Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Lehn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thomas Lehn. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2026

LDL in the eerie glow of jellyfish!


Znamienici szwajcarscy improwizatorzy, saksofonista Urs Leimgruber i pianista Jacques Demierre, współpracują ze sobą od lat, a szczególną atencją darzą kooperacje trzyosobowe. Najbardziej w tej formule uznane albumy poczynili z amerykańskim kontrabasistą Barre Philipsem. Równie spektakularne z austriackim mistrzem analogowej elektroniki Thomasem Lehnem. To drugie trio zwie się LDL, a jego najnowszą płytę dostarcza amerykański Relative Pitch Records.

 


Improwizacja otwarcia trwa mniej niż pięć minut. Każdy dźwięk dobywa się tu z ciszy, jest filigranowy i niezobowiązujący, zarówno ten z wnętrza szpinetu, jak i dna saksofonowej tuby, czy pojedynczego kabla syntezatorowa. Muzycy przypominają zgraję pasikoników, które upajają się górskim słońcem.

Wejście w drugą część koncertu nosi już znamiona działania bardziej energicznego. Artyści wciąż dbają o szczegóły, o urok każdej frazy, ale energia wewnętrzna pcha ich ku bardziej intensywnym akcjom. Każdy na swój sposób preparuje instrument, choć całość wydaje się pozostawać zaskakująco przejrzystym strumieniem fonii. Pianista sięga do strun szpinetu, elektronik tańczy jak baletnica, choć jego akcesoria wydają się najmniej podatne na kreowanie ulotnych fraz. Saksofonista wyciąga głowę ku niebu, śpiewając całkiem melodyjnie. Z czasem owo dramaturgiczne rozkołysanie nabiera intensywności - najpierw przybywa masy, potem rośnie tempo. W coraz gęstszej magmie elektroakustyki sopran miewa problemy, by przebić się przez ogrom dźwięków, jakie produkują szpinet i syntezator. Tymczasem w połowie ekspozycji natrafiamy na śródlądową flautę, w trakcie której najbardziej delikatna zdaje się być … elektronika. Po powrocie na łono ekspresji szczególnie urokliwie frazuje pianista - wprost z klawiatury nuci demoniczny post-barok. Instrumenty lepią się teraz do siebie, najpierw tworząc strugę gęstego post-ambientu, potem dzieląc się na bardziej separatywne ośrodki fonii. Rozbudowana i hałaśliwa improwizacja zostaje perfekcyjnie ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Trzecia, najdłuższa opowieść w fazie prenatalnej jest mroczna, lepiona z szumu, dętych pomruków i rezonujących obłoków. Ze stoickim spokojem artyści zawiązują pierwsze akcje zaczepne, intensywniej oddychają, zaczynają wpadać w drobne turbulencje. Wejście na szczyt jest szybkie, całkiem efektowe, podobnie jak droga powrotna, która bez udziału saksofonu przebiera intrygujące, perkusjonalne barwy. Powrót dętego do gry zostaje podkreślony dźwiękami głosowymi, które zdają się również dochodzić z wnętrza instrumentu. Mniej więcej w połowie improwizacji muzycy, nieustannie kołysząc się na wietrze, dostarczają kilku zaskakujących dźwięków, które trudno przypisać komukolwiek z nich. W fazie schyłkowej utworu saksofon sugeruje melodię, ale szpinet i syntezator zgłaszają zdanie odmienne. W efekcie trio znów wspina się dramaturgiczne wzniesienie, po czym strumieniem short-cuts osiąga szczęśliwy finał podróży.

 

LDL (Urs Leimgruber, Jacques Demierre, Thomas Lehn) The Eerie Glow of Jellyfish (Relative Pitch, CD 2026). Urs Leimgruber – saksofon sopranowy, Jacques Demierre - amplifikowany szpinet oraz Thomas Lehn – syntezator analogowy, sound processing. Nagrane w trakcie Kaleidophon Festival, Ulrichsberg, Austria, kwiecień 2024. Pięć improwizacji w trzech częściach, 48 minut.

 

 

wtorek, 2 stycznia 2024

Butcher, Lehn & Tilbury into the Lights!


Kolejny rok najpopularniejszego na świecie kalendarza za nami. Dwanaście miesięcy udręk zostało podsumowanych na tych łamach tradycyjnym wylistowaniem pięćdziesięciu powodów, dla których ówże period warto zapisać w pamięci. Wnikliwi Czytelnicy zauważyli z pewnością, iż na rzeczonej liście znalazło się kilka pozycji, które nie zostały jeszcze zrecenzowane. Zatem czas najwyższy, by zacząć te skromne zaległości nadrabiać.

Pierwszy tydzień nowego roku spędzimy w londyńskim Cafe Oto, by przyjrzeć się kilku smakowitym albumom, które dostarczyły nam niemal same legendy gatunku. Ów mini spacer po Londynie rozpoczniemy od nagrania, które powstało w zamierzchłym roku 2016, a które to nagranie jest przy okazji reaktywacją – po dokładnie siedmiu latach milczenia - zacnego labelu Fataka Records.

Oto na małej scenie Cafe Oto - John Butcher, Thomas Lehn i John Tilbury!



Muzycy ubrali swobodnie improwizowany spektakl na saksofon, analogowy syntezator i fortepian w cztery zgrabne odsłony, z których tylko pierwsza trwa mniej niż dziesięć minut. A zaczyna się ona w niemal absolutnej ciszy, delikatnie upstrzonej podmuchami powietrza z tuby saksofonu i mikro frazami wprost z fortepianowej klawiatury. Po paru chwilach w strumieniu fonii odnajdujemy drobne incydenty syntezatorowe, który z jednej strony zdają się tu być intruzem, z drugim zaczynem kreatywnej fermentacji. Artyści stąpają po oblodzonej nawierzchni z dużą rozwagą, cedzą dźwięki opatuleni mrokiem i nierozwiązywalną tajemnicą narracji. Oczywisty w tym wypadku duch AMM czuwa, i póki co, dzieli i rządzi na scenie. W tym pomiocie minimalizmu szczególnie urokliwe wydają się być chwile, gdy muzycy zwierają szeregi i sycą opowieść bardziej gęstymi splotami dźwiękowymi.

Druga improwizacja kreatywny minimalizm i gigantyczne skupienie wynosi do rangi sztuki najwyższej. Rozpoczyna ją subtelny syntezator, potem do gry wchodzą młoteczki fortepianu, wreszcie saksofon, który na moment nadaje narracji nieco werwy i emocji, ale dość szybko powraca na pozycję wnikliwego obserwatora i komentatora. Na tym etapie koncertu szczególnie podobać się mogą duetowe igraszki fortepianu i syntezatora. W drugiej części opowieści, tuż po krótkiej ciszy, muzycy łączą siły i budują wyjątkowo urokliwy pasaż mikro zdarzeń realizowany już na trzy głosy. Nim improwizacja skona, mamy jeszcze drobne, dramaturgiczne wzniesienie i piękny finał wykreowany na klawiaturze piana, sycony echem milczącego syntezatora.

Trzecia odsłona jest najdłuższą częścią koncertu, niesie zaś ze sobą – jak na kanony tej opowieści – wyjątkowo dużo wydarzeń, kilka ekspresyjnych szczytów i całe mnóstwo urokliwych zabaw w podgrupach. Akcja znów zaczyna się na kablach syntezatora, potem głos mają wyjątkowo czarne klawisze, a po nich saksofon, tym razem w postaci sopranu. Narracja faluje tu niczym wystudzony ocean niespokojny. Z jednej strony szmery, szumy i szczebiot saksofonowych dysz, z drugiej magia martwych klawiszy i rozkołysane, niekiedy onirycznie brzmiące pasma analogowej elektroniki. Kilka kroków na szczyt, dużo więcej wprost w magiczny mrok zaniechania. Opowieść znów wieńczy efektowne wzniesienie (tu budowane dronami) i urokliwy falling down pozostawiony w jurysdykcji pianisty.

Końcowa improwizacja ma dość energiczne otwarcie, realizowane od pierwszego dźwięku w pełni kolektywnie. Dość szybko jednak opowieść zaczyna spoczywać na onirycznym, minimalistycznym pianie i suchych frazach syntezatora. Potem następuje drobny szczyt, ciekawie wspierany basowym pasmem syntetyki i post-jazzowymi oddechami saksofonu, a zaraz po nim zejście w absolutny mrok zastygły w martwej pozie bojaźni i drżenia. W tej fazie koncertu zdaje się powracać duch AMM. Mroczna cisza, martwe, na poły melodyczne pasma syntezatora, pianistyczne medytacje i mgliste westchnienia saksofonu. Samo zakończenie koncertu zdaje się jednak zaskakiwać – saksofon najpierw gwiżdże, a potem maluje zgrabne post-melodie, niesiony mocą nisko osadzonych dźwięków fortepianu i mikro usterek syntezatora.


John Butcher, Thomas Lehn, John Tilbury Lights (Fataka Records, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Thomas Lehn – syntezator analogowy oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Cafe Oto, Londyn, maj 2016 roku. Cztery improwizacje, 55 min.

 

piątek, 18 lutego 2022

John Butcher in trios and quartets! A new stuff never stops!


Jeden z absolutnych faworytów redakcji, angielski saksofonista John Butcher, dosyła nowe nagrania światu muzyki improwizowanej niemal nieustannie. Na łamach Trybuny staramy się o nich pisać na bieżąco, ale i tak, na początku każdego roku, sporządzać musimy coś na kształt dogrywki i w szybkiej zbiorówce opisywać płyty saksofonisty, o których nie zdążyliśmy napisać w trakcie mijającego roku.

Nie inaczej jest u progu roku 2022! Co więcej, nawet pobieżna analiza dyskografii Johna wskazuje, iż już sam styczeń przyniósł pięć kolejnych wydawnictw (wszystkie za sprawą pewnego labelu z Luksemburga!). Zatem dzisiejsza opowieść o nowych płytach z udziałem saksofonisty nie jest bynajmniej formą podsumowania starego, ale raczej ostrym wejściem w nowy rok. Za moment pochylimy się nad dwoma z owych pięciu luksemburskich nowości, potem sięgniemy po … kolejną nowość z roku bieżącego, a pięcioodcinkową recenzję zepniemy dwoma nagraniami opublikowanymi zdecydowanie w roku minionym, na obu znajdując rejestracje dźwiękowe, które na publikację czekały ładnych kilka lat.

