Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamid Drake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamid Drake. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Sabir Mateen – Kolektywna Czwórka plus skromne resume pod pretekstem urodzin


Główny bohater doskonałego filmu Paolo Sorrentino Wielkie Piękno, znany włoski literat, w trakcie przyjęcia z okazji 65-urodzin, podsumowując poziom swojej życiowej motywacji, rzekł tymi słowami: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności.

Sabir Mateen, doskonały amerykański saksofonista, klarnecista i flecista, nie dość, że kilka miesięcy temu osiągnął ów wspaniały rok życia, to jeszcze wydał właśnie w naszym prześmiesznym kraju całkiem smakowitą, freejazzową petardę! Przy okazji, rzucając okiem na jego dotychczasowy, niezbyt zresztą bogaty, dorobek artystyczny, odniosłem wrażenie, że dewizę życiową włoskiego literata, stosuje on od dawien dawna.

Rzeczony krążek, to Collective Four (ForTune, 2016), czyli zgodnie z nazwą, połączone siły saksofonów, klarnetów i fletów Sabira Mateena, puzonu Conny Bauera, kontrabasu Marka Tokara i perkusji Klausa Kugela. Zawiera dokumentację foniczną koncertu, jaki kończył sześcioprzystankową trasę kwartetu po naszym kraju, a miejsce miał w Lublinie, w grudniu roku ubiegłego*).




Ponad siedemdziesięciominutowe nagranie, podane w trzech odcinkach, zaprasza nas do bezgranicznego oceanu modelowego wręcz free jazzu. Zatem odpowiedni poziom ekspresji, luźno zadzierzgnięty scenariusz improwizacji, bez nutek, w oczywisty sposób sygnalizujących przebieg wydarzeń, wreszcie kompetentni wykonawcy. Ta czwórka dorosłych mężczyzn o dużej rozpiętości wieku (sekcja dęta śmiało mogłaby być ojcem kontrabasisty), zapewne grała ze sobą na tej trasie po raz pierwszy w życiu, ale że krążek zawiera szósty ich wspólny występ, fakt ten nie wpływa w żaden sposób na jakość muzyki. Oczywiście w tych okolicznościach nie oczekujemy od muzyków naszych ulubionych niewyczerpalnych pokładów synergii, ani kosmicznej telepatii, ale od początku do końca band działa sprawnie i przynosi moc artystycznych wrażeń.

Królem polowania jest tu bez dwóch zdań Sabir Mateen, który prowadzi grę, wspaniale improwizuje na kilku instrumentach (które wciąż zmienia w trakcie grania) i udanie inspiruje kolegów do kolektywnych przepychanek. Bauer udanie kreśli puzonowy background dla popisów saksofonisty, rzadziej biorąc proces improwizacji wyłącznie we własne ręce. Doskonale funkcjonuje sekcja ukraińsko-niemiecka. Zawsze jest na czas, świetnie trzyma w ryzach rytm dźwiękowych galopad. Kugel jest fachmanem dużego sortu i w wielu miejscach na mapie współczesnego free udanie znaczył teren. Tu nie jest inaczej. Czujny i punktualny, zwarty i gotowy na każde wydarzenie na scenie. Tokar, w sumie dzieciak w tym gronie (ledwie po 40-ce), w wielu fragmentach pięknie komentuje wyczyny dęciaków, precyzyjnie kooperuje z drummerem i jeszcze, gdy sytuacja dramaturgiczna tego wymaga, sięga po smyczek i robi urocze tło dla spokojniejszych pasusów Mateena na flecie lub klarnecie, czy też wyciszonych eskalacji puzonu Bauera. Smaczkiem nagrania są poetyckie recytacje Mateena, podawane w oparach delikatnej i wyciszonej improwizacji Tokara.


*****

Oczywiście osoba Sabira Mateena zawróciła mi na powrót głowę, dzięki nowemu wydawnictwu legendarnej nowojorskiej formacji Test, o której pisałem nie dalej, jak kilka dni temu. Tamże dyskografię grupy oraz istotną moc sprawczą Sabira w tejże kolekcji, podkreśliłem i skutecznie – mam nadzieję – uzasadniłem. Teraz zatem drobny przegląd innych, ciekawych płyt w dorobku muzyka. Jak już wcześniej wspomniałem, nie jest on zbyt obszerny, zatem objętość tego tekstu nie powinna przekroczyć dziesięciu tysięcy znaków. Innym słowy, istnieje spora szansa, iż czytając z ekranu będziecie w stanie zrozumienia aż do samego jego końca.

Pozycje fonograficzne, w których nazwisko Mateen pada przynajmniej w roli co-leadera, zaczynają się w zasadzie dopiero w okolicach połowy lat 90. ubiegłego stulecia. W poprzedniej dekadzie Sabir rezydował w Los Angeles i grywał głównie w sextecie Horace’a Tapscotta. Dopiero przeprowadzka do Wielkiego Jabłka, na przełomie dekady (?), sprawiła, iż Mateen odnalazł się scenie freejazzowej, przy okazji, co rusz napotykając na przyjazne mu dusze i okazje na konstruktywny dżob.

