Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frantz Loriot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frantz Loriot. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020

Yoni Kretzmer! The Brooklyn’ Sax Killer and his Mis-Takes!


Stali Czytelnicy tych łamów z pewnością zauważyli, iż nasze recenzenckie macki rzadko sięgają po muzykę zza Wielkiej Wody (w jej jak najbardziej północnym wymiarze). Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, nie są one jedynie natury artystycznej, ale nie świadczą one bynajmniej o tym, iż dźwięków z tamtej części świata w ogóle nie słuchamy. Baa, czynimy to nad wyraz często, na ogół jednak – po odsłuchu - upychając pliki z muzyką w otchłani niezliczonych pamięci zewnętrznych naszych komputerów.

Czas jakiś temu namierzyliśmy wszakże pewnego saksofonistę, rezydenta Brooklyńskiego, pochodzącego z Jerozolimy, któremu zaczęliśmy się bacznie przyglądać. Z płyty na płytę, nasz niekłamany podziw dla jego kunsztu improwizatorskiego rósł, zatem musiał w końcu nadejść moment, w którym muzyk ten trafi na łamy Trybuny, i to od razu w formie małego overview, by nie rzec – fjuczersa!

Panie i Panowie, Yoni Kretzmer!




2Bass Quartet

Przygodę z muzyką tenorzysty z Nowego Jorku zaczynamy od najnowszej płyty jego formacji 2Bass Quartet. Wydawnictwo ubiegłoroczne, choć nagranie pochodzi z roku … 2013. Zgodnie z nazwą, w składzie kwartetu odnajdujemy dwa kontrabasy – w lewym kanale zagra Sean Conly, w prawym zaś niemal legenda tamtejszej sceny free jazzowej - Reuben Radding. Na perkusji odnajdujemy także naszego dobrego znajomego – Marka Pride’a. Ich trzecia płyta zwie się Mis-Take, składa się z siedmiu improwizacji (określonych przez Kretzmera, jako idee kompozytorskie), trwających 44 minuty i 38 sekund. Wydawcą CD jest OutNow Recordings, label z Brooklynu, którym zarządza saksofonista i który dokumentuje niemal wszystkie jego rejestracje.

Mocny tembr saksofonu tenorowego, masywne kontrabasy, posadowione na przeciwległych flankach, które nieustannie sieją ferment, rzadko grając frazy imitacyjne, wreszcie pełna energii, żywa perkusja. Czy świat swobodnego free jazzu potrzebuje czegoś więcej? Jeśli ową sytuację sceniczną uzupełnimy mistrzowskim warsztatem i wysokim poziomem kreatywności muzyków oraz świetnym brzmieniem wszystkich instrumentów, nasze szczęście nie może nie osiągać stanu maksymalnego. I tak dzieje się w przypadku Mis-take! Narracja toczona jest bardzo swobodnie, improwizacja ma, co prawda pewne ramy, ale zdaje się, że predefinicja procesów dźwiękowych ograniczyła tu się jedynie do wykreowania pewnego ładu dramaturgicznego całości spektaklu muzycznego.

Rzućmy uchem i okiem, jak to wygląda w praktyce. Zacznijmy od samego początku: lewy kontrabas pracuje smyczkiem, prawy szarpie struny, środkiem sunie siarczysty saksofon, który zdaje się zwoływać czeredę złoczyńców na rykowisko. O marszowy flow, nieco aylerowski w posmaku, dba trafiająca zawsze w punkt perkusja. Tenor nakręca tu spiralę emocji, razi szczerością i intensywnością przekazu, plami emocjami, pewny każdego zadęcia, idzie po swoje bez najmniejszych skrupułów. Drugi utwór budują riffy kontrabasów, na których ściele się dźwięk sonoryzującego saksofonu, obok błyszczą perkusjonalne ornamenty. Pełen niepokoju, multikreatywny tenor bucha wyobraźnią, szczerzy zęby i gna w najlepsze. Na początku trzeciej części kwartet stawia na ciszę. Kontrabasy plotą balladę, silnie akcentowaną przepięciami perkusyjnymi, tenor śpiewa zmutowany czerstwą współczesnością be-bop. Gdy ten ostatni milknie, basy zaczynają pojękiwać post-barokiem, czyniąc ze smyczków prawdziwe narzędzie zbrodni. Na finał pieśni robi się naprawdę gorąco – afektowany post-blues puka do twoich drzwi. Nie waż się otwierać!