Nim nadstawimy oczy i uszy nad porcją, jak zawsze w wykonaniu Johna, wspaniałej muzyki, zauważmy, iż wszystkie tria i kwartety dziś prezentowane, to swobodna improwizacja realizowana przez kolektywne składy, zatem na każdej z nich Butcher jest jednym z kilku twórców tej demokratycznej porcji dźwięków. Fakt dalece oczywisty na polu free improvised music, ale godny przypominania przy każdej okazji.

 


Beins/ Butcher/ Dafeldecker  Induction (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Przegląd najnowszych dokonań Johna Butchera (tradycyjnie korzystającego z saksofonu tenorowego i sopranowego) zaczynamy od tria poczynionego w towarzystwie austriackiego kontrabasisty Wernera Dafeldeckera oraz niemieckiego perkusjonalisty Burkharda Beinsa. Dwie niemieckie rejestracje z czerwca 2019 roku (KM28, Berlin oraz KulTurnhalle, Lipsk), podzielone na jedną długą i trzy krótsze improwizacje, trwają tu łącznie 42 minuty.

Muzycy zgromadzeni na berlińskiej scenie znają się doskonale, ale do pierwszych dźwięków podchodzą z dużym respektem. Małe perkusjonalia, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu, drżenie kontrabasu i wielka chmura rezonansu, jaka tworzy się pomiędzy trzema akustycznymi ośrodkami dźwięku. Muzycy budują emocje stojąc w miejscu, zatrwożeni wielką niewiadomą tego, co może się wydarzyć. To prawdziwa ceremonia oczekiwania! Pierwsze bardziej energiczne ruchy zdają się być dość nerwowe, ale bez trudu budują rytmiczne podwaliny bardziej zwartej narracji. Dźwięki każdego z instrumentów są nieustanie preparowane, stąd improwizacja dość szybko nabiera post-industrialnego posmaku. Czasami wszystko brzmi tu perkusjonalnie, innym razem przypomina rytmiczny ruch zepsutych maszyn włókienniczych. Gęsta zabudowa strumienia dźwiękowego jest efektem zarówno dużej kreatywności muzyków, jak i skupienia, tudzież dużej cierpliwości w budowaniu kolejnych akapitów opowieści. W okolicach 15 minuty na scenie pojawia się moc, dzięki której improwizacja wchodzi na wyższy poziom intensywności i dynamiki. Wszystko tu rytmicznie burczy, krzyczy i lamentuje. Piękny moment!

Na drugą stronę winyla przenosimy się do Lipska, gdzie czekają na nas trzy bardziej zwarte czasowo opowieści. Początek pierwszej wyznacza gong, który długo wybrzmiewa w samotności. W tle słychać cichy smyczek, a zaraz potem efektowny wybuch rezonujących talerzy. Nie jesteśmy pewni, czy w tym tyglu zdarzeń fonicznych ma także udział saksofon. Dopiero, gdy smyczek podejmie się roli wiodącej słyszymy już definitywnie dźwięk sopranowego dęciaka. Narracja przypomina rytualny przemarsz przez opuszczone miasto. Wszystko tu ze sobą rezonuje, tworzy symfonię strachu, która dość szybko znajduje posmak ciszy. Muzycy zdają się powtarzać pewne sekwencje czynności, jakby trasa ich improwizacji była gdzieś zapisana, wyryta w przydrożnej skale. Trzecia opowieść trwa niewiele ponad trzy minuty. To misterna, prawdziwie filigranowa plecionka dźwięków. Szlak podróży tyczy kontrabasowy smyczek, nieustannie rezonują talerze, a mistrzem ceremonii zdaje się być saksofon, który wydaje dziwne, tajemnicze, wysoko zawieszone dźwięki. Początek czwartej części, a trzeciej w Lipsku, niewiele zmienia w akustycznym obrazie całości. Wielka chmura rezonansu łączy się tu z kłębowiskiem szumów, tworząc prawdziwy festiwal fake sounds. Po kilku zakrętach opowieść nabiera bardziej rozpoznawalnego brzmienia. Narrację ciągnie za sobą, jak wór ziemniaków, nerwowy saksofon tenorowy. Smyczek boleśnie traktuje struny, a na werblu toczą się wielkie bitwy małych przedmiotów. Improwizacja skrzy się pomysłami, ale jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Najpierw plejady małych, rwanych dźwięków, a na linii kontrabas – saksofon bystra praca w trybie call & responce. Potem kilka powtórzeń i krok w kierunku dłuższych fraz, bardziej spójnych, ale zaskakujących brzmieniowo. Opowieść zbliża się do ciszy, ale nie stroni od bardziej hałaśliwych fraz. Tonie w renesansie i powtórzeniach, przypominając współczesne dokonania brytyjskiej legendy gatunku AMM. Narracja powoli staje się jednym, wielkim dronem. Przed jej końcem czeka nas jeszcze małe wzniesienie i grad pomysłów saksofonisty, który maci spokój zakończenia. Na ostatniej prostej frazy dęciaka przypominają ptasie tremolo.

 


Butcher/ Lehn/ Robair  Shaped & Chased (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Kolejne trio dobrych (by nie rzec, bardzo dobrych) znajomych i znów Berlin (ausland, listopad 2019 roku). Obok saksofonisty, wyposażonego w tenor i sopran, spotykamy tu Gino Robaira - elektronika, obiekty, instrumenty perkusyjne oraz Thomasa Lehna - syntezator analogowy. Znów cztery improwizacje (znów jedna długa i trzy krótsze), znów 42 minuty (ale tym razem bez parunastu sekund).

Pierwsze dźwięki na płycie, to dzieło Robaira, który przypomina, iż bywa nie tylko kreatywnym elektronikiem, ale nade wszystko zwinnym perkusistą! Na starcie słyszymy także echo analogowej elektroniki, a po chwili bystry najazd tenorowych pomruków, pełnych energii, a nawet znamion agresywności. Gęste otwarcie nie oznacza tu marszu na wysokie wzgórze, albowiem artyści dość szybko zanurzają się w onirycznej otchłani preparowanych fraz dętych i elektroakustycznych szumów i skwierczeń. Butcher jednak nie odpuszcza i znów wznosi opowieść na wyższy poziom ekspresji. Świetne interakcje towarzyszą tu każdej akcji zaczepnej, są zaś efektem zarówno doskonałej komunikacji, jak i kreatywności każdego z muzyków. Budują oni swoją opowieść na dużym luzie, na każdym kroku znajdując okazje do subtelnych, małych zagrywek, mimo, iż flow saksofonu raz za razem oplątywany jest smugami syntetycznych fonii. Post-industrialny rezonans, incydenty fake sounds, głównie ze strony Robaira, ale także pełne kiście syntezatorowych plam Lehna, który wciąż zaskakuje minimalizmem, z jakim buduje swoją improwizację. Narracja w drugiej części 20-minutowego seta nie stroni od ekspozycji dronowych i całkiem efektownych ekscesów post-freejazzowych.

Druga strona winyla i trzy krótsze historie. Pierwszą otwiera perkusjonalista i serwuje nam garść urokliwych szczegółów brzmieniowych swojego bogatego instrumentarium. Tuż obok tli się dęciak, który brzmi nad wyraz syntetycznie i syntezator skoncentrowany na generowaniu chmury szumów. Opowieść łapie ciekawą dynamikę z woli perkusji, determinującej saksofon i syntezator do wyciskania siódmych potów. Kolejną improwizację kreują na wstępie obiekty wałęsające się po glazurze werbla. Tenor podaje tu czysty, freejazzowy sound, ale opowieść dość szybko chowa się w powłoce elektroakustycznych subtelności. Na koniec znów emocje biorą gorę, znów za sprawą wyjątkowo dziś aktywnego tenorzysty. Ostatnia część płyty rozbudzana jest przez ciche drony każdego z artystów, kreujące na poły syntetycznie brzmiącą balladę, pełną wszakże mroku i znaków zapytania. Oniryczne pląsy z ciszą, wystudzony sopran i coś na kształt drummingu, który ciągnie narrację ku światłu. Syntezator pracuje spokojnie, zdaje się być dziwnie nostalgiczny. Finał tej doskonałej płyty znów stawia na dynamikę, rozsiewaną przez rozgrzany saksofon, bystre perkusjonalia i kolejny raz wyjątkowo filigranową pracę analogowego syntezatora.

 


Hannah Marshall/ John Butcher/ Mandhira De Saram/ Douglas Benford  A Spanner In The Poetry Machine (Douglas Benford Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Opuszczamy już Niemcy i na odsłuch trzech kolejnych płyt przenosimy się do Zjednoczonego Królestwa. Londyńskie Hundred Years Gallery, luty 2019 roku i kwartet w składzie: Hannah Marshall - wiolonczela, Douglas Benford – harmonium i obiekty, Mandhira De Saram – skrzypce oraz nasz bohater i jego dwa dęciaki. Dwie długie improwizacje, łącznie 53 i pół minuty.

Początek pierwszej improwizacji rodzi się z drobnych, na ogół preparowanych fraz, które formują się w dronowe pasaże dalece kameralnej ekspozycji. Narracja w typie stand by jęczy strunami, wzdycha tubą saksofonu i lśni elektroakustycznym, fermentującym posmakiem, który zdaje się generować harmonium i podczepione pod nie tajemnicze obiekty. Opowieść buduje się na kilkupoziomowym dysonansie – frazy czyste lub preparowane, spokojne odgłosy lub nerwowe konwulsje, cisza lub na poły hałaśliwe incydenty. Improwizacja nie jest wszakże pozbawiona mrocznych i zagubionych w ciszy przestojów, które burzą dramaturgię koncertu. Butcher - operujący w tym secie głównie na sopranie - co pewien czas stara się zakłócać ów marazm narracyjny, wybudzać z letargu pozostałych uczestników spektaklu, którzy koncertują się raczej na budowaniu zmysłowego i nieco tajemniczego backgroundu.

Dużo ciekawiej dzieje się w secie drugim. Początek też skrzy się drobiazgami – pojedynczymi odgłosami strun, metalicznym rezonansem płynącym z obiektów i echem, które szczególnie ciekawie konweniuje tu z brzmieniem strunowców. Swoje czyni saksofon, tym razem głównie tenorowy, który bez zbędnej zwłoki staje na czele pochodu i nadaje improwizacji bystry drive pozbawiony kameralnych zaniechań i wątpliwości. Opowieść ma w sobie więcej życia, ale nie unika samozawieszających się fraz, które łapią ciszę, niczym lep zagubione muchy (choćby w okolicach 8 minuty). Inicjatywa ustawodawcza znów pozostaje w rękach saksofonu. Tło strun i harmonium buduje tu czyste, kameralne frazy, bądź jątrzy nerwowymi szarpnięciami za struny. W okolicach 18 minuty muzycy dyskutują metodą call & responce, nadającą całości zdrowy posmak w pełni kolektywnej improwizacji. Znów tym, który zaprasza do stołu jest saksofonista. Pod koniec opowieść rozpływa się w drony i kieruje na drobny, finałowy szczyt. Tenor zdobywa go z podniesionym czołem, strunowce, pełzające tuż zanim, nerwowo podrygują.  