Z dzisiejszej perspektywy trzeba chyba uznać, iż terminowanie w ulicznym szaleństwie pt. Test było znaczącym i niezwykle istotnym doświadczeniem dla tego muzyka. Jak wiemy z poprzedniej opowieści, pierwszy krążek firmowany nazwą Test pojawił się dopiero w roku 1998. Pamiętamy także o ciekawym, zarówno z punktu widzenia muzycznego, jak i socjologicznego, dworcowym duecie z Tomem Bruno Getting Away With Murder.




Wcześniej, bo już jesienią 1995, powstał bardzo ciekawy materiał studyjny, który opatrzony został tytułem wykonawczym One World Ensemble. Grupę stworzyli, obok Sabira Mateena, jego lustrzane obicie z Test, czyli Daniel Carter, a także pianistka Yuko Fujiyma, kontrabasista Wilber Morris i perkusistka Susie Ibarra (nawet mniej opętanym nowojorskim freejazzem nazwiska te mówią naprawdę dużo). Płyta zwie się Breathing Together (Freedom Jazz, 1997), a jej tytuł mówi prawie wszystko o muzyce tam zawartej. Swobodna, silnie jazzowo ukorzeniona, improwizacja w nieśpiesznych tempach i nostalgicznych skalach. Ale skoro gra na niej Mateen, możemy być pewni, że poziom ekspresji będzie istotnie wysoki.




Okres wokół milenijnego przesilenia i problemu roku 2000, owocuje w dyskografii Mateena kilkoma znaczącym spotkaniami z weteranem free jazzowego bębnienia, Sunny Murrayem. Efekt fonograficzny, to aż trzy krążki – najpierw duet We Are Not At The Opera (Eremite Records, 1998), potem zaś dwie części opowieści Perles Noires Vol. 1 i 2 (Eremite Records, 2005). Od razu należy zaznaczyć, że płyty pod względem autorskim przypisane są perkusiście (przy czym pierwsza, to… Sunny Murray with Sabir Mateen), jednakże muzyka na nich zawarta jest na tyle swobodną improwizacją, a sprawczy udział Sabira istotnie znaczący, iż śmiało mogłyby one zostać podpisane nazwiskami obu muzyków (choć na tej drugiej utwory opisane są jako kompozycje lidera, jest nawet evergreen Ornette Colemana). Warto dodać, że smaczku wydawnictwu Perles Noires dodaje udział osób trzecich – w pierwszej części są to Dave Burrell (piano), Louis Belogenis (sax) i Alan Silva (bas), w drugiej zaś Oluyemi Thomas (klarnet basowy, sax) i John Blum (piano). Nie grają oni jednak razem –  na dyskach mamy duety, tria i kwartet. O ile te pozycje polecam z całą stanowczości, jako przykłady konkretnie wartościowego free, o tyle mniejszym entuzjazmem darzę płytę nieoperową, gdyż brzmi ona, jakby właśnie w wielkiej sali operowej została nagrana – perkusja jest zbyt głośna i płynie na zniekształconym pogłosie, zaś dęciaki Mateena są słabo słyszalne.

Pozostając przy wątku współpracy z perkusistami, nie możemy nie wspomnieć o fantastycznym duecie Mateena z Hamidem Drake’em Brothers Together (Eremite Records, 2002). O tej płycie miałem już okazję pisać dekadę temu, a dziś te kilka słów, podsumowujących jakże energetyczny i wręcz mistyczny projekt, odnajdziecie w archiwum Trybuny, w zakładce Vivo Fiendly Improvised.  Koniecznie trzeba też podkreślić znaczący udział Sabira w autorskiej i równie jak powyższy duet, doskonałej płycie Hamida Bindu (Rouge Art, 2005). Cztery kosmiczne dęciaki (także Daniel Carter, Greg Ward i Ernest Dawkins) zderzone z plemiennym drummingiem Drake’a ponad dziesięć lat temu skutecznie zryły mi beret i istotnie przewartościowały podejście do free jazzu. Majstersztyk!



Utyskując nad wątłością autorskich, czy też współautorskich, dokonań Mateena w wieku 65 lat, należy przewrotnie zauważyć, że zasoby tej muzyki byłoby jeszcze szczuplejsze, gdyby nie… Marek Winiarski i jego nieocenione Not Two Records. W katalogu tej krakowskiej wytwórni doliczyłem się bodaj dziesięciu tytułów z udziałem amerykańskiego saksofonisty! Przywołajmy na początek te z Sabirem w roli tytułu wykonawczego: duet z Matthew Shippem Sama (2009), kwintet z udziałem m.in. Frode Gjerstada i Steve’a Swella Sound Gathering (2010), duży skład z autorską muzyką komponowaną The Sabir Mateen Jubilee Ensemble (2012), trio z Michalem Bisio i Whitem Dickeyem Understory (2013), wreszcie wspólny występ z triem Ferrian/ Pissavini/ Quattrini The uneXpected (2013). Do tego zestawu winniśmy dodać udział saksofonisty w formacjach Steve’a Swella Slammin’ The Infinite i Rivers Of Sound, skutkujące łącznie aż czterema krążkami w katalogu NT (można się jedynie spierać, która z nich jest doskonalsza), a także równie smakowity koncert formacji Frode Gjerstad/ Paal Nilssen-Love Project Hasselt (2013), który nie byłby tak frapujący bez drżących i co rusz eksplodujących dęciaków Mateena.




