Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emil Karlsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emil Karlsen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 sierpnia 2025

The Confront Recordings’ fresh meals! Poznań: Appropriate Density! Moon! Liminal Spaces!


Brytyjski label Confront Recordings jest aktywnym uczestnikiem sceny free improvisation już od trzech dekad. Pod zacnym kierownictwem Marka Wastella permanentnie dostarcza nowe, smakowite kąski. Kiedyś w blaszanych pudełkach, teraz w czarno-białych kopertach. Zawsze ze stemplem wysokiej jakości.

Dziś czas na trzy tegoroczne nowości, z których zwłaszcza ta pierwsza winna podnieść ciśnienie fanom gatunku, zarówno tym brytyjskim, jak i nade wszystko polskim, albowiem zawiera nagranie z ostatniej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival, a nazwa własna stolicy Wielkopolski stanowi element składowy tytułu albumu, tu z dopiskiem Odpowiednia Miejscówka. Tuż po nagraniu tria Butcher/ Durrant/ Wastell czekają nas jeszcze dwa międzynarodowe duety, których wartość artystyczna w niczym nie ustępuje nagraniu z Dragona.

 


John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

Call and Response, 8th Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, październik 2024: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Phil Durrant – elektryczna mandolina, elektronika oraz Mark Wastell – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Trzeci koncert trzeciego dnia ósmej edycji spontanicznego festu. Sala koncertowa Dragona wypełniona po brzegi. Na scenie trzech Brytyjczyków, z których każdy jest legendą gatunku. Pozostaje tylko słuchać i patrzeć. Ponad czterdzieści minut improwizowanych wspaniałości podanych jednym ciągiem.

Atrybuty inicjacji, to szelest perkusyjnych talerzy, pomruki mandoliny z drobną dawką prądu i podmuchy z tuby tenorowego. Muzycy znają się świetnie, doskonale na siebie reagują i mają naprawdę dużo czasu. Plotą misterną pajęczynę fonicznych koincydencji. Ich rozkołysany flow syci się saksofonową różnorodnością, mandolinową podbudową i perkusjonaliami, które koncentrują się na punktowych zdobieniach. Gdy trio nabiera powietrza w płuca, jego moc zdaje się przenosić góry. Pierwsze takie zjawisko ma miejsce już po upływie siedmiu minut. Potem, na kilka dłuższych chwil, opowieść przepoczwarza się w przeróżne duety. Tym, który daje sobie najczęściej wytchnienie jest Butcher, tym który milknie najrzadziej Durrant. Z kolei Wastell, jak saper, nie przegapi niczego, ale też nie ma w zwyczaju wychodzenia przed szereg. W gęstym potoku wydarzeń prąd i elektronika mandoliny zdają się być skromnym dodatkiem, podobnie jak preparacje saksofonu i akcje przypominające typowy drumming.

W międzyczasie w wir wydarzeń wplata się saksofon sopranowy, który jeszcze przed upływem dwudziestej minuty zaprasza trio na podniebny spacer. Tu dobrym komentarzem okazuje się garść pick-up’owych zabaw mandolinisty. Gdy koncert wkracza w drugą połowę artyści zaczynają stawiać na minimalistyczny relaks. Ze snu wyrywa ich dopiero temperamentny drumming i od razu wpycha na drobne wzniesienie. Flow staje się mocno rozhuśtany, a puentą ekspozycji (tuż przed trzydziestą minutą) okazuje się efektowny peak ekspresji. Spektakl zdaje się teraz wchodzić w najlepszą fazę. Chmura zgrzytów, szumów, metalicznych obcierek i gęstych oddechów powracającego tenoru buduje stosowne napięcie, choć całość przypomina raczej nerwową medytację. W trakcie kolejnych kilku minut muzycy z jednej strony dolewają do ognia (zwłaszcza na etapie duetu tenoru i elektroakustycznej mandoliny), z drugiej studzą emocje (na ogół perkusyjnym szumem). Samo zakończenie usłane jest niespodziankami. Iść na wzniesienie, czy może ku dolinie, w locie opadającym? Finałowe dywagacje niosą w sobie zaskakującą dawkę nowych wydarzeń. 

 


Simon Rose & Nicola Hein Moon

Adam Asnan’ studio, Berlin, wrzesień 2020: Simon Rose – saksofon barytonowy oraz Nicola Hein - 7-strunowa gitara mikrotonalna, elektronika. Siedem improwizacji, 40 minut.

Międzypokoleniowe spotkanie brytyjskiego barytonisty i niemieckiego, gitarowego eksperymentatora, to dalece intrygująca okoliczność - aż dziw, że na jej ujawnienie musieliśmy czekać pięć lat. Album tworzą dwie rozbudowane improwizacje, które trwają łącznie 20 minut i pięć skromniejszych, kilkuminutowych opowieści.

Rzeczone long-distance stories otwierają album. Pierwsza z nich wydaje się co najmniej drapieżna. Artyści kreują wielobarwne drony, intensywność ich przekazu faluje niczym wzburzony ocean. Bywa tu niekiedy bardzo głośno, a nawet post-industrialnie. W chwilach spokojniejszych dominuje aura szorstkiego ambientu. Raz za razem zaskakuje gitarzysta, domniemujemy, iż znacząca część tajemniczych, nieokreślonych co do źródła pochodzenia dźwięków, to jego dzieło. Druga improwizacja jest nieco spokojniejsza. Rose frazuje podobnie, Hein skupia się tym razem na akcjach punktowych. Ów specyficzny dead man walking nabiera masy w momencie, gdy gitarzysta formuje bardziej linearną narrację. Trzecia opowieść jest solową ekspozycją saksofonisty, w czwartej, na powrót duetowej, dominują zgrzytanie zębami i siarczyste wydechy, całość zaś nabiera tempa i niebanalnej ekspresji. Piąta odsłona przypomina wulkaniczne wyziewy po wielogodzinnej erupcji, szósta zdaje się rodzić w bliżej niesprecyzowanej otchłani głębokiej krypty. Tu dominuje hałaśliwy minimalizm, co stawia muzyków w nowej, jakże ciekawej sytuacji scenicznej. Finał albumu nie jest bynajmniej pożegnalną balladą. To cios prosto w szczękę, masywny, dynamiczny, kompulsywny. Ostatnia prosta jest intrygująco mroczna.