 


John Russell/ John Butcher/ Dominic Lash  But Everything Now Left Before It Arrived (Meenna, CD 2021)

Na osi czasu cofamy się aż do grudnia 2010 roku i lądujemy w szkockim Glasgow (GIO Fest III, CCA). Na scenie John Russell na gitarze akustycznej, Dominic Lash na kontrabasie i John Butcher na tenorze i sopranie. Muzycy raczą nas pięcioma swobodnymi improwizacjami, które łącznie trwają 40 minut.

Zaczynają dłuższymi dźwiękami saksofonu i kontrabasowego smyczka, którą zdobią mikro frazy gitary. Ciche, mroczne chamber z zabrudzonym brzmieniem, kreowane dalece ograniczonymi zasobami. Muzycy potrzebują ledwie jednego ukradkowego spojrzenia, by zaserwować nam kilka bardziej dynamicznych i groźnych sytuacji dźwiękowych. Ale dziś, na tej scenie donikąd się nie spieszą! Jak dzikie kocury szczerzą zęby, ale pozostają na swoich stanowiskach. W roli największego mąciciela świetnie czuje się smyczek. Drugą opowieść inicjują post-klasyczne frazy strunowe, dobrze skomentowane wysoko osadzonym saksofonem. Improwizacja powstaje z drobiazgów, które łapią ciekawą dynamikę i wdrapują się na niewielkie wzniesienie. Z kolei trzecia część początkowo wydaje się dość abstrakcyjna w brzmieniu. Narrację prowadzi w nieznanym kierunku kontrabasowe pizzicato. Szczęśliwie bystry sopran ogarnia dramaturgię narracji i proponuje małą wspinaczkę, która okazuje się całkiem okazałym, imponującym brzmieniowo crescendo. Świetnie czuje się w tej konwencji gitara, a kontrabas udanie sięga po smyczek. W dalszej części ekspozycji ten ostatni powraca do trybu pizzicato i syci improwizację post-jazzowym posmakiem, nie odbierając jej ciekawej dynamiki.

Koncert definitywnie nabiera wigoru w dwóch ostatnich częściach. Najpierw niemal klasyczne intro gitary i leniwe szarpanie za struny kontrabasu. Duet w tej formie ciekawie się pętli, budując bazę dla saksofonu. Ten pojawia się dopiero po trzech minutach i sprawdza perkusyjne możliwości swoich dysz. Gra prowadzona jest tu na dużym stopniu szczegółowości, a zdobią ją całe plejady preparowanych dźwięków. Po małej eskalacji narracja gaśnie w oparach szumów i pomruków. Ostatnia improwizacja trwa ponad 11 minut i rozwija się dość leniwie. Początkowo tworzą ją suche drony saksofonu i gitarowe riffy, pozbawione jednak dynamiki. Improwizacja toczy się od samego dołu do nieskończonej góry – z jednej strony smyczkowe i saksofonowe westchnienia, z drugiej gitarowe, bystre inkrustacje. Powstaje z tego niezłe kłębowisko emocji, ale muzycy decydują się na stopping i zejście na sam dół. W wyniku tych zaskakujących koincydencji wykształca się strunowy duet, którego ekspozycja skrzy się intrygującymi znakami zapytania. Powrót saksofonu wynosi narrację na najwyższy z możliwych poziomów! Szumy i piski, ocean drobnych fraz i całe morze ptasich okrzyków! Ślizgi po strunach i tajemnicze odgłosy w tubie! Na ostatniej zaś prostej radosne śpiewy dęciaka i efektowne szumowisko strun!

 


Jennifer Allum/ John Butcher/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prévost  Sounds Of Assembly (Meenna, CD 2021)

Kolejny odkurzony koncert, to kwiecień 2013 roku i londyński przybytek oświaty i kultury Stanhope School. Czworo muzyków: Ute Kanngiesser - wiolonczela, Jennifer Allum - skrzypce, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Butcher i jego dwie rury. Pięć swobodnych improwizacji trwa ponad 48 minut.

Początek spektaklu, to typowa gra rozpoznawcza, drobne frazy klejone w pytania i odpowiedzi, sycone oddechem free chamber. Opowieść dość szybko wzbogacona zostaje wielkim, rezonującym talerzem Prevosta, którego brzmienie nie będzie nas opuszczać niemal do końca koncertu. I to właśnie ów talerz wybudza drgania drugiej improwizacji, a towarzyszą mu short-cuts pozostałych instrumentów. Sopran kwili tu jak sroczka, skrzypce i wiolonczela szarpią delikatnie za struny, a sama narracja stawia na razie na kreatywny minimalizm. Kolejna część kontynuuje zastaną estetykę dodając do niej więcej nerwowości i całe kiście preparowanych dźwięków, które budują mroczną, gęstą atmosferę spektaklu.

Podobnie, jak w przypadku poprzednio omawianej płyty, im dalej tu w las, tym robi się coraz ciekawiej! Czwarta improwizacja trwa prawie 19 minut i jest zdecydowanie daniem głównym. Najpierw echo talerza i syczący smyczek na krawędzi werbla, potem saksofonowe drony i strunowe preparacje. Po kilku minutach opowieść efektownie pęcznieje, nabiera free jazzowego ognia, budowanego dronami, ostrymi szarpnięciami za struny i coraz silniejszym rezonansem talerza. Cello i skrzypce zdają się tu ciągnąć ku światłu, saksofon i perkusjonalia zdecydowanie szukają mroku. Kwartet dzieli się na podgrupy, a nawet skromne incydenty solowe. Pod koniec ekspozycji muzycy powracają do mocy płynącej ze zjednoczonego składu i pichcą nam doprawdy imponujący finał, budowany najpierw rezonansem i preparacjami saksofonu, potem niemal wyłącznie smyczkowym piłowaniem. Piąta improwizacja, choć to wydaje się niemożliwe, podnosi poprzeczkę jakości jeszcze wyżej! Początek ma dość nerwową dynamikę, pełen jest dysonujących fraz, haczy też o mroczną kameralistykę. Po uzasadnionym spowolnieniu drżący talerz zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Poziom głośności pnie się ku górze, a muzycy kleją nam bodaj najbardziej intensywny fragment tego wieczoru. Znów kilka bystrych dialogów (choćby saksofonu i cello) i bardzo efektowne wybrzmiewanie po 8 minucie. Ale to nie koniec! Nim talerz zawyje po raz ostatni, muzycy proponują nam zmysłowe, dronowe spiętrzenie. Brawo!

 

   

poniedziałek, 14 października 2019

Elektro Ad Libitum! The Report From The Place Of The Incident!


Czternasta edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej Ad Libitum przebiegła pod znakiem Elektro! Program zbudowany został wokół dwóch niebywałych, w ujęciu historycznym i artystycznym, formacji muzyki elektroakustycznej – Musica Elettronica Viva oraz Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera, zawierał w sobie także ważki wątek rezydencji mistrza elektroniki analogowej, Thomasa Lehna. Scena Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego w Warszawie przez trzy dni festiwalowe tonęła w kablach, laptopach i urządzeniach do elektronicznego przetwarzania dźwięków generowanych przez instrumenty akustyczne. Wrażeń było mnóstwo, doznań artystycznych także, rzućmy zatem okiem na krótkie podsumowanie sześciu koncertów czynionych z pewnością ad libitum.




Festiwal rozpoczął się dźwiękami jak najbardziej akustycznymi, wprost z klawiatury fortepianu, za którym zasiadła Joanna Duda. Snuła intrygujące, minimalistyczne i zwinnie repetujące dźwięki, które grubymi kablami trafiały do oprzyrządowania elektronicznego Krzysztofa Knittela i Marka Chołoniewskiego (zgodnie z opisem – uprawiających live electronics). Połączenie młodości i doświadczenia, żywej fonii i elektronicznych dekonstrukcji było bez wątpienia zjawiskiem ciekawym, ale pod dwóch kwadransach, dość mało rozwojowym. W mojej ocenie zabrakło czegoś na kształt punktu zwrotnego, choćby nowego pomysłu pianistki w kontekście dramaturgii koncertu, który zdawał się ginąć w przestrzeni bardzo swobodnej elektroniki.

Drugi spektakl dnia pierwszego, to efekt dwudniowych warsztatów Thomasa Lehna i grupy polskich muzyków, swoistej próby połączenia wody z ogniem – doświadczonych muzyków związanych z estetyką free jazz/ free impro z muzykami młodymi, reprezentującymi współczesną, akademicką elektroakustykę. Co ciekawe, w samym koncercie nie wziął udziału Thomas Lehn, który efektom wspólnej, warsztatowej pracy przyglądał się z pozycji widza. Na scenie zaś pojawili się: Teoniki Rożynek - elektronika, skrzypce, Żaneta Rydzewska - klarnet, elektronika, Aleksandra Kaca - fortepian, elektronika, Wojciech Jachna – trąbka, Tomasz Gadecki - saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika, Marcin Bożek - gitara basowa oraz Michał Gos – perkusja. Koncert w wielu momentach był naprawdę intrygujący. Siedmioosobowy ansambl bez dyrygenta radził się pod względem dramaturgicznym całkiem dobrze, pilnie trzymał się kontrolowanej ekspresji, bardzo ważnej dla dźwiękowych przebiegów elektroakustycznych. Na scenie czuło się chwilami, iż grają dwa podzespoły, ale fakt ten nie czynił wiele złego obrazowi całości. Z mojego puntu widzenia wszakże, najciekawszy fragment koncertu miał miejsce w momencie, gdy za wszystkie dźwięki generowane na scenie odpowiadała męska część zespołu festiwalowego.





Po dniu otwarcia, w trakcie którego, na scenie CSW, dominowały konstelacje personalne bazujące na intuicji i uroku pierwszego muzycznego spotkania, przed nami już wyłącznie stali współpracownicy, improwizujące working bands, jakkolwiek pokracznie by to nie zabrzmiało w przypadku muzyki, o której dziś mówimy. Na początek piątkowego wieczoru Tiziana Bertoncini na skrzypcach i Thomas Lehn na syntezatorze analogowym.  Świetna komunikacja, grad udanych dźwięków, zwłaszcza wtedy, gdy syntezator analogowy rozmawiał ze skrzypcami, a nie bombardował je ciosami spod gardy. Po prawdzie jeden z dwóch najbardziej dynamicznych koncertów wszechwładnej na scenie festiwalowej elektroakustyki.