Czwarta idea kompozytorska – lewy kontrabas, wiedziony smyczkiem, sięga niezwykle wysoko, potem maltretuje struny. Saksofon i perkusja od razu wrzucają szósty bieg. Prawy kontrabas szarpie struny, ciągle czegoś szuka. Po 90 sekundach speedowy free jazz jest już udziałem każdego z muzyków. Wszystkie dźwięki wydają się multiplikować – ściana akustycznego noise, to prawdopodobnie jedyna droga ucieczki. Po solówce perkusji, światło gasi smyczek prawego kontrabasu. Piąta historia budzi się przy dźwiękach preparowanych. Wejście w temat jest lekkie, nawet frywolne. Podłączenie się do zabawy przez perkusję buduje nerw wewnętrzny i kieruje całość narracji ku ognistej kipieli. Saksofon szczytuje (na poły cyrkulacyjnym oddechem), kontrabasy maltretują się wzajemnie, a progresywny drumming dopełnia obrazu całości. Szósta część rozgrywa się bez udziału saksofonu. Dwa smyki, gently percussion, ballada post-chamber. Chwila wytchnienia przed finałową rozgrywką. Ta zaczyna się niczym cisza przed burzą – saksofon prycha, oba kontrabasy tkwią w stanie powolnej preparacji, percussion przelewa hektolitry wody. Rezonans talerzy, skupiony flow tenoru – opowieść, która nabiera dynamiki mniej więcej po trzech minutach. Full drums, saksofon, który chrobocze egzystencjalnymi wątpliwościami, rozbujane kontrabasy – oto, jak unaocznia się idea rocka i bluesa w swobodnej, post-jazzowej opowieści. Tenor aż śpiewa, aż grzmi, aż kipi. Pod nim dwa basy i jedna perkusja – prawdziwa autostrada do piekła!




New Dilemma

Pozostajemy w obszarze muzyki jak najbardziej improwizowanej, jakkolwiek element ingerencji kompozytorskiej Kretzmera w przebieg strumieni dźwiękowych zdecydowanie zyska na znaczeniu. Druga płyta formacji New Dilemma, która przy okazji rozrosła się z kwintetu do sekstetu, to przykład predefiniowanej improwizacji w duchu kameralistycznym, pozostającej rzecz jasna pod silnym wpływem free jazzowego temperamentu lidera.  W aspekcie instrumentalnym – swoiste połączenie kwartetu free z instrumentami strunowymi, w aspekcie zaś personalnym - Frantz Loriot (altówka), Christopher Hoffman (wiolonczela), Josh Sinton (klarnet basowy), Pascal Niggenkemper (kontrabas), Flin Van Hemmen (perkusja) oraz nasz bohater (saksofon tenorowy). Dwupłytowy zestaw CD zwie się Months, Weeks and Days, składa się z dziewięciu kompozycji (chyba winniśmy się trzymać tego określenia), a trwa blisko 110 minut. Nagranie studyjne z maja 2016 roku, dostępne na rynku od roku 2018 (OutNow Recordings).

Nie sposób nie nazwać Miesięcy, Tygodni i Dni dziełem epickim, z uwagi na jego rozmach, mnogość pomysłów aranżacyjnych, tygiel nieustających zmian w procesie narracji i całe mnóstwo doskonałych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Jednej rzeczy na tej płycie nie uświadczymy wszakże z pewnością, a mianowicie – nudy! Być może niektóre utwory mogłyby być odrobinę krótsze, ale i tak dzieło Kretzmera nie wydaje się przegadane, albo zbyt rozwlekłe. Daleko mu do porażającej epickości czteropaków Anthony’ego Braxtona, tudzież wielodyskowego dzieła Tyshawna Soreya Pillars.

