Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Coxon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Coxon. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2024

Evan Parker at 80! Big Celebration in Cafe OTO!


Londyn to miasto-galaktyka - wielkie, pełne kontrastów, przenikliwie piękne niczym najlepsze obrazy surrealistów w Tate Gallery, niebywale szalone i równie zagadkowe. Jednak centrum współczesnego świata muzyki improwizowanej umiejscowione jest dość daleko od zacnego Big Bena czy intrygująco przereklamowanego Tower Bridge.

Półgodzinna jazda dowolnym środkiem komunikacji z The City prowadzi nas do rejonu zwanego Dalston, który dwie dekady ścielił się porzuconymi strzykawkami i powszechnym brudem, dziś zdaje się być centrum naszej ukochanej muzyki i definitywnie nie tylko jej. W promieniu kilkuminutowego spaceru znajdziemy tu kilka najważniejszych przybytków kultury free impro/ free jazz, w tym cel naszego wczesnokwietniowego wypadu do Londynu – Cafe OTO.

W rzeczonym zaś klubie od progu wita nas Evan Parker, najważniejszy artysta muzyki swobodnie improwizowanej w stanie czynnej aktywności zawodowej i zaprasza na osiemdziesiąte urodziny. Dwudniowy festiwal, trzy sesje koncertowe, siedem setów - wszystko wykoncypowane i skompilowane przez zacnego Jubilata. Nie mogło nas tam nie być.



 

Na dobry początek, u progu sobotniego wieczoru, duet Spring Heel Jack, czyli Ashley Wales i John Coxon – jeden na odtwarzaczach kompaktowych, drugi na gramofonach, a pośród nich Evan Parker, który w okolicznościach syntetycznych brzmień zawsze sięga po saksofon sopranowy, bo jak sam twierdzi, tenor w takich sytuacjach przypomina słonia w składzie porcelany. SHJ dostarczają nam spokojną, niekiedy wręcz oniryczną powłokę dźwiękową, która niesie soczysty sopran od bram mroku po niebieskie sklepienia. Zdaje się, że idealny pomysł na poły relaksacyjne otwarcie uroczystości urodzinowych.

Po smakowitej przystawce czas na danie główne. Jubilat przesiada się na saksofon tenorowy, a u jego boku sadowią się Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. Najlepsze od czterdziestu lat trio swobodnej improwizacji nie szczędziło nam wrażeń. Nieforsujący tempa, ale bardzo precyzyjny w dozowaniu ekspresji saksofonista, mistrz stawiania perkusyjny zasieków, drummer pracujący głównie na werblu, ale masą perkusjonalnych przedmiotów, no i kontrabasista, tu w roli naczelnego kreatora, muzyczny erudyta, ciągle w mistrzowskiej formie, także pod względem fizycznym. Panowie na scenie mieli łącznie 234 lata i wszystko wskazuje na to, iż pozostaną na niej po wsze czasy.



Niepozbawiona słońca i definitywnie niedeszczowa niedziela proponowała dwa urodzinowe torty. Pierwszy z nich we wczesnych godzinach popołudniowych przyniósł aż trzy sety. Najpierw Mark Sanders Percussion Quartet z udziałem lidera, Milesa Lewina, Jima Bashforta i Tymka Jóźwiaka. Standardowy zestaw perkusyjny, small drum kit, wielki talerz i perkusjonalia z bongosami tworzyły tu poważny aparat wykonawczy, który budował spokojną, czują na niuanse brzmieniowe polirytmię. Muzycy w trakcie występu zamieniali się instrumentami, co kreowało dodatkową dramaturgię. Niedługo potem miała miejsce kolejna urodzinowa smakowitość – solowy występ Johna Edwardsa na kontrabasie. To przykład muzyka, który nigdy nie przestaje zaskakiwać, tu dodatkowo zdawał się być wyposażony w niekończącą się energię kreacji. Wspaniały set!

Podsumowanie popołudniowego koncertu, to występ wszystkich muzyków, który tego dnia już zagrali oraz Parkera, tu dzierżącego w dłoniach saksofon tenorowy. Kolejny spektakularny występ, który klasyczne, free jazzowe trio Parker/Edwards/Sanders przyniósł w świat perkusjonalnej, wielowymiarowej polirytmii. Całość przypominała zjawiskowy okręt niesiony wielkimi, tenorowymi podmuchami powietrza, a wsparty na rozhuśtanej bazie rytmicznej Percussion Quartet.