 


Ed Jones & Emil Karlsen Liminal Spaces

Saint Augustine's Wrangthorn, Leeds, marzec 2024: Ed Jones – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 62 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe, tym razem brytyjsko-norweskie. W tym gronie z muzyką perkusisty jesteśmy definitywnie na bieżąco, co innego z dokonaniami saksofonisty. A warto wiedzieć, że Ed Jones na początku ostatniej dekady poprzedniego wieku grywał w jazzowych projektach samego Johna Stevensa. Teraz, poniekąd odkurzony przez dużo młodszego kolegę, powraca definitywnie dużymi literami. Album wypełniony jest smakowitymi improwizacjami, dramaturgia trzyma poziom, muzycy zgrabnie unikają jazzowych grepsów, bywają oniryczni, wręcz medytacyjni, a jeśli sięgają po emocje godne free, robi się naprawdę gorąco.

Muzycy rozwijają swoją opowieść w skupieniu, pieczołowicie budując poszczególne wątki. Pierwsze cztery improwizacje trwają po 4-5 minut i udanie wprowadzają nas w klimat ekspozycji. Od akustycznego ambientu, po zwinny, melodyjny post-jazz. Dużo w nim nostalgii, spokoju, jakże kreatywnej filigranowości. Dobra komunikacja, szczypta rytuału, specyficznej ceremonii, tudzież minimalizmu bez epatowania zbędną ekspresją, to podstawowe atrybuty narracji. Kojący niepokój niebanalnej dramaturgii. Piąta opowieść trwa tu prawie kwadrans. Od chmury rezonujących fraz, przez melodyjne pętle po intrygujące interakcje w naszej ulubionej formule call and response. Kolejne trzy opowieści, to miniatury. Od leniwych, minimalistycznych post-melodii, po definitywnie open jazzowy drive. Dziewiąta opowieść zdaje się rozwijać wątek zadzierzgnięty w poprzedniej, niespełna minutowej narracji. Jest dynamika, są prawdziwie free jazzowe zagrywki i dużo jakości z obu stron. Ostatnie dwie improwizacje udanie reasumują album. Pierwsza stawia na preparacje, rzadko stosowane dotychczas, druga, wyposażana w intrygujące intro, jest melodyjną, pożegnalną balladą, na końcu której czeka na nas dynamiczna niespodzianka.

 

  

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



sobota, 5 lipca 2025

Lawrence Casserley & Emil Karlsen and their Aspects of Memory!


Lawrence Casserley, mistrz subtelnych brzmień elektronicznych i stylowego, niekiedy filigranowego live processingu w spotkaniu z młodym, norweskim perkusistą i perkusjonalistą Emilem Karlsenem, to przedmiot naszych dzisiejszych zainteresowań.

Aspects of Memory, to nagranie umiejętnie rozciągnięte w czasie, wyśmienicie skonstruowane, udramatyzowane, nasączone smakowitym brzmieniami, ułożone w opowieść, przy której pojęcie fonicznego relaksu zdaje się nabierać innych, zaskakująco mrocznych wymiarów.



 

Improwizacja otwarcia lepi się z drobnych, wyselekcjonowanych akcji perkusji, spowitych przez plamę fonii, którą równie dobrze mogłyby stanowić podmuchy z akustycznej tuby instrumentu dętego. Wiemy nie tylko z tej opowieści, że to pierwsze owe aktywności mistrza processingu, tu chyba nawet pre-processingu. Narracja toczy się w mrocznej, ale ulotnej, nieco ceremonialnej atmosferze. Posadowiona w centrum zdarzeń perkusja kołysze się w chmurze niedopowiedzianych fraz, która narasta wraz ze wzrostem interesowności akcji perkusisty. Owa chmura nabiera wręcz symfonicznego rozmachu i takiejż, definitywnie lovecraftowskiej grozy. Druga opowieść wydaje się spokojniejsza, bardziej oniryczna, jakby obaj muzycy zanurzyli się w wodzie i próbowali maszerować. W drugiej fazie tego utworu narasta szum. Być może perkusja dostała właśnie skrzydeł i intensywnie nimi wachluje.

Trzecia odsłona albumu trwa prawie dwadzieścia minut i jest wyjątkowym wydarzeniem fonicznym. Początek kreuje perkusista, który zdaje się dyskutować z ciszą. W tle panoszą się dźwięki, które śmiało moglibyśmy uznać za dowód na obecność chmary owadów. Narracja przypomina mgłę, która osiada na wilgotnej łące. W czasem pęcznieje, rozprzestrzenia się, formuje w coś na kształt ambientu bogaconego szelestem zestawu perkusyjnego. W połowie nagrania muzycy topią się ciszy niesieniu blaskiem szeleszczących talerzy. Reasumpcją tej niezwykłej podróży jest faza dronowa-ambientowa, w trakcie której perkusja osiąga całkowite zjednoczenie z warstwą elektroniczną. Owa post-akustyka wydaje się niebywale piękna.