Musica Electtronica Viva, to nazwa, która intryguje, ekscytuje, czasami też obyczajowo prowokuje światową scenę muzyczną już od wielu dekad. Frederic Rzewski na fortepianie i Alvin Curran na różnorakich instrumentach akustycznych (także fortepianie) i elektronicznych - obecni na sali ciałem i duchem oraz Richard Teitelbaum (moog, syntezatory analogowe) obecny tylko duchem, w drugiej zaś części koncertu, także zwizualizowany i połączony dźwiękiem live linią przesyłową Warszawa – USA (muzyk ze względu na zły stan zdrowia nie mógł wsiąść do samolotu). Mimo tych drobnych (?) niedogodności usłyszeliśmy bodaj najbardziej ekscytujący koncert tej edycji Ad Libitum. Precyzja każdego dźwięku, humor, rodzaj artystycznej groteski… Minimalistyczny, filozofujący Rzewski, nadaktywny, tryskający pomysłami Curran, wreszcie dobiegający zza światów, oniryczny Teitelbaum. W pierwszym komentarzu społecznościowym napisałem: „Wielu muzyków pretenduje do miana artystów uprawiających elektroakustykę, MEV po prostu ją grają!”.




Dzień trzeci, dzień ostatni. Na początek duet Lucas Niggli (perkusja) oraz Andreas Schaerer (głos, elektronika). To właśnie ów drugi bardziej dynamiczny koncert festiwalu – niezwykle kompetentny drummer i wokalista, który od pierwszego dźwięku, prezentował ogromne możliwości głosowe. Być może trochę szkoda, iż równie dla niego ważnym instrumentem była rozbudowana, analogowa elektronika, która w wielu momentach dominowała na koncercie. Dynamika rosła, dość często muzycy wchodzi w klimaty wręcz rockowej ekspresji i beat boxingowej estetyki. Znacznie ciekawiej było, gdy tonowali emocje i szukali spokojniejszych rozwiązań dramaturgicznych, zapuszczając się nawet w etniczne, niemal dalekowschodnie zaśpiewy, wzbogacane rozbudowanymi perkusjonaliami. Publiczność wszakże kupili w pięć minut właśnie ową dynamiką i scenicznym temperamentem. Bisy zdawały się nie mieć końca.

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Ta nazwa powoduje szybsze bicie mojego serca od kilkunastu już lat. Oto koncert, niczym spełnienie marzeń! Zacznijmy od danych personalnych: Evan Parker, saksofon sopranowy, Matt Wright, laptop, turntables, Paul Lytton, perkusjonalia, Richard Barrett, live proccesing, Paul Obermayer, live proccesing, Percy Pursglove, trąbka, Peter van Bergen, klarnety, Mark Nauseef, perkusjonalia, Sten Sandell, fortepian oraz Adam Linson, kontrabas, elektronika. Ta niebywała, elektroakustyczna podróż trwała ponad godzinę. Po niemal 50-minutowym secie zasadniczym, muzycy zagrali jeszcze spokojny, wyważony bis. Otóż i właśnie, jeśli miałbym do potoku zachwytu nad całym koncertem, absolutnie szczerego i niebudzącego wątpliwości, dodać łyżkę dziegciu…. Muzyka elektroakustyczna w swej najpiękniejszej formie, która zresztą jest udziałem tego ansamblu na każdej z jego licznych płyt, bazuje na wstrzemięźliwości i pewnego rodzaju minimalizmie. Ideą tego zespołu jest żywe procesowanie dźwięków akustycznych rozbudowanym instrumentarium elektronicznym. Tu, w trakcie tego i tak wspaniałego koncertu, było kilka momentów, w trakcie których część muzyków wydawała z siebie… po prostu za dużo dźwięków w jednostce czasu, czasami także dźwięków zbyt głośnych. Moja uwaga dotyczy przede wszystkim Nauseefa i Pursglove’a. Intuicyjna, niezauważalna quasi dyrygentura Parkera nie była w stanie tych momentów dramaturgicznie okiełznać. Ale i tak, wieczór ten przejdzie do historii Ad Libitum, jako jeden z tych najważniejszych.



Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich.

piątek, 7 października 2016

John Butcher! Ståle Liavik Solberg! – jesienny powiew świeżości, czyli .. jak pięknie, że już pada


Po tropikalnym, jak na krajowe warunki wrześniu, nowy miesiąc pokazał nam miejsce w szeregu. Jak zaczęło padać ostatniej niedzieli, to póki co, jeszcze nie przestało. I nawet te nanosekundowe chwile bez deszczu, z odrobiną słońca, mają jakiś ironiczny wymiar.

Odczarujmy złą aurę! Sięgnijmy po krążek zatytułowany na tyle przewrotnie w kontekście sytuacji pogodowej, że po jego odsłuchu musi wydarzyć się coś pozytywnego!

So beautiful, it starts to rain!

Londyńska scena klubu Café Oto (znów tam jesteśmy!?!), sierpień roku ubiegłego i dwóch pełnokrwistych facetów, którzy czekają, by wydobyć z siebie pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, zdecydowanie starszy i bardziej doświadczony, przy okazji obywatel Zjednoczonego Królestwa, nazywa się John Butcher i zagra na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ten drugi, nieco wyższy - w paszporcie ma wpisane Ståle Liavik Solberg i jest poddanym Króla Norwegii - siedzi za zestawem perkusyjnym, uzupełnionym o kilka niezbędnych przedmiotów do generowania nieoczekiwanych dźwięków.




Jeśli pamięć Waszego recenzenta nie szwankuje, Panowie Ci spotykają się w okolicznościach muzycznych po raz pierwszy. A zatem szanse na odrobinę świeżości w zadęciu, szczyptę nieoczywistości w dewastowaniu werbla i talerza, czy zmyślne reakcje na kontrowersyjny pomysł partnera, zdają się być ponadnormatywne.

Od razu uprzedźmy przebieg wydarzeń. Po 35 minutach odsłuchu tego nieprzerwanego ciągu dźwięków, z radością skonstatujemy, iż szanse owe zostały w pełni wykorzystane (o tak, Derek Bailey zza grobu unosi kciuk w geście tryumfu!).




A przebieg wydarzeń jest następujący: Od pierwszego westchnienia na scenie, Solberg drąży kanał, ewidentnie chce się przebić do Śródmieścia. Uklepuje grunt seriami nieoczywistych uderzeń, jest dynamiczny i odrobinę molekularny. Butcher całuje kryształ, jęczy i wibruje, chyba bada wytrzymałość perkusyjnej tekstury. Szorstki flow jego tenoru przypomina lot zmutowanego czmiela, który goni miniaturowe stado bawołów. Pięści każdy dźwięk i zdecydowanie szuka swojego terytorium. Solberg daje radę ogarnąć całość i spokojnie tyczy granice przyzwoitości dla tej improwizacji. Niczym jurny nosorożec, kopytami znaczy teren. Talerzykuje, łyżeczkuje, poleruje. Butcher chwyta za sopran i bezceremonialnie sięga dna, w momencie, gdy bębny krążą już pod sufitem, zdzierając pajęczyny z nieodkurzanych od lat narożników. Dynamika koncertu łapie ciekawią arytmię. Muzycy wchodzą sobie w drogę, kolektywnie skowycząc i ocierając się o siebie, jakby byli w okresie godowym. Z każdą chwilą rośnie w nas przekonanie, że jesteśmy we właściwym czasie, w równie odpowiednim miejscu. Podobnie rzecz się ma z formą muzyków. Jadą w górę windą bez stacji pośrednich. Gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa finału tej zabawy, zaczynają kwilić jak trusie, toczyć ptasi dialog bez potrzeby puentowania. Saksofon stawia stemple, a perkusja rytualnie obiega jego ślady. Po obu stronach sceny oczywistym staje się przekonanie, że John Butcher jest w stanie zagrać każdy dźwięk. Solberg też ma tego świadomość, co więcej – jest przygotowany na każdą ewentualność sceniczną i nie zawodzi w jakimkolwiek momencie. Bez dyskusji - Ci dwaj faceci na scenie Cafe Oto świetnie sobie ze sobą radzą!

Otwieramy oczy. Łapiemy oddech. Nie pada!!!!! Cud jest naszym udziałem.


****

Płyta duetu John Butcher/ Ståle Liavik Solberg So beautiful, it starts to rain, ukazała się dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Clean Feed. Składa się z jednej, 35-minutowej improwizacji, która na potrzeby słuchaczy została podzielona na nośniku cyfrowym na trzy części. Ich tytuły też są efektem sztucznego podziału tytuły całej płyty.

Powyższe skromne review najnowszej płyty z udziałem Johna  Butchera, uzupełnijmy o garść informacji o innych jego aktualnych aktywnościach. Od kilkunastu tygodniu są już z nami, rozkochanymi w wolnej improwizacji, dwa inne koncerty Johna Butchera z Cafe Oto. O nagraniu tria The Apophonics 27.11.13 pisałem nie dalej, jak w ubiegłym tygodniu. Warto zatem wspomnieć o innym wydawnictwie otorokowym, wyposażonym w przenikliwy tytuł Quintillions Green. Stanowi ono dokumentację spotkania saksofonisty z Fredem Frithem (gitara) i Teresą Wong (wiolonczela, głos), poczynionego jesienią ubiegłego roku. Pięć improwizowanych fragmentów, trwających prawie 100 minut. Jak tylko poznam te dźwięki, natychmiast podzielę się wrażeniami.

Z mrowieniem w kręgosłupie oczekiwać także będę na edytorski efekt koncertów, jak będą miały miejsce w tym miesiącu na Półwyspie Iberyjskim (m.in. Festiwal w Coimbrze). Zagra tamże frapujący kwartet w składzie - John Butcher/ Agusti Fernandez/ Hugo Antunes/ Roger Turner. Ta piorunująca mieszanka muzycznych osobowości winna nas połechtać doskonałymi dźwiękami.




Na koniec zostawmy już njusy i sięgnijmy po pewien starszy krążek autorski Butchera. W latach 1996-98, czyli trzy epoki kamienia łapanego temu, nasz ulubiony fizyk-saksofonista popełnił kilka sesji duetowych i solowych, które w niedługim czasie znalazły się na płycie o niezbyt odkrywczym tytule Music on Seven Occasions (Meniscus, 2000). Aż osiemnaście wyjątkowo dosadnych i smakowitych przy okazji miniatur free improv. Wśród zaproszonych na sesję gości odnajdujemy naszych dobrych znajomych: Gino Robaira, Veryana Westona, Thomasa Lehna, Johna Corbetta (amerykańskiego gitarzystę; nie mylić z angielskim trębaczem Jonem Corbettem), Jeba Bishopa, Freda Lonberga-Holma i Michaela Zeranga. Skład uzupełniają Alexander Frangeinheim (kontrabas) i Terri Kapsalis (skrzypce). Jeśli z jakichś istotnych względów pragniecie posiadać tylko jedną płytę genialnego Johna Butchera, to ten krążek nada się znakomicie.


