Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramon Lopez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramon Lopez. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2025

Yannatou, Gabriel, Fernández, Guy & López In The Light Of The Current Myth!


Rozbudowana wersja Aurora Trio? A może zredukowana wersja The Shroud Band? Którymkolwiek tropem byśmy nie poszli, zawsze natrafimy na smakowite rozwiązanie. Kwintet bez nazwy własnej na kontrabas, fortepian, perkusję, saksofon i jedyny w swoim rodzaju głos, niekiedy naprawdę … antyczny, to z pewnością perła w koronie tegorocznych publikacji Fundacji Słuchaj, którą zwiemy od pewnego czasu prostszą nazwą – FSR Records. A wracając do pytania zadanego na wstępie – jednak zredukowany Shroud Band. Uzasadnienie poniżej.

Przed nami prawdopodobnie rejestracja koncertu (raz przemycono tu kilka oklasków), wszakże przygotowana do publikacji z wyjątkową precyzją, w tysiącem brzmieniowych smaczków, poukładana dramaturgicznie w sposób jednoznacznie wskazujący, iż szefem artystycznym tego smakołyku może być tylko Barry Guy. Nagranie podpisuje piątka artystów, ale po prawdzie chwile, gdy ansambl pracuje pełną mocą należą do rzadkości. Nagranie nieustannie dzieli się na akcje w podgrupach, nie unika ekspozycji solowych i duetowych, w każdym utworze prezentuje inne oblicze tej muzyki, a zmiany estetyczne, czy stylistyczne mają miejsce nawet w obrębie jednego utworu. Efekt końcowy nie jest tu określony jako improwizacja, ani jako kompozycja. Wydaje się być czymś pośrednim. All music by all of the musicians. To trafna diagnoza. Piękny album!

 


Pieśń otwarcia grana jest pełnym składem i mieni się wszelkimi dostępnymi odcieniami ekspresji. Wokalistka okupuje tu lewą flankę sceny, saksofonista prawą, a środkiem maszeruje trio Aurora ze szczególnie wyeksponowanym brzmieniem basu. Początkowe frazy wydają się dość kameralne, ale wystarczy iskierka, by kwintet zapłonął free jazzem. Równie mało czasu zajmuje artystom zejście do poziomu ciszy, osiągnięcie stanu lewitacji, melodyki wystudzonego smyczka i rozkołysanego śpiewu. Druga historię introdukuje samotny kontrabas, a daniem głównym są smutne melodie kreowane przez wokalistkę, wspierane pianiem i perkusją. W trzeciej części kwartet z poprzedniego epizodu jest już tylko triem, ale za to jakim! Najpierw rozszalałe duo baritone & drums, potem trio niesione niskim, masywnym smyczkiem na gryfie kontrabasu. Bezkrwawy free jazz z najwyższej półki.

Czwarta opowieść nie dość, że jest tą środkową, to trwa najdłużej przekraczając kwadrans. Początek szyty jest dynamicznym duetem piano & drums, środek kolejnym duetem – kontrabasu i wokalu, pod który podłączą się zalotnie brzmiący saksofon altowy. Po wytraceniu tempa narracja przez moment pachnie post-barokiem, ale po sformowaniu się w kwintet, nabiera cech żyznego free jazzu, dodatkowo podsycanego krzykiem Saviny. Te ognisty strumień mocy zostaje tu perfekcyjne ugaszony niemal do pojedynczego dźwięku.

Piątą część otwiera saksofon tenorowy - wyjątkowo spokojny, nostalgicznie rozśpiewany. Po chwili dołącza nisko osadzona perkusja i bas z energią niemal rockową. Akcja tria nabiera dynamiki i post-jazzowej intensywności. Na podsumowaniu do gry wchodzi wokalistka. Szóstą opowieść otwiera z hukiem pianista, która w części poprzedniej odpoczywał. Czarne klawisze mocą pioruna szyją efektowną, solową ekspozycję. Tuż potem całkowita zmiana klimatu - w jednym ciągu dramaturgicznym dostajemy się w pole rażenia smyczka i wokalu, a za moment samotnego wokalu. Pod ten ostatni podczepia się preparujący saksofon, a niedługo potem bas i perkusja. Do kwintetu brakuje nam teraz tylko pianisty. Ten powraca i studzi emocje. Ale to pozór – kwintet po kilka pętlach osiąga kipiel godną free jazzu i zostaje w końcu ugaszony spokojnym głosem wokalistki. Finałowa odsłona grana jest kwintetem, ma ostry, pikantny smak, kołysze się niczym statek w trakcie burzy oceanicznej i zdaje się zmieniać poziom ekspresji i estetykę wykonania jeszcze tysiąc razy, nim ostatecznie skona w ciszy zakończenia.

  

Savina Yannatou/ Julius Gabriel/ Agustí Fernández/ Barry Guy/ Ramón López In The Light Of The Current Myth (FSR Records, CD 2024). Savina Yannatou – głos, Julius Gabriel – saksofon tenorowy i barytonowy, Agustí Fernández – fortepian, Barry Guy – kontrabas oraz Ramón López – perkusja. Nagrane w Sala Porta-Jazz, Porto, marzec 2023. Siedem części, 54 minuty.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 21 listopada 2023

Barry Guy Blue Shroud Band and all this this here!


Współczesna twórczość Barry’ego Guya, jednego z najwybitniejszych kontrabasistów, kompozytorów i band leaderów muzyki improwizowanej i free jazzu silnie związana jest z Polską, szczególnie Krakowem, a także Warszawą. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat muzyk koncertował tu ze swoimi flagowymi orkiestrami – London Jazz Composers Orchestra i New Orchestra (w obu przypadkach dwukrotnie), grywał także niezliczone koncerty w mniejszych składach, a swoje siedemdziesiąte urodziny świętował na warszawskim festiwalu Ad Libitum.

Także najbardziej nam współczesny duży skład Guya – The Shroud Band, nierozerwalnie związany jest z Polską. Ma w swym dorobku trzy krakowskie, wielodniowe rezydencje (2014, 2016 i 2021), a także koncert na warszawskim Ad Libitum uwieczniony na albumie wydanym przez szwajcarski Intakt Records. Dodajmy jeszcze, iż dwie pierwsze rezydencje zostały udokumentowane wielopłytowymi boxami wydanymi przez krakowskie Not Two Records *).