Jeśli na moment zostaniemy jeszcze przy dokonaniach naszego dzisiejszego bohatera w roli muzyka istotnie wzmacniającego efekt końcowy, ale niewymienionego z imienia i nazwiska na okładce krążka, należy z całą bezwzględnością wskazać doskonałe płyty kwartetów Marka Whitecage’a, innego wspaniałego saksofonisty z tamtej strony Atlantyku – myślę tu przede wszystkim o Other Quartet Consensual Tension (CIMP, 1998) i … Other Other Quartet Reserach On The Edge (CIMP, 1999). Przy odsłuchu obu płyt ślinię się obficie także dzięki różnym, ale jakże fascynującym sekcjom rytmicznym (na pierwszej Joe Fonda/ Harvey Sorgen, na drugiej Chris Dahlgren/ Jay Rosen).




Wracając do autorskich płyt Mateena – odnajdziemy w jego dyskografii trio (Divine Mad Love, Eremite, 1997), kwartet (Other Places Other Spaces, Nu Bop, 2008), a także kwintet (Secrets Of When, Blue Regard, 2001). Zaś naszą dzisiejszą opowieść zakończymy… formacją o bardzo długiej nazwie, którą wszelako należy koniecznie zapamiętać, bo jej jednopłytowy dorobek zwieńczyć może jedynie kolejny epitet recenzenta w pozycji na kolanach. Od dekady jest już z nami krążek kwintetu, który przyjął nazwę Sabir Mateen’s Shapes, Texture and Sound Ensemble. Dysk nazywa się Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006). Liderowi towarzyszą – Steve Swell (puzon), Mat Lavelle (trąbka, kornet, flugelhorn), Mathew Heyner (kontrabas) i Michael Thomas (perkusja). Ekstatyczna, gęsta i ekspresyjna muzyka autorska Mateena, wyniesiona drogą konstruktywnej improwizacji, na kosmiczny szczyt. Jeśli dawno jej nie słuchaliście, zróbcie to koniecznie. Jeśli jej nie znacie, … wiecie z pewnością, co natychmiast winniście uczynić!


*) Konieczne jest doprecyzowanie faktów – do składu Collective Four, aranżowanego na ubiegłoroczną, jesienną trasę po Polsce zaproszony został młodszy brat Conny’ego, Johannes Bauer. Niestety na tyle silnie podupadł on wtedy na zdrowiu, iż na koncerty w zastępstwie przyjechał ów starszy z braci. Jak niestety doskonale wiemy, kolejny rok przyniósł jeszcze smutniejsze wydarzenie – od szóstego maja nie ma już Johannesa wśród żyjących. Ta płyta to swoisty hołd jego pamięci.

poniedziałek, 5 września 2016

Die Like A Dog – wersja trzyosobowa: reinkarnacja!


Ewidentnie duże wydarzenie fonograficzne na scenie freejazzowej! Po blisko piętnastu latach milczenia powraca wyjątkowa formacja Die Like A Dog!

Wnikliwi biografowie Petera Brötzmanna doskonale pamiętają, iż na progu lat 90. ubiegłego stulecia wraz z trójką niebywałych muzyków, berlińskim koncertem w Townhall Charlottenburg, dał początek formacji Die Like A Dog Quartet.

Kwartetów w życiu muzycznym 75-letniego dziś saksofonisty było oczywiście tak wiele, że serwery dźwigające zasoby informatyczne Trybuny nie zdołałyby pomieścić ich opisu. Wszakże taki kwartet był tylko jeden.

Przypomnijmy sobie głównych jego aktorów: na zmutowanej i silnie amplifikowanej trąbce Toshinori Kondo, facet z bogatym doświadczeniem, zarówno na polu free improv, jak i … transowej, niemal jazz-rockowej muzyki z obsesyjnym rytmem; na kontrabasie jedyny i niepowtarzalny William Parker; na perkusji i instrumentach perkusyjnych, też postać ekstremalnie nietuzinkowa – Hamid Drake (z doświadczeniami podobnymi, jak japoński trębacz); dopełnieniem Zdechłego Psa - Peter Brötzmann na saksofonach, klarnetach i tarogato.

We wspomnianych latach 90. kwartet okazjonalnie koncertuje, a światu za pośrednictwem niemieckiego labelu FMP, dostarcza wyjątkowe krążki, które w mojej ocenie konstytuują śmiałą tezę, iż są swoistym opus magnum każdego z w/w muzyków.

Przypomnijmy ich tytuły: Fragments Of Music, Life And Death Of Albert Ayler (1994), Little Birds Have Fast Hearts No.1 (1998) i No.2 (1999), Aoyama Crows (2002). Kwartet z lekką korektą w składzie (Roy Campbell za Kondo) nagrywa dla Eremite Records krążek From Valley To Valley (1999). Od blisko dekady dostępny jest także czteropłytowy box, kompilujący wszystkie rejestracje dla FMP, pod oczywistym tytułem The Complete FMP Recordings (Jazzwerkstatt, 2007). Już w bieżącej dekadzie dyskografia Die Like A Dog poszerzyła się o koncert z roku 1994, wydany pod tytułem Close Up (2011), jako samoistna część dwunastopłytowego, urodzinowego wydawnictwa Free Music Production.

