Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Massaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Massaria. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2024

The May’ Round-up: Massaria! Builder! Canaries On The Pole! Slight Deform! Bertheau! Surreal Voyagers! Larrard & Bec! Yaremchuk & Bursov!


Zbiorówka świeżych recenzji równie świeżych albumów z muzyką improwizowaną gotowa do czytania!

Chciałoby się krzyknąć: nareszcie! Nasza ulubiona forma komunikacji z Czytelnikami jakoś w tym roku szwankuje. Jedna zbiorówka łączyła aż dwa miesiące, druga był krótka i wyłącznie skandynawska, a w kwietniu po prostu zabrakło dla niej miejsca! Ale teraz jest! Gorąca, fascynująca, nasycona mnóstwem intrygujących dźwięków!

Przed nami osiem albumów z Niemiec (aż trzy!), Danii, Katalonii, Polski, Francji i pewnego kraju, którego flagi nie wolno pokazywać. A w ujęciu gatunkowym - improwizowany fussion free jazz, kompozycja na depresyjne organy, saksofon altowy i trio smyczkowe, pokaźny pakiet swobodnych improwizacji, która lubią dźwięki preparowane, gęsta smuga dark ambientu, a na koniec dużo jazzu, zarówno skomponowanego, jak i swobodnie improwizowanego. Innym słowy – dla każdego coś miłego!

Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Massaria/ Kneer/ Hertenstein The Absence Of Zero (Setola di Maiale, CD 2023)

Berlinaudio, Berlin, listopad 2021: Andrea Massaria – gitara, efekty, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 45 minut.

Zaczynamy z wysokiego „C”! Oto wielowymiarowe, ponadgatunkowe trio, które łączy równie subtelną, jak i post-psychodeliczną gitarę, żyjącą wedle reguł godnych spuścizny Alana Holdswortha, kontrabas, który balansuje od poziomu masywnego groove po kompulsywny post-barok i perkusję, która smakuje zarówno free jazzem, jak i fussion rockiem. Swoboda dramaturgii, dynamika interakcji, zdrowe emocje soczystych improwizacji, to podstawowe atrybuty Nieobecności Zera.

Pierwsza opowieść doskonale wprowadza nas w klimat opowieści – minimalistyczna gitara na pogłosie, wszędobylski bas i gęsty ścieg perkusji kroją zgrabną, fussion jazzową narrację. Zaraz potem dostajemy się w wir preparowanych fonii, łamanych rytmów i nade wszystko mocy kontrabasowego smyczka, który zaczyna rządzić i dzielić na scenie. Każdy z artystów stawia tu indywidualny stempel jakości, choć konstytucją tria jest zdecydowanie praca kolektywna. Pick-up’owe szmery i błysk talerzy budują z kolei aurę otwarcia trzeciej improwizacji. Ambientowy strumień fonii zostaje tu zgrabnie skontrapunktowany smyczkową pulsacją. Opowieść kreuje urokliwy suspens i zostaje równie udanie podsumowana akcjami perkusisty. Na początku czwartej części każdy instrument staje się perkusjonalnym narzędziem zbrodni. Na etapie rozwinięcia gitara pulsuje, choć jest nad wyraz delikatna, czym buduje niebanalny dysonans w kontekście nerwowych akcji basu i perkusji. Ostatnia odsłona, to rodzaj albumowego résumé. Na starcie małe perkusjonalia i kontrabasowe pizzicato & arco formują się w duet. Gitarowe frazy, zanurzone w głębokim pogłosie, wydobywają się na powierzchnię dopiero po kilku minutach. Na etapie rozwinięcia kontrabasowy smyczek szyje już prawdziwe cuda emocjonalnego post-baroku, podpierając się dobrym drummingiem i zastygłą w didaskaliach gitarą.



 

Calum Builder Renewal Manifestation (Dacapo Records, CD/LP 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Calum Builder – saksofon altowy, kompozycja, Svend Hvidtfelt Nielsen – organy oraz CRUSH String Collective: Maria Jagd – skrzypce, Pauline Hogstrand – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela. Cztery utwory, 35 minut.

Builder, australijski rezydent Kopenhagi, to artysta o wielu twarzach, a każde jego wydawnictwo wnosi do tego wizerunku nowe wątki. Tym razem saksofonista konfrontuje masywnie brzmiące organy z triem smyczkowym, sobie pozostawiając rolę dętego komentatora wydarzeń na scenie. Efektem jest mroczna, dronowa improwizacja ścisłe … trzymająca się ram kompozytorskich zamysłów Caluma.