Wejście w dzieło od razu stawia nas na baczność. Blisko 20 minutowa pieśń otwarcia rodzi się w kameralistycznej plątaninie wyłącznie ciekawych dźwięków – rezonujące smyki, liczenie strun, małe percussion i masywny, nisko zawieszony temat podawany przez saksofon i klarnet basowy, powolny i smagły bass drone chamber! Narracja nabiera wiatru w żagle – temat gaśnie na strunach, a dęciaki zaczynają harcować w najlepsze. Free jazzowa kipiel z tenorem w roli wodzireja nie trwa jednak długo. Płomień przygasa przy wtórze strings, a bystre solo czyni klarnet basowy, mając za partnera grzmiący kontrabas i ludzkie gardło – upalone chamber z jazzowym wrzaskiem dętym. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się, jak w kalejdoskopie – sporo akcentów kolektywnych, erupcje mocy komentowane stonowanymi pasażami, zapewne po części powodowanymi dyktatem pięciolinii, wreszcie w pełni demokratyczny dostęp do przestrzeni nagrania dla każdego z instrumentów, także w zakresie indywidualnej kreatywności. Od spokoju rozjuszonej kameralistyki po ścianę free jazzowego ognia. Zmiany, zmiany, zmiany…. Drugi utwór otwierają strunowce, posyłając zalążek tematu. Tenor wrzeszczy z desperacji, a klarnet basowy gra marsza. Po chwili jazzowy duet saksofonu i perkusji, który napotyka na agresywną postawę violi i cello, wspieranych zazdrosnym klarnetem basowym. Kolejny doskonały moment, to wspólny, krwisty pasaż dętych w tle niemal tanecznych podrygów reszty sekstetu. Co rusz dynamiczna faza improwizacji natyka się na komentarze czytane z pięciolinii, które na moment gaszą jej ogień lub wkręcają cały zespół w nowy wątek narracji. Początek trzeciej historii, to dramatyczny wrzask klarnetu basowego i temat grany wysoko, głównie przez strings. Perkusja wchodzi po dwóch minutach i zabiera wszystkich na free jazzową galopadę. Po jej wybrzmieniu, głos rozpaczy staje się udziałem altówki i wiolonczeli, po czym zostaje cudownie ugaszony preparacjami kontrabasu i dęciaków. Po chwili wszyscy znów gnają na zatracenie, a światło gasi perkusja. Czwarta część, to moment wytchnienia – piękna introdukcja wiolonczeli, brzmi jak temat wprost z Bacha, z komentarzem cello i percussion. Smukła meta ballada z grzmotami kontrabasu. Piąty utwór, który wieńczy pierwszy dysk – masywne, brudne intro w wykonaniu strunowców, wsparte hałasem talerzy. Saksofon i klarnet basowy po paru chwilach skrzeczą i złorzeczą, kreując molową, nieco histeryczną opowieść, która nie może skończyć się happy endem. Gęsta od potu, masywna narracja bez udziału perkusji, w której to dęciaki grają temat, a strunowce wyją do księżyca i zatracają się w tańcu.

