Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Birchall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Birchall. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2019

Brom! New Monuments! Dead Neanderthals! Webster! Quam! Nazary-Ex-Stadhouders! Birchall! How the noise could smell calm!


Uwaga, przed nami siedem płyt, które mogą zabić! Intensywnością przekazu, poziomem hałasu i … jakością artystyczną!

Niektórzy muzycy młodzi i bezczelni, inni doświadczeni, ale niezmanierowani. Na ich płytach będzie głośno, niepokornie, frywolnie i anarchistycznie. A na koniec szczypta minimalistycznego slajsu na nylonowych strunach… gitary, albowiem to ona wystąpi dziś w roli głównej. Czasami nie będzie jej w ogóle na scenie, ale wtedy inne instrumenty udowadniać będą, iż potrafią hałasować nie gorzej niż zakurzone wiosło upalonego rockowca, podłączone pod linię wysokiego napięcia!

Naszą dzisiejszą podróż zaczniemy w Moskwie, potem odwiedzimy Nowy York, holenderski Nijmegen, Londyn, Paryż, Amsterdam, by na koniec powrócić do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Moc piorunujących (i zapewne szatańskich!) wrażeń przed nami!




Brom  Sunstroke (Trost Records, LP 2018)

Słowo się rzekło, zaczynamy na ostro! Wrzący tygiel muzycznych emocji, zanurzony po kolana w historii fussion jazzu i hardcore punk, wysmarowany po czubek głowy estetyką noise, zakochany w improwizacji i braku jakichkolwiek zahamowań gatunkowych (uwaga! będziemy grać także standardy!), innymi słowy – Brom! Moskiewskie studio DTH, czerwiec 2017, a nim trójka muzyków: Dmitry Lapshin na gitarze basowej, Anton Ponomarev na saksofonie altowym oraz Yaroslav Kurilo na perkusji. Formacja istnieje już wiele lat, ostatnio tworzy ją kwartet muzyków, jednakże krążek Sunstroke (siedem utworów, 47 minut bez kilku sekund) powstał w trio.

Elementy składowe tej niebywałej mieszanki, to gitara basowa i perkusja, które tworzą twardą jak skała sekcję rytmiczną - samozwańczy szwadron śmierci, a także saksofon, ostry niczym brzytwa rockowej gitary. Pierwszy z wymienionych instrumentów buduje bazę rytmiczną każdej narracji, prowadzi orszak muzykantów, dyktuje warunki, nie stroni wszakże od melodii i zwinnego, jazzowego frazowania, pełnego synkop i aranżacyjnych niuansów. Saksofon oscyluje, co prawda między krzykiem, a wrzaskiem, ale w wielu momentach razi precyzją i wyrafinowaniem godnym Johna Zorna. Brom, to przykład noise free jazz-rocka, precyzyjnego niczym klasycy amerykańskiego hardcore punk sprzed dwóch czy trzech dekad (pamiętacie Minutemen, czy Victims Family?). Narracja większości utworów przypomina konsystencją ciekły ołów, wulkaniczną lawę, która nigdy nie zastyga. Pełna jest wszakże melodyki, śpiewności i ani przez moment jarzmo tej muzyki nie ogranicza naszych zdolności percepcyjnych.

Po pieśni otwarcia, którą można nazwać prawdziwym trzęsieniem ziemi, dostajemy się w szpony klasyka Dizziego Gillespie (Tuna) i śpiewamy motyw przewodni, dotkliwie kalecząc się przy porannym goleniu. Bass stawia zasieki, maltretuje oryginał, zmienia tempo, kruszy strukturę rytmiczną, rwie do przodu na złamanie karku. Saksofon śle bogate, niemal rockowe riffy, po czym, wypełniony jazzem po sam brzeg tuby, zwinnie improwizuje. Równie dosadnie wbija nas w fotel czwarty utwór (Queue), ponad dziewięciominutowy. Znów pełni spazmów, śpiewamy melodyjny motyw, jakbyśmy spotkali rozbawionego Petera Brotzmanna w ciemnych zakamarkach berlińskiego metro, kilkadziesiąt lat temu. Stalowe riffy, deathmetalowe brzmienia i orzeźwiające synkopy! Taniec, zabawa i krew na rękach! Bez wątpienia Brom zaprowadzi nas wprost do piekła, równie skutecznie, jak dobre dragi i piękne kobiety!

Kolejna parzysta pieśń (Hematoma, znów ponad 9 minut) zabiera nas przed oblicze ciemnej strony mocy. Narracja istotnie spowalnia, smakuje niczym heavy ambient. Po paru minutach mantrycznie narasta. Dramaturgiczna finezja muzyków serwuje nam po chwili kolejne spowolnienie, szmer szczoteczek i gitarowe pasaże niczym Bill Frisell! A saksofon, po kolejnym tej nocy orgazmie, tańczy już chyba swój ostatni taniec. To jednak nie koniec emocji – na sam finał dostajemy Mingus 30’C, kolejny porażający klasyk. Swingujący noise rock! Na wejściu tylko drum’n’bass. Potem kilka nutek z saksofonu i zabójcze solo perkusji. Basówka komentuje na przesterze. Niechybnie idziemy w ostatnie tango! *)




New Monuments  New Earth  (Pleasure Of The Text Records, CD 2018)

Z Moskwy, najszybszym dżambodżetem, przenosimy się do Nowego Jorku! Ben Hall na perkusji (trap set), Don Dietrich na saksofonie tenorowym (plus elektronika) i C. Spencer Yeh na skrzypkach (także elektronika). Na krążku New Earth znajdujemy pięć improwizacji z niebanalnymi tytułami (patrz: niżej) - łącznie 65 minut i kilkadziesiąt sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu nagrania).

Trio Nowe Pomniki winniśmy znać choćby z ich poprzedniej płyty, którą wydał krajowy Bocian Records (Long Pig). Ekspresja, konstruktywny hałas, moc kompulsywnych emocji, rzec można, klasyka nowojorskiego, improwizowanego noise. Znów dźwięki twarde jak skała, zwiewne niczym obłok postnuklearny. Saksofon, który operuje na granicy percepcji naszego słuchu, pełen energii, wrzasku i zdrowego hałasu, dobrze wspomagany elektroniką, która działa tu zarówno jako wzmacniacz i dekonstruktor żywego dźwięku, jak i twórczy partner w procesie budowania brzmienia całej improwizacji. Perkusja stylowa, progresywna, z założenia prosta, podszyta punkowymi skreczami. Wreszcie skrzypce, zanurzone w elektronice i plątaninie kabli, tu w rękach doprawdy wyjątkowego muzyka, którego bywalcy tej strony winni kojarzyć z doskonałymi nagraniami Nate’a Wooleya i jego Seven Storey Mountain.

Zaczynamy wszakże od Starych Pomników. Narracja budowana tu jest poprzez, umieszczone na przeciwległych flankach, drony żywych i syntetycznych dźwięków, centralnie punktowanych niezwykle dynamiczną i w pełni żywą maszyną perkusyjną. Drony kompulsywne, acz akustycznie separatywnie (absolutnie komfortowy odsłuch!) gnają na zatracenie, mając za plecami całą historię free jazzu, a być może, epokowy Machine Gun w szczególności. Spazmy skrajnie agresywnej fonii, świetnie jednak konsumujące jazzowy temperament Dietricha i post-elektroniczną wrażliwość Yeha. Muzycy mają także odrobioną lekcję z klasyki plądrofonii (szczególnie skrzypek). W trakcie Białych Włosów, Które Krwawią Na Pomarańczowo narracja delikatnie zdejmuje nogę z gazu, a my głębiej zanurzamy uszy w elektronice. Grube warstwy dźwiękowej politury: modular noise ze strony skrzypka, saksofonista przyczajony, szuka nowych brzmień na najgrubszym z kabli. Drummer, niczym bicz wodny, konsekwentnie trzyma partnerów w szyku dramaturgicznym. Trzecią opowieść (Wesołe Kopulatory) zaczyna saksofon, który rży niczym koń z poderżniętym gardłem. Obok doom drumming i zwarcia na kablach. Rodzaj psychodelii tuż po przedawkowaniu! Zamazany obraz muzycznych kopulacji, wrzask połyskliwej elektroniki. Dietrich po przebiciu się na powierzchnię, dmie w róg, niczym Brotzmann podniesiony do ósmej potęgi.

Wymiotując Czyimś Ciałem, to z kolei przykład elektroakustycznego mariażu saksofonu i skrzypiec, toczonego w dość wysokich częstotliwościach. Orgazm Yeha ma taneczny wymiar, aż Dietrich ryczy z podziwu. Gdy obaj Panowie rozpoczynają solowe ekspozycje (doskonałe!), dostajemy się w obszar rażenia prawdziwej wojny światów! Moment, w którym kompulsywna meta akustyka góruje nad chwilowo uśpioną elektroniką. Nie mniej dosadny artystycznie jest sam finał tej niebywałej płyty – Sygnał. Mroczny, bardzo spokojny start, niczym pierwsze kadry wysokogatunkowego horroru. Z czasem pętla fonii zaciska się na naszych szyjach. Skrzypce płyną rockową, psychodeliczną lawą (brawo!), a saksofon, zatopiony w białym szumie elektroniki, intensywnie szuka drogi ucieczki. Finał płyty jest ekstatyczny i grzmi w naszych uszach jeszcze wiele minut po ustaniu ostatniego dźwięku.




Dead Neanderthals  Gestation (bandcamp, DL 2018)

Gdy życie rosło w jej wnętrzu, zastanawiała się, jak dostało się do środka (z opisu płyty Gestation/ Ciąża)

Czas na chwilę wytchnienia? Zapomnij! Nowa, sylwestrowa epka (to już tradycja!) naszych ulubionych Dead Neanderthals czeka na odczyt i odsłuch! Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja i syntezator. Osiemnastominutowy potok dźwięków na poły żywych, na poły syntetycznych. Jesienna, studyjna rejestracja.

