Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Dyberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Dyberg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2026

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener play Industry!


Najpierw było Centrifugal Trio, bazujące na brzmieniu puzonu, kontrabasu i perkusji. Potem pomysłodawca przedsięwzięcia, Jeb Bishop, wpadł na niebanalny pomysł, by formułę ansamblu rozbudować do kwartetu, a elementem dodatkowym uczynić soczyste, ale lekkie brzmienie saksofonu altowego.

Historia kwartetów na dwa dęciaki i sekcje rytmu bez instrumentu harmonicznego ma swój początek w niepowtarzalnych dziełach Ornette Colemana. Dziś do tego wątku muzycznej narracji dopisujemy kolejną formację - Centrifugal Quartet. Ich koncertowe dzieło z Berlina składa się z czterech opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej – od sześciu minut na początek do prawie dwóch kwadransów na koniec.

  


Artyści rozpoczynają improwizowaną podróż kolektywnym strumieniem umiarkowanie spokojnych dźwięków. Pachnie post-jazzem obleczonym zwiewną powłoką wytrawnej kameralistyki. Z czasem akcja nabiera tempa - muzycy posuwają się marszowym krokiem mając pod kontrolą każdą frazę, tudzież rozliczne, dramaturgiczne zakamarki. Groove sekcji udanie koreluje tu z melodią i śpiewem dęciaków. Puenta utworu wydaje się z kolei odrobinę zbyt balladowa. Początek drugiej opowieści ma swoją dynamikę, swingowy anturaż i bardzo swobodne podejście do niemal każdej frazy. Szczególnie podobać się może smyczkowe interludium, które bierze w nawias jazzowe inklinacje pozostałych instrumentów. Być może to nowa tradycja, ale zakończenie utworu znów nosi znamiona ballady.

Kolejną przygodę – tu już ponad 20-minutową - inauguruje dęty duet. Sekcja wchodzi po dłuższej chwili porcją dość dynamicznej, swingowej ornamentyki. Kwartet dobrze kontroluje tempo, ale pomiędzy saksofonem i puzonem iskrzy coraz ciekawiej. Rozbudowana formuła utworu pozwala na kilka akcji w podgrupach – od solowego expose kontrabasu, przez preparowany duet sekcji rytmu, po sytuacje trzyosobowe. Finał? Oczywiście znów jest bardzo przytłumiony.

Ostatnia opowieść rodzi sie w znoju mrocznych, preparowanych fraz, z istotną rolą smyczka. Po sekwencji otwarcia sekcja rysuje zgrabny groove, a dęte tańczą i śpiewają. Tu również zostaje dużo przestrzeni na akcje w podgrupach, zarówno te bardzo kameralne, jak i te całkiem ekspresyjne. Pod koniec muzyce sugerują farewell song, ale gdzieś w środku kłębi się jeszcze finałowa porcja emocji. Kilka radosnych podskoków w swingującym tempie i łagodne opadanie.

 

Centrifugal Quartet feat. Jeb Bishop, Mia Dyberg, Antonio Borghini & Michael Griener Industry (FSR Records, CD 2026). Jeb Bishop – puzon, Mia Dyberg – saksofon, Antonio Borghini – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Nagranie koncertowe, Industriesalon Schöneweide, Berlin, wrzesień 2022. Cztery utwory, 66 minut.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com I tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 9 stycznia 2026

The Relative Pitch’ last of 2025: A Reflection Distorts Over Water! A Window, Basically! HobbyHouse!


Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.

Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie zapowiadające się kąski.

 


Camila Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over Water

Nevessa Studio, Woodstock, Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.

Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C! Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller! Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki, zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie, choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej) lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle, czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.  

  


Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically

aFarming Studio, Goshen, Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7) oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem utworów, 51 minut.

Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych krótszych, lepiej unerwionych narracjach.

Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista, gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji, co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne, na poły oniryczne pożegnanie.

 


Mia Dyberg & Axel Filip HobbyHouse

Czas i miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip – perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.

Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec, czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.

Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą, a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku. Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć coś bardziej intrygującego.



wtorek, 6 stycznia 2026

Red List Ensemble in Fabrica de Lanificios!


Z berlińską formacją Red List Ensemble zetknęliśmy się na przełomie dekady, gdy ukazał się jej pierwszy album z bardzo czerwoną okładką. Za tym kolektywnie improwizującym większym składem kryje się, w aspekcie sprawczym, portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues, od lat rezydujący w stolic Niemiec.

Do kolejnej inkarnacji RLE doszło … w Polsce, gdy rzeczony Portugalczyk był gościem-rezydentem piątej edycji Spontaneous Music Festival. Na scenie Dragona zebrano międzynarodową grupę muzyków, która po krótkiej instrukcji Guilherme (mamy się wszyscy bardzo uważnie słuchać) swobodnie improwizowała, a dokumentację fonograficzną tego zdarzenia można odnaleźć na jednej z płyt cyklu Spontaneous Live Series. Dodajmy, iż ostatecznie podmiot wykonawczy został w tym wypadku określony mianem Spontaneous Orchestra.

Na powrót pod nazwą Red List Ensemble formacja zaznaczyła swoją obecność na mapie improwizowanej Europy na początku minionego grudnia. Nagranie koncertowe zarejestrowano w Berlinie jesienią roku poprzedniego. Oczywiście i tym razem zestaw personalny jest inny, jakkolwiek, skoro koncert miał miejsce w mieście rodzinnym grupy, część muzyków doskonale pamięta i była elementem wykonawczym pierwszej płyty formacji.