Ostatnia z rezydencji BSB była pod wieloma względami szczególna. Orkiestra wracała do świata żywych po kilku latach nieaktywności, do tego w czasach covidu i nieco zmodyfikowanym składzie. I jeszcze jedna szczególna okoliczność – Guy przygotował materiał kompozytorski inspirowany twórczością swojego absolutnie ulubionego poety i egzystencjalisty Samuela Becketta. Orkiestra muzykowała w Krakowie kilka dni. Jak zawsze koncert finałowy poprzedzany był występami tzw. małych składów. Póki co, nie wiemy, czy dokumentacja tej rezydencji znajdzie swą płytową postać, wiemy wszakże, iż po próbach i finałowym koncercie krakowskim orkiestra przyniosła się do portugalskiego Matosinhos, miejscowości leżącej na peryferiach Porto. Tam pod okiem wybitnego realizatora dźwięku – Katalończyka Ferrana Conagli, zarejestrowano nagranie beckettowskiej kompozycji, którą tak pilnie trenowano w Krakowie. Dziś zapis sesji nagraniowej z Porto trafia do nas na kompaktowym dysku. Oczywiście wydawcą jest polski label! Tym razem, to Fundacja Słuchaj! Przyjrzyjmy się bliżej dźwiękom, jakie powstały na zachodnim skraju Starego Kontynentu kilkanaście miesięcy temu.



 

Album all this this here składa się z siedmiu kompozycji, które jak zwykle w przypadku The Shroud Band łączą piękno muzyki klasycznej i post-barokowej z ekspresją muzyki improwizowanej i free jazzowej. Poza precyzyjną dramaturgią, dużą wagę przywiązuje się w nim do słowa mówionego/ recytowanego. To element charakterystyczny dla tego akurat projektu Barry’ego Guya. Z tego ostatniego punktu widzenia najistotniejszymi częściami nagrania są jego otwarcie i zakończenie. Łącznie trwają niemal tyle minut, ile pozostała część płyty. Pomiędzy nimi dzieje się wszakże bardzo wiele – odnajdujemy tu dwa odcinki uformowane w kształt prawdziwie free jazzowej orkiestry, a także wyjątkową część czwartą, której centralną część stanowi rozbudowana, na poły improwizowana ekspozycja skrzypaczki Mayi Homburger. Dodajmy jeszcze, iż na bandcampie, w wersji cyfrowej, można wejść w posiadanie całego nagrania niepociętego na siedem odcinków, jak to ma miejsce w przypadku nośnika fizycznego.

Kompozycja otwarcia trwa ponad 20 minut i zawiera w sobie wszystkie elementy składowe, które stanowią o wyjątkowości BSB. Introdukcja jest dość żwawa, choć lepi się z drobnych, delikatnych fraz instrumentalnych i śpiewu wokalistki na przemian z recytowanym tekstem. Kameralna, nieco teatralna sytuacja szybko nabiera tu masy właściwej, a post-klasyczna melodyka bywa udanie kontrapunktowana krótkimi improwizacjami gitary, trąbki i saksofonów. Gęsta faktura kontrabasowej narracji przenosi nasze zainteresowanie ku post-jazzowi, z kolei skrzypce wraz z altówką i fortepian szyją nam bardziej abstrakcyjne rozwiązania dramaturgiczne. Oczywiście nie brakuje także epizodów granych całą orkiestrą, a najbadziej udanym fragmentem wydaje się być moment, gdy siła całego składu niesie wysokim wzniesieniem wyjątkowo efektową ekspozycję trębacza. Zmiana goni tu zmianę - nie brakuje pięknych, post-barokowych inkrustacji, a także dętych, wytłumionych preparacji.

Druga opowieść grana jest z niemal epickim rozmachem, zapewne pełnym zestawem instrumentalnym, bez wątpienia zaś z dalece klasyczną precyzją. W roli instrumentów siejących dodatkowy ferment dostrzegamy strings, w roli tych bardziej rozśpiewanych sekcję saksofonów, wspartych trąbką i tubą. W tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się wokalistka, a także finalizujący opowieść pianista, który buduje grozę pasażami czarnych klawiszy.

Opowieść trzecia i szósta, to dwie części konsumowane ekspresją free jazzowej orkiestry. Początek płynie typowym jazzowym walkingiem, ale grupa rozochoconych saksofonów szybko wtłacza nas w ramy narracyjne godne free jazzu. Z jednej strony dużo improwizowanego rozmachu, z drugiej intrygująco mroczne zakończenie części pierwszej. W drugiej odsłonie free jazzowej orkiestry dzieje się jeszcze więcej. Narracja zyskuje na śpiewności i taneczności, a zmysłowe eksplozje grane cała falangą instrumentów fenomenalnie gasną tu najpierw do duetu, a potem kwartetu saksofonów.

Część czwarta ma dwóch bohaterów lirycznych. Z jednej strony klasycznie brzmiący gitarzysta Ben Dwyer, z drugiej anonsowana już skrzypaczka Maya Homburger. Narracja bazuje teraz, co oczywiste, na brzmieniu instrumentów strunowych. Jej początek płynie melodyką post-klasyki i baroku, a rola instrumentarium bardziej jazzowego sprowadza się jedynie do delikatnych kontrapunktów, tudzież dramaturgicznych komentarzy. Centralną część utworu stanowi ekspozycja skrzypiec, które w wielu momentach wspiera równie emocjonalna altówka. Na finał utworu budzi się cała orkiestra, która najpierw syci narrację incydentami indywidualnymi, potem zaś kontratakuje szerszą ławą instrumentów.

Piąty utwór zdaje się być na całym albumie najspokojniejszy. Introdukcja przypada tu w udziale perkusjonalistom. Słyszymy też delikatne piano i gitarę do pary z kontrabasem. Zmysłowy głos wokalistki pełni tu rolę wisienki na torcie. Balladowy ton całości podkreśla ciepło brzmiąca trąbka.

W ostatni utwór albumu wchodzimy jeszcze mocą free jazzowej orkiestry, która zagotowała nam krew w szóstym opowiadaniu. Narracja urokliwie gaśnie teraz do drobnych, strunowych fraz i głosu wokalistki. Tekst zdaje się tu być kluczowym elementem dramaturgii. Obok minimalistyczne piano, talerze, spokojnie oddychające dęciaki - wszystko kreuje tu post-barokowy ton pełny gorzkich żali. Wokół nie ma jednak ciszy. Post-jazzowe flesze raz za razem rozbudzają emocje. Z jednej strony post-barok, z drugiej ekspresja swobodnych improwizacji. Czarne klawisze piana, nerwowy głos recytatorki i strunowe zdobienia. Swoje dokłada nadspodziewanie delikatna tuba. Zakończenie albumu tkane jest z drobiazgów i formuje się w efektowne crescendo. Tak, wszystko jest tutaj, dokładnie w tym miejscu.

