Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Travassos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Travassos. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Luis Lopes em fase de forte crescimento*)! With Julien Desprez and Big Bold Back Bone!


Rok 2018 dużymi krokami zbliża się już do swego zasłużonego końca. Nadchodzi czas podsumowań, upiornych list the best of the year i innych tego typu zawodów na cierpliwość muzyków i wydawców, czy aby na pewno, ktoś zauważył nas w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

Rok 2018 po raz kolejny udowodnia, iż muzycy improwizujący z naszej ulubionej Portugalii mają się naprawdę doskonale. Rodrigo Amado, swoim amerykańskim kwartetem, wszedł już na prawdziwy free jazzowy piedestał. Świetny rok odnotowuje Luis Vicente, o czym donosił Pan Redaktor na swoim profilu najpopularniejszego w galaktyce portalu społecznościowego (obok doskonałych płyt, także dalece spektakularna trasa koncertowa dwóch triów w naszym pięknym kraju!). Nie próżnują Goncalo Almeida (ten także na polu noise’ rocka!), Susana Santos Silva, czy Pedro Sousa i Gabriel Ferrandini. Do zacnego grona beneficjentów roku 2018 nie sposób nie zaliczyć brazylijskiego rezydenta podlizbońskiej Sintry, Yedo Gibsona. W ramach nepotycznego lansu, warto zauważyć, iż większość z w/w muzyków wydała w tym roku płyty w ramach serii wydawniczej Spontaneous Music Tribune i Multikulti Project.

Wreszcie, niewspomniany dziś jeszcze, gitarzysta z Lizbony Luis Lopes. O doskonałym nagraniu Lisbon Freedom Unit pisaliśmy na tych łamach parę tygodni temu (look here!). Rok bieżący przyniósł także inne, niemniej wyśmienite realizacje tego muzyka. Dziś nad trzema z nich dogłębnie zawiesimy nasze uszy i oczy. Jedna, co prawda ma w dacie wydania rok 2017, ale tak silnie łączy się z inną, wydaną już obecnie (ta sama sesja nagraniowa), iż śmiało uchodzić może za smakowitą świeżynkę.




Boa Tarde! Dzień Dobry!

Zaczynamy od ognistego duetu gitar elektrycznych! Lopesowi w lizbońskim studiu Namouche towarzyszy Julien Desprez, muzyk francuski, którego winniśmy kojarzyć choćby z doskonałym trio Tournesol. Efekt pracy, jaka miała miejsce w sierpniu 2016 roku, poznamy dzięki czarnemu krążkowi Boa Tarde (Shhpuma Records, 2018). Cztery swobodne improwizacje z tytułami (imiona kobiece) trwają około 43 minut.

Opowieść zaczyna się w oparach dość skromnego ambientu, generowanego przez jęki amplifikowanych strun. Płynna, trwająca narracja dwóch postawnych gitar, klimat dzwonów rurowych. Skupienie, kreatywna powolność, w tle strzępy cichego noise’u. Ta historia ślimaczo się pętli, ale sukcesywnie narasta. Trochę rockowych skojarzeń, jeśli chodzi o brzmienie obu wioseł. Późne Velvet Underground, wczesne Sonic Youth, jeśli pytacie o szczegóły. 8 minuta podkreśla ów charakter narracji – kilka rockowych, zmutowanych riffów z lewej flanki. Atmosfera zaczyna delikatnie wrzeć, a muzycy robią śmiały krok w kierunku estetyki noise. Na wybrzmieniu grzmiący, szary ambient, lekko podlany psychodelią. Urocze! Na finał pierwszej strony winyla, kilkuminutowe, na poły rockowe encore. Błyskotki z rozgrzanego pieca, świst pary, swąd industrial, plastry hałasu. Instynkt wytrawnego recenzenta podpowiada, iż najprawdopodobniej za lewą flankę odpowiada temperamentny Desprez.