Monotonna doom metalowa perkusja, a obok niej dwa syntezatorowe pasma fonii, płynące zwartymi strumieniami. Być może jedno z nich, to saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia, ale recenzent nie ma pewności. Jeden dron, ten niższy, drży i pohukuje, drugi, nieco wyższy, śle pozdrowienia z samego łona matki. Plotą urozmaicone opowieści, wszakże nade wszystko repetują. Oto jakby ciąg dalszy historii, która toczy się na kolejnych epkach Dead Neanderthals, udekorowanych tajemniczymi okładkami, każda z bliżej nieokreśloną częścią ludzkiego ciała. Jak na muzyczne kanony duetu, Ciąża toczy się nad wyraz spokojnie i raczej unika hałaśliwych eskalacji, być może nawet – zachowując proporcje - jest nieco chill-outowa! Pełna zadumy, smutku i transcendentalnego strachu przed życiem.

Z minuty na minutę pasma syntezatorów skrupulatnie, choć ledwo dostrzegalnie narastają. Ściana dźwięku jednak nie kruszeje. W 10 minucie narracja zostaje doładowana nowym, jeszcze niższym pasmem. Płynny epicki kolos toczy się dalej, jak zwykle w przypadku DN, z żelazną konsekwencją. W 15 minucie z trzeciej galaktyki dociera do nas heavy-harshowy krzyk wciąż żywego saksofonu, który buduje intrygującą ekspozycję. A napięcie wciąż rośnie, aż po kres 17 minuty! Nagranie kończy pulsujące, kilkudziesięciosekundowe, syntezatorowe wybrzmiewanie. **)




Colin Webster  Hiss (Raw Tonk Records, Cassette 2018)

Czy solowa płyta na saksofon altowy i barytonowy może dziś dla nas stanowić ratunek, dać chwilę niezbędnego odpoczynku? Recenzent wkłada to pytanie do przegródki – retoryczne! Soundsavers Studio, Londyn i kolejny ulubieniec redakcji, Colin Webster. Na pierwszej stronie kasety Hiss użyje altu, na drugiej zaś barytonu. Łącznie 24 minuty z sekundami (uwaga! to bardzo ważna wiadomość dla mniej tolerancyjnych akustycznie).  

Oto przed nami potok harsh electronic noise made by acoustic magic! Podmuch powietrza z tuby saksofonu zostaje poddany kompresji, a następnie czynności określanej przez muzyków i realizatorów dźwięku jako equalling. Syk szumu, oddech wampira, dron lodowatego powietrza z rozgrzanej tuby – to efekt powyższych działań. Choć charakter dźwięku, jaki słyszymy tego nie sugeruje, recenzent jest pewien, że ustnik saksofonu znajduje się w posiadaniu absolutnie żywej postaci, która wdmuchuje weń powietrze z własnych płuc. Altowy dron fonii przypomina nalot dywanowy wojny sześciodniowej. Szczęśliwie muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego.

Hiss, to po solowych płytach Alexa Reviriego i Christiane Bopp (patrz: lista the best 2018!), kolejna skrajnie nowatorska plyta, która ewidentnie pcha muzykę ku nieustannemu rozwojowi, tu pokazując przy okazji, jak niesamowitym instrumentem może być drewniany dęciak, a moc akustyki, jaką produkuje, zdewastować może bez trudu narząd słuchu każdego fana zaawansowanej noise elektroniki.

Monotonny flow narracji, będący skutkiem artystycznej konsekwencji i determinacji muzyka, na stronie barytonowej przyjmuje postać dwuelementową. Jakbyśmy słyszeli dwa, niezależne od siebie komponenty – górny, silnie szumiący i dolny, równie ekspresyjnie drżący. Są i momenty masywnych przegięć fonii. Po czasie dolna warstwa przymiera, a w naszych uszach pozostaje już czysty biały harsh szum, który zdaje się nie mieć końca. Prawdziwie dewastujące, ale i oczyszczające zjawisko przedmuchiwania wielkiej rury, prowadzącej na samo dno piekła lub na skraj tego samego nieba ***).




Farida Amadou / Timothée Quost / Tom Malmendier  QUAM! (Raw Tonk Records, CD 2018)

Czas na stuprocentowych debiutantów na łamach Trybuny! Pozostajemy przy późnojesiennych premierach Raw Tonk i co ważne - przy kilka chwil towarzyszyć nam będzie nieco spokojniejsza muzyka (oczywiście z pewnymi wyjątkami!). Trio w składzie: Farida Amadou na elektrycznym basie, Timothée Quost na trąbce (plus mikrofon i mikser) oraz Tom Malmendier na perkusji. Kwiecień 2017, Paryż i sześć dalece swobodnych improwizacji, łącznie 41 i pół minuty.

Na wejściu w proces improwizacji odnajdujemy muzyków zatopionych w akustycznej i elektrycznej sonorystyce – szmer studia nagraniowego, drżące perkusjonalia, sucha tuba trąbki, macanki na gryfie basówki czynione kobiecą ręką, rozcieranie szorstkich powierzchni płaskich. Muzycy ciekawie budują sieć dźwięków, stopniowo podnosząc poziom głośności. Bas dudni i drży, trąbka szumi niczym wielki wentylator w trakcie tropikalnego upału, perkusja czuwa i robi swoje. Zmysłowy poemat swobodnej improwizacji. Realizacja Drugiego Tytułu zajmuje muzykom dokładnie 69 sekund – gęste zwarcia, ciało w ciało, odrobina konstruktywnej agresji i przykład na to, że trąbka i bas elektryczny potrafią się zwinnie imitować. Trzeci Tytuł znów odpalony zostaje w klimatach deep sonore. Farida snuje spokojny walking, daje nawet kilka wyższych dźwięków. Obok Timothée i tłusta pajęczyna trębackich nieoczywistości (doskonałe!). Perkusista Tom opowiada swoją historię niemal w zupełnej ciszy. Cała trójka zmysłowo szeleści, czyniąc mnóstwo molekularnych interakcji. Po 10 minucie mała eskalacja, po kolejnych trzech cuda na gryfie – metal o metal. Prawdziwie epicka improdrama. Po 16 minucie nawet garść jazzowych zachowań, rodzaj powykręcanego fussion funk! Bijąca stopa i całusy trąbki, aż do 20 minuty! Brawo!

Czwarty odcinek trwa … 9 sekund, słyszymy głównie talerze. Piąty zaś mało dyskretnie przypomina nam o ogólnym charakterze dzisiejszej zbiorówki – noise power fussion! Trąbka brzmi jak gitara, może jak przepalony syntezator, a bas gotuje się w 100 stopniach Celsjusza. Potem jest i harsh noise, i elektroakustyczna pulsacja blaszaka, wreszcie charkot basu i wciąż bijąca stopa. Jakże gęsta historia! Na finał bystre uspokojenie, szukanie rozwiązań akustycznych i tajemniczo zagubionej ciszy. Dużo przestrzeni, czasu i głębokich oddechów. Finał pełen emocji i odrobiny szaleństwa ze strony trębacza.




Jason Nazary/ Terrie Ex/ Jasper Stadhouders  Live at Space is the Place (Doek Raw, DL 2018)

Amsterdam klub Space is The Place, listopad 2016. Na scenie dwaj gitarzyści z prądem – Terrie Hessels, świetnie znany nam z punkowego The Ex, oraz równie poważny gracz, bardziej wszakże na scenie free jazz/ free improv, Jasper Stadhouders (w niektórych momentach grał będzie także na gitarze basowej). Towarzyszy im na perkusji Jason Nazary. Muzycy będą dość swobodnie improwizować przez 35 minut i 32 sekundy.

Oddajemy się we władanie dwóch elektrycznych gitar, spętanych w post-rockową improwizację, wspieranych zwinnym, free jazzowym drummingiem. Będzie hałas, będą emocje, nie zabraknie wszakże chwil wyciszenia i poszukiwania, głęboko zaszytych pomiędzy strunami, pokładów niebanalnej gitarowej sonorystyki.

Od startu czujemy, że muzycy świetnie się czują ze sobą na scenie, tryskają prawdziwie koncertowym, rockowym temperamentem. W 4 minucie, po stronie Hesselsa, słyszymy połacie bardzo basowych dźwięków, ale to wciąż gitara, która szuka dna swojego brzmienia, przy okazji frazując na jazzowo. Pierwsze poważne tłumienie emocji następuje w okolicach 7 minuty, by po niedługim czasie, znów uderzyć w dzwon i bez trudu eksplodować na nowo. Gitarzyście prowadzą błyskotliwy dialog ponad gatunkowymi podziałami. Są jednocześnie agresywni i zmysłowo oniryczni. Drummer trzyma środkowe pasmo i kontroluje przebieg wydarzeń bardzo komunikatywnym bębnieniem. W 12 minucie Jasper sięga po gitarę basową, wchodzi w dynamiczny dialog z perkusją, po czym kreśli bystrą i technicznie doskonałą ekspozycję solową. Muzycy stopują po 20 minucie – duża echa i pogłosu po stronie Jaspera, rytmiczne parskania po stronie Terrie’ego. W tej improwizacji dzieje się naprawdę dużo, choćby po kolejnych pięciu minutach, świetny duet Terrie i Jason, pod który podłącza się Jasper silnie rozciągając struny i wchodząc w niełatwą dramaturgicznie imitację. Im dalej brniemy w ten koncert, tym bardziej nam się podoba. Na finał znów porcja niskich dźwięków (i to z flanki Terrie’ego!), także skuteczne poszukiwanie ostatniego dźwięku, niepozbawione nieco kokieteryjnej nieśmiałości. ****)




David Birchall  Dusk + Tongues EP (Vernacular Recordings, CD + DL 2018)

Oto dobiegliśmy do końca naszej wyjątkowo dziś dynamicznej zbiorówki. Na sam koniec prawdziwy chill-out przy akustycznych dźwiękach gitary z nylonowymi strunami! Brytyjski gitarzysta David Birchall (znamy się z wielu mniej subtelnych wcieleń) zaprasza nas do własnego domu na gitarowe, improwizowane piosenki bez słów, wykonywane samotnie o zmierzchu. A tuż potem - na deser - kilka bardziej absorbujących intelekt gitarowych opowieści - z prądem, elektroniką, a nawet szczyptą plądrofonii.

Najpierw wszakże rzeczony Dusk i siedem historyjek, łącznie 40 minut. Delikatne, czyste, nylonowe struny, spokojne, minimalistyczne akordy, czas na wybrzmienie i spore połacie ciszy pomiędzy dźwiękami. Mały pokój, chwilami otwarte okno, ciche oznaki życia na zewnątrz. Filozofia relaksu, zadumy, poszukiwania drugiego dna muzyki improwizowanej. Czynności wykonywane przez artystę wyłącznie dla siebie, jakby nieco przez przypadek udostępnione szerszemu odbiorcy. Rodzaj akustycznej terapii dla umęczonych rzeczywistością zastaną receptorów słuchu. Każda z piosenek wydaje się inną, choć wszystkie są do siebie niezwykle podobne.