Dysk drugi rozpoczyna także opowieść długometrażowa (ponad 17 minut). Perkusyjne intro, preparacje i grzmoty klarnetu basowego i kontrabasu, obok saksofon wraz z cello, grający temat z pięciolinii. Rwany, niepokojący walczyk dla niegrzecznych chłopców. Z czasem całość nabiera mocy, siłą ekspresji tenoru i ostrym, fermentującym tembrem kontrabasu. Po kolektywnej erupcji, strunowe wyciszenie, a zaraz potem kolejny, zmysłowy pasaż saksofonu z bystrym tłem ze strony pozostałych instrumentów. Znów pomysł goni tu pomysł – jest moment na liczenie strun na gryfie altówki, taniec masywnego smyczka po gryfie kontrabasu, prychy zirytowanego klarnetu basowego. Im bliżej końca, tym ogień narracji narasta - kilka bystrych, wyśmienitych ekspozycji solowych (altówka, klarnet, tenor, perkusja), które upstrzone kameralistycznym komentarzem docierają do ostatniego dźwięku. Temat drugiej opowieści wypływa spod strun, saksofon śpiewa bardzo jazzowo, a wszyscy szukają zwady. Po paru minutach nastaje dobry moment dla strunowców, które wojują z perkusją, a w roli mediatora, smakowity klarnet basowy. Ten ostatni transferuje narrację ku formule free jazzowego kwartetu bez udziału strings. Gdy te powracają, emocje gasną. Trzecia historia to duet saksofonu i perkusji. Bystrze brną w pół galopie, co rusz komentowani przez strunowce, które albo koją zszargane nerwy, albo wręcz dolewają oliwy do ognia. Po chwili mamy tu małą wojnę free jazzu z chamber – kwartet grzmi i skrzeczy, ale viola & cello, choć w mniejszości, nie dają za wygraną. Gdy ostateczne zjednoczenie dokona się na naszych uszach, ognisty finał tryska emocjami. Wreszcie czas na finał wielomiesięcznej epopei – deep drums, nisko zawieszone wiolonczela i klarnet, długie i ponure pasaże drones inside & outside. Tenor prycha suchym powietrzem, strings grają barok, klarnet śpiewa pokrętną kameralistykę. Gdy wszystko wskazuje na to, że meta melodyjny pasus saksofonu wieści koniec płyty, repetujące strunowce, a potem także perkusjonalia, sieją ferment i budzą demona swobodnej kreacji. Pożegnanie nie jest zatem słodkie – całkowicie wyzwolony tenor grzmi na tle opadających, strunowych dźwięków, po czym gasi światło przy blasku rezonujących talerzy.




Trio

Na zakończenie pierwszej bytności *) Yoni Kretzmera na spontanicznych łamach, proponujemy odrobinę wytchnienia przy dalece swobodnych improwizacjach trąbki, kontrabasu i saksofonu tenorowego. Studyjna rejestracja z 2016 roku, ze słynnego studia Systems Two na Brooklynie: Thomas Heberer na trąbce, Christian Weber na kontrabasie i Yoni Kretzmer na saksofonie tenorowym. Ich płyta z roku 2018 zwie się BIG (OutNow Recordings), składa się z sześciu improwizacji (być może poprzedzonych drobnymi ustaleniami scenariuszowymi), trwa zaś 44 minuty i 49 sekund.

Jazzowe intro, klejone ciepłymi frazami, które jednak dość szybko łapią brud i szukają, póki co, incydentalnych preparacji, to sytuacja na wejściu. Trąbka jakby z bajki kameralistycznej, kontrabas z oceanu swobodnej improwizacji, zaś saksofon po kolana zanurzony w dorobku free jazzu. Drugi odcinek, uprzedźmy przebieg wypadków – podobnie jak ostatni, jawi się najciekawszym momentem Dużego. Na początek agresywne preparacje, szorstkie, bezczelnie rwane frazy, smyczek, który goreje i tuba saksofonu, która krzyczy. Rytm, ekspresja, a w drugiej fazie nagrania doskonały deep bowed bass. Trzecia opowieść skrojona chyba w celu przygaszenia entuzjazmu recenzenta – wysoka trąbka, niski saksofon i dudniące pizzicato kontrabasu. Pasywne chamber, budowane bez specjalnej chemii pomiędzy jego twórcami. Na plus ciekawe dialogi trąbki i tenoru w estetyce stevensowskiego Flower.

