Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rutger Zuydervelt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rutger Zuydervelt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2024

Gonçalo Almeida in black ambient’ duos!


Gonçalo Almeida, człowiek tysiąca talentów, notuje bardzo aktywne fonograficznie półrocze swej pięknej kariery. Palców jednej ręki nie starczy, by policzyć jego wszystkie tegoroczne premiery, czas zatem zacząć ogarniać ten ocean lukratywnych dźwięków!

Dziś dwa albumy duetowe, których naczelną charakterystykę staraliśmy się zawrzeć w tytule recenzji. Oba zawierają długie, powłóczyste pociągnięcia mrocznym pędzlem kontrabasowego smyczka. W pierwszym przypadku gotujący się od emocji strunowiec napotyka na jeszcze bardziej mroczne organy, za drugim razem zatopiony zostaje we mgle wielowymiarowej elektroniki. Najpierw czeka nas jednorazowe spotkanie improwizatorskie, potem ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego, która powstawała bardzo długo i do końca nie było wiadomo, jaki będzie jej efekt finalny. Ale ten – w obu dziś analizowanych przypadkach – okazał się więcej niż wyśmienity!



 

Tabula Sonorum Organum Sub Aere (Cylinder Recordings, CD 2024). Bart van Dongen – organy oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w październiku 2023, Sint-Martinuskerk/ Sint-Oedenrode, Holandia. Cztery utwory, 42 minuty.

Nagranie składa się z trzech rozbudowanych, kilkunastominutowych ekspozycji i jednej krótszej, ale za to najbardziej dynamicznej wypowiedzi. Otwarcie pierwszej z nich tworzą dwa soczyste drony płynące z samych głębin, z miejsca do którego nie dociera jakiekolwiek światło. Głęboki, na poły sakralny post-barok z czasem zdaje się wyłaniać na powierzchnię życia, mając za plecami chmurę ambientu. Z każdą chwilą wątki ekspozycji mnożą się - niektóre zostają posadowione stosunkowo wysoko, inne sięgają podłogi. Piękna epopeja deep & sorrow sounds, niczym śpiew zza grobowej deski, rodzaj ścieżki dźwiękowej do impresjonistycznego filmu grozy. Druga historia początkowo sprawia wrażenie nieco bardziej delikatnej, wręcz onirycznej, ale przewrotnie budzi niepokój w jeszcze większym stopniu. Smyczek skowycze zwrócony twarzą do nieba, organy pracują w szerszym spektrum, ale nie koncertują się na niskich pasmach. W dalszej fazie utworu te drugie lepią się w dron, ten pierwszy schodzi w dół po wyjątkowo krętych schodach. Nerwowe ruchy muzyków sprawiają, iż narracja przyjmuje postać martwego tańca.

Trzecia odsłona, to anonsowany, krótszy epizod, wypełniony pokrętną, bardziej dynamiczną narracją. Oba instrumenty śpiewają, rytmicznie podrygują, ale to trans pełen smutku, którego marszruta prowadzi wprost do mrocznej doliny. Trwoga, boleść i pożoga, to atrybuty tego jedynego w swoim rodzaju tańca. Demony rodzą się tu na potęgę! Organy serwują nam akordowe okrzyki, smyczek ryje bruzdy w ziemi, a wszystko zdaje się drżeć i złorzeczyć. Finałowa ekspozycja startuje z mrocznych katakumb, sprawia wrażenie odrobinę wystudzonej z emocji. Dron basu i gęsty ambient organów popadają w śmiertelną medytację, z każdym krokiem mocniej uginając udręczone kolana. W tej szalonej opowieści raz za razem pojawiają się nowe wątki, które dość już gęstej kołysance nadają znamiona prawdziwie lovecraftowskiej grozy. W ramach reasumpcji organy budują wysokie pasmo, które śpiewa niczym chór aniołów definitywnie nie z tego świata.



 

Gonçalo Almeida & Rutger Zuydervelt Eventual (Gusstaff Records, CD/LP 2024). Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Rutger Zuydervelt – elektronika, post-produkcja. Nagrane, polepione i post-produkowane w nieoznaczonym czasie i miejscach. Jeden utwór, 32 minuty.

Album wypełnia jedna, długa struga niskich, kontrabasowych fraz, wokół których dzieją się elektroniczne, elektroakustyczne i processingowe akcje. Mroczny ambient tła i dron smyczka, który zdaje się mieć post-akustyczną poświatę, zabierają nas w podroż w nieznane. Narracja płynie szerokim, delikatnie pulsującym pasmem. Z jednej strony przybywa wątków kontrabasowych, z drugiej kolejnych powłok przezroczystej niekiedy elektroniki. Całość ma definitywnie minimalistyczny wymiar, wydaje się być wielką, niemal kosmiczną repetycją, rodzajem ceremonialnej medytacji. Trudno jednak ów strumień mrocznych dźwięków uznać na jednorodny w czasie i przestrzeni. Bywa incydentalnie spokojny, czasami sprawia wrażenie, jakby chciał nas uśpić. Na jego dnie leżą niechybnie niewyczerpalne źródła emocji.

Po dziesiątej minucie w strumieniu swobodnej narracji pojawia się nowy, wyraźnie zaznaczony dramaturgicznie i nisko posadowiony błysk kontrabasowego smyczka. Elektronika w tym czasie wydaje się rozwarstwiać, rozpływać w szemrzącej dolinie, także dodając kolejne warstwy i wątki. Po następnych pięciu minutach pojawia się nowy oddech smyczka, tym razem wyższy, jakby spokojniejszy, a chwilę po nim – spójny, elektroakustyczny dron gęstego ambientu. Po dwudziestej minucie opowieść na chwilę staje w miejscu, po czym zaczyna snuć nowy watek. Całość nabiera pewnej modlitewnej melodyki. Pełna szumów i szmerów struga okazuje się być efektem działania sfery elektronicznej. Z kolei wyważony, nisko osadzony beat nieznanej proweniencji, to skutek uderzenia smyczkiem o gryf kontrabasu. Wszystko zaczyna teraz śpiewać i budować nieśmiertelną repetycję. Niespokojna finalizacja lepi się z głosów, szeptów i urokliwych plam post-ambientu.



 

wtorek, 17 października 2023

Hydra Ensemble & Águas!


Portugalski improwizator, kompozytor, basista i kontrabasista Gonçalo Almeida, to prawdziwy człowiek renesansu! Prowadzi niezliczoną liczbę projektów muzycznych, grywa solo, świetnie sprawdza się w niemal każdych okolicznościach gatunkowych. Nie ma sensu na tych łamach wymieniać więcej szczegółów, wszak Almeida gości tu przy okazji każdej swojej nowej płyty.

Dziś spotykamy go z powodu świeżej produkcji kwartetu Hydra Ensemble. To jeden z kilku kameralnych pomysłów Portugalczyka na improwizację, który łączy akustyczne instrumenty strunowe (kontrabas i dwie wiolonczele - Lucija Gregov i Nina Hitz) i realizowaną na żywo elektronikę Rutgera Zuydervelta, którego miłośnicy dźwięków syntetycznych doskonale znają od nazwą własną Machienfabrik.

Nowa płyta Hydry jest nagraniem w pełni koncertowym, które z jednej strony pokazuje kunszt wykonawczy muzyków, z drugiej unaocznia fakt, iż kreatywny elektronik nie potrzebuje zacisza studia nagraniowego, by świetnie wykonać swoją robotę.



Sytuacja sceniczna jest tu następująca – po lewej stronie wiolonczela, w środku kontrabas, po prawej druga wiolonczela, a wszędzie wokół chmura mniej lub bardziej słyszalnej elektroniki. Pierwsze trzy części koncertu zdają się być wielką wspinaczką na efektownie uformowaną ekspozycję skalną. Emocje rosną tu z każdym metrem błyskotliwej podróży, która wieńczy dzieło wraz z otwarciem części czwartej. Kolejne epizody koncertu wskazują wiele możliwych dróg rozwoju improwizacji, ale także trwonią czas na dramaturgiczne rozterki i elektroakustyczne didaskalia. Jeśli w trakcie trzech pierwszych, jakże wspaniałych części elektronika pracuje w tle i błyskotliwie zdobi punkty kulminacyjne, o tyle potem często wychodzi na czoło pochodu niezdecydowanych improwizatorów i tyczy szlak narracji dużą ilością powtórzeń, tudzież na poły rytmicznych zdobień.

Na starcie koncertu towarzyszy nam ambientowe tło pozostające w niemal idealnej symbiozie z długimi, smyczkowymi frazami strunowymi. Całość przypomina lekko wzburzone fale oceanu. Narracja pulsuje, nabiera pewnej śpiewności i nie stroni od dekonstrukcji post-barokowych ekspozycji strunowych. W centrum wydarzeń pozostaje tu kontrabas, który zmiennymi metodami frazowania zdaje się wytyczać kolejne odcinki tej post-kameralnej przygody. Druga część koncertu, to właśnie przejście Almeidy z trybu smyczkowego na tryb pizzicato. W tym samych czasie obie wiolonczelistki rytmicznie piłują struny swoich instrumentów, a elektronika dorzuca do improwizacji garść drobnych, elektroakustycznych usterek. W tej fazie koncertu narracja szczególnie mocno przybiera na intensywności. Po osiągnieciu pierwszego szczytu improwizacja wpada w efektowną huśtawkę nastrojów, zwłaszcza, gdy kontrabasista powraca do smyczka i zaczyna systematycznie spychać strumienie dźwiękowe w coraz niższe rejony. Start trzeciego traku na dysku wyznacza tu kolejna zmiana trybu pracy kontrabasisty. Tym razem Almeida uderza w struny i buduje perkusyjną narrację. Wiolonczele rzewnie śpiewają niemal jednym głosem, a elektronika także szuka bardziej melodyjnych środków wyrazu. Emocje rosną tu szybko, a narracja zyskuje rockowe stygmaty.