Krótka płyta Tongues przenosi nas do zupełnie innego, choć również domowego świata. Gitara, przetworniki, pick-upy, mbira, moc elektroakustycznych generatorów dźwięku, zapewne także domowy laptop (pięć opowieści, łącznie 17 minut). Preparacje, kind of guitar sonore, szczypta mikroelektroniki. Opowieść tkana z małych dźwięków, mikro dewastacji, pętli i niemiarowych zniekształceń. Intrygujące puzzle post-rocka, post-improwizacji, post-elektroniki… Druga historia syci nasze uszy niebanalną plądrofonią, łamanymi półdźwiękami, w pełni syntetycznymi. Trzecia stawia na dekonstrukcję akustycznego brzmienia gitary, szmery i rezonanse. Czwarta, to gitarowy ambient, piękna miniaturka. Finałowy fragment znów szuka zadziorów i dewastuje dźwięk - sample, szmery, kind of electronic noise. Naprawdę udana wprawka, taka mała wycieczka w nieznane – David, we are waiting for more!




*) Kwartet BROM zagra niebawem trzy koncerty w Polsce – w Krakowie 11 lutego, we Wrocławiu 12 lutego, a w poznańskim Dragonie 13 lutego: https://www.facebook.com/events/367512687315254/


***) free downloading available! https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/hiss

****) free downloading available! https://doekraw.bandcamp.com/album/live-at-space-is-the-place





wtorek, 19 czerwca 2018

Wilkinson! Birchall! Cheetham! Grew! Fairhall! Slot Racket! Tombed Visions’ Crusade Of Improve Continues!


Nowa brytyjska scena muzyki improwizowanej ma swój ważny ośrodek edytorski w Manchestrze. Wydawnictwo zwie się Tombed Visions, prowadzone jest przez saksofonistę Davida McLeana, wydaje kasety, cd-ry i od czasu do czasu pełnogatunkowe CD. Uważni Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym doskonale, albowiem produkty tego labelu były niejednokrotnie przedmiotem zainteresowania Pana Redaktora.

Dziś znajdujemy odpowiedni moment, by pochylić się nad trzema parzystymi nowościami wydawnictwa. Piszę parzystymi, albowiem TV wydaje także muzykę spoza sfery wolnej improwizowanej, czy free jazzu i nimi na ogół nie zajmujemy się. A tak bowiem się składa, że te pozycje, które nas dziś szczególnie interesują, mają w katalogu numery 48, 50 i 52. Ta ostatnia, przy okazji, jest najnowszą z nich.

Przed nami dwie kasety i jeden CD, a na nich muzycy młodzi, groźni i nieopierzeni, ale także ci nieco starsi, którzy metrykalnie śmiało mogliby wziąć się siebie odium ojcostwa.





Alan Wilkinson/ David Birchall/ Andrew Cheetham  Live at Islington Mill (Kaseta, TV52)

Zaczynamy dynamicznie, z odpowiednią porcją hałasu, pełni jedynie dobrych emocji. Koncert tria miał miejsce w kwietniu ubiegłego roku, w miejscu, które precyzyjnie wskazuje tytuł płyty. Alan Wilkinson na saksofonie barytonowym, altowym i klarnecie basowym, David Birchall na gitarze elektrycznej oraz Andrew Cheetham na perkusji. Dwie strony kasety trwają łącznie 36 minut i 30 sekund.

Side A. Saksofon altowy wniesiony kantem ku niebu, punkowy brud na gryfie gitary, pełnej spiętrzonej elektryczności, progresywna, lekko synkopowana perkusja. Free jazz pełną gębą, od pierwszego westchnienia, ukradkowego spojrzenia, drżenia rąk i bicia serca. Tempo, emocje, iskry! Alt śpiewa, gitara rozrabia, od początku utaplana w pocie i znoju, drums z silnym rytmem za pazuchą, serce i krew tej improwizacji. Birchalla znamy co raz lepiej, wiemy, jak zwinnie potrafi kłębić dźwięki na gryfie, wtykać je wulgarnie pomiędzy struny. Od startu robi swoje i skupia uwagę publiczności. On nie potrafi inaczej! Eskalujący się, raz za razem, alcista ma z takim gitarzystą zdecydowanie po drodze. Weteran trzyma sztamę z młodziakami, aż mu się uszy trzęsą z emocji. I wcale bardziej się nie poci! Narracja płonie jak ogień, bez przystanków, znaków zapytania i myślników. Sperma na ścianach, radość w sercach słuchaczy! Fire music! Pierwszy delikatny stopping dopada nas po wielu minutach eskalacji. Zakotwiczony na sprzężeniach gitary, psychodelii jej ruchów. Saksofon brnie w imitację, to także dobry pomysł. Perkusja na straży precyzyjnego chaosu improwizacji, pilnuje, by soliści nie poszli w tango zbyt wcześnie. Im dalej muzycy zagłębiają w coraz swobodniejszej narracji, tym więcej kreacji daje z siebie Birchall, czasami pozostawiając starszego kolegę z saksofonem w sytuacji podbramkowej, gdy równie wartościowa ekspozycja nie może stać się już jego udziałem. Nie brakuje wszakże wyjątkowo trafionych decyzji – choćby piękny pasus gitarowy na skraju strun, melodyjnie i zwinnie komentowany przez alt. Puentą – solowa ekspozycja Cheethama. Wióry wszakże lecą. Dęciak grzmi, gitara idzie w psychodelię i tyle po perkusyjnej solówce. Efekt zadowala jednak nawet najwybredniejszych: free jazzowy galop (z kajetu recenzenta: jakość dźwięku nie jest szczególnie doskonała). Wilkinson atakuje na barytonie, dobra decyzja! Całkiem poważna batalia! Free punk jazz! Dużo anarchii, dobrych zwarć i pyskówek! Ogniste power trio!

Side B. Na starcie bardziej stojąca narracja. Saksofon wyzwolony, perkusja w ruchu, gitara zanurzona w psychodelii. Dobry zaczyn dla eksplozywnych iteracji. Znów gęsto, głośno, zamaszyście. Muzycy idą na całość, pytanie tylko, czy poziom komunikacji mógłby być nieco lepszy. To zdaje się być jednak pytanie retoryczne w ognistej sytuacji scenicznej. Być może bardziej perfekcyjna jakość dźwięku pozwoliłaby recenzentowi silniej wgryźć się w niuanse, w bogatą fakturę narracji Birchalla, zamiast tracić czas na zbędne ambiwalencje. Gitarzysta bezwzględnie dzierży już bowiem miano Króla Polowania! Jakby na zawołanie mamy dość brutalny stopping w połowie strony kasety. Kameralna atmosfera, zapach złej psychodelii w powietrzu. Skupienie, zaduma, procesy myślowe. Alan na klarnecie basowym, nie rwie jednak włosów z głowy recenzenta. Moment tłumienia emocji, moment reemisji spokoju. Zdaje się, iż jednak ta trójka lepiej czuje się w hałasie – sprzężenie pomiędzy strunami, niczym wezwanie do zmiany klimatu narracji. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak szybkie pozytywki. Kipią ekspresją, czynią swoje powinności, aż czuć finałem koncertu w powietrzu. Birchall brnie w gęsty, wręcz metalowy noise, pytanie, czy w tym akurat momencie w ogóle słucha swoich partnerów. Alt wisi na niebie i skowycze, drumming trwa. Umiarkowany poziom komunikacji pomiędzy muzykami implikuje konieczność finałowego wybrzmiewania. Słuszny wybór!




Stephen Grew & Adam Fairhall  Free Piano From The English North (CD, TV50)

Jeśli po sporej porcji jakże konkretnego free jazzu, zasłużyliśmy na odrobinę wytchnienia, to dostarczyć go może duet dwóch fortepianów. Ale uwaga, proszę do końca nie nastawiać się na foniczny chill out! A zatem, tym razem, okoliczność studyjna, ciepłe lato 2016 roku, Axis Music, MMU Cheshire (gdziekolwiek to jest w Zjednoczonym Królestwie). Adam Fairhall – kanał lewy, Stephen Grew – kanał prawy, obaj przy klawiaturach grand piano. Zagrają 11 improwizacji, łącznie 59 minut bez kilku sekund.