Pierwsze dwa utwory, to rozbudowane, kilkunastominutowe ekspozycje, dwa kolejne, to krótkie dopowiedzenia, rodzaj podsumowujących encore. Początek albumu wydaje się być dość spokojny, choć podszyty nerwowym szemraniem instrumentów. Organy dość szybko stawiają tu wielopłaszczyznowy dron, wokół którego snują się strunowe frazy i altowe westchnienia. Z czasem organy schodzą w niższe partie, dzięki czemu cała ekspozycja gęstnieje. Na kolejnym etapie organy zaczynają szukać rytmu, stają się lżejsze, dając asumpt do krótkich, niekiedy wręcz tanecznych zagrywek strings i saksofonu. Otwarcie drugiej opowieści, to już organowy nalot dywanowy. Pełne spektrum akcji pozostaje tu w jurysdykcji organisty. Ów ambient szaleńca sprawia, iż pozostałe instrumenty konają w alkowie. Gdy organy schodzą w niższe rejestry powstaje przestrzeń dla rozśpiewanych akcji strunowców i saksofonu. Za czasem ten ostatni zaczyna parskać, a te pierwsze nerwowo riffować. Pod koniec opowieść lepi się w efektowne crescendo, po czym zgrabnie dogorywa w chmurze nerwowych akcji zaczepnych wszystkich uczestników spektaklu. Trzecia opowieść zostaje oddana w ręce instrumentów strunowych, z kolei ostatnia zdaje się być post-melodyjną, niemal sakralną adoracją. Organy znów wiodą tu prym, strings pozostają na dalszym planie, a saksofon nuci strwożone frazy.



 

Canaries On The Pole It Isn't Really What It's Like (Acheulian Handaxe, CD 2023)

LOFT, Kolonia, wrzesień 2022: Georg Wissel – saksofon altowy, klarnet, Jacques Foschia – klarnet, klarnet basowy, shakuhachi, Mike Goyvaerts – instrumenty perkusyjne oraz Christoph Irmer – skrzypce. Cztery improwizacje, 55 minut.

Kanarki na biegunie, to dalece swobodna improwizacja na cztery akustyczne ośrodki dźwiękowe. Ta niemiecko-belgijska kooperacja ma już za sobą kilka odsłon. Jak zwykle nęci wielobarwnymi, niekiedy sprytnie preparowanymi frazami, cieszy poziomem wzajemnych interakcji, czasami wszakże dręczy brakiem umiaru w ferowaniu akustycznych podwojów. Z pewnością druga improwizacja mogłaby trwać kilka minut krócej.

Album wydaje się być najciekawszy w pierwszej i czwartej odsłonie. Improwizacja jest wtedy wielowątkowa, nie brakuje w niej dynamicznych, ekspresyjnych spiętrzeń, muzycy dobrze czują się także w mrocznych i spowolnionych momentach. Takie free chamber potrafi kąsać urodą, bywa efektownie wyrywne i gibkie, nie stroni też od sytuacji bardziej humorystycznych. Pod względem dramaturgicznym dużo jakości wnosi tu klarnet basowy, z kolei saksofon altowy chętnie staje się zaczynem drobnych pożarów, czy też wchodzi w dialog ze skrzypcami. W drugiej, zdecydowanie nazbyt rozbudowanej części, podobać się mogą fazy preparacji, tudzież budowanie improwizacji metodą call & responce. Ciekawa zdaje się być także melodyjna faza dalekowschodnich zaśpiewów, tak dętych, jak i skrzypcowych oraz finałowa kulminacja, oparta głównie na barkach klarnetu basowego. W trzeciej odsłonie muzycy prowadza ciche, wytłumione gry na małe pola, nie stronią od fraz preparowanych, a ekspresyjne wolty stanowią tu zjawiska incydentalne. Finałowa improwizacja rodzi się z dramaturgicznego zaniechania, lepiona jest niemal z pojedynczych fraz. Z czasem zyskuje pewną dynamikę i poziom interakcji znamionujący pracę mistrzów gatunku.



 

Slight Deform Still life #2 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

El Pumarejo, L'Hospitalet de Llobregat, listopad, 2023: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – piano elektryczne. Trzy improwizacje, 38 minut.

Kataloński duet powraca do nas regularnie. Still life #2, to wbrew nazwie ich trzecie ujawnienie wydawnicze. Dwa pierwsze bazowały, obok gitary elektrycznej, na brzmieniu fortepianu, tym razem Lai zasiadła za klawiaturą piana elektrycznego. Taka sytuacja zmieniła wiele w tembrze duetu, ale nie zmieniła rzeczy fundamentalnej – to doprawdy wciąż zjawiskowa struga dźwięków.