W czwartej odsłonie rytuał trwa w najlepsze. Gongi i płożące się po podłodze deep drumming budują napięcie, a nerw kreacji niesie artystów na pola nieodgadnionej tajemnicy. W zasadzie słyszymy tylko perkusję, którą spowija prawie niesłyszalna powłoka elektroakustycznego kurzu. Opowieść ma tu swój drobny szczyt, potem kona w post-perkusyjnych detalach. Początek ostatniej części budowany jest przez szumiącą ciszę i drobne, preparowane frazy perkusji. Mamy wrażenie, że muzycy znów stoją po kolana w wodzie. Perkusista systematycznie rozbudowuje obszar swojego działania. Szeleszczą drummerskie błyskotki, niektóre dźwięki przypominają brzmienie wibrafonu, może gamelanu i na pewno procesowanych talerzy. Delikatna, niemal ulotna narracja, w której obecność procesora zdaje się być niemal niedostrzegalna. To jedynie szelest, oddech ciszy, drobna warstwa pyłu osiadająca na subtelnie pracującej perkusji. Okazjonalnie procesor zdaje się wzniecać akustyczne akcje, czasami gasić, innym razem pielęgnować. Samo zakończenie jest dość intensywne, jak na kanony tego albumu. I równie wyjątkowe.

 

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory (Bead Records, CD 2025). Lawrence Casserley - signal processing instrument oraz Emil Karlsen – perkusja, instrumenty perkusyjne. Huddersfield University, październik 2023. Pięć improwizacji, 54 minuty.




piątek, 25 kwietnia 2025

Alex Ward in two similar trios!


Czas na jedną z naszych ulubionych sytuacji – dziś słowami na Trybunie, w niedziele dźwiękami na deskach poznańskiego Dragona!

Klarnecista Alex Ward, kontrabasista John Edwards i perkusista Mike Gennaro będą gośćmi 73.edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series i w niedzielę 27 kwietnia 2025 roku, punktualne o godzinie 20.00, zagrają w poznańskim klubie. Dodajmy, iż dzień później swoje intrygujące improwizacje zaprezentują przez łódzką publicznością, w klubie Ciągoty i Tęsknoty.

Artyści koncertami w Niemczech i Polsce promują nowe wydawnictwo, zatytułowane Activity, nad którym za moment pochylimy nasze recenzenckie macki. Nie będzie to wszakże nasza jedyna dziś opowieść. Sięgniemy także po inny nowy album Alexa Warda, nagrany również w towarzystwie kontrabasisty (tu Dominika Lasha) i perkusisty (tu Emila Karlsena).

Dla pełnej jasności zauważmy, iż hołubiony na tych łamach Ward na obu albumach improwizować będzie jedynie na klarnecie, a swój drugi ulubiony instrument, czyli gitarę elektryczną, tym razem schowa w szafie.

Zapraszamy do lektury, a potem na koncert!



 

Activity

Jesteśmy w słynnym londyńskim klubie Vortex, a muzycy zaprezentują nam trzy improwizacje, z których każda potrwa mniej więcej piętnaście minut.

Pierwszą z nich rozpoczynają kolektywnie, bez zbędnych introdukcji, tudzież przemówień motywacyjnych. Skłębione pomruki klarnetu, drobne szarpnięcia za struny kontrabasu i rozkołysany werbel tworzą bazę dla narracji, która w umiarkowanym tempie zazębia się. Emocje pozostają pod pełną kontrolą muzyków, a obszar do indywidualnych szaleństw wydaje się precyzyjnie wytyczony. Już w szóstej minucie, po kilku bardziej gwałtownych krokach, improwizacja wystudza się. Każdy z muzyków toczy teraz swoje mroczne, dronowe strumyczki ciepłej krwi. Efektowny powrót w objęcia ekspresji zarządza tu mięsiście brzmiący, nisko osadzony smyczek. Nim opowieść wyzionie ducha, mamy jeszcze krótki spacer w post-jazzowej aurze, podparty na kontrabasowym pizzicato i udane zakończenie, tu wsparte na repetującym smyczku.

Otwarcie drugiej gry jest bardzo spokojne, leniwe, lepione z drobnych fraz, nie bez udziału charakterystycznego dla Edwardsa arco & pizzicato in one note. Narracja łapie tempo, ale każdy z muzyków zdaje się inaczej pojmować jego znaczenie dramaturgiczne. Dronowe preparacje klarnetu, post-kameralny smyczek i najbardziej tu gotujący się drumming. Emocje rosną, dynamika także, choć kontrabasista zgłasza drobne votum separatum przeciąganym pizzicato, a potem swoją jakże smakowitą techniką mieszaną. Opowieść zatem stygnie i wchodzi w fazę post-barokowych westchnień. Klarnet zyskuje melodykę, perkusja szeleści, smyczek łka. Także i ta opowieść, z fazie finalizacji, zyskuje na emocjach, wszak Gennaro nigdy tu nie zasypia.

Początek ostatniej historii tkany jest z mikro zdarzeń, obleczonych grubymi plastrami ciszy. Muzycy zdają się sugerować kilka możliwych rozwiązań dalszej części improwizacji. Post-jazz z kameralnymi didaskaliami? A może nerwowa kołysanka? Albo dronowa medytacja w aurze dogasającego słońca? W efekcie nadmiaru pomysłów improwizacja przyjmuje szaty spokojnej, melodyjnej ballady. Potem klarnet i smyczek budują wystudzone drony, a perkusja stawia drobne stemple obecności. Finałowa faza koncertu mobilizuje artystów do większej aktywności. Klarnet wpada w histeryczną melodię, kontrabas i perkusja wyznaczają całkiem taneczną marszrutę. Opowieść nadyma się, a potem efektownie gaśnie, kolektywnie, aż po ostatni dźwięk każdego z muzyków.