1. Piano z klawisza, dostojny, marszowy krok Adama. Delikatne pasaże z akcentami basowymi. Stephen włącza się po stu sekundach. Rozmowa pianistów ma charakter niezobowiązujący, prowadzona jest jednak zdecydowanie w tym samym języku. Odcień klasycyzmu, choć prawy instrument zdaje się deklarować więcej ochoty na drobne swawole. W 5 minucie temperatura podnosi się nieco, muzycy łapią zwinny flow, zapewne są już po bruderszafcie. 2. Odrobina inside piano na obu flankach, tak w pół drogi do preparacji. Ładne dla ucha, swobodne improwizacje, bez prężenia muskułów i przegrzewania zwojów mózgowych. Po pewnym czasie muzycy znów wybierają galop, jako artystyczny środek wyrazu. Why not! Na finał utworu błyskotliwe przekomarzania. 3. Znów startujemy wewnątrz instrumentów, pogłos grand piano dodaje swoje. Najpierw prawa strona, potem lewa. Dynamiczne interakcje, wspólny śpiew, separatywne akordy. No i galopada w ramach rozwinięcia. 4. Lewa strona pod klawiszami, prawa w sumie .. też. To jednak Grew jako pierwszy powraca na zewnętrzną stronę klawiatury. Fairhall nie jest aż tak wyrywny. Prawa strona stawia na melodię i zaprasza do tańca, lewa kryguje się jak panna na wydaniu. Efektem ciekawa wymiana dźwięków. Najdłuższa na płycie, jakże zmysłowa piosenka. 5. Od startu dwa rumaki w galopie. Siła wiatru, smak potu, grzmoty emocji. Adam jakby oparty o klawisze, Stephen jakby na nich tańczył. Dynamika rośnie, lewa strona aż rezonuje z wrażenia. Piękny moment na wybrzmieniu! 6. Status quo w zakresie dynamiki z klawisza. Rodzaj ciekawego call & response. Mały konkurs piękności. Adam biegnie wzgórzem, Stephen doliną. Udanie szukają kontrastu, by po chwili popaść w imitację. Na finał galopada, ramię w ramię, po czarnych klawiszach. 7. Spokój, dużo ciszy pomiędzy frazami, czasami pomiędzy pojedynczymi dźwiękami. Wymiana solowych mikroekspozycji. Subtelności, uprzejmości, całusy ledwie muskanych klawiszy. Trochę małych preparacji. Po stronie Adama delikatny smak klawesynu w brzmieniu. Narracja ma rytm w tle. 8. Na wstępie Adam bada gramaturę strun swojego instrumentu. Mutuje dźwięki, szuka wywrotowej akustyki. Jedna ręka inside, druga outside. Komentarz prawej strony jakże stylowy. Potem grają już z przytupem i nie stawiają znaków zapytania. Trochę rezonansu, trochę repetycji wieńczy najciekawszy sonorystycznie fragment płyty. 9. Cicha rozmowa pod kołdrą. Kochankowie w zalotach. Lewa flanka preparuje, prawa repetuje przy użyciu dwóch klawiszy, czyniąc skromny akompaniament. Kolejna perełka w zestawie. Grew niespodziewanie wzywa na parkiet. Jest pełen determinacji, a Fairhall wcale nie oponuje. 10. Klasycyzujące intro z lewej strony, gdy prawa imituje. Każda akcja może liczyć na reakcję. Wszystko wszakże dzieje się w ramach programowej jednomyślności. Adam na czarnym polu, Stephen mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Rytm, dynamika, emocje i ładne wygaszenie płomienia. 11. Finał płyty rodzi się z ciszy, preparacjami czynionymi samymi końcówkami palców. Small drumming na pudle rezonansowym na prawej. Niczym metronom, stawia zasieki. Adam jeszcze głębiej zanurza się w swoim instrumencie, także szuka powtarzalności. Od 3 minuty Stephen zdaje się czynić to samo. Ciekawy finał, urokliwy zachód słońca, ale taki, tuż po burzy z piorunami.   




Sloth Racket  See The Looks On The Faces (Kaseta, TV48)

Na finał manchesterskiej sagi nowości odrobina muzyki skomponowanej, rzuconej następnie w wir swobodnej, chwilami niezwykle jazzowej improwizacji. Przy odrobinie wysiłku możemy tu mówić także o tzw. improwizacji predefiniowanej. Zwał, jak zwał, przed nami po dwa fragmenty dwóch koncertów kwintetu o niebanalnej nazwie Slot Racket. Pod koniec czerwca roku ubiegłego, na scenach w Norwich i Cambridge, wystąpili następujący muzycy: Cath Roberts na saksofonie barytonowym (to ta właśnie dama odpowiada za warstwę kompozycyjną), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na basie (kontrabasie) oraz Johnny Hunter na perkusji. Słowo się rzekło, zatem 4 odcinki muzyczne, które trwają blisko 63 minuty.

Norwich 1. Molekularne, interaktywne zabawy w dźwięk. Twarzą w twarz, instrument naprzeciwko instrumentu. Moc skupienia, szczypta artystycznego cierpienia, tryskające onomatopeje. Dwa groźne dęciaki, rozbudowana o gitarę z prądem, mocna sekcja rytmiczna, która nie chce być nadmiernie posłuszna dyrektywom kompozytorskim. Gęsto od dźwięków, silna porcja inspiracji ze strony każdego z muzyków. 5 minuta i coś na kształt klasycyzującej kameralistyki, z pewnością efekt prac twórczych barytonistki. Przykład niebanalnej wolty stylistycznej na tle tego, co usłyszeliśmy na starcie. Narracja szybko jednak powraca na uprzednio opuszczony tor, pozostaje nieśpieszna, lekko hamowana instrukcyjnie, w stanie ciągłego poszukiwania ciekawszych rozwiązań dramaturgicznych. Incydentalnie potrafi być ona intensywna i pełna buzujących emocji. Tuż potem bywa wytrącana z rytmu i poddawana artystycznej sterylizacji, jakby sceniczna anarchia była tu dopuszczalna tylko w skończonej liczbie przypadków. Muzycy stawiają na wzajemne relacje i zdrowe reakcje. Zdecydowanie są razem ze sobą i dobrze im z tym faktem. 10 minuta, kolejny stempel kameralistyki, tym razem smykiem po gryfie kontrabasu. Kolektywizm budowany heroicznością zjawisk separatywnych – co stanowić może zarówno zaletę, jak i wadę w procesie improwizacji. 13-14 minuta, to znów przejaw predefinicji – pasus grany zgrzebnym unisono. Na finał odcinka, trochę free jazzowego galopu pod dyktando barytonu.

Norwich 2. Furia i emocje! A całość na obrzeżach zdaje się hard-bopowo swingować! Muzycy podają jazzowy temat z melodią i szykują się do skoku na głęboką wodę. Dobre solo kontrabasu na tle perkusji, to dobry trop w tej ekspozycji. Recenzent czeka aż gitara wejdzie komuś w drogę i zasieje ferment. Nastrój chwili, choć krnąbrny, robi się odrobinę barowy. Roberts daje zatem sygnał do bardziej dynamicznych zachowań na scenie. Rytm i melodia dane z góry, kreacja i temperament muzyków, jako efekt na wyjściu. Intensywny taniec free jazzu, pod silną batutą barytonu, a potem dobre hamowanie w oparach kameralistyki.

Cambridge 1. Zmiana lokalu i cyfry w dacie. Jest dzień później. Roberts znów rządzi, czyniąc niemal powinności frontmana. Recenzent u progu koncertu staje przed dylematem, czy woli anarchizujące, rozchełstane improve, czy raczej ład i porządek jazzu. Muzycy od progu drugiego koncertu stawiają na taki właśnie dysonans poznawczy. Jeśli Norwich ociekało krwią, to Cambridge pachnie perfumami roznegliżowanych kelnerek. 4 minuta, to zejście w ciszę i nutka kameralistyki. To zdaje się być stały punkt programu koncertowego Sloth Racket. Baryton znów przywraca prąd w sieci i buduje ekspozycję, która ma smak i dramaturgię, ale niekoniecznie rwie trzewia. Jazz, this is jazz! Po chwili alt prosi o głos, ale czyni to w pozycji na kolanach. Gitara snuje opowieści sąsiedzkie i nie jest w stanie porwać tłumów.

Cambridge 2. Im dalej w las, tym więcej drzew. Temperament muzyków nie eksploduje, narracja nie gęstnieje. Krok po kroku, szukamy szansy na odrobinę ekscytacji. Muzyczna anarchia z Norwich uleciała niczym zwinna gołębica. Kontrabas gra melodię smykiem, reszta mu akompaniuje. Barowy klimat ala nowojorski Lounge Lizards, tylko pozbawiony tamtego humoru. W 5 minucie, baryton i gitara sieją molekuły fermentu. Małe iskry, posmak akcji. Baryton czuje odpowiedzialność za działania całego kwartetu. Kontrabas powraca z melodyjnym zaśpiewem pomiędzy strunami. Szczęśliwie muzycy zdołali nieco wyrwać się z barowego letargu i dają radę unieść ciężar zadania w ujęciu dramaturgicznym. Nadzieja recenzenta nie trwa zbyt długo. Ktoś zarządza stopping i narracja ponownie powłóczy nogami, jak stara ladacznica na rogu ulicy. Być może po wczorajszym koncercie w Norwich, część nieartystyczna była zbyt długa i energetyczna. 15-16 minuta, zapewne ostatnie dziś ogrywanie tematu, z mikrodrobinkami bardziej ekspresyjnych zachowań. Czas do finałowego wybrzmiewania upływa bez zakłóceń.



poniedziałek, 28 maja 2018

Andreae! Birchall! Nakamura! Willberg! Anarchy Improve Made in Japan!


Wydarzenia na młodej, brytyjskiej scenie muzyki improwizowanej, szczególnie tej mającej ewidentnie post-punkowe korzenie, śledzimy na bieżąco. Każdy miesiąc przynosi nowe tytuły, w czym prym wiedzie, szczegółowo już na tych łamach omówiony, label Colina Webstera – Raw Tonk Records! Czas zatem na majową premierę!

Trio Andreae/ Birchall/ Willberg gościło już u nas dwukrotnie. W grudniu ubiegłego roku omówiliśmy krążek A Hair in The Chimney, zaś kilka tygodni temu koncertowe ujawnienie tego składu – Live in Beppu. Ten drugi incydent artystyczny dokonał się w trakcie pobytu Brytyjczyków w Japonii, wiosną roku ubiegłego. Także wówczas, w samym Tokyo, trio zarejestrowało materiał z elektronicznym magikiem tamtejszej sceny Toshimaru Nakamurą, którego znamy choćby ze wspólnych nagrań z Johnem Butcherem. Piszę o nim magik, wcale nie będąc złośliwym. Muzyk obsługuje bowiem no input mixing board, czyli urządzenie elektroniczne generujące dźwięki samo z siebie, nie mające nic na wejściu. Tylko komputer i jego wnętrze! Prawdziwe muzyczne perpetum mobile!




Muzycy zagrali koncert w Tokyo 13 kwietnia 2017 roku, a co skrzętnie podpowiada tytuł dysku, rzecz działa się w miejscu zwanym Ftarri. Sam Andreae na saksofonie, David Birchall na gitarze elektrycznej, Otto Willberg na kontrabasie, wreszcie wspomniany Toshimaru Nakamura na owej desce rozdzielczej. Nagranie Live at Ftarri składa się z czterech części i trwa niespełna 45 minut.