Pierwsze dwie improwizacje trwają tu przynajmniej po piętnaście minut, trzecia ledwie przekracza pięć. Początek zdaje się być specjalnością barcelońskiego zakładu – doskonale nam znana sekwencja fake sounds, czyli parada dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Clara brzmi tu dość syntetycznie, z kolei Ferran skupia się na budowaniu matowo brzmiącego ambientu. Z czasem piano nabiera posmaku post-hammondowskiego, gitara zaś plecie minimalistyczne flażolety, kolejną specjalność zakładu. Druga improwizacja w znaczącej części płynie w chmurze oniryzmu. Piano pulsuje basowo, gitara łapie dubową poświatę, przy czym oba instrumenty frazują wręcz imitacyjnie. Ów piękny moment nabiera dodatkowych barw, gdy narracja niespodziewanie eskaluje. Powrót do jaskini ciemności i mroku jest przez to jeszcze bardziej efektowny. Zakończenie tej odsłony albumu formuje się w płaskie drony, które niespodziewanie nabierają wysokości i melodii. Ostatnia część albumu wydaje się być najbardziej żywym, na poły dynamicznym epizodem. Piano pulsuje tu w niskich rejestrach, z kolei gitara szuka mocy w pogłosie, przy okazji łypiąc do nas niemal post-bluesowym okiem.

 


Bertheau/ Chmiel/ Monchocé Darkness Within (Scatter Archive, DL 2024)

Taborkirche, Kreuzberg, Berlin, listopad 2023: Romain C Bertheau - pipe organ, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé - flety, saksofon altowy. Jedna improwizacja, 33 minuty.

Z tym międzynarodowym triem zetknęliśmy się całkiem niedawno przy okazji kompaktowego dysku dostarczonego przez Antenna Non Grata. Dziś trio, stanowiące jakże kreatywne połączenie organów, wielobarwnego strumienia elektrokaustyki i instrumentów dętych, zabiera nas na niedługi spektakl do berlińskiego Kreuzbergu. To kolejna mroczna, niekiedy silnie dronowa ekspozycja, znów nasączona po brzegi jakością.

Nim muzycy wydadzą tu pierwszy dźwięk sycić możemy się ciszą oczekiwania, szmerami i oddechami publiczności. Na początek organy ledwie stemplują półdźwiękami martwą przestrzeń koncertu, w tle drżą obiekty, szumią dęte frazy głęboko zanurzone w pogłosie. Mroczne misterium wyczekiwania generuje napięcie godne deathmetalowej introdukcji. Gdy w końcu improwizacja uformuje się w linearny strumień narracji, nastrój staje się wręcz demoniczny. Organowy dron, rozhisteryzowane flety i perkusjonalne inkrustacje, skąpane w elektronicznej pożodze, systematycznie wznoszą się ku górze, po czym napotykają chmarę hałaśliwego ptactwa. Po wytłumieniu narracja osiąga stan nerwowej medytacji. Długiemu pasmu organowego smutku towarzyszą teraz głównie tajemnicze szmery i szelesty. W międzyczasie pada tu deszcz, biją dzwony kościelne, pracuje młot pneumatyczny. Z tego urokliwego chaosu formuje się jakże efektowne crescendo, nasycone dźwiękami niewiadomego pochodzenia. Całość osiąga punkt kulminacyjny w okolicach 30 minuty, po czym zapada w śmiertelny letarg zakończenia.



 

Surreal Voyagers Seeking Mother (Antenna Non Grata, CD 2024)

Musica Polonica Nova Festival 2022, Galeria Dźwięku, Wrocław: Aleksander Wnuk – instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Michał Lazar – gitara elektryczna, elektronika. Trzy utwory, 45 minut.

Czas na gęste, smoliste strumienie dark ambientu! Wydanie krajowe, bardziej niż udane, bystrze wpisujące się w sam rdzeń nurtu, który jednocześnie budzi grozę i koi zszargane nerwy.

Pierwszy utwór stanowi tu więcej niż połowę całej płyty i zdaje się być kluczowy nie tylko z tego punktu widzenia. Introdukcja płynie do nas z ciszy i jest dość delikatna, ale od pierwszej sekundy definitywnie mroczna, by nie rzec czarna w swojej ambientowości. Flow nabiera masy i bogatej faktury niemal w mgnieniu oka. W fazie rozwoju dzieje się tu naprawdę wiele, a niemal każda pętla przynosi nowe pasma smolistych dźwięków i kolejne pokłady demonicznego nastroju. Z czasem w potoku zdarzeń coraz wyraźniejsze są frazy gitarowe, jakby wytrącane z gęstego strumienia ambientu. W końcowej fazie utworu trudno nie dosłyszeć wyrazistych plam syntetyki i niemal dubowej poświaty klejącej się do gitary. Druga odsłona wita nas porcją wyżej posadowionego i czystszego w brzmieniu ambientu. W tumulcie zdarzeń zdaje się, że słyszymy coś na kształt sakralnych zaśpiewów. Nie brakuje też niskich, basowych pasm i metalicznego rezonansu. Narracja wszakże wydaje się tym razem być bardziej zbita, odrobinę matowa, a w swej fazie końcowej doposażona w odrobinę melodyki. Finałowa ekspozycja trwa siedem minut i płynie nade wszystko z gitarowego gryfu. Wysokie, czyste frazy lepią się tu do bardziej mrocznych, ale jakby szczyptę relaksacyjnych dźwięków. Ów nieco wampiryczny ambient z czasem staje w miejscu, a potem spokojnie zasypia.