 


Rejestracja koncertu zawiera trzy wielominutowe opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej, a wszystkie razem trwają niepełną godzinę zegarową. Na scenie dostrzegamy dziewięcioro muzyków wyposażonych w trzy instrumenty dęte, trzy strunowe, akordeon, syntezator modularny i perkusjonalia.

Otwarcie spektaklu jest dość typowe dla dużych składów, które pracują bez notyfikacji, tudzież wsparcia kierowniczego – strzępy dźwięków, elektroakustyczny szmer, filigranowe zgrzytanie strun, prychanie i nerwowe oddechy dętych. Wszystko to tworzy strugę fonii, która z oczywistych względów dość szybko nabiera masy własnej. W tym wypadku RLE potrzebuje około siedmiu-ośmiu minut, by stanąć na baczność i dąć w róg, ile fabryka dała. Ekspresja eskaluje, ale śmiało można skonstatować, iż wszystko znajduje się pod pełną kontrolą artystów. Dowodem zgrabnie uformowana koda, ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Druga opowieść na etapie początkowym wydaje się definitywnie kameralna, szyta długimi poścignięciami pędzla. Na czoło forsują się strunowce i akordeon. Muzyka faluje, efektownie podszczypywana przez instrumenty dęte i perkusjonalia. Te ostatnie chętnie przejmują na siebie obowiązek klejenia opowieści w bardziej linearny ciąg zdarzeń. Improwizacja ma tu kilka intrygujących momentów zwrotnych. Wspaniale łapie oniryczną ciszę, z której wyłania się mocą kreatywności każdego z artystów, a w okolicach dziesiątej minuty wspina na spore wzniesienie. Finał drugiej części jest bardzo reaktywny, skoczny, niemal radosny.

Ostatni akt spektaklu trwa prawie dwa kwadranse i efektownie konsumuje zdobycze artystyczne poprzednich części. Początek to plejada short-cuts wchodząca w permanentne interakcje. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny wielkiego zegara. Stabilna intensywność zostaje osiągnięta już po kilku minutach. W dalszej części tej bogatej w wydarzenia odsłony koncertu natrafiamy na fazę ambientowego mroku, drobne ekscesy strunowo-talerzowe, niemal free jazzową eskalację, passus melodyjnego frazowania puzonu na tle rozdygotanego backgroundu, odrobinę narracyjnej flauty zawieszonej na akordeonowym dronie, wreszcie etap elektroakustycznych pulsacji. Po siedemnastej minucie flow zdaje się w końcu formować w coś bardziej linearnego i mającego wspólny dla wszystkich kierunek podróży. Znów warto podkreślić kreatywność i żywotność perkusjonalii. Samo zakończenie inauguruje seria powtórzeń, potem słyszymy dużo melodii, szczególnie klarnetu, która nastraja muzyków do bardzo łagodnego zakończenia koncertu.

 

Red List Ensemble Fabrica de Lanificios (Bandcamp’ self-release, DL 2025). Vojta Drnek – akordeon, Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – skrzypce, Kai Fagaschinski – klarnet, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Matthias Müller – puzon, Klaus Kürvers – kontrabas, Richard Scott – syntezator modularny oraz Sofia Borges – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, PAS, Berlin, październik 2024. Trzy improwizacje, 55 minut.



 

piątek, 15 listopada 2024

The Relative Pitch’ new delivery: Wild Peacock In Transit! Geometry of Phenomena! Band Width! Prose Métallique! What Happens Has Become Now!


Nowojorski label The Relative Pitch Records dostarcza nowe nagrania z tak dużą częstotliwością, iż jedna para trybunowych rąk, mająca do dyspozycji nawet najszybszą klawiaturę świata, nie jest w stanie omawiać je wszystkie na bieżąco.

Dziś sięgamy zatem po cztery z ośmiu październikowych premier (wszystkie w formacie poręcznego dysku kompaktowego), a także po jedną z letnich nowości, która zagubiła się w ferworze recenzenckich zmagań z muzyką improwizowaną. A w kolejce czeka już … dziewięć albumów zaplanowanych na listopad i grudzień. Dodajmy, iż jedna z październikowych premier była tu już werbalnie zreasumowana *).




SORBD Wild Peacock In Transit

Edith Steyer – klarnet Bb, Mia Dyberg – saksofon altowy, Rieko Okuda – fortepian, Isabel Rößler – kontrabas oraz Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne. Czas i miejsce akcji nieznane. Dziewięć utworów, 40 min.

Kobiecy kwintet, którego nazwę tworzą pierwsze litery nazwisk artystek, przygotował dla nas całkiem pikantne danie, na które składa się pięć kompozycji własnych (po jednej każdej z Pań) oraz cztery improwizacje (w tym trzy ledwie kilkudziesięciosekundowe). Nagranie bazuje na estetyce jazzowej, bardzo udanie nawiązuje do spuścizny Anthony’ego Braxtona w tej dziedzinie i w każdym z dłuższych, komponowanych odcinków cechuje się dalece intrygującą dramaturgią.