Czwarta improwizacja stawia na długie pasaże. Smyk, znów osadzony niemal na dnie kontrabasu, czyni tu najwięcej dobrego. Piąta historia, to ciekawy krok w kierunku preparacji i akcentów sonorystycznych. Trąbka dmie po krawędziach, oddycha ciężkim powietrzem, struny kontrabasu rwą się jedna po drugiej, a saksofon szuka intrygujących dźwięków w czwartym wymiarze. Potem wszyscy czynią dwa kroki w kierunku jazzu, ale pomysł zostaje niezwłocznie odwołany, czyniąc finał bardzo udaną preparacją. Ostatni utwór na płycie, jako się rzekło, sporo rekompensuje, nie tylko dlatego, że jest najdłuższy i nieźle upstrzony ciekawymi sytuacjami. Zaczyna go gadulstwo trąbki i zwinne szarpanie strun, które stara się naśladować saksofon. Narracja pachnie jazzem, ale wszystko zdaje się być tu robione z zębem. Saksofon dmie z klasą (choć nie taką, do jakiej przywykliśmy na dwóch poprzednio dziś omawianych płytach), nie skąpi swoim frazom melodyjności. Jeśli partnerzy na moment zaczynają przynudzać, wrzuca wyższy bieg i nie pozwala przygasnąć narracji. Znów kapitalną robotę czyni kontrabas i jego wyjątkowo nisko zawieszony smyczek. Dobre zakończenie płyty zawdzięczamy tenorowi, który brudnym, masywnym flow wieńczy nagranie. Gdy na ostatniej prostej trąbka szumi na potęgę, ten rży i daje do wiwatu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*) wnikliwa analiza śledcza Pana Redaktora wykazała, iż Yoni był – epizodycznie – gościem tych łamów, niemal 4 lata temu, przy okazji krótkiej notki o poprzedniej płycie 2Bass Quartet Book II. Tamże – proroczo – obiecaliśmy śledzić dalsze poczynania Kretzmera! Here We Are!



piątek, 29 czerwca 2018

Phicus & Belorukov at Intonema! And the Other Tall Stories!


Petersburski label Intonema, jak donosi podtytuł jego strony internetowej, poświęcony jest muzyce improwizowanej, współczesnej, eksperymentalnej i całej tej szalonej reszcie! Artystycznie dowodzi nim bardzo ciekawy rosyjski saksofonista i eksperymentator w zakresie dźwięków elektroakustycznych - Ilia Belorukov.

Być może na moment, w którym Trybuna baczniej przyjrzy się dokonaniom Intonemy, musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, ale szczęśliwie, za jej przyczyną, kilka tygodni temu ukazała się druga płyta barcelońskiej formacji Phicus. To trio znamy i lubimy tu wszyscy, bo nie dalej, jak jesienią ubiegłego roku, Ferran Fages, Alex Reviriego i Vasco Trilla debiutowali fonograficznie w ramach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project. Najnowsza płyta nagrana została w towarzystwie właśnie Belorukova, zatem nie mogliśmy nad tym faktem przejść do porządku dziennego, bez odpowiedniego komentarza.

Dodatkowo dzięki uprzejmości wydawcy, w odtwarzaczach redakcji pojawiło się także kilka poprzednich płyt labelu, zatem czas dziś na skromny overview katalogu Intonemy. Przegląd zaczniemy, trzymając się znanej i lubianej na tych łamach zaburzonej chronologii, od płyty najnowszej*), a potem skrupulatnie będziemy cofać się w czasie, omawiając w sumie pięć ostatnich pozycji.
  




Phicus & Ilia Belorukov  K(nо́)t (Intonema 027, 2018)

Ubiegłoroczne lato w Barcelonie! Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja oraz Ilia Belorukov – saksofon altowy i mała elektronika. Cztery utwory z tytułami trwają 40 minut bez kilkunastu sekund.