środa, 20 lipca 2016

Mats Gustafsson – wiedeńskie przyjęcie urodzinowe w imię pokoju i … ognia


Wiedeński przybytek kultury Porgy and Bess był pod koniec października 2014 miejscem obchodów 50 rocznicy urodzin Matsa Gustafssona, być może najwybitniejszej postaci współczesnej muzyki improwizowanej o korzeniach nieanglosaskich.

Zabawa trwała trzy dni i zapewne tyleż nocy. Były życzenia, był tort i świeczki. I co najważniejsze – multum gości, muzyków zaproszonych przez Jubilata z całego świata. Dziś trafia do naszych rąk czteropłytowa dokumentacja muzycznej strony obchodów zacnej 50-i Matsa. Dzieło zwie się Mats Gustafsson & Friends MG 50: Peace and Fire. Wydawcą jest austriacki label Trost, pod numerem katalogowym TR140.

Nim prześledzimy zawartość tego wydawnictwa i przywołamy listę muzyków, którzy na nim zaistnieli, dwa słowa o tych, których na przyjęciu urodzinowym zabrakło. To muzycy na pewno dla Gustafssona ważni, muzycy, z którymi popełnił wiele znakomitych płyt. Myślę o Barry Guyu i Raymondzie Stridzie (ich wspólna formacja zwie się roboczo Tarfala Trio), a także Stenie Sandellu (z nim, jak i rzeczonym Stridem, Mats tworzy grupę Gush). Z pewnością ich nieobecność nie była intencją Jubilata, jakkolwiek mi osobiście tych Panów, w trakcie odsłuchu ekscesów muzycznych z trzydniowych obchodów, brakuje szczególnie dotkliwie. Ale cóż, nieobecni nie mają głosu, zatem skupmy się na tych, którzy w Wiedniu świetnie się bawili.




Nie kryję na tej stronie, pisząc dość często o współczesnych dokonaniach szwedzkiego saksofonisty, iż muzyczna przygoda Matsa niebezpiecznie pikuje w kierunku muzyki rockowej, noisowej i zgrzytliwej elektroniki. O ile użyte środki artystycznego wyrazu nie są dla mnie problemem, o tyle fakt, że muzyka Matsa ucieka od improwizacji w kierunku prostych rytmów i gigantycznego hałasu, jest trudna do zaakceptowania. Cierpi na tym scena free improvisation, dla której Mats był od lat motorem rozwoju i jedną z najważniejszych postaci.

Materiał z Porgy and Bess zresztą świetnie pokazuje tę dwubiegunowość poczynań Matsa. Na czteropaku znajdziemy zarówno błyskotliwe popisy free improv, jak i głośną, rytmiczną muzykę o prostym metrum, barwioną dźwiękami generowanymi na kilometrach grubych kabli, wreszcie zwoje zmyślnie pokomplikowanej elektroniki o delikatnie improwizowanym posmaku.

Przygoda Peace & Fire zaczyna się dwoma krótkimi miniaturkami wolnej improwizacji duetu Gustafsson – Dkerm. Za pseudonimem tego drugiego, kryje się avant-rockowy perkusista Dieter Kern, który w formule zaproponowanej przez Jubilata, radzi sobie … wyśmienicie. Ledwie dziewięć minut piorunującego zaproszenia do zabawy urodzinowej. No i gra Matsa – takiego lubię go najbardziej!

Następne dziewięć minut spędzamy w odmętach sycząco-skwierczącej elektroniki (Billy Roisz i Dieb13 jako Risc), by przez kolejnych kilkanaście poflirtować ze Svenem-Ake Johanssonem, weteranem freejazzowego bębnienia, w wersji solowej, który epizodycznie używa także głosu, na dość konwencjonalny zresztą sposób. Dysk pierwszy wieńczy prawie 25 minutowy set w wykonaniu stałej formacji Matsa, Swedish Azz (na ostatni fragment na dostawkę z Johanssonem), eksplorującej historię szwedzkiego jazzu na wskroś …nowoczesnymi środkami wyrazu. Nie są to wszakże dźwięki, które mnie osobiście szczególnie intrygują. W każdym razie, odsłuchałem bez szwanku na umyśle.

Dysk drugi, to rozbudowana wycieczka w kierunku muzyki nieimprowizowanej lub … tylko trochę improwizowanej. Zaczynamy od formacji (Fake) The Facts (Siewert, Gustafsson, Dieb 13), wspartej dwoma perkusjami (Brandlmayr, Lytton). Dwudziestominutową ścianę dźwięku słucha się … zupełnie ciekawie, a już na pewno jest to propozycja bardziej przyswajalna, niż studyjne ekscesy w składzie trzyosobowym. Kolejny, jeszcze dłuższy interwał, to duet okablowanego Christiana Kurzmanna i … wokalistki Sofii Jernberg, którą okazję mieliśmy poznać w Fire! Orchestra. I podobnie, jak w trakcie poprzedniego fragmentu, nie spodziewając się wiele, mogłem się mile rozczarować, zwłaszcza w kontekście głosowych pogadanek Sofii. No i czas na punkt główny dysku, czyli ponad 30-minutowy set kolejnej stałej formacji Gustafssona – Fire! Bazą dla tej grupy jest skład trzyosobowy, znamy świetnie wersję orkiestrową, tu zaś na scenę trafił wariant pośredni – Mała Orkiestra Ogniowa! W ramach wzmocnień personalnych – Agusti Fernandez na organach, Erwan Keravec na bagpipes (!) i dwie wokalistki znane nam z Fire! Orchestra - przywołana już wcześniej Sofia i Mariam Wallentin. Początek spotkania absolutnie w estetyce free improv, przy pięknie jęczącym wokalu jednej z Panien. Aż do momentu, gdy do gry wchodzi twardy bas Bertlinga i zaczynamy jechać już całkiem na rockowo. Przyznam bez cienia wątpliwości, że Fire! w takiej formule bardzo mi się podoba. Oczywiście dominacja rytmu, oczywiście głośny jęk gitary basowej i elektroniki (często jednocześnie), ale … z jednej strony - kapitalnie śpiewające Panny, z drugiej - łagodzący obyczaje Agusti, wreszcie szalone piszczałki na dokładkę. Wszystko to powoduje, iż ten set ogniowy dostaje ode mnie dużego plusa prosto w czółko. Do tańca i do różańca! Jeśli dacie sobie wydziergać na czole ten rockowy sznyt Fire!, ta muzyka zaprowadzi Was do bram piekła i pozwoli doznać nieuciążliwej ekstazy.




Jesteśmy zatem w połowie zabawy. Jest całkiem fajnie, kilku gości, pozornie zbędnych na tym przyjęciu, dało istotny powód do czerpania przyjemności z ich muzyki, a przed nami  creme de la creme tego zestawu. Najpierw Gustafsson zaprasza na scenę… austriacką formację muzyki współczesnej Klangforum Wien, z którą wchodzi w szranki improwizacyjnej batalii bez przymrużenia oka. Wyśmienite! Matsa kontratakują flet, kontrabas, obój, trąbka i kwartet instrumentów smyczkowych. Potem jeszcze fragment z tubą i perkusjonaliami. Blisko kwadrans jakże konkretnej zabawy. Tuż po nich, spotkanie Matsa w weteranami niemieckiego free improv, Günterem Christmannem (puzon, wiolonczela) i Paulem Lovensem (perkusja), którzy jako TR!O mają w dorobku krążek, popełniony dwie dekady temu (z tym pierwszym Mats ma na rozkładzie także duety). Do trójki podłączono analogową elektronikę Thomasa Lehna, a nam pozostało nieźle się zachwycić tą szemraną improwizacją, trwającą niestety tylko niewiele ponad kwadrans. Otumanieni skupioną grą wyżej wymienionych, po chwili zostajemy zaatakowani freejazzową petardą, w postaci blisko 40-minutowego setu The Thing i Kena Vandermarka. Jakąś dekadę temu takie granie strasznie mnie rajcowało, dziś jednak nie potrafię nie natrafić na powtórki i kalki. Ale Urodziny Matsa mają swoje prawa, a przecież trudno je sobie wyobrazić bez tego koncertu! No i dysk trzeci za nami…

Dysk ostatni przynosi … prawie wyłącznie występy solowe. O ile pierwsze dziesięć minut na wibrafon solo w połączeniu z elementami perkusji (Kjell Nordeson), możemy śmiało zmarnować na wycieczkę do lodówki po zmrożony browar, o tyle kolejne solówki nie powinny już ujść naszej uwadze. Najpierw Per Ake Holmlander i jego tuba (doskonałe!), potem prawie 20 minut preparacji fortepianu przez mistrza tego fachu, Agusti Fernandeza (kapitalne!), wreszcie jeszcze dłuższy fragment Erwana Keraveca i jego bagpipes (odjazd!). Na sam już finał znów okablowany Kurzmann, tym razem w towarzystwie Kena Vandermarka, a zaraz po nich Anna Högberg w dwuminutowej miniaturce na saksofon altowy. 

Wedle informacji zawartych na wydawnictwie, urodzinowa muzyka została zaprezentowana tu w porządku chronologicznym (dysk pierwszy zarejestrowany 26.10, dysk drugi - 27.10, zaś trzeci i czwarty – 28.10), przy czym dysk ostatni zawiera nagrania powstałe w Porgy and Bess, w części zwanej Strenge Kammer.




środa, 15 czerwca 2016

Frank Gratkowski – incydent elektroakustyczny skutkujący drobnym podsumowaniem


Jeśli mielibyśmy wskazać – oczywiście bez istotnej przyczyny – najbardziej niedocenionego muzyka improwizującego, rezydującego po naszej tronie Atlantyku, to być może błąd nasz byłby najmniejszy, gdybyśmy wskazali na Franka Gratkowskiego.

Doskonały alcista i klarnecista, kilka lat po 50 urodzinach, wychowany z matki Niemki, artystycznie rezydujący głównie w Kolonii, niezwykle rzadko dostępuje zaszczytu bycia wyróżnionym, czy hołubionym na próżnym rynku free jazzowych, improwizujących wyjadaczy. A to pomyłka iście kardynalna, albowiem Frank należy – w moim przekonaniu – do wąskiego grona naprawdę wybitnych muzyków współczesnych.