 

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Barry Guy – kontrabas, kompozycje, dyrygentura, Savina Yannatou – głos, Agusti Fernandez – fortepian, Maya Homburger – skrzypce, Fanny Paccoud – altówka, Ben Dwyer – gitara, Percy Pursglove – trąbka, Torben Snekkestad – saksofon sopranowy i tenorowy, Michael Niesemann – saksofon altowy, obój, oboe d’amore, Per Texas Johansson – saksofon tenorowy i klarnet, Julius Gabriel – saksofon barytonowy i sopranowy, Marc Unternährer – tuba, Lucas Niggli – instrumenty perkusyjne oraz Ramon Lopez – instrumenty perkusyjne. Nagrane w warunkach studyjnych: Associao Orquestra Jazz de Matosinhos, Porto, prawdopodobnie w roku 2021. Siedem kompozycji, 72:40.

 

*) podobnie jak druga z wizyt London Jazz Composers Orchestra (2020) i obie – New Orchestra (2010 i 2012). Na wielopłytowym boxie dostępna jest także dokumentacja krakowskiej wizyty dużego składu Barry’ego Guya z roku 2018. Ta orkiestra nie doczekała się jak dotąd nazwy własnej.


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, całe tygodnie i wieki temu.

 

wtorek, 21 marca 2023

Izumi Kimura, Artur Majewski, Barry Guy & Ramon Lopez! Kind Of Light & Shadow!


Warszawski Festiwal Ad Libitum w roku 2021, pomimo całkiem pandemicznych wówczas okoliczności, zebrał na deskach Centrum Sztuki Współczesnej pokaźne grono improwizujących muzyków. W ciągu trzech dni zagrali oni kilka frapujących setów, a dnia czwartego, już po festiwalowym finale, czworo z nich zapędzono do studia nagraniowego, by odbyli dowolnie długą sesję nagraniową, skoncentrowaną na swobodnej improwizacji.

Japonka i Brytyjczyk, tudzież Brytyjczyk i Hiszpan improwizowali ze sobą podczas niejednej sesji, czy koncertu. Zaproszony na spotkanie Polak w tej konfiguracji personalnej był chyba postacią zupełnie nową. Tak, czy inaczej, utworzony tu kwartet z pewnością zasługuje na miano formacji skleconej ad hoc, a zatem postawionej po raz pierwszy w danym składzie personalnym przed wyzwaniem kolektywnej improwizacji. Jak zwykł mawiać Derek Bailey, to sytuacja optymalna do zrealizowana naprawdę wartościowej improwizacji.

Uprzedźmy wypadki – efekt tej sesji nagraniowej, to doprawdy kawał doskonałej muzyki! Kwartet, który na potrzeby tego nagrania nie przyjął żadnej nazwy własnej, to dalece smakowity przykład artystycznej różnorodności. Pianistka z zacięciem post-klasycznym, której konceptualny minimalizm stanowi niebywały asumpt do tworzenia jakości, kornecista doposażony w elektronikę (tu w postaci prostego urządzenia, które opóźnia emitowany dźwięk, czyli tzw. delay), muzyk o niebywałej umiejętności kreowania skomplikowanych narracji przy użyciu bardzo organicznych zasobów, kontrabasista, którym sam jest historią gatunku, ale ma także piękne i bogate portfolio neo-barokowe, wreszcie perkusista, muzyk na tyle wszechstronny i niebanalny w sposobie budowania narracji, że mógłby stawić czoła każdemu wyzwaniu artystycznemu. Nie wiemy dokładnie, kto wymyślił ów kwartet (jakkolwiek się domyślamy), ale robota to iście mistrzowska!

Efektem ciężkiej, wielogodzinnej pracy kwartetu jest osiemnaście improwizacji zebranych na dwóch płytach, które ukazały się w … różnych latach. Pierwsza z nich jest ostatnią pozycją katalogową Fundacji Słuchaj! w roku 2022, druga z nich – pierwszą w roku 2023. Dramaturgicznym okiem kornecisty prace zostały podzielone na osobne albumy, nieco różne pod względem klimatu i intensywności realizowanych procesów improwizacyjnych. Płyta Światła na ogół skrzy się emocjami, buduje niekiedy dość dynamiczne narracje, z kolei płyta Cienia skupia się na drobniejszych formach narracyjnych, bardziej wystudiowanych, dalece mroczniejszych ekspozycjach. Pośród osiemnastu utworów część, to improwizacje kreowane w duetach, większość wszakże prowadzona jest – bardzo kolektywnie - przez cały kwartet. Sprawdźmy, które fragmenty wielogodzinnej sesji nagraniowej ekscytują nas najbardziej.



Kind Of Light

Pierwsza improwizacja w świetle pokazuje lwi pazur kwartetu, choć prowadzona jest początkowo w dość leniwym tempie. Zwinne palce, szybkie dłonie i kornetowa zaduma z wirującym pogłosem, to elementy składowe fabuły na etapie rozwinięcia, które smakuje … surowym jazzem Milesa Davisa z drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. W kolejnej improwizacji artyści sugerują wyjątkową ulotność swojej ekspozycji - drobne, migotliwe frazy, piękne intrygi basu, klasycystyczny sznyt piana i zaskakująco żwawe tempo. Trzecia opowieść, to duet kornetu i perkusji, generujący porcje zdrowej psychodelii, niczym wyjątkowo smakowita przyprawa do wspaniałego dania głównego. Czwarta odsłona śmiało zasługuje na miano jednego z najlepszych fragmentów obu albumów. Kornetowe opóźnienia, nerwowa praca sekcji rytmu i pianistyczna koherentność - od nostalgicznej zadumy po eksplozje zmysłowego free jazzu. Tuż potem dostajemy skromny duet kontrabasu i piana, urokliwie post-klasyczną etiudę na ostudzenie emocji. Szósta, trwająca ponad kwadrans narracja świetnie ilustruje wszelkie oblicza ekspresji kwartetu, ale stawia także dramaturgiczne znaki zapytania. Balladowe podejście pod dynamiczny finał mogłoby tu trwać kilka chwil krócej. Szczęśliwie zakończenie pierwszego albumu stawa nas do pionu! Jego elementy składowe, to kontrabasowe, ekspresyjne arco & pizzicato, kornetowa, niekończąca się ściana dźwięku i płynna nerwowość kwartetu w stadium bystrego galopu.