 


Intent

Tym razem jesteśmy w Birmingham, gdzie na scenie miejscówki zwanej Centrala czekają na muzyków, podobnie jak miało to miejsce w poprzednim przypadku, klarnet, kontrabas i perkusja. Tu pierwsza improwizacja potrwa prawie dwa kwadranse, a druga kilka sekund ponad osiem minut.

Piskliwy klarnet szukający echa w rezonującej tubie, twarde struny kontrabasu, które za moment znajdą się pod władaniem smyczka i punktowe percussion, to atrybuty otwarcia, które pozwalają sformować muzykom definitywnie kameralne wejście w koncert. Już po kilka pętlach zyskują ekspresję godną miano free jazzowej, ale równie szybko zanurzają się w samotnym wyziewie klarnetu, wspartym na perkusyjnych obcierkach. Narracja jest płynna, niekiedy całkiem melodyjna, częściej przypomina rozhuśtane chamber, rzadziej post-jazzowe zagrywki inspirowane trybem pizzicato. Po kilku bardziej zwartych krokach ekspozycja zawisa na niedługą chwilę na basowej pulsacji, a potem przekształca się w kameralne, niemal lewitujące trio, pełne rezonansu i szemrzących szczoteczek perkusyjnych. Opowieść swobodnie unosi się na falach, okazjonalnie traktowana bystrym szarpnięciem za struny. Po upływie kwadransa syci się melodią budowaną wspólnie przez klarnet i smyczek, pięknie inkrustowaną drobnym percussion w estetyce Paula Lovensa. Potem nabiera rozmachu i zdaje się sygnalizować free jazzowe wzniesienie. Ostatnie dwa kroki przed końcem seta zasadniczego, to filigranowe wystudzenie okraszone dźwiękami wprost z ludzkiego gardła oraz piękna, dronowa finalizacja.

Albumowe encore inicjuje kontrabas dygoczący mocą wprawianych w ruch strun. Pracują szczoteczki, oddycha strwożony klarnet. Muzycy udają się teraz na zrównoważony emocjonalnie, delikatnie nostalgiczny spacer, bogacony szarpnięciami za stygnące struny. Pojawia się odrobina dynamiki, która bezpośrednio poprzedza zmysłowe zakończenie, budowane z drobnych, zanikających fraz.

 

John Edwards/ Mike Gennaro/ Alex Ward Activity (Copepod Records, CD 2025). Alex Ward – klarnet, John Edwards – kontrabas oraz Mike Gennaro – perkusja. Vortex Jazz Club, Londyn, lipiec 2023. Trzy improwizacje, 43 minuty.

Alex Ward/ Dominic Lash/ Emil Karlsen Intent (Copepod Records/ Spoonhunt, DL 2025). Emil Karlsen – perkusja, Dominic Lash – kontrabas oraz Alex Ward – klarnet. Centrala, Birmingham, wrzesień 2023. Dwie improwizacje, 37 minut.

 

 

piątek, 22 listopada 2024

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay celebrate the Bead Records’ 50th!


Brytyjskie wydawnictwo Bead Records, które z całą pewnością możemy zaliczyć do grona pionierów niezależnych inicjatyw edytorskich, dedykowanych upowszechnianiu muzyki niepokornej, kreatywnej, improwizowanej (sam wybierz), obchodzi w tym roku 50-lecie istnienia.

Label, który swe najlepsze lata miał na przełomie siódmej i ósmej dekady ubiegłego wieku, od pewnego czasu – za sprawą norweskiego perkusisty Emila Karlsena – śmiało melduje się po stronie życia i muzycznej aktywności. Na tych łamach odnotowujemy każde jego tchnienie.

Obchody rocznicy nie będą specjalnie huczne, de facto sprawozdają się do koncertu w Cafe Oto (w grudniu) i premiery nowego albumu (dokładnie tydzień temu).

Na scenie i na albumie ta sama formacja, prawdziwie międzypokoleniowa mieszkanka – z jednej strony weterani, być nie rzec legendy gatunku, flecista Neil Metcalfe i skrzypek Philipp Wachsmann, z drugiej rzeczony Emil Karlsen i obsługujący urządzenia elektroniczne (także w aspekcie live processing) Pierre Alexandre Tremblay.

Koncert za kilkanaście dni, odczyt i odsłuch nowego albumu już teraz!



 

Nagranie firmuje akustyczne trio Spaces Unfolding, które znamy z wcześniejszej płyty wydanej przez Bead oraz Pierre Alexandre Tremblay, którego także znamy z innego wydawnictwa labelu (szukaj light.box). Muzycy przygotowali na sesję nagraniową coś na kształt meta kompozycji – cztery ustrukturyzowane, predefiniowane improwizacje, każda w dwóch lub trzech odsłonach. Dodajmy, iż jedna z nich jest sumą ekspozycji duetowych w formule instrument akustyczny vs. elektronika. Zresztą akcje w podgrupach są niemal stałym elementem także pozostałych części albumu, trzeba wszakże dodać, iż to elektronika jest graczem, który w trakcie prawie 80 minut trwania albumu niemalże nie opuszcza spektrum dźwiękowego.