 

François de Larrard & Mathieu Bec Poecordes/ Floating (Bandcamp’s self-released, DL 2024)

Brontosaure, Bron, Francja, styczeń: François de Larrard – fortepian oraz Mathieu Bec – perkusja. Piętnaście kompozycji, 67 minut.

Tym razem oddajemy się w szpony jazzu, niekiedy nawet main-streamowego, przynajmniej z punktu widzenia pianisty, który co do zasady nie opuszcza rejonów klawiatury. W tej odrobinę przewidywalnej i z pewnością zbyt długiej opowieści naszą uwagę nade wszystko przykuwa drummer, którego dobrze znamy z innych, definitywnie bardziej swobodnych wypowiedzi muzycznych.

Ponadgodzinna opowieść podzielona jest na piętnaście części. Początek wyznacza tu jazzowy marsz budowany minimalistyczną melodią i zdrową, drummerską synkopą szyjącą na poły taneczny rytm. W kolejnych równie zwartych i nieprzegadanych opowieściach wrażenia recenzenta falują niczym wzburzony ocean. Od post-romantycznych ballad, tudzież post-bluesowych interludiów i swingujących miniatur, które generują potrzebę ciągłego spoglądania na zegarek, po akcje bardziej urozmaicone, szyte mniej banalnymi środkami wyrazu. W ramach tych ostatnich z pewnością warto zwrócić uwagę na opowieść czwartą, z dobrze zbudowanym suspensem, pełną brzmieniowych niuansów i urokliwie kanciastych form. Podobnymi walorami charakteryzuje się dziewiąty utwór, gdy muzycy emanują dobrze rozumianą agresją i pracują na ciekawej, połamanej rytmice. Opowieść jedenasta bazuje na post-klasyce, która topi się w bardziej mrocznych, molowych klimatach. Muzycy szczególnie dobrze reagują na siebie w utworze trzynastym, z kolei w czternastym bazując na bystrym tempie szyją nam taneczną, efektownie rozhuśtaną ekspozycję.



 

Yuriy Yaremchuk & Ivan Bursov Six States Of Four Wooden (Extra Notes Records, CD 2024)

GITIS Recording Studio, listopad 2023: Yuriy Yaremchuk – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Ivan Bursov – saksofon tenorowy, klarnet. Sześć utworów, 70 minut.

Sześć stanów czterech drewniaków – jakże precyzyjny, zasadny tytuł albumu! Dwa saksofony i dwa klarnety w rękach dwóch muzyków pozostających w permanentnym, improwizowanym dialogu w estetyce swobodnego jazzu i niebanalnej kameralistyki. Na ogół w brzmieniach czystych, a jeśli już preparowanych, to czynionych z klasą i umiarem w zakresie stosowania tzw. technik rozszerzonych. W sumie album, że palce lizać, poza drobną uwagą krytyczną, jak zawsze rodzącą się w głowie recenzenta, gdy płyta jest zdecydowanie dłuższa niż nasze ulubione trzy kwadranse.

Pierwsza, kilkunastominutowa improwizacja mówi wszystko o zawartości albumu. To opowieść pełna swobodnego jazzu realizowanego w ciekawej dynamice, w momentach spowolnienia sięgająca po atrybuty kameralne. Techniczna sprawność wykonawcza, niekiedy hacząca o wirtuozerię, zaawansowany zmysł dramaturgiczny, ponadgatunkowa wyobraźnia, całkiem niewymuszona melodyjność i bardzo szeroka paleta barw, to podstawowe przywary muzyków i ich instrumentarium. Artyści mogą tu pozwolić sobie niemal na wszystko, ale zupełnie naturalna w ich wypadku samodyscyplina zdaje się budować dodatkową jakość. W drugiej opowieści odnajdujemy sporo mrocznych klimatów i momentów posadowionych blisko ciszy, w trzeciej z kolei na pierwszy plan sforują się niemal free jazzowe galopady. W kolejnych częściach napotykamy na błyskotliwe dialogi w formule call & responce, wyjątkowo zjawiskowe drony realizowane na nisko ugiętych kolanach (klarnet basowy i saksofon tenorowy!), zreasumowane melodyjną kołysanką, wreszcie w improwizacji końcowej soczyste garście kameralnych subtelności, niepozbawionych wszakże brawurowych zakrętów i fraz odrobinę bardziej zadziornych.