Od startu dobiegają nas dźwięki z samych głębin tuby, rezonującego talerza, opiłek fonii na gryfie gitary, czy szorowania pudła rezonansowego kontrabasu. Wszystkie one dumnie kroczą, jeden za drugim, w oczekiwaniu na to, co może wydarzyć się za moment. Oto Phicus w wersji medytacyjnej, bez akcentów rockowych, czy post-rockowych, które niechybnie zdobiły ich debiutancki album Plom. Znacząca w tym moc sprawcza rosyjskiego saksofonisty, który na ogół stroni od ekspresyjnych zachowań i nierozważnych galopad. Świat fonii filigranowych dzwonków, prychów na dyszach, akustycznych ornamentów, migotliwych świecidełek na skraju dnia, w glorii zachodzącego słońca, gdy czuć już zimną nocą w powietrzu. Mikrobiologia improwizacji, mikrotonalność pojedynczego dźwięku. A na finał pierwszej części bardzo udane próby budowania, wzajemnie krzyżujących się, dronów z czterech akustycznych źródeł. Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, rodzi się z poziomu jeszcze bliższemu ciszy. Jeszcze dostojniejsza, bardziej oniryczna (zwłaszcza na gryfach), metafizycznie podwieszona w czasoprzestrzeni. Teraz mamy już chyba do czynienia w prawdziwą nanobiologią dźwięków - wielokolorowe szumy, głęboki rezonans, drobinki ołowiu w powietrzu. Narracja zaczyna delikatnie narastać, elektroakustyczna mieszanka ciała i krwi – zmysłowe, cierpkie nieoczywistości fonii, z silnym akcentem małej elektroniki w samym środku tej ekspozycji. Wytłumionej po niedługiej chwili szarpnięciami strun kontrabasu i skromną sonorystyką altu. Jakby rodziło się nowe życie dla całej czwórki muzyków. Więcej rwanych fraz, znaczące akcenty perkusyjne, drobne cuda na gryfie gitary. Szczypta dźwięków z nierozpoznawalnych źródeł (raczej akustycznych). Dzwonki Trilli wieńczą dzieło.

Czas na trzecią opowieść – klimat powolnej śmierci zostaje zachowany. Cisza, mikrozgrzyty gitary, napięcie zaniechania, chłód oczekiwania. Kontrabas wchodzi do gry jak niedźwiedź, nie do końca wybudzony ze snu zimowego. Obok ledwie sugerowany drumming. Narracja niczym upiorna kołysanka dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci, z głęboko zaszytą w sobie repetycją. Następny krok, to oniryczna sonorystyka, uprawiona jakby w poprzek przebiegu wydarzeń. Drżenie upoconych rąk, niepokój chwili, elektroakustyczny strach przed nieznanym. Jakby muzycy grali soundtrack do niemego horroru, jednego z klasyków gatunku. Sepia okładki płyty nie mówi nam chyba wszystkiego o intencjach jej twórców. Królestwo artystycznego minimalizmu zostaje osiągnięte. Na finał płyty rodzaj czterominutowej kody. Elektroakustyczny szum, drobinki akustycznych dźwięków ze strony wciąż jeszcze żywych instrumentów. Na tle tej narracji tempo orszaku pogrzebowego, to niemal galop. Na sam już koniec, przez krótki moment, nieco gęstsza faktura dźwięków, sonoryzujący Trilla, czyste dysze altu. Na ostatniej prostej tłumienie dawno już wytłumionych emocji.




Konstantin Samolovov & Alexey Sysoev  Varietas (Intonema 026, 2018)

Nadal lato roku ubiegłego, tym razem jednak moskiewski DOM Cultural Center. Konstantin Samolovov – wybrane elementy perkusji, obiekty, radio, rejestrator głosu oraz Alexey Sysoev  - no input mixing board (stół mikserski bez danych na wejściu) plus kilka, bliżej nieznanych obiektów elektronicznych. Dwie improwizacje, łącznie 37 minut bez kilku sekund.

Muzyczna przygoda z perkusją wspomaganą elektroakustyką lub może inaczej – elektroakustyka napędzana snare drummingiem. Zwarty, gęsty ścieg narracji, odrobina sampli, elektroniczne ozdobniki. Jakkolwiek byśmy tego nie odbierali, improwizacja ma swój rytm, swoją nieco powykręcaną, żywą dynamikę, umoczoną po pachy w preparacjach czynionych na mikserze bez danych wejściowych (czyli takim muzycznym perpetum mobile). W wymiarze fonicznym, improwizacja duetu przypomina chwilami ciąg produkcyjny dużego zakładu szlifierskiego. Nerwowe, rozedrgane plamy dźwiękowe, silnie wszakże przykuwające uwagę odbiorcy. Choć opowieść toczy się stosunkowo linearnie, bywa, że skrupulatnie narasta w czasie i przestrzeni.