One. Od samego początku narracja gęsta jest od zgrzytów, szturchnięć, przepięć, dziwnych, brudnych, dotkliwych artystycznie incydentów akustycznych, wspieranych oprzyrządowaniem, które generuje swój dźwiękowy świat nie korzystając z niczyjej pomocy, czyli w stu procentach wirtualną rzeczywistość! Meta noise, który ma zarówno akustyczne źródła dźwięku, jak i te elektroniczne. Tłusta, soczysta, twarda elektroakustyka! Do improwizacji tria w aurze field recordings z Live in Beppu doszło trochę kabli i kilka giga bajtów pamięci, a w muzyków ze Zjednoczonego Królestwa jakby nowy duch wstąpił, jakby dostali trzy nowe życia! Ile energii, jakie emocje, cóż za temperamenty! Od lewej – groźny kontrabas z ołowianym smykiem, zakotwiczony saksofon z pordzewiałą tubą, deska z kablami, które skwierczą i wiją się wokół muzyków, no i rozdygotana gitara, która szuka zwady, gotowa na każde sceniczne rozwiązanie. Ta ostatnia wchodzi w ciągłe zwarcia z elektroniką i czyni wiele dobra dla jakości improwizacji. To na razie zasadnicza oś wydarzeń. 10 minuta, muzycy zdają się tworzyć bardziej płynne ekspozycje, które zaczynają ciekawie ze sobą konweniować (tu także, saksofon z kontrabasem).

Two. Wolniej, dosadniej, ale równie zgrzytliwie, niepokornie, punkowo. Ciekawy pasaż wprost z saksofonu Andreae (muzyk ciągle na krzywej wznoszącej), jak zwykle oryginalny Birchall na gitarze (świetnie znamy go z tej strony). Szczypta industrialnych dźwięków, które dobrze robią temu fragmentowi improwizacji. Kontrabas wisi na smyku, a gitara z deską wytrwale rysują powierzchnie. Głębokie bruzdy, nisko zawieszone drony. Od 6 minuty muzycy nieco tłumią emocje. Działają bardziej selektywnie, kilka skupionych, małych opowieści. Na finał traka intrygująca próba kolektywnych imitacji (tu, na osi saksofon i deska).

Three. Intensywna interaktywność ze strony wszystkich uczestników spektaklu. Nieco onirycznej zwiewności, lekkości, groteskowości dźwiękowej. Bez pośpiechu, ale z zadziorami, wręcz natarczywie. W tym akurat momencie deska zdaje się być odrobinę zbyt aktywna, zawłaszcza wysokie pasmo nadawania. W ramach komentarza, spora dawka akustycznych mikrozdarzeń. Ta płyta miała lepsze momenty – notuje niecierpliwy recenzent. Najlepszym rozwiązaniem zdaje się być krok w kierunku noise, co muzycy czynią, wykazując się dużą czujnością dramaturgiczną. Dobra waloryzacja! Na finał części kilka dotkliwych zwarć, pyskówek i drobnych złośliwości. Jakież to piękne! Sporo elektroniki, ale w jak najlepszym stylu.

Four. Kontynuacja sytuacji na scenie, ale w nieco spokojniejszym wydaniu. Separatywne ekspozycje, które sobie nie szkodzą. Bywa nawet, że ze sobą zgrabnie konweniują. Deska znów odrobinę nadpobudliwa, ale muzyk słucha, co grają pozostali i na ogół podejmuje dobre decyzje, wchodzi w ciekawe interakcje. Dobry głos saksofonu, udane pętle na gryfie gitary, a kontrabas znów wisi i drży. Gęsta, narowista narracja najeżona ostrymi krawędziami, kantami i brudem za paznokciami. Muzycy wybrzmiewają z potem na czole, a najciekawiej dzieje się na skrajnym pozycjach – kontrabas plącze struny, gitara psychodelizuje. Deska zdaje się wybierać ton hałasu, ale recenzent wybacza Japończykowi tę woltę, gdyż całość płyty broni się bez cienia wątpliwości. Muzycy udanie gaszą światło!


piątek, 20 kwietnia 2018

David Birchall & Vernacular Recordings! The full catalogue overview!


Młodej, zbuntowanej muzyki improwizowanej z samego środka Zjednoczonego Królestwa ciąg dalszy! Manchester w natarciu, nie tylko w wymiarze futbolowym!

Dzielna zasada DIY (zrób to sam), szare kartony, kompakty, cd-ry, singiel winylowy, wolność, swoboda, anarchia, improwizacja – jakież to piękne!

Maleńki label prowadzony przez gitarzystę Davida Birchalla – Vernacular Recordings *) – doczekał się właśnie szóstej pozycji katalogowej. Przyjrzymy się jej szczegółowo, a potem także poprzednim pozycjom, zaś jedną tylko przywołamy, gdyż była już na tych łamach recenzowana.




Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ Live in Beppu  (VR 006, 2018)

Beppu, Japonia, kwiecień 2017 roku; Sam Andreae – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas, David Birchall – gitara elektryczna; 1 fragment, blisko 62 minuty.

Improwizowany environment, trzech muzyków, bar, podwórko tuż obok, dzieci, głosy dorosłych. Odgłosy miasta, pociągi, samoloty, instrumenty i wszystko, co muzycy mają pod ręką. Mikrobiologia dźwięku, bezmiar specyficznego field recordings. W aspekcie czysto muzycznym dużo pojedynczych, urywanych fraz, niedokończonych narracji, zdań kończonych w pół słowa. Improwizacja zaniechania, punkowy brud, anarchia fonicznego rozkładu, programowa nonszalancja, etos kontestatora. 6 minuta, pierwszy przejeżdżający pociąg, niczym kontrapunkt dla zbuntowanej opowieści. Dużo humoru, artystycznych przekomarzań. Równouprawnienie wszystkich dźwięków, każdego zachowania scenicznego. 9-10 minuta, trochę psychodelii wprost z gryfu gitary, wspomaganej wiatraczkiem imitującym nieistniejącą klimatyzację, dobrze robi tej kolektywnej zabawie w nieoczywiste rozwiązania foniczne. Narracja, w której dysonans i natarczywa chęć dekonstrukcji są ważniejsze od snucia spójnej opowieści (15 minuta, kolejny pociąg). 18-20 minuta, nieco więcej muzyki wprost z typowych instrumentów, gitary, saksofonu i kontrabasu. Gdy improwizacja brnie w zabawę, to, co dzieje się wokół w ramach odgłosów świata zewnętrznego, zdaje się być wręcz ciekawsze. 28 minuta, muzycy schodzą do poziomu ciszy i wszyscy zasłuchują się w dźwięki, jakie powstają poza sceną. Oczekiwanie na to, co wydarzy się właśnie tam… Szum ciszy, dzieci, głosy, huk powietrza (smogu?). Muzyka istotnie konkretna - trzaski, obtarcia, brzęczenia. 32 minuta - regulujemy zegarki, przejeżdża bowiem kolejny pociąg. Tajemnicze tło, to zapewne zamierzony efekt. Psie zabawki w użyciu! Kochamy anarchię! Obiekty drżą, jęczą i skomlą. W tubie saksofonu prawdziwa kipiel (35 minuta). Po 40 minucie znów jakby więcej muzyki w naszych uszach, nawet szczypta hałasu. Andreae na przekór wszelkim konwencjom saksofonistów, Willberg, który lubi wisieć na gryfie kontrabasu, Birchall poszukujący, niestrudzony, to właśnie z jego strony dociera do nas najwięcej interesujących rzeczy. 46 minuta, narracja znów prawie staje w miejscu. Słuchamy dzieci. Szum i drobne sprzężenia. Oczekiwanie, leniwe napięcie. Sonoryzm nie podłączony do strony mocy. Grymaśne dźwięki. Zapomniane historie miłosne, onomatopeje. Anarchia zdaje się górować nad improwizacją. 57 minuta, powraca mikrobiologia, woda kapie z sufitu nieba, to chyba próba stłumienia ambiwalencji recenzenta. Punk’s Not Dead? Indeed! Szukamy puenty, a życie wokół toczy się dalej. Kolejny pociąg, już na ostatniej prostej tego występu. Zostajemy sami z brzmieniem świata wokół nas. To chyba nie koncert, raczej uliczna improwizacja terenowa. Live in Beppu!

Poprzedni album tego tria, studyjny A Hair In The Chimney (VR 004, 2017), zrecenzowany został w tym miejscu.




David Birchall/ Colin Webster ‎Gravity Lacks (VR 002, 2016)

Londyn, maj 2015; David Birchall – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon tenorowy; 4 fragmenty (dwa solowe, dwa duetowe), 57 minut.

Colin solo! Głęboko zanurzony w tubie, tańczy na jej krawędzi, skacze pomiędzy dyszami, krzyczy w samym środku ustnika. Sonoryzm w szczytowej fazie rozwoju. Smukła, dociekliwa narracja, dbałość o jakość każdego zadęcia. Saksofon tenorowy w kompulsywnym marszu po swoje. Precyzja, technika, panowanie nad emocjami – jak zwykle u tego muzyka wręcz modelowe. I te wrodzone skłonności do punkowego brudu w brzmieniu! Oklaski!

David solo! Struny i amplifikatory kreślą spójną, nieśpieszną, delikatną opowieść. Szczypta oniryzmu pomiędzy strunami, metalicznego wdzięku każdego … dźwięku. Krok za krokiem, nutka za nutką. Narracja pętli się i narasta, błyskotliwie sprzęga i grymasi. 5 minuta, rodzaj rockowych, nieco hałaśliwych incydentów. Tuż potem szybki powrót do stanu pierwotnego. Dużo foni w jednostce czasu, jakbyśmy słuchali duetu, a nawet tria gitarowego. Prawdziwa ferria barw gitary elektrycznej w żmudnym procesie improwizacji. David doskonale panuje nad instrumentem, także nad emocjami recenzenta. Precyzyjna wolta z posmakiem hinduskiej ragi gdzieś w środku pudła rezonansowego, na ostatnich skrawkach strun. Opiłki geniuszu na gryfie! Doskonałe! 12 minuta przynosi kolejne skrawki noise’u, także drobiny ciszy zawieszone pomiędzy nimi. Prawdziwy poemat improwizacji na gitarę solo! Na finał molekularna ekspozycja ślizgającej się po gryfie kostki, która wprawia struny w mikro rezonans. Jakby gitara pogwizdywała! Na ostatniej prostej taniec zanurzony po uszy w nanobiologii psychodelii. Strictly Wonderful!