Tuż potem startuje anonsowana już część czwarta - minimalistyczne wytłumienie i przejście w drugą fazę koncertu, niemniej urokliwą brzmieniowo, ale naznaczoną dramaturgicznymi rozdrożami. Improwizacja lepi się teraz z drobnych uderzeń smyczków, oddechów, strunowych westchnień i chmury post-elektronicznych szumów i szmerów. W bukiecie fonii słyszymy coś na kształt wibrafonu, nie brakuje dźwięków preparowanych ze wszystkich dostępnych na scenie źródeł. Emocje falują, generowane przez fonie rwane, szarpane, doposażone sporą ilością elektronicznych repetycji. Kontrabasista przechodzi z arco na pizzicato i odwrotnie nad wyraz często. Z jednej strony dostajemy się w wir post-barokowych emocji, z drugiej dostrzegamy na scenie pewien elektroakustyczny rozgardiasz. Emocje nie ustają, ale zdaje się, że mocno tęsknimy za linearnością pierwszej części koncertu. W części szóstej odnotowujemy jeszcze solową ekspozycję wiolonczeli na prawej flance. Start ostatniej części wyznacza pizzicato kontrabasu i kolejna porcja żałobnych pieśni obu wiolonczelistek. Pożegnalna faza koncertu prowadzona jest w dość leniwym tempie, bez specjalnych wzlotów i upadków.

 

Hydra Ensemble Águas (Cylinder Recordings, CD 2023). Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Nagranie koncertowe, 31 stycznia 2022, Pletterij, Haarlem, Holandia. Jeden strumień dźwiękowy podzielony na siedem części, 46 minut.



piątek, 2 września 2022

Dirk Serries and A New Wave of Jazz: two trios, quartet and two duos!


Belgijski label A New Wave Of Jazz funkcjonuje artystycznie od roku 2014 i ugruntował już sobie markę nie tylko na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Ironiczna nazwa, kreatywny szef i nieustające morze pomysłów na tworzenie dobrych, muzycznych koincydencji, to recepta na sukces przedsięwzięcia kierowanego przez gitarzystę Dirka Serriesa.

Sięgamy dziś po cztery czerwcowe premiery labelu, wszystkie wydane na CD, które przynoszą nam wiele udanych dźwięków, choć niczym nie zaskakują. Jak zwykle odnajdujemy na nich w pełni swobodną improwizację, na ogół akustyczne brzmienia i całe rzesze znajomym muzyków, widniejące na takich samych szarych okładkach, tworzonych od początku wedle jednej layoutu i zawsze doposażonych w liner notes autorstwa Guya Petersa.

Na nowych albumach (od numeru katalogowego 049 do 052) odnajdujemy nade wszystko dokonania artystyczne szefa wydawnictwa. Pośród nich dwa akustyczne tria – jedno w pełni strunowe, z kolejną gitarą i kontrabasem, drugie z dwoma instrumentami dętymi, wreszcie duet z perkusistą Onno Govaertem (podwójny, albowiem w szranki impro batalii z rzeczonym drummerem rusza także pianistka Martina Verhoeven). Zestaw nowości uzupełnia elektroakustyczny kwartet Gonçalo Almeidy, który w katalogu dość hermetycznych, tak stylistycznie, jak i personalnie, nagrań labelu stanowi definitywnie świeży element. 



 

049: Today And All Tomorrows by Serries/ Thompson/ Verhoeven

9 sierpnia 2019, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Dirk Serries – gitara akustyczna, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Martina Verhoeven – kontrabas. Sześć improwizacji, 44:13

Akustyczne gitary posadowione na przeciwległych flankach i kontrabas na samym środku, doposażony w smyczek, to sytuacja przestrzenna improwizacji. Początek improwizacji, to gra na małe pola - bystre pytania i równie efektowne odpowiedzi. Kameralny zaduch nie przeszkadza budować tu pewnej leniwej dynamiki, ale zdaje się wypełniać też studio grubymi plastrami ciszy. W drugiej opowieści pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki. Stonowane zgrzyty i martwe oddechy. Prym wiedzie tu smyczek, który w początkowej fazie szuka dna, zaś w końcowej rwie trio do delikatnego lotu wznoszącego. Kolejna narracja wydaje się bardziej skupiona, minimalistyczna, budowana mikro elementami post-perkusjonalnymi i subtelnymi riffami. Kontrabas przypomina tu leniwego byka, obie gitary kwilące ze strachu owieczki. Całość zostaje bardzo efektownie zgaszona suchym smyczkiem.

Na starcie czwartej opowieści tłumione emocje zdają się przelewać zamkniętymi dyszami. Gitary popiskują, smyczek jęczy z wysiłku. Ciche dźwięki i statutowy minimalizm w połowie improwizacji tracą nagle rację bytu. Muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają budować uroczą gęstwinę tłustych dźwięków. Początek następnego epizodu znów jest bolesny - ukradkowe frazy cedzone przez zaciśnięte zęby, strzępy melodii na lewej gitarze. Narracja systematycznie jednak pęcznieje i lepi się wokół mozolnie konstruowanego pizzicato kontrabasu. Opowieść kipi od emocji, które raz zdają się być uwalniane, innym razem tłamszone do samej podłogi. Finałowe zejście w ciszę jest doprawdy mistrzowskie! Ostatnia improwizacja, to stemple kontrabasu i gitarowe minimalizmy. Brudny barok dużego strunowca szuka tu przyjaciela w post-rockowych westchnieniach obu gitar. Balladowy posmak i źdźbła melodii pomiędzy suchymi strunami nie przeszkadzają muzykom wykreować małego spiętrzenia, po którym smyczek może już gasić płomień improwizacji.

 


050: Translucence by Rennie/ Roberts/ Serries

12 stycznia 2020, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Tullis Rennie – puzon, Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 45:19

W kolejnym trio sytuacja sceniczna jest następująca: puzon stacjonuje po lewej, saksofon po prawej stronie, a środkową oś narracji kontroluje gitara. Owo narracyjne centrum i prawa flanka zaczynają na raz, z posmakiem free jazzu, z kolei puzon najpierw bierze kilka głębszych oddechów, a dopiero po chwili rzuca garść niebanalnych fraz. Narracja kołysze się na wietrze, bywa nerwowa, ale i leniwa. Tym, który sieje intrygi jest tu nade wszystko gitarzysta, z kolei dęciaki wolą rozmowy na stronie i cięte komentarze. Część narracji sprawia wrażenie nieco zaplanowanej, całość płynie jednak dość swobodnie, z daleka od kameralnej zadumy, raczej z tendencjami do poszukiwania jazzowych emocji. Każdy z muzyków raz za razem puszcza tu oko i zasiewa dramaturgiczny niepokój ciekawą zagrywką. W drugiej improwizacji pojawiają się dźwięki preparowane, między innymi dzięki akcjom smyczka na gryfie gitary. Trochę śpiewu przez łzy, trochę końskiego parskania i kilka dobrych pytań skonsumowanych jeszcze bystrzejszymi odpowiedziami.

Początek trzeciej opowieści wydaje się niespodziewanie dynamiczny, dyktowany tempem puzonu i saksofonu. Gitara wchodzi w post-jazzowe narracje, ale improwizacja po kilku pętlach jakby traciła lwi pazur. Kilka zakrętów, tudzież zaskakujących rozdroży, z których udaje się wyjść na prostą dzięki, jak zawsze skutecznej, metodzie call & responce. Przy okazji odnotowujemy kolejne intrygujące fraz ze strony puzonu. Finałowa improwizacja syci się pewną melodyką, budowana jest małymi riffami i dętymi zaśpiewami. Najpierw kilka krótkich uderzeń, potem więcej przeciągłych westchnień. Każdy z artystów szuka tu nowych rozwiązań, co dobrze robi całej ekspozycji. Nie brakuje mrocznych zakamarków i dobrze postawionych pytań o kierunek dalszej drogi. Końcowe przebudzenie smakuje post-jazzem, niepozbawione jest także szczypty nostalgii.

 


051: Vistas by Hydra Ensemble

16 kwietnia 2021, Worm; Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Pięć improwizacji, 49:42

Swobodna kameralistyka uwikłana w kable współczesnej elektroniki, to idea tej Hydry. Jej drugi album wydaje się być bardzo sprytnie zaprojektowany. Oto bowiem to, co najlepsze, najbardziej frapujące i ekscytujące dostajemy na początku i na końcu nagrania. To, co pomieszczone jest pomiędzy utworami otwarcia i zamknięcia także zdaje się być nad wyraz interesujące, ale chwilami można odnieść wrażenie, jakby muzycy traktowali te fragmenty jako pole do eksperymentów i poszukiwania nowych środków wyrazu.

Pierwszą improwizację buduje dudnienie kontrabasu, szeleszcząca mgła elektroniki i długie, posuwiste frazy obu wiolonczeli. Najpierw artyści serwują nam dużo matowego smutku, potem niemałą porcję emocji nasączonych jakimś stymulującym wywarem roślinnym. Kolejna opowieść bazuje na frazach pizzicato, początkowo głównie ze strony kontrabsu, potem także wiolonczeli. Znów dużo dobrego niesie nam warstwa elektroniczna, która chwilami przypomina live processing. Improwizacja kończy się tu strugami smyczkowych pląsów mniejszych strunowców. W trzeciej części nie brakuje stylowych drobiazgów. Narracja przypomina pajęczynę filigranowych fraz, pomiędzy którymi intrygująco przemykają elektroniczne strugi zaskakujących fonii. W drugiej fazie improwizacji dzieje się już naprawdę dużo, co jest efektem świetnej roboty każdego z muzyków. Czwarta opowieść płynie wyjątkowo nisko przy powierzchni ziemi. Dronowe, post-barokowe ekspozycje kontrabsu najpierw szukają zwady, potem oddają pole minimalistycznym inicjatywom elektroniki i obu wiolonczeli. Finał pnie się ku górze kolektywnymi strugami pizzicato. Anonsowana już wcześniej, ostatnia improwizacja stawia na emocje i całkiem wyszukaną dynamikę. Smutny, molowy początek zwinnie przekształca się w narrację sycącą się energią własną fraz pizzicato i gęstymi plamami elektroniki. Nerwowa, dobrze ugaszona porcja smakowitości. 