W nowym wieku nazwa Die Like A Dog niestety już się nie pojawia. Jednak w roku 2003 wpada w nasze upocone dłonie podwójny krążek tria Brötzmann/ Parker/ Drake, który zwykło się określać mianem Die Like A Dog Trio, czyli zespołem okrojonym o nieobecnego Toshinori Kondo. Płyta Never Too Late But Always Too Early (Eremite, 2003) dedykowana została pamięci właśnie co zmarłego Petera Kowalda. Na tym ta historia w zasadzie zamykałaby się, gdyby nie…. najnowsze dziecię londyńskiej inicjatywy klubowej Cafe Oto i wydawniczej OtoROKU!




Otóż na końcowe dni stycznia roku ubiegłego, bystrzy Londyńczycy zakontraktowali na trzy wieczory trio Brötzmann/ Parker/ Drake! Koncerty w małej klubowej salce odbyły się przy nadkomplecie publiczności. Zostały one skrzętnie zarejestrowane i latem tego roku udostępnione rzeszy złaknionych fanów Die Like A Dog, pod wszystko mówiącym tytułem Song Sentimentale (Otoroku, 2016).

Muzyka trafia do nas zarówno w formacie CD, jak i winylowym. Od razu zaznaczam, iż materiał zamieszczony na obu nośnikach jest różny, zatem jeśli chcemy posiadać pełną dokumentację ubiegłorocznych koncertów trio w Londynie, winniśmy nabyć zarówno kompakt, jak i czarny krążek (co nie będzie łatwe, bo póki co, nakład CD jest już wyczerpany….). Nośnik cyfrowy pomieścił trzy fragmenty, trwające 70 minut, zaś analogowy – dwa, o łącznej długości ponad 40 minut.

Dwa słowa o instrumentarium muzyków. Peter gra, jak to ma w zwyczaju od wielu lat, na saksofonie tenorowym, klarnecie i tarogato. William, poza kontrabasem chwyta w dłonie także inne, nieco egzotyczne instrumenty, takie jak guimbri, shakuhachi i shenai (są to instrumenty strunowe i dęte). Hamid natomiast, poza perkusją, jak to ma w zwyczaju korzysta także z dużego bębna frame drum (na którym gra … rękoma) i używa także głosu.

Po tym zalewie faktów, czas najwyższy odpowiedzieć na proste pytanie: co sprawia, że muzyka Brötzmanna w towarzystwie Parkera i Drake’a jest taka wyjątkowa?




Po prawdzie od wielu już lat niemiecki muzyk niczym nas nie zaskakuje. Jego arsenał środków stylistycznych, instrumentarium, czy pomysł na prowadzenie równie dynamicznych, co nostalgicznych improwizacji nie ulega zmianie. Osobiście, niejednokrotnie pisząc ostatnimi czasy o nowościach płytowych z jego udziałem, bez skrępowania marudziłem i nie popadałem w nadmierną ekstazę. A jednak, gdy do mojego odtwarzacza wpadła Sentymentalna Pieśń, serce od razu silniej zabiło.

Szorstka, niedelikatna, momentami nawet hałaśliwa stylistyka muzyki Petera (choć potrafi być naprawdę melodyjna) świetnie odnajduje się na tle tego, co robi i potrafi robić na scenie niebywała, czarna sekcja rytmiczna Parker-Drake. Po pierwsze, nasycają oni muzykę tria … wyjątkową melodyką i ekspresyjnym wręcz dynamizmem. Najbardziej karkołomne zawijasy improwizacyjne i nagłe zwroty akcji, konstruowane są w oparciu o głęboko zakorzenioną melodię, rytm i śpiewność, płynącą ze wszystkich instrumentów, jakie dostają się w ręce Williama i Hamida (w jego przypadku także głosu, mantrycznego zaśpiewu). Z drugiej strony, rozbudowane o elementy egzotyczne, wręcz plemienne instrumentarium, nadaje muzyce całej trójki niebywałą lekkość i oniryczną wręcz aurę. Potrafi stanowić uroczy kontrapunkt dla najbardziej nawet ekstremalnych fragmentów free, których przecież nie brakuje w muzyce Petera. Całość płynie nieprzerwanym potokiem dźwięków, a muzycy i słuchacze pozostają w stanie konstruktywnego i kojącego każdy ból egzystencji, medytacyjnego wręcz transu. Gdy muzycy funkcjonowali dwie dekady temu w kwartecie, trąbka Kondo jeszcze bardziej wzmacniała elementy, o których tu wspominam.




Zatem z ogromną przyjemnością anonsuję nową płytę Die Like a Dog (choć ta nazwa nie pada w przypadku tego wydawnictwa) i gorąco zachęcam do powrotu do muzycznej lektury dokonań kwartetu, którego płyty są na szczęście stosunkowo łatwo dostępne (choćby ów czteropak Jazzwerkstatt).