Duo 1! Zmasowana, choć odrobinę ulotna sonorystyka tuby i strun. Zwarcia, całusy, gitarowe pętle. Szybki zwrot ku incydentom noise. Colin wisi na dyszach, David jakby kontynuował doskonałe ekspozycje z poprzedniej solowej części. Bracia syjamscy wchodzą w siebie, jak w masło. Marszruty obu muzyków do bólu kompatybilne. Improve crazy noise, improve slow motion! What ever you want! Zejście w ciszę tonie w leniwej psychodelii, która łapie hałas, jak lep na muchy. 8-9 minuta, parada nieco niespójnych dronów, perfekcyjnie jednak skuteczna. Sonorystyka ciszy ma zbliżone parametry, a dopada nas w okolicach 13 minuty. Całusy z dyszy prosto w twarz gryfu, niemal z ust do ust. Ciało w ciało, oddech za oddechem. Perfect identity!

Duo 2! Molekularna gra bez grama struktury i zasad gramatyki. Trudno wskazać poziom intesywności, przy którym ten duet stapia się w jedno ciało bardziej skutecznie. Przy każdym! Tu, kolejne gęste zwarcie, całusy i bąbelki. W tym gronie zdarzyć się może naprawdę wszystko! Nie brakuje imitacji na wysokim poziomie – gitara brzmi jak saksofon, saksofon jakby dostał nowe struny. Soniczni magicy! Pokaz sztuczek i fajerwerków! Cały ten drugi epizod duetowy snuje się jak rozleniwiony wąż. Dopiero na sam finał macha ogonem, którego przecież nie posiada. Perfekcyjna, mała eskalacja. Brawo!




Richard Scott's Lightning Ensemble & Jon Rose  Auslanders: Live in Berlin (VR 001, 2016)

Berlin, czerwiec 2015; Richard Scott – syntezator, David Birchall – gitara akustyczna, Phillip Marks – perkusja, Jon Rose – skrzypce (tylko w drugiej części); 2 fragmenty, 40 i pół minuty.

Trio! Całkiem akustyczna ekspozycja mimo obecności syntezatora. Okazuje się, że utalentowany muzyk także z takim narzędziem potrafi wypuszczać się na prawdziwie akustyczne wyprawy. Rwie przestrzeń nagrania incydentami zdecydowanie non sustained. Przykład wyrafinowanej elektroakustyki z dużą porcją wyobraźni (Birchall na gitarze bez prądu!). Czujny drummer - talerze, perkusjonalia w częstszym użyciu niż werble i tomy. Gęsta, niezwykle zmysłowa, cielesna improwizacja. Wąskie pasmo, ale dobra akustyka koncertu. Syntezator schowany, nieinwazyjny, intrygujący dramaturgicznie. W trakcie eskalacji muzycy z kocią zwinnością wchodzą w atrybuty noise, także w wysokich rejestrach. Dużo dźwięków na minutę, chwilami można zagubić się w miejscach ich powstawania. Wszak sam syntezator ma tak dużo elektroakustycznych możliwości. Warta podkreślenia na każdym kroku świetna robota perkusisty. Gitara Birchalla chwilami wręcz tonie w potoku innowacji, jakie wprowadzają na scenie jego partnerzy. Dramaturgicznie nie możemy być jednak niczego pewni na tym koncercie! Niespodzianki foniczne kryją się w każdym zaułku. 16-17 minuta, odrobina długotrwałych dźwięków. Z syntezatora, może także z gitary, która gdzieś podłapała nieco amplifikacji. Bardziej spokojny fragment, który jest jednak skutecznie dewastowany aktywnościami drummera! Co za ogień! Gitara akustycznie gotuje się, syntezator skwierczy i plumka, ale to ten trzeci instrument pozostaje na pierwszym planie! Reszta jakby lewitowała.

Quartet! Skrzypce wrzucają w tygiel narracji szczyptę konstruktywnego dysonansu. Więcej przestrzeni, wieje od oceanu. Gitara gra, jakby nie miała strun. Syntezator zaczyna dbać bardziej o niskie częstotliwości, podczas gdy reszta czyni metafizyczne aluzje. Nieco bilardowa ekspozycja. Płonące nieopodal skrzypce w pieśni powitalnej, płyną siarczyście i eksplozywnie. Wartka, wielowymiarowa improwizacja. Jeśli wersja w trio bardzo nam się podobała, to cóż powiedzieć o kwartecie?! Birchall w tej części jest zdecydowanie bardziej wyeksponowany. Zdaje się, że zagrać może tu już wszystko! Teraz brzmi jak rosyjska bałałajka! Znów krok ku zagęszczeniu dźwiękowemu narracji tępi nieco percepcje instrumentalną recenzenta. Ale ten nie ma cienia wątpliwości! To wyśmienity koncert! W 13 minucie rodzaj kompulsywnego industrial! Akustyka koncertu na 4+, szkoda, że nie na 5+, być może dałoby się wyłowić jeszcze więcej narracyjnych niuansów. Jakkolwiek – elektroakustyczne cacko!




Dave Jackson/ T.H.F. Drenching/ Kate Armitage Shiny Windmill Bugs (VR 003, 2016)

Manchester, kwiecień 2016; Kate Armitage – wokal i przedmioty różne,  THF Drenching – dyktafon, psie zabawki, głos, piszczałki, Dave Jackson: instrument dęty drewniany, cracklebox, perkusjonalia; 1 fragment, 23 minuty.

Ogród botaniczny w letnim skwarze. Toys w służbie improwizacji. Mnogość mikrodźwięków, kocie drapatki, fonia bogata i wielogatunkowa. Dęte ornamenty. Spora ilość dobrych interakcji, mnóstwo swobody, ale także specyficznej samodyscypliny całej trójki muzyków. Płynna, zwarta narracja, mimo użycia wielu nietypowych przedmiotów, nie do końca noszących znamiona instrumentów. Wszakże nie mają one najmniejszych problemów z zaintrygowaniem ucha recenzenta. Głos kobiecy nadaje tej zabawie posmaku oniryzmu, szczypty transcendencji. Po 10 minucie narracja lekko się wycisza, dostajemy więcej wokalu i fletu, także innych, wyższych częstotliwości. Muzyka smakuje niczym Spontaneous Music Ensemble z Julie Tippets i Trevorem Wattsem – ale na lekkich dragach. Na finał tej niezwykle krótkiej opowieści, nieco więcej perkusjonalnych ekspozycji. Filigranowy występ, takaż improwizacja, wszakże bardzo udana.




David Birchall  Light Rail Recordings: Manchester//Moscow//Tokyo 2015-2017 (VR 005, 2017)

Nagrania terenowe z różnych miejsc i dat (patrz: tytuł); David Birchall – gitara elektryczna, kompozycja, postprodukcja. 2 fragmenty, 8 minut.

Elektryczny dron, post-gitarowa retoryka, more than sustained with no doubt. Sporo elektroakustycznego brudu i trwogi. Tytuł tego skromnego singla sugeruje nagranie terenowe, z pewnością poddane potem procesowi post-produkcji. Druga strona, to ciąg dalszy ekspozycji. Zdaje się, że najciekawsze dzieje się wokół leniwie pulsującego drona gitarowego. Moc post-elektronicznych fajerwerków. Nagranie dość nietypowe dla Birchalla, ale świetnie uzupełnia jego dotychczasowy dorobek artystyczny. Recenzent chętnie poznałby ciąg dalszy tego rodzaju stylistyki w wykonaniu gitarzysty.


*) część pozycji jest wydawana w kooperacji z innym wydawnictwami, po szczegóły odsyłam na stronę bandcampową Vernacular Recordings.




czwartek, 1 marca 2018

Birchall! Cheetham! Webster! Willberg! Plastic Kneecap! Young Empire Strikes Again!


Jeśli czytaliście na Trybunie dość obszerną epistołę Raw Tonk! Mission Possible! ze zrozumieniem i w należytym skupieniu, jeśli saksofonista Colin Webster  jest już dla Was muzykiem wystarczająco rozpoznawalnym, to znak, że poniższa recenzja nie wymaga jakiegokolwiek wprowadzenia.

Jeśli w trakcie czytania tekstu przywołanego w pierwszym zdaniu, natrafiliście na krążek Plastic Knuckle, zrealizowany przez kwartet młodych wilków brytyjskiej improwizacji, to z pewnością jesteście już w domu.

Ta sama sesja - popełniona w dniu 13 grudnia 2015 roku, w miejscu zwanym The Room at 4A Studio, w Stockport - która dała trzy improwizacje zawarte na w/w dysku, dziś przynosi kolejne dwie, tym razem dostarczone przez Raw Tonk Records w formie czarnego winyla, pod bliźniaczym, ale nie tożsamym tytułem Plastic Kneecap.




Lista płac jest następująca: David Birchall – gitara, Andrew Cheetham – perkusja, Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas. Dwie strony płyty przynoszą nam niespełna 36 minut muzyki. Zaglądamy do środka!

Side 1. Od pierwszej chwili narracja szyta jest gęstym ściegiem, z dynamicznym walkingiem kontrabasu, zwinną perkusją, gitarą i saksofonem płynącymi bardzo swobodnym, wartkim strumieniem. Birchall i jego podłączony do prądu strunowiec, który smakuje dobrym noise rockiem, zdaje się, że robią tu najwięcej wiatru. Zresztą cała opowieść nasączona jest starym, ukochanym przez wielu, soczystym post punkiem! W kwartecie odnotowujemy bardzo dobrą komunikację, muzycy bowiem doskonale znają się z wielu improwizacji i nic nie jest to dla nich zaskoczeniem w takich okolicznościach dramaturgicznych. 5 minuta przynosi bardzo jazzową ekspozycję Willberga, którą wspomaga kompetentny drumming Cheethama. Gitara w tym samym czasie rzeźbi swoje, zaś saksofon niebanalnie… milczy. Brzmienie kwartetu jest brudne, bez akustycznych fajerwerków (punk’s not dead!). Muzycy grają blisko siebie i ocierają się o siebie upoconymi łokciami. W 8 minucie fundują nam krwistą, kolektywną eskalację. Brawo! Tuż po niej, perfekcyjnie schodzą o tempo wolniej i snują autodygresyjne opowiastki. Odrobinę oniryczna gitara intonuje meta balladę dla złych dzieci. Mantryczna perkusja tyczy szlak narracji, a reszta instrumentów płynie, dokąd ich wyobraźnia poniesie. W 13 minucie muzycy postanawiają zejść do poziomu ciszy. Kings of slow sonore! Saksofon śle drony, gitara plecie głęboki ambient, niczym sfuzzowany instrument Dirka Serriesa, nie stroni także od flażoletów. Zwyczajnie urocza improwizacja z nutą niebanalnej psychodelii, prawdziwie wyswobodzony trans!