Po wywróceniu krążka, trafiamy na kolejne opiłki noise’u, znów silniejsze z lewej strony. Błyskotliwe, zwinne, niebanalne pasaże dobrych dźwięków. Prawdziwy popis obu gitarzystów! Lopes łapie kontakt na meta poziomie, ale brnie w narrację nieco mniej agresywnie, bardziej nastawiony jest na budowanie struktury. Piece grzewcze buzują i idą niemal w elektro – świdry, sprzężenia, meta koniunkcje, siła halucynogenów. Innymi słowy – pełne spektrum gitarowej ornamentyki z prądem. Brawo! Ta eskalacja szczególnie wartościowa jest między 7 a 10 minutą nagrania. Potem pojawia się delikatnie sugerowany rytm, tuż spod powierzchni strun. Dwa pasma gitar płyną w sonicznej symbiozie, tak zawarte, iż trudno chwilami wskazać źródła dźwięków. No i jakże pięknie wybrzmiewają – zielony i niebieski ambient przenikają się wzajemnie. Mały świderek w ramach resume fragmentu. Ostatni odcinek tej barwnej opowieści rodzi się ponownie w klimatach godnych gitary Thurstona Moore’a. Masywne drżenie, siła amplifikacji, zgrzyt przetworników gitarowych, fuzja mocy i wyobraźni. Kosmiczna otchłań brzmienia w służbie improwizacji. Muzycy wpadają w torsje i konwulsje, pulsują, brną po kolana w lepkim noise’ie. Meta narracja, gęsta niczym sceny wyrwane z Dzikości Serca. Oj, słuchaj tego głośno! Na ostatniej prostej historia toczy się już na spalonej ziemi. Szum wieńczy płytę.




Immerge and Emerge! Zanurzanie i Wynurzanie!

Na osi czasu cofamy się o kilka miesięcy. Dokładnie do dwóch ostatnich dni listopada 2015 roku. Znów Namouche Studios, a w nim czwórka muzyków, która funkcjonuje pod nazwą własną Big Bold Back Bone: Luis Lopes – gitara elektryczna i obiekty, Travassos – elektronika, Marco Von Orelli – trąbka (także slide), Sheldon Suter – perkusja preparowana. Dwaj pierwsi reprezentują, co oczywiste, Portugalię, dwaj pozostali Szwajcarię. Rejestrują kilometry muzyki, która trafia na dwa kompaktowe krążki. Długa, jednotraktowa improwizacja Immerge wypełni płytę In Search Of The Emerging Species (Shhpuma Records, 2017), zaś siedem nieco krótszych dostaniemy dzięki wydawnictwu Emerge (Wide Ear Records, 2018). Czas trwania każdego CD, to około 43 minuty z sekundami.

By rozpocząć podróż w poszukiwaniu wynurzających się fragmentów, musimy się najpierw zanurzyć. Swobodna improwizacja (nazwana z powodów merkantylnych kompozycją) zaczyna się w oparach dźwięków, które przypominają smyczek oparty o struny kontrabasu. Ale to złudzenie, takiego instrumentu wszak nie ma w studiu nagraniowym. Obok rezonujące talerze, cykady z tuby trąbki, ledwo słyszalne ślady elektroniki, wreszcie struny gitary gotowe na wszystko, ale na razie pozostające w stanie delikatnego odrętwienia. Po kilkudziesięciu sekundach te ostatnie dają jednak o sobie znać – szorstka, suwnicowa narracja nosząca znamiona sonorystyczne. Brawo! Opowieść robi się gęsta, płynie posuwistymi krokami. Dobry, konkretny, precyzyjny drummer - dzwonki, powierzchnie płaskie i dobrze dokręcone śruby. Lopes na boku głaszcze struny. Tło skrzy się pod Travassosem. W 9 minucie gitara zwinnie repetuje, ciekawie kreując strukturę całej opowieści. Trąbka sonoryzuje, jest sucha i dociekliwa. Mała, molekularna przygoda elektroakustyczna ze zdecydowana przewagą akustyki. W 13 minucie narracja łyka kolejne porcje przestrzeni, szumi i delikatnie skwierczy. Pogłos, trzaski i dramaturgiczny rwetes. Na tak bystrym tle rodzi się drobiazgowa ekspozycja Lopesa – jakby muzyk zrywał strunę po strunie, czyniąc to wszakże z gracją baletnicy. Narracja z akcentami minimalistyki, z dalekim, bardzo plastycznym tłem elektroniki. Ta ostatnia przed 20 minutą ciekawie pulsuje, a potem stapia się z gitarowym ambientem i dźwiękami ponownie sugerującymi obecność smyczka na kontrabasie. Bardzo aktywny na początku drummer, tym razem tonie w preparacjach i bliżej mu do wyczynów Travassosa, niż Lopesa i Orelli’ego. Świetna improwizacja, w trakcie której co raz częściej gubimy źródła dźwięku! Precyzyjna dramaturgia całości, przemyślane zmiany akcji, płynne, ale nieśpieszne reakcje (czyżby akcenty predefinicji procesu improwizacji?). 26 minuta przynosi mikro hałasy wprost z gryfu gitary, zapewne także z innych, bliżej nierozpoznanych przedmiotów. Narracja zdaje się być coraz bogatsza, a nowych dźwięków wciąż przybywa. Po 30 minucie kolejna bystra gra Lopesa, choć tym razem w bardziej konwencjonalnej stylistyce. Tło zaś skwierczy, pulsuje, szuka zaczepki, stąpa po kruchym lodzie. A na finał ballady, znów moc sonicznych nieoczywistości. Budzi się perkusja, pozostałe instrumentu także aktywizują swoje poczynania (świetna ekspozycja trąbki!). Jest i wyimaginowany smyczek, teraz zapewne na gryfie gitary. Ostatnie tchnienie narracji wydaje perkusyjna stopa. Brawo!