052: Twofold by Onno Govaert + Verhoeven/ Serries

18 października 2021, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Onno Govaert – perkusja, Martina Verhoeven – fortepian (dysk 1) oraz Dirk Serries – amplifikowana gitara akustyczna (dysk 2). Trzy improwizacje - 45:38 (1), jedna improwizacja - 42:11 (2)

Jeśli duet perkusji i fortepianu zaliczyć moglibyśmy do post-kameralistyki, która zwinnie łapie bakcyla free jazzu, to duet tejże perkusji z gitarą akustyczną (całkiem silnie amplifikowaną) najudaniej byłoby pomieścić w szufladzie nerwowego post-rocka, który równie chętnie wpada w sidła free jazzu, jak toczy boje na skraju avant-rockowej improwizacji. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – podwójny album prezentuje wyjątkowo smakowite oblicze Onno Govaerta, drummera, którego nagrania śledzimy od ponad dekady, a którego artystyczny rozwój zdaje się nie mieć granic.

Improwizacja pierwszego duetu podzielona została na trzy części o nieco zmiennej dramaturgii. Początek zdaje się być nerwowy, a każdy z muzyków niecierpliwy. Narracja, wyzwolona z wszelkich uwarunkowań gatunkowych, ma tu pokrętną dynamikę i buduje emocje w sposób dalece niepowtarzalny. Od free jazzowej furii po post-kameralne subtelności. Te drugie atrybuty zdają się kreować szczególnie dobitnie drugą część. Dużo akcji minimalistycznych, pracy fortepianowego wnętrza i rezonujących talerzy. Zmysłowy chill-out szybko sięga tu free jazzowego nieba, choć każdy ruch muzyków wydaje się być ulotny i nieoczywisty. W podobnej atmosferze toczy się trzecia odsłona tego duetu. Małe porcje preparowanych fraz powstające blisko ciszy i znów zagadkowy rytm, ledwie sugerowany, jakby w zawieszeniu, wokół którego toczy się improwizacja. Zakończenie albumu z jednej strony jest dość dynamiczne, z drugiej nasączone mrokiem i tajemniczością. Sam finisz zaś doprawdy fenomenalny - potężne pokłady energii kinetycznej stają się tu szelestem fortepianowych młoteczków.

Kolejny duet podany zostaje na dysku w jednym traku, choć ewidentnie składa się z czterech epizodów, które trwają po około dziesięć minut. Początek, to bijąca stopa na bębnie basowym i gitara, która rozsiewa meta rockowe zarazki. Chropowata, czerstwa narracja, po pokonaniu kilku zawiłych wiraży efektownie piętrzy się i skrzy free jazzowymi emocjami. Jeśli Onno stawia tu na dynamikę, to Dirk często zwalnia i sięga po dźwięki preparowane. Muzycy jednocześnie stymulują i temperują wzajemne reakcje. Każdy z owych podepizodów wydaje się mieć dość zbliżoną dramaturgię. Celem każdorazowo jest pewne spiętrzenie, metody zaś dojścia do niego subtelnie się od siebie różnią. W trzeciej i czwartej fazie improwizacji gitara frazuje niekiedy dość basowo, a w jej brzmieniu doszukać się możemy fraz godnych pedal steel guitar. Narracja na ogół toczy się kolektywnie, a fragmenty solowe traktować możemy jako incydenty. Ciekawy jest sam finał. Muzycy zdają się tu dawać upust swoim rockowym, by nie rzec punkowym temperamentom. Jest głośno i naprawdę czupurnie.



 

piątek, 23 lipca 2021

This Is Our Portuguese Language: Amado! Vicente! Madeira! Garfo! The Selva! Dos Reis!


Słowo się rzekło, kontynuujemy naszą portugalską opowieść, wypełniającą dwudziesty dziewiąty tydzień kolejnego roku wiecznej zarazy! Po soczystej petardzie Sinister Hypnotization, nie dalej jak w minioną środę, dziś zapraszamy na sześć kolejnych świeżych albumów muzyków portugalskich (nie bez udziału gości zagranicznych), z dźwiękami powstałymi na ogół na południowo-zachodnim krańcu Starego Kontynentu (z jednym wyjątkiem).

Zaczniemy z grubej rury, amerykańskim kwartetem naszego ulubionego portugalskiego saksofonisty (po prawdzie, w perspektywie ostatniej dekady lat, chyba najlepszym working bandem tego świata w kategorii całkowicie wyzwolonego free jazzu), potem zaprezentujemy dwa tria naszego ulubionego trębacza z Lizbony, pierwsze całkowicie autorskie, drugie - istotnie kolektywne. Po wzięciu krótkiego oddechu czeka na nas kolejny trębacz z pięknej stolicy Portugalii i pewien kwartet o dość komiksowej nazwie, wreszcie na finał muzycy znani i lubiani, ale w dość nietypowych odsłonach – elektronicznej i … niemalże pop-rockowej!

 


Rodrigo Amado This Is Our Language Quartet   Let The Free be Men (Trost Records, CD/LP 2021)

Międzynarodowy i dalece wielopokoleniowy kwartet This Is Our Language miał do tej pory w dorobku dwa albumy studyjne (nagrane w Lizbonie w latach 2012 I 2016), teraz - niejako w uzupełnieniu palety możliwości tego składu - dostajemy nagranie koncertowe, nie zarejestrowane jednak w trakcie ostatniej trasy grupy w 2019 roku, ale dwa lata wcześniej, w kopenhaskim klubie Jazzhouse. Za krążek Let The Free be Men odpowiada kwartet w składzie: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Joe McPhee – trąbka kieszonkowa, saksofon sopranowy (i nie tylko, jeśli ucho recenzenta nie szwankuje), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Muzycy zagrają dla nas krwisty free jazz, który bazuje na pełnej improwizacji i jak zawsze uczynią to w sposób mistrzowski. Ich kolejna perła w koronie trwa 44 minuty i kilkanaście sekund.

Na koncercie w Kopenhadze pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, trafiamy bowiem dokładnie w moment, którym solowe expo rozpoczyna perkusista. Po kilka chwilach podłącza się kontrabasista, który delikatnie preparuje dźwięk. Dęciaki odzywają się dopiero w połowie czwartej minuty. Śpiewają kolektywnie, dając sobie także po kilkadziesiąt sekund na indywidualne wybuchy emocji. Ramy gatunkowe wykłute są tu w skale od pierwszej sekundy. Joe zaczyna trąbką, ale dość szybko przechodzi na sopran. Sekcja rytmu oczywiście robi swoje, trybem narracji podkreślając walory każdego z incydentalnych solistów. W trakcie expo tenoru, dla przykładu, efektownie swinguje. Druga improwizacja rodzi się w tubie tenoru, który efektownie dyskutuje ze smyczkiem kontrabasu. W tle pięknie rezonują talerze, które lepią się z zastanymi dźwiękami. Kameralne intro zgrabnie przepoczwarza się w jazzową balladę, by w odpowiednim momencie przejść kolejną metamorfozę i zaatakować free jazzowym drive’em. Na finał Joe znów pięknie śpiewa, a Rodrigo szczypie go po policzkach zadziornymi frazami.

Trzecią opowieść śmiało możemy nazwać szczególnie udanym epizodem. Zaczyna go dron dużego dęciaka (brzmi jak didgeridoo!), który pozostali komentują z dużym spokojem, dodając całej opowieści mnóstwo smaczków i pikantnych detali (choćby za sprawą smyczka!). I tu improwizacja nabiera dynamiki, a okrasą całości zdają się być dęte dialogi (trąbki i tenoru), czynione w klimatach godnych Ornette’a Colemana – dużo ognia i równie tyle molowej nostalgii. Finałowa improwizacja trzyma poziom poprzedniczek. Ponownie zaczyna się niemal na poziomie ciszy, pracuje rezonansem, szumi ciepłymi oddechami. Początkowo gra dla nas jedynie trio (bez tenoru), które częstuje nas bardzo jazzowym flowem (i znów piękną trąbką!). Balladowy klimat po kilku minutach zostaje uroczo zdewastowany przez powracający tenor, które śle zaczepne frazy na prawo i lewo. Kwartet rozbłyskuje i gna do mety bez zbędnych ceregieli. Jeszcze tylko powrót sopranu i kolejna bystra ekspozycja. Finał z adnotacją recenzenta: more typical free jazz, but also beauty!

 


Luís Vicente Trio  Chanting In The Name Of (Clean Feed Records, CD 2021)

Pozostajemy w klimatach wolnego jazzu i zapraszamy do świata kompozycji Luisa Vicente (trąbka). Nasz ulubieniec z Lizbony zdaje się stawać do walki w takiej roli bodaj po raz pierwszy. Do wykonania swego dzieła zaprosił wyjątkowo kompetentnych muzyków: Gonçalo Almeidę (kontrabas) oraz Pedro Melo Alvesa (perkusja i instrumenty perkusyjne). Sesja nagraniowa miała miejsce na początku stycznia br. w miejscu zwanym Soundinnovation Studios. Wykonanie pięciu kompozycji Luisa trwa 46 minut z sekundami.

Portugalczycy proponują nam jazz pełną gębą – z dobrymi, melodyjnymi tematami, wyśmienitymi improwizacjami, a także, każdorazowo, zgodnie z regułami gatunku, efektywnymi codami, które wieńczą dzieło. Pierwszy temat nie mógł nie powstać nad brzegiem lizbońskiej Tejo! Melancholijny, śpiewny, definitywnie zanurzony w smutku saudade! Narracja z jazzowym zębem, stwarzająca mnóstwo przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji. Druga opowieść zdaje się już całkowicie stawiać na improwizację, ale ma swoją strukturę i dobrze skrojoną dramaturgię. Kolektywna, bardzo otwarta gra, nie bez akcentów preparowanych, z improwizacjami prowadzonymi niemal równolegle przez wszystkich muzyków. Są fragmenty grane w duetach, są momenty post-barokowej urody spod kontrabasowego smyczka, wreszcie zróżnicowana dynamika całości. W trzeciej części Almeida kontynuuje wątek barokowy, z kolei Vicente śpiewa romantyczną piosenkę, a w tle rezonują talerze. Wszystko do wesołego płaczu i smutnej radości! I tu przestrzeń dla improwizacji zdaje się nie mieć końca i dopiero kolejna zgrabna coda przywołuje muzyków do porządku.

