Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Tilbury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Tilbury. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

AMM in Phlegm!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji europejskiej muzyki improwizowanej, zakończyła swój dumny żywot dokładnie cztery lata temu. Dziś trafia do nas jej kolejne wydawnictwo pośmiertne, które dokumentuje koncert, jaki odbył się na najważniejszym dla Brytanii festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield, lat temu jedenaście.

To był szczególny czas dla AMM, albowiem w ramach zakrojonych na szeroką skalę obchodów 50. rocznicy powstania grupy, po dziesięciu latach banicji do jej szeregów powrócił Keith Rowe. Grupa zagrała kilka koncertów w trio, a aż trzy z nich zostały upublicznione na specjalnym urodzinowym boxie. Czytelnicy tych łamów znają te fakty doskonale, także prawie całą historię grupy i wiele ich wiekopomnych albumów.

W albumowym credits Eddie Prevost snuje niekończące się dywagacje, dlaczego to akurat nagranie AMM nie zostało wydane wcześniej. Powodów w jego epistole wylistowano wiele, dwa wydają się najważniejsze. Po pierwsze w nagraniu słychać kaszel jednego z widzów, który towarzyszy niemal całemu koncertowi, a którego w procesie produkcji nie dało się usunąć ze ścieżki dźwiękowej (tytuł album Flegma, to chyba naturalna konserwacja tego faktu). Drugi istotny powód wyczytać należy raczej między wierszami, a jego celność zdaje się podzielać także redakcja. To po prostu nie był najlepszy koncert w dziejach tej niebywałej grupy. Być może niektóre wyimki tej tezy znajdziecie w poniższym zapisie przebiegu zdarzenia koncertowego.

  


Początek koncertu idealnie mieści się w idiomie improwizacji, jaką AMM tworzy od zarania dziejów. Szmery na bębnie, szeleszczące talerzy, pojedyncze uderzenia w klawiaturę, tu wyjątkowo delikatne i elektroakustyczny szum, jaki dociera ze strony elektroniki. Ów dead slow motion od niemal samego początku naznaczony jest tytułowym kaszlem. Muzycy pozornie nie reagują, z czasem jednak sycą opowieść drobnymi, ale dość głośnymi zdarzeniami fonicznymi, które niczym opiłki metalu krążą wokół maszyny szlifierskiej. Zdaje się, że pierwsza zdecydowana reakcja na zachowanie widza, to spora porcja hałasu, jaka dociera ze strony Rowe w okolicach 7 minuty. Chwilę potem scenę opanowuje konsensualna cisza.

Po tym incydencie narracja wchodzi w fazę delikatnej, niemal onirycznej kołysanki, której naczelnym dźwiękiem wydaje się rezonujący talerz Prévosta. Z boku szemrze elektronika, piano stawia regularne stemple obecności. Nim upływa kwadrans w potoku mikro rezonansów i nano sprzężeń pojawia się pierwsza porcja melodyjnych sampli, której przez lata stanowiły znak rozpoznawczy AMM-owskich medytacji w trio. Po ich wygaśnięciu koncert wchodzi w fazę dość intensywną, istotnie oddaloną od narracyjnej post-ciszy, jaka królował dotychczas. Piano koi emocje, talerze je podgrzewają, a radiowe fonie barwią flow czymś bardziej zaskakującym.

Po dwudziestej minucie opowieść na dłuższy czas przepoczwarza się w mroczną i bardzo cichą medytację. Bez dwóch zdań możemy te chwile uznać za najlepszy fragment koncertu. Senne, rozmarzone sample i równie abstrakcyjne plamy akustycznych dźwięków – classical AMM’ beauty!

Ów kosmos fonicznej doskonałości zostaje brutalnie przerwany bardzo głośnym wtrętem talerza, który budzi nas z głębokiego snu mniej więcej w trzydziestej piątej minucie. Potem artyści zaczynają dywagować nad kierunkiem dalszej drogi i zdaje się, że  nie do końca mają pomysł what next. Z jednej strony dość głośne, post-industrialne grzmoty, z drugiej mrok fortepianowej klawiatury i … kaszel, który powraca do gry z nowymi zasobami energii. W okolicach pięćdziesiątej minuty opowieść nieznacznie zmienia oblicze. Pojawiają się perkusjonalne zdobienia, nasila się szum elektroniki, wokół płyną filigranowe, post-melodyjne frazy piana. Po kilku minutach w tyglu dość spokojnych zdarzeń aktywuje się kilkuminutowa, nieprzerwana porcja sampli. Słyszymy melodie, wokal, rytm, a po kilku rozbudowanych sekwencjach narracyjnych mamy wrażenie, że Rowe zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć samplerski dozownik. Nawet przypomina mu o tym kaszlący widz. Szczęśliwie ostatnie pięć minut koncertu jest już w pełni opanowane przez muzyków. Odgłosy wyczekiwania, mikro akcje z każdej strony, wspólne oczekiwanie na finałową ciszę. Zgadniecie, do kogo należy ostatni strzęp fonii? Tak, flegma wygrywa.

 

AMM Phlegm (Matchless Recordings, CD 2026). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne, Keith Rowe – elektronika oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, 2015. Jedna improwizacja, 63 i pół minuty.



 

 

wtorek, 3 lutego 2026

AMM with Sachiko M are Testing!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej (wszyscy znamy nazwę tej drugiej!), od ponad trzech lat definitywnie jest już grupą w stanie spoczynku. Szczęśliwie jednak wciąż trafiają do nas nowe albumy z niepublikowaną dokumentacją fonograficzną wielkiej historii, jaką stworzyli Eddie Prévost, John Tilbury i Keith Rowe (wymieniając tylko te najważniejsze postaci).

Tym razem do naszych odtwarzaczy trafia nagranie sprzed ponad 20 lat, dokonane w formule formacja+, które dokumentuje dość nietypowe dla AMM spotkanie z dźwiękami syntetycznymi. W roli gościa japońska artystka Sachiko M pracująca na poręcznym zestawie kabli, które określone tu zostały mianem sinewaves, co w wolnym tłumaczeniu oznacza fale sinusoidalne.

W ujęciu historycznym moment, w którym odbył się pewien londyński koncert, to sytuacja dla AMM dość trudna. Po latach muzykowania w składzie trzyosobowym z zespołu odchodzi Keith Rowe i nie jest to pożegnanie na warunkach ugodowych, ale raczej efekt sporu artystycznego. Nie jesteśmy pewni, czy w grudniu 2004 roku AMM był jeszcze ansamblem trzyosobowym, czy już tylko duetem. Innymi słowy, nie wiemy i nie rozstrzyga tego rozbudowane albumowe credits, czy koncert Prevosta, Tilbury’ego i Sachiko M rzeczywiście odbył się z użyciem wiekopomnej nazwy AMM, czy jedynie pod szyldem ich nazwisk. Ów drobny dylemat z perspektywy ponad dwóch dekad, jakie minęły od powstania nagrania, nie ma oczywiście większego znaczenia. Taka sobie kronikarska ciekawostka. Dość zatem tych dywagacji, zajrzyjmy do środka albumu, który trwa godzinę zegarową i całe siedem minut.

  


Szmer miasta i syczenie sinewaves, to aura inicjacji. Wielkie oczekiwanie na pierwsze akustyczne dźwięki instrumentalne trwa kilka długich chwil. I oto są - błysk talerza i szum z klawiatury, jeszcze przed wydaniem pierwszej frazy przez pianistę. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszystko, co słyszymy, to jedynie odgłosy miasta. Wychodzenie z mroku ciszy i zaniechania zajmuje muzykom jeszcze kilkadziesiąt sekund, by nie rzec kilka minut. Całość migocze na bezgwiezdnym niebie, niczym elektrownia atomowa pozbawiona mocy.

Po upływie dziesięciu minut scenę zaczynają opanowywać frazy, które można nieśmiało uznać za zaczyn pewnej narracyjnej linearności. Rezonujące talerze śpiewają, z klawiatury sączy się sekwencja leniwych fraz, a na dalekim backgroundzie pojawiają się drobne, elektroniczne zgrzyty, niczym syntetyczny komentarz do sytuacji akustycznej. W tle nieustannie żyje miasto, słyszymy karetkę na sygnale. Tymczasem na scenie zaczynają panoszyć się nowe, tajemnicze dźwięki, przypominające szarpanie na struny, które prawdopodobnie są elementem bębna Prevosta. Po dwudziestej minucie akcje artystów zdają się niespodziewanie przybierać na intensywności. Głuche uderzenia, trzaski, szmery, piski i otarcia – minimalistyczny post-industrial w dobie ograniczenia dostaw energii. Japonka wciąż szumi, incydentalnie podsyłając elektroakustyczne komentarze. Z czasem opowieść staje się mroczną kołysanką, która szuka schronienia w ciszy. Jej linearność zdaje się zaskakiwać.

Po upływie trzeciej dziesiątki minut w rolę wodzireja wciela się Tilbury. Staje się bardziej aktywny, ale jego post-klasyczna melodyka ujmuje łagodnością i delikatnością. Prevost komentuje feerią talerzy i nagle trio osiąga lokalny szczyt intensywności. Akustyka goreje, grzmi, złorzeczy, a towarzyszy jej post-akustyczny szmer, który incydentalnie przypomina efekty działania live proccesingu. Słyszymy też dźwięki, które przypominają sample generowane przez nieobecnego Keitha Rowe. Upływ trzech kwadransów koncertu stawia muzyków na delikatnym rozdrożu. Z jednej strony szukają ciszy, z drugiej wyrywają się z zaskakującymi frazami, w czym szczególnie aktywny jest pianista. Pewna dramaturgiczna powtarzalność w opozycji do nadciągającej, mrocznej ciszy.

Ostatnie kilka minut, to powrót fraz strunowych, bicie dzwonów i subtelny hałas z talerzy. I kilka fraz zaskakująco basowych, być generowanych przez Prevosta, a może jednak przez Sachiko. Końcowe kilkadziesiąt sekund, to już definitywnie krok ku śmierci improwizacji. Pojedyncze frazy z klawiatury, szum sinewaves i rezonujące talerze w locie opadającym.

 

AMM with Sachiko M Testing (Matchless Recordings, CD 2025). Sachiko M – sinewaves, Eddie Prévost - tam tam, bęben strunowy i inne instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Londynie, grudzień 2004. Jedna improwizacja, 67 minut

 

 

wtorek, 7 stycznia 2025

AMM in AURA!