Czas na wynurzenie! Tu, czynione w siedmiu odcinkach. Sceneria startu jest następująca – niskie drony, mała trąbka z czystym brzmieniem, szumy, stopa perkusji, spokojny, nieinwazyjny flow narracji. Wyższy dron, tuż potem, rodzi się na gryfie gitary. Dźwięki sączą się, niczym ciepła krew z jeszcze żywego trupa. Urocze, konsekwentne, masywne. Akt drugi – gitarowe, metaliczne, molekularne intro. Wsparcie idzie wprost z kabli, meta zachowania trąbki i perkusji. Milknące syczenie, dotyk werbla. Stylowa narracja in extenso. Trzeci fragment wzbudza dubowo brzmiąca gitara. Trąbka nieśmiało spogląda w kierunku historii jazzu. Szorstkie, lepkie szumy tuż pod nią. Choć drummer nie daje rytmicznej bazy, cała narracja toczy się nad wyraz dynamicznie, zapalczywie i namiętnie. W dalszej części perkusja włącza się jednak do gry i rysuje narrację, oliwi tryby maszyny. Trąbka nadal czyści przestrzeń studia. Czwarty epizod – mały industrial na dobry początek. Trąbka snuje małe drony, reszta drży, stoi w miejscu i złorzeczy. Gitara wydobywa się na front, perkusja preparuje na werblu. Ta pierwsza budzi moc psychodelii, podczas gdy tło skwierczy na przypalonych kablach. Na finał trąbka jęczy niczym kot, ale nie napotyka na zrozumienie. Co innego perkusja… Piąty akt – gitara sprzęga się sama ze sobą, trąbka szuka brudu w brzmieniu (nareszcie!), drummer kreuje dynamiczną sytuację sceniczną – dobry free improve z jazzowym drive’em. Świetny moment! Szósty – gitara brnie bardziej konwencjonalnie, sporo elektroakustyki w powietrzu, preparacje trąbki i perkusjonalii. Drobny dysonans estetyczny – zdaje się, że ciekawiej dzieje się w obszarze elektroniki, niż akustyki. Ostatni epizod startuje w poziomu werbla i talerzy. Niebanalna trąbka, trochę mantry i rockowego szlifu ze strony gitary. Pogłos zza światów. Muzycy zdają się porzucać elektroniczne inkrustacje, ale to nie jest chyba najtrafniejszy wybór. Płyta kończy się w nieco zbyt oczywisty sposób, jakby Travassos dostał przedwcześnie wolne. Na wybrzmieniu trąbka czyni jednak samo dobro.


*) port. w fazie intensywnego wzrostu



niedziela, 4 grudnia 2016

Pedro Sousa – Na Borda De Crescimento Descontrolado *)


Nie jest jakąkolwiek tajemnicą fakt, iż Trybuna Muzyki Spontanicznej darzy niebywałą atencją muzykę improwizowaną, powstającą na Półwyspie Iberyjskim. Katalog przyczyn takiego stanu rzeczy jest z pewnością zbiorem niepustym. Jeśli jednak mielibyśmy wskazać z imienia i nazwiska jedną osobę, odpowiedzialną za zapoczątkowanie procesu akwizycji muzyki z Portugalii i Hiszpanii na tych łamach, to jest taki człowiek. Nazywa się Pedro Sousa, gra na saksofonie, mieszka w Lizbonie i dokładnie dziś kończy 30 lat!!! Happy Birthday, Pedro!!!

W okolicach czerwca roku ubiegłego, do któregoś z moich lubieżnych odtwarzaczy plików mp3, dość niespodziewanie wpadła pewna muzyka. Krążek nazywał się Casa Futuro, a firmowała go trójka muzyków. O ile nazwiska Johana Berthlinga i Gabriela Ferrandiniego nie były mi oczywiście obce, o tyle personalia saksofonisty zdały się istotnie dziewicze. Już po pierwszym odsłuchu, wiedziałem, że w moich rękach wylądowała szczególnie wartościowa muzyka. Jakiś czas potem mogłem już spokojnie odpalać tę muzykę w formacie CD. A w kilka miesięcy później, Casa Futuro bezceremonialnie trafiła na czoło najlepszych płyt roku 2015, dając przy okazji nowe życie Trybunie Muzyki Spontanicznej, już całkowicie w sieciowym wydaniu.