Czwarta opowieść swinguje całą szerokością lizbońskiej ulicy! Temat grany jest kolektywnie, uroczo piętrzony ciekawą dynamiką kontrabasowego pizzicato. Skoczny, wręcz zalotny flow po czasie niesie na swych barakach fantastyczne solo trąbki z efektownymi preparacjami (specjalność zakładu Pana Vicente!). Garść rytmicznych kantów dokłada Almeida, czyniąc ów post-colemanowski temat perłą całej płyty. Finałowa kompozycja startuje z głębi ciszy. Trąbka podaje delikatny, ale znów niezwykle melodyjny temat. Ballada saudade płynie leniwie, ale kłuje smutkiem po oczach. Bogata instrumentacja sprzyja nabieraniu intensywności. Kolejne doskonałe solo trąbki, potem zejście w dół świetnie pracującymi szczoteczkami perkusyjnymi i szybkie, basowe podejście pod finałową codę. To świetne nagranie muzycy kończą, jak zaczynali – ze śpiewem na ustach!

 


João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio (Madeira’ bandcamp, DL 2021)

Kolejne swobodnie jazzujące trio w naszej portugalskiej zbiorówce (tym razem płytowe credits nie wspomina o kompozycjach), to João Madeira na kontrabasie, Mário Rua na perkusji i ponownie Luis Vicente na trąbce. Nagranie z grudnia 2020 roku, poczynione w warunkach domowych, składa się z czterech improwizacji, trwających łącznie 42 i pół minuty.

Collective Free After Jazz! Dokładnie taki napis mógłby pojawić się na koncertowym plakacie anonsującym to nowe, doskonale trio z Portugalii. Muzycy stawiają na improwizację, ale ani przez moment nie zapominają o budowaniu dramaturgii, strukturze rytmicznej i muskularnym brzmieniu swych instrumentów. Nic wszakże nikomu nie ujmując, osobą, która pociąga tu najczęściej za improwizacyjne sznurki zdaje się być kontrabasista. Ciągnie trio ku niebu, spada z nim do samego piekła, szarpie na prawo i lewo, ale nade wszystko buduje fantastyczny flow. W pierwszej części jego instrument potrafi brzmieć delikatnie jak wiolonczela, w kolejnej ryje bruzdy w ziemi, niczym młot pneumatyczny, z kolei na samym końcu tej szalonej opowieści przypomina sound amplifikowanej gitary akustycznej. Jak sytuacja tego wymaga, muzyk sięga po smyczek, ale w tej roli wcale nie jest post-kameralnym kolorystą, częściej wciela się w post-rockowe zwierzę, które strzela riffami, jak z kałasznikowa.

Pierwsze trzy improwizacje trwają do dziesięciu minut. Budowane są nieśpiesznie, często stwarzają mnóstwo swobody trębaczowi, który bez trudu zasypuje flow pomysłami i zmysłową kreatywnością. Po rozpoznawczej grze otwarcia, w drugiej i trzeciej opowieści trio potrzebuje ledwie kilku pętli narracyjnych, by wpaść w konwulsyjny, niemal mantryczny drive, który nie stawia jednak na dynamikę, a na kreowanie intensywności przekazu. Muzycy nie stronią od dobrze rozumianej melodyjności, choć bardziej przypominają w tej roli rozjuszone koguty niż smutne, nadrzeczne ptaki, znajdują także wiele momentów na zmyślne preparacje (tu szczególnie trębacz). Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut. Po fazie spokojnych pląsów, opowieść cudownie pęcznieje – bas pogrubia linię narracyjną, trąbka skrzeczy i wzmaga emocje, a drummer perfekcyjnie stymuluje dynamikę. Po pewnym spowolnieniu ten ostatni dostaje wiele minut wyłącznie na solową ekspozycję. Sam finał budowany jest wedle zasady od ogółu do szczegółu, wieńczy go zaś kolektywna repetycja basowych dronów i trębackich śpiewów.

 


Garfo  Garfo (Clean Feed Records, CD 2021)

Po płytę kwartetu Garfo sięgamy przede wszystkim z uwagi na nasze rosnące zainteresowanie postępami w rozwoju zawodowym młodego lizbońskiego trębacza João Almeidy. Tym razem odnajdujemy go w towarzystwie muzyków zupełnie nam nieznanych, domniemujemy, iż równie młodych jak nasz bohater. Rzeczony kwartet uzupełniają: Bernardo Tinoco – saksofon tenorowy, João Fragoso – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy na potrzeby sesji studyjnej (Lizbona, grudzień ubiegłego roku) przygotowali dziesięć pure jazzowych kompozycji, których autorstwem podzielili się nad wyraz sprawiedliwie. Krążek bez tytułu własnego trwa niepełne 43 minuty.

Jeśli w mainstreamowym jazzie odnajdujemy coś, co mogłoby istotnie zaciekawić wielbiciela swobodnej improwizacji, to z pewnością mogłyby to być zgrabne, melodyjne tematy, żwawe tempo i emocje bystrych improwizacji. W produkcji młodych Portugalczyków, w wielu momentach ich debiutanckiej płyty, tych elementów definitywnie brakuje. Muzycy zdają się grać na zaciągniętym hamulcu ręcznym, powstrzymują swoje emocje niczym ikony cool jazzu, a na bardziej ekspresyjne improwizacje pozwalają sobie ledwie kilka razy. Dokładnie raz, góra dwa razy, na taką wycieczkę wypuszcza się saksofonista, podobnie perkusista i kontrabasista. Jedynym muzykiem, który stara się wnosić więcej do obrazu całości, zarówno w kolektywnych, jak i solowych ekspozycjach jest trębacz. Dba o interesujące frazy, ciekawe dźwięki, nie stroni od preparacji i nie boi się pójść na drobną wymianę ciosów z partnerami.

Muzycy dobrze sobie radzą w bardziej dynamicznych kompozycjach, które skutecznie mieszczą się estetyce Ornette’a Colemana (choćby w utworze pierwszym i dziewiątym). Do grona pozostających w mniejszości udanych utworów z pewnością warto zaliczyć utwór piąty, który nie dość, że ma dobre tempo, to jeszcze fazę improwizacji okrasza ciekawymi dialogami instrumentów dętych. Bardziej niż intrygujący zdaje się być utwór siódmy, gdy muzycy pozwalają sobie na dużo improwizacyjnej swobody, nie boją się łamać fraz i brudzić brzmienia swoich instrumentów, a sam temat utworu podają dopiero na samym jego zakończeniu. Wreszcie przywołany już utwór dziewiąty, ze świetnym, solowym popisem trębacza, niezłymi pasażami saksofonu i ową dynamiką, która zdaje się na tej płycie ratować Garfo w kilku trudniejszych momentach.

 


The Selva + Machinefabriek  Barbatrama (Shhpuma Records, CD 2021)

Po czterech jazzowych lub około jazzowych nowościach, czas na zapowiadane wolty stylistyczne. Najpierw The Selva - trio, które poznaliśmy najpierw w odsłonie free chamber, potem muzycy swoim pracom dźwiękowym postanowili nadać nieco rockowej ekspresji, by obecnie, na trzeciej płycie, oddać akustyczne dźwięki w ręce jednego z najlepszych elektronicznych procesorów muzycznych tej części świata, Rutgera Zuydervelta, którego znamy od lat pod szyldem artystycznym Machinefabriek. Za wkład akustyczny odpowiedzialni tu są: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Dźwięki powstały jesienią 2019 roku, najpierw w Sao Gregorio/ Caldas Da Rainha, potem zapewne w studiu elektronicznego magika. Całość uformowana została w dziewięć części i trwa niespełna 37 minut.

Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o innym akustycznym trio z udziałem Almeidy (Hydra Ensemble), intuicyjnie improwizującym z elektroniką, za którą odpowiedzialny był również Zuydervelt. Przy okazji wielu ciepłych słów, album zaliczyliśmy do definitywnie udanej kooperacji żywych i syntetycznych dźwięków. W przypadku Selvy nie ma już mowy o tego rodzaju elektroakustycznej równowadze sił. Tu elektronika dominuje, przy okazji dzieląc album na dwie podgrupy utworów: dwie absolutnie wyśmienite dłuższe opowieści, którym poświecimy więcej miejsca poniżej i garść warsztatowych sprawek lub fragmentów, które sprawiają wrażenie elektronicznych miksów tego, co muzycy zagrali na swoich akustycznych instrumentach. W tym podzbiorze album winien się raczej nazywać Machinefabriek mixing The Selva.

Wracając wszakże do plusów płyty. Utwór piąty trwa ponad osiem minut. Budują go delikatnie mutowane, akustyczne frazy cello i kontrabasu, traktowanych smyczkami, budujące zmysłowy, post-barokowy klimat. Narracja bazuje na kreatywnym minimalizmie, nie stroni od dobrze wykorzystanej repryzy, dba o niuanse brzmieniowe, buduje sieć dźwięków, które czasami przypominają nawet klawisze fortepianu, a pośród nich pojawia się także intrygująca melodia. Ciekawie w tej części pracuje perkusja, która nie stroni do rytmu, a nawet sięga po para rockowe grepsy. Na finał strunowce pięknie śpiewają, a elektronika kreuje tło podkreślające jakość akustycznych dźwięków. Podobnie udanym zdaje się być utwór numer siedem. Tutaj strunowe sprzężenia i urocze brudy komponowane są z ambientowym tłem elektroniki. Całość wydaje się brać w nawias typową narrację i dążyć ku niemal metafizycznym frazom i elektroakustycznym zaskoczeniom. Nie brakuje lirycznych westchnień i znów świetnej roboty perkusisty. Utwór gaśnie w pięknym dark ambiencie. Po stronie plusów śmiało też możemy zapisać dwa ostatnie, już znacznie krótsze utwory. Oba fragmenty intrygująco uwypuklają akustykę kontrabasu i wiolonczeli, które chętnie kooperują z elektroniką i nie boją się jej figlarnych, dalece syntetycznych wymiarów.