Fińskie Turku, Muzeum Sibeliusa. Potężny, betonowy budynek w kształcie prostokąta - cztery wejścia, nisko zawieszony sufit. Przy jednej ze ścian coś na kształt sceny, ale pozostającej na tej samej wysokości, na której znajdują się krzesełka dla publiczności. Post-industrialna zgrzebność, modernistyczna dosłowność. Na rzeczonej scenie czarny fortepian, perfekcyjnie nastrojony, obiekt definitywnie muzealny, którego nie wolno dotykać poza wyznaczoną do tego celu strefą klawiatury. Obok perkusjonalia - wielki talerz zawieszony na stojaku, bęben basowy i smyczki. W pewnym oddaleniu od sceny usytuowany jest klawesyn. On także zostanie w odpowiednim momencie wzruszony do wydawania dźwięków. Dla publiczności przygotowano sto pięćdziesiąt siedzisk. Zajętych jest ponad sto z nich. Bez zbędnych zapowiedzi na umownej scenie pojawiają się John Tilbury i Eddie Prévost. Jest dokładnie 8 października 2016 roku, godziny późno popołudniowe. Czas zacząć misterium AMM.



 

Pierwsze fonie dochodzą z głębokiej ciszy. To być może jedynie echo tajemniczego szelestu z oddali. Po niedługiej chwili pojawiają się ekspozycje dźwiękowe, prawdziwie filigranowe, niesione jeszcze delikatniejszym rezonansem. Skupienie muzyków wydaje się wręcz bolesne. Gdy nagle John uderza w czarny klawisz, mamy wrażenie, że to burza z piorunami. Pośród niezbyt rozbudowanego strumienia dźwiękowego dominuje wszakże programowa filigranowość - nawet wysokie piski Eddiego, będące wynikiem tarcia smyczkiem po krawędzi talerza, wydają się całkowicie bezbronne wobec upływu czasu i martwego echa. Poszczególne frazy rozchodzą się po podłodze niczym jadowite, ale leniwe węże. Reakcyjne echo nie jest długie, łamie się po niedługim czasie, w zetknięciu z murem albo bardziej subtelną gramaturą publiczności. Barwa dźwięku zdaje się często zmieniać, być może także dlatego, iż muzycy zmieniają pozycje, w których wydają dany dźwięk. Spektrum foniczne koncertu jest bardzo szerokie - być może liczba mikrofonów, którym zbierane są dźwięki jest tu dalece ponadnormatywna.

John wie, że nie może preparować instrumentu, gra zatem nieco inaczej. Choćby wtedy, gdy swobodnie nuci linearną meta melodię, nasączoną wytrawną post-klasyką. Eddie frazuje bardzo podobnie. W okolicach piętnastej minuty ich ekspozycja nabiera pewnej zaskakującej intensywności. Po kolejnych kilku minutach od strony fortepianu zaczynają docierać tajemnicze dźwięki, pojękiwania, które z pewnością nie pochodzą z klawiatury. A jednak jakiś rodzaj preparacji? Eddie tymczasem szuka niskich fraz, całe jego muzyczne akcesorium zaczyna drżeć. John również osadza swoje frazy tuż nad podłogą. Na tym etapie koncertu ekspozycje obu artystów brzmią często prawie identycznie. Gdy z flanki perkusjonalnej słyszymy dźwięk dzwonka, flanka fortepianowa dostarcza podobną fonię. Tymczasem na moment salę opanowuje talerzowa feeria. Narracja z każdą sekundą zdaje się jednak zbliżać do poziomu ciszy.

Dokładnie w połowie koncertu słyszymy kroki. Po chwili już wiemy, że John przeniósł się w inne miejsce i zaczyna wydobywać dźwięki z klawesynu. Są lekkie, melodyjne, zawieszone w próżni, jakby brały w nawias cały anturaż koncertu. Eddie najpierw milknie, potem cedzi strzępy rezonujących fonii, które dostają dodatkowego echa. Dźwięki z jego talerza niosą się coraz wyżej, zaczynają przypominać śpiew ptaków. Po kilku minutach John powraca do fortepianu i frazuje z nową energią, niemal unosi się w powietrzu. Po zdawkowej reakcji Eddiego opowieść niespodziewanie zamiera w absolutnej ciszy. Ta trwa do momentu, w którym John intensywnie uderza w klawiaturę. Reakcja Eddiego jest również dość energiczna. Piano grzmi, talerz rozpacza.

Po czterdziestej minucie narracja zaczyna formować się w coś bardziej zwartego, niemal linearnego. Z jednej strony klawiszowa repetycja, z drugiej na poły rytmiczne tarcia po glazurze bębna basowego. Muzycy szyją teraz opowieść, która z każdą sekundą staje się bardziej minimalistyczna, poszukująca klasycznie pojmowanej melodyki. Dźwięki znów stają się śpiewne i wznoszą coraz wyżej, ponownie niesione nade wszystko pianistycznymi powtórzeniami.

Ostatnie pięć minut koncertu, to systematycznie odchodzenie w cień. John prawie milczy, rezonujące frazy Eddiego stają się definitywnie filigranowe, aż po pojedyncze uderzenia, delikatne niczym sakralne wyniesienie. W końcu nastaje cisza. Trwa ponad minutę. Potem już tylko oklaski – te trwają niemal dwie minuty. Licznik odtwarzacza zatrzymuje się na wskazaniu 60:43.

 

AMM Aura (Matchless Recordings, CD 2024). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian, klawesyn. Nagrane w Turku, Finlandia, październik 2016. Jedna improwizacja, 60 minut i 43 sekundy.



wtorek, 12 listopada 2024

AMM! This history is still going on!


Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i piekle, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej, brytyjska AMM przeszła już do historii gatunku, grając swój ostatni koncert w lipcu 2022 roku, przy okazji obchodów 80.rocznicy urodzin jednego z jej założycieli, perkusjonalisty i perkusisty Eddiego Prevosta. Rzecz działa się oczywiście w londyńskiej Cafe Oto.

Trybuna Muzyki Spontanicznej donosiła zarówno o samym fakcie, jak i omawiała dokumentację fonograficzną wydarzenia, dostarczoną przez Matchless Recordings jesienią ubiegłego roku, a nazwaną dość konkretnie Last Call *). Dodajmy, iż stali Czytelnicy wiedzą doskonale, iż dumna historia formacji i jej bogata (choć wcale nie taka obszerna) dyskografia została na tych łamach omówiona w dwóch podstawowych częściach: nagrania tria z lat 1982-2004 **) oraz dokonania duetu z lat 2005-2015 ***). Także ujawnienia AMM w ostatniej dekadzie lat (tak w duecie, jak i w trio) zostały tu werbalnie ogarnięte ****). Najbardziej dociekliwi z pewnością pamiętają, iż na opisanie wciąż czeka pierwszy okres funkcjonowania formacji, przypadający na lata 1966-81.



 

Świat nie zna wszakże pojęcia pustki (przynajmniej w naszym rozumieniu czasoprzestrzeni), ostatnie tygodnie przyniosły bowiem nowy album AMM zatytułowany Aura, który dokumentuje koncert w fińskim Turku z października 2016 roku. Wnikliwi psychofani grupy zapewne pamiętają, iż kilka dni później duet Tilbury/ Prevost koncertował w trakcie warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Nim pochylimy nasze zmysły nad wyżej wskazanym albumem, dziś sięgamy po wydawnictwo sprzed … 25 lat, które nie zostało omówione w ramach epopei obejmującej lata 1982-2004, albowiem redakcja nie była wówczas w posiadaniu tego nagrania. Mamy na myśli winylowy krążek angielskiego labelu FatCat Records, który w serii splitowych albumów (odcinek #4) zaprezentował na jednym wydawnictwie fragment koncertu AMM z austriackiego Grazu (z 1998 roku) i kilkunastominutowy set innej legendy muzyki eksperymentalnej, japońskiego mistrza noise Akity Masami, którego świetnie znamy pod szyldem Merzbow. Co ciekawie, próba połączenia wody z ogniem nie okazała się wcale tak szalona, albowiem koncert AMM brzmi wyjątkowo brudno (zapewne zbierany jednym mikrofonem) i nasycony jest tak dużą porcją post-industrialnego hałasu, iż śmiało przywoływać może w pamięci nagrania grupy z pionierskich lat 60.ubiegłego stulecia, choćby podwójnego albumu The Crypt.



 

Pierwsza strona winyla Split Series #4, zawierająca nagranie AMM zwie się For Ute, trwa niespełna 21 minut i jest z całą pewnością tylko fragmentem koncertu, jaki Keith Rowe, Eddie Prevost i John Tilbury popełnili w Grazu w roku 1998. Po prawdzie składu formacji też się domyślamy, albowiem albumowe credits nie jest wyposażone w tak wrażliwe dane.

Na koncercie pojawiamy się najprawdopodobniej od samego jego początku. Słyszymy szmery i półdźwięki z radia, szeleszczą perkusjonalia, z gryfu gitary sączą się filigranowe zgrzyty, a piano zasyła pojedyncze uderzania w klawiaturę. Kolejne strzępy docierającej do nas fonii, to prawdopodobnie świst smyczka, także drobne melodie, które dostarcza radio lub wystudzone struny gitary. Tymczasem generowane przez perkusjonalia plamy rezonansu zaczynają wchodzić w interakcje ze strugą fonii, który płynie dołem i zdaje się posiadać pewne tajemnicze walory rytmiczne. Całość nabiera pewnej gęstości, a poziom intensywności dźwięków systematycznie narasta, choć sama opowieść jest leniwa i niemal stoi w miejscu. W tym tyglu zaniechania dość niespodziewanie pojawia się bardzo matowo brzmiący drumming, który szczelnie wypełnia tło improwizacji. Znów słyszymy ochłapy dźwięków, które niechybnie pochodzą z gitary traktowanej nieco bardziej konwencjonalnie. Po mniej więcej dziesięciu minutach muzycy popadają w stan letargu, a ich post-industrialne plamy zdają się odchodzić w narracyjny niebyt. W tych okoliczności dramatu na pierwszy plan sforuje się leniwy do tej pory pianista. Stygnąca fala fonii nie przestaje być jednak brudna, zakurzona i lepka. Tymczasem do akcji zaczynają coraz śmielej wkraczać sample z muzyką popularną, które jak zawsze w przypadku AMM biorą w nawias pewien patos ich wystudzonych opowieści. W ostatnich minutach tego, co dostajemy na płycie rośnie udział fraz akustycznych, nie do końca zanurzonych w elektroakustycznym szumie ze stołu gitarowego Rowe’a – słyszymy więcej akcji perkusjonalnych, śladów fortepianowych klawiszy i drobnych, gitarowych zagrywek. Nagranie z koncertu w Grazu urywa się nagle, pozostawiając nas wyłącznie ze szmerem dogorywającej, pierwszej strony czarnego krążka.

Strona oddana we władanie Japończyka trwa niewiele ponad 12 minut i jest typowym dla Merzbowa strumieniem białego, zgrzytliwego, post-elektronicznego szumu. Całość przypomina tajfun na otwartej pustyni – fala dźwięków, która zabija i z pewnością oczyszcza. Owa struga mocy zdaje się być jednorodna, ale w jej wnętrzu toczą się prawdziwe wojny światów. Akcja goni tu akcję, ale by to wszystko usłyszeć, trzeba dokładnie w ów hałas wsłuchać się. A to sprawa tylko pozornie prosta.