Kind Of Shadow

Trzy improwizacje otwierające drugi album, prowadzane w niemal pogrzebowym tempie, w pełni uzasadniają jego cienisty tytuł. W pierwszej programowy slow motion skrzy się mocą czarnych klawiszy fortepianu, w drugiej muzycy cedzą dźwięki przez zęby i drżą pespektywą nadchodzącego poranka, w trzeciej zaś zachwycają metodą pracy twórczej, czyli call & responce! Czwarta ekspozycja przywraca wiarę w moc dynamiki, choć prowadzona jest jedynie przez piano i perkusję. Trochę jazzu, garść post-klasyki i dużo emocji. Piąta improwizacja zdaje się być stylizowana na post-komedowską balladę, którą po środku zdobi perkusyjne solo, a która w drugiej fazie nabiera ciekawego, połamanego rytmu. Szósta odsłona, to kolejny duet – tym razem fortepianu i kornetu. Zaraz potem w krótkiej formie narracyjnej prezentuje się na powrót kwartet, generując dużo dźwiękowych drobiazgów, ale i stylowej nerwowości. Ósmą część tworzą jedynie kontrabas i perkusja, i podobnie jak w czwartej etiudzie, nagranie buzuje dynamiką. Z kolei dziewiątą improwizację śmiało uznajemy na najlepszy moment drugiego albumu. Kontrabas zaczyna tu bardzo minimalistycznie, wręcz w estetyce muzyki dawnej. Pozostali muzycy stąpają na palcach, wszyscy jednak czują nadciągającą burzę i szyją piękną, post-jazzową ekspozycję. W przedostatniej opowieści powraca posmak Komedy, a nawet Stańki! Duża swoboda niebanalnej, choć dobrze nam rozpoznawalnej melodyki. Zakończenie albumu, to definitywnie farewell song, tkana minimalistycznymi, ale nad wyraz długimi pociągnięciami pędzla.

 

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez Kind Of Light/ Kind Of Shadow (Fundacja Słuchaj!, CD 2022/2023). Izumi Kimura – fortepian, Artur Majewski – kornet, elektronika, Barry Guy – kontrabas oraz Ramon Lopez – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 17 października 2021 roku, Agnieszka Osiecka Polish Radio Concert Hall. Odpowiednio siedem i jedenaście improwizacji, łącznie 104:15.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana kilkanaście dni temu 



wtorek, 20 września 2022

Wandering The Sound Quintet! What Is...?


Kolejna odsłona improwizowanych przygód krakowskiego basisty Rafała Mazura odbywa się w gronie jego bodaj ulubionych partnerów z obcymi paszportami – odpowiednio dwoma japońskimi, po jednym amerykańsko-argentyńskim i hiszpańskim. Muzyka zawarta na krążku What Is...? nagrana została na żywo w pięknym miejscu (krakowska Alchemia!), a doposażona w ogrom emocji, zdrowych relacji i wyśmienitych improwizacji pozwala zagłębiać się w dźwięki bez umiaru i łykać dużymi porcjami niczym kolejne kieliszki ulubionego wina.



Koncert składa się z jednego, trwającego niemal trzy kwadranse seta zasadniczego oraz dwóch dogrywek, na tyle wszakże długich, iż trudno je uznać za typowe encore. Pierwsze dźwięki należą do perkusji i trąbki. W tle pracuje lekko zawieszony bas i wijący się jak wąż klarnet, a po kilku szybkich pętlach w głąb narracji wbija się napastliwe piano, które grzmi czarnymi klawiszami, ale też zmyślnie stosuje kilkusekundowe pauzy. Muzycy od początku umawiają się na dramaturgię, którą wyznaczać będą kolejne ekspresyjne szczyty, sięgające po free jazzowe atrybuty, przedzielane efektownymi stoppingami, czasami schodzącymi do ciszy niemal absolutnej (po prawdzie te momenty mogły by wyznaczać nowe traki na dysku). W fazie wzrostowej muzycy zdają się czaić na siebie, niczym wygłodniałe zwierzęta, które po osiągnieciu kulminacji schodzą na stronę i z ochotą pałaszują zdobycz. Kwintet muzyków w różnym wieku, ale dalece już doświadczonych, łapie tu dryl free jazzu niemal w mgnieniu oka. Czasami można odnieść wrażenie, że jedna mikro fraza basu wystarczy tu do wywołania efektownej eksplozji. Jeszcze ciekawiej dzieje się, gdy narracja hamuje i brnie w okolice ciszy. Taka sytuacja ma miejsce choćby w 10 minucie koncertu - cała plejada onirycznych preparacji, podmuchów suchego powietrza z trąbki i cienkich, wysokich fraz klarnetu. Dobrze brzmią tu także struny piana i rezonujące talerze. Jeszcze efektowniej zdają się smakować dźwięki bliskie ciszy w okolicach 18 minuty. Trzeba zaznaczyć, iż każda droga na szczyt ma tu inną temperaturę wrzenia. Czasami jest to krzyk, czasami pociągłe, nostalgiczne westchnienia, realizowane jednak na dużej dynamice i nasycone sporą dawką ekspresji. W drugiej fazie koncertu trochę więcej do powiedzenia wydaje się mieć pianistka, która raz za razem stawia efektowne, silnie jazzowe zasieki. Z kolei ostatnią dolinę seta zasadniczego ubarwia zmysłowy klarnet i kilka fantastycznie brzmiących preparacji ze strony trębacza. Finałowe wzniesienie wydaje się być nieco bardziej wypłaszczone, a jego końcowe frazy należą do obu dęciaków, które gaworzą na stronie. 

Pierwszy z koncertowych dodatków trwa prawie 12 minut, a zaczyna go klarnet, który zdaje się, że równie dobrze czuje się w otwartej stylistyce jazzowej, jak i bystrej kameralistyce. Mistrzem wszakże ceremonii tej części jest definitywnie basista. Zagęszcza flow, dobrze steruje dynamiką, ale i zmysłowo stopuje wprost w ramiona komentujących z uznaniem partnerów. Po udanym szczycie improwizacja przygasa przy dźwiękach klarnetu, kontrapunktowanych nerwowymi ruchami czarnych klawiszy. Drugi dodatek, niespełna 9 minut, to kolejny moment, w którym to klarnet szyje ścieg i nie czeka na reakcje pozostałych. Jego dość długie, solowe expose przypomina taniec pasikonika po zroszonej łące. Ciekawie reagują pozostałe instrumenty – bas zdaje się być w nastroju nostalgicznym, z kolei piano stawia znaki zapytania. Ów moment dyfuzji nie trwa długo. Nagle bowiem, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, każdy z muzyków stawia swój instrument na sztorc i zaczyna się finałowa zabawa na całego! Zadziorne frazy, pokrzykiwania i gardłotok trębacza. Ostatni szczyt osiągnięty zostaje (jak zwykle!) w ułamku sekundy. Końcowe dźwięki należą do perkusisty, który na koniec tej efektownej podróży wpada w delikatną furię. 