Side 2. Kontrabas ze smykiem, zakleszczonym pomiędzy strunami, ryje norę w ziemi. Saksofon prycha, gitara poleruje struny, talerze rezonują od ściany do ściany. Rozgrzewka na wysokim C! Zwinne interakcje - dziś pytanie, dziś odpowiedź! Muzycy bez zbędnej zwłoki łapią dynamiczny dryl. Może jedynie perkusista robi to z drobnym opóźnieniem. 5 minuta - ekspozycja Birchalla na rockową nutę, a alt Webstera zadziorny, z błyskotliwie brudnym soundem, w dosadnym komentarzu. Jakby punkowa narracja, z synkopą zaszytą w rdzeniu kręgowym! Intrygujące! Następująca tuż potem wyzwolona eskalacja ma już, pod względem gatunkowym, całkowicie wykorzenioną formułę. Jest dynamiczna, poszarpana i istotnie hałaśliwa. Brawo! Przystanek, po niedługiej chwili, zaczepiony jest na gitarowej pętli i kontrabasie w stadium rozedrganego walkingu. Saksofon wchodzi jako kontrapunkt! Musi być chleb z tej mąki! Jakby David i Colin mutowali brzmienie swoich instrumentów w tym samym momencie. Ta opowieść ma kilka wątków, instrumentalnie pachnie noise’owym sznytem. A sekcja gra delikatny acoustic. Cóż za wyśmienity dysonans! Pętla na saksofonie stawia stempel doskonałości na tym nagraniu! Błyskotliwość techniczna na ostatniej prostej jest także udziałem gitarzysty!

Jutro premiera tego krążka! We are on time!




piątek, 29 grudnia 2017

Colin Webster! Highway to the Glory! Another New Story! *)


Personalia angielskiego saksofonisty Colina Webstera były już na tych łamach odmieniane przez wszystkie przypadki (a działo się to głównie w drugiej połowie bieżącego roku), a zatem bez szczególnego wprowadzenia zapraszam do poznania kolejnych pięciu wydawnictw z udziałem muzyka, które jako datę wydania mają wstawione te oto cztery cyfry – 2017!

Przy okazji, przed nami pełne spektrum współczesnych nośników dźwięku – dwie kasety, winyl, CD i … CDr. I jeszcze ważne ostrzeżenie - amplituda emocji związanych z odsłuchem tychże płyt może u niektórych odbiorców skutkować trwałym uszczerbkiem na zdrowiu!




Lao Dan / Rick Countryman / Colin Webster  Saxophone Anatomy (CD, Armageddon Nova, 2017)

Na początek grudniowa świeżynka, czyli kompilacyjny dysk z trzema ekspozycjami na saksofon solo. Wydawnictwo tym ciekawsze, iż konsumuje w sobie dokonania muzyka chińskiego, filipińskiego i angielskiego. Najpierw Lao Dan na saksofonie altowym. Utwór zwie się Self-Destruct Machine, a nagrany został w Chinach w maju br. Tuż po nim - Rick Countryman, także na saksofonie altowym (River Remains River) i nagranie poczynione w Quezon City (Filipiny, data nieznana). A na finał nasz bohater - Colin Webster na saksofonie barytonowym (Homerton) i rejestracja z Londynu, z lipca br. Każdy z solowych występów trwa niespełna 20 minut.

Lao: Wysoki, drapieżny sound na sporym pogłosie, czyniony z iście dalekowschodnim temperamentem. Krótkie, urywane frazy z inklinacjami do noise oraz dłuższe, bardziej wyważone, zdecydowanie w klimatach jazzowych, chwilami free jazzowych. Duża amplituda emocji – od eksplozji emocji po stonowane, niemal słodkie pasaże z melodyką zaszytą w tle. Częste zmiany narracji i sposobów dobywania dźwięku. Cały występ Dana można potraktować, jako krótki przegląd technik jazzowej gry na saksofonie altowym. Nie do końca odkrywczych, dodajmy dla porządku. Od 8 minuty pojawia się nowy element w tej opowieści – odgłosy dobywane przez muzyka otworem gębowym. Łączenie akcentów free jazzowych z dalekowschodnim żywiołem wokalnym stanowić może sporą wartość dodaną tego mini koncertu.

Rick: Ostry, dynamiczny początek, lekko stemperowane brzmienie altu. Zwinna narracja, płynne, szybkie palcówki na dyszach. Sporo temperamentu i melodyki w improwizowanym zaśpiewie saksofonu. Muzyk szuka dłuższych, bardziej rozbudowanych opowieści. Udanie odnajduje w głowie frazy zapamiętane z lektury historii free jazzu. Po 11 minucie zdecydowanie wycisza swoje poczynania, przez co cierpi nieco jakość całej ekspozycji. Jakby przybywało pogłosu w brzmieniu instrumentu, a ubywało kreatywności w głowie artysty.

Colin: Drumming na dyszach dużego saksofonu i szumy w jego rozległej tubie. Duży krok od free jazzu w kierunku sonorystycznie zdefiniowanego free improve. Powiedzmy to od razu – w porównaniu do występu poprzedników, ogromny skok jakościowy. Od początku tłuste, acz wyrafinowane preparacje, intrygujące, zmutowane brzmienie barytonu. Prychające dysze i kipiąca tuba – maksimum efektu przy ograniczaniu stosowanych środków wyrazu. Tuba niczym bęben basowy. Niemal elektroakustyczna ekspozycja na jednym, żywym instrumencie! Brawo! Dobra szkoła butcherowskiej fizyki dźwięku. Baryton mówi, krzyczy, tupie nogami i skacze pod sufit. Drąży dziurę w skale. W 9 minucie pokaz tysiąca sposobów na całowanie ustnika. I znowu drążenie skały. Akustycznie błyskotliwe, ostre jak brzytwa podmuchy improwizacji, usytuowane o lata świetlne od jazzowego frazowania, czy silnie eksponowanej melodyki Lao i Ricka. Na finał, jakby próba powrotu do estetyki początku tego występu, a tuż potem długotrwałe, urocze wybrzmiewanie! Akustyczny majstersztyk! Rezonujące drony w rozgrzanej tubie barytonu!




Dead Neanderthals  Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017)

Dziś, tuż przed końcem roku, w trakcie przedsylwestrowej ekscytacji, recenzent szczególnie dba o wysoki poziom adrenaliny u Czytelników! A zatem teraz, prawdziwa petarda w postaci sztandarowej formacji holenderskiej Nowej Fali Heavy Jazzu!

Najnowsza płyta Dead Neanderthals (wspaniała nazwa, padła już na tych łamach ostatniej jesieni!) zwie się Womb Of God. Dwie strony winyla nie trwają wiele ponad 34 minuty. Rdzennymi muzykami grupy są Otto Kokke na saksofonie i Rene Aquarius na perkusji. Bardzo często wspiera ich na drugim dęciaku Colin Webster. Tak jest też tym razem. Dodajmy, iż muzycy nie nagrali płyty jednocześnie. Saksofonowa ścieżka Webstera została nagrana niezależnie od pozostałych muzyków, a to, co słyszmy na winylu jest m.in. efektem dobrej mikserskiej roboty! Baa, i to jak dobrej!

Side A. W mroku, z głębi starego, zdezelowanego transformatora, dobywa się elektroakustyczna otchłań bezdźwięku. Bęben basowy wzywa na rytuał inicjacyjny, towarzyszy mu zmutowany pogłos czegoś, co może przypominać saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia. Jednorodny, dotkliwy elektrodron czyni swoją powinność. Po 80 sekundach wyczekiwania następuje start progresywnego, istotnie metalowego drummingu. Monotonny, boleśnie piękny, doom-dark-heavy-flow! Saksofonowy dron (trudno ocenić, czy tworzą go dwa instrumenty) pędzi na zatracenie, a stałymi elementami improwizacji, w tym tyglu emocji, zdają się być barwa i natężenie dźwięku, a także jego intensywność. Stopa dużego zestawu perkusyjnego, to jak odgłos zbliżającej się nieodwracalności sytuacji dramaturgicznej. Bije, pompuje krew, żyje! Muzyka, która jest wodospadem, bez dna. 7 minuta – recenzent ma wrażenie, że w bólach piekielnych rodzi się drugi saksofon. W natłoku wydarzeń fonicznych, ledwie akcentuje swoją obecność. 8 minuta, to jakby wyższy stopień intensywności całej narracji, a przy okazji, odrobinę więcej przestrzeni dla obu dęciaków, które krzyczą, wyją, skowyczą, ciągle pozostając jednak wewnątrz dronu. Tornado, które wsysa Cię do środka, razem z całą zawartością świata realnego. A gdy już znajdziesz się po drugiej stronie, przestajesz myśleć o drodze powrotnej! Powiedzieć o tej eskalacji ściana dźwięku, to jakby nic nie powiedzieć. Noise? Brzmi zbyt poetycko. 19 minuta – jeden z saksofonów próbuje inicjować indywidualny pasaż dźwięku, ale jarzmo narracji nie pozwala na wiele. Jedynie tekstura całości wzbogacona zostaje o nowy, drobny element.

Side B. Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!




Graham Dunning / Colin Webster  Most Of What Follows Is True (Cassette, Sound Holes, 2017)

Bez chwili wytchnienia ruszamy w kolejną ekscytującą podróż. Tym razem napotykamy na prawdziwie żywy instrument dęty w konfrontacji z intrygującą elektroniką! Colin Webster – saksofon barytonowy i Graham Dunning - turntable, dubplates, spring reverbs (innym słowy: stół mikserski, trochę sampli i dużo pogłosu). Kaseta zwie się proroczo Most Of What Follows Is True i przynosi sześć opowieści, które trwają 34 i pół minuty. Nagranie studyjne z Londynu, poczynione dwa lata temu.

