Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenny Wheeler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenny Wheeler. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

London Jazz Composers Orchestra! That Time! From The Past, To The Future and Forever!


Prowadzona przez kontrabasistę Barry’ego Guya, Londyńska Orkiestra Jazzowych Kompozytorów kończy w tym roku okrągłe 50 lat! Huczne obchody rocznicy odbyły się na początku marca w … Krakowie! Na tę okoliczność przygotowana została niezwykła płyta, która zawiera nagrania formacji z lat jej absolutnej młodości (1972 i 1980), które nie były dotąd publikowane. Wydarzenie dla muzyki free jazzowej i improwizowanej Starego Kontynentu na pewno równie doniosłe, jak samo półwiecze istnienia Orkiestry. A gdy zakochani w tej muzyce fani przeczytają jeszcze listę płac (o ile nie potrafią z pamięci wylistować najważniejszych muzyków, który tworzyli LJCO w tamtych latach), kolana same się pod nimi ugną!

Po prezentacji rozbudowanego credits, opowiemy ze szczegółami, co działo się w samym sercu czterech kompozycji Orkiestry, zarejestrowanych w latach 1972 i 1980, a na zakończenie tekstu zaprosimy na krótkie resume dokonań fonograficznych LJCO, które poprzedziły omawiany dziś krążek.

I jeszcze zapomnieliśmy dodać! Najważniejsza płyta roku 2020 w kategorii Ku Chwale Gatunku właśnie się ukazała!




Muzyka zaprezentowana została na płycie w pięciu częściach, przy czym pierwszą z nich jest niespełna dwuminutowa zapowiedź sceniczna, w trakcie której słyszymy także rozgrzewającą się orkiestrę. Zasadnicze utwory/ kompozycje zawarte na płycie stanowią traki od 2 do 5 (wbrew opisowi na okładce płyty, który ignoruje pierwszy fragment z zapowiedzią). Całość trwa 63 minuty i 53 sekundy. Wydawcą płyty That Time (CD 2020) jest nasz krajowy potentat na rynku free jazz/ free improv, krakowskie Not Two Records.

London Jazz Composers Orchestra w składzie: kontrabasy – Barry Guy (na płycie w utworach: 2-5), Chris Laurence (2, 3), Jeff Clyne (2, 3), Peter Kowald (4, 5); gitara – Derek Bailey (2, 3); perkusje, instrumenty perkusyjne – John Stevens (4, 5), Paul Lytton (2, 3), Tony Oxley (2-5); fortepian - Howard Riley (2-5); saksofony - Trevor Watts (2-5), Alan Wakeman (2, 3), Dave White (2, 3), Evan Parker (2-5), John Warren (2, 3), Larry Stabbins (4, 5), Mike Osborne (2, 3), Peter Brötzmann (4, 5), Tony Coe (4, 5); puzony – Alan Tomlinson (4, 5), Mike Gibbs (2, 3), Paul Nieman (2-5), Paul Rutherford (2-5); trąbki - Dave Holdsworth (2, 3), Dave Spence (4, 5), Harry Beckett (2-5), Kenny Wheeler (2-5), Mark Charig (2-5); tuba – Dick Hart (2, 3), Melvyn Poore (4, 5); skrzypce – Philipp Wachsmann (4, 5), Tony Oxley (4, 5); dyrygentura - Buxton Orr (2, 3) *)


Watts Parker Beckett To Me Mr Riley? (kompozytor Kenny Wheeler, Berliner Jazztage, listopad 1972)

Najbardziej straight-ahead jazzowa kompozycja w historii Orkiestry (wedle słów Guya) zaczyna się masywnym dronem kontrabasów, które w towarzystwie rozgrzewających perkusjonalii czynią zwartą introdukcję. Rozbudowana wataha instrumentów dętych komentuje owe działania zwartym unisono, które uznać możemy, bez ryzyka popełnienia błędu, za prezentację tematu kompozycji. Narracja niesie nam dużo ekspresyjnych drobiazgów, którym urody nie odejmuje fakt, iż są w dużej mierze zaplanowane przez kompozytora i przypilnowane przez dyrygenta. Po kilku minutach pierwszym bardziej separatywnym wydarzeniem dramaturgicznym jest solo pianisty. Wokół niego zaczyna narastać prawdziwie free jazzowa eksplozja czystej, zwierzęcej ekspresji. Zdaje się, że każdy z licznej grupy muzyków dokłada swoją część do obrazu całości. Żywioł kolektywnej improwizacji pod rygorami swobodnej kompozycji! Kolejny epizod wyznaczają kontrabasy, które budują masywny rytm. Perkusje biją na alarm, niczym banda doboszy, a salwy instrumentów dętych czynią ostateczne spustoszenie. W takich okolicznościach spektaklu swój popis rozpoczyna agresywny saksofon tenorowy (Evan Parker!), a towarzyszy mu równie ekspresyjna gitara (Derek Bailey!). Mieniące się w słońcu ostrza brzytwy, dynamika galopu i przeszywające na wylot kontrapunkty pozostałych instrumentów, głównie dętych! W połowie 8 minuty basy znów trzymają rytm, a cała Orkiestra zaczyna tanecznie swingować. Wolta stylistyczna pięknie wpisuje się w wizerunek muzyków, którzy zdolni są do wszystkiego, stymulowani dobrym zapisem na pięciolinii i tolerancyjnym dyrygentem. Swoje równie agresywne solo zaczyna saksofon altowy (Trevor Watts? Mike Osborne?), który przez moment za partnerów ma tylko kontrabas i perkusję.  Reszta czai się na boku, by po chwili uderzyć huraganowym komentarzem. Tuż przed upływem 10 minut szybki epizod solo tuby! W komentarzu kilka smyczków, dęte pojękiwania – post-chamber unit nie trwa długo, ale razi urodą! Wokół rodzą się krzyki, separatywne eksplozje, gwar wszechobecnego tworzenia. Dynamiczna zmienność akcji buduje jakość - powrót tematu granego całą szerokością sceny, kompulsywne akcje trębaczy, moc kolektywnego zgiełku. Finał skrzy się żywym jazzem i wrzącym tyglem skojarzeń. Brawo!

Statements III (Fragment) (Barry Guy, Donaueschingen Musiktage, październik 1972)

Charkot armii saksofonów, szczebiot blaszaków, pląsy grubych strun i perkusjonalne swawole – obraz kompozycji Guya mieni się kolorami i rozbudowaną teksturą brzmieniową. Daleki od jazzowej fabuły poprzedniego utworu, stawia na improwizację, uprawioną wszakże w ramach wewnętrznej struktury zapisów kompozytorskich, które topią w stylizacji post-contemporary, stawiają jednak na kolektywne, ekspresyjne sekwencje zdarzeń, nie zaś na indywidualne popisy solistów. Dużo abstrakcji, swobody myśli i czynów, a wszystko skąpane w niestygnących choćby na moment emocjach. Wrzaski, krzyki, kryminogenne incydenty – muzyka bulgocze, skwierczy i złorzeczy, urzekając przy tym bogactwem wydarzeń, kreowanych wolą kompozytora i wyobraźnią zgrai rozimprowizowanych mistrzów swojego fachu. Narracja zdaje się być gęsta od dźwięków, wszyscy czują oddechy partnerów na plecach, tempo zróżnicowane, ale bez nadmiernej dynamiki – szczególnego rodzaju marsz pokiereszowanych przez los muzycznych straceńców! W 5 minucie drobne uspokojenie – delicje post-chamber, pomruki basów, śpiewy dętych, partie na poły preparowanych dźwięków. Dyskusje i pyskówki, akcje i reakcje, a w ramach wisienki na torcie – saksofonowe pląsy Parkera pomiędzy strunami gitary Baileya (nikt nie pomyli takich dźwięków z czymkolwiek!). Po kolejnych dwóch, trzech minutach narracja odzyskuje na moment utraconą gęstość, choć wszystko zdaje się dziać jakby w większej przestrzeni, z większą swobodą – pytania i odpowiedzi, a na ich bazie cudowna eksplozja temperamentu Baileya! Dyrygent i muzycy budują spektakularny chaos samodzielnych, ale symultanicznych eksplozji – dialogi, trialogi, multi-logi! Narracja kipi od zdarzeń, można odnieść wrażenie, iż dyrygent wyszedł właśnie na papierosa, a muzycy dają upust swoim emocjom! Salwy tuby, grzmoty kontrabasów i dęte przekomarzania, które w pewnym momencie ktoś próbuje porządkować. Efektem – błyskotliwy duet trąbki i saksofonu! Po dwóch minutach Orkiestra wchodzi w ten dialog ciężkim butem kontrapunktów i kieruje marsz w innym kierunku, którego jednak nie poznamy, gdyż nagranie ulega wyciszeniu. **)