Urodzinowy capstrzyk zwieńczył wieczorny koncert, który przy okazji był też celebracją urodzin innej legendy muzyki improwizowanej, czyli Alexa von Schlippenbacha, kończącego tego dnia 86 lat. Muzyk zagrał w towarzystwie swojej żony, niemniej legendarnej pianistki Aki Takase. Para używała wszakże jednej klawiatury, udanie nawiązując do jednej z ich ostatnich koncepcji artystycznych, czyli koncertu na cztery ręce. Ów performance wywołał u publiczności spazmy emocji i euforii, ale płynęła ona zapewne głównie z faktu obecności na scenie tych, jakże wiekowych już muzyków, nie zaś z artystycznego punktu widzenia.



Na zakończenie urodzin Evan przygotował danie specjalnie – silnie eksplorowany w ostatnich latach, elektroakustyczny duet Trance Map z Mattem Wrightem, dźwiękowym designerem, na potrzeby koncertu został rozszerzony do oktetu. Na scenie OTO pojawili się goście dnia poprzedniego – Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton, tym razem perkusjonalia i elektronika, a także grupa nowych postaci imprezy – Pat Thomas na elektronice, Hannah Marshall na wiolonczeli, Ned Rothenberg na klarnecie i Peter van Bergen na klarnecie basowym. Parker, co oczywiste, zabrał teraz na scenę saksofon sopranowy. Muzycy zbudowali nam dzieło niemal epickie, gęste od dźwięków, pełne emocji, niebywale intensywne, choć prowadzone w spokojnym tempie, nastawione na brzmieniowe smaczki, świetną kooperację i stylowe akcje w podgrupach. Świetną robotę realizowała tu cała załoga elektroników, ale najpiękniejsze frazy płynęły ze strony instrumentów akustycznych, szczególnie klarnecisty, wiolonczelistki i kontrabasisty. Uff, jakiż to był spektakl!


Happy Birthday Dear Evan, see you at 90’ Celebration!

 

 

piątek, 6 września 2019

Evan Parker, Matthew Wright, Adam Linson, John Coxon & Ashley Wales in Trance Map+! ‎Crepuscule In Nickelsdorf!



Z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń koncertowych bieżącego roku, z punktu widzenia miłośników muzyki improwizowanej, będzie obecność Evana Parkera i jego niezwykłego przedsięwzięcia artystycznego pod nazwą Electro-Acoustic Ensemble na 14. edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Koncert formacji już za pięć tygodni, a my dziś – znów w ramach celebrowania 75 urodzin artysty (jeszcze wiele odcinków przed nami!) – sięgamy po projekt Trance Map+, poszerzoną edycję duetu Trance Map, który onegdaj zaprezentował się na płycie o takim właśnie tytule (Psi Records, 2011). Duet ów zmyślnie łączył filigranowy strumień swobodnych improwizacji na saksofonie sopranowym z prowadzonym na żywo, elektronicznym procesowaniem dźwięków generowanych przez instrument dęty. Partnerem Parkera, który zasiadł za pulpitem komputera był wówczas Matthew Wright. Na wydanej dwa miesiące temu płycie, Trance Map poszerzony został do pięciu muzyków, którzy wyposażeni dodatkowo w kontrabas i cały arsenał urządzeń elektronicznych, zbudowali niezwykły spektakl elektroakustyczny.

Z muzykami spotykamy się na austriackim festiwalu Konfrontationen 2017 w Nickelsdorf. Na letniej, lipcowej scenie meldują się: Evan Parker – saksofon sopranowy, Matthew Wright – turntables, live sampling, Adam Linson – kontrabas i elektronika, Ashley Wales - elektronika oraz John Coxon – turntables, elektronika. Koncert, który stanowi jeden nieprzerwany ciąg dźwięków, podzielono na siedem części. Trwa w sumie 58 minut i 47 sekund, a wydawcą CD jest Intakt Records.