 


Marcelo Dos Reis  Glaciar (Miria Records, CD 2021)

Na finał portugalskiej sagi największe zaskoczenie. Muzyk świetnie nam znany, od lat przez nas hołubiony, Marcelo dos Reis (tu gitara elektryczna, akustyczna, głos i efekty), postanowił nagrać dla nas (a może nade wszystko dla siebie) album z muzyką po części skomponowaną, niemal relaksacyjną, a już na pewno chill-outową. Muzyk, który pierwsze kroki muzyczne stawiał jako frontman zespołu rockowego, tu zdaje się nam o tym fakcie przypominać. Sama muzyka, choć nie rwie nam trzewi, zdaje się być delikatnie piękna, soczyście uspakajająca, na swój sposób szczególna. Muzyk ubrał tę opowieść w dwie suity (łącznie dziewięć części; dźwięki powstałe w Academia de Música CNM), które trwają 41 i pół minuty.

Pierwsza suita konsumuje aż pięć utworów zaznaczonych na krążku. Muzyk zaczyna w delikatnej, płynnej, niemal ulotnej estetyce tajemniczych gitarowych dronów, którym wszakże daleko do dark ambientu, raczej dobrze kojarzą się nagraniami brytyjskiej stajni 4AD, sprzed niemal czterech dekad. Muzyk stawia na prostotę, gra gitarowymi akordami, którym dodaje efektownego pogłosu, korzysta z flażoletów, a całą narrację buduje niezwykle skrupulatnie. Drąży skałę i ma na horyzoncie plan finału, do którego dotrze za jakiś czas. Po drodze historia nie skąpi mu dramaturgicznych mielizn, gdy potrafi brzmieć niczym Mike Oldfield, ale też uwypukla chwilami niemal wirtuozerskie umiejętności techniczne Portugalczyka. Ostatnia część suity, definitywnie najciekawsza, budowana jest z efektownym suspensem. Muzyk żongluje emocjami, dba o zaskoczenia, mnoży wątki (znów nie bez wspomnień w klimatach 4AD) i dociera do kresu tej części podróży, którą wyznacza najpierw wokaliza, a potem regularny śpiew z tekstem, którego motyw przewodni, to I found my time.

Druga opowieść składa się z czterech części. Muzyk wystawia swoją gitarę na wielogatunkowe wpływy, brzmi jak basówka, klei się z dźwiękami akustycznymi, dobrze szuka pogłosu, ale bywa, iż przypomina wygładzoną wersję Pata Metheny. Rockowe powtórzenia, stylistycznie mielizny, ale i cały ocean zmysłowego chill-outu, to atrybuty kolejnej części. W ósmej opowieści gitara brzmi dość nietypowo, jakby z posmakiem mauretańskim, jeśli ucho recenzenta dobrze kieruje jego zapętlonymi myślami. Ostatni, najdłuższy utwór wiele wszakże rekompensuje i definitywnie stawiamy go na pozycji najlepszego fragmentu tej zaskakującej płyty. Flow ma basową bazę, budują go zadziorne frazy gitary i post-rockowy niemalże drive. Muzyk snuje wątki, na bazie których prowadzi swobodną, nieco jazzującą improwizację.



środa, 5 maja 2021

Hydra Ensemble and Voltas!


Jednym z wiecznie powracających tematów redakcyjnych dyskusji jest rola brzmień elektronicznych w żmudnym procesie swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny raz za razem dochodzi do małych wojen żywych i syntetycznych dźwięków, a recenzenckie emocje często kierują się ku deprecjonowaniu muzyki elektronicznej w kontekście improwizujących, w pełni akustycznych instrumentów. W naszej ultra subiektywnej ocenie elektronika, z racji swych nieograniczonych możliwości kreowania brzmień i struktur narracyjnych, często wiedzie prym w improwizacji, a sami artyści zdają się mieć dużo większe problemy z temperowaniem swoich namiętności niż operatorzy żywych instrumentów.

Dziś chcielibyśmy zaprosić do odczytu i odsłuchu płyty, która wydaje się idealnie godzić żywe, akustyczne dźwięki z intrygującą poświatą elektroniki. Tak właśnie, poświatą – do takiej roli sprowadzamy elektronikę, taka syntetyka podoba nam się najbardziej w zetknięciu z żywymi dźwiękami. Owa nieco złośliwa uwaga nie dotyczy jednak muzyki elektronicznej samej w sobie. Jeśli tylko ona rządzi sceną, nasza percepcja zjawiska jest zupełnie inna. Ale nie o tym dzisiejsza epistoła.

Zapraszamy do starego obiektu sakralnego w Rotterdamie, gdzie latem ubiegłego roku muzykowali artyści wyposażeni w trzy instrumenty akustyczne i jeden zestaw urządzeń, który dla uproszczenia nazwali electronics. Prawdziwie ekumeniczne towarzystwo – Portugalczyk Gonçalo Almeida na kontrabasie, Szwajcarka Nina Hitz i Chorwatka Lucija Gregov na wiolonczelach oraz Holender Rutger Zuydervelt (szerzej znany światu jako Machinefabriek) zatopiony w kablach. Artyści przygotowali dla nas sześć improwizacji, które trwają łącznie 45 minut z sekundami. Wydawcą płyty CD jest słoweński label Inexhaustible Editions (premiera miała miejsce w marcu br.).

 


Zakręty otwiera epicka, ponad 15-minutowa improwizacja, której dramaturgia rodzi się leniwie, w niemal minimalistycznej estetyce. Zaczyna kontrabasista, który dotyka struny smyczkiem lub delikatnie je szarpie. Po czym czeka, aż dźwięki ładnie wybrzmią. Po kilku chwilach na prawej flance coś zaczyna drżeć i wydawać pierwsze oznaki życia. Podobnie rzecz ma się na drugiej flance. Wiolonczelistki stawiają pierwsze kroki z dużą rozwagą – ich instrumenty skrzypią, dygoczą ze strachu, rysują małe drony, które lepią się z dużym dronem kontrabasu. Każdy z muzyków produkuje tu mikro preparacje, w początkowa rola elektroniki sprowadza się do wzmacniania strumienia dźwiękowego trzech strunowców. W połowie utworu czeka nas zmiana. Przez moment pozostajemy zatopieni w mgle ambientu. Wiolonczele schodzą do krypty i zaczynają pojękiwać. Kontrabas powraca z akcentami percussion. Zaczyna się nowa opowieść, odrobinę bardziej dynamiczna. Strings swobodnie tańczą, stojąc po kolana w gęstniejącym ambiencie. Syntetyka wybudza się z letargu i nerwowo skwierczy, zwiastując finał tego niebywałego kwadransa post-kameralnych emocji.

Kolejne cztery improwizacje są znacznie krótsze – trwają od trzech do sześciu minut. Druga zaczyna się od zmysłowego współistnienia obu sfer improwizacji – trzy swobodne smyczki i elektronika, która wstaje z kolan i przez moment hałasuje. W ramach reakcji obronnej strunowce wypuszczają się w cudowny, post-barokowy flow, którego jakość podkreśla minimalistyczne pizzicato kontrabasu. Kolejna opowieść budowana jest na dysonansie – elektronika skwierczy i pulsuje, struny oddychają i kreują małe, dronowe ekspozycje. Dramaturgia rośnie, choć dźwięków wcale nie przybywa. Piękne, nerwowe chamber z preparowanymi dźwiękami i zmysłową poświatą syntetyki. Część czwarta zmienia klimat. Wszystkie strunowce podrygują lekkimi, stylowymi ruchami, kreowanymi techniką pizzicato. Elektronika też stawia na drobne, rwane frazy. Całość narracji zdaje się unosić w powietrzu, a dźwięki strun rezonować delikatnie syntetycznym echem. Kolejna opowieść stawia na długie, efektownie brzmiące potoki dźwiękowe, posadowione nisko, niemal przy podłodze – uroczy post-barok z elektroniką, czającą się za rogiem.

Skąpani w cudownościach świetnie skonstruowanej, kameralnej elektroakustyki być może nie jesteśmy dobrze przygotowani na finał Zakrętów. Niemal 10-minutowa improwizacja, w trakcie której elektronika zaczyna pokazywać swoje nieco bardziej demoniczne oblicze. Narrację otwiera pizzicato kontrabasu, które napotyka na syntetyczne zasieki wielowątkowej, niemal stojącej w miejscu e-muzy. Wiolonczele zdają się być pełne niepokoju i egzystencjalnych wątpliwości – delikatnie, smutnie cmokają i pojękują. Oto opowieść, którą moglibyśmy nazwać electro chamber with jazz taste (ten ostatni atrybut z racji trybu pracy kontrabasu). Wszyscy aktorzy tej części widowiska szczęśliwie wchodzą we wzajemne interakcje, a sama syntetyka nie ma ambicji zdominowania sceny. Emocje jednak rosną, a dźwięki z kabli nie odpuszczają. Ostatnie frazy brzmią wyjątkowo zmysłowo. Po peaku elektroniki płyta umiera w poświacie czerstwego ambientu i rozleniwionych podrygów kontrabasu.

 


czwartek, 6 września 2018

Dead Neanderthals! The Life in Depths of Endless Voids! Key to the story!