Jeśli już to wszystko, premierowo lub na powrót odsłuchacie, a będzie Wam mało, nieśmiało przypominam, iż dyskografia kwartetu i tria ma też skromne uzupełnienia… duetowe. Myślę tu o krążkach Brötzmanna i Drake’a. Były, jak dotąd, trzy takie wydawnictwa. Koncert z roku 1994 ukazał się pod tytułem The Dried Rat-Dog (Okka Disk, 1995). Nagranie z roku 2004 trafiło do nas jako Brötzmann/ Drake (BRO, 2010), zaś rejestracja nowojorska z czasów nam już jak najbardziej współczesnych, z roku 2010, dostępna jest na podwójnym winylu Solid and Spirit (Nero’s Neptune, 2013). Ja – być może z powodów sentymentalnych – szczególnie cenię sobie to pierwsze nagranie (bo i pies w tytule!)


wtorek, 12 kwietnia 2016

Evan Parker - proszę nie kłaść niczego na fortepianie! *


Nie dalej jak dwa tygodnie temu, Trybuna Muzyki Spontanicznej obwieściła światu piórem jej przemądrzałego autora, iż w ramach klubowej inicjatywy Otoroku ukazało się wyjątkowe nagranie muzyki improwizowanej.

Oto bowiem – w ramach jesiennych obchodów 70. rocznicy urodzin pewnego bardzo znanego saksofonisty – w londyńskim Cafe Oto, spotkali się trzej wielcy przyjaciele. Tworzący obecnie dwuosobowo skład formacji AMM – Eddie Prevost i John Tilbury – zwarli szeregi z Evanem Parkerem, rzeczonym właśnie jubilatem. Spotkanie tej trójki nie byłoby w sumie niczym szczególnym, wszak ich spotkań – w najróżniejszych konfiguracjach osobowych - historia muzyki improwizowanej zna tysiące (fakty poznacie czytając monografię Parkera, rozdział „Kolaboracje z AMM”, oczywiście dostępną na Trybunie), jednak PO RAZ PIERWSZY spotkanie to odbyło się pod szyldem AMM + GOŚĆ.

Wymiar edytorski tego spotkania przyjął zatem formę tytularną „Evan Parker & AMM Title Goes Here (Otoroku, 2015) i co najważniejsze, wylądował w odtwarzaczu Waszego recenzenta (od razu zaznaczmy, iż nagranie jest dostępne jedynie w plikach, zatem w domowych pieleszach czynności postzakupowych, musiały one zostać przedtem wypalone na srebrnym krążku).



Czytając onegdaj Przewodnik „Muzyka”, skąd inąd doskonały, wydany dzięki inicjatywie Krytyki Politycznej, w pasjonującym rozdziale poświęconym formacji AMM napotkałem dość ciekawą konstatację Eddie Prevosta. Otóż znamienity perkusista stwierdził, iż pośród muzyków, z którymi współpracowała jego sztandarowa grupa na przestrzeni blisko 50 lat jej istnienia (mamy w tym roku rocznicę!!!!), a którzy choćby przez moment nie byli jej członkami, to właśnie Evan Parker najpełniej rozumie ideę muzyki AMM. Autor artykułu próbuje w dalszej części swej epistoły dociec, jakaż jest to idea, ale ponieważ jego egzegezy nie prowadzą do żadnego konstruktywnego wniosku, podsumujemy ten wątek stwierdzeniem, że „nie on jeden poległ na tym polu”.

Sam pisząc kilka recenzji, czy omówień muzyki AMM, w znoju recenzenckich potyczek ze słowem pisanym, dopracowałem się jedynie dość mało medialnego dla tej muzyki określenia. Otóż – muzyka AMM trwa i tylko te cztery litery są w stanie oddać jej charakter.

Trzej starsi Panowie, na deskach Cafe Oto w październiku 2014r. spędzili godzinę i blisko kwadrans. Bez przerw na zbędne oklaski, w absolutnym skupieniu zbudowali piękną, nieśpieszną opowieść free improv. Oczywiście wytrawnych wyjadaczy gatunku te 72 minuty koncertu niczym nie zaskoczyły, ale ja osobiście - w pewnych okolicznościach - wręcz kocham taką przewidywalność. Tenorowy Parker zgrabnie kreślący swoje wspaniałe esy floresy, Tilbury pieszczący z precyzją sapera pojedynczy klawisz fortepianu, jakby każdy kolejny dźwięk mógł skutkować wybuchem jądrowym, wreszcie Prevost wydobywający z talerzy zestawu perkusyjnego strzeliste kakofonie dźwięków tyleż pierwotnych, co dotkliwych dla naszych receptorów słuchu. Cała opowieść ma kilka zwrotów dramaturgicznych, znakowanych drobnymi eskalacjami hałasu (uwaga! Tilbury potrafi grać całą paletą klawiszy jednocześnie – cóż za dysonans w jego minimalistycznym idiomie improwizatora), a kończy się przeuroczym solowym popisem Evana, choć tylko na tenorze, to bezwzględnie bezoddechowym.

Doskonałe nagranie, podobnie jak wiele poprzednich Parkera w towarzystwie Prevosta i Tilbury’ego (zarówno w duetach, jak i większych składach), które śmiało możemy zapisać po stronie ich ewidentnych osiągnięć artystycznych.

Bieżąca aktywność, tak koncertowa, jak i edytorska, 72-letniego Evana Parkera musi budzić nasz bezwzględny szacunek. Co więcej, w kontekście ostatniej dekady, ciągle przyrasta nagrań naprawdę udanych i znoszących porównanie z jego najwybitniejszymi pozycjami dyskograficznymi. Do takich koniecznie zaliczamy wspólny koncert z AMM.