Delikatnie drgające struny, suche powiewy fletu i szemrane percussion, to atrybuty akustyczne gemu otwarcia. Wokół nich panoszy się nad wyraz subtelna elektronika, na tym etapie w formie typowego live processing – rozrzuca akustyczne frazy po zadanej przestrzeni, powoduje, iż trzy instrumenty są w stanie wypełniać spektrum dźwiękowe nagrania, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Całość jest wszakże lekka, niemal ulotna. Warstwa elektroniczna z czasem zaczyna dokładać do strumienia narracji coś więcej niż dekonstrukcje i multiplikacje fletu, skrzypiec i perkusji. Szeleści, pulsuje, plami teren jak suczka w cieczce, sprawia, że perkusja brzmi niemal dubowo, a pod koniec ekspozycji sama nabiera intrygującej intensywności. Puenta należy jednak do preparowanych dźwięków fletu i skrzypiec. Druga odsłona w fazie początkowej jest kontynuacją akcji instrumentów akustycznych, doposażona rezonansem, być może z perkusyjnego talerza. Całość nabiera pewnej śpiewności, a tło skrzy się plamami ambientu. Po kilku minutach Emil wchodzi w tryb drummingowy, ekspozycja zyskuje na intensywności, a następnie gaśnie na modłę kameralną.

Trzecia opowieść, to ekspozycja skrzypiec i elektroniki, która dopiero na ostatniej prostej zostaje skomentowana matowo brzmiącą perkusją, dodatkowo zanurzoną w ambiencie. Akustyka zyskuje tu multifoniczny wymiar, albowiem akcje elektroniki koncentrują się na wsparciu skrzypcowych śpiewów, a potem preparacji. Czwarta narracja zostaje oddana w objęcia fraz syntetycznych, wspomaganych akustyką głównie w wymiarze perkusjonalnym. W drugiej fazie utworu rośnie udział fraz akustycznych, które rozsiewają tajemnicze post-melodie, a całość staje się dość intensywna. Kolejna odsłona albumu eksponuje perkusję zatopioną w echu i pasmo syntezatorowe, które jest wstanie prowadzić samodzielnie narrację. Dopiero po kilku minutach pojawiają się kameralnie zatrwożone skrzypce i dawno niesłyszany flet. Podobną dramaturgią charakteryzuje się szósta opowieść. Perkusja tańczy z elektroniką, a rola wyjątkowo tu śpiewnych skrzypiec i rozbujanego fletu sprowadza się do ciętej riposty. I jeszcze część siódma, prawie wyłącznie skonsumowana przez Emila i Pierre’a – perkusyjna góra i basowy, syntetyczny dół.

Ósma część, to akcja nad wyraz spokojnego fletu i mącącej spokój elektroniki. Ten pierwszy pięknie ucieka w bezkres polifonii. W dziewiątym epizodzie dominuje akustyka, a jedynie ambientowa puenta przypomina, że gramy tu we czterech. Kolejny odcinek, to niemal same tajemnice. Słyszymy plejady niezidentyfikowanych fraz - dźwięki radia, post-elektroniczne szmery, tajemniczy rezonans, a potem akustyczne drobiazgi. Skupiona, kameralna narracja skrzypiec i fletu zostaje tu wpuszczona w bezmiar delikatnego live processingu. Zakończenie tej części albumu – istotnie intensywne - spoczywa na barkach perkusji i elektroniki. Podobnie rzecz się ma z końcową, jedenastą opowieścią. Spokojny, ambientowy start kreuje tu elektronika, która drży, jakby pochłonęła dużą porcję akustycznych fraz. W dalszej fazie ekspozycji dominują multiplikowane akcje perkusji. Na kablach rodzi się efektowne echo, które narasta. Finał albumu, choć kreowany we dwóch, wydaje się niemal epicki, pięknie przygaszony do ostatniego dźwięku.

 

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay Shadow Figures (Bead Records, CD 2024)

Spaces Unfolding: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce, Emil Karlsen – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika. Nagrane w Huddersfield University, grudzień 2023. Jedenaście utworów, 76 minut.

 



piątek, 28 czerwca 2024

Edwards, Karlsen & Lash gossip the Action Theory!


Ostatni piątek czerwca, to dobry moment na londyńskie starcie w kategorii definitywnie swobodnej improwizacji. Będzie chwilami ogniście i całkiem free jazzowo, czasami odrobinę kameralnie, niekiedy z małym obłokiem post-rocka wokół gryfu gitary elektrycznej.

Przed nami trzech artystów z trzech różnych pokoleń, każdy z przeogromnym potencjałem kreatywności i spotkanie, które jest dla nich chyba tym pierwszym w zadanej konfiguracji personalnej. John Edwards, mistrz brytyjskiego kontrabasu, człowiek instytucja w skali ogólnoświatowej, artysta, które dobrze wkleja się w każdy układ sceniczny, zwiera tu szyki z Dominikiem Lashem, muzykiem średniego pokolenia, którego kojarzymy z kontrabasem, ale też coraz częściej spotykamy z gitarą elektryczną oraz z młodym Norwegiem, Emilem Karlsenem, który od pewnego momentu zdaje się być stałym elementem londyńskiego półświatka impro. W trakcie niespełna pięćdziesięciominutowej podróży muzycy nie żałują emocji i potu, zatem nie pozostaje nam nic innego, tylko dać się wplątać w Teorię Działania i ponieść w otchłań fascynujących dźwięków.




Pięcioodcinkowy spektakl otwierają plejady drobnych dźwięków, zarówno tych preparowanych, jak i czysto frazowanych, na ogół delikatnych, każdorazowo precyzyjnych, idealnie skorelowanych z tym, co przed chwilą i tym, co nastąpi potem. Filigranowe obcierki, brudny smyczek kontrabasu i gitara w obłoku szemrzącego amplifikatora – wszystko splata się tu w misterną pajęczynę akcji i reakcji. W takich okolicznościach przyrody wystarczy drobny impuls, by improwizacja nabrała ognia i skoczyła free jazzowi do gardła. Gęste, hałaśliwe frazy szybko nabierają jednak powietrza i bez utraty jakości schodzą do poziomu szeptanych półsłówek. Centralną postacią opowiadania jawi się kontrabasista, który swoim zwyczajem rządzi i dzieli, ale nade wszystko inspiruje młodszych do wzmożonej kreatywności. W połowie trwającej prawie kwadrans improwizacji otwarcia muzycy chowają się w ciszy, potem prowadzą grę na małe pole, przez moment pracują w duecie pizzicato & cymbals, a efektowną opowieść reasumują pięknym, ognistym szczytem, zainicjowanym zarówno mięsistym arco, jak krzykiem niemal rockowej gitary.