 

 

piątek, 3 września 2021

Reviriego! Faustino! Ward! Bagnasco! Massaria! Samolovov! The collection of solo improvisations as anti-pandemic weapon!


Solowe nagrania być może są najważniejszym wyróżnikiem czasów pandemii w obszarze szeroko rozumianej muzyki improwizowanej. Oczywiście tuż obok horrendalnej nadprodukcji muzyki, ale o tym zjawisku opowiadamy na tych łamach niemal codziennie.

Wielu muzyków w trakcie lockdownu, tudzież w okresach międzylokdałnowych, podjęło próby zmierzenia się z samotną, jakże wyczerpującą emocjonalnie improwizacją graną do lustra. W gronie muzyków, których lubimy lub o których często piszemy, próby te na ogół kończyły się powodzeniem, a niektóre przypadki pokazały nawet, iż potencjał kreatywności skończonej grupy improwizatorów jest dalece większy niż dotychczas podejrzewaliśmy. Oczywiście znamy też przykłady negatywne, ale te dostrzegamy na ogół w muzyce bliższej jazzowi, tudzież łagodnemu free jazzowi. Innym słowy – w najlepszej kategorii świata, czyli muzyce swobodnie improwizowanej, tak zwanych wtop było relatywnie najmniej.

Zatem z pełnym spokojem zapraszamy na nie pierwszą na tych łamach kolekcję recenzji płyt z solowymi improwizacjami, czasami przyobleczonymi w ramy kompozycji, czy też koncepcji artystycznej. Sześć smakowitych płyt, oczywiście bardzo różnych, choć w sumie bardzo sobie bliskich – dwa kontrabasy, trzy gitary elektryczne, a na koniec perkusja, ale wystawiona na szwank szalejących, prawie syberyjskich żywiołów natury.

Zaczniemy na ostro, nie pierwszą jakże challangową ekspozycją Àlexa Reviriego. Muzyk ten zdaje się przeciągać granice możliwości tzw. rozszerzonych technik gry na kontrabasie daleko poza widnokrąg międzyplanetarny. W dalszej kolejności, definitywnie dla kontrastu, silnie stąpający po ziemi solowy występ Hernaniego Faustino, który skutecznie przywróci nas do świata żywych. Autorem kolejnej płyty będzie Alex Ward, który zrobi dla nas krótki przegląd podgatunków muzyki … rockowej, używając do tego gitary z prądem. Kolejni dwaj gitarzyści solowi, także elektryczni, to Luciano Bagnasco i Andrea Massaria. Oba albumy tak samo do siebie podobne, jak zupełnie od siebie różne. Ach, ta nasza kochana free improv! Na finał Konstantin Samolovov, który wystawi swe członki oraz pewne elementy zestawu perkusyjnego na działanie silnego wiatru. Gwarantujemy duże emocje i całą masę niesamowitych dźwięków.

 


Àlex Reviriego  Raben (Tripticks Tapes, Kaseta 2021)

Druga solowa płyta katalońskiego kontrabasisty nagrana została zimą 2019 roku w miejscu zwanym V20, zapewne w ślicznej Barcelonie. Muzyk wystawia nasze uszy na ujmująco trudne dźwięki preparowanego kontrabasu w dziewięciu odcinkach, które trwają mniej więcej 41 minut.

Reviriego nie idzie w swej artystycznej drodze na skróty i wielka mu za to chwała. Jego solowe eksploracje czasami rzeczywiście nadwyrężają nasze receptory słuchu, ale też nie sposób się od nich uwolnić. Dodatkowo poziom kreatywności muzyka sprawia, iż trwająca niemal trzy kwadranse kanonada zrównoważonego acoustic noise nie nudzi choćby przez ułamek sekundy. Bezwzględnie zatem warto Katalończykowi te kilka chwili wieczności poświecić z należytą uwagą.