Tę śmiałą i bezczelną tezę postaram się udowodnić omawiając jedną z jego stosunkowo świeżych produkcji, a także dokonując skromnego resume dotychczasowego dorobku płytowego.


Zacznijmy zatem od… SKEIN!

Tak bowiem nazywa się wydawnictwo, zapewne po części także nazwa formacji (co sugerowałaby notyfikacja na portalu discogs.com), nad którą właśnie się pochylamy. Panowie Achim Kaufmann (piano), Wilbert de Joode (kontrabas) i Frank Gratkowski (saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy) znają się jak łyse konie, a od ponad dekady w trio grają wysokiej klasy free improvisation (dorobek płytowy – za czas jakiś). Nie dalej jak trzy lata temu postanowili delikatnie urozmaicić tę trzyosobową zabawę, dopraszając do pewnego koncertu w Alte Feuerwache w Mannheim aż trzech muzyków – zaprawioną w bojach improwizacyjnych, wiolonczelistkę Okkyung Lee, perkusistę o wielowątkowych zainteresowaniach (także rockowych) Tony’ego Bucka oraz wybitnego specjalistę od elektroniki i dekonstrukcji dźwięków generowanych na żywo Richarda Barretta (którego pamiętamy świetnie choćby z Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera). Od razu dodajmy, iż w takim układzie personalnym było to pierwsze spotkanie tej szóstki doskonałych improwizatorów.




Blisko 70-minutowa swobodna improwizacja podzielona została na sześć odcinków, opatrzonych fikuśnymi tytułami, w nie do końca rozpoznanym języku. Startowe Tycho początkowo delikatnie kwili na elektroakustyczną modłę, kreśląc intrygującą sonorystycznie pajęczynę mikrodźwięków, na co drastycznie nabiega wiolonczela Lee, która nawet bez amplifikacji, ani dekonstrukcji ze strony Barretta, brzmi bardzo…. elektroakustycznie (czyli jest ok.!). Buck dotyka swego instrumentu perkusyjnego, jakby go nieco parzył, co jednak nie przeszkadza mu w procesie dynamizowania kolektywnie wijącej się improwizacji. Do gry wchodzą pozostali muzycy, a Lee ewidentnie podłącza się do prądu, co skutkuje u bardziej wrażliwych słuchaczy koniecznością redukcji poziomu głośności nagrania (czyli jest super!). W kolejnym fragmencie Axoneme nic nie zakłóca przebiegu wydarzeń, wszakże atmosfera rośnie, a prym wieść zaczyna Barrett, który swymi zmyślnymi, elektronicznymi dekonstrukcjami dźwięków, granych przez kolegów i koleżankę, sieje zdrowy ferment. Niespodziewanie jesteśmy już w odcinku Schacht, który z perspektywy całości zdaje się fragmentem kluczowym (i jest przeto najdłuższy). Pałeczkę przodownika kolektywnej pracy przejmuje Buck, który śmiało czerpie ze swego rockowego rodowodu, wprowadzając do tej coraz ciekawszej zabawy element zdecydowanie rytmiczny. Wiolonczela także przypomina sobie o swym gitarowym powinowactwie i zaczynamy dość ostrą jazdę, w której przez kilka chwil trudno odnaleźć się akustycznej frakcji sekstetu. Kaufmann spokojnie frazuje na boku, de Joode szuka drogi ucieczki, a Gratkowski najwyraźniej milczy… Ale to pozory. Barrett robi swoje, szukając nowych punktów zaczepienia dla zadziornych improwizacji, a na to wszystko wchodzi wybudzony z letargu Gratkowski i klarnetem komentuje bez cienia żenady wysiłki interlokutorów. Dynamika nagrania delikatnie przygasa, ciekawie preparowane jest piano, a klarnet ciężko dyszy… czekając na jakiś drogowskaz od partnerów. Zupełnie zaskakującym elementem okazują się w zaistniałej sytuacji subtelne dzwonki (zapewne to robota Bucka!). W odpowiedzi na ekscesy kolegów od żywych instrumentów, Barrett zrzuca płaszcz winylowych szumów i ta wspaniała, ponad 20 minutowa improwizacja może śmiało osiągać zasłużony finał. Nie czas jednak na odpoczynek – Adze startuje z drobnymi, elektroakustycznymi przekomarzaniami, które brutalnie gwałci rytmem perkusista. Następuje chwila zadziwiającej konsternacji, której puentą będzie … metronom! Jego tykanie – w tej nieoczywistej zabawie – też zdaje się być elementem mocno zaskakującym (a o to przecież tu chodzi!). No i czas na Limation, kolejną dłuższą opowieść. Elektronika spokojnie przyprósza akustykę pozostałych instrumentów, ugniata je delikatnie, jak ciasto na świąteczne pierogi. Alt Gratkowskiego rozpoczyna wężowy taniec godowy, generowany jakby z zamkniętej przestrzeni, krzycząc nieco upalonym soundem (miód!). Na dyskusję w podgrupie mają ochotę kontrabas i delikatnie zmutowana wiolonczela (ale pyskówka!). Robi się nastrojowo, czemu sprzyja niezobowiązująca kołderka z nieagresywnej elektroniki. Wszystko udanie puentuje Thrum, dynamicznym, kolektywnym i jakże konstruktywnym hałasem finałowym! Uff, co za uczta !?! Chcecie jeszcze? Play It Again!!!

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, iż fonograficzna dokumentacja powyższego koncertu jest dostępna od roku 2014, dzięki Leo Records, pod pełnym tytułem wykonawczym - Frank Gratkowski/ Achim Kaufmann/ Wilbert de Joode/ Okkyung Lee/ Richard Barrett/ Tony Buck  SKEIN.


Akustyczna praprzyczyna elektroakustycznego incydentu

Jak już wyżej zasugerowałem, Panowie Kaufmann, de Joode i Gratkowski od lat nastu tworzą ewidentny workband i dostarczają nam regularnie garść smakowitych, wolnych improwizacji na fortepian, kontrabas i zestaw instrumentów dętych. Pod trojgiem nazwisk mają na rozkładzie pięć krążków – Unearth (Nuscope Recordings, 2004), Kwast (Konnex, 2004), Palae (Leo Records, 2007), Geader (Gligg Records, 2013) i Oblengths (Leo Records, 2016).




Muzyka tria potrafi być nieśpieszna, a narracja często egzystuje w niskich rejestrach, zwłaszcza, gdy prym w procesie żmudnych, kolektywnych improwizacji przejmują kontrabas i klarnet kontrabasowy. Nie brakuje wszakże dynamicznych pasaży i nieoczywistych zagrywek Kaufmanna, którego jednak z perspektywy tych kilku płyt (ostatnia jeszcze do mnie nie trafiła) odnajduję jako element subdoskonały. Jeśli miałbym wskazać najbardziej wartościową pozycję tego tria, to bez zbędnej chwili zastanowienia wskazuję na krążek chronologicznie środkowy, czyli Palae. To tu poziom charakterystycznej dla tria zadumy i lekko klasycyzującego zadęcia jest istotnie zdominowany przez improwizacyjne wojny de Joode i Gratkowskiego.


Inne historie fortepianowe

Pierwowzorem dla powyższego tria może być – skąd inąd dalece doskonały – krążek Gratkowskiego poczyniony w towarzystwie pianisty Georga Graewe i wyśmienitego basisty Johna Lindberga – Arreas (Red Toucan, 2001). Dynamika smagania smyczkiem kontrabasu nadaje tej muzyce niebywałego smaku i ekwiwalentnej zadziorności. Tych cech nie brakuje też płycie GratHovOx (Nuscope, 2002), nagranej przez naszego bohatera z weteranami europejskiego free, czyli Fredem van Howe (piano) i Tony Oxleyem (perkusja). Ciekawa i pokrętnie melodyjna jest duetowa ekspozycja Ardent Grass (Red Toucan, 2010), gdzie partnerem Franka jest duński pianista Jacob Anderskov. Podobny charakter ma spotkanie Franka z holenderskim weteranem Mishą Mengelbergiem, na krążku pod wszystko mówiącym tytułem Frank Gratkowski Vis-a-vis Misha Mengelberg (Leo Records, 2006). Jedną z najstarszych rejestracji Gratkowskiego jest natomiast krążek VicissEtudes (Random Acoustic, 1993), poczyniony wspólnie z Georgiem Graewe, przy okazji - w mojej ocenie – najspokojniejszy i dalece mniej intrygujący od innych fortepianowych wydarzeń w życiu artystycznym Gratkowskiego (etiudy, etiudy… nie da się ukryć).


Kompozycja w służbie kompetentnej improwizacji

Bycie wytrawnym improwizatorem nie zaspakaja bynajmniej ambicji Franka Gratkowskiego. Alcista i klarnecista z Niemiec realizuje się – i to od lat – jako sprawny i kompetentny kompozytor. Głównym medium tej aktywności jest jego kwartet, funkcjonujący od półtorej dekady w niezmienionym składzie. Obok instrumentów lidera, jest tu miejsce na puzon Woltera Wierbosa, kontrabas Dietera Manderscheida i perkusję Gerry’ego Hemingwaya. Dotychczasowy dorobek dyskograficzny kwartetu zamyka się w czterech pozycjach – Kollaps (Red Toucan, 2001), Spectral Reflections (Leo Records, 2003), Facio (Leo Records, 2004) i Le Vent Et La Gorge (Leo Records, 2012). Już sama lektura tytułów kompozycji (zwłaszcza na debiucie), ich wielowymiarowość (bywają podzielone na wiele części), czy sam tytuł krążka drugiego, dowodzą dobitnie dużej pracy twórczej Gratkowskiego na etapie strukturyzowania utworów, czy kreślenia nutek na zawiłych arkuszach pięciolinii. Efekt wszakże tych literackich ekscesów jest dla mnie piorunujący. Zarysowane efektownie pod względem dramaturgicznym kompozycje stają się kapitalną bazą dla improwizacji, zarówno w ujęciu solowym, jak i całkiem kolektywnym. Partnerzy Franka aż rażą kompetencjami, a dodatkową rozumieją się telepatycznie, przez co stać ich na realizację najbardziej karkołomnych instrukcji szefa. Wreszcie Frank Gratkowski, doskonały saksofonista i wyśmienity kompozytor, jest tak cudownie braxtonowski w swej odsłonie kwartetowej, że Wasz Autor nie może kończyć odsłuchu tej muzyki w innej pozycji niż na kolanach! Nie będę polecał jakiejkolwiek z tych czterech płyt, albowiem wszystkie są … genialne. Dodam, że Facio jest najbliższe tej niebywałej zwiewności i taneczności najlepszych kwartetów Anthony'ego  Braxtona z lat 70. Lepszej rekomendacji ten przejaw muzycznej aktywności Franka chyba nie potrzebuje.