Czuła się, jakby straciła całą swoją ludzką powłokę, co było dziwne, ponieważ wciąż miała te same myśli co wcześniej. Kto zmienił jej wygląd? (opis płyty Narodziny/ Birth)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem? (opis płyty Dawca Narządów/ Organ Donor)

Pierwotna złość i agresja mają w sobie duchowy rdzeń (Phil Freeman, okładka płyty Prime)


Intro

Para holenderskich, muzycznych freaków, Otto Kokke and René Aquarius i ich narzędzia tortur (określenia własne muzyków): saksofon i perkusja, okazjonalnie także syntezatory. Zwą się wyjątkowo trafnie Dead Neanderthals. Pod tą nazwą publikują muzykę od 2010 roku.

Jeśli muzyka ma nas oczyszczać, to winna boleć. Jeśli odbiorcom ma ona trwale zapaść w pamięci, winniśmy mieć na nią pomysł (koncept?), czasami brutalnie dotkliwy fonicznie, potem nadać jej odpowiedni kształt i wyposażyć w moc przekazu, nie mniejszą niż siła wodospadu. Post-punkowy konceptualizm?

Na przykład, stanąć na przeciwległych końcach stumetrowego tunelu i zgrać kilka dźwięków. Lub dąć w saksofon barytonowy jednym dźwiękiem, tak długo i intensywnie, by zaczął on sprawiać wrażenie, iż żyje własnym życiem i trwa bezczelnie już poza naszą percepcją. A może na jednym siedmiocalowym krążku pomieścić 10 etiud na groźny baryton i punkową perkusję. Lub sprawić, by ciąg dramatycznych dźwięków sax & drums przypominał pracę młota pneumatycznego i jeszcze w tytule nagrania użyć epitetu jazz.

Cechy charakterystyczne pomysłu na muzykę Dead Neanderthals? Artystyczna bezkompromisowość, brutalna konsekwencja w działaniu i brak jakichkolwiek gatunkowych zahamowań. I co nie mniej ważne - siła fizyczna, wytrzymałość długodystansowca w trakcie wykonywania takiej muzyki.

Saksofon barytonowy, tenorowy, sopranowy, często wzmacniany lub dekonstruowany prostą elektroniką oraz mantryczna, chwilami wulgarna, post-doom metalowa perkusja – oto neandertalski perfekcyjny mariaż instrumentalny. Takim samym narzędziem tortur, jak żywy saksofon, czy perkusja, zdają się być dźwięki syntetyczne, generowane przez komputery, syntezatory i całe zwoje mokrych kabli. Jeśli koncepcja wymaga użycia takich środków wyrazu, nasi holenderscy bohaterowie chętnie wchodzą w kolaboracje z muzykami parającymi się tymi urządzeniami.

Muzycy DN doskonale odnajdują w formule swobodnej improwizacji. Dwie takie płyty były już na tych łamach prezentowane, z chęcią jednak do nich powrócimy.

W 2015 roku na rynku holenderskim nieco szumu narobiła składanka nagrań rodzimych formacji, które grają ostrą muzykę improwizowaną. Obok tria Albatre (m.in. Goncalo Almeida), czy Cactus Track (John Dikeman, Jasper Stadhouders, Onno Govaert), na krążku odnajdujemy kilkunastominutową prezentację muzyki Dead Neanderthals. Płyta została przekornie nazwana The New Wave of Dutch Heavy Jazz. Why not!




Dyskografia duetu liczy już ponad 20 pozycji. Muzykę odnajdujemy na wszelkich dostępnych nośnikach – płytach kompaktowych, płytach winylowych, kasetach i w formie downloadingu. Poniżej omówimy je niemal wszystkie. Zaczniemy od prawdziwie free jazzowych erupcji, wydanych na tzw. długogrających nośnikach. Potem sięgniemy po mniej typowe, bardziej swobodnie improwizowane formy uprawiania muzyki, także te, które żadnym sposobem nie dają się przypisać do jakiejkolwiek szuflady. Następnie przeanalizujemy nagrania z użyciem dźwięków syntetycznych. Na koniec zaś omówimy dwa zbiory krótszych wydawnictw – najpierw okazałą kolekcję kilkunastominutowych EP’s, a następnie zbiór siedmiocalowych singli, zawierających krwiście grindcorowe, trwające nie dłużej niż minutę, muzyczne pociski dalekiego rażenia.


Heavy jazz as free fuck!

Pierwszą, trwającą dłużej niż kilkanaście minut, wypowiedzią artystyczną DN jest płyta  Polaris (CD, Utech Records, 2013). Zawiera blisko 30 minutową porcję soczystego free jazzu na saksofon tenorowy i perkusję, podaną w sześciu częściach. W przeciwieństwie do pierwszych singli i epek, nagranie pachnie improwizacją na kilometr. Gra Kokke jest wyrazista, mimo jak zawsze ekstremalnej formuły traktowania instrumentu, pełna jazzowych fraz, a eskalacja poziomu natężenia dźwięku nie jest tu celem nadrzędnym narracji. Start kipi emocjami, ale w dalszej części nagrania metody pracy saksofonisty stają się bardziej złożone. W odpowiednim momencie potrafi zamilknąć, chętnie buduje narrację wyważonymi, dłuższymi pasażami, świetnie wgryzając się w pracę kolegi. Drumming Rene nie stroni pod synkop, dużo w nim subtelności i niuansów typowych nawet dla straight ahead jazzu (choćby w ostatnim fragmencie).




Wątek udanie podjęty na Polaris, doskonale kontynuuje płyta And It Ended Badly (CD, Raw Tonk Records, 2013). Naszych bohaterów wspiera tu na saksofonie altowym, świetnie nam znany Colin Webster (de facto muzyk na statusie członka stowarzyszonego klanu DN, gdyż pojawia się na kilka płytach grupy). Nagrane na żywo, ale w studiu, sześć free jazzowych improwizacji, trwających niewiele ponad 30 minut. Początek płyty oczywiście zwala nas z nóg energią i siłą przekazu, jednak już od drugiego utworu muzycy zaczynają poszukiwać nowych metod tortur. Improwizacja w estetyce call & response, melodyjne meta ballady, które eksplodują ogniem po wielu minutach przygotowań, czy akcenty perkusjonalne u Rene (gongi i dzwonki). Napotkamy też na sonorystyczne dialogi obu saksofonów, a także dawkę hymnicznej zadumy ala Albert Ayler. Niewątpliwie obecność Webstera korzystanie wpłynęła na kreatywność stałych członków DN. Świetna płyta!




Prime (CD/LP/kaseta, Gaffer Records, 2014), to kolejna porcja free jazzu, jaką dostarczają Kokke i Aquarius w towarzystwie Webstera. Tu jednak poziom energetyczny nagrania zostaje podniesiony o kilkaset procent. Znów studyjne nagranie live, zbudowane na jednym 40 minutowym wydechu dwóch rozszalałych saksofonów barytonowych, wspartych konwulsyjnym drummingiem. Improwizowana eksterminacja, brutalnie piękna, akustycznie dotkliwa, niebezpieczna w dotyku, niczym gorąca lawa. W trakcie tej niebywałej ekspozycji każdy z saksofonów toczy własną opowieść, pełną furii i emocji. Narracja jest tylko pozornie monotonna. Uważne wgryzienie się w materię tych dźwięków pozwala dostrzec wiele niuansów i odcieni… hałasu. Szczególnie karkołomne zdają się być pasaże Colina. Być może Prime, to przykład najbardziej ekstremalnego użycia saksofonów barytonowych w historii gatunku, zwłaszcza po 30 minucie. Niebywałe nagranie!

Wątek współpracy DN z Websterem, w ramach pure free jazzowych rejestracji, wyczerpuje doskonały krążek Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017). Koniecznie trzeba podkreślić, iż nagranie to nie powstało za tzw. jednym podejściem. Najpierw partię dźwięków nagrał duet, a potem – w sterylnych warunkach domowych – swoją partię saksofonu dograł Webster. Tę płytę recenzowaliśmy na tych łamach, trafiła także na listę najlepszych wydawnictw roku ubiegłego. Przypomnijmy sobie fragment recenzji, uzupełniony skrótem do pełnego tekstu.




(…) Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!





Powróćmy do duetowych nagrań. Wydana po drugiej stronie Atlantyku płyta Worship The Sun (CD, Relative Pitch Records, 2015) przynosi kolejną dawkę ekstremalnych doznań na polu free jazzu, silnie naznaczonego wyzwoloną, brutalną estetyką punk rocka. 37 minutowa jednotrakowa petarda, którą Otto zdaje się zaczynać na tenorze, by już po kilku minutach dąć w saksofon sopranowy. Perkusja Rene w stylistyce one way ticket, od startu do mety pracuje jak silnik atomowy. Sound saksofonu, jak na kanony DN, sprawia wrażenie niezwykle czystego i selektywnego. W początkowej fazie nagrania rozwaga i powściągliwość zdają się tyczyć szlak sopranowej ekspozycji. W 12 minucie sopranowy terrorysta nawet na chwilę milknie. Z każdą minutą muzycy dokładają jednak do ognia, a Kokke stara się operować w coraz wyższym rejestrze. Sama narracja upraszcza się, a widmo akustycznego orgazmu zdaje się kierować muzyków ku finałowej eksplozji. Znów emocje sięgają zenitu! Samą płytę, przy okazji, zaliczyć możemy do najlepiej wyprodukowanych dźwięków w dorobku DN.




Live at Roadburn 2016 (Kaseta, Roadburn Records, 2016), to rzadka okoliczność wysłuchania DN w wersji prawdziwie żywej, a zatem z udziałem publiczności. Duży, plenerowy, avant-rockowy festiwal w Tilburgu. Otto i Rene wychodzą na scenę z zamiarem zagrania najgłośniejszego koncertu w wieloletniej historii tego festiwalu. Uprzedźmy fakty – uda im się! W trakcie niespełna 26 minut doprowadzają do hałaśliwej ekstazy licznie zgromadzoną publiczność, która daje temu wyraz jak najbardziej werbalnie. Ostry jak brzytwa baryton (może tenor) i histerycznie rockowy drumming. Energia muzyków zdołałaby zapewne ogrzać niezbadane połacie pustyni syberyjskiej. Sax in clute dron, drums in spasms! Desperacja i dyscyplina! Jednorodny strumień akustycznej spermy – zjawisko prawdziwie oczyszczające zabrudzone zmysły. Free jazz, który potrafi zabić nieprzygotowanego odbiorcę. Jeśli ten ostatni przeżyje, staje się już innym człowiekiem. Koncert na festiwalu Roadburn, to kwintesencja artystycznej postawy Kokke i Aquariusa.