Początek drugiej opowieści jest dość leniwy. Tworzą go smukle frazy smyczka, gitarowe flażolety i szmer percussion. Po desygnowaniu do gry kilku preparowanych mikro fraz i wzbudzeniu adekwatnych reakcji, improwizacja przybiera kształt open jazzowej post-ballady. Z czasem nabiera masy i odpowiedniego tempa, błyszczy siłą ognistej wymiany zdań, po czym równie urokliwie gaśnie na wystudzonym smyczku. Kolejną opowieść otwiera perkusyjna introdukcja. Gitara w zaciszu alkowy delikatnie sprzęga, z kolei struny kontrabasu okładane są smyczkiem. Każdy z muzyków zdaje się tu pracować w swoim tempie i własnej estetyce, ale efekt finalny okazuje się jednorodny i świetnie skonstruowany. Moc rocka, siła post-baroku i drobiazgowy, utrzymany w dobrym tempie drumming, a na dodatek kilka plam soczystej psychodelii. Palce lizać!

Czwarta odsłona syci się kreatywnym dysonansem. Gitara szyje tu balladę, perkusyjne talerze rezonują, a struny kontrabasu najpierw są zalotnie szarpane, a potem biczowane rozdygotanym z emocji smyczkiem. Znów akcenty post-rockowe świetnie korelują z agresywnym smyczkiem, a za resztę odpowiedzialny jest drobiazgowy drumming. Artyści fantastycznie łapią tu wiatr w żagle – ich flow jest gruboziarnisty, kanciasty, kostropaty! Zakończenie utworu skrzy się emocjami, dodatkowo podsycanymi rozhuśtanym smyczkiem. Finałowa ekspozycja od pierwszej sekundy płynie wartkim, kolektywnym strumieniem interakcji. Jest jednocześnie ciężka i lekka, zwiewna i masywna. Edwards tańczy w swym ulubionym rytmie arco & pizzicato, Lash cieszy się każdą sekundą rocka, a Karlsen zdaje się być wszędzie i reaguje na każdy niuans dramaturgii. Ostatnia prosta jest wyjątkowo gorąca! Smyczek staje w ogniu, gitara krzyczy z emocji, a perkusja oplata wszystko pajęczyną drobiazgów. Potem już tylko pomruki opadającego smyczka, konającej gitary i szeleszczących szczoteczek perkusyjnych.

 

John Edwards/ Emil Karlsen/ Dominic Lash Action Theory (Bandcamp’ self-released, CD 2024). John Edwards – kontrabas, Emil Karlsen – perkusja oraz Dominic Lash – gitara elektryczna. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, styczeń 2024. Pięć improwizacji, 48 minut z sekundami.

 

 

wtorek, 15 sierpnia 2023

Butcher, Lash & Karlsen definitely Here and How!


Powrót legendarnego Bead Records do świata żywych i aktywnie funkcjonujących wydawnictw obwieściliśmy na tych łamach kilka tygodni temu, publikując recenzję trzech świeżych albumów z soczystą muzyką ze Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji.

Dziś czas na kolejną nowość, znów z udziałem młodego, norweskiego drummera Emila Karlsena, który – o czym także informowaliśmy – stał się artystycznym impulsem dla reaktywacji Bead Records. Na najnowszym albumie Karlsen improwizuje z Johnem Butcherem i Dominikiem Lashem, zatem płyta Here and How nie wydaje się wymagać jakichkolwiek rekomendacji. 



 

Studyjna rejestracja tria podzielona została na albumie na dziewięć zwartych opowiadań (od minutowej miniatury do historii trwającej prawie dwanaście minut), ale po prawdzie, w wielu wypadkach sprawia wrażenie, jakby była nieprzerwanych strumieniem dźwiękowym. Artyści zaczynają ją dwiema krótkimi improwizacjami, które prowadzą w spokojnym, nieco wystudiowanym tempie. Kameralnej zadumie pomaga tu często używany przez kontrabasistę smyczek, a podmuchy z saksofonu, tu głównie tenorowego, umiejętnie wypełniają przestrzeń nagrania, ale nie wzniecają pożarów. Od startu aktywny jest drummer, który na ogół koncentruje się na utrzymywaniu linearnej narracji, ale zdobi ją raz za razem perkusjonalnymi ornamentami. Muzycy pracują na dużej swobodzie, dobrze na siebie reagują (call & responce!), a jeśli decydują się na żwawsze podrygi, tempo ich opowiadania pozostaje pod pełną kontrolą. W trzeciej odsłonie Butcher sięga po saksofon sopranowy, a narracja szuka mroku i z rozwagą stawia każdy krok. Z czasem energia improwizacji rośnie, w czym zasługa zarówno kontrabasowego pizzicato, jak i rozśpiewanych fraz dęciaka. Przez moment mamy tutaj także prawdziwie filigranowy duet saksofonu i perkusji, a wraz z powrotem kontrabasu improwizacja nabiera perkusjonalnych emocji. W części czwartej muzycy zbliżają się do ciszy na wyciągnięcie ręki. Rezonujące talerze, echo dronowych ekspozycji saksofonu i delikatny smyczek. Narracja pęcznieje w umiarkowanym tempie, a prawdziwą jej ozdobą jest efektowna, dość już dynamiczna narracja arco & pizzicato kontrabasu. Melodyka zakończenia pachnie tu zdrowym post-jazzem. Piąta część nie trwa nawet minuty i zdaje się być swoistym interludium pomiędzy pierwszą i drugą częścią albumu.