Na szczególną uwagę zasługuje końcowe 6-7 minut pierwszej, dłuższej improwizacji, zatytułowanej Moto. W natłoku wielowymiarowych dźwiękowych wydarzeń, wyjątkowo zwinnie wyłania się elektroakustyczny dron, który z perspektywy pierwszego piętra, fantastycznie komentuje skromny, zakleszczony do wewnątrz, akustyczny snare drumming. Całość efektownie pikuje w kierunku finałowej ciszy. Druga improwizacja Cycle zdaje się być bardziej stonowana, skupiona na pojedynczych frazach, z delikatnie przesuniętym akcentem z soczystych perkusjonalii na rozbudowaną, niebanalną, jakże żywą elektroakustykę.




Ilia Belorukov/ Miguel A.García/ Jason Kahn/ Frantz Loriot  Invanskrue (Intonema 025, 2017)

Szwajcarski Zurich, grudzień 2016 roku. Ilia i Miguel w trakcie trasy koncertowej spotykają tamtejszych rezydentów w osobach Jasona i Frantza. Propozycja wspólnej sesji nagraniowej okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ilia Belorukov - fluteophone, contact microphone, effect pedals, sample, field recordings, Miguel A. García - laptop, elektronika, Jason Kahn – perkusja oraz Frantz Loriot – altówka. Dwie improwizacje, 46 i pół minuty.

Przykład wyjątkowo kompetentnej elektroakustyki z dużą dawką żywych, niebanalnych, intrygujących dźwięków. Element pierwszy to domena gości, drugi zaś to przywara gospodarzy tej sesji. Narracja pełna skupienia, dbałości o szczegóły, bez brudu za paznokciami i zbytniego potu na czole. Struktura improwizacji w trakcie dwóch opowieści jest na ogół dość stała. Chwilami prym wiodą elektroniczne incydenty, w innych momentach piękno akustyki altówki i perkusjonalii zdaje się mieć niepodważalny charakter. Zwinna sonorystyka żywych instrumentów zwiera tu zgrabnie szyki z syntetyką ciekawej elektroniki. 

Pierwsza improwizacja obfituje w wiele imponujących ekspozycji Kahna, także w kameralistyczne grepsy na gryfie Loriota. Belorukov skoncentrowany na elektroakustycznych perforacjach, Garcia zaś trzyma z nim front, świetnie kooperując na kablach. Rodzaj improwizowanej narracji, który nie eskaluje się bez potrzeby, która perfekcyjnie dba o dramaturgię wydarzeń. Jej linearność, spójność artystyczna, konsekwencja w budowaniu muzycznej opowieści, konstytuują jakość oceny końcowej.

Druga opowieść zdaje się być bardziej intensywna, z większą ilością kanciastych form. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, okazjonalnie pojawiają się zmutowane melodie z sampli i szczypta field recordings. Ta narracja ma trzy, nawet cztery wątki, a wszystko dzieje się przy zachowaniu autów pierwszej części. Już pod koniec 10 minuty muzycy schodzą na poziom ciszy i balansują na granicy dźwięku. Po chwili skrupulatnie odbudowują narrację. Wyrazisty Kahn stanowi świetny punkt odniesienia dla elektroakustycznego dzieła gości w podróży. Loriot, od czasu do czasu, gotowy jest budować strzeliste drony na gryfie altówki i łechtać ucho recenzenta w sposób ponad normatywny. Invanskrue to płyta, która stanowić może doskonały przykład symbiozy żywych i syntetycznych pasaży dźwiękowych.




Dominic Lash & Seth Cooke Egregore (Intonema 024, 2017)

Powracamy do duetu, tym razem w postaci dwóch Brytyjczyków. Muzyka zarejestrowana w dwóch miejscach, w dwóch momentach czasowych (2016 i 2017 rok). Nie wiemy dokładnie, czy muzycy przebywali w trakcie procesu produkcji dźwięków razem, czy też jeden dogrywał do drugiego. Dominic Lash – elektronika, Seth Cooke – talerze, mikrofony. Godzina zegarowa bez 25 sekund. Jeden trak.