Utwór otwarcia chyba najdobitniej sięga po anonsowane, braxtonowskie figury rytmiczne okraszane drobnymi, ciętymi melodiami. Całość jest ruchliwa, dobrze unerwiona, realizowana w zmiennym tempie, nastawiona na akcje realizowane kolektywnie, choć niepozbawiona krótkich ekspozycji w podgrupach. Druga opowieść jest rozbudowaną improwizacją, prowadzoną w spokojnym tempie, nasyconą sporą dawką kameralnej zadumy. Piano płynie tu szeroką strugą, z kolei dęte stawiają, nie pierwszy, nie ostatni raz, raczej na krótkie wypowiedzi. Odcinki trzeci, szósty i dziewiąty, to kilkudziesięciosekundowe tyrady agresywnej, niemal free jazzowej jazdy, świetnie kontrapunktujące pewną równowagę dramaturgiczną utworów skomponowanych. Opowieść czwarta znów sięga po estetykę chamber, najpierw w wykonaniu basu i saksofonu, potem kwintetu na efektownym wydechu. Część piątą kreśli dobre tempo, odrobina swingu i wystudzona reasumpcja oparta na kontrabasowym smyczku. Część siódma lepiona jest z dronowych, preparowanych fraz w fazie początkowej i masywnego flow opartego na gęstym, basowym pizzicato w fazie schyłkowej. Utwór ósmy jest najdłuższym odcinkiem albumu i zdaje się, że najbardziej efektownym. Przypomina mozaikę świetnie zaplanowanych akcji w podgrupach. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu niemal co kilkadziesiąt sekund, emocji nie brakuje, a każda z artystek, niezależnie od aktualnej konfiguracji scenicznej, dokłada do obrazu całości bardzo dużo jakości.



 

Reid, Kitamura, Bynum & Morris Geometry of Phenomena

Tomeka Reid – wiolonczela, Taylor Ho Bynum - kornet, flugelhorn, Kyoko Kitamura – głos oraz Joe Morris – gitara. Nagrane w Firehouse 12 Studios, New Haven, wrzesień 2023. Siedem utworów, 64 minuty.

Jak wieść gminna niesie, to już czwarte ujawnienie fonograficzne koedukacyjnego kwartetu uznanych postaci amerykańskiej muzyki improwizowanej, z których ta najmniej rozpoznawalna, wokalistka z rodowodem japońskim, zdaje się być przewrotnie tą najbardziej intrygującą. Nagranie syci się sporymi emocjami, choć jego bazą estetyczną jest definitywnie muzyka kameralna. Zespołowa i indywidualna kreatywność sprawiają, iż album nie ma słabych momentów, mimo, iż mógłby trwać kilka minut krócej.

Pierwsza improwizacja jest tyle mroczna, co spokojna, emocjonalnie zrównoważona. Artyści pracują w dużym skupieniu, pięknie sforują na czoło pochodu wokalistkę, która mówi, skrzeczy, sepleni i szmerze, czasami tylko dozując drobne plamy melodii. Muzycy stawiają na działania kolektywne, a jeśli decydują się na improwizacje w podgrupach, trwają one dość krótko. Druga odsłona wydaje się tu szczególnie udana – na poły dynamiczna ekspozycja instrumentalna o kocich niemalże ruchach i płynąca jakby wbrew tej konwencji leniwa wokaliza. Opowieść jest bardzo filigranowa, zdaje się przywoływać wspomnienia strunowych inkarnacji Spontaneous Music Ensemble, z głosem i kornetem, które same brzmiące jak instrument strunowe. Trzecia historia bazuje na duecie głosu i kornetu, który pęknie komentują oba strunowce. W części kolejnej, która trwa ponad siedemnaście minut, muzycy kreują szczególnie dużo przestrzeni dla akcji duetowych. Pięknie brzmią gitara i kornet, równie udanie głos z wiolonczelą. Poziom intensywności faluje, w momentach zagęszczania mamy naprawdę duże emocje, z kolei w fazie szemrania dopada nas moc urody pojedynczych dźwięków, szczególnie ze strony wokalistki. Początek szóstej części tonie w preparacjach, z kolei na etapie rozwinięcia kwitnie ekspresją i radością tworzenia kolektywnej narracji. Końcową odsłonę albumu otwiera kornecista, potem kilka perełek dostarcza wiolonczelistka i wokalistka frazująca na wydechu. Swoje dokłada też gitarzysta, który prawdopodobnie pracuje tu przy użyciu smyczka. Na ostatniej prostej opowieść przybiera formę dronowej post-ballady.



 

Jon Rose & Mark Dresser Band Width

Jon Rose – skrzypce, skrzypce tenorowe, Mark Dresser – kontrabas czterostrunowy i pięciostrunowy oraz Vladimir Tarasov – instrumenty perkusyjne (utwór 8). Nagrane w Alice Springs (Rose), San Diego (Dresser) i na Litwie (Tarasov), czas nieznany. Osiem utworów, 55 minut.

Ten album to prawdziwie interkontynentalne spotkanie. Skrzypek improwizuje w dalekiej Australii, kontrabasista w równie odległej Ameryce Północnej, a kilka fraz dogrywa ze znacznie nam bliższej Litwy perkusista. Wiele wskazuje na to, iż dwaj pierwsi improwizują w czasie rzeczywistym, wyposażeni w odpowiednią aparaturę przekazującą dźwięki (i być może obraz) na dużą odległość bez jakichkolwiek opóźnień. W każdym razie nagranie nasycone jest tak dużymi emocjami, iż trudno sobie wyobrazić, by interakcje na linii skrzypce – kontrabas nie odbywały się w formule live. Płyta odrobinę przegadana, ale konia z rzędem temu, kto wskaże momenty, z których warto byłoby zrezygnować.