Quasimode III (Paul Rutherford, London, Studio Recording, marzec 1980)

Aurę kompozycji puzonisty tworzą basowe pomruki strun i płynne, półambientowe, elektroakustyczne tło instrumentów dętych. Rutherford korzysta z drobnej elektroniki, którą znamy także z jego płyt solowych - oniryczne plamy dźwięków z podskórnym meta rytmem. Ten właściwy, marszowy rytm opanowuje scenę po niedługim czasie. Tworzą go nisko zawieszone pasaże dźwiękowe instrumentów dętych. Osią dramaturgiczną utworu jest repetycja, budowanie powtarzającej się sekwencji dźwięków. Po 4 minucie krótka, błyskotliwa ekspozycja saksofonu sopranowego (Parker!), która zdaje się tłumić niezbyt śpieszne tempo opowieści. Szelest talerzy i akordy piana, które brzmi, jak stało obok zasilacza prądu stałego, moc dętych komentarzy i kontrapunktów. W połowie 7 minuty salwa pełna śpiewu, czynioną przez jedną z trąbek, której towarzyszą mikro ekspozycje instrumentów dętych. Dużo dobrego dzieje się w obrębie podsekcji kontrabasów i perkusji. Mocny depnięcie saksofonu tenorowego (Parker?) napędza na powrót dynamikę nagrania. Perkusiści skaczą z nim w ogień bez słowa zawahania. Nim cała orkiestra narzuci dryl porządkującego (repetującego!) marszu finałowego, czeka nas jeszcze drobny epizod trębacki, zdobiony kolejną porcją elektroakustycznego sosu. Ów moment wejścia na ostatnią prostą ma miejsce w 12 minucie nagrania. Trwa jeszcze dwie minuty z okładem, nie zabraknie w jego trakcie błyskotliwych incydentów dźwiękowych z wielu źródeł.

Appolysian (Howard Riley, London, Round House, marzec 1980)

Czwarta kompozycja w jubileuszowym zbiorze zdaje się konsumować wszelkie walory poprzednich utworów, ale dodaje też coś od siebie! Choćby wspaniałą, kilkuminutową introdukcję, czynioną tylko na strunach, na ogół z użyciem smyczka (Waschmann & Oxley, Guy & Kowald!). Piano podłącza się w międzyczasie, współtworząc wichry zmysłowego post-chamber. Zmysłowe Strings Kingdom panuje niemal do końca trzeciej minuty. Wtedy to, początkowo bardzo nieśmiało, do gry podłączają się instrumenty dęte. Ów dramaturgiczny rozgardiasz porządkuje Riley i wypuszcza kolejne instrumenty na łowy. Flow narasta, kieruje się na dramaturgiczny szczyt! Temat podawany unisono tylko pozornie łagodzi obyczaje, gdyż wokół niego dzieją się wyłącznie free jazzowe eksplozje! Kontrapunkty na raz dodatkowo budują grozę sytuacji scenicznej. Opowieść nabiera niemal post-industrialnej gęstości i lepkości. Muzycy dokładają swoje krótkie strzały solowe, dzięki czemu całość pięknieje z każdą sekundą. Dęciaki swawolą szeroką ławą, kontrapunkty tną czerstwe powietrze na nierówne połowy. Swoje trzy sekundy ma armia puzonów, po czym władzę przejmuje galaktyka saksofonów. Brawo! Po drodze bezwstydny orgazm przeżywa trąbka! Równie wysoki poziom emocji odnajdujemy pod palcami pianisty! Perkusje po prostu płoną! Free jazzowy, kolektywny wybuch improwizowanej piękności! Truely grand finish! Po upływie 13 minuty muzycy rozbiegają się po scenie, tłumią emocji równie kolektywnie, jak je wzniecali. Znów w roli mistrzów ceremonii saksofony! Oklaski po ostatnim dźwięku dość skąpe, biorąc pod uwagę artystyczne tornado, jakie przetoczyło się po nas w trakcie ostatniego kwadransa.


*****



Prowadzenie dużego zespołu muzyków jazzowych i improwizujących jest przedsięwzięciem skomplikowanym pod względem nie tylko artystycznym, ale przede wszystkim logistycznym i … finansowym. Zatem 50-letnia, fonograficzna historia London Jazz Composers Orchestra zawiera - poza wspominanym dziś nowym wydawnictwem - jedynie dziesięć pozycji. A zaczyna się w roku 1972 nagraniem kompozycji Barry’ego Guya Ode (Incus, 2LP 1972; reedycja z dodatkowym utworem - Intakt Records, 2CD 2005), powstałym mniej więcej pół roku wcześniej niż nagrania zaprezentowane na płycie omówionej w części głównej.

Na kolejny epizod edytorski Orkiestry musieliśmy czekać niemal dekadę. Wtedy to ukazało się nagranie Stringer (FMP, LP 1983; reedycja Intakt Records, CD 1996, wydane wraz z nowym, dość krótkim materiałem Study II z 1991r.), zarejestrowane dokładnie w tym samym miesiącu 1980 roku, gdy powstały nagrania zamieszczone na płycie That Time.

Kolejne siedem płyt LJCO obejmuje nagrania z lat 1987-1995, kiedy to Barry Guy mógł liczyć na spore wsparcie finansowe podatników Królestwa Szwajcarii i pochodzące także stamtąd wydawnictwo Intakt Records.

Ten wątek w historii grupy zaczyna podwójne wydawnictwo Zurich Concerts (Intakt, 2LP/2CD 1988), na którym rozbudowany aparat wykonawczy LJCO spotyka się z Anthony Braxtonem, grając zarówno kompozycje Guya, jak i amerykańskiego gościa. Kolejne dwa krążki – Harmos (Intakt, CD 1989) i Double Trouble (Intakt, CD 1990), to nagrania powstałe w Zurichu, w tej samej okoliczności studyjnej, w trakcie kolejnych trzech kwietniowych dni roku 1989. Jeśli Pan Redaktor miałby wskazać swoje ulubione płyty Orkiestry, to trzy omówione w tym akapicie, są właśnie jego jakże subiektywnymi faworytami!

W roku 1992 ukazuje się płyta Theoria (Intakt, CD), która jest pierwszą kolaboracją Orkiestry ze szwajcarską pianistką Irene Schweizer. Dwa lata później na światło dzienne wystawia się podwójny zestaw Portraits (Intakt, 2 CD), w roku 1997 – Three Pieces for Orchestra (Intakt, CD), wreszcie rok później, kończący wątek nagrań z okresu finansowej prosperity Orkiestry, Double Trouble Two (Intakt, CD) z udziałem aż trojga gości – ponownie Irene Schweizer, a także amerykańskiej pianistki Marylin Crispell i szwajcarskiego perkusisty Pierre'a Favre.

London Jazz Composers Orchestra powraca dopiero w roku 2008 koncertem w trakcie Schaffhauser Jazzfestival, znów z udziałem Schweizer, która m.in. otwiera krążek Radio Rondo/ Schaffhausen Concert (Intakt, CD 2009) 15-minutowym występem solowym. Jest to ostatni, jak dotąd wydany koncert Orkiestry. Być może nadejdzie jeszcze czas, by nad wszystkimi nagraniami Orkiestry pochylić się bardziej szczegółowo.

Warto przypomnieć, iż LJCO występowała w roku 2013 na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. No i oczywiście, o czym pisaliśmy w preambule tego tekstu, w tym roku w Krakowie, w przeddzień ogłoszenia pandemicznego lockdownu.


*) brak informacji, kto w utworach 4 i 5 zajmował się dyrygowaniem.
**) zaprezentowany na płycie utwór w rzeczywistości trwał prawie 40 minut. Guy przyciął go dla spójności całej płyty (jaka szkoda…)

piątek, 13 maja 2016

Trevor Watts i John Stevens – zagubione krążki z wyjątkowych lat 70. The Lost 70’s!


