój po obu stronach sceny robi się odrobinę oniryczny. W oparach konstruktywnego sonoryzmu muzycy odzyskują grunt pod nogami. Czas znów pohałasować! Michał dynamiczne odpala swe jurne wiosło, znów czyni to w skrajnie indywidualnym stylu, nie dając szans recenzentowi na jakiekolwiek personalne porównania. Vasco też chce być mistrzem tego wieczoru i wpada z całym swoim perkusyjnym i perkusjonalnym sztafażem w dynamiczny rezonans. To on wie najlepiej w tym gronie, kiedy należy rozpocząć finałowe odliczanie. Blues delty Missisipi czai się za rogiem, ale muzycy nie dają mu szansy na zaistnienie. Sprzęgamy się na ostateczny finał! Niech prąd będzie z nami! 79 minut i 46 sekund! I brak choćby nanosekundy nudy! Killer The Triller and The Holy Ghost!!!!


Siedmiopak

Na koniec naszej dzisiejszej, emocjonującej opowieści, płyta w tym gronie dość jednak szczególna. Lubelska, rockowa, progresywna, psychodeliczna (niepotrzebne skreślić) załoga Tatvamasi ma już w dorobku kilka płyt, ale nie będę udawał, że je słyszałem (but never say never). Ich najnowsza płyta Dyliżans Siedmiu trafia na rozgrzane łamy Trybuny przede wszystkim dlatego, że powstała z czynnym udziałem bohatera tej historii, czyli Vasco Trilli. Jakby było mało, kolejnym muzykiem improwizującym, kreatywnie uczestniczącym w nagraniu, okazał się świetny brazylijski saksofonista, klarnecista i flecista Yedo Gibson (też znamy się już całkiem dobrze). Jak donoszą źródła zbliżone do Zespołu, nagranie polskiej załogi z Katalończykiem i Brazylijczykiem odbyło się za jednym podejściem i powstało w atsmosferze jakże konstruktywnej i smakowitej improwizacji. Warto zatem poznać personalia polskiej części Dyliżansu: Grzegorz Lesiak (gitara, wkład kompozytorski), Łukasz Downar (gitara basowa), Jan Michalec (trąbka), Tomasz Piątek (saksofon tenorowy) i Krzysztof Redas (perkusja). Na materiał zgromadzony na płycie składają się trzy wyimprowizowane kompozycje, trwające trzy kwadranse. Uwaga! W samych tytułach dostrzegam duże walory literackie, zatem pozwalam je sobie wszystkie przytoczyć: Chodzę Spać Do Rzeki, Nastroszony Pulsar, Triumf Pozaintelektualnej Treści Doświadczenia.




Bez zbędnego krygowania, przyznam się od razu, iż Dyliżans Siedmiu podoba mi się bezkompromisowo. Bazą dla improwizacyjnych przygód, głównie sekcji dętej, są tu rockowe, zmyślnie podawane tematy, które twardo trzyma w ryzach dramaturgicznych, rozbudowana sekcja rytmiczna. Gitarzysta bardzo udanie szuka psychodelicznych punktów odniesienia, wertując dorobek gatunku z czterech ostatnich dekad, a reszta przestrzeni akustycznej zawładnięta jest przez trzech solistów, wśród których ciężko jest wskazać tego lepszego. Świetne nagranie!

Ciekawe, że Dyliżans Siedmiu ukazuje się jako dodatek do czasopisma (dobrze, że choć muzycznego – progrockowy Lizard). Nie wiem, jakie były pierwotne intencje muzyków, ale ten naprawdę ciekawy materiał z pewnością mógłby znaleźć wydawcę spoza branży piśmienniczej. Ba, gdyby Tatvamasi nagrali nawet marną płytę, ale z Peterem Brotzmannem, czy Matsem Gustafssonem, o ich wydanie biłaby się pewnie cała wataha wydawców muzyki improwizowanej, zapewne nie tylko z tej strony wielkiej wody.


****


Vasco Trilla, człek pracowity, wieczny podróżnik łaknący wciąż nowych wrażeń, w niedalekiej przyszłości nie będzie skąpił tych ostatnich wielbicielom muzyki improwizowanej . W przygotowaniu, na różnym etapie procesu edytorskiego, mamy kolejne duety, tria, a nawet jeden frapujący, kataloński kwartet. Czas pokaże, kiedy będziemy się mogli cieszyć tymi nagraniami. Bez wątpienia wszakże, Trybuna Muzyki Spontanicznej będzie o tych wydarzeniach informować na bieżąco.