Wandering The Sound Quintet  What Is...? (Not Two Records, CD 2021). Satoko Fujii – fortepian, Rafał Mazur – basowa gitara akustyczna, Guillermo Gregorio – klarnet, Ramon Lopez – perkusja oraz Natsuki Tamura – trąbka. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w Klubie Alchemia, w trakcie Krakowskiej Jesieni Jazzowej w roku 2019. Trzy improwizacje, czas trwania: 65 minut bez kilku sekund.


*) Niniejsza recenzja powstała rok temu i delikatnie przeleżała się na komputerowym dysku w oczekiwaniu na publikację. Treści wszakże w niej zawarte nie straciły swej mocy, podobnie jak sama muzyka!



środa, 12 października 2016

Agusti Fernandez – fortepian w skrzypcowych konwulsjach, przyjęcie urodzinowe i Listen Foundation! short review


Być może próżno w dzisiejszym świecie muzyki improwizowanej szukać bardziej wyrazistego i artystycznie spełnionego pianisty, niż 62-letni Agusti Fernandez. Sytuacja jest dla jego wielbicieli znad Wisły, Odry i Warty o tyle sympatyczna, że kataloński muzyk często u nas rezyduje, koncertuje, a także wydaje płyty, a zatem jego artystycznej przygodzie możemy przyglądać naprawdę z bliska.

A propos tej ostatniej aktywności – tylko w roku bieżącym krajowy przemysł wydawniczy ujawnił światu reedycję jego debiutanckiej płyty solowej Ardent (Freeform Assocation), a także dokumentację spotkania bez oklasków, poczynionego przez pianistę w towarzystwie Rafała Mazura Ziran (Not Two Records). Ponadto w zapocone dłonie fanów free improv wpadło kolejne nagranie w duecie, tym razem z tunezyjską skrzypaczką Yasmine Azaiez, wydane pod jakże trafnym tytulem Revelation (Fundacja Słuchaj!). Tytuł rzeczywiście oddaje sedno tej muzyki, albowiem jest ona doprawy … rewelacyjna.

Poniżej postaram się uzasadnić powyższy osąd. W uzupełnieniu zaś kilku słów bezgranicznego zachwytu, proponuję drobny przegląd katalogu dość młodej jeszcze inicjatywy wydawniczej Fundacja Słuchaj!, m.in. dlatego, że mieści on w sobie kolejną pozycję z Agusti Fernandezem w roli głównej, datowaną – dla odmiany - na rok ubiegły.


Rewelacja….

…. konsumuje dwa studyjne spotkania Fernandeza z Azaiez, poczynione 9 listopada roku ubiegłego i 23 kwietnia roku bieżącego (barceloński L’Obrador, częste miejsce muzykowania pianisty). Dokładnie dzień przed pierwszym z tych spotkań, ta para muzyków koncertowała w Ateneu Barcelones w towarzystwie młodej, katalońskiej perkusjonalistki, Nurii Andorry. Dokument fonograficzny koncertu tria zwie się Future Memories (Discordian Records, 2016) i został na tej stronie skwitowany kilkoma westchnieniami ekscytacji, wiosenną porą w opowieści The Youth Are Getting Restless.




Teraz jednak skoncentrujmy się na rewelacyjnych dźwiękach, czynionych przy wydatnej pomocy fortepianu i skrzypiec, o całkowicie akustycznych parametrach. Muzyka dociera do nas w dziewięciu fragmentach, opatrzonych zgrabnymi tytułami, a jej odsłuch winien nam zająć dokładnie 51 minut i 30 sekund.




Z wyłączeniem krótkiego, piątego fragmentu, muzyka generowana przez Fernandeza dociera do nas wyłącznie z wnętrza jego dużego i czarnego instrumentu. Arsenał jego sztuczek, zagrywek, przygrywek i docinek budzi wielki szacunek słuchacza, podobnie jak ilość wrażeń akustycznych, jakie w danym odcinku czasowym jest nam w stanie dostarczyć. Istnieje poważne podejrzenie, iż Agusti posiada więcej niż dwie ręce, a także, iż dodatkowo korzysta jeszcze z innych przedmiotów płaskich lub owalnych, którymi maltretuje struny i obudowę fortepianu (opis płyty skąpi nam informacji w tym zakresie). Partnerka Agustiego jest nieco bardziej oszczędna, tak w zakresie dostarczania materiału dźwiękowego, jak i wykorzystywanych środków wyrazu. Wgryza się smyczkiem w struny i rzeźbi piękne, oniryczne drony w wysokich rejestrach. Pozostaje jakby w stanie zawieszenia, niedopowiedzenia i oczekiwania. Flora akustyczna nagrania jest tak gęsta, iż w niektórych momentach nie potrafimy wskazać muzyka odpowiedzialnego za dany dźwięk. Trwa seans pytań i odpowiedzi, jak w wartkim filmie akcji (idąc za słowami Joe Morrisa, który skreślił udane liner notes). Chwilami, jeśli choć trochę puścimy wodze fantazji, słyszymy nie duet, a całą orkiestrę muzyków, pilnie maszerujących na artystyczne zatracenie. Struny, dzwonki, młoteczki i talerze. Pisk, skowyt, mlaskanie i szemranie. Dźwiękowa ściana kastaniet wieńczy drugi fragment. W trzecim Agusti moduluje dźwięk spod klawiatury, a Yasmine palcuje w oczekiwaniu na nieokreśloność gramatury pianistycznych podpowiedzi. W piątym – na moment – muzycy przypominają nam, że to duet na fortepian i skrzypce. Ale to tylko chwila – eskapiczne crescendo fragmentu szóstego wznosi nas ku kolejnym płaszczyznom nieoczywistości, przy okazji wtłaczając nam do głowy wrażenia z szybkością trzech tysięcy dźwięków na sekundę. Fragment siódmy rozpoczynają igraszki z ciszą, by po odrobinie oddechu, doświadczyć eksplozji ekspresji z obu biegunów dźwiękowych tego spektaklu. Struny skrzypiec zdarte są do krwi, a obudowa fortepianu niechybnie pęka. Czas na Święto Wiosny – wersja dla słuchaczy permanentnie dręczonych wiecznym oczekiwaniem na nadejście niemożliwego. Osiągamy finał tego rollercastera. To nie jest przygoda dla panien z dobrego domu – tu jest pikantnie, nieprzytulnie, po trochu obscenicznie i niewymownie … pięknie! Niczym uczestnicy corridy z udziałem upalnych wołów, wprost z tunezyjskich pustyni, osiągamy linię mety i padamy na kolana. What a game!