Rose i Dresser rozpoczynają swój dialog w niemalże free jazzowym środowisku. Gęste, soczyste frazy, efektowne zwarcia i spiętrzenia, a niedługo potem … bolesne śpiewy dwóch wystudzonych smyczków. Akcja zmienia się często, zaskoczenia estetyczne czają się za każdym rogiem. Drugi odcinek znów znaczą post-jazzowe grepsy, ale najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy przechodzą do pełnokrwistego preparowania swoich instrumentów. W trzeciej odsłonie panuje kameralna zaduma, nasączona wszakże ekspresyjnym lamentowaniem. W każdym momencie muzycy są tu zdolni do przejścia w tryb pełen dynamiki i swawolnego tańca. Frazują arco, by po chwili w półgalopie szarpać za struny. Riffują i na wydechu, prawie na kolanach wnoszą tajemnicze modły. Na moment schodzą do głębokiej krypty, by po chwili sięgać nieba wysokim tembrem rozgrzanych smyczków. W części siódmej najpierw przywołują gorący wiatr z południa, potem toną w nieutulonym żalu. A wszystko efektownie podsumowują w ostatnim, ponad dziesięciominutowym utworze, w połowie którego do gry wchodzi perkusista i znaczy każdy fragment napotkanej drogi strugą post-jazzowych inkorporacji.



 

Audrey Lauro Prose Métallique

Audrey Lauro – saksofon altowy, preparacje. Nagrane w Sunny Side Studio, Anderlecht, czerwiec 2023. Siedem utworów, 35 minut.

Z licznej, jak zwykle w ofercie RP, porcji nagrań solowych do dzisiejszej zbiorówki wybieramy dwie. Ta pierwsza, to propozycja belgijskiej saksofonistki, która stawia na dźwiękowe preparacje. Dwie z nich nazywa metalicznymi (w roli głównej rezonująca tuba), dwie inne plastikowymi (tu w roli głównej bliżej niezidentyfikowane obiekty umieszczane w rzeczonej tubie). Album uzupełnia kilka ognistych fraz o proweniencji post-jazzowej, a efekt końcowy śmiało możemy uznać za udany.

W utworach pierwszym, piątym i szóstym artystka stawia na jazzowe frazowanie, realizowane dość czystym tembrem, ze swadą, odpowiednią dynamiką i całkiem swingującym krokiem tanecznym. W części szóstej jej instrument wydaje się lekki, niesiony na skrzydłach, wiedziony niemal folkowym podmuchem powietrza. Każdą z wyżej wymienionych opowieści Lauro kończy jednak frazami zabrudzonymi, dźwiękami, które grzęzną w zatykającej się tubie, jakby zapowiadały odcinki definitywnie preparowane. Opowieść druga i siódma, to metaliczne preparacje. Artystka buduje tu urokliwie rezonujące drony, prowadząc mroczną, dość minimalistyczną opowieść, która nabiera wyjątkowej jakości na ostatniej prostej albumu. Części trzecia i czwarta, to z kolei preparacje plastikowe. Tu Audrey stosuje mnóstwo efektownych zagrywek – ciężko oddycha, rzęzi i prycha, z pewnością zatyka tubę licznymi przedmiotami. Bywa w tych działaniach delikatna, niemal filigranowa, bywa jednak, że jej płuca i rozbudowana maszyneria w rękach stają się niebywale masywne, a wydobywane dźwięki intensywne, nawet post-industrialne. Wszystkie działania Belgijki znamionuje duże skupienie i pewna artystyczna wstrzemięźliwość. Nie sposób też nie docenić umiejętności budowania dramaturgii i zdolności do korzystania z naturalnej melodyjności saksofonu altowego.




Jessica Pavone What Happens Has Become Now

Jessica Pavone – altówka, efekty, hybrydowy instrument (sword viola) w utworze drugim. Nagrane w GSI Studios, Manhattan, styczeń 2024. Cztery utwory, 28 minut.

Jessica Pavone, postać chwalebna dla amerykańskiej muzyki improwizowanej, wieloletnia partnerka muzyczna Anthony’ego Braxtona, prezentuje nam swoją kolejną propozycję solową. Pamięć o poprzednich wydaje się dość zatarta (przynajmniej w głowie recenzenta), ta nowa zaś definitywnie zaskakuje. Sprawia wrażenie eksperymentu, który w obszarze działań akustycznych (utwory nieparzyste) broni się każdą swoją sekundą, z kolei w obszarze amplifikacji/ elektronizacji (utwory parzyste), tudzież stosowania tzw. oprzyrządowania hybrydowego, budzi spore zastrzeżenia, głównie natury estetycznej. Szczęśliwe album nie trwa nawet dwóch kwadransów, zatem jego odsłuch kończymy w dobrym zdrowiu.

Pierwsza kompozycja (takiej nomenklatury używa artystka), to post-barokowa, minimalistyczna mantra cierpienia. Przeciągnięte, bolesne frazy altówki, sycone rozedrganą melodyką, brzmią tu szczególnie pięknie. Jessica cedzi niekiedy pojedyncze dźwięki, a jej ból tworzenia zdaje się dotykać także słuchacza. Trzecia opowieść rozwija owo pasmo bojaźni i drżenia, doposażając narrację we frazy preparowane, wynikające z dociskania strun do gryfu, a także w odrobinę przewrotnej taneczności. Utwory parzyste przenoszą nas do zupełnie innego świata. Odsłona druga najpierw przypomina oniryczne post-electro, potem nabiera masy i basowych pasm. Czwarta jest już dronem białego hałasu, z pulsującym, basowym wnętrzem. Kona zatopiona w echu ciężkiego, metalicznego ambientu.

 

*) chodzi o album The Glass Changes Shape tria John Butcher, Florian Stoffner & Chris Corsano

 


piątek, 4 marca 2022

The Rodrigues Family still on the road! Four autumn releases!