Oniryczna flora drżącej, szumiącej i syczącej elektroakustyki, gdzie wszystko, co żywe napotyka na koleiny elektroniki i wchodzi z nimi w niebanalne interakcje. Świat dźwięków wymieszanych, gdzie źródeł wielu fonii możemy się jedynie domyślać. Podmuch wiatru, echo skwierczących kabli, szum zwojów nerwowych, drobne usterki na łączach, półśpiew zmutowanych ptasich odgłosów, drobne pojękiwanie strun kontrabasu. Saksofon sopranowy leniwie budzi się do życia po upływie dwóch i pół minuty, kwili wyjątkowo łagodnymi frazami, jakby intonował pieśń inicjacyjną, która po niedługim czasie zaczyna pętlić się i nabierać szorstkości. Tło wokół zdaje się być coraz bardziej mgliste i nieinwazyjne. Gdy sopran wyrusza w pierwszy tego wieczoru taniec, towarzyszą mu cztery żywiołowe strumienie wybrzuszonej syntetyki. Gdy gaśnie, elektronika ciągnie narrację (przy okazji jesteśmy już w drugiej części), a w tle pojawiają się drobne zgrzyty kontrabasu, iskierki wyzwolonej syntetyki. Dźwięki saksofonu wprost po przetworzeniu, może też jego żywej odmiany, nabierają dynamiki na sporym pogłosie. Muzyka brzmi, jakbyśmy znaleźli się w ulu pełnym agresywnych pszczół. Po 5 minucie sopranista wpada w oddech cyrkulacyjny, a pióro recenzenta aż płonie z zachwytu nad akustyką tej właśnie chwili. Po wybrzmieniu, skromne akcenty percussion, drżenie kontrabasu i garść skrzącej się syntetyki, niczym dwadzieścia lat temu na post-technoidalnych płytach Jana Jelinka. Sample z wibrafonu ogłaszają start trzeciej części. Pomruki kontrabasu budują flow narracji, w tle kiście mokrej syntetyki. Sopran powraca po dłuższej chwili, rysuje pętle, podczas gdy okablowany blok wsparcia wpada w repetycje. Gęstości chwili dodaje smyczek na strunach kontrabasu. Sopran zdaje się multiplikować, zaś przestrzeń spektaklu rozciąga się wzdłuż i wszerz. Po 7 minucie mały peak kontrabasu, syntetyczny meta drumming i brzęk elektroniki, który zwiastuje kolejną część koncertu.

Na rozbiegówce dronowa, niemal epicka ekspozycja, pełna tajemniczości, bardzo nerwowa. Industrialny posmak chwili, meta taneczna syntetyka i sopran, który ponownie startuje po krótkim odpoczynku. Znów kreśli pętle, cyrkuluje i łyka elektroakustyczną poświatę. Flow szyty gęstym ściegiem, jakby nagle na scenie pojawiło się kilka nowych, akustycznych instrumentów, unoszonych na barkach syntetyki. Sopran w wersji żywej i samplowanej – piękny moment! Płynny start części piątej przy wtórze post-syntetyki. Saksofon, cichy, swawolny ptaszek, wokół bijące dzwony, syntetyka skwiercząca wyjątkowo analogowo, pasma pulsującego basu, wprost z gorących kabli. Dęciak nabiera zadziorności i stara się wchodzić w interakcje z każdym obiektem na scenie, czemu towarzyszą partie wzajemnych imitacji. Jest przy tym silnie dekonstruowany, zniekształcany absolutnie live. Po 6 minucie narracja zagęszcza się, znów akcenty perkusyjne, wielobarwne sample, tuż potem drżenie strun kontrabasu przepuszczone przez kable i dźwięki syntezatora w stanie spoczynku. Rodzaj sonorystycznych przygód w elektroakustycznych okolicznościach przyrody. Brawo! Na finał tej części prawdziwe królestwo kontrabasu i wielobarwny kalejdoskop sampli. Start części szóstej wyjątkowo wyznacza saksofon i owo niespełna czterominutowe interludium wypełnia dźwiękami niemal samotnie. W tle towarzyszy mu jedynie cichy ambient uśpionej elektroniki i skromne plastry sampli. Finałową część koncertu, bardzo rozbudowaną (ponad kwadrans) rozpoczyna dalekie echo sopranu i drżenie elektroniki. Parker wpada w zmysłowy taniec, potem towarzyszy mu także struga sopranowego live proccesing oraz poświata syntetyki. Wszystko zdaje się skwierczeć i jęczeć, potem zaś gęstnieć. Siarczysta biel metafizyki dźwięku! Duża zmienność akcji, finałowa nadaktywność wszystkich uczestników tego niebywałego spektaklu. Akcenty post-syntetyki, pasma post-ambient i post-techno, struny kontrabasu, meta perkusjonalia, basowe pulsary, sample i perfumy Królowej, wszystko na bogato! W 13 minucie sopran zaczyna zrywać swoje frazy, syntetyka sprzęga się i zieje ogniem na flankach. Loopy i ptasie porykiwania. Triumf niemal żywej syntetyki, która błyskotliwie gaśnie. Burza oklasków i wyzerowany licznik odtwarzacza kompaktowego.