Szóstą improwizację otwiera wystudzony kontrabas. Saksofon i perkusja szumią i szemrają po kątach. Owa dynamiczna cisza wydaje się tu być szczególnie urokliwa. Narracja nabiera mocy dzięki kontrabasowemu pizzicato i melodii, jak rodzi się w samym sercu tuby saksofonu. Emocje rosną z każdą chwilą, także dzięki frazom smyczkowym i wyjątkowo zwinnej perkusji. Kolejna opowieść startuje w pełni kolektywnym strumieniem dźwiękowym, wspartym ma kanciastym pizzicato. Pachnie nam tu przednówkiem free jazzu. Doposażoną w melodię, ptasie preparacje saksofonu i smyczkowe inkrustacje improwizację wieńczy efektowne, kontrabasowe solo. Ósma opowieść stawia na dźwięki preparowane, rodzące się – nie po raz pierwszy – w bezpośredniej bliskości ciszy. Muzycy z drobiazgów lepią tu zgrabną narrację, której wszystkie elementy świetnie się zazębiają. Tym, który wznieca ogień niemal free jazzowy jest kontrabasowy smyczek. Tenor Butchera nie idzie tu w tango, co do zasady, ale urokliwe zagęszcza ścieg opowiadania. Przez moment śle nam efektowne, dronowe, siarczyście brzmiące solo. Tuz po nim Lash i Karlsen kreują zwarty drum’n’bassowy szyk. Saksofon wraca w typowej dla Butchera stylistyce melodyjnej post-preparacji i zgrabnie dopowiada wszystkie wątki improwizacji. Końcowe opowiadanie zasadza się na gitarowo brzmiącym pizzicato kontrabasu. Muzycy pracują w ciszy i skupieniu. Każdy dokłada tu ziarno kreatywności, każdy także odrobinę finałowej ekspresji. Kończą nagle, jakby w pół słowa.

 

John Butcher/ Dominic Lash/ Emil Karlsen Here and How (Bead Records, CD 2023). John Butcher – saksofony, Dominic Lash – kontrabas oraz Emil Karlsen – perkusja. Nagrane w Antenna Studios (Londyn?), grudzień 2022. Dziewięć improwizacji, 49 minut.



piątek, 9 czerwca 2023

Bead Records Lives Again! Three pearls with Emil Karlsen!


Nazwa Bead Records znana być winna wszystkim wielbicielom brytyjskiej muzyki swobodnie improwizowanej, którzy mają już trochę lat, innymi słowy, nie wyleźli sroce spod ogona w bieżącym millenium. Label powołany do życia w roku 1974 ma w dorobku mnóstwo wspaniałych płyt, ale po czasach ciężkiej prosperity przeżył już kilka śmieci klinicznych i okresów wzmożonej nieaktywności.

Bead Records ma się nieco lepiej w czasach cyfrowych, dorobił się strony bandcampowej, a ostatnie miesiące przyniosły cztery nowe produkcje (wszystkie także na nośnikach fizycznych, jakże poręcznych kompaktach). Nowe realizacje koncertują się wokół muzycznych aktywności … młodego, norweskiego drummera Emila Karlsena. Towarzyszy mu rzecz jasna wartościowy artystycznie zaciąg brytyjskich mistrzów i całe mnóstwo swobodnie improwizowanych cudów dźwiękowych.

Dziś zaglądamy na trzy ze wspomnianych nowości – Karlsen w trio z weteranami sceny, w trio z progresywną młodzieżą i w duecie z legendą perkusji. Trzy smakowite dania z dużym udziałem jakże kreatywnej perkusji. Welcome!



 

Spaces Unfolding (Metcalfe/Wachsmann/Karlsen) The Way We Speak (CD 2022). Nagrane w czerwcu 2021 roku, St.Mary's Old Church, Stoke Newington, Londyn: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce oraz Emil Karlsen – perkusja. Pięć improwizacji, 51 minut.

Flet i skrzypce w rękach prawdziwych mistrzów europejskiej freely improvised music, tu podane nad wyraz czystym tembrem, bez wsparcia elektroniki (choć ten skrzypek to lubi!) i innych cudów współczesności. Karlsen dokłada uważny drumming, czyniąc powabną narrację jeszcze bardziej interesującą i przykuwającą uwagę. Warto podkreślić, iż w momentach dramaturgicznych spiętrzeń i dynamicznych interakcji dźwiękowych, improwizacja tria o nazwie własnej Spaces Unfolding urokliwie przypomina nagrania strunowego okresu Spontaneous Music Ensemble (dla mniej zorientowanych, Metcalfe grywał z formacją Johna Stevensa na początku lat 90. ubiegłego, jakże wspaniałego z wielu względów stulecia).

Początek płyty jest bardzo kameralny. Odrobina śpiewnych fraz i garść strunowych zgrzytów płyną swobodnie niesione strumieniem bystrej, szytej na miarę perkusji. Brzmienie tria nasycone jest echem obiektu sakralnego, w którym odbywa się spektakl. W drugiej części nastrój staje się jeszcze bardziej kameralny, wręcz post-barokowy. Perkusja pracuje tu bardzo minimalistycznie. Z czasem opowieść nabiera wiatru w żagle, ciekawie się piętrzy i rozbłyskuje plamami ekspresji. Trzecia improwizacja stąpa na palcach. Szumią perkusyjne szczoteczki, smyczek skacze po strunach, a śpiew fletu wydaje się być nad wyraz filigranowy. Narracja syci się suspensem, dzieli na krótkie duety, tudzież ekspozycje solowe. Muzycy chętnie pracują metodą call & responce. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej opowieść znów zyskuje na dynamice, przeto także jakości. Czwarta narracja, choć budowana krótkimi frazami, wydaje się być skoczna, niemal taneczna, pełna zmysłowej melodyki. Finałowa improwizacja stawia na dramaturgiczne subtelności – drobne dźwięki, rezonujące talerze, rytualne stemple formowane w intrygującą plecionkę. Całość wpada w rozkołysany rytm nie bez udziału shorts-cuts skrzypiec, półśpiewu fletu i drobnych akcji perkusyjnych. Ostatnia prosta przesycona jest pięknym, kameralnym smutkiem.