Kolejny sezon niekończącego się serialu kameralnych improwizacji w wykonaniu Rodziny Rodrigues czas zacząć! Zapraszamy na cztery najnowsze płyty Ernesto Rodriguesa i jego syna Guilherme, upublicznione minionej jesieni, zarówno w formie wygodnych płyt kompaktowych, jak i plików elektronicznych, dostępnych na bandcampowych stronach obu artystów.

Zestaw ów wydaje się nad wyraz ciekawy, albowiem altowiolinista i wiolonczelista doprosili do swoich nagrań sporą rzeszę muzyków, który parają się nie tylko swobodnie improwizowaną kameralistyką, ale także grywają niekiedy całkiem soczysty free jazz! W tym gronie znajdziemy zarówno męskich weteranów, jak i kobiece aspirantki, saksofonistów, kontrabasistów, pianistkę, wokalistkę, puzonistę, perkusjonalistę, a także tropiciela dźwięków terenowych.  Jak na dość hermetyczny świat Panów Rodrigues, paleta propozycji dalece szeroka.

 


Mia Dyberg, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Johan Moir & José Oliveira  Palimpsest (Creative Sources, CD 2021)

Przegląd zaczynamy od nagrania najstarszego, zarejestrowanego w zamierzchłym roku 2018, na dwunastej edycji lizbońskiego festiwalu CreativeFest, w świetnie nam znanym miejscu O'Culto da Ajuda. Na scenie kwintet w składzie: Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Johan Moir – kontrabas oraz José Oliveira – perkusjonalia. Jedna, dramatycznie krótka improwizacja – niespełna 27 minut.

Idea swobodnych improwizacji Rodriguesów opiera się na dwóch fundamentach. Narracja tworzona jest głównie z drobnych, niekiedy urywanych fraz, wszyscy zaś uczestnicy spektaklu wyjątkowo uważnie się słuchają, zgodnie z najlepszymi wzorcami deep listening. Początek koncertu oczywiście spełnia te wszelkie normy, jakkolwiek od samego startu improwizacja zdaje się być prowadzona z dużą werwą, pojawia się w niej naprawdę dużo dźwięków, a kolektywna praca saksofonu, kontrabasu i perkusjonalii nie pozwala improwizacji zbyt często uciekać w kameralne suspensy. Dynamika ekspozycji wiedziona jest wprost z bardzo aktywnych perkusjonalii. W podmuchach dęciaka niekiedy czuć woń zmysłowego free jazzu. Także wiele dobrego dzieje się na strunach kontrabasu, równie często wykorzysującego technikę pizzicato, jak i arco. Artyści sumienie odrabiają lekcję z mechaniki tarcia i szorowania, chętnie też uciekają w mroczne klimaty pogrobowych westchnień i melancholii. Ten ostatni przypadek trafia im się już po upływie 6 minuty - piękna bojaźń, równie zmysłowe drżenie, nerwowo tłumiona kompulsywność chwili.

Narracja wije się soczystą strugą dźwięków bez specjalnych zakrętów. Mamy fazę wyjątkowo urokliwego free chamber wiolonczeli i altówki, którym za tło robi szum post-jazzowego instrumentarium. Tuż potem bardziej energiczne podrygi prowadzą muzyków na efektowną równię pochyłą – oto swobodna kameralistyka, która zdaje się nie mieć jakikolwiek ograniczeń gatunkowych. Tuż przed upływem 20 minuty narracja formuje się w efektowny dron, który opada w tumulcie polerowanych strun. Kolejny kwiatek do kożuszka, to zaśpiewy saksofonu i kilka bardziej kołyszących fraz wiolonczeli. Ciągle dużo dzieje się w obszarze perkusjonalii. Samo zakończenie koncertu śmiało uznać możemy za drobną eskalację ekspresji.

 


Simon Rose, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Meinrad Kneer  Birds & Humans (Creative Sources, CD 2021)

Kolejna porcja swobodnej kameralistyki, to spotkanie kwartetowe z maja ubiegłego roku, z Berlina. Oto muzycy: Simon Rose – saksofon barytonowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Improwizacja sformowana tu została w siedem odcinków, które trwają ponad 65 minut.  

Angielsko-portugalsko-niemiecka opowieść budowana jest na pewnym dramaturgicznym dysonansie. Z jednej strony dwa kameralnie usposobione strunowce – wiolonczela i altówka, a drugiej ociekający post-jazzem saksofon i kontrabas, który zdaje się stać w małym rozkroku. Ten ostatni dość szybko łapie wspólny front z barytonem, ale też często sięga po smyczek i staje się wtedy dalece kameralnym orężem. Muzycy czynią wiele kroków w kierunku czupurnej, przesyconej preparowanymi dźwiękami narracji, z drugiej zaś strony duża część ich aktywności znajduje ujście w czystym, niemal neoklasycznym frazowaniu. Początkowa faza nagrania stawia dużo znaków zapytania, ale nade wszystko epatuje bardzo efektownym brzmieniem. Dostarcza sporo kameralnych emocji, kołysze się na wietrze i nasączona jest masą bystrych interakcji, serii zwinnych pytań i jeszcze bardziej przebiegłych odpowiedzi. W drugiej części na strunowych gryfach rodzi się niecierpliwa dynamika, z kolei saksofon buduje spokojne i wyważone drony, ale potrzebuje jednego głębszego oddechu, by wynieść improwizacje na poziom niemal freejazzowy. Następna improwizacja koncertuje się na drobnych, urywanych frazach, też syci się nerwową dynamiką, a pełną kompatybilność osiąga w końcowej fazie, która emanuje czystymi frazami.