Zdążyliśmy już na tej stronie poznać dokonania Trevora Wattsa i Johna Stevensa na polu absolutnie swobodnej improwizacji (Spontaneous Music Ensemble), nie uniknęliśmy wyczerpujących opowieści o przygodach obu panów w sferze jazzu elektrycznego (lubimy też określenie fussion), czynione pod szyldami Amalgam i Away. Czas zatem stosowny, by omówić inne, równie istotne incydenty z udziałem saksofonisty i perkusisty, ciągle wszakże pozostając w zabawnych (z dzisiejszej perspektywy) latach 70. ubiegłego stulecia.


Warm Spirits, Cool Spirits

Naszą dzisiejszą opowieść zaczniemy od krążka wyjątkowego, z paru zresztą powodów. Po pierwsze, stanowi on dokumentację pierwszego od ponad 5 lat – licząc od ostatniego koncertu Kwartetu SME (patrz: post z 5 maja br.) – muzycznego spotkania Trevora Wattsa i Julie Tippetts, na polu swobodnej improwizacji, w małym składzie. Po drugie, co nietypowe w tym zestawie, w nagraniu nie bierze udziału perkusista, zatem możemy domniemywać, iż wkład Stevensa w nagranie Gorących i Zimnych Duchów miał charakter jedynie … duchowy. No i wreszcie, sesja ta - w przeciwieństwie do poniższych – nie została udostępniona światu w jakiejkolwiek innej formie poza pierwotnym winylem, wydanym pod szyldem Vinyl Records.
A całe spotkanie miało miejsce w londyńskim Riverside Studios, dokładnie 15 grudnia 1976r. Obok Trevora i Julie, wzięli w nim udział - pianista Keith Tippett (małżonek, a jakże) i elektryczny basista Colin McKenzie, już wtedy stały członek formacji Amalgam. Kwartet zarejestrował 10 fragmentów, które na okładce określone zostały jako kompozycje autorstwa wszystkich muzyków biorących udział w sesji. Śmiało w tym miejscu uznać je możemy za swobodne i kolektywne improwizacje, przy czym w wypadku czterech z nich, mamy do czynienia z solowymi miniaturkami (każdy z muzyków po jednej). Elektryczne wiosło Colina wprowadza do nagrania drobny ferment, który można zaliczyć do plusów sesji i element wzmacniający jej oryginalność, ja wszakże lepiej bym tu odebrał instrument akustyczny. Oczywiście z osobistego punktu widzenia, powodem wzmożonej eksploracji akurat tego krążka, jest występ duetu Trevor-Julie. Od razu dodajmy, że ich wspólna, jak zwykle empatyczna i silnie zintegrowana improwizacja ma inny smak, niż ta w Kwartecie SME. Rzekłbym, że jest mniej zwiewna, mniej melodyczna, bardziej ucieka w dysonanse i drobną agresję, ze strony zarówno saksofonu, jak i głosu (Julie nie gra w tej sesji na gitarze, używa jedynie skromnych perkusjonalii), zatem nie brakuje krzyku i wysokoskalowych pasaży altu i sopranu. Całość spowija trochę oniryczny klimat. Pan Tippett gra oszczędnie i raczej wyczekuje na to, co małżonka poczyni z Trevorem. Dość śmiało kreuje też lekko rockową, czy wręcz popową estetykę w improwizacji numer 4 (Bye Mongs – dedykacja dla właśnie zmarłego Mongezi Fezy!). Zwieńczeniem sesji (choć nie ostatnim fragmentem na płycie) jest kompozycja/ improwizacja Seek, gdzie z offu recytowane są podziękowania za muzyczne inspiracje, czynione prawdopodobnie głosem Keitha. Ten zaś, niejako przy okazji, delikatnie wtóruje na akustycznej harfie śpiewnemu altowi Wattsa (Thank You… Steve Lacy, Africa, Miles, Ornette…). Resumując – bardzo zwarta, udana opowieść. Gdyby zamienić bas na kontrabas, a być może dodać…np. Stevensa, odczuwalny byłby z pewnością posmak arcydzieła.





Przy okazji tego krążka, pora na wyjaśnienie niuansów związanych z nazwiskiem Keitha i Julie Tippett/ Tippetts. W wielu źródłach, ich nazwisko kończy się na literę „s”, na innych jest tejże litery pozbawione. A zatem jaki jest stan faktyczny? Otóż On w dowodzie ma wpisane Keith Graham Tippetts, jednak w wymiarze artystycznym stosuje wersję skróconą, a zatem zawsze… Tippett. Ona – po tymże mężu przyjmując nazwisko – nazywa się metrykalnie… oczywiście Tippetts. Na płytach, w dyskografiach, w necie – nazwisko Julie jest stosowane zamiennie. Na tym krążku … nazywa się Tippett.


Chemistry

Teraz cofnijmy się o kilkanaście miesięcy. Jest listopad roku 1975. John i Trevor paręnaście dni wcześniej grają koncert w berlińskim Quartier Latin, rejestrując debiutancki krążek nowej formacji Away (a może kolejny Amalgam – ten dylemat roztrząsaliśmy onegdaj na Trybunie). W najpopularniejszym podówczas studiu londyńskim (Riverside) melduje się piątka prawdziwych wyjadaczy. Obok naszych bohaterów – Kenny Wheeler (tr, fh), już po miesiącach terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxton (co słychać!), Jeff Clyne (b) i Ray Warleigh, doskonały i mocno niedoceniany, tak dziś, jak i wtedy, skromny alcista. Na pulpicie Johna i muzyków (to on będzie tu pełnił rolę przywódcy stada, i głównego tytułu wykonawczego), lądują trzy partytury jego autorstwa – Bass Is, Coleman i The Bird (dodajmy nigdy już potem niewykorzystane w trakcie płytowych rejestracji). To urzekające swym pięknem, gigantyczne free jazzowe perły – niebywała dynamika, krwiste improwizacje, często bardzo kolektywne. Istotnie kluczowe eksplozje emocji. Ogień i sperma na ścianach. Trudno wskazać, który z trójki Wheeler – Watts – Warleigh bardziej wbija nas w fotel. Clyne rwie deski z podłogi niesamowitym walkingiem swego kontrabasu, a wszystko trzyma w ryzach torpeda perkusyjna Stevensa. Chemistry! Chemia!!!! Jakże adekwatny tytuł. Oczywiste inspiracje Ornette Colemanem, a po części także śpiewnością altu Charlie Parkera i duchowością Alberta Aylera. Być może najwybitniejsza i najbardziej szczera płyta free jazzu tamtych czasów. Poziomem emocji i żarliwości porównać ją możemy chyba jedynie do … debiutu Amalgam (Prayer for Peace).
A tydzień później, tenże sam Warleigh, a także Watts i Stevens nagrywają sesję radiową dla Jazz in Britain jako…. Amalgam. Co to były za czasy!!!!




Istotne szczegóły edytorskie: Chemistry wydaje Vinyl Records. Po dwóch dekadach Konnex wydaje ją na CD, jako…. dodatek do pierwszej strony winyla SME Big Band and Quartet, pod szyldem John Stevens Works.


Love’s Dream

Uciekamy w przestrzeń historyczną i lądujemy na osi czasu w roku 1973, tym razem na okres tygodniowego koncertowania w Paryżu, pewnego bardzo nas interesującego kwartetu. Oto i gorący dla Stevensa i Wattsa interwał jesienno-zimowy (zakończony – przypomnijmy – genialnym Quintessence, a w jej trakcie także duetowy debiut Face To Face). W Europie – nie po raz pierwszy, nie ostatni - rezyduje amerykański trębacz Bobby Bradford. Martin Davidson (wraz z małżonką) zabierają go do rzeczonego Paryża, by trochę pomuzykował. Na partnerów dobrani zostają Stevens, Watts i Kent Carter (b). Fragmenty dwóch koncertów Davidson kompiluje na jednym winylu i wydaje w Emanem Records jako Bobby Bradford Love’s Dream




Po latach reedytuje nagranie na CD, dodając kolejne fragmenty. Dziś możemy to śmiało odpalać na naszych odtwarzaczach i tupać przy tym nogami … do tańca. Kompozycje Bradforda, bardzo bebopowe, aż zachęcają do aktywności ruchowej. Nie umieszczamy tej pozycji wprawdzie na najważniejszej naszej półce, ale radochy z odsłuchu jest co nie miara. Spokojnie można by to wydać w jednym boksie razem z drugą płytą Amalgam Play Blackwell and Higgins.