W dalszej części naszej opowieści przywołajmy kolejne dwie pozycje dyskograficzne Evana Parkera, które znamy od całkiem niedawna. Obie – zupełnie przypadkowo - popełnione w towarzystwie młodego brytyjskiego pianisty Alexandra Hawkinsa. Najpierw zupełny świeżak, czyli duet Leaps In Leicester (Clean Feed, 2016), wydany pod dwojgiem nazwisk (a jakże by inaczej). Nagranie z lutego 2015, bez oklasków, z miasta przywołanego w tytule wydawnictwa. Trzy wyważone wprowadzenia w temat plus finałowy, ponad 30 minutowy The Shimmy, dedykowany zmarłemu parenaście miesięcy temu perkusiście Tony’emu Marshowi. Spotkanie – podobnie jak incydent z AMM – bardzo nieśpieszne, wyważone i wyczulone na pojedynczy dźwięk (co jest szczególnym udziałem akurat weterana). Pianistyka Hawkinsa – na tym etapie jego muzycznego rozwoju – nie wywraca do góry nogami oglądu współczesnej muzyki improwizowanej. Dla mnie osobiście spotkanie Parkera i Hawkinsa, to swoisty free chillout, przy którym znajduję okazje do głębokich, osobistych przemyśleń nad troskami dnia codziennego. Nie przeszkadza w procesie, interesująco i silnie relaksująco masuje zatęchłe receptory słuchu.






Co innego, druga z płyt Parkera z udziałem Hawkinsa. To dynamiczny koncert postsylwestrowy z Sardynii z 2015r., w ramach tamtejszego festiwalu jazzowego, odegrany zmyślnie w całkiem frapującym personalnie kwintecie. Obok tenorzysty i pianisty, na scenie odnajdujemy Petera Evansa na trąbce, Johna Edwardsa na kontrabasie i Hamida Drake’a na perkusji. Ciekawy zestaw, nieprawdaż? Być może Panowie więcej w tym składzie już nie zagrają, ale niepełna godzinka z największej włoskiej wyspy broni się dzielnie pod ciężarem dużych oczekiwań Waszego recenzenta. Jeśli dodamy do tego przeuroczą oprawę edytorską krążka (reprodukcja okładki na dowód rzeczowy), to radość free jazz fana (tak bym ów koncert zakwalifikował, gdybyście zapytali) bezwzględnie solidna. Na samym koncercie musiało być naprawdę przyjemnie i z przytupem, tu w domu, w dobrych słuchawkach na uszach, także ciekawie komponuje się w nieoczywistą rzeczywistością. Dobra płyta! Aha, zapomniałem dodać – całość zwie się Sant’Anna Arresi Quintet by Evan Parker Filu ‘e Ferru (Live in Sant’Anna Arresi 2nd January 2015) i została zarejestrowana w trakcie 29-ego Festiwalu Jazzowego w Sardynii, który odbył się między 18 grudnia 2014, a 3 stycznia 2015 (skąd inąd – fantastyczny termin na festiwal nad morzem śródziemnym!).


* ) patrz dokładnie na okładkę płyty Title Goes Here


wtorek, 23 lutego 2016

Peter Brötzmann – „Piękne Kłamstwa” i szczypta wspomnień u progu 75 urodzin



Osobiście nie wybieram się do stolicy naszego dziwnego kraju, by przez kilka dni celebrować 75 urodziny Petera Brötzmanna, jednakże ów incydent kalendarzowy jest dla mnie wystarczającym powodem, by saksofoniście z Wuppertalu poświecić kilka chwil w niniejszym poście.

Jakkolwiek urodziny w Pardon, To Tu zapowiadają się bardzo ciekawie, choćby z powodu uczestnictwa w nim japońskiego trębacza Toshinori Kondo, który w Europie koncertuje rzadko, by nie rzec w ogóle jego stopa nie styka się z ziemią wiecznych odkrywców. O Nim także słowo w dalszej części tej opowieści.



Tu, nieśmiało rozpoczynając celebrację jakże zacnych urodzin, znajduję dobry moment na pochylenie się nad najnowszym wydawnictwem z udziałem Petera. W potoku duetów, ujawnień trzyosobowych i kwartetów eksplorowanych usilnie przez Brötzmanna w ostatnich latach (często przy kompetentnym wsparciu muzyków brytyjskich, np. patrz: post dotyczący wytwórni Clean Feed…), dzieło owo stanowi coś nietypowego i absolutnie świeżego. A na myśli mam Beatiful Lies (NEOS JAZZ, 2016), dysk będący rejestracją spotkania z nonetem ICI Ensemble. Przyznam, że z tą formacją spotykam się po raz pierwszy (choć nie całkiem dawno nagrali oni także płytę z Williamem Parkerem). Jest to skład niemieckich muzyków średniego i starszego pokolenia (których nazwiska po prawdzie nic mi nie mówią), a ich narzędziami pracy są instrumenty dęte, tak blaszane, jak i drewniane, piano, bas, perkusja i szczypta nienachalnej elektroniki. Sam Brötzmann  tradycyjnie wymiata na tenorze, tarogato i klarnecie. Dodajmy wymiata, jak na jego standardy, stosunkowo spokojnie, nieśpiesznie, a w kluczowych momentach mozolnych, kolektywnych improwizacji doprawdy nostalgicznie. Sama orkiestra ICI nie rujnuje nam swą nadmierną odkrywczością wizerunku porządnego free jazzowego ansamblu, ba, chwilami zabawa w dźwięki jest wyważona, precyzyjna i niezwykle selektywna. Innymi słowy, nie ma rewolucji, jest za to bardzo udana płyta, która stać się może dobrą okazją do życzenia Peterowi kolejnych 75 lat owocnych muzycznych przygód.