Na początku muzyk prawdopodobnie pociera smyczkiem o pudło rezonansowe kontrabasu. Szuka rezonansu i pierwszego dźwięku. Zaraz potem buduje nisko zawieszony dron, który jednocześnie drży i pulsuje, po czym szuka meta hałasu i bez trudu go odnajduje. W kolejnej części mamy wrażenie, że pudło rezonansowe oddycha, a skrzypienie smyczka po czasie wydawać się zaczyna ptasim skowytem. W czwartej opowieści muzyk gra czystym, post-barokowym tembrem, ale jakby zmodyfikowanym genetycznie. Po paru chwilach bawi się w rytmiczne, całkiem dynamiczne szorowanie strun, a flow improwizacji zdaje się nabierać wymiaru niemal elektroakustycznego. Szczególnie piękny wydaje się odcinek szósty, gdy muzyk zapuszcza się w rejony dark ambientowej ekspozycji. Jego strunowiec brzmi tu niczym zdezelowana melodica. Po chwili rży jednak niczym głodny niedźwiedź. Siódma historia trwa niewiele ponad minutę i jest pasmem nieokreślonego z imienia skowytu strun. Część przedostatnia, to pracująca, ale zepsuta szlifierka. Bardzo brudny sound sięgający głębokiej piwnicy. Na finał Alex przywraca nas do świata żywych. Gra czystym tembrem post-barok z każdą sekundą coraz mocniej uginając kolana.

 


Hernâni Faustino  Twelve Bass Tunes (Phonogram Unit, CD 2021)

Zgodnie z wcześniejszym anonsem improwizowana podroż kolejnego kontrabasisty, Portugalczyka Hernaniego Faustino, definitywnie przywróci nas do świata właściwie słyszących! Bardziej tradycyjna w formie i treści, ale nawet o włos niemniej frapująca! Dwanaście improwizacji, trwających niespełna 40 minut, powstało w najsłynniejszym studiu nagraniowym Lizbony, Namouche, w styczniu ubiegłego roku.

Muzyk stosuje na swojej pierwszej solowej płycie (lepiej późno niż wcale!) wszelkie dostępne sposoby gry na dużym instrumencie strunowym, ale nie przesadza z nadmiernymi preparacjami i absolutnie nie ma zamiaru dokonywać jakiejkolwiek rewolucji w tym zakresie. Na ogół stosuje technikę pizzicato, którą incydentalnie łączy w jednej improwizacji z techniką arco (jak choćby w części dziewiątej). Grywa spokojnie, grywa też nerwowo, czasami delikatnie pląsa, z rzadka galopuje. Czuć w tej grze rasowego jazzowego kontrabasistę, ale chwilami muzyk skory jest także pokazać nam swój rockowy, w jego przypadku jakże korzenny, sznyt emocjonalny (choćby w utworze trzecim). A wszystkie dostępne metody gry stosuje w utworze otwarcia, który zdaje się być małym przeglądem jego artystycznego portfolio.

Definitywnie najciekawiej dzieje się w improwizacjach, w których muzyk pracuje wytrwale smyczkiem. W części czwartej jego smyczek zgrzyta zębami, pracuje w trybie minimalistycznym, ale nie unika też skowyczących, pięknych zaśpiewów – zmysłowy post-barok w postaci klinicznej! W części szóstej smyczek delikatnie frazuje i czeka na echo, które uroczo komentuje zagrane przez artystę dźwięki. Improwizacja pachnie średniowieczem, stylową muzyką dawną. W części siódmej smyczek skacze po strunach i buduje całkiem perkusjonalną ekspozycję. Wreszcie finałowa, dwunasta improwizacja – piękny deep bowed bass, którego dźwięk dociera do nas z głębokiej krypty. Ecstatic slow motion dance to the end!

 


Alex Ward  The Trade (Café Oto, DL 2021)

Pierwsze dwa miesiące covidowego lockdownu, to czas wykluwania się koncepcji tego albumu, zaś sam akt rejestracji nagrania miał miejsce 28 maja ubiegłego roku. Alex Ward, jeden z naszych brytyjskich faworytów, tym razem bez klarnetu, wyłącznie na gitarze elektrycznej, proponuje nam trzy improwizacje, które trwają łącznie 43 minuty.

Ward przystępuje do dzieła z dużą energią i mocą sił witalnych, jakże niecharakterystycznych dla epoki lockdownu. Szyje nam zgrabnym, gęstym ściegiem post-rockowe, improwizowane opowieści. Przez moment sprawia nawet wrażenie, jakby nakładał na siebie ścieżkę gitary i basówki. Rysuje zadziorne frazy, stosuje dramaturgiczne przełomy i łamańce godne najlepszych wzorów amerykańskich bandów hc-punk z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Zmiana goni tu zmianę - tempa od umiarkowanych do niemal speed metalowych. Muzyk proponuje nam coś na kształt przeglądu rockowych gatunków, jakby pisał elementarz zagrywek dla adeptów sztuki gitarowej. Wszystko oczywiście czyni z mistrzowską klasą i techniką użytkową godną pozazdroszczenia przez wielu improwizujących gitarzystów. W połowie pierwszej improwizacji delikatnie zwalnia tempo, szuka psychodelii, dokleja nawet frazy pozbawione prądu. Raz za razem sprawia wrażenie, jakby przypominał sobie nowe wątki ze swojego bogatego dzieciństwa rockowego. Na finał tej części wpada w rozmazany ambient.