Czwarta i piąta opowieść, to zdaje się crème de la crème całego albumu! Najpierw plejady dętych oddechów i prychów oraz strunowych szarpnięć. Opowieść płynie drobnym wzniesieniem, po osiągnięciu którego rozpoczyna się rzewna serenada altówki. Narracja staje się jakby delikatniejsza, bardziej wystudzona, chwilami urokliwie fermentuje post-barokowym smyczkiem kontrabasu i ponownie znajduje ukojenie w czystych frazach. W piątej części muzycy proponują nam trochę mechaniki tarcia i fizyki szarpania. Z jednej strony baryton w roli mąciciela, z drugiej małe strunowce, które udanie poszukują melodyki. We wnętrzu narracji tli się intrygujące, nerwowo tempo, które kreuje dodatkową jakość. Szósta improwizacja zaczyna się rewelacyjnie, budowana dzięki prepared short-cuts, potem przechodzi w dość mdławe rozwinięcie, by w fazie finałowej schować się za dark ambientową kotarą i snuć jeden z piękniejszych momentów nagrania. Finałowa improwizacja zdaje się być bystrą dogrywką swej poprzedniczki. Dużo mrocznych dronów, wystudzonych reakcji, ale też żywy śpiew ptaków, które być może posadowiły się w trakcie nagrania na framugach okien, stając się jednym ze składowych tytułu płyty.

 


Ligia Liberatori, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Davide Piersanti  Radical Flowers (Creative Sources, CD 2021)

Pozostajemy w majowych okolicznościach przyrody roku ubiegłego, także miejsce spotkania nie ulega zmianie. Kolejny kwartet, to: Ligia Liberatori – głos, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Davide Piersanti – puzon. Tym razem improwizacja ułożona została w dwanaście odcinków, które trwają ponad 52 minuty.

Włosko-portugalski ansambl postanowił nas permanentnie zaskakiwać! I tak, po prawdzie, dzieje się w każdej z dwunastu improwizacji. Intrygujący, kobiecy głos o tysiącu twarzy, który szepce, śpiewa, rży, burczy i skomle, zdaje się dysponować gamą możliwości nie mniejszą niż mistrz gatunku Phil Minton. Raz za razem wchodzi on w konstruktywne dialogi i równie piękne, wzajemne imitacje z puzonem, posadowionym na przeciwległym krańcu narracji. Portugalskie struny pracują tu w swoim trybie – plenią miliony drobnych fraz i układają je w jakże efektowną całość. Nastrój improwizacji bywa mroczny, ale też często szczerzy zęby i figlarnie dygocze na lekkim wietrze. W drugiej części Ligia sięga po niemal operowe frazy, ale bystrze mutowane jej kreatywnością, a całość sprawia wrażenie swobodnej kameralistyki uprawianej na sporym rauszu! Trzecia część pachnie wręcz neofolkiem, budowana w dużej mierze stosunkowo płynnymi frazami wiolonczeli i puzonu. Muzycy na każdym kroku nie szczędzą nam preparacji, ale w pierwszej fazie albumu technikę maltretowania instrumentów stosują jedynie w sytuacjach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w czwartej improwizacji.

Piąta i szósta część zaskakuje jeszcze bardziej. Najpierw niemal post-klasyczne frazy - zmysłowa, barokowa serenada głosu i altówki, pięknie kontrapunktowana puzonem i kolejnymi mintonówkami. W następnych, coraz bardziej intrygujących opowieściach muzycy częściej sięgają po dronowe pasaże i całe plejady preparowanych dźwięków. Ósma część, to prawdziwa huśtawka nastrojów, od dołu do samej góry i z powrotem, a wszystko w całkiem niezłym tempie! Z kolei dziewiąta budowana jest nie tyle z drobnych fraz, co po prawdzie z dźwiękowych strzępów. Figlarna zabawa w pytania i odpowiedzi kreowana tu jest dysonansem kameralnych westchnień i wręcz post-industrialnych tarć. Dziesiąta opowieść trwa najdłużej. Też budują ją kontrasty, zmiany kierunku narracji i dramaturgicznie niuanse, zaś szczególnie urokliwe zdaje się być samo zakończenie, pełne szmerów i szeptów. Dwie ostatnie części znów szyte są sami drobiazgami, bogacone zaś wyjątkowo rozśpiewanym puzonem, który chwilami tanecznie podryguje. Finał płyty eksploduje urodą. Każdy dokłada tu niespodziewany dźwięk czy frazę, a całość pnie się ku górze nie bez improwizacji czynionych metodą call & responce.

 


Eva Maria Houben/ Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Carlos Santos  Falling into wide spaces (Creative Sources, DL 2021)

Ostatnie nagranie w dzisiejszym zestawieniu jest dość nietypowe, ale … jak najbardziej pandemiczne! Czterech muzyków przygotowało separatywne ścieżki dźwiękowe w różnym czasie i przestrzeni, a czwarty z nich z plejady elektroakustycznych różnorodności uplótł dwie rozbudowane narracje. Zwał, jak zwał, przed nami jednak kwartet: Eva Maria Houben (fortepian i organy, Berlin, grudzień 2020), Guilherme Rodrigues (wiolonczela, Berlin, marzec 2021), Ernesto Rodrigues (zither, Lizbona, kwiecień 2021), Carlos Santos (field recordings, Gerez, wrzesień 2018, geophone oraz piezo recordings, Ayamonte, sierpień 2019 oraz Lizbona, 2020, wreszcie mix i mastering). Całość nagrania, to 79 minut i kilka sekund.