No Fear & Application, Interaction and…

Te dwie pozycje wskazywałem już podczas opowieści o Amalgam, jako przykład uprawiania rasowego free jazzu przez Wattsa i Stevensa w drugiej połowie lat 70. Na tę okoliczność funkcjonowali oni w trio z Barry Guyem. Oba krążki wydała Spotlite Records, a po latach na CD wznowiła Hi4Head Records.
Pierwsza sesja pochodzi w roku 1977 i zawiera pięć jakże konkretnych odcinków stuprocentowego free jazzu, skomponowanych głównie przez Stevensa, w tym jego hymniczne songi No Fear i Ah!, a także przez Wattsa. Dynamika, ekspresja, polot, czyli niemal śmiertelna dawka uzasadnionych emocji. Znakomita pozycja.






Drugi krążek, to także studyjne spotkanie, poczynione rok później. Zawiera bardziej improwizowany materiał. Dynamika i ekspresja pozostaje bez zmian, jedynie Panowie częściej bawią się w kolektywne interakcje, niebazujące na gotowych schematach do śpiewania. Wszystko byłoby tu cudowne, gdyby nie fatalne brzmienie każdego z instrumentów i ogólna jakość zapisu dźwięku. Mamy wrażenie, że odsłuchujemy źle nagłośniony koncert (ostro przesterowany bas!), nagrany monofonicznym kaseciakiem, a nie efekty pracy trójki muzyków w studiu nagraniowym. Inne wersje utworów z sesji wcześniejszej posłuchać możemy na dodatkowym krążku, wydanym już w tym wieku (Mining The Seam. The Rest Of The Spotlite Sessions).


Endgame


Na koniec tej opowieści znów krążek dość szczególny. Czwarty miesiąc roku 1979 i  okoliczności studyjne w niemieckim Ludwigsburgu. Przy instrumentach nasi bardzo dobrzy znajomi. Wattsowi (alt, sopran) i Stevensowi (perkusja) towarzyszy Barry Guy (kontrabas) i Howard Riley (piano). Panowie realizują pięć utworów, stanowiących kompozycje wspólne muzyków. I znów czas na ciekawostkę dyskograficzną. Choć płyta jest absolutnie demokratycznym tworem kwartetowym, na ogół zwykło się tę pozycję przypisywać Barry Guyowi. Być może dlatego, że jego nazwisko umieszczone jest na okładce jako pierwsze (muzycy są uszeregowani alfabetycznie, jeśli szukamy klucza), być może powody są inne. Pogłębiona analiza sesjografii Stevensa wskazuje jednak, iż muzycy ci w samym tylko roku 1979 spotykali się wspólnie wielokrotnie, w przeróżnych układach personalnych. Co więcej, miesiąc wcześniej Stevens, Riley i Watts grali kwartet z kontrabasem Rona Hermana, a w parę miesięcy później – Paula Rogersa. W każdym razie fonograficznym efektem tych spotkań jest jedynie Endgame, czyli płyta, którą właśnie omawiamy. 




Zostawmy wszakże te dylematy, a skupmy się na samej muzyce. Pięć fragmentów Gry Końcowej to improwizacja w oparciu o stricte jazzowe środki wyrazu, pozostawiająca jednak muzykom dużo swobody interpretacyjnej.  To muzyka, w której dominują raczej chwile zadumy niż dynamiczne ucieczki przed zastaną rzeczywistością. Watts gra jak zwykle śpiewnie, ale stosunkowo zachowawczo (jedzie ewidentne na zaciągniętym ręcznym), Stevens operuje głośno i na pełnym zestawie perkusyjnym (jak pamiętamy z innych opowieści o nim, tak zwykł postępować w przypadku grania… jazzu), Guy często rozpoczyna utwór i poniekąd zakreśla ramy konkretnej improwizacji, operując lekko zabrudzonym soundem. No i Riley, pianista o ciekawym dorobku, ale dla mnie rzadko odkrywczym. Gra czysto i bez nadmiernie szaleńczych pomysłów. Im dłużej trwa płyta, tym więcej go słyszymy, tym bardziej przejmuje od Guya pałeczkę przodownika-prowodyra. Refleksja końcowa – ta muzyka jest bardzo ecm-owska w klimacie, dynamice, czy poziomie kreacji. I nie jest to komplement, zwłaszcza w moich ustach. Płytę wydał Japo Records Manfreda Scheffnera, którego katalog niedługo potem został przejęty przez inny monachijski label - ECM, no i jesteśmy w domu…. By nie pozostawić niepotrzebnych wątpliwości – zdecydowanie jedna z najsłabszych płyt w dorobku Wattsa i Stevensa.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Tony Oxley – scenariusz dla wolnej improwizacji, czyli kolektywizm kontrolowany


Intro unaoczniające oczywistą rocznicę

Im bardziej przyglądam się kalendarzowi, im wnikliwiej analizuję fakty i daty z przeszłości, tym częściej dochodzę do całkiem ciekawej konstatacji, iż rok 2016 jest jednak rokiem dość szczególnym. Przynajmniej patrząc na wszystko z perspektywy muzyki swobodnie improwizowanej, zwłaszcza w wymiarze europejskim.

Tak się bowiem składa, iż dokładnie 50 lat temu, w roku 1966 powstały dzieła i zaistniały zdarzenia, które z dzisiejszej perspektywy możemy śmiało uznać za początek europejskiej freely improvised music (jako pierwszy użył tego określenia Derek Bailey, jakkolwiek w tej chwili nie pamiętam, przy jakiej okazji).

Fakty fonograficzne są bezsprzeczne. W marcu tegoż pamiętnego roku Spontaneous Music Ensemble rejestruje materiał na pierwszą płytę Challenge. W czerwcu konglomerat angielskich szaleńców z Corneliusem Cardew i Eddie Prevostem na czele, nagrywała płytę ammmusic, dając początek wielkiej historii muzyki improwizowanej, trwającej do dziś, o uroczej i tyleż tajemniczej nazwie AMM. Tego samego miesiąca powstaje nagranie kwartetu Carr/ Clyne/ Watts/ Stevens Springboat, co też – zwłaszcza z dzisiejszego oglądu historii free improv - uznać należy za istotne wydarzenie. Wczesną jesienią przywołany już Spontaneous Music Ensemble rejestruje ścieżkę dźwiękową do awangardowego filmu Withdrawal, gdzie po raz pierwszy zdecydowanie wkracza na pole muzyki choć trochę swobodnie improwizowanej, zahaczając przy okazji o estetykę muzyki współczesnej (m.in. Trevor Watts chwyta po obój). Wreszcie – by choć na chwilę uciec ze Zjednoczonego Królestwa – w grudniu 1966 roku pierwsze swoje nagrania popełnia Alexander von Schlippenbach, rejestrując w gronie przyjaciół kompozycję Globe Unity, która daje początek kolejnej wielkiej historii, zwanej Globe Unity Orchestra.
Przy okazji zauważmy, iż dopiero w kolejnym roku debiutują pod własnym nazwiskiem takie tuzy europejskiego free, jak Peter Brotzmann, a także Willem Breuker, Han Bennink i Misha Mengelberg wraz z ich wspaniałą inicjatywą Instant Composers Pool (w przypadku dwóch ostatnich dżentelmenów, oczywiście świetnie pamiętamy, iż trzy lata wcześniej uczestniczyli oni w ostatniej sesji nagraniowej Erica Dolphy’ego – Last Date).

A jeszcze pod koniec roku 1965, mają miejsce dwa istotne fakty, tak muzyczne, jak i społeczne, czy towarzyskie. Grupa przyjaciół, w tym przede wszystkim John Stevens, Paul Rutherford i Trevor Watts, dostają klucze do mieszczącego się na drugim piętrze, skromnego pomieszczenia w zniszczonej kamienicy przy Garrick Street 23 w Londynie, zwanego Little Theatre Club, gdzie rozpoczynają codzienne, wieczorne próby (po zakończonych spektaklach teatralnych). Wreszcie do Londynu docierają dwaj faceci z prowincji (dokładnie z Sheffield) - Derek Bailey i Tony Oxley - by poczuć smak stolicy i rozpocząć zabawę w swobodne muzykowanie. Ten drugi ląduje jako stały rezydent w Klubie Ronny’ego Scotta i codziennie szlifować będzie tam ostrogi wybitnego free improwizatora perkusjonalisty.