Część druga, najdłuższa zdaje się przenosić nas do krainy zachowań bardziej minimalistycznych, ale szukających też niemal post-bluesowych korzeni. Dopiero w połowie ponad 20-minutowej improwizacji Ward powraca do rockowej dynamiki, sięga nawet po post-metalowe grepsy. Pod koniec zwalnia i na kilka chwil wpada w post-gitarowy, oniryczny flow pełen tajemniczych fraz. Część ostatnia, dla odmiany najkrótsza, stawia na brudniejsze brzmienie, ale znów szuka rockowych, niemal klasycznych punktów odniesienia. Opowieść ma balladowe inklinacje, ale w jej środku tli się nerw niepokoju. Z czasem nabiera tempa, ale niespodziewanie rozpływa się w pogłosie. Na sam koniec mamy ochotę zapalić światełko lub uruchomić latarkę w telefonie, jak na prawdziwym rockowym koncercie gwiazd.

 


Luciano Bagnasco  Transitorio Permanente (Discordian Records, DL 2021)

Czas na kolejną improwizującą gitarę elektryczną! Tym razem spotkanie z Argentyńczykiem na ziemi hiszpańskiej (dokładnie w Badajoz, w kwietniu bieżącego roku). Luciano Bagnasco (to nasze pierwsze spotkanie!) i pięć swobodnych improwizacji (około 35 minut), które zdają się czerpać inspiracje z naprawdę wielu muzycznych gatunków, nie tylko z muzyki rockowej, jak to miało miejsce w przypadku wcześniej omawianego albumu.

Płyta bliżej nam nieznanego gitarzysty, nie dość, że przynosi całe mnóstwo intrygujących dźwięków, pomysłów narracyjnych i unaocznia niezliczone pokłady kreatywności artysty, to jest jeszcze nad wyraz ciekawie skonstruowana. Pierwsze cztery niezbyt rozbudowane improwizacje umiejętnie podprowadzają nas pod finałowy, trwający blisko kwadrans utwór, który zdaje się konsumować wszelkie komplementy, jakimi winniśmy obdarzyć tę skromną improwizację solową na gitarę elektryczną.

Pierwsze dźwięki sprawiają wrażenie, jakby muzyk znalazł się w głębokiej studni. Produkuje post-gitarowe preparacje, zniekształca dźwięki, jego instrument zgrzyta i piszczy, ale w tym tyglu ciekawostek artysta znajduje też miejsce dla podskórnego rytmu i szczypty melodii. W drugiej części wychodzi na powierzchnię i frazuje bardzo rockowo, ale brzmienie jego instrumentu wydaje się być bardzo syntetyczne. W kolejnej części wraca do owej studni, a wiele wygenerowanych tu dźwięków przypomina zmyślne nagrania terenowe. Są bogobojne lamenty, szczypta melancholii, a na koniec dynamiczne, gitarowe zapętlenia. W czwartej części muzyk bawi się dubową przestrzenią i wychodzi mu to doskonale - garść ambientu i cała plejada gitarowych przesterów. Wreszcie zapowiadany finał! Słyszymy dźwięki piana (?), zgrzyt metalowych przedmiotów. Muzyk preparuje struny, ale jakiego instrumentu? Oniryczny taniec po nieznanych terytoriach pięknieje z każdą sekundą tej improwizacji. Gitarowe przetworniki i cała masa tajemniczych czynności muzyka sprawiają, iż na koniec czujemy się jak na mrocznym koncercie post-techno, gdy bicie naszego serca zlewa się z uderzeniami maszyny. Muzyk nie stroni od hałaśliwych fraz, wciąż dodaje nowe elementy. Na końcu wpada w zmysłową repetycję i niebanalną sekwencję gitarowych spiętrzeń.

 


Andrea Massaria  New Needs Need New Techniques (Leo Records, CD 2021)

Kolejna gitarowa improwizacja solowa - znów dużo prądu pomiędzy strunami, wytrwała praca na gitarowych przetwornikach i całe garście inspiracji płynące z eksploracji malarstwa awangardowego (m.in. Jacksona Pollocka). W roli głównej Andrea Massaria, którego w drugiej improwizacji wspiera głosowo Francesco Forges, który wygłasza coś w rodzaju manifestu artystycznego. Ponieważ jego glos pętli się i multiplikuje, cały przekaz werbalny bierzemy w spory nawias autoironii. Włoski muzyk proponuje nam dziewięć improwizacji, które trwają łącznie 44 i pół minuty.