Przed nami elektroakustyczna symfonia minimalizmu, kreatywnego zaniechania i żmudnego budowania wielowątkowej narracji, której na ogół bliżej jest do gęstej ciszy niż jakichkolwiek pokładów hałasu. Na starcie mamy wrażenie, że słyszymy świst powietrza. Pojedynczy klawisz fortepianu, echo, incydentalne szarpanie na struny i głucha, nieokreślona, mroczna przestrzeń, w której rodzą się ochłapy fonii. Opowieść z czasem formuje się w drony, ale długość ich życia nie jest przesadnie długa. Oto narracja w trybie stand by, która cedzi dźwięki przez silnie zaciśnięte wargi. O istnieniu żywego świata wokół świadczą jedynie dźwięki otoczenia, odgłosy ptaków i zwierząt domowych. Zdaje się, że upływający leniwie czas jest tu także elementem budowania dramaturgii. W trakcie tej prawie 40-minutowej części pojawiają się nieco dłuższe frazy strunowe, które brzmią nad wyraz boleśnie. W tle, na dalekim backgroundzie coś grzmi, ale ma definitywnie nierealny wymiar.

Druga opowieść toczy się w aurze jeszcze mroczniejszej. Zapominamy o odgłosach żywej materii, raczej znajdujemy się w bezdennej przestrzeni martwego kosmosu. Wokół ściele się post-industrialny ambient, ktoś ściska żywe struny, dołem tli się organowy dron i bardziej delikatne dźwięki strunowe. Te ostatnie, to zapewne brzmienie zithera, a może to efekt działań w trybie inside piano. Sama narracja nasycona jest bardziej płynnymi, nieco dłuższymi frazami, mniej w niej ciszy i zaniechania. Syntetyczne fonie grzmią od czasu do czasu, a te akustyczne zdają się pozostawać w głębokiej defensywie. Wielowątkowy, elektroakustyczny dron zdobią pojedyncze, preparowane dźwięki strunowe. Kolejne 40 minut upływa bardzo wolno, a samo zakończenie serwuje nam kilka dodatkowych dźwięków akustycznych, przypominających, iż powoli wracamy do realnego świata.




poniedziałek, 11 maja 2020

Red List Ensemble! Scope!


Trzy instrumenty dęte, trzy strunowe, piano, perkusjonalia i elektronika – Red List Ensemble może śmiało wyruszać w post-kameralistyczną podróż po zakamarkach dźwięków, ich rozbudowanych teksturach, kreując wielowarstwową narrację, realizowaną w czasie rzeczywistym, często przy użyciu tzw. technik rozszerzonych. Innymi słowy – jesteśmy w domu!




Muzycy proponują na starcie spektaklu małe, urywane frazy, przeplatane dłuższymi pasażami dźwiękowymi. Niektóre działania artystów sprawiają wrażenie wcześniej zaprogramowanych (predefiniowanych) lub zapisanych na - być może - nieistniejących pięcioliniach. Wszystko czynione jest tu w skupieniu, bez pośpiechu i nadmiernego eskalowania emocji. Szumy i szelesty, oddechy i dźwiękowe układanki – oto mała orkiestra, która szuka dramaturgicznego punktu zaczepienia. Elektroakustyczna swoboda kreowana głównie przez dźwięki akustyczne. Kameralistyka naładowana koncepcjami, która co pewien czas eksploduje, po czym szybko wraca to zakontraktowanej struktury opowieści. Nerwy na wodzy, cierpliwość, skrupulatność i dramaturgiczne zaniechanie. Niewidzialny dyrygent perfekcyjnie panuje nad temperamentem dziewięciu instrumentalistów. W połowie pierwszej części nad sceną unosić się zaczyna dramaturgiczna cisza, którą przerywają incydenty elektroakustyczne. Narracja nabiera wszakże cech kolektywnych i wskazany kierunek podróży – dęciaki dyskutują ze strunowcami, a rozchełstane piano i nerwowe percussion sieją sporadyczne fermenty. Swoje trzy gorsze dokłada elektronika, a także urywane frazy saksofonu, klarnetu i puzonu. Opowieść zostaje zwinnie ugaszona akustycznymi detalami.

Początek drugiej opowieści tonie w ciszy. Instrumenty zdają się generować nano dźwięki, pojedyncze mikro stemple fonii, a muzycy głęboko oddychają i pocą się z wyczekiwania. Narracja przypomina puzzle składające się z tysiąca elementów – filigranowa akustyka i nieco ilustracyjna elektronika, tworzona z myślą o filmach opisujących podbój kosmosu w połowie ubiegłego stulecia. Mgławy rezonans, niskie, smukłe struny, suche dysze dętych i płaskie percussion. Po 10 minucie flow sukcesywnie nabierać zaczyna życia, bez wszakże jakichkolwiek dynamicznych atrybutów. Wreszcie, po 17 minucie, minimalistyczne piano buduje intrygującą ekspozycję, którą zdobią dęte półdrony. Po kolejnych kilku minutach misternie kreowana opowieść błyskotliwie narasta, po czym równie atrakcyjnie gaśnie.