I to właśnie o nim będzie dzisiejsza opowieść.


Kto był jednak pierwszy, i czego nie robi się dla chwili wytchnienia

Zupełnie przy okazji warto odnotować, iż Tony Oxley i Derek Bailey (wraz z Garvinem Bryarsem) jako Joseph Holbrooke Trio, jeszcze w roku 1965 w Sheffield, zarejestrowali nagranie Miles Mode. Dziesięciominutowy singiel ujrzał światło dzienne dopiero w roku 1970, jako pierwsze wydawnictwo, właśnie co powstałej, bodaj pierwszej w pełni niezależnej wytwórni płytowej na świecie Incus Records (nasi bohaterowie spółdzielnię te założyli wespół z Evanem Parkerem). Nie znam tego nagrania i doprawdy nie wiem, co panowie wtedy grali. Tytuł sugeruje jedną z kompozycji … Milesa Davisa. Jakkolwiek netowe źródła zbliżone do UK sugerują, iż już wtedy, tj. pod koniec roku 1965, trio grało totalnie improwizowane kawałki.




A teraz zagadka – czym na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, tacy muzycy jak Derek Bailey, Evan Parker, Kenny Wheeler, Paul Rutherford, Jeff Clyne, czy Barry Guy absorbowali swoją uwagę w aspekcie muzycznym, gdy akurat nie tworzyli kolejnych genialnych nagrań z Johnem Stevensem i Spontaneous Music Ensemble?

Odpowiedź jest następująca: improwizowali w zespole Tony Oxleya - uwaga! – bazując na jego precyzyjnych, notyfikowanych kompozycjach. Zatem być może kompozycja w służbie wolnej improwizacji. Przy czym kompozycja rozumiana raczej jako ogólny scenariusz, tego co wydarzy się lub może wydarzyć w trakcie sesji nagraniowej, nie zaś nutowy zapis melodii do pogrywania na ostro zakrapianym jam session.

Zasadniczo miały miejsce trzy takie epizody, a potem jeszcze jedna skromna dogrywka. A przebieg wydarzeń był następujący:


Ochrzczony Podróżnik

3 stycznia 1969r. W studiu nagraniowym melduje się kwintet w następującym składzie – Evan Parker (tenor sax), Kenny Wheeler (trąbka, flugerhorn), Derek Bailey (gitara), Jeff Clynne (bas) i Tony Oxley (perkusja). Na marginesie – trzech pierwszych z nich rok wcześniej, u boku Johna Stevensa i Dave’a Hollanda, zarejestrowało pierwszą prawdziwie genialną płytę brytyjskiego free improvisation – Karyobin Spontaneous Music Ensemble (a to z pewnością było dla nich wówczas kluczowe doświadczenie muzyczne). Na pulpicie przewodniczącego zgromadzenia lądują cztery scenariusze – Crossing i Arrival (w przyszłości na reedycji kompaktowej połączą się w jeden ciąg dźwięków) zagrane zostaną w kwartecie (bez gitary), zaś Stone Garden (inspirowane być może kompozycją Charlie’ego Mariano) i Preparation już w kwintetowym zestawieniu. Całość wyda bez zbędnej zwłoki CBS pod tytułem Tony Oxley The Baptised Traveller. Po trzydziestu latach edycję CD dostarczy korporacyjny spadkobierca pierwotnego wydawcy, czyli Sony Columbia.





4 Kompozycje na Sekstet

Mija rok. Jest dokładnie 7 lutego 1970 roku. Do kwintetu, który trzynaście miesięcy temu spłodził Ochrzczonego Podróżnika, dołącza Paul Rutherford (puzon). Ponownie muzycy mają do dyspozycji cztery pieczołowicie przygotowane scenariusze dźwiękowych wydarzeń – Saturnalia, Scintilla, Amass i Megaera (te dwie ostatnie w wersji cyfrowej staną się jedynym interwałem muzycznym). Wydawca, ten sam jak rok wcześniej, również w niedługim czasie po nagraniu, ujawnia światu ów fragment światowej historii muzyki jako Tony Oxley  4 Compositions For Sextet. Fakty dotyczące reedycji na CD bliźniacze do powyższych.


Ichnos

Mija kolejny rok z okładem (dokładna data nagrania tym razem nieznana). Przy mikrofonach melduje się ponownie sekstet, z drobną korektą personalną. Jeffa Clynne’a zastępuje Barry Guy. W pełnym składzie panowie muzycy realizują dwa scenariusze – Crossing i Cadilla. W kwartecie powstają Eiroc oraz Sanrtel (w trakcie tych scenariuszy wolne mają Guy i Wheeler). Dodatkowo jest też chwila, by muzycy zaproszeni do studia nagraniowego przez Oxleya udali się na szklaneczkę whisky do pobliskiego baru. Sam Tony w tym czasie rejestruje nagrania solowe, używając dodatkowo także drobnych perkusyjnych amplifikacji. Wydawcą zostaje RCA Victor, który na kartonowej kopercie winyla napisze Ichnos Tony Oxley Solo Percussion, Quartet and Sextet. Trud edytorski będzie na tyle znaczący, że przez kolejne 45 lat zabraknie sił i środków, by tę muzykę wznowić i dać szansę kolejnym pokoleniom na obcowanie z jej oczywistą doskonałością.





Incus, epizod 8

Rok pański 1972. Czas na udany suplement do trzech wyżej omówionych płyt. Znów spotkanie w składzie sześcioosobowym. Panowie Oxley, Guy, Rutherford i Parker znają już zapach tego miejsca. Dołącza dwóch nowych kolegów – Howard Riley na pianie i Dave Holdsworth na trąbce (powinowactwo z gitarzystą Allanem niepotwierdzone). Realizowany scenariusz zwie się Never Before Or Again. Być może realizacji poddane zostały także inne scenariusze, ale tego niestety nie wiemy. Ten jeden trafia w roku 1975 na czarny krążek wydany jedynie pod nazwiskiem perkusisty. Wydawcą - pod numerem katalogowym 8 - jest Incus Records. Ów niespełna 11-minutowy fragment na rzeczonej płycie uzupełnia inna wersja kwartetu zwanego z Ichnos, czyli Eiroc II, a także aż cztery solowe scenariusze, zrealizowane odpowiednio w latach 1971, 1973 i 1975.


Kontrolowana kolektywna improwizacja!

Przykłady scenariuszy (cytuje za okładką płyty Ichnos, zapewne w dość nieudolnym tłumaczeniu własnym):

Sekcja A z poprzedniego nagrania zostaje zastąpiona przez trzy muzyczne faktury (ang. texture), co ma miejsce natychmiast po perkusyjnym wprowadzeniu. Sekcja A jest potem powtarzana tylko częściowo (do pierwszej faktury). Sekcja B jest realizowana zaraz po tym, jak sekcja A zostanie ponownie powtórzona, ale z poziomu drugiej faktury. Podczas improwizacji saksofon tenorowy dominuje na początku, robiąc potem miejsce trąbce, która kończy improwizację. Kawałek jest finalizowany poprzez powtórzenie struktury otwarcia. (Crossing, wersja z LP Ichnos)

Nagranie jest zapoczątkowane przez smyczek i basowe harmonie. Dźwięk jest kontrolowany aż do glissando. Improwizacja trwa dalej z basem na pierwszym planie i jest finalizowana poprzez powrót do struktury otwarcia (Cadilla).




I wszystko wiemy, prawda? Ok…. nie będę się już nad Wami znęcał. Ale bycie recenzentem muzyki free improv nie należy do najprostszych zajęć i nikt nie obiecywał, że będzie lekko i przyjemnie. Zasada ta dotyczy także … czytania tychże recenzji. Niewątpliwie cytowane dyspozycje scenariuszowe do najbardziej oczywistych nie należą, jakkolwiek druga z instrukcji nie wydaje się nadmiernie rozbudowana i dotkliwa intelektualnie. W każdym razie nasi muzyczni bohaterowie podołali.