Urodzinowa rezydencja

Dwie wiosny temu, w trakcie dziewiątej edycji Festiwalu Ad Libitum, gościem specjalnym imprezy był Agusti Fernandez, obchodzący wówczas 60 urodziny. Trzy dni tego wydarzenia wypełnione zostały … czterema koncertami z udziałem Jubilata. Być może nie wspominałbym dziś o nich (zresztą byłem ich naocznym świadkiem), gdyby nie to, iż wszystkie one zostały upublicznione na uroczym czteropaku, który na pośrednictwem Fundacji Słuchaj! ujrzał światło dziennie w roku ubiegłym, pod wszystko mówiącym tytułem Agusti Fernandez @60 River Tiger Fire, Ad Libitum Festival Residency. Jest świetny moment, byśmy zajrzeli do środka tego wydawnictwa.

Dysk pierwszy: Kompozycja tytułowa River Tiger Fire, na scenie pianista i dyrygent AF oraz powołany ad hoc Ad Libitum Ensemble. W jego składzie krajowy garnitur improwizatorów, z których połowa stanowi przy okazji zaciąg artystyczny wydawnictwa: Zimpel, Dickaty, Lebik, Majewski, Strycharski, Zakrocki, Olak, Mazur, Wójciński i Zemler. Patrząc z punktu widzenia instrumentarium – pięć dęciaków, skrzypce, dwa instrumenty harmoniczne i sekcja rytmiczna z podwójnym instrumentem basowym. Prawie godzina dynamicznej, różnorodnej i pokrętnej opowieści, w smaku delikatnie iberyjskiej, w woni ekspresyjnie lokalnej, co jednak nie stanowi tu jakiegokolwiek zarzutu. Momentami ekscytujące!




Dysk drugi: Elektroakustyczna uczta! Thunder! Burza z piorunami! Pianiście (preparującemu) towarzyszą na scenie – Frances-Marie Uitti na wiolonczeli (także preparowanej) i Joel Ryan, na żywo procesujący dźwięki generowane przez akustyczne instrumenty. Ponad 55-minutowa opowieść, zwinna jak stado wyposzczonych lisów, ekstatycznie dramaturgiczna i łechtająca ucho Waszego recenzenta w stopniu ponadnormatywnym. Uitti - jak wieszczą mądrzejsi od nas oratorzy muzyki współczesnej – to istotna, w ujęciu historycznym, innowatorka w zakresie gry na swym instrumencie (między innymi używa jednocześnie dwóch smyczków). Pana Ryana spotkaliśmy już na swej drodze niejednokrotnie, głównie wszakże w trakcie artystycznych ujawnień Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera. Uzupełnieni silnie pobudzonym pianistą, w trio pod oczywistą nazwą Thunder, grasują na scenie i niecą pożar za pożarem, niby wielka orkiestra symfoniczna podczas rozgrzewki do kolejnego epokowego wykonania Święta Wiosny (oj, dręczy mnie ten Strawiński w trakcie dzisiejszej opowieści!).

Dysk trzeci: Agusti w wersji na fortepian (niepreparowany) solo. Recital zwie się Mnemosynes’ Labirynth, trwa trzy kwadranse z drobnym okładem i koi nasze nerwy, zszargane po emocjach dysku drugiego. W tej roli Fernandez jawi się jako przepiękny i wrażliwy kolorysta. Są tacy, którzy kochają takie dźwięki. Ja przy nich jedynie wypoczywam. Nie twierdzę jednak, że poziom relaksacji jest niski.




Dysk czwarty: Aurora, czyli trio Agusti Fernandeza, grające komponowaną muzykę, głównie jego autorstwa. Przez wrodzoną skromność Katalończyka, zwane jest estradowo trojgiem nazwisk. Wszyscy doskonale wiemy, że skład uzupełniają Barry Guy na kontrabasie i Ramon Lopez na perkusji. Biorąc pod uwagę ogólny kształt twórczości pianisty, zwłaszcza tej najnowszej, Aurora to improwizacyjny tygiel w wersji dla grzecznych chłopców, z zastrzeżeniem jednak tych samych charakterystyk, jakie wylistowałem akapit wyżej, pisząc o jego koncercie solowym. Szczęśliwie w edycji koncertowej Aurora zyskuje na ekspresji, potrafi być czupurna i ostro smagać nasze czoła eksplozjami kooperacji w bardzo swobodnej estetyce (ach, ten Guy i jego potworny instrument!). Dwa lata temu czas na koncercie mijał cierpliwie, a trzyosobowe eksploracje akustycznych instrumentów dostarczały dużo przyjemności. Tu, na dysku czwartym jest podobnie. Nie zawsze musimy wzniecać rewolucję. A ważne, by obraz muzyka, jakim jest Agusti, był na urodzinowym wydawnictwie pełny. Bez Aurory nie byłoby to możliwe.


Fundacja Słuchaj? Słucham!

Na koniec rozprawki o polskich płytach Agusti Fernandeza ostatnich kilkunastu miesięcy, rzut oka na pozostałe pozycje katalogowego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! Nazwa podmiotu edytorskiego buńczuczna i konstruktywna, oferta muzyczna też potrafi zaintrygować.

Otwiera ją komedowska muzyka, specjalnie zamówiona na jeden z niemieckich festiwali, zrealizowana zwinnie przez braci Bartłomieja i Marcina Olesiów (perkusja, kontrabas) i wibrafonistę Christophera Della, a opatrzona tytułem Komeda Ahead (2014). Ładnie się tego słucha, jakkolwiek chęć sięgnięcia po oryginał rośnie z każdą kolejną sekundą odsłuchu. Nie jest to propozycja muzyczna dla wariatów z Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatem rozbudowanego komentarza nie będzie.

Dużo żwawiej bije moje improwizujące serce w trakcie odsłuchu kolejnej pozycji. Duet Dominika Strycharskiego (wszystkie istniejące na świecie wersje fletów, przytargane przez kilometry kabli i zwinnie zdekonstruowane elektronicznie) i Rafała Mazura (akustyczna gitara basowa), to śmiała wycieczka w dżunglę free improvisation, zakończona ewidentnie zwycięsko, z rękoma uniesionymi ku górze w geście tryumfu. Świetna płyta! A zwie się Myriad Duo (2015).