Urodzinowy przegląd dotychczasowej twórczości Pedro Sousy zaczniemy od przypomnienia tej właśnie doskonałej płyty.


Dom Przyszłości!

Lizboński Culturgest, listopad 2012r., a na scenie klasyczne, chciałoby się rzec, jazzowe trio -  saksofon, kontrabas i perkusja. W dalszej części tej opowieści określenie klasyczne straci całkowicie rację bytu, ale epitet jazzowe nie będzie już do niczego potrzebny. Drogowskazami w 50-minutowej podróży z muzyką wówczas zagraną będą natomiast tytuły kolejnych improwizowanych fragmentów – Wytrzymałość! Użyteczność! Piękno!




Muskulatura będzie niewątpliwie wyznacznikiem wzajemnych relacji wewnątrz tria. Sousa, wsparty na tenorze, bierze na siebie rolę agresora. Berthling, u boku kompulsywnego kontrabasu, demoluje przestrzeń koncertową, jakby chciał robić miejsce dla twardego saksofonu, a Ferrandini stawia wokół kaleczące zasieki, czyniąc ze swej perkusji zbrojne ramię tej improwizacyjnej bitwy. Muzycy kroczą zwartym szykiem i obejmują wieczne panowanie nad chaosem tego miejsca, nie pozostawiając widzom muzycznego spektaklu jakichkolwiek złudzeń, co do własnych intencji. Ów militarny dryl sprawia, iż nikt nie ma tu chwili na choćby sekundę zastanowienia. Dramaturgia wydarzeń jest istotnie wstrząsająca. Każdy zagrany dźwięk liczyć tu może na ciętą ripostę współpartnera – bez sentymentów dla słabszego, mniej odpornego na improwizacyjne niuanse. Chwile kontemplacyjnego zawieszenia są naszym udziałem, ale mają ewidentnie charakter ciszy przed burzą. Sousa szuka granicy swojego instrumentalnego bytu, wyje brotzmannowsko, po czym klei się do sekcji sprośnym i konwulsyjnym timingiem, przy okazji skutecznie ładując jej baterie. Osiągamy cel pierwszej ekspozycji – Wytrzymaliśmy!

Johan sięga po smyczek i poleruje okrwawione struny kontrabasu. Pedro wykorzystuje okazję i wietrzy salę koncertową brutalnym soundem swego barytonu. Gabriel delikatnie talerzykuje. W trybie awaryjnym, muzycy zgrabnie wchodzą na wyższe piętro tej emocjonalnej eskalacji i robią wszystko, by uczestnicy spektaklu docenili ich użyteczność. Przepychanki, kuksańce i ekwilibrystyczne podszczypywania trwają w najlepsze. Próżno w tym momencie wskazać, który z muzyków istotniej ryje nam beret. Kobiety, w mniejszości, zdają się rwać włosy z głowy, zaś część matriarchalna widowni deklaruje wieczną abstynencję w podzięce za to muzyczne misterium. Pozorny chaos sytuacyjny w procesie improwizacji, jedynie eskaluje dysonans poznawczy. Szukając niezbędnego punktu odniesienia, muzycy jednoczą swe siły wokół dynamicznego pasażu kontrabasu, który jest barokowy piękny! Puentą tej, od pewnego momentu, solowej eskalacji stają się trójdzielne pląsy każdego z bohaterów tej opowieści. Swobodna improwizacja nie akceptuje jednoosobowego przywództwa! Każdy sobie sterem, każdy okrętem, ale na scenie umieramy zawsze razem!
Jakże piękny finał koncertu muzycy osiągają w skupieniu, ale bynajmniej nie … w wyciszeniu. Akustyczna refleksja bywa wszak udziałem największych. Ostatni dźwięk – dyskretnie udany - wcale nie przynosi ukojenia.

Po trzech latach możemy raz jeszcze przejść tę gehennę, dzięki komfortowemu odsłuchowi wyjątkowej Casa Futuro (Clean Feed Records, 2015; nakład nieznany, ale z pewnością nielimitowany).


Duet z Hernani Faustino!

Jeśli w dyskografii Pedro mielibyśmy wskazać dziś krążek, który trzyma horrendalnie wysoki poziom artystyczny Casa Futuro, to z pewnością jest nim wydawnictwo Falaise. To, póki co, jedyny fonograficzny dowód na współpracę Sousy z kontrabasistą Hernani Faustino, którego fani europejskiej muzyki improwizowanej słusznie kojarzą z formacją RED Trio. Duetowe nagranie, poczynione w okolicznościach studyjnych, w Lizbonie w roku 2010, jest z nami od czterech lat, dzięki efemerycznemu wydawnictwu Dromos Records i jego ekskluzywnej serii, pięknie wydanych, dalece artystycznych CD-rów. Nakład 100 sztuk jest oczywiście wyczerpany. Ten krążek także gościł już na łamach Trybuny, a zatem tych kilka impresji poniżej, będzie jego przypomnieniem, tudzież próbą pogłębienia poprzednich analiz.