Kompozycja zbudowana głównie elektronicznie lub w drodze amplifikowania działań akustycznych na talerzach. Rodzaj dźwiękowej instalacji, projektu, bez znamion improwizacji. Jednostajny, gigantyczny dron wyrasta bardzo powoli z ciszy. Jego struktura jest dość prosta, dźwiękowo jednorodna. Staje na środku wyimaginowanej sceny i intensywnie trwa.

Recenzentowi pozostaje foniczna łamigłówka do rozwiązania – znajdź choćby jeden szczegół, który stanowi o tym, że kolejne minuty tej muzycznej formy czymkolwiek różnią się od siebie. Po 10-12 minutach można zaryzykować tezę, iż poziom intensywności stojącego dronu mikrotonalnie narasta. Ale to tylko teza. Wibracja dźwięku, jakiej doświadczają nasze receptory słuchu po kolejnym kwadransie jest być może jedynie efektem mechanizmu obronnego naszego organizmu, nie zaś skutkiem działań muzyków. W dalszej części płyty odbiorcy pozostaje już tylko własna wyobraźnia. Może coś wydarzy się w monotonii dźwięków, może coś wejdzie z czymś w interakcję… Dron bowiem trwa, czuwa, nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy.

Kolejna nadzieja na jakiekolwiek wydarzenie pojawia się w okolicach 35 minuty. Coś dzieje się na dalszym planie. A może to tylko złudzenie foniczne. W 50 minucie narracja wchodzi w stadium wygaszania. Opuszczanie kotary trwa blisko 10 minut. Płyta, która stanowi jedno z większych wyzwań recenzenckich. Niżej podpisany wytrwał do końca.




Horst Quartet  Edged Timbre (Intonema 023, 2017)

Na finał przeglądu najnowszych płyt Intonemy kolejna udana lekcja elektroakustyki. Tym razem w wydaniu kwartetu muzyków fińskich. W podróż na krawędź dźwięku zabierają nas następujący wykonawcy: Tuukka Haapakorpi – elektronika, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, obiekty, Taneli Viitahuhta – saksofon altowy, obiekty i piano, Hermanni Yli-Tepsa – skrzypce, obiekty. Pięć improwizacji z tytułami, dwa kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.

Od progu wita nas głucha i tajemnicza przestrzeń elektroakustyczna (wilderness!). Chrobot przedmiotów nieznanych, silne echo, pogłos instrumentów akustycznych, skwierczenie na kablach, robotyka amplifikatorów. Filigranowa, acz gęsta, delikatnie tkana pojedynczymi czasami dźwiękami, spokojna narracja. Pełna niuansów, smaczków, nastawiona na odbiorcę, która ma chwilę na precyzyjny odsłuch. Akcenty żywe i incydenty syntetyczne, dobra struktura, celnie ułożone proporcje i wyważona dramaturgia wewnętrzna.

We fragmencie drugim intensywność ekspozycji ciekawie narasta, brnąc niebanalnie w kierunku industrialnej estetyki brudnego, niepokornego, zdeformowanego dźwięku. Procesowi temu towarzyszy rosnący udział żywych instrumentów - saksofonu, gitary i skrzypiec. W tle pracuje duża amplifikacja i groźnie łypie okiem na muzyków. W odcinku czwartym muzycy mierzą się z bezmiarem elektroakustycznej ciszy. Z kolei w piątym po drodze im z odrobiną hałasu, który jest kontrapunktowany krótkim pasażem wprost z klawiatury piana. Wszystko na tej płycie dzieje się w granicach artystycznego rozsądku, co stanowi w tym wypadku bezwarunkowy atut nagrania.




*) już w trakcie redakcji tego tekstu, ukazała się kolejna płyta Intonemy, której Pan Redaktor jeszcze nie przetworzył. Chodzi o krążek tria Wozzeck Fact I (Ilia Belorukov/ Mikhail Ershov/ Konstantin Samolovov). Jego numer katalogowy - 028.