Gdy już poznacie “Piękne Kłamstwa” zachęcam do przypomnienia sobie szczególnie udanych pozycji w dyskografii jubilata, które światło dzienne ujrzały w trakcie minionych dziesięciu lat, a które opisałem na potrzeby portalu diapazon.pl w latach 2006-2009.


Brötzmann / Kondo / Pupillo / Nilssen-Love  Hairy Bones  (Okka Disc, 2009)

Czyżby powrót Die Like A Dog Quartet, nie tylko w mojej opinii, formacji stanowiącej swoiste opus magnum w przebogatym muzycznym życiu Petera Brötzmanna? I tak, i nie - rzekłbym przekornie.

Tak, bo znów Toshinori Kondo na elektronicznie przetworzonej trąbce, do spółki z Peterem Brötzmannem (alt, tenor, klarnet i tarogato) zabierają nas w szaleńczą, transową podróż po bezkresach naszej muzycznej świadomości. To rodzaj podróży, której nie lubimy kończyć przedwcześnie.



Nie, bo sekcji William Parker / Hamid Drake nikt nie zastąpi, dodatkowo Massimo Pupillo gra na basie elektrycznym (notabene - kolega z topornego heavyjazzowego ZU). No i Paal Nilssen-Love, to zupełnie inny drummer niż Drake (jakkolwiek, równie wspaniały).
W kontekście jednakże zawartości tego blisko 70-minutowego koncertu z Amsterdamu (zarejestrowanego we wrześniu ubiegłego roku) powyższe dywagacje nie mają większego znaczenia. Wspaniała muzyka! Przedni zastęp dęciaków równie doskonale, jak na produkcjach Die Like A Dog (co dla wielu będzie wystarczającą rekomendacją), prowadzi niezwykle konstruktywny dialog. Gęsta gra Paala Nilssena-Love na perkusji (jakżeby inaczej) stwarza ku temu znakomitą bazę, a zaskakująco wyważona, basowa ściana dźwięku generowana przez wiosło Pupillo, to dodatkowo solidny punkt odniesienia (gdzie mu tam do Laswellowskiego zrywania parkietu w Kongresowej - i bardzo dobrze!).

Koncert podzielony został na dwa fragmenty (ciszy pomiędzy nimi jednak nie uświadczymy). Zaczynamy od gwałtownego trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Na początku fragmentu drugiego popadamy w lekką zadumę (piękna gra Kondo i delikatny sound Pupillo!), by potem krwiście zafiniszować (kolektywnie, w pełnej ekstazie, ku radości wszystkich słuchających). No i bardzo niepoprawna politycznie okładka. Reasumując - jeden z najpoważniejszych (jak dotąd) kandydatów na płytę roku!


McPhee / Brötzmann  / Kessler / Zerang  The Damage Is Done  (Not Two, 2009)

Panów Brötzmanna , McPhee, Kesslera i Zeranga znamy świetnie (m.in. doskonale pamiętamy, iż to 40% roztwór Chicago Tentet!), widzieliśmy na wielu koncertach i podziwiamy od lat (nota bene, czyż wielu wspaniałych free jazzowych mistrzów zza wielkiej wody, i nie tylko, nie powinno od dawna posiadać polskiego obywatelstwa?). Jako kwartet mają w dorobku dwa ujawnienia ("Tales Out Of Time" u Kapeluszników i "Guts" na OKKA Disk), a ubiegłej wiosny zawitali do naszego urokliwego kraju, celem popełnienia wspaniałego koncertu w najbardziej obleganej piwnicy współczesnej Europy Środkowej, czyli krakowskiej Alchemii. Wytrawny eksplorator ważnych free wydarzeń, Marek Winiarski rzecz zarejestrował i wydał na podwójnym CD (po raz pierwszy Not Two w takim formacie!).



Panowie zagrali dwa regularne sety (w wymiarze dwóch połówek meczów piłkarskich plus extra time) i gratisowy set trzeci (dogrywka z udziałem tria Freda Lonberga-Holma, który przypadkiem grał w Krakowie w wigilię tego zacnego koncertu). Na płytach niestety nie słyszymy owej dogrywki, a szkoda, bo Wasz recenzent słyszał te dźwięki i z radością donosi, że bezwzględnie warte były publikacji. Stało się jak stało - nie narzekajmy wszakże, bo dostaliśmy 95 minutowy jesienny killer do wielokrotnego odsłuchu. Panowie raczą nas free jazzem, będąc w doskonałej formie i dzieląc swoje swobodne improwizacje na sześć fragmentów opatrzonych tytułami. Skoro dyspozycja dnia wszystkich muzyków absolutnie topowa, to i koncert na długo zapadnie w Waszej pamięci. Co warte podkreślenia, wiele w tej muzyce fragmentów ewidentnie wyciszonych, pełnych nostalgii (jak dobrze, że płyta ujrzała światło dzienne jesienią), w czym szczególnie gustuje Joe McPhee, a i Peter Brötzmann wie, że wszystkiego nie da się załatwić hałasem. Ot, jeden w pewniaków na doroczne listy best of - polecam od pierwszego do ostatniego dźwięku!