Trzy płyty (plus suplement), w sumie niewiele ponad 150 minut muzyki (w tym ponad 30 minut nagrań solowych na perkusję, częściowo amplifikowaną), a zatem duży konkret, precyzja wypowiedzi i wysoka samoograniczająca świadomość twórcy. W ich trakcie muzyka Oxleya ewoluuje. O ile na The Baptised Traveller mamy jeszcze do czynienia z jasno zarysowanym tematem (dynamiczny Arrival, czy nostalgiczny i mocno wycofany, przez co dojmująco piękny, Stone Garden), o tyle już na 4 Compositions.., a tym bardziej na Ichnos, odnajdujemy owe scenariusze improwizacji, swoiste opisy prawdopodobnych zachowań poszczególnych muzyków, w formie szczegółowych wytycznych na każdą okoliczność studyjną. Utwory nie przekraczają na ogół 10 minut i są bardzo zwartymi artystycznie wypowiedziami. Nie pomniejsza to wszakże walorów samych improwizacji, które są tyleż zadziorne i pełnokrwiste, ile po prawdzie bardzo kolektywne, z dużą dozą synergii wewnątrz grupy i wzajemnej empatii po stronie każdego z muzyków. Prawdziwie kontrolowana kolektywna improwizacja, cytując za liner notes do 4 Compositions For Sextet.
W ramach pogłębionego odkrywania tej muzyki warto porównać kompozycję Crossing, która w czysto free jazzowym wymiarze otwiera debiutanckiego Travellera, by powrócić jako zwarta, ustrukturyzowana koncepcja wolnej improwizacji, otwierająca album Ichnos.

Na koniec refleksja edytorska. Pozostaje zapewne do dziś niewyjaśnionym fakt, w jaki sposób ledwie trzydziestoletni, ambitny kompozytor-improwizator Tony Oxley, w niełatwych z merkantylnego punktu widzenia czasach, znalazł duże wydawnictwo (a nawet dwa), które zainwestowało czas, środki i ogrom determinacji w szaloną muzykę improwizowaną, jedynie pokrętnie ubraną w szaty kompozycji.

Piękna muzyka wszakże pozostała. Szkoda jedynie, że jest ona trudno dostępna dla tych, którzy jej jeszcze nie poznali. Ichnos i Incus 8 do dziś nie doczekały się reedycji na CD. Kompaktowych wznowień dwóch pierwszych płyt także nie uświadczycie w znanych Wam miejscach zakupów podobnych przedmiotów. Pozostaje sieć globalna (szukajcie na blogu Inconstant Sol) i wszechobecne portale aukcyjne. Oby dopisało Wam szczęście.

A ja oficjalne obchody 50 rocznicy europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej uważam za otwarte!




środa, 3 lutego 2016

Evan Parker – perły drugiej dekady XXI wieku


Evan Parker/ Eddie Prevost/ John Edwards/ Alexander von Schlippenbach/ Christof Thewes
3 Nights at Café Oto  (Matchless Recordings)

Przeurocza trzydniówka w londyńskim Café Oto, popełniona w maju 2013r., a w roku ubiegłym wydana przez oficynę Eddiego Prevosta.



Dzień pierwszy – na wąskiej scenie Cafe Oto jakże kompetentne trio brytyjskich weteranów free improv -Parker, Edwards i Prevost, czyli tenor, bas i perkusja, które nie znoszą sprzeciwu. Ogień, petarda bez kamuflażu, choć nie pozbawiona niuansów sonorystycznych. Czysta, żywa energia. Pot, krew i łzy (szczęścia na widowni).
Dzień drugi – upoconych po dniu pierwszym chłopaków postanawia wesprzeć jeszcze od nich starszy Schlippenbach i jego fortepian z bardzo rozbujałym ego. Pędzimy na absolutne zatracenie. Znów dwa sety, zgrabnie upakowane na jeden CD.
Dzień trzeci – piano udaje się na zasłużony odpoczynek, a na scenę do trójki bohaterów dni poprzednich dołącza świeża krew germańska – Christof Thewes i jego lśniący puzon. Znów gorejemy w odmętach rasowego free jazzu, który właśnie w tym momencie staje się kluczowym pojęciem semantycznym dla zrozumienia motywacji całej piątki do spędzenia trzech długich nocy w tym przybytku sztuki ludowej.



Jeśli po odsłuchu trzech krążków, po ponad 210 minutach piorunującej muzyki, nie macie jeszcze dość – deser! DVD prezentujące wybrane fragmenty trzech dni. Ależ tam wąsko, nieprawdaż?

Klasyk gatunku dla tych, którym wciąż mało.



Evan Parker  Electro-Acoustic Ensemble  Hasselt (Psi)

Electro-Acoustic Ensemble, czyli bezwzględnie majstersztyk Evana Parkera w wymiarze… elektroakustycznym, w swej szóstej odsłonie. Koncerty z belgijskiego Hasselt z maja 2010r.

Tym razem w pierwszej kolejności Zespół prezentuje swe niewątpliwie urokliwe oblicze w formule małych składów. Najpierw piano Agusti Fernendeza, poddawane preparacjom na kablach Waltera Prati’ego, silnie zwiera się z japońskim instrumentem sho Ishikawy Ko. W dalszej kolejności kontrabas Barry Guya i klarnet Petera van Bergena zostaje elektroakustycznie potrzaskany przez elektroników z duetu FURT. Na koniec dnia ciężkiej pracy rozgrzane w pierwszym secie instrumenty Ko i Fernandeza – tym razem bez zgrzytu elektroników - droczą się ponad kwadrans z trąbką Petera Evansa, klarnetem Neda Rothenberga i perkusjonaliami Paula Lyttona.
A potem jedynie odrobina snu i wszyscy wyżej wymienieni muzycy, odświeżeni, zapewne w nowych, czystych koszulach (plus rzecz jasna sam Evan Parker i kolejni elektronicy – Joel Ryan i Lawrence Casserley, odpoczywający dnia pierwszego) stają ochoczo na scenie Kunstencentrum w Hasselt, by popełnić blisko 35-minutowy wyjątkowo swobodnie improwizowany wielki finał spotkania Electro-Acoustic Ensemble.



Idea tej muzyki skupia w sobie wszelkie atrybuty dźwiękowe, jakie potrafią wyobrazić sobie moje uszy, zatem przyjemność słuchania jest kompletna. Mądrzejsi ode mnie twierdzą, że można te dźwięki konsumować także intelektem – zatem wszystko przede mną.

Załączone do płyty Liner Notes polecam wszystkim organizatorom koncertów – od Evana całkiem nieźle dostaje się tu paru gościom. Biedacy, pójdą chyba na unijny zasiłek po takiej reklamie.

PS. W ubiegłym roku światło dzienne ujrzała siódma edycja EAE (dokładnie „Seven” Electro-Acoustic Septet), tym razem prezentująca koncert z kanadyjskiego Festivalu w Victoriaville (2014). Personalnie – poza Evanem – Ensemble całkowicie amerykański, w tym weteran free George Lewis. Opowiem, co na płycie, gdy ją posłucham, a przedtem wejdę w jej posiadanie.



Foxes Fox  Live at the Vortex (Psi)

Evan Parker okazjonalnie lubi grać rasowe free o ewidentnie jazzowych korzeniach. Przykładem tego rodzaju zamiłowania w ostatnich kilkunastu latach jest Foxes Fox – kwartet ze Stevem Beresfordem na fortepianie, Johnem Edwardsem na kontrabasie  i Louisem Moholo-Moholo na perkusji. Smakowite tematy, kompetentne improwizacje, a całość zdecydowanie swinguje! Czegóż chcieć więcej.



To trzecie edytorskie ujawnienie tego kwartetu. Wydane w roku 2012, zawiera koncert z londyńskiego Vortex z lutego 2007r.   

Dodatkowym smaczkiem akurat tego koncertu jest udział weterana, Kenny Wheelera (w drugim secie i w trakcie encore), który rzadko, bo rzadko, ale jednak potrafił nam przypomnieć, iż ponad 40 lat temu współtworzył formację, będącą jednym z filarów free jazzu - kwartet Anthony Braxtona. Potraktujmy je jako wyjątkowe udane post mortem dla Kenny’ego, którego nie ma już z nami od września 2014.


Teksty dotychczas nie publikowane.

czwartek, 28 stycznia 2016

Spontaneous Music Ensemble - dzieło życia Johna Stevensa, odcinek 3


Not SME, but SME

Muzyczne dokonania Johna Stevensa pod szyldem SME/SMO nie wyczerpują bynajmniej osiągnięć naszego bohatera na polu swobodnej improwizacji. Poniżej lista istotnych i wartościowych artystycznie tytułów, które nie ukazały się w ramach idei SME i pewnie tylko sam John wie, dlaczego tak się stało.

„Dynamics Of The Impromptu” – kilka rejestracji live z LTC, nagranych skrzętnie przez Martina Davidsona, na przełomie niezwykle twórczych lat 1973-74. Improwizują Derek Bailey, Trevor Watts i John Stevens. Wydaje – niespodziewanie – nikomu nieznana amerykańska oficyna Entropy pod szyldem trojga nazwisk (obecnie dostępna jest reedycja FMR Records). Muzycznie bezwzględnie topowa rejestracja free improv w kartotece Stevensa.

„Four, Four, Four” – pasjonujący personalnie i niezwykle frapujący muzycznie kwartet z 1978 roku[1] (Stevens/Rutherford/Parker/Guy). Pierwotnie w licznych dyskografiach nagranie to przypisywano Evanowi Parkera. Wszakże po latach inspektor Davidson ustalił, że inicjatorem tego muzycznego spotkania był jednak Stevens. Martin dodatkowo reedytował nagranie w swoim zacnym EMANEM pod zmienionym tytułem „One Four and Two Twos”, albowiem oryginalne nagranie uzupełnił dwoma duetami z tamtego okresu – Rutherford/Guy i Stevens/Parker[2].




„The Longest Night – Volume 1&2”[3]; „Corner To Corner”[4] – dwa wspaniałe spotkania Johna Stevensa i Evana Parkera. Ich pierwsze spotkanie duetowe odbyło się pod szyldem SME („Summer 1967”), teraz już jedynie pod swoimi nazwiskami Panowie wznoszą się na wyżyny swych improwizatorskich możliwości. Szczególnie starsze nagranie z 1976 umieszcza każdego szczerego słuchacza w pozycji na kolanach (i to chropowate brzmienie!).


Inne aktywności muzyczne Johna Stevensa

Celem niniejszego opracowania jest istotnie dogłębne omówienie dokonań artystycznych Johna Stevensa w ramach muzycznej idei Spontaneous Music Ensemble. Wszakże bylibyśmy dalece niesprawiedliwi nie odnotowując innych jego muzycznych przygód, głównie na niwie free jazzu i jazz-rocka. Jakkolwiek jednak z powodu tych nagrań, nazwiska Johna Stevensa z pewnością nie umieszczalibyśmy dziś na absolutnym piedestale muzyki starego kontynentu ostatnich 50 lat.

Poniżej zatem moja prywatna lista płyt do odsłuchu, jako zadanie domowe dla Czytelników niniejszego tekstu, w ramach uzupełniania wiedzy o życiu i twórczości Johna Stevensa:

Jeff Clyne/ Ian Carr Quartet „Springboard”[5] –  z Wattsem i Stevensem jako uzupełnieniem składu,  już w roku 1966 grał bardzo kompetentny free jazz, śmiało wytrzymujący porównanie z debiutanckim SME „Challenge”.

Amalgam „Prayer for Peace”[6]  – formacja Trevora Wattsa, w latach 1969-76 z udziałem Johna Stevensa, zwłaszcza na swej debiutanckiej płycie osiąga mistyczny poziom improwizacji, ewidentnie w estetyce wczesnego Alberta Aylera. Dla mnie szczytowe osiągnięcie Trevora – już nigdy potem nie grał na alcie tak żarliwie i przeraźliwie szczerze[7].

John Stevens „Chemistry”[8] – doskonała free jazzowa rejestracja z 1975 r. Obok znanych z SME Wattsa i Wheelera doskonałą zmianę daje Ray Warleigh na saksofonie altowym.





John Stevens’ Away[9] –  sztandarowa free jazz-rockowa formacja Johna, szczególnie aktywna w drugiej połowie lat 70-tych. Uwagę czytelników kieruję szczególnie na debiutancki krążek nagrany na koncercie w Berlinie, z udziałem rozśpiewanego na alcie Trevora Wattsa. Ponieważ wiele czarnych krążków Away nie doczekało się wersji cyfrowej, polecam także Konnexowy CD„ Mutual Benefit”[10].






John Stevens Folkus „The Life Of Riley”[11] –  ciekawa i stosunkowo nietypowa kompozycja Johna, wykorzystująca rozbudowane instrumentarium, chwilami ocierająca się o estetykę … folkową.

John Stevens „Freebop”[12] – ta formacja, to hołd Johna dla weteranów bebopu z rodzimej Anglii. Zaiste nagrania najbliższe głównego nurtu jazzu jakże rzadko bywały udziałem Stevensa.

Detail „Backwards and Forwards”[13]  – ostatnie lata życia Johna zdominowane zostały przez wspólne nagrania z doskonałym norweskim saksofonistą Frode Gjerstadem, szczególnie w ramach tria, czasami kwartetu Detail. Polecam zwłaszcza wczesne nagrania (1982-1985) z udziałem Johnny’ego Dyani na basie.


Zamiast zakończenia (znów posiłkując się Martinem Davidsonem)

Godziny, by nie rzec lata świetlne, spędzone na eksploracji muzyki i słów, jakie świat napisał[14] na temat muzyki tworzonej przez Johna Stevensa i jego samego, nie pozwalają mi obiektywnie odpowiedzieć na pytanie, kim był John Stevens.

Domowy psycholog zanotowałby w swoim kajecie: typ społeczny, silnie empatyczny, pracoholik o trudnym charakterze. Bardzo dużo wymagał do innych, zbyt dużo wymagał od siebie. Bardzo silna, konfliktowa osobowość. Potrafił wybaczać, ale jemu wybaczano jeszcze bardziej ochoczo.

Na kilkunastu stronach maszynopisu próbowałem udowadniać, jak ważną postacią dla współczesnej muzyki improwizowanej był John Stevens. Czytelnicy sami ocenią, czy byłem w tej materii skuteczny. A na koniec podpórka. Po nagłej śmierci Johna w wieku lat 54, nie kto inny, jak Martin Davidson popełnił piękny i niezwykle kompetentny tekst „John Stevens: Aprecjacja”. Polecam go Waszej uważnej lekturze[15].



Suplement - Nagrane, niewydane. Fan muzyki improwizowanej w śmiertelnych konwulsjach

Niebywałym wsparciem w żmudnym procesie eksploracji dokonań Johna Stevensa okazała się  wspaniała dyskografia mistrza swobodnej improwizacji, popełniona przez Paula Wilsona „Territories of The Mind. A John Stevens Discography”[16]. Jej nieprawdopodobna wręcz szczegółowość (zawiera nie tylko sesje nagraniowe i radiowe, ale także szereg koncertów) pozwala zaczytać się w niej w sposób niemniej intensywny, jak i zasłuchać w samej muzyce. Blisko 80 stron dat, nazwisk, miejsc i tytułów, uzupełnionych o kompetentny komentarz, także w zakresie jakości nagrań, o ile się takie zachowały i są dostępne w archiwach dźwiękowych Brytyjskiej Biblioteki Królewskiej[17]. Efekt kosmicznej pracy wykonanej przez Wilsona pozwala także na wykreowanie listy nagrań SME, które nigdy nie zostały upublicznione.

Kwiecień 1966 – skład SME zbliżony do tego, który nagrał debiutancki „Challenge”, wchodzi do studia i nagrywa ścieżkę dźwiękową do… „Matni” Romana Polańskiego. Powstaje blisko 30- minutowy materiał, oparty na kompozycjach Krzysztofa Komedy, który ostatecznie nie trafia do filmu, ani na jakikolwiek krążek. Jedynie trwający niewiele ponad dwie minuty tytułowy „Cul-de-sac” dostępny jest na genialnym blogu Incostant Sol[18].

Październik 1966 – w studiu Watts i Stevens wspierani na basie przez Bruce’a Cale’a. Powstaje materiał na jedną stronę winyla, który uzupełniony o sesję z grudnia tego samego roku miał ukazać się w Bounty lub Dove Records pod tytułem „Peaceful Farewell” . A owa sesja grudniowa, to jedyne nagranie firmowane szyldem SME bez udziału Johna Stevensa, który w tym czasie bawił w Amsterdamie, za to z udziałem Kenny Wheelera, Paula Rutherforda, Evana Parkera i Barry Guya.