Warto też wiedzieć, że bazą doświadczalną dla wyżej opisanego kwartetu  było trio Gratkowski/ Manderscheid/ Hemingway, działające w dekadzie wcześniejszej. Zostały po nim dwa – oczywiście wyśmienite – krążki: Gestellen (Jazz Haus Music, 1996) i The Flume Factor (Random Acoustic, 1998). Z tego samego okresu pochodzi też brawurowy koncert z kolońskiego Loftu, w którym Gratkowskiemu i Manderscheidowi partnerowali Matthias Schubert (tenor sax), Ernest Reijseger (wiolonczela) i Achim Kramer (perkusja). Wydał 2nd Floor Edition pod tytułem Loft Exil 3 (1998).




A uzupełnieniem całej opowieści o muzyce komponowanej, transponowanej przez wybitnych muzyków w genialne poematy improwizacji, niech będzie… przyjęcie z okazji 40 urodzin Franka.  Na Festiwalu w Moers Frank zebrał smakowity Oktet. Swój sztandarowy kwartet uzupełnił o drugi bas (Wilbert de Joode!), drugą perkusję (Michael Vatcher!), drugi saksofon i klarnet (Tobias Delius!) i trąbkę (Herb Roberston!). W kolońskim Lofcie muzyki zagrali dwa ekstatyczne koncerty, które udokumentował na CD niezrównany Leo Feign i wydał pod szyldem Frank Gratkowski Project Lotf Exil V (Leo Records, 2 CD, 2004).


Robertson i Nabatov – partnerzy idealni

Wróćmy do muzyki swobodnie improwizowanej (czy też marginalnie komponowanej). Czas najwyższy na wskazanie w naszej dzisiejszej Gratkowski Story dwóch jakże istotnych partnerów/ przyjaciół niemieckiego saksofonisty i klarnecisty.



Pierwszym niech będzie, przed momentem wywołany do tablicy, amerykański trębacz i kornecista Herb Robertson, drugim zaś Amerykanin rosyjskiego pochodzenia, pianista Simon Nabatov. Całą trójką spotkali się bodaj tylko raz. Znów w kolońskim Lofcie, na początku roku 2006 zagrali całkowicie improwizowany (lub skomponowany przez wszystkich uczestników koncertu – dla mnie synonim) koncert. Dodajmy, iż grupa przyjęła format kwartetu, a tym czwartym został … Dieter Manderscheid. Na krążku Leo Records rzecz ukazała się pod wiele mówiącym tytułem Celebrations (2007). Prawdziwa celebracja muzyki swobodnie improwizowanej, muzyki w oczywisty sposób spontanicznej i niewymownie pięknej. Sonorystyka najwyższego lotu, wsparta nieograniczoną wyobraźnią i przekraczającym wszelkie granice przyzwoitości poziomem empatii każdego z muzyków. I te wspaniałe ryby na okładce !?

Z Robertsonem Frank spotyka się także w ramach formacji Space Cadets. To trio, funkcjonujące jako zespól Herba, także dryfuje na wielkim polu free improvisation. Trzecim w tej układance jest francuski saksofonista Julien Pettit. Panowie mają w dorobku wyśmienity krążek Sketches From The Other Side (Ruby Flower Records, 2006), na którym część materiału została przez Herba rozpisana na role, stanowiące wszakże jedynie pretekst do wolnych improwizacji, tak w wymiarze solowym, jak i trzyosobowym. Formację tę ma w swoim portfolio także rodzime Not Two Records. Myślę o koncercie z Alchemii, gdy do pełzającego tworu free improv doklejono, nieco wbrew naturze, jazzowe nogi…. w osobach Bartka i Marcina Olesiów. Efekt końcowy nie zawsze zabija (Herb Robertson Trio + Barłomiej Brat Oleś & Marcin Oleś Live At Alchemia, 2007), ale to właśnie przy tamtej okazji po raz pierwszy zachwyciłem się solowym popisem na alcie niejakiego Franka Gratkowskiego – czyli per saldo, jednak było warto!




Na koniec tego wątku sięgnijmy po nagranie kwartetu Simona Nabatova Nature Morte (Leo Records, 2001). Oczywiście wśród muzyków Frank Gratkowski, także puzonista Nils Wogram, no i przede wszystkim wyjątkowy, improwizujący wokalista Phil Minton. Płyta jest ekscytująca, przeplata wyjątkowo kąśliwe popisy free improv z muzyką komponowaną, graną ze swadą i dużym polotem, a także wyśpiewywaną subtelnym, czystym tenorem(?) Mintona. Kolejna perła w dorobku Gratkowskiego, no i bez dwóch zdań Nabatova.


I dalej na swobodnie, czyli grupy z nazwą

Sięgnijmy po krążek In Just formacji pod ciekawą, geograficzną jak się okazuje, nazwą DUH (Red Toucan, 2011). Gratkowski i jego rodak Martin Blume (perkusja i perkusjonalia) zwierają braterskie szyki z parą Węgrów – wiolonczelistą Albertem Markosem i skrzypkiem Szilardem Mezeiem. A kwartet zwie się Deutchland Und Hungary! Bardzo uwolniona improwizacja, prowadzona na ogół w spokojnych tempach, pięknie żeniąca drapieżność dęciaka i perkusji z aksamitną zwiewnością dwóch konkretnych instrumentów strunowych.




Nie mniej frapująca zdaje się być płyta formacji Shift, która łączy akustyczne wyczyny kwartetu o bardzo jazzowych parametrach (dęciak, piano, bas, perkusja) z analogową elektroniką, niestroniącą także od drobnych preparacji ad hoc (opis płyty nie zawiera stosownych danych, wszakże słyszą je moje uszy). Na krążek Song From Aipotu (Leo Records, 2011) zapracowali bardzo kolektywnymi i dalece swobodnymi improwizacjami, bez zbędnych, jazzowych grepsów – poza Gratkowskim – także Martin Blume (jak wyżej), Dieter Manderscheid (oczywiście kontrabas), Philip Zoubek (piano) i odpowiedzialny za te trzy grosze elektronicznego fermentu Thomas Lehn. Przewaga liczebna po stronie akustyki, ale intencje i chęci wszystkich sprawiają, że całość brzmi nad wyraz elektroakustycznie i przeto nie może nam się nie podobać. Doskonała płyta!

Nie sposób nie wspomnieć o jedynej polskiej płycie Franka, mianowicie krążku Kanata, trzyosobowego składu, ukrywającego się pod szyldem Oirtrio (Not Two Records, 2012). Saksofoniście towarzyszą tu Sebastian Gramss na kontrabasie i Tatsuya Nakatani (perkusjonalia). Płyta oczywiście cieszy każdego wielbiciela talentu Gratkowskiego, jakkolwiek w trakcie odsłuchu uszu nie zalewa nam potok euforii. Być może wynika to z faktu, iż Frank, muzyk introwertyk, w mojej ocenie, nie do końca łapie chemię z ekstrawertycznymi i ekspresyjnymi perkusistami. Do podobnych wniosków można dojść odsłuchując duet Gratkowskiego z Hamidem Drakiem, wydany bez tytułu przez Valid Records (2010).


A co tam jeszcze na półce …

Wróćmy na sam koniec do współpracy Gratkowskiego z Thomasem Lehnem.
Ponad dekadę temu Panowie zmierzyli swe siły (przy współudziale tubisty Melvyna Poore’a) w okolicznościach koncertowych (na pewno zaskoczy nas informacja, iż miało to miejsce w … kolońskim Lofcie) i z incydentu tego powstał zgrabny krążek Triskaidekaphonia (Leo Records, 2006). Muzyka tam zawarta – podobnie jak jej tytuł – jest dość trudna w odbiorze, a zdominowana została przez gęstą elektronikę Lehna. Podobna estetycznie jest także inna próba swobodnego improwizowania w oparach dźwięków syntetycznych, w trakcie której akustyczne dywagacje Gratkowskiego i Nabatova (także preparacje) wpadają wprost do komputera Marcusa Schmicklera, a efekt trafiający do naszych uszu nie koniecznie łagodzi obyczaje. Całość dostępna jest na płycie Deployment (Leo Records, 2010).

Pisząc o wyczynach improwizatorskich Franka nie możemy pominąć jego twórczego udziału w dwóch bardzo ciekawych krążkach kwartetu puzonisty Carla Ludwiga Hubscha, pod równie ciekawą nazwą Primordial Soup. Pierwsza z nich nosi właśnie ten tytuł (Red Toucan, 2007), druga zaś ukazała się światu jako Souped-Up (Jazzwerkstatt, 2011). W kwartecie swoje istotne trzy po trzy wnoszą także Axel Doerner (trąbka) i Michael Griener (perkusja). Improwizacje ostro haczą o współczesną kameralistykę, ale przeto mają duży walor oryginalności. Polecam bez jakichkolwiek uprzedzeń.

A jak już po tej wyczerpującej lekturze dokonań Gratkowskiego ruszycie na wielkie zakupy, pamiętajcie, że nasz bohater czyni też od czasu do czasu próby solowego traktowania saksofonu altowego. A że efekty są bardziej niż ciekawe, przekonanie się sięgając choćby po Artikulationen I i II (2nd Floor Edition, 1991/ 2000).


poniedziałek, 14 marca 2016

John Butcher – siedemnaście mgnień (nadchodzącej) wiosny, czyli przegląd płyt wg klucza osobistego


Prezentując na Trybunie kolejne opowieści o wyjątkowych muzykach sceny free improvisation, dobieram do nich pozycje wydawnicze kierując się na ogół jakimś kluczem, związanym bezpośrednio z samym artystą (roczne, czy dekadowe podsumowanie, płyty znaczące w dorobku etc…).

Dziś – przedstawiając siedemnaście pozycji z bogatego dorobku jednego z moich absolutnych faworytów, angielskiego saksofonisty Johna Butchera – jedynym kryterium wyboru akurat tych płyt jest fakt, iż… kupiłem je w okresie ostatnich trzech miesięcy, a nie wspomniałem o nich dotąd słowem na tych łamach. Są świeże i pachnące na mojej półce, a ja wciąż nie mogę się nimi w pełni nacieszyć (z braku czasu, głównie).