Dwie płyty z udziałem bardzo kompetentnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego, przynoszą nam zrównoważony i udany estetycznie jazz. Pierwsza, duet z trębaczem Wojciechem Jachną, ma nawet inklinacje w kierunku free improv i choć może nie jest to jeszcze ten etap muzycznej przygody, to próbować zdecydowanie warto (Nights Talks, 2015). Płyta Delusions (2016) firmowana jest przez kwartet, składający się trzech braci Wójcińskich (także trąbka i fortepian) i Krzysztofa Szmańdę (perkusja). Panowie dobrze ważą ambicje i oczekiwania wobec własnej muzyki z efektem finalnym, jaki są w stanie osiągnąć. Kwartet pcha do przodu świetnym walkingiem Ksawery, dobrze sprawuje się perkusista, a pozostali bracia zwinnie krążą nad pięciolinią, dotrzymując kroku bardziej doświadczonym kolegom.

Czas na trzyosobowy koncert z Festiwalu Ad Libitum, edycja 2013. Na scenie CSW Maciej Garbowski (kontrabas), Piotr Damasiewicz (trąbka) i William Soovik (perkusja). Byłem na tym koncercie i przyznaję, iż z perspektywy pierwszego rzędu nie zrył mi beretu. Dziś po trzech latach, w skupionym odsłuchu domowym, ten dobrze zarejestrowany koncert zdecydowanie zyskuje na wartości. Wciąż mógłbym delikatnie utyskiwać nad niskim poziomem ekspresji muzyków (zwłaszcza trębacza), ale nie czynię tego, bo Sesto Elemento (2015) naprawdę mi się podoba.




Kolejna płyta z katalogu, Spontaneous Chamber Music Vol. 1 (2016), również zasługuje na wiele ciepłych słów. Muzyka zgodnie z tytułem, a także liner notes, powstała bezwzględnie spontanicznie, a jej współczesny rodowód, bezdyskusyjny, ciekawie inspiruje muzyków do kompetentnych improwizacji. Marcin Olak (gitara), Patryk Zakrocki (skrzypce) i Mikołaj Wielecki (perkusja) snują przez niepełne trzy kwadranse nieśpieszną, akustyczną opowieść, która momentami osiąga ekscytujący poziom emocji, mimo, iż Panom daleko do eskalowania hałasu. Tytuł wydawnictwa sugeruje ciąg dalszy. Zapisuję się niechybnie na listę oczekujących.

Została nam ostatnia pozycja, przy okazji najnowsza płyta Fundacji Słuchaj! Tym razem witamy w środowisku improwizowanej muzyki klezmerskiej. Podobnie, jak w przypadku Komeda Ahead, muzyka daleka jest od estetyki preferowanej na Trybunie, zatem nie będę się wymądrzał. Lubię tego słuchać przy żonie, z pewnością jednak wielu słuchaczy znajdzie szereg innych okoliczności, by z krążkiem Bassarabian Journey (2016), firmowanym przez Kwartet gitarzysty Marcina Olaka, obcować z oczekiwaną porcją przyjemności.



piątek, 10 czerwca 2016

Barry Guy – Grupa Błękitnego Całunu w formule rozwichrzonej


Barry Guy, wyśmienity brytyjski kontrabasista, kompozytor i improwizator, niewątpliwie zamieszkał już w Polsce na stałe. Przynajmniej w wymiarze artystycznym.

Od roku 2010 gości z różnymi swoimi aktywnościami muzycznymi w kraju nad Wisłą niemal nieprzerwanie. O dwóch pobytach z New Orchestra (2010, 2012) pisałem już na tych łamach, piejąc z zachwytu nad ich dokumentacją fonograficzną (Mad Dogs, Mad Dogs On The Loose). Rok 2013 przyniósł wizytę London Jazz Composers Orchestra, a rok kolejny także tria Aurora (oba na warszawskim Ad Libitum).




W tymże samym, 2014 roku, miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie. Na kilkudniową rezydencję do Krakowa trafił 14-osobowy Blue Shroud Band, powołany specjalnie na okoliczność realizacji kompozycji Barry’ego The Blue Shroud, inspirowanej Guernicą Pablo Picasso, a także drastycznymi wydarzeniami historycznymi, jakie unieśmiertelnia ten wybitny obraz. Na czterodniowy pobyt w Krakowie złożyły się występy Małych Formacji, stworzonych z muzyków BSB, a także finałowe wykonanie kompozycji zasadniczej (a zatem idea bliźniacza do spotkań z New Orchestra kilka lat wcześnie). Dziś trafia do nas czteropak, który dokumentuje trzydniowe wzmagania Small Formations – Tensegrity (Not Two Records, 2016).

Nie minął rok, a na kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, ponownie pojawiła się rzeczona Grupa i wykonała kompozycję, tym razem nie tylko dla radości publiczności zgromadzonej na koncercie, ale także na potrzeby fonograficzne. A te ostatnie dokonały się za pośrednictwem szwajcarskiej wytwórni Intakt Records – The Blue Shroud (2016).




Dodajmy, że w/w pobyty Guya w Polsce to nie jedyne jego wizyty. Niech przykładem będzie udany duet z Kenem Vandermarkiem na Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2014 roku.

Osobiście nie uczestniczyłem w czterodniowej rezydencji Blue Shroud Band w roku 2014, szczęśliwie jednak miałem właśnie okazję odsłuchać wspomniany czteropak i za chwilę podzielę się z Wami wrażeniami. Zupełnie odwrotnie ma się rzecz z pobytem BSB w Warszawie, w roku ubiegłym. Byłem, widziałem, słyszałem, natomiast nie posiadam jeszcze płyty wydanej przez Intakt.

Zapewne wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną wiedzą, że komponowanie i improwizowanie w idiomie jazzowym, czy na polu free improvisation, to nie jedyne zainteresowania Barry’ego Guya. Niebywale aktywny muzycznie, blisko już 70 letni Brytyjczyk, od lat gra także muzykę barokową, wraz ze swoją żoną, wspaniałą skrzypaczką Mayą Homburger. Guy przy okazji wyznał kiedyś, że ta sfera jego życia artystycznego stanowi przy okazji główne źródło jego dochodów, przez co pozwala także realizować inne pasje. Jak się bowiem domyślamy, zabawa w improwizowanie nie rokuje specjalnych szans na godziwe życie w aspekcie materialnym.