Świat muzyki improwizowanej zna oczywiście tysiące duetów na kontrabas i saksofon (tu: tenorowy i barytonowy). Być może ten, w wydaniu Sousy i Faustino, jest jednak dalece szczególny. Muzycy grają niezwykle głośno, na swój sposób agresywnie, balansując przez blisko 49 minut nagrania na granicy akustycznego przesteru, a nawet w ostatnim, czwartym fragmencie, przekraczając ją. Świetnie się ze sobą komunikują, potrafią rzeźbić rubaszne kształty swoich improwizacji tym samym dłutem. Gdy Hernani bierze do rąk smyczek i rozdziera przestrzeń ostrymi pasażami niskich częstotliwości, dźwięki wydawane przez saksofon Pedro brzmią … bliźniaczo podobnie, choć ten drugi z pewnością jedynie dmie w swą rurę. Mimo, iż narracja tej improwizacji nie przebiega linearnie, a chwile dynamicznych pyskówek bywają przedzielane hałaśliwymi fragmentami ciszy, to muzycy pozostają w fazie permanentnego zwarcia, kolektywnego potykania się o ręce i nogi interlokutora. Ten w pełni akustyczny hałas pisany jest tłustym drukiem, bez przecinków i znaków zapytania. Gdy saksofon goreje na wzgórzu piekielnym, kontrabas - rozgrzany do czerwoności - iskrzy niczym zdeformowana anomaliami klimatycznymi zorza polarna. Kawalkada dźwięków tego szalonego duetu demoluje studio nagraniowe, kruszy ściany i pali potencjometry dźwiękowca, któremu zabrakło kanapek w 35 minucie tej rejestracji. Produkcja Falaise zżera prąd, przewidziany do oświetlenia przynajmniej całej Alfamy i Gracy, a może i także, położonego na przeciwległym wzgórzu, Bairo Alto!  Muzycy niczym gigantyczne, zmutowane chrabąszcze, czekają na jedyny w tej szerokości geograficznej moment zbiorowej ekstazy. Cielesność tej muzyki wygeneruje pot na czole każdego umarlaka.

W finałowym fragmencie przekraczamy rubikon i w odmętach ekstremalnego hałasu, doświadczamy oczyszczającej dewastacji membran i podniebienia naszych uszodołów. Krew, pot i łzy są także naszym udziałem. Pedro i Hernani udanie rezonują, szukając drogi ucieczki z tej szalonej sesji. Noise Forever!


Koncert w ZDB!

Lizbońska Galeria Ze Dos Bois (ZDB), w październiku 2012 roku, użyczyła swe pomieszczenia na dość niezwykły koncert. Spotkanie młodego Portugalczyka Gabriela Ferrandiniego (perkusja) i jeszcze młodszego Portugalczyka Pedro Sousy (saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika), z weteranem rockowej awangardy, klasykiem noisowej gitary, głównym twórcą wyjątkowej formacji Sonic Youth, Thurstonem Moorem, nie mogłoby być czymś powszechnym w jakiejkolwiek kulturalnej galerii na świecie. Pierwsze i być może ostatnie tego rodzaju artystyczne zwarcie, szczęśliwie zostało zarejestrowane, a po dwóch kolejnych latach, upublicznione na czarnym krążku Live at ZDB (Shhpuma, 2014), firmowanym personaliami trójki muzyków, w kolejności adekwatnej do ich wieku i zasług dla dźwiękowego wszechświata.

Ustalenia przed koncertem były niezwykle zacne. Stawiamy na spokojną, wyważoną improwizację, badamy się wzajemnie i poznajemy, czujni na niuanse brzmieniowe, wynikające ze zderzenia akustycznych instrumentów z gitarą elektryczną. Ta brawurowa koncepcja legła w gruzach już w okolicach trzeciej minuty koncertu. Energia, z jaką muzycy weszli na scenę, już po tych paru chwilach rozsadziła im trzewia, a z nie do końca jeszcze rozgrzanych piecyków, publiczność zaatakowana została ścianą konstruktywnego hałasu. Sousa – co nie stanowiło zaskoczenia – okazał się bardzo pojętnym uczniem Moore’a i bez cienia respektu, wplótł się w zwoje gorejących strun gitarzysty. W tej iście hardrockowym, hendrixowskim środowisku w mig odnalazł się także Ferrandini, zgłaszając akces na wakujące miejsce za bębnami Slayera. Najmłodszy z adeptów, niczym krótkonogi byczek w zwarciu ze stadem upalonych nosorożców, powalczył o akustyczne przeżycie, ale dał radę – breaking through!




Po mniej więcej kwadransie, ta galopada zasadniczo spowalnia, dzięki czemu wszyscy – w tym także publiczność! -  złapać mogą stosowne wyciszenie i nieodzowną w takich chwilach, szczyptę uzasadnionej psychodelii. Muzycy w tej scenerii, śmiało rozpoczynają wymianę poglądów, zaczynają się wzajemnie słuchać i reagować na poczynania kolegów. Kolejne, kolokwialne crescendo tej improwizacyjnej rejterady ma już bardziej selektywny posmak. Artyści ewidentnie zatrybili, złapali mentalny kontakt i choć do końca koncertu będą ponownie hałasować, to ten rodzaj dźwiękowej eskalacji będzie dla wszystkich absolutnie akceptowalny. Kolejne, udane dramaturgicznie uspokojenie pięknie puentuje Ferrandini, wspierany nieco sentymentalnymi (w tychże okolicznościach) przepałami Sousy. Moore plami ten portugalski konsensus długami interwałami szumiących sprzężeń i zgrzytów.  Sousa kapitalnie wplata się w jego częstotliwość, dzięki czemu około 30 minuty koncertu, popadamy w ciekawy, elektroakustyczny dysonans. Czterominutowy finał części zasadniczej koncertu ponownie czyści nam trąbki Eustachiusza, by po chwili, w onirycznym bisie, dzieło zniszczenia naszych oczywistych przyzwyczajeń - despotycznie, upiornie, pięknie! – dokonało się ostatecznie, przy fanfarach nie do końca świadomej eksplozji entuzjazmu.


Pão – elektroakustyka w służbie improwizacji!

Pozostańmy w Lizbonie. Okoliczność studyjna w listopadzie roku 2011. Pedro Sousa, tym razem dzierżąc w dłoniach jedynie saksofon tenorowy, zwiera przyjacielskie, tudzież artystyczne szyki z Tiago Sousą, który na nagranie dotargał harmonium, kibord i drobny zestaw perkusyjny oraz Travassosem (przy okazji naczelnym grafikiem Clean Feed Records), który w tej zabawie odpowiedzialny będzie za dźwięki generowane elektroniczne z tzw. obiektów różnych, a także użyczy swego głosu w pewnym istotnym momencie tej opowieści. Spotkanie udokumentuje przepyszny dysk cyfrowy, a obecne w studiu trio przyjmie nazwę Pão, co da także nazwę samemu wydawnictwo (Shhpuma, 2012, nakład nieznany).

Już sam zestaw instrumentalny tej sesji sugerować może elektroakustyczny tygiel, pełen rozmaitych i nieoczywistych koincydencji, i po prawdzie, tak właśnie się dzieje. W pierwszym, krótkim fragmencie, stanowiącym rozbudowany wstęp, zostajemy zaatakowani przez elektroniczny dron, który inkrustowany przeróżnymi akustycznymi incydentami, przybierając zmienne poziomy intensywności, dany nam będzie do końca tej 44-minutowej historii. Parafrazując tytuł tegoż wstępu, Bóg nie czeka, Bóg nadchodzi dużymi krokami




Fragment kolejny - Dyson Tree - twórczo rozwija pomysł artystyczny Pão, zasugerowany parę chwil wcześniej. Łuny polarne uroczo płoną przy wtórze gotowego na wszystko dęciaka. Odpowiedzialne za tę metaforę jest dronujące harmonium, a kreowany przez nie klimat, niespodziewanie sprzyja nierozsądnej kontemplacji. Być może ścieżką percepcji, udaną metodą ogarnięcia tej muzyki, okaże się wszechobecna entropia, która znaczy poczynania artystów. Ich muzyczne kontinuum, zawieszone pomiędzy intrygującym chaosem a wulgarnym porządkiem, prowadzi słuchacza na niechybne zderzenie z płynącymi masami energii, które jakby przy okazji, generują nasilający się hałas. Muzyka eskaluje się akustycznie, choć punktem odniesienia pozostaje dla niej punktowa cisza. Konsekwencją takich działań muzyków, owego kontinuum, musi być trans, który budowany jest przez soczysty tembr saksofonu, jego ekstatyczną improwizację, z elektronicznym backgroundem i upiornym głosem zza światów (Travassos!).

Fragment finałowy, najdłuższy, w dół kolorowym wzgórzem, odebrać możemy jako próbę trawestacji poprzedniego fragmentu, skrupulatnego rozwijania wątków, tam zadzierzgniętych. Harmonium operuje w pozycji stand-by, jedynie sygnalizując swoją obecność, saksofon gardłowym szmerem subtelnie rysuje parkiet studyjny i jest atakowany przez sążniste drony, wprost z serca procesora. Ten epizod musi zwieńczyć eskalacja hałasu, budowana na antynomii skowytu dęciaka i sprzężeń elektroniki. Wampiryczna melancholia, niepokojący pasaż saksofonu, topią się w gęstniejącym brzmieniu harmonium i rezonujących, tajemniczych przedmiotach. Dopada nas gęsta, skwiercząca cisza, a dźwięk naprawdę ostatni ginie w akustycznym chaosie, jaki zgotowała nam ta znakomita muzyka.


EITR!

Kolejna formacja, znacząco kreowana przez naszego dzisiejszego bohatera, jeszcze silniej osadzona w poszukującej i improwizowanej muzyce elektronicznej, to EITR. Saksofoniście (tenor, alt, baryton i elektronika) towarzyszy Pedro Lopes, grający na … gramofonie, perkusjonaliach i generujący dźwięki z obiektów. Ich jedyny krążek, to winylowe wydawnictwo Tress Have Cancer Too (Mazagran Records, 2013; nakład 150 szt. ręcznie numerowanych). Trzy fragmenty opatrzone tytułami trwają łącznie niespełna 40 minut.




Jeśli chcielibyśmy gatunkowo opisać muzykę Lopesa i Sousy, to niezwykle pomocne okażą się określenia typu eksperymentalna elektronika, abstrakt, czy glitch. Spokojna, wyczekująca narracja w dużym stopniu generowana jest elektronicznie, choć nie brakuje w niej perkusyjnej akustyki i – co oczywiste – znajomych dźwięków instrumentów dętych, drewnianych. Jakkolwiek celem ostatecznym tej przygody – nie pierwszy raz w przypadku Pedro – pozostaje pozytywna, czupurna… eskalacja hałasu. Fragment drugi poszerza wykorzystywane przez EITR artystyczne środki wyrazu o samplowane głosy ludzkie i drobiny field recordings, co prowadzi tę część nagrania w zakamarki specyficznego, abstrakcyjnego blue ambientu. W wielu momentach saksofon bywa tu jedynie ornamentem (sam Pedro ochoczo działa na kablach). W trzecim, finałowym fragmencie królewski instrument powraca jednak w pełnym rynsztunku i z gorejącym skowytem na ustach wieńczy dzieło.


Canzana - diabelnie psia sprawa!

Czas sięgnąć do muzycznych korzeni Pedro, naprawdę ostro pohałasować i ewidentnie wytaplać się w punkowym, noisowym błotku. Punkowa będzie nie tylko stylistyka samej muzyki, ale także warstwa edytorska (szczegóły poniżej).
Okazja jest przednia, albowiem przed nami dwa wydawnictwa formacji Canzana. By dodać smaczku naszym lubieżnym myślom, warto dodać, iż nazwa ta winna być kojarzona z jedną z prymalnych dla człowieczeństwa pozycji seksualnych, która w języku Szekspira określana bywa jako doggystyle.




Rzeczoną Canzanę tworzą: Bruno Silva na gitarze elektrycznej i Pedro Sousa na saksofonie tenorowym i barytonowym. Ich dorobek artystyczny wypełniają dwa wydawnictwa - Sangue de Tigre (edycja własna muzyków, 2011 – kaseta, nakład nieznany) oraz Santa Catana (Cerebro Morto, 2013 – kaseta w nakładzie 15 szt. i cd-r – 28 szt.; okładki wykonane ręcznie). W uzupełnieniu dodajmy, iż na rok przyszły planowane jest wydanie płyty(?) Mariana.

Obie edytorskie perełki zawierają po cztery improwizacje, a ich łączny czas nie jest zbyt długi dla standardowego srebrnego krążka (w sumie ok. 75 min). Zderzenie (dosłowne) saksofonów Sousy z hałasującą gitarą elektryczną Silvy bynajmniej nie odbywa się w rytmicznym tempie, przy wsparciu wulgarnych bluzgów. Gitara, zwłaszcza w starszej rejestracji, służy muzykom bardziej do generowania elektronicznych dronów, piętrzenia sprzężeń i przepięć energetycznych, niż snucia bardziej oczywistej narracji. Na ich tle saksofon Pedro szuka miejsca zaczepienia, ogrywa tę ścianę dźwięku, plami ją agresywnymi synkopami, by po parunastu minutach trafnego próbkowania, w finalnym fragmencie Sangue de Tigre, cel swój osiągnąć i wejść w ekstatyczne zwarcie z płonącą gitarą, dzięki temu dając sporą satysfakcję, zarówno muzykom, jak i słuchaczom.




Santa Catana – z racji lepszej jakości dźwięku i bardziej profesjonalnej produkcji – raczy nasze uszy materiałem dalece bardziej intrygującym. Gitara z prądem nadal szybko wpada w stan wrzenia, wszakże jej narracja bardziej nastawiona jest na proces improwizacji i wchodzenie w twórcze dialogi z saksofonistą. Drugi z fragmentów toczy się niespodziewanie w dość sennej atmosferze, a muzycy kreślą dramaturgię tego zdarzenia z dbałością o pojedynczy dźwięk (przy okazji duet wspiera tu drugi gitarzysta Roberto Leão). Gdy muzycy wracają do bardziej dynamicznych pasaży, w trzecim fragmencie Silva gra zaprogowo, a Sousa pięknie trawestuje jego przebiegi dźwiękowe. Finał osiągamy w czeluściach piekielnego hałasu, a szczytującej gitarze towarzyszy – znów! – brotzmannowski w stylistyce, pochód saksofonowego skowytu.


Heu{s-k}ach!

Pod tą tajemniczą nazwą kryje się formacja, której trzon stanowią: D'incise - okablowany zmyślną elektroniką, generujący dźwięk z obiektów różnych, a także korzystający z instrumentów perkusyjnych oraz Marcel Chagrin - grający na gitarze elektrycznej i basowym bębnie. Mają w dorobku trzy wydawnictwa, a jedno z ich powstało dzięki dużemu wsparciu Pedro Sousy, który grał na saksofonie tenorowym i korzystał z elektroniki. Myślę tu o dostępnym w plikach, a także w formacie cd-r, albumie I Know Not What Tomorrow Will Bring (Resting Bell, 2011 – wersja cyfrowa wydana przez samych muzyków, nakład nieznany).




Czteroodcinkową opowieść wypełnia prosta, gitarowa narracja, która rozrywana jest z jednej strony (lewej) szumami i szmerami komputerowymi, z drugiej zaś (prawej) – wytłumionym tembrem saksofonu. Tę dość rockową i po prawdzie nieco smętną opowieść ciekawie kontrapunktuje odcinek drugi, w którym gitarzysta cofa się do drugiego planu, dzięki czemu muzyka zyskuje nieco przestrzeni na akustyczne, perkusjonalne wprawki. Obiekty różne stymulująco kooperują i rezonują z instrumentem dętym, dociera do nas konstruktywne puk-puk, nie brakuje szczypty polerowania powierzchni płaskich. W kolejnym fragmencie gitarzysta łapie drugi oddech, moduluje swą narrację, jakby grał na pedal steal gitar, czemu próbuje zapobiec Sousa, sięgając po podręczną elektronikę. Nie uratują wszakże obrazu całości, prowadząc recenzenta do konstatacji, iż był z tego nagrania niezły duet, w momencie, gdy gitarzysta – zmyślnie zainspirowany -wyskoczy po napoje chłodzące.


What Next?

Trzydzieści lat na karku, kilkanaście wydawnictw – myślę, że dzisiejszy jubilat może w ramach incydentalnego podsumowania tego, co do tej pory, śmiało postawić sobie duży plus. Być może brakuje w jego dorobku pozycji ogólnie dostępnych, czyli wydanych przez mniej efemeryczne wydawnictwa, takie choćby jak Clean Feed, czy jego co-label Shhpuma, ale cała przyszłość przed nim.

Niebawem gotowy będzie nowy materiał, roboczo określony przez muzyka, jako kolejna edycja Casa Futuro, zarejestrowany w roku ubiegłym. Tu znany już jest wydawca, a ja osobiście miałem okazję poznać te dźwięki i jestem przekonany, że warto będzie na nie czekać. Nie mniej smakowity zdaje się być kolejny materiał nagrany w roku ubiegłym, również ciekawie improwizowany i akustyczny w wymiarze dźwiękowym – trzyosobowy skład z udziałem Miguel Miry (wiolonczela) i Afonso Simőesa (perkusja). Tu plany edytorskie nie są jeszcze do końca sprecyzowane.

Pedro Sousa ostatnimi czasy bardzo często i ochoczo współpracuje z Davidem Maranhą, muzykiem z pogranicza współczesnej awangardy, szczególnie tej w elektroakustycznym wydaniu (muzyk ten ma w dorobku płyty wydane w naszych szerokościach geograficznych, m.in. przez Bocian Records i Bółt). Panowie nagrali mnóstwo frapujących dźwięków. Z pewnością nadarzy się okazja, byśmy zapoznali się z efektami pracy tego duetu.


Thank You Pedro, for sharing me a lot of your music. It was a great pleasure, to communion with those sounds.

*) Na krawędzi niekontrolowanego wzrostu