One. Baryton prycha jak wieprz, a e-music snuje perkusyjne dygresje, niczym żywa istota, obija werbel zwinnymi samplami. Ciasna, zadziorna sonorystyka. Elektronika Grahama, to kategoria dźwięków, którą szczególnie lubi recenzent. Nie epatuje fonią, świetnie komentuje i stymuluje poczynania żywej strony świata. Dotkliwe akustycznie talerzykowanie, które przeradza się w skromny rezonans, jakby na potwierdzenie tych słów. Saksofon w glorii metalicznych obcierek szykuje się do skoku! Two. Tym razem kable Dunninga aż huczą z emocji. Skwiercząca ściana dźwięku, rodzaj modulowanego, białego hałasu. Baryton bez wysiłku wgryza się w tę strukturę, ta zaś niespodziewanie rezonuje. Drży i szeleści. Udane próby imitacji obu zestawów instrumentalnych, mimo dużych różnic w zakresie stosowanych środków wyrazu. Tembr barytonu jakby delikatnie mutował się na kablach. Three. Muzycy ponownie w zwarciu. Saksofon świetnie konweniuje z brudną harsch elektroniką, choć ta buduje głównie drony wypełnione gorącym powietrzem. Instrument Colina pracuje niczym meta świder, który drąży skałę. Efektowne wybrzmienie! Four. Odrobina dubowego sosu dla pokreślenia dobrego smaku tej improwizacji. Saksofon pichci spokojną balladę dla utopijnie zakochanych, buduje postnuklearną melodię. Z twardego dysku Grahama wyskakuje zwinny loop i organizuje ten fragment płyty. Na wybrzmieniu studyjne pogaduszki muzyków o nierozpoznanej treści. Five. Baryton żmudnie buduje nowy dron. E-music w tle robi mały Twin Peaks. Cichy, niespokojny numer z piekłem zaszytym głęboko w strukturze dźwięków. Od 3 minuty eskalacja! Graham zasysa powietrze do wewnątrz i grzmi złowieszczo. Colin dąży ku zwarciu, jest silnie pobudzony. Po 100 sekundach uspokojenie, w tle sonoryzująca meta opowieść wprost ze spienionej tuby. Schodzenie w ciszę zakłócają sprzężenia na kablach. W 7 minucie - szczypta hałasu, demonicznie siarczystej wypowiedzi obu Panów. Skwierczenie brudnego barytonu na finał. Six. Winylowy szmer w głośnikach. Colin poleruje i czyści dysze. Trochę dźwiękowych subtelności, niczym cisza przed burzą. Spokojny niepokój, dźwięk za dźwięk, ale wciąż w pobliżu ciszy. Całusy i temu podobne imitacje. Rodzaj post-techno zderzonego z gorejącym dęciakiem. Upalone dysze i nadgryzione brzegi tuby. Kompulsywna elektronika. Błyskotliwa symbioza, kosmiczna synergia!!




Colin Webster / Andrew Lisle  Void Into Shape (CDr, Norwegianism Records, 2017)

Tygiel stylistyczny dzisiejszej historii wrze i kipi! Teraz czas na pure free jazzową przygodę Webstera! O duetach naszego bohatera z perkusistami napisano już na tych lamach kilka prac doktorskich. Na ogół dużą czcionką i złotymi literami. W redakcji toczyły się spory jedynie o to, z którym drummerem saksofon Colina brzmi najpełniej. Tu najtrafniejszym wyborem zdaje się być Andrew Lisle. Panowie mają w dorobku kilka płyt, głównie wszakże koncertowych. Świetne się zatem składa, iż w tej opowieści pochylimy się nad produkcją studyjną (Londyn, lipiec 2016r.). Stosowny cd-r zwie się Void Into Shape, przynosi jedenaście pełnokrwistych improwizacji i trwa blisko 50 minut. Z lubieżną ciekawością zaglądamy do środka!

Pierwszy brzmi, jak free jazzowa rozgrzewka na alt i, dopiero co poskładany, zestaw perkusyjny. Bardzo swobodny, wyluzowany flow Colina w zdrowej kooperacji z synkopowanym drummingiem Andrew. Precyzja artykulacyjna, dbałość o timing, czyste, jazzowe emocje. Drugi, zgodnie z tytułem płyty, brnie w poszukiwaniu utraconego kształtu. Bardzo wyważona i spokojna narracja. Przy okazji, świetna okazja do podziwiania kunsztu improwizatorskiego Colina w czystym akustycznie środowisku dźwiękowym. Tak, to prawdziwy master of alt sax! A że z Andrew znają się świetnie, synergia wewnątrz duetu aż kipi. Trzeci rozpoczyna solo perkusji. Kolejny krótki numer, zatem nie napotkamy na zadyszki lub chwile dramaturgicznego zawahania – tylko konkret! Tu, zgrabne igraszki sonorystyczne w ramach gry wstępnej. Studyjna okoliczność spotkania buduje skupienie, generuje nieśpieszność i refleksyjne wręcz klimaty. Narracja w dobrym tempie, bez popadania w galop. Skrupulatne wybrzmiewanie, które pod pręgierzem doskonałego altu, przeradza się w drobną eskalację. Czwarty ponownie odnajduje chwilę na spokojny tembr altu, który stawia udane stemple, posiłkując się szczoteczkami w stanie skromnej konwulsji. Wszystko dzieje w pobliżu ciszy. Muzycy wspólnie drążą koryto rzeki, nie zadając sobie wielu pytań, doskonale znają bowiem swój fach. Liczba błędów narracyjnych duetu przyjmuje trwale wartości ujemne. Ucieczka w galop jest zwinna i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Piąty przynosi kolejną, zwartą i dobrze opowiedzianą historię. Flow Webstera na alcie przypomina kocią zwinnością dokonania Erica Dolphy’ego. Szósty także świetnie komponuje się z tym, co dotychczas. Płyta składa się z jedenastu opowieści, ale zupełnie swobodnie mogłaby być jednym trakiem. Tak spójne stylistycznie jest to nagranie. Tu akurat, harce dęte odbywają się po raz pierwszy na barytonie! Emocje bulgoczą, jurne konie w galopie! Siódmy od startu tonie w drummerskiej sonorystyce. Colin na alcie tyczy szerokie kręgi, buduje dronowe pasaże, pełne nostalgii, która kąsa! W Ósmym baryton wzywa na ubitą ziemię. Perkusja jest gotowa. Gramy krótkie piosenki, bo dobrze się znamy. Każda myśl Colina zdaje się być bliźniaczo podobna do myśli Andrew! W Dziewiątym ponownie baryton na placu boju. Solowa introdukcja na kipiących od potu dyszach. Całuski, przytulanki, incydenty na talerzach. Saksofon burczy, prycha, snuje opowieści dla złych chłopców! Delicious! Dziesiąty, to tryumfalny powrót altu. Free jazzowy konkret z dużą dawką prawdziwie aylerowskich melodii, ale brutalnie uwspółcześnionych. Dynamiczny flow, pełen kobiecych emocji podefloracyjnych. Niezwykle wysoki stopień zasilania! Energia, zmysłowość, emocje, niepowtarzalność! Jedenasty, na finał, to ballada w rezonansie. Talerze, tomy i werble drżą, rodzaj krypto drummingu. Sprytna dynamizacja smakuje miodem i maliną! Solo Lisle! Alt także! High! Kocie pazury skrobią po szybie i nie sposób się nimi nie zachwycić! Ostatnie słowo prycha z tuby altowego instrumentu dętego, drewnianego! What a game!




David Birchall / Rogier Smal / Colin Webster  Drop Out (Cassette, Astral Spirits, 2017)

Na finał dzisiejszego seta, znów kaseta magnetofonowa! I silnie energetyczne trio - David Birchall na gitarze elektrycznej, Rogier Smal na perkusji i Colin Webster na saksofonie (głównie lub wyłącznie altowym). Londyńska, studyjna rejestracja z marca 2016 roku. Kaseta zwie się, od nazwy miejsca nagrania, Drop Out i trwa niespełna 32 minuty (dwie strony, bez tytułów).

Side A. Punkowy brud, pikantna, dynamiczna narracja, pełna zdrowej anarchii, która bezczelnie panoszy się w studio nagraniowym. Brutalny free-jazz-noise-rock! Zawody prowadzone wszakże w duchu jak najbardziej sportowym. Birchall w centrum, Webster po lewej, Smal po prawej stronie. Dużo prądu i wyładowań atmosferycznych, sporo chemii, a nawet chemikalii. 6 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku psychodelii. Saksofon pętli się, drumming jest hipisiarski (a może już hipsterski). Colin eskaluje się na alcie w wysokim rejestrze, ma brudny, ultra’punk’noise’owy tembr. Pachnie dynamitem na kilometr! Gęsta, uporczywa narracja. Płyta jest krótka, ale ilość poczynionych na niej dźwięków wystarczyłaby na potrójny winyl! Gitara i alt lubią zlewać się w jeden błyskotliwy wielodźwięk, perkusja też nie stroni od lokalnych eksplozji. Bulgoczący tygiel energii! W okolicach wskaźnika czasu 10:30, jakby gwałtowana zmiana jakości nagrania (nieudane zlepienie na etapie produkcji?). Brzmienie tria nabiera przestrzenności, dzięki czemu przyjemność odsłuchu wzrasta. Poziom agresji, drapieżności pozostaje na tym samym poziomie, zatem całkiem spokojnie możemy pójść w taneczne pogo! 13 minuta i zdjęcie nogi z pedału gazu. Efektem piękne, wyraziste pasaże, czynione bardzo selektywnym dźwiękiem, ze szczyptą dubowej przestrzeni. Smal schodzi na talerze, Colin i David prowadzą intrygujący dialog. Całuski, kropelkowanie na mokrych strunach i upoconych dyszach. Powrót rytmu, od strony drummera, wywołuje nową, finałową eskalację.

Side B. Dzwonki, wilgotne struny na progu, repetycje altu. Spokojna, urocza introdukcja. Długie, niebanalne pasaże całej trójki, być może w oczekiwaniu na eksplozję. Prawdziwa druga strona medalu. Piękny rewers! Od 7 minuty startuje jakby nowy track. Estetyczny powrót do strony A kasety. Ostro, czupurnie, wet za wet! Birchall płynie Hendrixem, jakże doskonale czuje się w tej formule. Brawo! Komentarze, podpowiedzi i reakcje Webstera i Smala godne punktu odniesienia! Na finał alt szybuje bardzo wysoko.


****

Wszystkie omówione dziś płyty są dostępne elektronicznie (niektóre także fizycznie) na stronie bandcampowej muzyka:

Colin Webster


Poprzednie historie Webstera na Trybunie, dla przypomnienia:





*) ang. Autostrada do sławy! Kolejna nowa historia!