Barry Guy egzystuje zatem muzycznie na dwóch jakże odległych od siebie światach. Od pewnego już czasu stara się jednak … łączyć te z pozoru niestykające się ze sobą pola. Stąd choćby zaproszenie Mayi Homburger do New Orchestra (począwszy od pierwszego spotkania w Krakowie), czy też integrowanie muzyki improwizowanej z barokowymi incydentami, czynione nawet na krążkach z repertuarem Jana Sebastiana Bacha. Sama kompozycja The Blue Shroud jest w mojej ocenie kolejną próbą tego rodzaju działań artystycznych. Już uważna lektura składu BSB potwierdza tę tezę. Grupa łączy w sobie bowiem muzyków obu sfer życia muzycznego. Ze świata muzyki klasycznej mamy tu – poza oczywiście Mayą Homburger – także wiolinistkę Fanny Paccoud, czy gitarzystę Benjamina Dwyera. Są muzycy funkcjonujący nie tylko w świecie muzyki improwizowanej, tacy jak Michael Nieseman (alt sax i obój), Julius Gabriel (saksofony), Torben Snekkestad (sax, trąbka), czy Per ‘Texas’ Johansson (tenor sax, klarnet). Nie brakuje wreszcie jazzowych, czy free jazzowych wyjadaczy – Petera Evansa (trąbka), Lucasa Niggli i Ramona Lopeza (perkusja), Agusti Fernandeza (piano), czy Michela Godarda (tuba). Skład uzupełnia śpiewaczka Savina Yannatou, doświadczona na wielu polach współczesnej muzyki (zarówno pięknie śpiewa, jak i zadziornie improwizuje w stylu kilku brytyjskich free improwizatorek). W ramach BSB powstał zatem niebywały tygiel muzycznych osobowości, który pod śmiałym przewodnictwem Guya uroczyście eksploduje na czterech dyskach, dokumentujących trzy dni zabawy w Małe Formacje – od 18 do 20 listopada 2014r. w Alchemii. Od razu zaznaczmy, iż muzyka na wydawnictwie Not Two nie jest prezentowana chronologicznie, a zatem Guy, nie dość, że zaaranżował te koncerty w ujęciu personalnym, to także skomponował ich ostateczny układ na płytach.




Tensegrity zawiera łącznie 26 utworów, z czego dwa są skomponowane, reszta zaś w pełni improwizowana. Fragmenty z nutkami to kompozycja Guya Rondo For Nine Birds i  … sonata J.S. Bacha. W obu słyszymy cudownie brzmiące barokowe skrzypce Homburger. W pierwszym wspomaga ją sekcja Guy-Niggli, w drugim występuje solo.

Dysk pierwszy zaczyna ostrą preparacją piana Fernandez, a po chwili dołącza do niego Evans. Prawdziwe trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Bardzo smakowicie improwizuje na gitarze, klasyczny z wykształcenia i doświadczenia, Dwyer. Równie zadziorna, jak pięknie brzmiąca, jest jego koleżanka z filharmonii, wiolinistka Paccoud. Szaleją saksofoniści (uwaga na Gabriela - ale petarda!), pięknie frazuje na trąbkach z drewnianymi ustnikami Snekkestad (w czym pomaga mu Evans, już na tradycyjnej ich odmianie). Yannatou improwizuje w wysokich rejestrach, mając świetną bazę w … niskich akordach basu Guya, co czyni ich ponad 20 minutowy występ jedną z absolutnych perełek trzech wieczorów w Alchemii. Rewelacyjnie poczyna sobie trio z tubą i wiolą (Godard i Paccoud), wsparte bębnieniem Niggliego. Niebywale głośno robi się w Alchemii, gdy duet Evans-Fernandez zderza się ze ścianą dwóch zestawów perkusyjnych.  Bardzo odkrywcze w wymiarze sonorystycznym jest spotkanie chropowatej improwizacji Yannatou z tubą Godarda. Nie pozwala oderwać uszu od głośnika kolejny duet Guya, tym razem z altem i obojem Niesemanna. A na koniec najpierw popisy w septecie, mające swój początek w duecie dwóch Panów G. (Godard i Guy), kreujące ujmujący zestaw dźwięków zdominowanych brzmieniem smyczkowym (choć grają głównie dęciaki – ale jak pięknie!). Potem chwila oddechu na duet perkusyjny, by na wielki finał usłyszeć trio Aurora (Fernadez-Guy-Lopez), dogrzewane szaleństwami głosowym Yannatou i trąbką Evansa. Uff, czyste szaleństwo! A nie jest to bynajmniej pełna lista wrażeń z odsłuchu czterech dysków – to tylko te najdobitniejsze.




Tensegrity to prawie 5 godzin niesamowitej uczty dla naszych uszu. Nowy wymiar muzyki trzeciego nurtu? Zły trop. To prawdziwa eksplozja wolnej improwizacji, ozdobiona perłami barokowego chowu. Wspaniała płyta! Rolę gigantów swobodnej improwizacji przyjmują tu nie tylko zaprawieni w bojach jazzmani, ale także – i nie mniej dobitnie – muzycy specjalizujący się w muzyce klasycznej. Niebywała historia – jak inspirujące dla tych ostatnich może być takie spotkanie, oczywiście pod niebywałą kuratelą wyjątkowej postaci, lidera i głównego kreatora BSB, Barry’ego Guya. Dodajmy, że czteropak Not Two jest bardzo zgrabnie wydany, a zamieszczona na nim muzyka cudownie brzmi w wymiarze akustycznym, co w przypadku Barry’ego Guya jest akurat normą.




Szczegóły personalne wszystkich mini koncertów prześledzicie na dołączonych do tekstu fotografiach. A po ich lekturze migiem do sklepów – takiej pozycji nie możecie nie posiadać!
Pisząc ponad trzy lat temu na potrzeby Jazzarium.pl o pierwszym wydawnictwie New Orchestra - Small Formations Mad Dogs, skonstatowałem, iż ... oto już w marcu ogłaszam bezczelnie wybór płyty roku. Teraz mogę śmiało powtórzyć ten zabieg: 10 czerwca – płyta roku 2016 właśnie się ukazała!

Koncert kompozycji głównej The Blue Shroud – poczyniony, jak już wcześniej wspominałem, jedenaście miesięcy później - to już oczywiście inny wymiar muzycznej doskonałości. Półtorej godziny precyzyjnie zaaranżowanej muzyki, ale zagranej z dużą swobodą, w nieprzerwanym ciągu dźwięków, wbiły mnie w fotel Studia im. Witolda Lutosławskiego z siłą niespotykaną w tej szerokości geograficznej. Polecam krążek Intaktu, mimo, iż jeszcze go nie posiadam, bo wciąż pamiętam ów październikowy koncert. Wrażenia trwałe i niezbywalne!