Wrzesień/ Październik 1967 – trio John Stevens/ Evan Parker/ Barre Philips. Blisko godzina studyjnych nagrań. Fragment 8-minutowy dostępny na Inconstant Sol[19]. Niesamowity sound kontrabasu Philipsa i gęsta gra Parkera. Marzymy o poznaniu całości.

Styczeń 1968 – większy skład, z udziałem wokalistek (m.in. Pepe Lemer, Norma Winstone) nagrywa dwie wersje kompozycji „Familie”[20], która daje prapoczątek eksplorowania idei „Click and Sustained Piece”. W węższym składzie, pół roku później ten sam temat jest emitowany w BBC Radio 3, w a kilkadziesiąt lat później zostaje wydany przez Martina Davidsona w ramach wydawnictwa „Frameworks” (EMANEM  4134).

Marzec 1968 – podwójne genialne trio (Parker, Watts, Kowald, Holland, Ali, Stevens). Dwie improwizowane części trwające 55 minut - pierwsza dostępna na Inconstant Sol[21]. Intensywna kolektywna improwizacja, ze szczególnym uwzględnieniem masywnych pojedynków obu saksofonistów. Brudne, nieczyste brzmienie dodaje smaczku. Wyborne. Miało ukazać się w Island Records.

Kwiecień 1968 – Watts, Bailey i Parker improwizują w towarzystwie Yoko Ono. Niedługo potem Stevens zagra na płycie Yoko i Johna Lennona. Epizod. Tego samego miesiąca kwintet, który dwa miesiące wcześniej popełnił wydawnictwo „Karyobin” gra wspaniały koncert w Akademii Sztuki w Berlinie.

Wrzesień 1969 – Watts i Stevens do tria biorą Steve’a Swallowa. Dwie kompozycje Stevensa miał wydać Polydor.

Październik 1969 – kwartet, który trzy lata wcześniej nagrał smakowity „Springboard” (Carr/Clynne/Watts/Stevens) improwizuje pod szyldem SME w studiach Polydor. Uwaga – w drugim fragmencie do kolegów dołącza Jullie Driscoll, która dwa lat później, już jako Pani Tippetts, stanie się fundamentem genialnego kwartetu SME. Nie wydał Polydor.

Maj 1971 – wyżej wspomniany genialny kwartet, czyli Stevens/Watts/Tippetts/Herman, dzień po koncercie w Oslo (LP „1.2.Albert Ayler”), nagrywa materiał dla norweskiej telewizji. Nie wiemy, czy zapis video przetrwał.

Lipiec 1971 – ponownie rzeczony kwartet, który przez tydzień przebywa we Francji i nagrywa materiał na trzy longplaye, w tym jeden dodatkowo z Bobem Nordenem na puzonie. Francuski wydawca upublicznia tylko niespełna 37 minutowy krążek („Birds OF A Feather”). Taśmy z pozostałymi nagraniami giną bezpowrotnie, a wydawca plajtuje i nie płaci. Stevens jedzie samochodem do Francji po płyty. Psuje mu się samochód, wraca do domu stopem, targając tylko tyle egzemplarzy, ile jest w stanie zarzucić na plecy[22]. Horror. Tej straty historia free improv nigdy sobie już nie powetuje. A kwartet w tym składzie nie zagra potem ani jednego dźwięku, gdyż Jullie Tippetts porzuca Johna Stevensa bezpowrotnie. Choć w….

Październik 1971 – rozszerzony skład SME koncertuje w Collegiate Theatre, powstaje ponad 90 minutowy materiał, z którym obcują dziś jedynie mole z Biblioteki Narodowej. Przy okazji Jullie Tippetts ostatni raz śpiewa z SME.

Grudzień 1971 – koncert rejestrowany przez Tangent Records. W składzie kwintetu m.in. Irene Schweizer. Sześć tytułów do wiecznego zapomnienia, bo Tangent nie wydał…

Październik 1973 – od kilku miesięcy Stevens eksploruje rozbudowaną wersję SME pod tytułem wykonawczym Free Space (w składzie kilku młodszych muzyków z tzw. drugiej generacji brytyjskich improwizatorów – m.in. John Russell, Nigel Coombes, Terry Day, Dave Solomon). W klubie Ronny’ego Scotta na kasecie zapisano ponad 50 minut muzyki. Materiał rzecz jasna ląduje w zasobach Biblioteki Narodowej, a po Free Space zostaje ledwie 15 minut muzyki w formie dostępnej dla reszty świata… (Otherways and Free Space „Life Amid The Artifacts” EMANEM 5014).

Sierpień 1978 – sesja radiowa dla BBC: połączone tria Eddiego Prevosta i Johna Stevensa z Lou Gare’em i Trevorem Wattsem. Pół godzinna krwista improwizacja, a my szczególną atencją darzymy popisy obu perkusistów. Szczęśliwie set dostępny na Inconstant Sol. 200%-owa rekomendacja!

Czerwiec 1991 – SME w trio strunowym improwizuje w towarzystwie Evana Parkera, on sam ma też set solo. Ponad godzina muzyki.

Styczeń 1992 – SME jedynie w duecie (Stevens i Smith) znów wspólnie koncertuje z Evanem Parkerem. Sola, duety i trio – łącznie prawie 65 minut muzyki. Nagrywa Martin Davidson.

Listopad 1992 – w trakcie okresu schyłkowego SME grywa także w kwartecie (dodatkowo Neil Metcalfe). Po tej mutacji pozostaje jedynie kilkuminutowy suplement „Peripheral Vision”, dołączony przez Martina Davidsona do kompaktowej edycji „A New Distance”. Tu:  kilkudziesięciominutowa improwizacja z londyńskiego Bird’s Nest.

Tekst pierwotnie - w wersji redakcyjnej - opublikowany na glissando.pl we wrześniu 2014r.. Tu zamieściłem go w wersji oryginalnej.



[1] LP View VS 011, CD Konnex KCD 5049
[2] Moja recenzja dostępna na portalu jazzarium.pl
[3] LP Ogun Records 120 (1977) i 140 (1978)
[4] Ogun OGCD 0005 (1993). Reedycja na podwójnym CD obu płyt Oguna w roku 2003 (OGCD 022/023)
[5] LP Polydor Special 545 007, nagranie niedostępne na CD
[6] LP Transatlantic TRA 196, CD FMR CD96, LP No Business Records (reedycja limitowana z roku 2012)
[7] Nagrania tej grupy zgrabnie uzupełniają dokonania tria Stevens/Watts/Guy - trzy pozycje z połowy lat 70-tych –niestety wszystkie o bardzo kiepskiej jakości dźwięku.
[8] LP Vinyl VS 102, CD Konnex KCD 5045 (jako John Stevens Works, dodatek do nagrania pierwotnie wydanego  na pierwszej strony winyla SME “Live Big Band and Quartet”)
[9] LP Vertigo 6360, niedostępne na CD
[10] KCD 5061. Też trudno dostępny, bo ta niemiecka oficyna od dawna nie istnieje.
[11] LP Affinity AFF 130, niedostępne na CD
[12] LP Affinity AFF 101, niedostępne na CD
[13] LP Impetus IMP 18203, CD Impetus IMP
[14] Po prawdzie świat wiele nie napisał. Trudno doszukać się w globalnej sieci jakichkolwiek większych opracowań dotyczących interesującego nas tematu. Jakkolwiek bibliografia zawarta w dyskografii Paula Wilsona jest obszerna. Nie brakuje jedynie recenzji. Bibliografia w języku nam ojczystym jest już całkowicie czarną dziurą.
[15] Tekst dostępny na European Free Improvisation Pages
[17] The British Library, 96 Easton Road, London NW1 2DB. Nie znam adresu strony internetowej.
[18] www.inconstantsol.blogspot.comnagranie dostępne pod tytułem Spontaneous Music Ensemble „Unreleased Radio Sessions and Broadcasts 1966-1968. MP3 Version” – dostępne już teraz wbrew tytułowi w formacie FLAC
[19] Jak wyżej
[20] Patrz przypis nr 2 (cześć 1)
[21] Patrz przypis nr 18
[22] Po szczegóły tej historii odsyłam do liner notes wydawnictwa „Frameworks”