Na koniec wątku rozpoczętego płytą Polaris, kolejne koncertowe ujawnienie naszych bohaterów. Dietary Destrictions (Kaseta, Obsedante, 2015), to nagranie dedykowane Jamesowi Brownowi (sic!), dokumentujące berliński odcinek trasy koncertowej, jaką DN odbyli w towarzystwie kanadyjskiego gitarzysty Nicka Millevoi. Dwa kwadranse post-punkowego, improwizowanego hałasu. Nagranie jest monofonicznie, dźwięk dalece nieselektywny. Zdaje się, że także muzycy na scenie nie słyszeli się zbyt dobrze, stąd jedyną ich metodą twórczą zdała się być stara konwencja free – kupą mości panowie! Ta dość trudno przyswajalna ściana dźwięku ukazuje swoje ciekawsze oblicze jedynie w drugim odcinku, który de facto jest solową ekspozycją gitarzysty, delikatnie wspomaganą przez perkusję i ledwo słyszalny saksofon. Jeśli z czegoś w katalogu Martwych Neandertalczyków mamy zrezygnować, to właśnie z tego nagrania.


Improvised beyond everything!

Na potrzeby koncertu w jednym z teatrów w Tilburgu, Dead Neanderthals rozrośli się do elektroakustycznego oktetu (m.in. z udziałem Colina Webstera i Dirka Serriesa)! 82-minutowy spektakl dźwiękowy znamy dzięki wydawnictwu Endless Voids (2LP/2CD, Alone Records, 2015). To wyśmienite nagranie było już recenzowane na Trybunie. Przypomnijmy sobie fragment, wraz z linkiem do całego tekstu.




(…) Demony elektroakustycznej ceremonii powracają. Multigatunkowość jako nowy gatunek! – cięta reasumpcja recenzenta, który próbuje tłumaczyć dysonans poznawczy tego wydarzenia dźwiękowego. Dronowa symfonia narasta wyjątkowo spektakularnie. Grzmoty barytonu (tenoru) na lewej, kontra drobne kwilenia saksofonu (klarnetu?) na prawej flance. Środkiem sunie salwa dronów rozumnej elektroniki. Doskonałe! Zatop się w tej muzyce i słuchaj niezwykle szczegółowo! – jęczy recenzent, przykuty do jednego z gitarowych wzmacniaczy. Na sam już finał, coś na kształt nowego rytmu, może raczej pulsacji, która topi się jednak w industrialnym chaosie chwili. Respekt! Proces systematycznego wybrzmiewania ma ponadgalaktyczny wymiar i iście orkiestrowy rozmach. Cisza, tuż potem, jak ciekły ołów.


Równie szczery entuzjazm recenzenta dotknął nagranie Sluimer (LP/CD, Tonefloat Records/ A New Wave of Jazz, 2015), firmowane przez kwartet Fantoom. Kokke i Aquarius błyskotliwie i nad wyraz swobodnie improwizują tu z Dirkiem Serriesem (gitara elektryczna) i Martiną Verhoeven (kontrabas). Poniżej fragment recenzji i link do całości tekstu.

(…) W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!





Najwyższy czas powrócić do owego stumetrowego tunelu, o którym wspomnieliśmy we wprowadzeniu do tego tekstu. Najbardziej konceptualna płyta DN zwie The Depths (CD, Skull, 2017). Cztery odcinki z niebanalnymi tytułami, około 28 minut muzycznego eksperymentu. Przypomnijmy - muzycy usytuowani zostają na przeciwległych końcach tunelu i grają spokojne, akustyczne dźwięki. Sposób, w jaki fonia rozprzestrzenia się w tak specyficznych okolicznościach akustycznych, sprawia, że ta plenerowa płyta zdaje się być czymś naprawdę wyjątkowym w dyskografii Neandertalczyków. Pojedyncze parsknięcia saksofonu, delikatne uderzenia w poszczególne elementy zestawu perkusyjnego. Echo i niski, dudniący pogłos czynią całą resztę. Także drżenie i specyficzny rezonans. Dubowa estetyka berlińskiego post-techno z lat 90. ubiegłego wieku, to trop, który udanie oddaje atmosferę nagrania tunelowego. W ostatnim fragmencie skojarzenia recenzenta docierają aż do filmowej muzyki Krzysztofa Komedy. Magia pogłosu wprowadza do nagrania istotny element retro. Bez wątpienia The Depths, to najspokojniejsze nagranie w dorobku duetu.




Zasada kontrastu sprawdza się także w zakresie słowa pisanego. Jeśli przed momentem nasze ucho zawiesiliśmy nad bodaj najspokojniejszym nagraniem Otto i Rene, teraz sięgnijmy po jedno z najgłośniejszych, by nie rzec – pure noise extreme event! Na wydawnictwie Molar Wrench (LP, Hominid Sounds, 2017) rozszerzona edycja Dead Neanderthals (z Colinem Websterem) łączy swe siły z avant-noise’ową formacją brytyjską, o nie mniej ekscytującej nazwie, Sly and The Family Drone (Matt Cargill - głos i efekty elektroniczne oraz Callum Joshua Buckland – perkusja). Niespełna 40 minut muzycznej śmierci w czterech odcinkach. Na dwóch pierwszych, zjednoczone siły hałasu stawiają nas pod ścianą i wiercą dziurę w głowie. Foniczny atak, który skutecznie kaleczy narządu słuchu, przy okazji oczyszczając mózg ze zbędnych procesów myślowych. Dwa saksofony barytonowe (chyba), dwie żywe perkusje i elektronika wysokiej mocy budują para-rockową hybrydę drums & noise. Innymi słowy - jazzowe akcesoria i ponadgatunkowy efekt. Prawdziwa przygoda z tą płytą zaczyna się jednak w trzecim utworze. Narracja istotnie wyhamowuje, perkusiści na moment odpoczywają, reszta zaś muzyków produkuje zmysłowe drony i w tempie marsza pogrzebowego zaprasza nas na spacer w nieznane. Oniryczny, szorstki deep dark ambient! Gdy obie perkusje wracają do gry, zaczyna się bodaj najlepszy fragment nagrania, zdobiony świetną free jazzową ekspozycją Webstera, przy równie wyrazistych pasażach Kokke. W finałowym utworze dynamika nagrania ulega dalszemu spowolnieniu, przyjmując postać dubowej meta ściany dźwięku. Przypomina się dobry, stary Bill Laswell i jego efemeryda Praxis. Komu mało emocji z odsłuchu Molar Wrench, niech sięgnie po dwa siedmiocalowe single, zawierające zarówno wspólne nagrania obu formacji, jak i ich osobne wystąpienia (Split, God Unknown Records, 2016 & 2018).


Syntethic as fire!

Blok płyt ze znaczącym udziałem dźwięków syntetycznych (Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem), zaczynamy od dwóch wyśmienitych wydawnictw, będących efektem kolaboracji Kokke i Aquariusa z Rutgerem Zuyderveltem, który od ponad dwóch dekad kreuje świat niepokornych dźwięków elektronicznych jako Machinefabriek. Na użytek tej współpracy muzycy przyjęli nazwę własną DNMF.




Krążek DNMF (LP, Moving Furniture Records, 2014) przynosi 37 minut imponującej rozmachem, twardej elektroniki z udziałem żywych instrumentów (saksofon, perkusja). Dodajmy, że Otto siada także do syntezatora, a Rene odpowiada za tzw. hałas (noise). Muzyka na pierwszej stronie winyla budowana jest na bazie trzech składników – dronu z syntezatora, harshowego saksofonu i dronu basowego (kind of electro), generowanego także stopą i bębnem basowym perkusji. Mroczna, deliryczna, repetytywna improwizacja, pełna klaustrofobicznej urody, pod koniec także konstruktywnego hałasu. Druga strona silniej akcentuje wątek syntetyczny (dark broken ambient). Żywe topi się tu w pogłosie elektroniki, posmaku kwaśnego industrialu. Demon nie czai się za rogiem, on jest stale z nami! Narracja gęstnieje niczym ciekły ołów. Po 10 minucie jakby nowy wątek – oto czas apokalipsy spełnia się w naszych uszach! Ściana syntetycznego dźwięku, a głęboko pod nią ukryte resztki żywego drummingu. Na finałowym wybrzmieniu, to jednak udziałem Aquariusa staje się doskonała puenta!




Po czterech latach trójka szaleńców powraca albumem Smelter (CD/LP/Kaseta, Moving Furniture Records/ Tartarus Records, 2018). Jedna, 39 minutowa historia. Na drżący w podstawach, szorstki flow syntetyki opada walec żywych dźwięków Rene i Otto – metal slow drums i charkot zepsutego instrumentu dętego. Dron Rutgera zdaje się w początkowej fazie nagrania żyć własnym życiem. Pulsujący, majestatyczny marsz żywego i syntetycznego, w którym trudno precyzyjnie zdiagnozować elementy składowe. Po 13 minucie perkusja milknie, a narracja przechodzi w fazę chroboczącego doom ambient. Po chwili repetycji (jakiż niesamowity sound całości – brudny, upalony, boleśnie piękny!), z podobną sytuacją mamy do czynienia od 24 minuty. Śmierć perkusji, gotycki rozmach mokrej elektroniki. Szczątkowe ekspozycje hałasu, klimat berlińskiego post-techno sprzed 20 lat, sample z chórem damsko-męskim, niczym zwiastowanie piekielne. Oto jak psychodelia i oniryzm święcą triumfy. Wybrzmiewanie jest długie, błyskotliwie, silnie osadzone w umierającej elektronice. Brawo!