 

*) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/01/eddie-prevost-80th-amm-special-quartet.html

**) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/09/amm-amazing-mostly-magnificent-from.html

***) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/02/amm-dekada-dwuosobowa-tylko-do-uzytku.html

****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/amm-unintented-trio-legacy.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/07/amm-so-until-next-time.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/amm-in-museu-industrial-da-baia-do-tejo.html

 



piątek, 5 stycznia 2024

Eddie Prévost’ 80th: AMM & Special Quartet!


Eddie Prévost – najznamienitszy ze znamienitych perkusistów i perkusjonalistów muzyki improwizowanej - obchodził późną wiosną 2022 roku osiemdziesiąte urodziny. Z tej okazji nasza ulubiona rudera w Londynie, słynne Cafe Oto, zorganizowała w cztery kolejne soboty lipca urokliwe wieczorki taneczne wypełnione po brzegi swobodnymi improwizacjami, realizowanymi w różnych składach, niemal każdorazowo z udziałem wspaniałego jubilata.

Po roku z okładem trafia do nas pełna dokumentacja fonograficzna tych koncertów. Cztery płyty w poręcznym formacie CD (z ukochanym logo Matchless Recordings; można kupować pojedynczo lub jako box z rabatem) radują nasze serca niebywale, także dlatego, iż jeden z elementów zestawu dokumentuje … ostatni koncert legendarnej formacji AMM. O okolicznościach tego koncertu pisaliśmy na tych łamach niemal zaraz po wydarzeniu. Zatem przypomnijmy, iż planowany, ostatni koncert tria odbył się niestety w składzie dwuosobowym, gdyż najstarszy z grona, wówczas ponad 85-letni pianista nie mógł ze względów zdrowotnych dotrzeć tego dnia do Cafe Oto. Niejako w ramach rekompensaty, artysta dograł parę miesięcy później kilkunastominutowy set solowy, który na srebrnym krążku uzupełnił trwającą prawie godzinę improwizację Eddiego Prévosta i Keitha Rowe’a.

Zapraszamy na skupiony odczyt i odsłuch ostatniego koncertu AMM oraz pewnego równie smakowitego kwartetu. Pozostałe dwa albumy z urodzinowego boxu omówimy zdawkowo w dalszej części tekstu. Tamże wskażemy także dwa kolejne albumy wydane przez Matchless, które zdają się być udanym uzupełnieniem (a może rozwinięciem) nagrań z lipca 2022, a szczególnie koncertu kwartetowego.



 

Last Calls

Prévost i Rowe improwizowali w duecie z pewnością nie jeden raz, ale pod szyldem AMM świat zna tylko jedno takie nagranie. Ukazało się ono pod koniec … lat 70. ubiegłego stulecia pod zabawnym tytułem It Had Been An Ordinary Enough Day In Pueblo, Colorado. W ostatnią sobotę lipca 2022 nasi dzielni i jakże legendarni improwizatorzy zaczęli swój występ w typowy dla AMM sposób, a zatem w zupełnej i niezwykle skupionej ciszy. Sam przebieg wydarzeń był zaś taki, jak opisano poniżej.

Najpierw drobną symfonię rezonującego talerza prezentuje Eddie. Jego partner dołącza do gry po około 90 sekundach śląc pierwsze szelesty i subtelne, elektroakustyczne zgrzyty ze swojego pulpitu dowodzenia. Opowieść dość szybko wchodzi w fazę rozśpiewanych dronów, które zdają się być wyjątkowo zgodne w aspekcie brzmieniowym. W 5 minucie Rowe rozpoczyna spektakl sampli. Na początek proponuje szczyptę baroku, potem nawet czegoś na kształt muzyki dawnej. Narracja toczy się dość spokojnym strumieniem, z jednej strony wydaje się być niebywale minimalistyczna, zwłaszcza po stronie Rowe’a, z drugiej potrafi zassać drobne strzępy hałasu, frazy śmiało zasługujące na miano post-industrialnych, co jest na ogół efektem działań Prevosta. Od post-barokowych medytacji po gęstsze, bardziej intensywne interakcje. W okolicach 20 minuty wyraźnie słyszymy frazy fortepianu. Sprawcą zajścia nie jest z pewnością nieobecny tego dnia Tilbury, to najprawdopodobniej efekt użycia kolejnego sampla. Dodajmy, iż w dalszej części koncertu ów pianistyczny wtręt będzie pojawiał się dość często i definitywnie zdobił szlak improwizacji.

Pierwszy pianistyczny kontrapunkt zostaje urokliwie skomentowany rezonującym dronem z talerza, który zdaje się stać niemal w miejscu. Odpowiedzią Rowe’a drobna porcja post-gitarowych sprzężeń. Tymczasem w tle sączy się intrygujący ambient, raz po raz doprawiany kolejnymi, drobnymi, niekiedy dość zaskakującymi samplami. W okolicach 30 minuty artyści koncentrują się na ekspozycjach dronowych, nie brakuje szumów i szelestów, a nawet dźwięków dętych. Po kolejnych kilku minutach dostajemy się w chmurę fal radiowych, które komentowane są ostrymi, rezonującymi akcjami perkusjonalii. Jest i wysamplowany pomiot wprost z operowej sceny! Po 40 minucie muzycy wchodzą w strefę mroku. Dźwięki piana powracają jak mantra, talerze szeleszczą i drżą. Gdy drony Prevosta zdają się nabierać mocy, Rowe komentuje je hymnem post-klasyki. W okolicach 50 minuty narracja staje w miejscu i być może czeka już na niechybną śmierć. Rowe podsyła drobne incydenty elektroakustyczne, Prevost przystępuje zaś do fazy finalizacji, która staje się kolejnym pasmem błyszczących, niemal rozśpiewanych talerzy w stadium głębokiego rezonansu.

Pianistyczny bonus Tilbury’ego, tu nazwany po prostu Post-Script, toczy się w leniwej, minimalistycznej estetce typowej dla tego pianisty. Pojedyncze dźwięki klawiszy, fortepianowe młoteczki, cisza, drobne trzaski i szelesty będące zapewne efektem poruszania się samego muzyka. Wraz z upływem czasu kilkunastominutowej improwizacji można odnieść wrażenie, że muzyk rozrzedza strumień dźwięków, spowalnia go, wpada w zadumę i cieszy się coraz dłuższymi odcinkami ciszy.

AMM Last Calls (Matchless Recordings, CD 2023). Keith Rowe – gitara, elektronika (pierwszy trak), Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne (pierwszy) oraz John Tilbury (drugi). Cafe Oto, Londyn, 30 lipca 2022 (pierwszy) oraz nagranie domowe, Deal/ Kent (drugi), 18 stycznia 2023. Dwie improwizacje, 66 minut.



 

The Art Of Noticing

Dwie tygodnie wcześniej, w trzecią sobotę lipca 2022, na scenie Cafe Oto improwizował intrygujący kwartet w składzie: John Butcher na saksofonach, Marjolaine Charbin na fortepianie, Ute Kanngiesser na wiolonczeli oraz nasz zacny jubilat na instrumentach perkusyjnych. W składzie awizowana była także skrzypaczka Jennifer Allum, albowiem niniejszy koncert miał stanowić kontynuację pewnego nagrania kwintowego, uwiecznionego na płycie kilkadziesiąt miesięcy wcześniej. Skończyło się wszakże na kwartecie, który na długie minuty przyniósł nas do świata królewskiego minimalizmu AMM, na straży którego zdali się stać saksofonista i perkusjonalista, z kolei pianistka i wiolonczelistka czyniły wiele, by pryncypia legendy gatunku były w urokliwy sposób kwestionowane, trochę w poprzek oczekiwaniom tłumu zgromadzonego w londyńskim klubie.

Początek koncertu toczy się definitywnie pod dyktando wspominanych wyżej oczekiwań – drony saksofonu i smyczka, rezonujący talerz i minimalistyczne frazy piana. Po kilku minutach następuje jakby delikatne rozedrganie faktury narracji. Pianistka rozsiewa zalążki rytmu, wiolonczelistka repetuje na poły dynamiczną frazę. Improwizacja urokliwe chybocze się na delikatnym wietrze i wielokrotnie przebiera formę zmyślnych interakcji w podgrupach, najczęściej duetach. Najpierw piano ostrzy sobie klawisze na krawędzi talerza, potem saksofon (w tym secie tenorowy) preparuje, mając wsparcie w postaci pizzicato wiolonczeli. Powrót do kwartetu, to plejady szumów, szmerów i tajemniczych post-dźwięków. Kolejne duo, to połączone siły cello i talerza, zadania którego po niedługim czasie przejmuje inside piano. Ocean subtelności płynie coraz szerszym strumieniem, w którym jest także miejsce na incydent duetowy saksofonu i perkusjonalii, uformowany w gęsty dron. Sam finał pierwszego seta zostaje zaś oddany w ręce pianistki i wiolonczelistki.

Drugi set trwa kilka minut dłużej i zdaje się obfitować w większą liczbę ekspresyjnych wydarzeń. Wygląda na to, że duch AMM na wiele minut udaje się do garderoby, by nie zakłócać interakcji realizowanych tu bardzo często w pełnym kwartecie. Początek jest dość mroczny, upstrzony dużą liczbą fraz preparowanych, z drobną kulminacją, podczas której wszystkie instrumenty wydają się śpiewać jednym głosem. Emocje płyną z samego dna saksofonu sopranowego, z gibkiej klawiatury piana, z repetujących strun cello i niemilknącej symfonii wielkiego talerza. Bywa, że kwartetowa ekspozycja nabiera tu nawet free jazzowych rumieńców. Ekscesy duetowe stanowią teraz rzadkość, ale ich uroda nie słabnie – choćby w momencie, gdy rezonujące talerze czynią wiele, by temperować ekspresyjne akcje pianistki. Pod koniec pierwszego kwadransa narracja tonie w ciszy, którą współtworzą szelesty, szumy, być może także świst wachlującego powietrze smyczka. Zdaje się, że duch AMM wrócił już z garderoby i na powrót zarządza sytuacją sceniczną. Jeszcze tylko drobne, dronowe wzniesienie i narracja na długie minuty zostaje oddana w ramiona dygoczącego minimalizmu. Incydenty nasączone większą nerwowością pojawiają się już teraz jakby przez przypadek. Opowieść toczy się dość leniwie, a na horyzoncie zdają się być widoczne napisy końcowe. Finalizacja seta znów staje się udziałem duetu – tym razem pianistki i zacnego jubilata.

John Butcher, Marjolaine Charbin, Ute Kanngiesser, Eddie Prévost The Art Of Noticing (Matchless Recordings, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Marjolaine Charbin – fortepian, Ute Kanngiesser – wiolonczela, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Cafe Oto, Londyn, 16 lipca 2022. Dwie improwizacje, 62 minuty.

 

*****

       

Urodzinowe koncerty zainaugurowane zostały w drugą sobotę lipca 2022, gdy scenę Cafe Oto opanował imponujący tentet, składający się z sześciu saksofonów (m.in baryton Alana Wilkinsona i tenor Toma Chanta), fortepianu Veryana Westona, kontrabasu Marcio Mattosa, gitary elektrycznej N.O.Moore’a i perkusji naszego jubilata. Ów prawdziwie free jazzowy capstrzyk mieni się wszystkimi kolorami tęczy i niesie ogrom emocji, tu wszakże odrobinę przewidywalnych. Koncert zaczyna sekstet dęty, potem mamy dwa tria dęte, wreszcie na scenę wkracza tentet, który najpierw intonuje gromkie Sto lat dla jubilata, w potem zanurza się w trwającą ponad kwadrans, ekspresyjną free jazzową improwizację. Dokumentacja tego koncertu zawarta została na albumie A Company Of Others.

Z kolei w czwartą sobotę lipca na scenie pojawił się jeszcze większy skład, niestety tym razem pozbawiony jubilata. Piętnastu muzyków, w większości mniej nam znanych, wykonało osiem improwizacji - najpierw był to septet, potem dwa tria, duet, trzy kwartety i na koniec sekstet. Sceną Cafe Oto rządziło wówczas bardzo urozmaicone instrumentarium, zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, głosy damskie, ale też odrobina chaosu i artystycznej nadkreatywności. Jeśli zdecydujecie się na zakup całego boxu, ta płyta w niczym wam nie zaszkodzi, jeśli jednak mielibyście nabyć jedynie album Widdershins, to śmiało możecie z tego zrezygnować. Dodajmy jeszcze, iż wszystkie cztery albumy w boxie dostępne są pod tytułem A Bright Nowhere – complete series.

Wracając jeszcze na moment do albumu kwartetowego, którym zachwycaliśmy się kilka akapitów wcześniej - dwie najnowsze pozycje w katalogu Matchless Recordings pięknie uzupełniają to nagranie. Pierwsza płyta, to duet jubilata z francuską pianistką Marjolaine Charbin (The Cry Of A Dove Announcing Rain), druga zaś, to spotkanie Prevosta z Johnem Butcherem (Unearthed). Oba albumy godne są każdej sekundy swojego bardzo długiego trwania (odpowiednio 77 i 78 minut) i polecamy je bez wchodzenia w zupełnie zbędne w tym wypadku szczegóły. Album piano & percussion wydaje się być kolejną, jakże udaną reinkarnacją idei AMM (w obu setach szczególnie wyróżniają się wspaniałe, dronowe, wyciszone i jakże minimalistyczne pasaże), z kolei album sax & drums zdecydowanie sytuuje się w estetyce free jazzu, chwilami spokojnego, chwilami dalece ekspresyjnego. W każdym razie, w drugim z omawianych przypadków Eddie Prevost nie miażdży krawędzi swojego wielkiego talerza, ale uprawia rasowy, temperamentny drumming.

 

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań omówionych w niniejszym tekście.

 

 

wtorek, 2 stycznia 2024

Butcher, Lehn & Tilbury into the Lights!


Kolejny rok najpopularniejszego na świecie kalendarza za nami. Dwanaście miesięcy udręk zostało podsumowanych na tych łamach tradycyjnym wylistowaniem pięćdziesięciu powodów, dla których ówże period warto zapisać w pamięci. Wnikliwi Czytelnicy zauważyli z pewnością, iż na rzeczonej liście znalazło się kilka pozycji, które nie zostały jeszcze zrecenzowane. Zatem czas najwyższy, by zacząć te skromne zaległości nadrabiać.

Pierwszy tydzień nowego roku spędzimy w londyńskim Cafe Oto, by przyjrzeć się kilku smakowitym albumom, które dostarczyły nam niemal same legendy gatunku. Ów mini spacer po Londynie rozpoczniemy od nagrania, które powstało w zamierzchłym roku 2016, a które to nagranie jest przy okazji reaktywacją – po dokładnie siedmiu latach milczenia - zacnego labelu Fataka Records.

Oto na małej scenie Cafe Oto - John Butcher, Thomas Lehn i John Tilbury!



Muzycy ubrali swobodnie improwizowany spektakl na saksofon, analogowy syntezator i fortepian w cztery zgrabne odsłony, z których tylko pierwsza trwa mniej niż dziesięć minut. A zaczyna się ona w niemal absolutnej ciszy, delikatnie upstrzonej podmuchami powietrza z tuby saksofonu i mikro frazami wprost z fortepianowej klawiatury. Po paru chwilach w strumieniu fonii odnajdujemy drobne incydenty syntezatorowe, który z jednej strony zdają się tu być intruzem, z drugim zaczynem kreatywnej fermentacji. Artyści stąpają po oblodzonej nawierzchni z dużą rozwagą, cedzą dźwięki opatuleni mrokiem i nierozwiązywalną tajemnicą narracji. Oczywisty w tym wypadku duch AMM czuwa, i póki co, dzieli i rządzi na scenie. W tym pomiocie minimalizmu szczególnie urokliwe wydają się być chwile, gdy muzycy zwierają szeregi i sycą opowieść bardziej gęstymi splotami dźwiękowymi.

Druga improwizacja kreatywny minimalizm i gigantyczne skupienie wynosi do rangi sztuki najwyższej. Rozpoczyna ją subtelny syntezator, potem do gry wchodzą młoteczki fortepianu, wreszcie saksofon, który na moment nadaje narracji nieco werwy i emocji, ale dość szybko powraca na pozycję wnikliwego obserwatora i komentatora. Na tym etapie koncertu szczególnie podobać się mogą duetowe igraszki fortepianu i syntezatora. W drugiej części opowieści, tuż po krótkiej ciszy, muzycy łączą siły i budują wyjątkowo urokliwy pasaż mikro zdarzeń realizowany już na trzy głosy. Nim improwizacja skona, mamy jeszcze drobne, dramaturgiczne wzniesienie i piękny finał wykreowany na klawiaturze piana, sycony echem milczącego syntezatora.

Trzecia odsłona jest najdłuższą częścią koncertu, niesie zaś ze sobą – jak na kanony tej opowieści – wyjątkowo dużo wydarzeń, kilka ekspresyjnych szczytów i całe mnóstwo urokliwych zabaw w podgrupach. Akcja znów zaczyna się na kablach syntezatora, potem głos mają wyjątkowo czarne klawisze, a po nich saksofon, tym razem w postaci sopranu. Narracja faluje tu niczym wystudzony ocean niespokojny. Z jednej strony szmery, szumy i szczebiot saksofonowych dysz, z drugiej magia martwych klawiszy i rozkołysane, niekiedy onirycznie brzmiące pasma analogowej elektroniki. Kilka kroków na szczyt, dużo więcej wprost w magiczny mrok zaniechania. Opowieść znów wieńczy efektowne wzniesienie (tu budowane dronami) i urokliwy falling down pozostawiony w jurysdykcji pianisty.

Końcowa improwizacja ma dość energiczne otwarcie, realizowane od pierwszego dźwięku w pełni kolektywnie. Dość szybko jednak opowieść zaczyna spoczywać na onirycznym, minimalistycznym pianie i suchych frazach syntezatora. Potem następuje drobny szczyt, ciekawie wspierany basowym pasmem syntetyki i post-jazzowymi oddechami saksofonu, a zaraz po nim zejście w absolutny mrok zastygły w martwej pozie bojaźni i drżenia. W tej fazie koncertu zdaje się powracać duch AMM. Mroczna cisza, martwe, na poły melodyczne pasma syntezatora, pianistyczne medytacje i mgliste westchnienia saksofonu. Samo zakończenie koncertu zdaje się jednak zaskakiwać – saksofon najpierw gwiżdże, a potem maluje zgrabne post-melodie, niesiony mocą nisko osadzonych dźwięków fortepianu i mikro usterek syntezatora.


John Butcher, Thomas Lehn, John Tilbury Lights (Fataka Records, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Thomas Lehn – syntezator analogowy oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Cafe Oto, Londyn, maj 2016 roku. Cztery improwizacje, 55 min.

 

piątek, 5 sierpnia 2022

AMM! A short update to the neverending story!


Trybuna Muzyki Spontanicznej melduje się po gorących, katalońskich wakacjach, w pełnej gotowości do pracy twórczej, ale jeszcze z dalece zaawansowanym rozwichrzeniem, typowym dla okresów adaptacyjnych. Zatem dziś bez tekstów opisujących świeżutkie nowości na scenie muzyki improwizowanej, ale z ważnymi informacjami dotyczącymi jednej z najznamienitszych (jednej z dwóch!) formacji gatunku, jedynej w swoim rodzaju, czyli AMM!

Psychofani grupy zapewne doskonale wiedzą, iż w czerwcu bieżącego roku jeden z ojców założycieli formacji – Eddie Prevost – obchodził 80. urodziny. Same obchody w stolicy Zjednoczonego Królestwa Improwizacji nie były specjalne huczne, ale jeden epizod skutecznie przykuł naszą uwagę. W minioną bowiem sobotę, w niepowtarzalnej Cafe Oto, odbył się koncert grupy, który w komentarzach podawanych nie wprost, określony został jako … ostatni koncert grupy (dodajmy, iż AMM w tym roku świętuje swoje … 56 urodziny!). Nie wiemy do końca, czy to prawda (bo jakoś nie chce się wierzyć), a przy nadziei trzyma nas fakt, iż koncert odbył się jedynie w składzie dwuosobowym (był Keith Rowe, zabrakło Johna Tilbury’ego, który się pochorował, mamy nadzieję, iż nienazbyt poważnie). Zatem niewątpliwie znajdzie się jeszcze powód, by ów naprawdę ostatni koncert zagrać pełnym, trzyosobowym składem. Niemniej tekst, do którego link zamieszczamy na końcu tekstu nazwany został The Last Of AMM *). Dodajmy jeszcze jeden istotny fakt do naszego dzisiejszego update’u. Jeden z wiosennych numerów magazynu The Wire poświęca aż osiem stron rozmowie z trójką współczesnych muzyków AMM, kreśląc ciekawie view i przypominając przy tej okazji najbardziej współczesne nagrania muzyków, nie tylko pod szyldem AMM.



 

Wspomniany wyżej pełny skład, jak doskonale wiemy, to określenie dalece nieprecyzyjne na przestrzeni ponad półwiecznej działalności formacji. Zatem dla przypomnienia, dumną historię AMM na ogół dzielimy na tzw. okres intelektualnej burzy i naporu, tudzież ciągłych zmian personalnych (lata 1966-1981; długo odkładany opis tej części obiecujemy pod koniec bieżącego roku!), bujne ćwierćwiecze w składzie trzyosobowym (1981-2004; Tilbury, Rowe & Prevost - opisane i zapieczętowane na tych łamach dwa lata temu**), wreszcie okres duetowy, który przypada na lata nam najwspółcześniejsze (Tilbury & Prevost - z tekstem z roku 2017 ***). Wiemy też doskonale, iż w okresie ostatnich 6-7 lat Rowe raz za razem powraca do grupy i ta znów koncertuje w składzie trzyosobowym ****). Zauważmy jednak, iż ostatnia jak do tej pory płyta AMM nagrana została w duecie *****). Linkowy podręcznik na końcu tekstu.

Opisując dwa lata temu owe trzyosobowe ćwierćwiecze na samym końcu tekstu zaznaczyliśmy kilka płyt, do których nie dało nam się wówczas dotrzeć. Pośród nich był pewien japoński koncert z samego środka zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Z radością pragniemy donieść, iż redakcja jest wreszcie w posiadaniu tego albumu (podziękowania dla Krzysztofa!) i teraz z jeszcze większą radością podzieli się wrażeniami z jego odsłuchu.



Koncert w Fukayi, jak to zwykle w przypadku AMM, zaczyna się i kończy w zupełnej ciszy. Pomiędzy jednak głuchym początkiem, a długotrwałą ciszą oczekiwania na oklaski dzieje się naprawdę dużo, zwłaszcza, jak na kanony grupy. Po prawdzie już na wstępie uznać należałoby, iż From A Strange Place, to jedna z najlepszych produkcji pod szyldem AMM. Muzycy definitywnie dobrze czują się na scenie, świetnie ze sobą kooperują (co jak wiemy, nie jest regułą żadnego okresu w dziejach AMM), a nade wszystko wydają się być tego październikowego wieczoru 27 lat temu wyjątkowo aktywni, generujący doprawdy dużo dźwięków w jednostce czasu. Już w okolicach 10 minuty mamy pierwsze istotne spiętrzenie dramaturgiczne. Tilbury snuje efektowne, gęste, usiane zaczepkami pasaże post-classic, Prevost zdaje się używać nie tylko percussion, ale także bardziej rozbudowanego zestawu perkusyjnego (słyszymy moc talerzy, tomy, bęben basowy i wyjątkowo wygimnastykowany werbel!), wreszcie Rowe, który z jednej strony sięga po gitarową moc silnie naelektryzowanych preparacji (aż po granice noise), z drugiej strony pławi się w subtelnościach post-ambientu, tudzież korzysta z nieskończonych zasobów sampli, w których doborze jest tego wieczoru nad wyraz subtelny i strukturalnie poukładany. Podobne spiętrzenie czeka nas w okolicach 50 minuty. Sama zaś środkowa część koncertu jest umiarkowanie spokojna, wręcz oniryczna, usiana mikro zdarzeniami, bystrymi reakcjami i wzajemnymi prowokacjami artystycznymi. Muzycy bardzo chętnie eksperymentują tu z ciszą, w samym środku koncertu osiągając nawet jej pełnię. Wracają do gry plejadami mikro preparacji (także Tilbury!), budują nowe narracje pełni skrupulatności i pieczołowitości.

Jeśli w tej ekstremalnie demokratycznej grze mielibyśmy szukać przodownika stada, to byłby nim dość niespodziewanie pianista, który często przyjmuje na siebie rolę siejącego intrygi i prowokującego kolegów do interakcji. Po drugiej stronie tej barykady Rowe, który zdaje się jak zwykle żyć swoim życiem, ale mimo wszystko wyjątkowo czujnie reagujący na to, co dzieje się na scenie. Z kolei niezwykle aktywny Prevost nie koncertuje się na rezonansie wielkiego talerza, ale buduje rozbudowane, chwilami free jazzowe narracje. So, suprice by suprice!

Zgodnie z tym, co napisaliśmy na początku, końcówka koncertu tonie w ciszy, stąpa po jej gęstym błocie. Prevost już tylko drży, Tilbury snuje filigranowe frazy, a Rowe minimalistycznie tańczy na radiowej skali. Długie frazy oczekujące na ostatni dźwięk. I jak zwykle po nim, długa cisza oczekiwania na oklaski. Wszak początek i koniec koncertu w przypadku AMM, to pojęcia niezwykle ulotne.

 

AMM From A Strange Place (Dedicated To The Tokuoka Family). John Tilbury – fortepian, Keith Rowe – gitara preparowana, elektronika, Eddie Prevost – instrumenty perkusyjne. Koncert zarejestrowany w miejscu zwanym The Egg Farm (Fukaya, Japonia), 22 października 1995 roku. Wydawcą albumu jest P.S.F. Records (CD, 1996) - jedna improwizacja, czas trwania - 68:20.

 

*) https://thebluemoment.com/

**) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/09/amm-amazing-mostly-magnificent-from.html

***) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/02/amm-dekada-dwuosobowa-tylko-do-uzytku.html

****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/amm-unintented-trio-legacy.html https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/07/amm-so-until-next-time.html

*****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/amm-in-museu-industrial-da-baia-do-tejo.html

 

 

wtorek, 20 kwietnia 2021

AMM in Museu Industrial da Baía do Tejo!


John Tilbury i Eddie Prevost, mimo zaawansowanego wieku, w ostatniej dekadzie zagrali sporo koncertów pod szyldem AMM, zarówno jako duet, jak i trio (z Keithem Rowe). O wyczynach tych legendarnych brytyjskich muzyków Czytelnicy Trybuny wiedzą dokładnie wszystko. Póki co, nie znają jedynie zawartości najnowszej płyty AMM, która ukazała się całkiem niedawno w macierzystym labelu formacji – Matchless Recordings, oczywiście w formie staroświeckiego CD.

Zamieszczony na krążku Indústria koncert odbył się 9 października 2015 roku w Lizbonie, a precyzyjnym będąc, na południowych peryferiach miasta, w Muzeum Przemysłu, jakie mieści się pod drugiej stronie wielkiej rzeki zwanej po europejsku Tag, zaś po portugalsku Tejo. Pianista i perkusjonalista tradycyjnie zagrali jeden długi set, który trwał dokładnie 54 minuty i 33 sekundy, licząc ze wszystkim odcinkami ciszy, a także oklaskami w trakcie wejścia muzyków na scenę oraz po zakończonym koncercie.

 


Muzyków wchodzących na scenę dużej sali koncertowej witają wcale nieskromne oklaski. Koncert rodzi się jednak w ciszy, z pojedynczych uderzeń w klawisze Tilbury’ego i delikatnie rezonującego, wielkiego talerza Prevosta. Żyje także publiczność, która szepta, od czasu do czasu pokasłuje lub efektownie wzdycha. Pogłos wyłapuje tu wszelkie incydenty dźwiękowe. Muzycy żmudnie budują typową dla AMM narrację, tkaną z drobnych fraz, dużych plastrów ciszy, z minimalizmem wpisanym w DNA tej kreacji. Wszakże jak na kanony formacji, zwłaszcza w formule duetowej, na muzealnej scenie w Lizbonie dzieje się naprawdę wiele.

Dużo dźwięków w jednostce czasu generuje szczególnie pianista, który w połowie 5 minuty uderza w czarne klawisze bardziej zdecydowanie. W odpowiedzi efektownie rezonuje talerz, który łapie moc niskich częstotliwości. Przez moment narracja emanuje niemal funeralnym nastrojem. Po kilku wyższych frazach piana, czynionych w estetyce post-classic, opowieść nabiera - jak na kanony AMM! - sporej intensywności. Nerwowo zgrzyta talerz, drży bęben basowy - dźwięki zaczynają intrygująco pęcznieć i przybierać na sile. Oczywiście ów zaskakujący incydent trwa tylko chwilę, albowiem już w połowie 10 minuty muzycy schodzą w okolice ciszy i dyskutują naszą ulubioną metodą call & responce. Teraz flow płynie niemal molekularnymi frazami piana i post-industrialnymi grepsami talerza i bębna. Repetujący minimalizm, to faza jakże dla tych muzyków typowa, i jakże piękna.

W połowie 18 minuty mamy wrażenie, że nad Tagiem zanosi się na burzę. Very deep piano cedzi frazy ze sporym ładunkiem emocji, talerz rezonuje nad wyraz głośno, wręcz na granicy przyswajalności naszych uszu. Muzycy szczędzą nam jednak eskalacji (to nie ich styl!), albowiem talerz niespodziewanie milknie, a piano rozpoczyna fazę drobnych preparacji (te akurat nie są szczególnie częstą przypadłością pianisty). Narracja znów szuka ciszy, w czym pomagają drobne preparacje na krawędzi talerza, które osiągają fazę śpiewnego pisku. Komentarz Tilbury’ego jedyny w swoim rodzaju – post-klasyczna przebieżka po białych klawiszach.

Wraz z wybiciem 27 minuty rezonujący talerz i przedmioty ugniatane na bębnie znów zaczynają smakować wykwintnym post-industrialem. Piano przez moment milczy, po czym przejmuje inicjatywę i znów gasi emocje swoimi najmniejszymi klawiszami. Dla kontrastu czarne klawisze ponownie pojawiają się w grze po następnych kilku minutach. Talerz zgrzyta zębami, aż ciarki przechodzą po plecach. Fortepian po kilku sekundach rozbłyskuje post-klasyką, talerz zdaje się popadać w drobne konwulsje. Kolejny hałaśliwy moment koncertu umiera pod ciężarem lekkich klawiszy. Typowa dla AMM minimalistyczna gramatura narracji podprowadza nas pod kolejny epizod z udziałem kilku czarnych klawiszy, który ma miejsce w 42 minucie. Garść preparacji, rezonans, który przypomina biały szum – tak, dziś definitywnie starsi Panowie nie przestają nas zaskakiwać.

Z upływem kolejnych minut spektakl zaczyna już jednak smakować konsekwentną finalizacją. Małe piano, rezonans tkany niemal z samej ciszy. Po kilku pętlach Tilbury zaczyna budować coś na kształt melodii, smutnej, repetytywnej, nieodwracalnej. W tle sączy się mroczny półdźwięk talerza, który definitywnie obumiera. Opowieść gaśnie pomrukami czarnych klawiszy i powracającymi odgłosami wzdychającej publiczności. Ostatni dźwięk zostaje wydany w 53 minucie i 9 sekundzie. Po niemal 20 sekundowej ciszy rozbrzmiewają gromkie oklaski, które trwają pełną minutę.


piątek, 11 września 2020

AMM! The Amazing Mostly Magnificent! From 1982 to 2004!


AMM to prawdopodobnie jedyna grupa, o której wspomina się zarówno w książkach o rocku, jak i jazzie, klasyce i awangardzie. Po prawdzie są częścią każdej z nich, ale jednocześnie nie są częścią czegokolwiek - Price Guide to Records Collection (Wielka Brytania)

 

Czytelnicy Trybuny Muzyki Spontanicznej wiedzą o brytyjskiej formacji AMM prawie wszystko. Poznaliśmy kilka ważnych ich płyt, kreśląc przy okazji drobny rys historyczny, podzieliliśmy dumne dzieje grupy na trzy podstawowe interwały czasowe, dogłębnie analizując ostatnie 15 lat działalności grupy w składzie dwuosobowym (Tilbury-Prevost), wreszcie szczegółowo omówiliśmy dwie ostatnie płyty grupy nagrane dość niespodziewanie … ponownie w trio*). Dziś czas na zapowiadane od dawna story about the core period of AMM!

Gdy w Polsce – lat temu 39 - pewien dżentelmen w zielonym uniformie i czarnych okularach ogłasza stan wojenny, tego samego dnia w dalekiej Anglii, w wypadku samochodowym, ginie ojciec założyciel formacji, artysta godny rangi człowieka renesansu – Cornelius Cardew. Mniej więcej w tym samym momencie dziejowym, od pewnego już czasu związany z grupą, pianista John Tilbury wchodzi w pełne prawa członka AMM (dołączając do pary kolejnych ojców założycieli – perkusisty i perkusjonalisty Eddiego Prevosta oraz zaplątanego w kable radiowe i elektroniczne, gitarzysty Keitha Rowe’a). Począwszy od kolejnego roku grupa zaczyna funkcjonować w składzie trzyosobowym i ten wspaniały, artystyczny stan rzeczy trwał będzie aż do roku 2004. W tym czasie grupa wyda kilkanaście wspaniałych płyt, które za moment - niemal wszystkie – szczegółowo omówimy, trzymając się kolejności chronologicznej.

 


Laminal/ The Great Hall, Goldsmiths' College, Londyn, 20 lutego 1982 (2 części, 75:40)

Garażowy zgiełk gitarowych sprzężeń, masywne akordy piana i bukiet perkusjonalnych incydentów - oto AMM budzi się do życia w poświacie brudnych, niemal industrialnych dźwięków. Małe burze z piorunami, pełne brzęczących przedmiotów, dźwięków przypadkowo wyłapywanych na falach radiowych, które przypominają … znane przeboje świata muzyki pop, zagubione frazy z dna fortepianu, uwikłane w echo pulsujących perkusjonalii - narracja zdaje się być wypełniona frazami równie masywnymi, jak i ulotnymi. Muzykom wystarczy chwila, by ów kreatywny chaos sytuacyjny zamienić na pasmo medytacyjnych opowieści, wypełnionych dźwiękami pojedynczych klawiszy, rezonującego talerza i oddychającego ciszą amplifikatora gitarowego. Kolejnym krokiem może być zwrot w kierunku głośnej, jakże swobodnej improwizacji, gęstej od pomysłów i niebywale intensywnej, która stanowi niechybnie jeden ze znaków firmowych AMM tamtych lat. Elektroakustyczny tygiel hałaśliwych fraz, plam głęboko zaszytej nostalgii, artystycznej buńczuczności i abstrakcyjnych fraz post-muzyki, przypomina związek chemiczny, w którym niedopasowane z pozoru elementy składowe łączą się w strumień jednorodnych pierwiastków. Tu, w połowie pierwszego seta, doświadczamy jednego z ważniejszych dowodów w sprawie, pięknie okraszonego dźwiękami muzyki … The Beatles.

Naczelnym wodzem ustawowo demokratycznego AMM zdaje się tu być nade wszystko gitara Rowe’a i wszystko, co wiąże się z nią na scenie. Charczy zepsutymi pick-up'ami, sprzęga się, rysuje plamy dark ambient, wreszcie sięga po smyczek i brzmi niczym skrzypce. Tak właśnie czyni na starcie drugiego seta. W ciszy, pozornym spokoju, kreowanym także deep drummingiem i fortepianem pełnym contemporary smell, rodzi się zupełnie nowa opowieść. Po fazie gry wstępnej, narracja bez trudu osiąga niemal noise’ową gramaturę, by za pociągnięciem różdżki czarnoksiężnika przeobrazić się w zmysłowe pasaże post-chamber, okraszane onirycznymi dronami rezonujących talerzy. W trakcie ponad 30-minutowego utworu muzycy jeszcze dwukrotnie kreują ową pętlę dramaturgiczną. Finał koncertu ginie w szaleństwach Rowe’a i Prevosta, które pięknie rekapituluje Tilbury śląc frazy abstrakcyjnego post-jazzu. Sam ogień narracji gaśnie w strumieniu repetytywnej elektroakustyki, płynącej wprost ze stołu mikserskiego gitarzysty.

 


The Generative Themes, Crescent Studios, Bath, Anglia, 11-12 grudnia 1982, Bienale w Zagrzebiu, Jugosławia, 24 kwietnia 1983 (5 części, 77:44)

Jęcząca, post-industrialna mieszanka tajemniczych dźwięków otwiera jedną z nielicznych studyjnych płyt AMM. Rechot suchych talerzy, garść fal radiowych, elektryczna aura w powietrzu i fortepian, który jedynie oddycha, nie wydając jeszcze żadnego dźwięku. Bęben basowy zaczyna wybijać rytm serca, niemiarowy, migoczący, a piano czeka aż do szóstej minuty, by w końcu dać pierwszy znak życia. Brzmi bardzo matowo, jakby stało za teatralną, grubą kotarą, a jednak potrafi skutecznie spowolnić narrację tria do granic ciszy. Kolejną opowieść rozpoczyna gitara, która przypomina brzmieniem … gitarę, nawet taką, która ma struny! Pojawia się też smyczek, a perkusja nabiera wręcz rockowego posmaku. Piano otwiera szeroko oczy, a energia całej opowieści staje się godna prawdziwej rewolucji. Oto być może najgłośniejszy fragment w dumnej, ponad 50-letniej historii AMM! Trzecia opowieść pulsuje post-industrialnym echem. Gadające radio, skrzypiące struny, rezonujące przedmioty - elektroakustyczna magma pełna brudu, spowolnienia i niepokoju. Dynamiczny drumming nie dość, że otwiera czwartą opowieść, to jeszcze skutecznie wyrywa nas z medytacyjnego komfortu. Hałaśliwe zabawki na gryfie gitary tworzą istotny background dla pasji, z jaką Prevost buduje opowieść. A Tilbury sugeruje wręcz, że free jazzowe natręctwa, godne Alexa von Schllipenbacha, mogą stać się także jego udziałem. Kreatywny chaos sytuacyjny godny - bez cienia wątpliwości - czupurności debiutanckiej płyty Ammmusic!

Część studyjną płyty uzupełnia ponad 30-minutowy koncert, który definitywnie trzyma klimat i intensywność nagrań bez publiczności (dostępny jedynie w wersji CD). Na starcie czeka nas kolejny, ostry, jakże wyrazisty pasaż dźwięków wprost z klawiatury fortepianu, który po prawdzie traci moc dopiero po upływie 10 minuty, gdy salę koncertową spowijać zaczyna post-industrialny rezonans wszystkiego ze wszystkim - bez wątpienia dzieło Rowe’a i Prevosta. Znów mały smyczek śpiewa na stronie (na gitarze? na krawędzi werbla?). Po chwili narracja nabiera intensywności, ale nie gubi nuty refleksji, jaka pojawia się pomiędzy grzmotami elektroakustyki. Jest taneczny hit z radia i post-jazzowe frazy, snute pod palcami pianisty. Końcowe minuty zdają się upływać dość spokojne, ale przed finałowym wybrzmieniem muzycy pozwalają sobie jeszcze na drobną eksplozję emocji, która wygasa wielosekundowym pasażem coraz spokojniejszych dźwięków, by ostatecznie napotkać ciszę.

 


Combine + Laminates + Treatise '84, Arts Club, Chicago, 25 maja 1984 (2 części, 75:41)

Koncert rozpoczyna się na poziomie ciszy, powolnego strumienia łagodnych, niemal relaksacyjnych dźwięków (co staje się dla AMM niepisaną zasadą) – coś wibruje w obrębie zestawu perkusyjnego, coś grzmi w dalekim tle, klawisze fortepianu wydają pierwsze westchnienia, na stole gitarowym tlą się mikro sprzężenia. W okolicach 5 minuty Tilbury do pary z Prevostem rozpoczynają nowy wątek, który pachnie dobrym … jazzem, oczywiście w jak najbardziej otwartej formule. Wątek ów nabiera mocy i intensywności aż do poziomu, który śmiało możemy nazwać najbardziej free jazzowym epizodem w historii AMM! Tym razem rola Rowe’a sprowadza się do mącenia głównego nurtu narracji elektroakustycznymi zdobieniami. Epizod wygasa po około 10 minutach i opowieść przechodzi w fazę minimalistyczną, której kolejne stopnie zdobią fikuśne, radiowe odpadki. Dalsze etapy koncertu, to eskalacyjne spiętrzenie, bogate w wydarzenia i stawiające na niemal ciągłą zmianę, niepozbawione elektroakustycznych grzmotów i przepięć, wreszcie bystre zejście w otchłań dark ambient, gdzie fundamentalna zdaje się być praca Rowe’a. Wszystko zaczyna wtedy drżeć i pulsować złem. Ostatni dźwięk tej części koncertu należy jednak do śpiewającej … Tiny Turner!

Uzupełnieniem zasadniczej części koncertu (dostępnym jedynie w wersji CD) jest … kompozycja Corneliusa Cardew Treatise. Muzycy oczywiście improwizują, a zapisy dzieła stanowią dla nich jedynie inspiracje i drogowskazy, co dalszego rozwoju opowieści. Początek zdaje się być wyjątkowo abstrakcyjny, pełen rwanych, nerwowych fraz. Cisza, mgławe oddechy i fermentujące dźwięki ze stołu mikserskiego - wszystko zatopione w dość onirycznej aurze. Być może ten akurat moment historii AMM uznać winniśmy za nowe, w pełni minimalistyczne otwarcie. To pierwszy utwór w dyskografii grupy, który definitywnie stawia na zaniechanie, oczekiwanie i sianie niepokoju czerstwą ciszą. Cardew zdaje się triumfować zza grobu, tycząc kolegom niejako nowy kierunek rozwoju ich improwizacyjnych poszukiwań. State of creative minimalism, not only with silence! Narracja w dalszej części toczy się nad wyraz leniwie. Pojawiają się kobiece głosy, które szepczą tajemnicze teksty. Strumienie dźwięków jednak gęstnieją, czernieją i zaczynają delikatnie drżeć. Mamy wrażenie, iż muzycy grają minimalistyczny soundtrack do psychodelicznego horroru.

 


The Inexhaustible Document, Union Chapel, Islington, Londyn, 10 stycznia 1987 (2 części, 57:28)

Po raz drugi i nieostatni w dzisiejszej opowieści nagranie studyjne! Tym bardziej wyjątkowe, gdyż powstałe w kwartecie, do składy dołącza bowiem wiolonczelista Rohan De Saram. Nagranie to rodzi się już naprawdę w ciszy zupełnej. Jego pierwsze dźwięki pochodzą z instrumentu gościa. Smyczek snuje się po gryfie, a w tle delikatnie skwierczy uroczy post-ambient – rezonujący talerz, rozpływające się frazy deep piano, także dron suchego powietrza od strony stołu gitarowego. Recenzent zastanawia się, czy to nie pierwsza płyta AMM przeznaczona w pełni do odsłuchu słuchawkowego. Here it is! Muzyka snuje się leniwie i pachnie dobrą kameralistyką na kilometr. Na froncie narracji króluje cello, równie często traktowane pizzicato, jak arco. Wokół mnóstwo tajemniczych dźwięków z nierozpoznanych do końca źródeł. Opowieść balansuje na granicy ciszy.

Drugi epizod także staje w szranki rywalizacji o miano najcichszego nagrania AMM - smukłe, minimalistyczne piano, delikatny smyczek, pomruk elektroakustyki i oddech wystudzonych perkusjonalii. W połowie 8 minuty małe przebudzenie – wiolonczela w szyku pizzicato wzywa do wzmożenia aktywności. Pojawia się skromny drumming, a piano śle otwarte, ale bardzo wystudiowane frazy. Mikrotonalne tło Rowe’a podkreśla jego rolę w tym nagraniu (zdecydowanie odpowiada dziś za background). W kolejnych minutach emocje utrzymują się na krzywej wznoszącej, ale wciąż pozostajemy w oparach medytacyjnej podróży w nieznane. Piano proponuje kilka klasycznych pasaży, cello wzmacnia brzmienie (drobna amplifikacja?), a elektroakustyczne tło także wydaje się być odrobinę bardziej wyraziste. W okolicach 19 minuty nagranie nabiera nawet znamion spokojnego hałasu, upstrzonego ochłapami industrialnych dźwięków, i to właśnie wtedy rozpoczyna się fragment nagrania, który dostępny jest jedynie w rozszerzonej wersji CD. Po niedługiej chwili narracja rozpływa się bardzo szerokim, jakże swobodnym korytem – wiolonczela pracuje smyczkiem, trochę od siebie dodaje perkusja. Na ostatniej prostej, przed fazą wygaszania narracji, napotykamy na garść drobnych abstrakcji z klawiatury, tudzież wytrwałe szukanie rezonansu przy samej podłodze studia nagraniowego.

 


The Nameless Uncarved Block, Zurych i Bazylea, TAKTLOS Festival, kwiecień 1990 (3 części, 74:18)

Kolejne nagranie w wersji poszerzonej, tym razem o jednego z ojców założycieli AMM, saksofonistę Lou Gare’a, który terminował w grupie przez pierwszą dekadę jej istnienia. Tu powraca na szwajcarskie koncerty i wstrzykuje do organizmu tria, pełnego rozimprowizowanej nieoczywistości, sporą porcję prawdziwie jazzowych i freejazzowych emocji. Początek nagrania tli się jednak w post-kameralnej łagodności, albowiem Gare sięga najpierw po skrzypce. Akustyczny, skupiony flow, a na jego peryferiach Rowe, który ogranicza się do podróży po bezmiarze krótkich fal radiowych. Po raz kolejny przekonujemy się, iż AMM funkcjonuje tam, gdzie wszelkie słowa zawodzą (cytując okładkę płyty). Na początku drugiej dziesiątki minut muzycy przechodzą w tryb swobodnej improwizacji, która szuka jazzowych korzeni, w czym pomaga saksofon, który pojawia się w dłoniach Gare’a. Nie brakuje preparacji i smukłych zaczepek z klawiatury fortepianu. Jeszcze tylko kilka minut i narracja, wspierana elektroakustycznymi hałasami, wypływa na szersze wody free jazzu, by po czasie zgasnąć do poziomu typical & minimal AMM, choć w aurze drobnego dysonansu poznawczego, albowiem Gare i Prevost kreślą synkopy niemal do momentu osiągnięcia punktu ciszy.

W drugi epizod koncertowy wchodzimy prawdopodobnie już po jego rozpoczęciu. Muzycy grają spokojny open jazz, ale Rowe sieje ferment i parska nieprzyjaznymi dźwiękami, które brzmią jak linia basu. Tempo narracji rośnie, drumming zatacza pętle, jednak w okolicach 10 minuty, nie bez udziału krótkich fal radiowych, opowieść przygasa. W trakcie długiej improwizacji muzycy jeszcze nie raz odbędą podróż od ciszy do post-jazzowych hałasów. Szczególnie ciekawie gubią się w kameralnej ciszy (znów skrzypce!), gdy suche emocje zdają się czaić za każdą porcją posuwistych plam akustycznego post-ambientu, gdy pewne rzeczy dzieją się na scenie o kilka minut wcześniej niż muzycy zdołają o tym pomyśleć (parafrazując słowa Prevosta). Finał drugiej części nie szczędzi nam emocji, a kilka perełek do obrazu całości dodaje szczególnie pianista. Całą zaś płytę uzupełnia niespełna ośmiominutowy fragment otwartego jazzu, z wystudzonym saksofonem i kilkoma znakami zapytania, jakby wszyscy muzycy czekali już na upragniony fajrant.




Newfoundland, Sound Symposium 6, School of Music, St. John's, Newfoundland, USA, 2 lipca 1992 (1 część, 76:47)

Wkraczając w serię kilku amerykańskich rejestracji AMM, wkraczamy też powoli do świata mikro dźwięków, wystudiowanych improwizacji, które swój prawdziwy blask osiągają u progu ciszy, w ciemności spektaklu koncertowego lub … w domowych pieleszach i przestrzeni fonicznej dobrych słuchawek. Pojedyncze dźwięki klawiszy fortepianu, rezonujący talerz, pomruk post-gitarowych fonii, zdobionych coraz spokojniejszymi przebieżkami po radiowej skali, wreszcie moc skupienia i oczekiwania na to, co może, ale nie musi się wydarzyć – to opowieść typical style of AMM, opowieść, która po prostu trwa.

Niezwykle zbilansowany dramaturgicznie i emocjonalnie koncert z Newfoundland potrzebuje godziny zegarowej, by z wyżej nakreślonego letargu dramaturgicznego wyrwać się choćby na chwilę. Przedtem jednak przeprowadzani jesteśmy przez niezliczone stadia kreatywnej, dźwiękowej, a nawet para-dźwiękowej medytacji. Całkiem zasadnym zdaje się w takiej sytuacji pytanie zwarte w liner notes – czy muzyka AMM, to przykład nieco wydumanej, ale jednak muzyki konkretnej? Chwilami pasaże dźwięków, jakie produkują przede wszystkim Tilbury i Prevost, zdają się stać w miejscu i nie podążać w jakimkolwiek kierunku. Rowe, cerber dramaturgii i siania niepokoju, robi tu swoje, ale i jego aktywności potrafią pięknie korelować z ciszą, która wisi nad salą koncertową niczym chmura wyłącznie czystego powietrza. Fale radiowe też płyną tu wolniej i nie epatują nadmiernym poziomem fermentacji. W tak zwanym międzyczasie muzycy proponują nam jednak kilka zaskakujących brzmień. Niewykluczone, iż Prevost sięga po coś, co przy odrobinie wyobraźni mogłoby brzmieć, niczym zdeformowany wibrafon. W innym momencie mamy wrażenie, że słyszymy dźwięk harfy. Po 40 minucie narracja definitywnie staje, a my zachwycać możemy się dźwiękiem smyczka, która kroi krawędź werbla. Zaraz potem faza wszechogarniającego rezonansu zmyślnie podprowadza nas pod fazę końcową koncertu.

Od kilku już chwil słychać, iż Rowe coś pichci na boku. Aktywizuje się Prevost, który rysuje kilka pętli circle drumming, a na flance lewej budzą się do życia czarne klawisze piana. Pojawia się pewna dynamika – Rowe i Prevost stawiają na emocje, Tilbury na wybuchową abstrakcję. Coś pobrzmiewa niczym syntezator modularny, słyszymy także kilka kolejnych dźwięków ze skali radiowej. Owa finałowa, meta eskalacja gaśnie z gracją i w tempie nie dość typowym dla końcówek AMM, innym słowy – dzieje się nad wyraz szybko.

 


Live In Allentown USA, Muhlenberg College Arts Center, Recital Hall Allentown, USA, 24 kwietnia 1994 (6 części w jednym strumieniu, 60:29)

Początek koncertu w Allentown brzmi niczym rytuał inicjacyjny, sakralna przeprawa przez bramę wyswobodzenia – piano brzmi jak dzwon, wydając kilka ostrych dźwięków na dużym pogłosie, a perkusjonalne mikro preparacje i post-gitarowe szemranie podkreślają doniosłość chwili. Narracja buduje się dość szybko i w trakcie godzinnej podróży kilkakrotnie przekroczy, zdefiniowany w trakcie omawiania poprzedniego koncertu, próg odbioru słuchawkowego. Zdaje się, że Rowe przybył na koncert z dużą wolą wyrywania narracji, from time to time, z typowego dla grupy samouspokojenia. Posadowiony tym razem na lewej flance, co rusz wrzuca do tygla narracji kilka dźwięków, które burzą spokój partnerów (radio w stanie ciągłego użycia!). Muzyka chwilami zaczyna brzmieć, jak abstrakcyjne ethno, w którym brakuje jedynie dalekowschodniego gamelanu. Emocje skaczą ku górze i choć równie szybko gasną, opowieść nie pozwala nam zmrużyć oka.

Trzecia część nieprzerwanego strumienia dźwiękowego koncertu na moment wtłacza nas do jaskini błyskotliwego dark ambient, złowrogiego rezonansu, którego powagę burzą dźwięki muzyki pop złapane na skali radiowej. W kolejnej partycji swoje prawdziwie solowe trzy grosze proponuje Tilbury - repetycja i retoryczne pytania o ciąg dalszy narracji. Słyszymy pracę amplifikatora, szum na werblu i oddech piana – chwila konkretnej zadumy? Opowieść dość niespodziewanie nabiera jednak intensywności – drżą talerze, gitara brzmi niczym … gitara, a piano opowiada niestworzone historie. Komentarz Prevosta na werblu i tomach dalece zaskakujący – niczym dobosz na sterydach! Ów szalony moment, jak na kanony AMM połowy lat 90., tłumi dronowymi pasażami Rowe, a komentujący wszystko fortepian rzeczywiście zaczyna brzmieć jak … gamelan. W tle ktoś bije w dzwon, coś ekscentrycznie rezonuje.

Pełen niespodzianek koncert osiąga wyciszoną fazę finałową dopiero po serii elektroakustycznych zgrzytów na gryfie gitary. Scenę opanowuje wszechobecny suspens, pełen czerstwej ciszy. Plejada nano dźwięków prowadzi muzyków na skraj koncertu. Nim publiczność zdecyduje się na oklaski, czeka nas jeszcze niemal kilkudziesięciosekundowa cisza.

 


Laminal/ Contextual, Context Studios, Nowy Jork, 3 maja 1994 (1 część, 71:17)

Powracamy do nielicznych dla AMM edycji studyjnych. Muzyka zarejestrowana w Nowym Jorku, podana w jednym, długim traku, dobrze wpisuje się w nurt minimalistycznych medytacji, ale nie stroni od niespodzianek dźwiękowych, w niektórych momentach wchodząc nawet na poziom drobnych spiętrzeń dramaturgicznych i eskalacji. Być może to ostatnie tego typu incydenty foniczne w dorobku formacji.

Na początku nagrania nic wszakże na to nie wskazuje. Otwarcie przypada pianiście, który liczy najpierw czarne, a potem białe klawisze. Obok drży talerz, a na stole mikserskim Rowe’a bardzo leniwie zaczyna rodzić się mrok i poświata tajemnicy. Tilbury trzyma się contemporary minimal, partnerzy szukają elektroakustycznej zaczepki. Nagranie nabiera zatem pewnej gęstości, a pierwsze wejście w otchłań medytacyjną następuje dopiero po upływie kwadransa. Aura dark ambient trwałaby pewnie w nieskończoność, gdy nie Prevost, który ze smyczkiem w ręku niecierpliwie szuka nowego rozdania. W sukurs idzie mu Tilbury, który proponuje kilka post-jazzowych fraz. Rowe dodaje swoje i narracja bystrze osiąga swoje pierwsze spiętrzenie o stosunkowo dynamicznych parametrach. Opowieść robi krok do przodu, potem krok do tył, emocji i wydarzeń jednak nie brakuje – trwa bowiem mała wojna jazzu z czeredą mrocznych dźwięków. Stadium leniwej ciszy muzycy osiągają w okolicach 45 minuty, po drodze nie stroniąc od minimalistycznych i wzajemnie rezonujących plam fonii.

Ostatnie dwadzieścia minut nagrania nie upływa muzykom wyłącznie na czynnościach meta relaksacyjnych. Znów zdolni są - za pomocą czarnych klawiszy, pełnego drummingu i gitarowych przesterów - zbudować całkiem ekspresyjną opowieść. Po paru chwilach znów odnajdują jednak ciszę, dyskutują z echem i rezonansem, medytacyjnie podrygują. Gdy już wszystkim nam wydaje się, że finalizacja czai się za rogiem, ostatnie minuty, choć spokojne, upstrzone zostają drobnymi incydentami – rzadkimi w trakcie całego nagrania radiowymi wstrętami Rowe’a, a także kilkoma tajemniczym dźwiękami ze strony Prevosta. W tym czasie Tilbury – jakby w drobnej kontrze – stawia na kreatywną repetycję.

 


Before Driving To The Chapel We Took Coffee With Rick And Jennifer Reed, Rice University, Houston, USA, 19 kwietnia 1996 (7 części w jednym strumieniu, 64:25)

Wciąż pozostajemy po drugiej stronie Atlantyku. Koncertowa płyta o najdłuższej nazwie w dyskografii AMM zaczyna się oczywiście w niemal pełnej ciszy. Rezonujące, metalowe przedmioty, drżące struny piana, deep drumming na tomach, rozłożystych niczym podniebna klawiatura i nerw niepokoju po stronie stołu gitarowego, pełen mikro zwarć i nano sprzężeń. Tilbury zdaje się stawać na palach, jego instrument przypomina brzmieniem jednocześnie … gamelan i pozytywkę. Rowe dekonstruuje każdy dźwięk, jak rodzi mu się pod palcami. Prevost chwilę się zastanawia, a potem czerstwym drummingiem wyrywa partnerów ze stanu komfortowej medytacji i prowadzi nowy watek. Dość szybko zostaje on przejęty we władanie przez Rowe’a, który w trakcie całego koncertu dość często rości sobie pretensje do bycia dramaturgicznym przewodnikiem stada.

Gdy narracja wraca to trybu medytacyjnego, rolę wiodącą na moment przejmuje stosunkowy aktywny Tilbury, który buduje mantrę powtórzeń, westchnień i oddechów. Prevost tym razem bardziej schowany, swoją obecność w trakcie pierwszych części koncertu akcentuje głównie kilkoma pasażami na dźwięczących misach. Piąty trak na krążku zdaje się ginąć w ciszy, a stan śmierci klinicznej koncertu przerywają jedynie frazy radiowe i dron niskiego, na pół żywego basu. Kompozycyjny suspens dark ambientowego Rowe, perkusyjne preparacje Prevosta i bezdotykowe dźwięki ze strony Tilbury'ego - opowieść z Houston zdaje się być wyjątkowo dobrze skonstruowana, konsekwentna, zupełnie pozbawiona dramaturgicznych znaków zapytania.

Nim koncert wejdzie w fazę wygaszania i poszukiwania ostatniego dźwięki, tuż pod koniec arbitralnie wyznaczonej na dysku części szóstej, muzycy postanawiają delikatnie pohałasować – Rowe grzmi czerstwą elektroakustyką, Tilbury stawia na niskie, mroczne frazy, a Prevost bębni na jazzowo. Finałowa partycja tonie już w głuchej ciszy. Mozaika najdrobniejszych fonii, które równie delikatnie ze sobą rezonują i ścielą się do snu echem gitarowych pulsacji.

 


Tunes Without Measure Or End, free radiCCAls Festival, McLellan Galleries, Glasgow, 4 maja 2000 (6 części w jednym strumieniu, 57:13)

Nuty bez miary i końca, szkocki koncert AMM, śmiało pretendować może do miana najcichszego nagrania w historii formacji. Nie sięgajcie zatem po niego bez dobrych słuchawek! Mruczący amplifikator w stanie spoczynku, oddech martwych talerzy, wreszcie pogłos pudła rezonansowego piana, które nie wydało jeszcze pierwszego dźwięku, to wymiar otwarcia koncertu. Głuchy ambient elektroakustycznej pustki zdaje się trwać aż do 8 minuty, gdy czarne klawisze i urywane frazy ze skali radiowej dają wreszcie znak życia. Szumy i szmery, oddechy i dramaturgiczne westchnienia. Uroda chwili nie ma tu końca. Konsekwentny speaking with silence trwa w najlepsze. Ceremoniał powtórzeń, których rytuał naruszają jedynie nano frazy ze strony gitarzysty, który podsyła garść zgrzytów i plądrofonicznych strzępów dźwięku. Od czasu do czasu minimalistyczne piano stara się czynić incydenty foniczne, które nie pozwalają całkowicie umrzeć narracji. W efekcie tych działań, pod koniec drugiej części, rodzi się nawet coś na kształt pokracznego rytmu tej nieco już metaforycznej ciszy.

W trakcie czwartej części wydaje się, że poziom interakcji i ilość wydawanych dźwięków nieznacznie wzrasta. Czarne klawisze, small drumming i elektroakustyczne wtręty, pełnego nieistniejącego hałasu i dramaturgicznej abstrakcji. Muzycy jednak dość szybko powracają do medytacyjnego spowolnienia, czyniąc jednak w tej fazie koncertu całe mnóstwo mikroskopijnych, wyjątkowo uroczych zdarzeń fonicznych (muzyka konkretna powraca?). Oniryczna flauta, festiwal powtórzeń i twórczej rezygnacji z podejmowania działań scenicznych.

Finałowa część zdaje się stać w miejscu - szelest talerzy, basowy dron, najmniejsze klawisze świata, harsh-radiowe dźwięki znikąd, wszystko tu ze sobą rezonuje i czeka na ostateczny koniec. Martwe, samotne struny śpiącego fortepianu, pogłos drżącego z zaniechania percussion i gitarowy stół, który trzeszczy pod ciężarem oczekiwania. Opowieść gaśnie zaskakująco, jakby została wyciszona w procesie post-produkcyjnym.

 


Fine, Musique Action Festival, Vandoeuvre-les-Nancy, Francja, 24 maja 2001 (7 części w jednym strumieniu, 58:49)

Niepostrzeżenie wkraczamy z muzyką AMM w wiek dwudziesty pierwszy! Przenosimy się do Francji, a na scenie wraz z muzykami pojawia się także … tancerka Fine Kwiatkowski, dając przy okazji tytuł całej płycie. Relacjonując owo wydarzenie, znów sięgnąć możemy po opis i czerstwe metafory recenzenta, jakich pełna jest relacja z poprzedniej płyty. Medytacyjny rytuał zabawy z ciszą, rezonujące przedmioty (AMM nie gra już nowych dźwięków, sprawdza jedynie, jak rezonują one ze sobą w nowych okolicznościach scenicznych – cytując za Prevostem), dramaturgiczny suspens i cierpliwe oczekiwanie na dźwięki oraz ich interesujące konstelacje.

Drżenie werbla, puste klawisze fortepianu i elektroakustyka ze stołu gitarowego, być może ostatni element, który jest w stanie sprawić tu niespodziankę. Pomruk gitarowego wzmacniacza, który samą swoją obecnością w bezmiarze koncertowej ciszy i mroku jest w stanie generować dźwięki (jakże konkretne, nieprawdaż?). W trakcie niespełna godzinnego występu warto odnotować niemal solowy odcinek w wykonaniu Rowe’a (w części czwartej), kilka interesujących faz aktywności Prevosta, a także wielominutowe lenistwo pianisty, który zdaje się w ogóle nie wydawać wtedy dźwięków.

Fine byłby się nie różnił specjalnie od innych, słuchawkowych, medytacyjnych spektakli AMM, gdyby nie jego zaskakujące zakończenie. Część siódmą budzą szmery na werblu i mikro zgrzyty na gryfie gitary, które zaczynają lepić się w dronową ekspozycję. W tych okolicznościach ze sny zimowego wybudza się nawet Tilbury i zaczyna budować frazy z zębem contemporary. Zło tajemnicy, ukryte pod strumieniem dźwięków, zdaje się narastać. Obrazu całości dopełniają zwinne dźwięki łapane na skali radiowej. Wszystko zaczyna tu ze sobą rezonować, ale tryb narracji robi się naprawdę mroczny i dramaturgicznie niebezpieczny. Dark AMM dobija jednak do końca i zwinnie gasi płomień narracji.

 

***

 

W okresie 1982-2005 pod szyldem AMM (reprezentowanym przez trio, czasami z udziałem gości) ukazały się także następujące wydawnictwa:

Tom Phillips &  AMM  ‎Irma (Matchless Recordings, CD 1988) – nagranie z grupą wokalistów, w formie … operowej, Londyn 1988.

From A Strange Place (Dedicated To The Tokuoka Family) (P.S.F. Records, CD 1996) – koncert z Japonii, 1995.

AMM/ Merzbow  ‎Split Series #4  (FatCat Records, LP 1999) – nagranie z austriackiego Grazu, 1998; AMM zajmuje jedynie pierwszą (lub drugą, w zależności od edycji) stronę winyla.

AMM – Formanex (Fibrr Records, CD 2002) – nagranie w składzie 6-osobowym, Francja 2002

MEV & AMM  ‎Apogee (Matchless Recordings, 2005) – nagrania obu formacji, zrealizowane zarówno łącznie, jak i oddzielnie,  Anglia 2004

 

Wszystkie omówione dziś płyty wydane zostały przez Matchless Recordings i są dostępne w formacie CD. Niektóre starsze płyty z lat 80. także w formie LP. Pełne dane dostępne choćby tu:

https://www.discogs.com/artist/12550-AMM

 

*) linki do starych tekstów:

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/02/amm-asumpt-do-wiekszej-caosci.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/02/amm-dekada-dwuosobowa-tylko-do-uzytku.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/amm-unintented-trio-legacy.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/07/amm-so-until-next-time.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/10/mozg-ad-libitum-improwizowana.html