Peter Brötzmann / Peeter Uuskyla   Born Broke  (Atavistic, 2008)

Blisko 100-minutowe spotkanie starych znajomych (nagrane we wrześniu 2006 r. w Szwecji) – pozostającego wciąż w genialnej formie Brötzmanna (tegoroczne koncerty w Polsce dowodzą tego najdobitniej) i jego starego kumpla ze Skandynawii – Uuskyli (najczęściej grywali dotąd w triu z Friisem-Nielsenem).



Uuskyla jest dość specyficznym perkusistą (nie wszyscy za nim przepadają), albowiem jego gra wydaje się pozornie pozbawiona lekkości i polotu typowego dla naszych ulubionych freejazzowych pałkerów. Wszakże jego nieco "kanciasta" poetyka idealnie wpasowuje się z estetykę kipiącego energią Brötzmanna (nie chcę przez to powiedzieć, że on też gra bez polotu...). Ale dość tych ambiwalencji – dostajemy naprawdę świetny kawał rasowego free, składający się z czterech fragmentów opatrzonych tytułami, na dwóch dyskach. Absolutnie i bezwarunkowo polecam, zwłaszcza tym, którzy nie doceniają roboty Uuskyli!


Brötzmann / Yagi / Nilssen-Love   Head On  (Idiolect, 2008)

Ubiegłoroczny koncert z niemieckiego "Manufaktur". Nazwiska Petera Brötzmanna i Paala Nilssen-Love'a padają na tych łamach tak często (i z takim poziomem natężenia zachwytu), że określenie niniejszego koncertu mianem wspaniałego trąci banałem. Niemniej trudno od takiej cenzurki uciec, albowiem jest jeszcze trzeci powód takiej, a nie innej percepcji tej muzyki - to kolega (koleżanka) Yagi grający (grająca) na 17 i 21-strunowym koto (przepraszam za te dylematy płciowe, ale człeka nie znam, a z nieostrego zdjęcia na okładce wynika, iż to kobieta o absolutnie męskich ramionach).



Ten, skądinąd wspaniale brzmiący instrument, nadaje improwizacjom naszych ulubieńców niebywałej, nieco onirycznej, niemal transcententalnej metaforyki. Chwytamy znane nam (i wspaniałe) dźwięki saksofonu i perkusji Panów PB i PNL jakby innymi receptorami słuchu, inną częścią naszego freejazzowego mózgu. Trzy samodzielne odcinki muzyczne. Naprawdę wyjątkowa płyta!


Peter Brötzmann / Michael Zerang Live in Beirut 2005  (Al Maslakh, 2006)

Nie jest to może wyjątkowy świeżak, a rzecz nagrana blisko trzy lata temu, ale z uwagi na niełatwy do niej dostęp (kupiłem na koncercie Brötzmanna w Gdyni), dla wielu będzie to z pewnością nowość. Trzecia pozycja w katalogu libańskiego wydawnictwa, to koncert dwóch wyjątkowych kolesi - Petera Brötzmanna (bez introdukcji) i Michaela Zeranga (białego odpowiednika Hamida Drake'a), nagrany na środku pustyni, czyli w Bejrucie.



Nie liczcie zatem na jakąś wyjątkową jakość dźwięku (pustynia ma swoje prawa), ale to co dostają w zamian Wasze narządy słuchu wynagrodzi wszelkie akustyczne niedogodności. Wspaniały koncert! Brötzmann niepozbawiony dalekowschodniego zaśpiewu i samonapędzającej się skłonności do raczenia nas uroczymi melodiami (oczywiście w ramach freejazzowej konwencji), Zerang czujny w każdym momencie saksofonowych erupcji, grający każdą dostępną kończyną. Lektura obowiązkowa! A i język arabski można sobie podszkolić czytając wkładkę do CD (płyta wydana w kopercie).


Brötzmann / Nilssen-Love / Gustafsson   The Fat Is Gone  (Smalltown Superjazz, 2007)

Spotkanie takich trzech gigantów europejskiego free nie może ujść naszej uwadze. Ubiegłoroczny koncert z Molde, wydany w zacnych szeregach norweskiej Smalltown, edycja jazzowa. Trzy ostro kopiące fragmenty. Totalne erupcje soczystych improwizacji free, okraszone chwilami sonorystycznej zadumy.



Choć wiele już słyszeliśmy równie pasjonujących koncertów, w tym jest to coś, co pozwala nam zakwalifikować nagranie do kategorii – muzyczne wydarzenie roku. Jedni docenią kunszt Gustafssona (chwile zadumy), inni rozpłyną się nad siłą środków wyrazu Brötzmanna (erupcje free), a ja ze swej strony zwracam uwagę na genialną drumerską robotę Nilssena-Love. On jest kołem zamachowym tej szalonej historii i to być może jemu należy przyznać palmę przodownika pracy.

Best wishes, Peter !!!!