Klasyczne męskie trójkąty

Butcher/ Müller/ van der Schyff  ‎ Way Out Northwest  (Drip Audio, 2008); Way Out Northwest  ‎The White Spot  (Relative Pitch Records, 2012) – nieczęsta okazja wsłuchiwania się w saksofonowe pasaże Butchera w towarzystwie dorodnej, jazzowej sekcji, tu akurat w wersji kanadyjskiej (aczkolwiek jeśli ktoś nazywa się Müller, to niechybnie musi być Niemcem, jednak tu: rezydującym w kraju klonowego liścia; zetknęliśmy się z nim ostatnio w epizodzie o Günterze Christmannie). To właśnie on jest tu poniekąd postacią centralną. Świetnie brzmi i niejednokrotnie wiedzie prym w improwizacyjnych zabawach trojga przyjaciół. Dodam, że drugie ujawnienie tego tria ukazało się już pod tytułem wykonawczym Way Out Northwest, co sugerować może artystyczny ciąg dalszy. Nie mamy nic naprzeciw. Rasowe granie!




John Butcher/ Guillaume Viltard/ Eddie Prévost  ‎Meetings With Remarkable Saxophonists - Volume 2 (Matchless Recordings, 2012) – kolejne, ewidentnie jazzowe trio, w ramach cyklu wydawniczego Spotkania ze znaczącymi saksofonistami, realizowanego przez wyśmienitego perkusistę Eddiego Prevosta. W tle miarowy walking kontrabasisty (po prawdzie niczym nas nie zaskakuje; należałoby dodać „niestety”), a na przedzie bardzo stonowane dialogi z lekka wyciszonego Butchera i „robiącego swoje” Prevosta. Nie jest to pozycja, o której będziemy opowiadać naszym wnukom, ale słucha się tego z dużą przyjemnością.




Układ z pałkami

John Butcher/ Mark Sanders ‎Daylight (Emanem, 2012) – konkretny dialog pewnego siebie saksofonisty z bardzo precyzyjnym dramerem. Dwie okazje koncertowe sklejone przez Martina Davidsona na jednym dysku. Ta pierwsza momentami dyskretnie dynamiczna, druga dużymi fragmentami uciekająca w klimaty sonorystyczne. Miód, malina.


Figury z pianistami

John Butcher/ Christoph Irmer/ Agustí Fernández  Clearings (ART.CappuccinoNet, 2004) – bodaj jedyne, jak dotąd, spotkanie Johna z Agusti Fernendezem. Po odsłuchu nie mogę zrozumieć, dlaczego jedyne. Rozumieją się bez słów, a pośród nich delikatnie pląsają skrzypce (bez amplifikacji) niemieckiego chowu, dzierżone w dłoniach przez niejakiego Christopha Irmera. To on zdaje się być inicjatorem tego wyjątkowego spotkania, także rejestracji i wydania koncertu. Nic więcej nie wiem o Irmerze, ale ten jeden incydent free improv będzie mu zapamiętany po wszeczasy.



John Butcher/ Georg Graewe  Light's View  (Nuscope Recordings , 1999) – spotkanie z pianistą, który jak wielu w tym fachu miewa natręctwa, niedopuszczające czasami grających z nim muzyków do głosu. Tu jednak, o dziwo, panuje absolutne partnerstwo, co więcej w piętnastu drobnych miniaturkach free improv odnajdziemy momenty, gdy to Butcher zagadał pianistę. Jedna z nielicznych płyt niemieckiego pianisty, która naprawdę mi się podoba. Butcher – dosadny w muzycznych paralelach, bywa nawet głośny. Niespodzianka!



John Butcher/ Thomas Lehn/ John Tilbury  ‎Exta  (Fataka, 2013) – wszyscy, którzy znają minimalistyczną pianistykę Johna Tilbury’ego, wiedzą, że nie ma saksofonisty, któryby przy nim nadmiernie sobie pohasał, innymi słowy, wydobył z siebie więcej niż jedną oktawę na godzinę lekcyjną. To akurat naszemu bohaterowi w ogóle nie przeszkadza. Ale a propos przeszkadzania – tu mamy trio, zatem w dobrze koegzystujący duet Butcher-Tilbury (grali razem choćby na dwóch płytach AMM), wdziera się Thomas Lehn i jego dość jednak uciążliwa analogowa elektronika. Wychodzi z tego ponad godzinnego spotkania dokumentacja fonograficzna, którą nie wiem do końca gdzie upchnąć (i nie chodzi mi wcale o miejsce na półce), ani z czym pożenić. W sumie bez emocji.


Swarne skrzypeczki

John Butcher/ Phil Durrant/ Peggy Lee Intentions  (Nuscope Recordings, 2001) – urocze trzyosobowe spotkanie przy świecach. Saksofony mistrza (jak zwykle tenor i sopran) w towarzystwie całkowicie akustycznych skrzypiec i wiolonczeli. Brzmi nieziemsko (świetna produkcja kanadyjska, mastering amerykański). Dziesięć nieśpiesznych improwizacji trwających niespełna godzinę zegarową. Butcher z Durrantem wydali mnóstwo płyt (pamiętacie trio z Johnem Russellem?), ale tak smakowitej, jak w towarzystwie tej drobnej, skośnookiej wiolonczelistki z Ontario, chyba nie znajdziemy. Czym prędzej przystawić do ucha i pozostać w tej pozycji, zwłaszcza po zachodzie słońca!




John Butcher/ Phil Durrant  Secret Measures (Wobbly Rail , 1998) – jako przeciwwaga dla wyżej omówionej płyty, tak by nam za słodko nie było, przywołajmy o kilka lat starszy duet Butcher-Durrant. Saksofony niby te same, ale już jurne skrzypeczki zamieniają się w ścianę elektronicznego dźwięku i robi się bardzo konkretnie, cokolwiek zadziornie. To być może jedna z trudniejszych w odbiorze (akustycznym!) płyt Butchera. Ale wytrwali dadzą radę! Próbujmy do skutku.


Powierzchnie trące

Derek Bailey/ John Butcher/ Gino Robair Scrutables (Weight Of Wax , 2011) – nie pierwsze już spotkanie Butchera z Derekiem Baileyem, ale znów godne najwyższych zachwytów! W roli wspomagającej, ale jakże konkretnie, wyjątkowy perkusjonalista Gino Robair, który nie zwykł określać instrumentu, na którym gra, tradycyjnym percussion, ale często zwie to np. energised surfaces i po prawdzie tak właśnie jest. Bębny oplecione stertą kabli potrafią brzmieć diabelsko (energetyzujące powierzchnie trące w ataku!). Rejestracja studyjna z roku 2000. Przywołanie daty jest tu dość istotne,  gdyż w mojej ocenie nie wszystkie produkcje Baileya z ostatnich lat życia były szczególnie udane (choroba, która zakończyła jego żywot w 2005r. uniemożliwiała mu z czasem prawidłową grę na gitarze). Tu jest absolutnie inaczej – doskonałe nagranie, niebywała energia i emocje, będące udziałem wszystkich muzyków.




The Apophonics On Air (Weight Of Wax, 2013) – znów Butcher w konstruktywnym zderzeniu z amplifikowanymi powierzchniami Robaira, tym razem z udziałem wyśmienitego kontrabasisty Johna Edwardsa. Okoliczność studyjna z 2012. Nie sposób nie wrzucić tego nagrania do przegródki z wyjątkowo wartościowymi incydentami artystycznymi w życiu całej trójki. I tak też czynimy.



John Butcher/ Gino Robair New Oakland Burr (Rastascan, 2004);  Apophenia (Rastascan, 2011)  – pozostajemy co prawda w klimatach dwóch poprzednich płyt, wszakże tu napotykamy jedynie surowy duet, bez kolegów, ani koleżanek. W zamian za to saksofony Butchera, a raczej dźwięk z nich wydobywany, zostaje zmyślnie preparowany. W pierwszym przypadku jest wzmocniony i modyfikowany na bieżąco, w trakcie rejestracji nagrania, w drugim - wspomagany całkowicie mechanicznie (with motors), dając dość niespodziewane efekty sonorystyczne. Najpierw 40 minut szaleństwa w kilkunastu krótkich odcinkach (uwaga: opis instrumentarium Robaira zajmuje dwie linie tekstu: patrz wyżej), potem mniej niż pół godziny w czterech interwałach. Co za konkret!


Śpiewająco

Phil Minton Quartet  ‎Mouthfull Of Ecstasy (Les Disques Victo, 1996) – po ekscytujących przygodach z gramaturą szorstkich dźwięków, czas na ocean łagodności. Wkroczmy do krainy pląsów słownych. Oto literatura w służbie improwizacji. Doskonały kwartet (obok wokalisty – John Butcher, Roger Turner i Weryan Weston) czyta dosłownie i w przenośni powieść Jamesa Joyesa. Najczęściej Minton recytuje lub nawet śpiewa, a trójka instrumentalistów kapitalnie komentuje (soczyste free improv! – gdyby ktoś miał wątpliwości). Są też fragmenty ostrych gardłowych pyskówek Phila, a wtedy robi się naprawdę gorąco. A gdzie ta łagodność? Żartowałem. Szkoda jedynie, że osobiste ograniczenia w percepcji języka angielskiego nie pozwalają mi eksplorować Ust Pełnych Ekstazy także w ujęciu literackim. Wielka płyta!




Phil Minton/ John Butcher/ Erhard Hirt Two Concerts (FMP, 1996) – znów spotkanie z głosem Mintona, tym razem już wyłącznie w wymiarze dźwięków „nieartykułowanych”. Głos Mintona niejednokrotnie szczytuje, Butcher spokojnie dopowiada swoje kwestie na saksofonie, tylko gitarzysta (Hirt) nie do końca zna rolę. W sumie byłby z tego doskonały duet.



Vanessa Mackness/ John Butcher Respiritus (Incus Records, 1995) – niewiele wiem, po prawdzie, o Vanessie, poza tym, że przypomina mi z twarzy którąś ze znanych brytyjskich aktorek (może imienniczka Redgrave?), ale głos ma za to fantastyczny, zarówno wtedy, gdy zdziera tynk ze ściany swym gardłowym jodłowaniem, jak i wówczas, gdy w wysokich rejestrach szuka pracy w lokalnym klubie operowym. Butcherowi w to graj! Smakołyk!



Incydent niesklasyfikowany

John Butcher/ Andy Moor Experiments With A Leaf (Unsounds, 2015) – całkiem zaskakujące spotkania Johna z improwizującym punkowym gitarzystą z kultowego w niektórych kręgach holenderskiego The Ex (choć sam jest Szkotem). Całość ładnie wydana, trwa 30 minut i niech tak zostanie.