Pierwsza opowieść od samego początku wydaje się być dość gęsta, usiana dźwiękami incydentalnie hałaśliwymi, płynącymi wszakże jakby zza teatralnej kurtyny. Gitarowe przetworniki generują dużo tajemniczych fraz, a całość przypomina farbę, która leje się na płótna samego Pollocka. W drugiej części pojawia się wspomniany już głos, a gitara brzmi tym razem bardzo sucho, z czasem nabierając nieco ambientowej struktury. Zaraz potem instrument Włocha sięga po brzmienia syntezatorowe. Na tak zbudowanej bazie muzyk zaczyna frazować na jazzowo, trochę nieśmiało, ale stylowo. W czwartej improwizacji powraca nasz ulubiony Pollock, a muzyka znów skrzy się elektroakustycznymi drobiazgami, których zadaniem jest mącić nasz wewnętrzny spokój. Natomiast inkrustacje gitarowymi frazami w estetyce fussion jazzu niekoniecznie zdobią pozostałą część opowieści.

Kolejne dwie improwizacje zdecydowanie stawiamy po stronie plusów albumu.  Głosy z sampli i dużo niemal plądrofonicznych zjawisk, które z czasem nabierają dynamiki, nie stroniąc od dobrego hałasu gitarowego. Zaraz potem muzyk zaprasza nas do mrocznej krainy syntezatorów i szorstkiego ambientu. Dodaje do tego kilka fraz, które brzmią bardzo basowo. Siódma część zdaje się kontynuować te dobre praktyki, ale muzyk nadaje im nieco frywolności i taneczności, co wydaje się osłabiać mroczny efekt całości. W ósmej improwizacji pojawia się dubowe echo, obłoki ciszy i post-gitarowa syntetyka. Finałowa opowieść znów czerpie ze stylistyki ambientowej, dobrze czuje się w mrocznym klimacie, ale sięga też po rockowe i jazzowe grepsy, na moment pachnąc stylistyką Pata Metheny’ego. Szczęśliwie sam finał skrzy się bystrym, efektownie monotonnym dronem.

 


Konstantin Samolovov  Routes and Stops (self-bandcamp, DL/ CD 2021)

Ostatnią dziś solową ekspozycję nie powinniśmy zaliczać do muzyki swobodnie improwizowanej, jest bowiem definitywnie pewnym artystycznym konceptem. Rosyjski perkusista zaprasza nas na podróż po świecie, tworząc opowieść, którą śmiało moglibyśmy uznać na pewną metaforę rzeczywistości covidowego lockdownu. Nagrania powstały w latach 2017-2019 (a zatem przed zarazą!), w różnych miejscach, ze znaczącym wykorzystaniem dźwięków otoczenia, zarejestrowanych wewnątrz samochodu, w lesie, a także, zgodnie z opisem, na planecie Ziemia, w okolicznościach dalece miejskich. Dodajmy, iż dźwięki field recordings muzyk konfrontuje z brzmieniem zastawu perkusyjnego, smyczka, dźwięcznymi obiektami, a także odgłosami radia. Całość podzielona na trzy części trwa 43 i pół minuty.

Pierwsza opowieść trwa blisko 20 minut i tworzą ją dwa strumienie dźwiękowe – silnie wiejący wiatr (prawie wichura!) i dźwięki perkusji nagrane jakby w środku, w zamkniętym pomieszczeniu, w metaforycznie pojmowanej klatce. Z jednej strony żywy ambient hulającego wiatru, z drugiej elektroakustyka perkusji i obiektów zamknięta w głuchej przestrzeni. Same dźwięki preparowanej perkusji pojawiają się dopiero w drugiej połowie nagrania.

Druga, krótka opowieść, to w zasadzie zlepek kilkusekundowych sampli, alegoryzujących hałas życia miejskiego – maszyny budowalne, ludzkie rozmowy, beat techno etc. Z kolei ostatnia, znów długa część, to jakby repryza części pierwszej. Sam wiatr zdaje się wiać już dużo spokojniej, muzyk zaś konsekwentnie snuje swoją elektroakustyczną opowieść post-perkusyjną. Znów w drugiej połowie utworu narracja staje się bardziej interesująca, dzięki temu, iż muzyk przechodzi do fazy preparowania instrumentu i serwuje nam większą porcję żywych dźwięków. Cała płyta intrygująca pod względem koncepcyjnym, nieco wszakże monotonna, pozbawiana odpowiedniej dramaturgii pod względem czysto muzycznym.