Light.box + Emil Karlsen The Undanced Dance (CD 2023). Nagrane w październiku 2021 roku, Huddersfield University: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Emil Karlsen – perkusja. Osiem improwizacji w trzech częściach, 40 minut.

Kolejne trio, to już brytyjska młodzież i nasz norweski śródbohater opowiadania. Duet trąbki i gitary basowej bardzo udanie wykorzystuje tu elektronikę, tworząc z niej wielobarwne tło, zgrabnie uzupełniając akustyczne i elektryczne frazy, innymi słowy, generując emocje godne fussion-jazzu, chwilami także progresywnej elektroniki. W tym towarzystwie Emil czuje się jak ryba w wodzie. Świetnie napędza machinę improwizacji dynamiką swojego drummingu, gdy trzeba, umiejętnie tonuje emocje i dopowiada brakujące kwestie. Z trzech nowości dziś prezentowanych, ta bez dwóch zdań zasługuje na najwyższą ocenę.

Album skladka się z trzech improwizacji, z których dwie pierwsze podzielone są na trzy, a trzecia na dwie pod-opowieści. Pierwszą z nich inauguruje syntetyczna pulsacja basu i akustyczny rynsztunek perkusji. Trąbka wchodzi do gry już na etapie dynamicznego strumienia dobrych akcji w stylu fussion. Na spowolnieniu dostajemy się w smugę dźwięków przypominających live processing perkusji, a także gęsty strumień ambientu. Gitara basowa zdobi ścieg flażeoletami, a trąbka wpada w gigantyczny pogłos. Na fali talerzowej ekspozycji dość szybko wchodźmy w trzecią część utworu otwarcia, która stawia na akustykę, a zdobi ją nerwowa gitara. Druga improwizacja ma podobną dramaturgię. Zaczynamy na ostro, niemal ścianą dźwięku, by w połowie opowieści efektownie wystudzić emocje do poziomu gęstego ambientu i definitywnie urokliwych, dubowych klimatów. Po czasie perkusja sforuje się na czoło pochodu i pokrętną dynamiką kreuje dalszą część nagrania, wzbogaconą trębackim okrzykami i półmelodiami. Końcowy fragment drugiej improwizacji nie szczędzi nam mrocznego ambientu, efektownych, elektronicznych stygmatów i gitarowych drobiazgów. Trzecia opowieść składa się z dwóch części. Najpierw leniwie tempo, sporo akustycznych fraz, latających talerzy i trąbka, tu już tradycyjnie na dużym pogłosie. Tym, który narzuca improwizacji odpowiednią dynamikę jest oczywiście Emil. Po drobnym postoju w chmurze gęstego ambientu opowieść rusza z kopyta, niesiona wysokim wzgórzem i niemal symetrycznym beatem, na poły elektronicznym, na poły akustycznym. Muzyka umiera tam, gdzie się rodziła, w strudze elektroakustycznej pulsacji basu.



 

Mark Sanders & Emil Karlsen Muted Language (CD 2023). Nagrane w wiosną 2021 roku, miejsce nieznane: Mark Sanders – zestaw perkusyjny oraz Emil Karlsen – zestaw perkusyjny. Sześć improwizacji, 37 minut.

Jak muzycy/ wydawcy zapowiadają w albumowym credits, spotkanie dwóch perkusistów różnych pokoleń, to rodzaj polirytmicznych dialogów. Bystrzy drummerzy rzeczywiście ani przez moment nie zapominają, iż grają na zestawie perkusyjnym, ale wszystko czynią w trakcie niedługich trzydziestu siedmiu minut na wyjątkowo wysokim poziomie kreatywności - nie stronią od ciekawych rozwiązań rytmicznych, dźwięków preparowanych i improwizacji prowadzanej metodą call & responce. Dodajmy, iż Karlsen odpowiada tu za lewą flankę narracji, a Sanders za prawą.

Pierwsza improwizacja stawia na typowy drumming. Prowadzony na niezłej dynamice, raz za razem bogacony niebanalnymi zdobieniami, jeszcze smakowitszy w momentach dramaturgicznego spowolnienia. W kolejnych opowieściach artyści zdają się nam pokazywać kolejne obszary swych muzycznych kompetencji. Na starcie drugiej części króluje delikatny rezonans, na werblach moszczą się drobne przedmioty, a muzycy z tych puzzli układają zgrabną, całkiem dynamiczną narrację. Trzecia odsłona albumu syci się polirytmią, ale muzycy znajdują też chwile na zabawy w pytania i odpowiedzi, czynione w rezonującej poświacie. Kolejna opowieść tkana jest z drobiazgów, ale uformowana w rytmiczny ciąg zdarzeń. W piątej części narracja nabiera cech niemal rytualnego drummingu, zdobią ją akustyczne cudowności ze strony każdego z perkusistów. Finałowa opowieść stosuje różne metody artykulacji – coś rezonuje, coś szumi, coś głęboko oddycha. W oparach tajemnicy rodzi się końcowa prosta, która prowadzona jest w dużym skupieniu, ale całkiem dynamicznym stepem.



poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com