Piano nie traci rezonu z poprzedniej części i bystrą sekwencją dźwięków otwiera trzecią historię. Pojedyncze szarpnięcia za struny, plamy dętych oddechów, misterna, znów trochę puzzlowa pajęczyna zdarzeń. Instrumenty akustyczne bez wsparcia elektroniki zaczynają aktywizować swoje działania, a sygnał do wzrostu kolektywnej kreatywności daje głośny wystrzał z wiolonczeli, być może pokazujący, iż to właśnie muzyk dzierżący w dłoniach ów smukły instrument jest zasadniczą mocą sprawczą przedsięwzięcia o nazwie Red List Ensemble. Przybywa dźwięków w jednostce czasu – naszym udziałem stają się dłuższe para-jazzowe ekspozycje saksofonu, klarnetu i puzonu, wspierane stosunkowo aktywnym drummingiem. W połowie 12 minuty narracja zmysłowo gaśnie, a faza cielistych dronów spowija scenę. Aura elektroakustycznego dark ambientu trwa do momentu, aż swoje drobne, ale urocze preparacje rozpocznie fortepian. To wydarzenie ma miejsce po upływie 15 minuty. Plamy nieinwazyjnej elektroniki dodatkowo budują napięcie. Szemranie, szumy, małe frazy - podskórne życie narracji nabiera rumieńców. Kolektywny znój kreacji zaczyna się muzykom opłacać. Po 20 minucie zaczynają grać naprawdę głośno (jak na warunki tej opowieści), ich próby smakują niemal post-industrialnie. Po kolejnych dwóch minutach, na sygnał niewidzialnego dyrygenta, RLE zaczyna poszukiwania ostatniego dźwięku. Czyni to nad wyraz stylowo, step by step, wszak estetyka chamber suspens jest jego najmocniejszą bronią.


Red List Ensemble Scope (Creative Sources, CD 2020); Marko Hefele – skrzypce, Rieko Okuda – piano, Michael Thieke – klarnet, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Matthias Müller – puzon, Mia Dyberg – saksofon altowy, Klaus Kürvers – kontrabas, Sofia Borges – instrumenty perkusyjne oraz Richard Scott - elektronika. Nagrane w styczniu 2019 roku, StudioBoerne45, Berlin. Czas trwania - 63:47.



sobota, 8 czerwca 2019

Egin! Non-Classic String Quartet with Alto like strings!


Niespełna 30-minutowa, koncertowa rejestracja, będąca kooperacją wydawniczą portugalskiego Creative Sources ‎i duńskiego Gotta Let It Out (CD, 2019), zwie się Egin. Na scenie berlińskiego Werkhalle Wiesenburg, w październiku ubiegłego roku, odnajdujemy następujący zestaw muzyków: Mia Dyberg – saksofon altowy, Elo Masing – skrzypce, Ernesto Rodrigues - altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Tomo Jacobson - kontrabas. Na uszy wrzucamy dobre słuchawki i wyruszamy w swobodnie improwizowaną podróż.




W krainie Egin witają nas szumiąco-brzęczące drony, ledwie wybudzonych z głębokiego snu, instrumentów strunowych. Trudno zdiagnozować dokładnie, który z nich wydaje dany dźwięk, płyną spokojnie, czystymi jak łza cięciwami smyczków. Nieklasyczny kwartet smyczkowy improwizuje z saksofonem altowym, którzy brzmi jak … instrument smyczkowy. Pojedyncze frazy w towarzystwie delikatnych i cichych półdronów. Uroda zgiełku chwili, strach i drżenie w obliczu niewiadomego. Elegia ciszy, kryształ skupienia – martwy balet strunowców o bladym świcie.

Szósta minuta przynosi pierwsze dźwięki saksofonu altowego, które przypominają, iż w ustach Dyberg znajduje się jednak instrument dęty, drewniany. Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach recenzent śmiało odnotować może wzrost aktywności całej piątki muzykantów. Instrumenty ładnie kleją się do siebie, skrzypce i altówka tańczą, alt prycha, strunowce odpowiedzialne za dolne partie dźwięków płyną bardzo swobodnie i stosunkowo wysoko. Wszyscy pracowici, jak pszczółki w dość ciasnym ulu. Alt łyka powietrze coraz większymi porcjami, obok śpiew ptaków i pląsy świerszczy. Klimat chamber zdaje się przybierać na sile, choć alt, złowrogim burczeniem, zgłasza zdanie odrębne. Kolektywny, filigranowy ład post-filharmonii co rusz rozszarpywany bywa podmuchami z małej tuby saksofonu. Dysze tego ostatniego trzepoczą na wietrze niczym skrzydła nietoperza wyrwanego ze snu zimowego. Gdy milkną, narracja daje prawdziwego nura w otchłań kameralistyki, czyniąc środkowy fragment koncertu wyjątkowo zmysłowym.

W kolejnym kroku muzycy decydują się na indywidualne mikro eskalacje, które dzieją się wszakże wewnątrz kolektywnego strumienia improwizacji. Trele strun, jak skowronki o dżdżystym poranku. W 20 minucie narracja buduje się na barkach wiolonczeli, reszta wtóruje jej półrytmicznymi pasażami, a audytorium koncertu przez moment czuje się, jak w trakcie prawykonania Czterech Pór Roku Vivaldiego. 22 minuta - wzajemne nawoływanie się muzyków po środku gęstego lasu, dużo skupienia i moc świetnych reakcji, także garść preparacji na małych strunach. 24 minuta - aktywność muzyków na krzywej rosnącej: alt staje na czele owadziej watahy, prycha i kusi zły los, czego efektem staje się poważna, jak na warunki tego koncertu, kolektywna eskalacja. Na 150 sekund przed końcem nagrania, muzycy na dźwięk niesłyszalnego gongu, rozpoczynają proces gaszenia płomienia narracji. Drony, nostalgia chwili, uroda umierania muzyki, jakby powrót do klimatu początkowego. Ta piękna klamra dramaturgiczna wieńczy dzieło jeszcze przed upływem trzydziestej minuty.