Krishna, to z kolei nazwa własna kolaboracji Dead Neanderthals z Vincentem Koremanen (aka Drvg Culture). Ich jedyny, jak dotąd album zwie się Ascend to Nothing (CD, Siken Tofu, 2016). Jak ktoś to zgrabnie określił - muzyka medytacyjna dla nihilistów! 36-minutowa opowieść głęboko zanurzona w elektronice. Silny, elektroniczny beat, syntetyczny meta background, budowany dźwiękami z kilku źródeł. Przykład deep techno, ale bez epitetu minimal. Syntezatory pulsują, a mroczny taniec zimnego undergroundu tyczy szlak narracji. Z czasem dronowe tło zaczyna narastać, a nawet hałasować. Rodzaj upojnego transu, do odbioru czysto fizycznego. Na tle całej kolekcji nagrań DN, brudny, specyficzny chill-out, który kończy się surowym brzmieniem instrumentarium perkusyjnego. Smakowite!




Do nagrania płyty Craters (CD/LP, Consouling Sounds, 2017) Rene i Otto doprosili Maxime’a Petita na basie elektrycznym. Trzy żywe instrumenty plus syntezator pod palcami perkusisty. Uwaga, to jednak nie przypadek, iż tę doskonałą płytę omawiamy w dziale ognistej syntetyki! Blisko 37 minutowy, nieprzerwany potok dźwięków zdominowany jest bowiem przez fonię właśnie tej proweniencji. Bas drży i generuje nerwowe drony, klastery saksofonu dudnią jak dogorywająca armia wojsk sprzymierzonych, a nad wszystkim dominuje strzelisty pasaż syntezatora (Rene w całym nagraniu niemal nie dotyka zestawu perkusyjnego). Post-rockowa, wielowymiarowa, multiplikująca się elektronika z inkrustacjami ledwie żywych instrumentów. Od czasu do czasu grzmoty spod stopy drummerskiej (a jednak!), płynne przestery basu i saksofon śmiertelnie zaplątany w megabajty. Jedno z najlepszych nagrań DN, które wieńczy eksplozja naprawdę szalonych dźwięków, sklejonych w gęstą niczym ołów, ekspozycję finałową.




Life (CD, Medusa, 2018), to jedyna w tym dziale płyta nagrana w rdzennym duecie. Być może także najbardziej jaskrawy przypadek konceptualizmu w muzyce Dead Neanderthals. 36 minut materiału dźwiękowego, wedle opisu płyty mającego walor kompozycji. Elementy składowe – grom twardej elektroniki, w postaci dwóch dronowych pasm, niskiego i nieco wyżej posadowionego oraz pojedynczych uderzeń w wirtualne klawisze nieistniejącego fortepianu. Instrumentarium nieznane, brak znamion użycia żywych przedmiotów wydających dźwięki. Narracja od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania stoi w miejscu (very long sustained piece), trwa niczym starożytny minotaur na rykowisku. W połowie płyty recenzent ma wrażenie, że w dalekim planie rodzi się nowy dron. Ale to chyba tylko złudzenie. Manipulując siłą nacisku słuchawek na uszy, można za to dowolnie modyfikować natężenie dźwięków. To rola słuchacza. Zdaje się, że muzycy na starcie odpalili maszynę, a potem jedynie przyglądali się rozwojowi sytuacji. Ciekawe doświadczenie (konceptualne?) obcowania z nagraniem, które po nagłym wybrzmieniu, żegna nas szumem analogowej płyty.


EP - bloody hell format!

Skoro tak usilnie doszukujemy się w artystycznej kreacji Dead Neanderthals znamion konceptualizmu, wróćmy do owego młota pneumatycznego, o którym wspomnieliśmy na wstępie tekstu. Płyta zwie się Jazzhammer/ Stormannsgalskap (10” LP, Burning World Records, 2012) i jest pierwszą w dyskografii grupy nieco bardziej rozbudową ekspozycją, trwa bowiem blisko 19 minut. Jazzowy młot rzeczywiście brzmi, jak praca urządzenia budowlanego. Akustyczna ekspozycja, której wykonanie z pewnością nie było prostą czynnością w zakresie uprawiania muzyki. Perkusja wybija rytm młota, saksofon barytonowy kreśli intrygujący, stojący, silnie sfuzzowany dron. Efekt foniczny budzi respekt! Niemal 10-minutowa pieśń zmienia bieg narracyjny raz na dwie, trzy minuty i są to zmiany… kosmetyczne. Na final słyszymy dodatkowy saksofon barytonowy (efekt post-produkcji). Druga strona epki jest już mniej radykalna, zawiera dość silnie osadzony we free jazzie taniec barytonu i progresywnej perkusji. Ten pierwszy ponownie multiplikuje się w trakcie hałaśliwej ekspozycji, a także zanurza paluchy w skromnej elektronice.




Kolejne wczesne mini-albumy DN kontynuują radykalny, brutalny i silnie trzeźwiący potok free jazzowego hałasu. Na Meat Shovel (Kaseta, self-released, 2013) Otto bierze w dłonie saksofon tenorowy i wraz z nadpobudliwym Rene, kreśli wspominkową opowieść o czasach II Wojny Światowej. Nagranie wydane dla upamiętnienia 68 rocznicy zbombardowania Hiroshimy. Zatem nie bez przyczyny, w warstwie muzycznej, nie daleko tu do dźwięków charakterystycznych dla wybuchu bomby atomowej. Na płytach Body Horror (Kaseta, self-released, 2013) i Random Acts of Nuclear Devastation (CD-r, self-released, 2014) Kokke gra na saksofonie sopranowym. Nie należy jednak z tym faktem wiązać jakichkolwiek nadziei na złagodzenie obyczajów. Speedowa rytmika perkusji i sopran, który potrafi zedrzeć błony z narządów słuchu, niczym przesterowana trąbka-sygnałówka. Nie brakuje jednooddechowych ekspozycji saksofonisty, które jeszcze dobitniej radykalizują muzyczny przekaz DN. Druga z epek, tytułem nawiązująca do post-nuklearnej krucjaty, jest przy okazji nagraniem koncertowym. Rene ciekawe wzbogaca tu swój drummerski arsenał i mimo imponującego tempa dewastowania instrumentu, umiejętnie wplata w narracje metafizyczne niemal synkopy. Muzyka definitywnie płonie.




Dolphins (DL, self-released, 2016), to kolejna kilkunastominutowa eksplozja dźwięków, wydana na świat w ostatni dzień roku. Prawdziwy heart attack! Ściana dźwięku o niespotykanej intensywności, nawet jak na kanony DN. Free heavy and noise jazz! By znów zacytować fanów – zgrabne połączenie doświadczeń Alberta Aylera i Napalm Death. Przy bliższym poznaniu, bywa śmiertelne.

Mija dokładnie rok i znów, ku przestrodze miłośników gatunku, właśnie udających się na sylwestrową zabawę, na świat spłodzona zostaje epka. Tym razem jest to Organ Donor (DL, self-released, 2017). Pisaliśmy już o niej, oto fragment i skrót do całości tekstu.

(…) Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.





Bogatą płytotekę Dead Neanderthals, jeśli chodzi o krótką, kilkunastominutową formę, wieńczy najnowsze jak dotąd wydawnictwo Birth (DL, self-released, 2018). Oto rytualny taniec z okazji narodzin bliżej nieokreślonego bytu (okładka dość przerażająca). Instrument Aquariusa brzmi jak … żywy automat perkusyjny. Brzmienie saksofonu Kokke zdekonstruowane zostaje do poziomu brutalnego pasma syntetycznych dźwięków. Z minuty na minutę wzbogaca się o kolejne elementy (przy wsparciu syntezatora). Akustyka całości na bardzo dobrym poziomie, a tempo rażenia dalece wyważone. Chwilami pobrzmiewa tu echo niemieckiej post-rockowej elektroniki, ale podłączonej do linii wysokiego napięcia. Do wielokrotnego odsłuchu!


One minute is enough!

Na finał dzisiejszego overview, cofamy się do prapoczątków Martwych Neandertalczyków. W latach 2010-2011 Otto i Rene wydają cztery siedmiocalowe single, na których są w stanie pomieścić łącznie … 33 utwory na perkusję i saksofon barytonowy. W sumie trwają one około 40 minut. Prosta matematyka wskazuje, iż czas pojedynczej ekspozycji z rzadka przekracza 1 minutę. Estetyka punk rocka, grindcore, doom metal itd. Dodajcie sobie kolejne określenia dla opisu ekstremalnie głośnego i szybkiego generowania przekazu fonicznego. Na ogół za jednym podejściem, bez post-produkcji i wsparcia elektroniki, tak częstego dla późniejszych dokonań duetu. Każde nagranie ma swoją mini strukturę, drąży jakby inny wątek punkowego zgiełku perkusji i saksofonu. Na ogół budowane bywa na jednym klasterze saksofonu i adekwatnym bicie drummerskim.




Na Dead Neanderthals (Batshit Records) najpełniej i najgroźniej zdają się brzmieć odcinek trzeci i piąty. Na The V-Shaped Position ( Batshit Records) szczególną uwagę zwraca ostatni utwór, który niespodziewanie trwa aż 5 i pół minuty, a zbudowany jest na zwalistym dronie, który zdaje się mieć konsystencję ciekłego betonu. The Saw (Grindcore Karaoke), to ledwie trzy ostro ciosane pociski z dużą porcją noise-rockowego przesteru. Wreszcie We Are Dead Neanderthals (self-released) - dwanaście pozycji, nagranych na żywo (z publicznością?) w jaskini odsłuchowej (tłumaczenie dosłowne), stanowiących rodzaj the best of dla prenatalnego okresu w życiu DN. Kosmiczna energia, punkowy brud i wyjątkowa swoboda wypowiedzi. Jak zanotował recenzent – to nie jest muzyka garażowa, to już muzyka jaskiniowa!





****

Nagrania Dead Neanderthals dostępne są pod tym adresem: