Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Elieh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Elieh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2025

Burkhard Beins in Eight Duos!


Ubiegły rok obfitował w okrągłe urodziny znamienitych postaci muzyki free jazzowej i improwizowanej. Także na tych łamach hucznie obchodziliśmy osiemdziesiąte urodziny Evana Parkera, czy też siedemdziesiąte Johna Butchera. W roli hołubionych jubilatów wystąpili także Agustí Fernández, czy też o dekadę od niego młodsi Mats Gustafsson i Ken Vandermark.

W październiku 2024 okrągłe, sześćdziesiąte urodziny celebrował także niemiecki multi-instrumentalista Burkhard Beins, muzyk tysiąca talentów, choć rzadziej goszczący na pierwszych stronach nieistniejących gazet poświęconych wyłącznie muzyce improwizowanej. W ostatni weekend października w Berlinie odbyło się jubileuszowe koncertowanie, a luksemburska oficyna Ni Vu Ni Connu dostarczyła potrójny winyl, zawierający osiem duetów jubilata poczynionych z artystami różnych proweniencji. W każdym z nich Beins zaprezentował się w innym zestawie instrumentalnym, co doskonale obrazuje, jak wszechstronnym, multigatunkowym jest muzykiem. W trakcie nagraniowych sesji królowała improwizacja, ale na tych łamach świetnie wiemy, iż nie jest to jedyna metoda pracy twórczej tego wyśmienitego artysty.

Osiem nagrań duetowych zarejestrowano wiosną 2023 roku, a pomieszczono na sześciu stronach winylowych. Cztery duety trwają po około dwadzieścia minut i samodzielnie wypełniają stronę czarnego krążka, cztery powstałe, to interwały dziesięciominutowe i krótsze, dzielą zatem stronę z innym duetem.



Paradę duetów otwiera spotkanie z Andreą Neumann, która preparuje fortepian i korzysta ze stołu mikserskiego, dzięki któremu jej akustyczne frazy potrafią przepoczwarzać się w elektroakustyczne porcje wytrawnego hałasu. Beins korzysta z talerzy, które delikatnie amplifikuje oraz bębna basowego, na którym ugniata tajemnicze przedmioty. Ta improwizacja zlepiona jest z trzech samodzielnych opowieści. Pierwsza z nich jest skupiona, niemal rytualna, skoncentrowana na frazach w pełni akustycznych, rozrzucanych po przestrzeni, której echo zdaje się nie mieć końca. W drugiej części fonie płynące z inside piano pokrywają się kurzem czegoś definitywnie post-akustycznego i przybierają formę perkusjonalną. Wtóruje im pracujący w podobnej stylistyce Beins. Z kolei wątek trzeci nasycony jest pokrętną melodyką, dochodzącą z pudla rezonansowego fortepianu i napotykającą na dźwięki ugniatania przedmiotów na werblu. Poziom intensywności tego odcinka każe nam określić go mianem post-industrialnego.

Druga strona winyla konsumuje dwa duety. Ten pierwszy, w towarzystwie Michaela Renkela, to podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych i strunowych. Artyści szarpią za struny, polerują je, uderzają w akcesoria perkusjonalne. Generują frazy czyste, ale także intensywnie preparowane. Nie brakuje brzmień gitarowych i przypominających cytrę. Z jednej strony zgrzebność post-bluesa, z drugiej rytuał celebrowania fraz akustycznych. Drugi duet, z Quentinem Tolimierim, to z kolei jazzowa narracja na klawiaturę fortepianu i perkusję. Opowieść ma kompulsywny drive, nabiera adekwatnej dynamiki i wpada we free jazzową repetycję. Dużo emocji, choć sama estetyka bardzo odległa od pozostałych duetów.

Na trzeciej stronie odnajdujemy nasze dobre znajome z ostatniej edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Andrea Ermke i jej mini dyski wyposażone w niepowtarzalne sample. Beins także korzysta z sampli, ale jego podstawowym narzędziem pracy jest syntezator analogowy. Kilkuminutowa narracja lepi się tu z wielu wątków, inteligentnie wplatanych w zwój narracji – skąpanych w deszczu miejskich odgłosów, wielokolorowych szumów i szmerów, wtrętów harsh-ambientu generujących klimat niemal post-industrialny i syntetycznych, niekiedy basowych pulsacji. Dramaturgię opowieści tworzą także dwukrotnie zamykające się z hukiem drzwi. Stronę uzupełnia duet w pełni akustyczny, z frazującą zarówno w formule inside, jak i outside piano Anaïs Tuerlinckx. Beins towarzyszy jej na instrumentach perkusyjnych. Po delikatnym otwarciu, pełnym separatywnych, drżących fonii opowieść nabiera intensywności, ale i mroku. Frazy piana szukają tu nieba, te z drżącego werbla wiją się po podłodze. Po krótkim wystudzeniu flow kreują filigranowe dźwięki fortepianowych strun i szeleszczących talerzy. Udręczona akustyka lepi się ostatecznie w dron rozśpiewanego rezonansu.

Druga strona drugiego krążka oddana została w ręce preparującego trąbkę Axela Dörnera i pracującego na werblu i obiektach jubilata. Blisko dziewiętnastominutowa improwizacja, to stan permanentnej zmiany dramaturgicznej. Opowieść początkowo sprawia wrażenie minimalistycznej, a muzycy wydają się oblepieni plastrami ciszy. Z czasem nie skapią nam jednak dobrze skonstruowanych eksplozji hałasu i narracyjnych zagęszczeń. Nawet jeśli delikatniejszym w tym gronie wydaje się Beins, także on, w konsekwencji wyłącznie udanych decyzji, jest w stanie opanować spektrum narracji. Gdy obaj muzycy zmyślnie preparują, dysonans poznawczy odbiorcy rośnie, a wskazanie źródła dźwięku wydaje się dalece utrudnione. Bywa, że frazują imitacyjnie, wtedy lepią się w jednorodny strumień intensywnego szumu. Ciekawym pomysłem, w kontakcie całości, jest faza subtelnie preparowanej trąbki, wspartej akcją perkusyjną.

Trzeci winyl na stałe przenosi nas do świata dźwięków nieakustycznych. Na pierwszej jego stronie odnajdujemy duet dwóch gitar basowych, podłączonych pod elektronikę. W roli partnera jubilata Tony Elieh. Najdłuższą improwizację w zestawie inauguruje ciężkie, dość leniwe, basowe frazowanie na lewej flance i porcja soczystej, na poły hałaśliwej elektroniki na flance przeciwnej. Flow dość szybko osiąga niemal noise’ową intensywność, ale już po kilku minutach klei się w jednorodny dron gęstego, szorstkiego ambientu, czyniąc ów moment bodaj najpiękniejszym fragmentem całego trójpaku. W środkowej części utworu muzycy zagłębiają się w hałaśliwej elektronice, by po niedługim czasie powrócić do basowego frazowania, tu czynionego z pewną dozą rytmu. Nim opowieść wygaśnie, muzycy serwują nam jeszcze porcje śpiewnego ambientu, zgrzytającego electro beatu, wreszcie minimalistyczny, basowy dialog, ostatecznie zatopiony w smudze ambientu.

Urodzinowy trójpak domyka duet z Martą Zapparoli. Tu ucieczka od akustyki jest już ostateczna – na stołach mikserskich lądują radiowe anteny i odbiorniki, magnetofony, walkie talkie, syntezator analogowy i dozowniki sampli. Artyści już na starcie budują wielowarstwowy dron, wypełniając go brzęczącym i pulsującym szumem. Systematycznie dokładają do niego kolejne elementy, sprawiając, iż w jego wnętrzu zaczynają toczyć się prawdziwe wojny światów. Po laserowym spiętrzeniu, w tyglu studzonych, całkiem mrocznych emocji pojawiają się sample z odgłosami, jakby nagle wszystkie stacje radiowe na ziemi rozpoczęły swój gadający broadcast. Ów zgiełk w eterze przechodzi różne stadia intensywności – najpierw jest plejadą elektroakustycznych iskierek, potem porcją zgrzytających usterek na łączach, wreszcie gasnącym, post-elektronicznym mrowiskiem.


Burkhard Beins Eight Duos (Ni Vu Ni Connu, 3 LP 2024)

LP1 A: Andrea Neumann - inside piano, mikser, Burkhard Beins – amplifikowane talerze, bęben basowy. LP1 B: Michael Renkel - struny, instrument perkusyjne, Burkhard Beins – struny, instrumenty perkusyjne; Quentin Tolimieri - grand piano, Burkhard Beins –perkusja. LP 2 A: Andrea Ermke – mini dyski, sample, Burkhard Beins – syntezator analogowy, sample; Anaïs Tuerlinckx - grand piano, Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne. LP 2 B: Axel Dörner – trąbka, Burkhard Beins – werbel, obiekty. LP 3 A: Tony Elieh – gitara basowa, elektronika, Burkhard Beins – gitara basowa, elektronika. LP 3 B: Marta Zapparoli – anteny, odbiorniki, magnetofony, Burkhard Beins – syntezator analogowy, walkie talkie, sample. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec-kwiecień 2023. Osiem utworów, łącznie 117 minut.




wtorek, 19 listopada 2024

Al Maslakh’ fresh and older: Thuluth! Hic Up! „A” Trio!


Bejrucki Al Maslakh, mimo życia w stanie permanentnej śmierci, ma się doskonale. Przynajmniej jako wydawnictwo.

Jak zwykle z wielką radością i przyjemnością zasiadamy do odsłuchu nowych albumów tego wyjątkowego przedsięwzięcia edytorskiego. Jak Libańczycy piszą od zawsze na okładkach swych płyt - Al Maslakh to UFO stworzone do publikowania muzyki, której nie da się publikować na libańskiej scenie artystycznej.

Dwa najnowsze albumy, to rejestracje berlińskie, także z udziałem muzyków lokalnych, które nie wymagają szczególnych rekomendacji, wszak to, jak samo wydawnictwo, równie wyjątkowa muzyka. Podobnie rzecz ma się z nagraniem flagowego okrętu sceny libańskiej „A” Trio, które powraca do nas z rejestracją koncertową z niedalekiej Słowenii. Ten akurat album ukazał się dwa lata temu, i to pod sztandarami labelu niemieckiego, ale jego związek z Al Maslakh wydaje się oczywisty.

So, welcome to Beirut!



 

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun (CD 2024)

Magda Mayas – fortepian, obiekty, Ute Wassermann – głos, obiekty oraz Raed Yassin – kontrabas, obiekty. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, styczeń 2022. Trzy utwory, 41 minut.

Ta trójka improwizuje wspólnie od pewnego czasu pod szyldem Jedna Trzecia, a album zwany Jedna Trzecia Słońca jest ich debiutem fonograficznym. To wyjątkowo intrygująca magma dźwięków lepiona z rezonujących dronów preparowanego fortepianu i traktowanego głównie smyczkiem kontrabasu oraz głosu, który w ferworze definitywnie cielesnych improwizacji zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń, tak dramaturgicznych, jak i brzmieniowych.

Pierwsza improwizacja trwa pełne dwadzieścia minut i jest dramą rozpisaną na role, poszczególne etapy i dobrze ukonstytuowane zwroty akcji. Początek lepiony jest z drobnych, ulotnych fraz – drżą struny piana, smyczek głęboko oddycha, a smutna wokaliza dopełnia obrazu. Z jednej strony gra na małe pola, rwane strzępy fonii i gardłowe burczenie, z drugiej coraz rozleglejsze plamy rezonansu, za które na tym etapie podróży odpowiada cała trójka. Owa modlitewna trwoga bywa chwilami niebywale filigranowa, delikatna niczym puch, ale gdy narasta, gdy pęcznieje każdym kolejnym dźwiękiem, szczególnie smyczka, wydaje się jeszcze bardziej urokliwa. Z czasem w tej spokojnie kreowanej opowieści pojawia się więcej akcentów perkusjonalnych, a delikatny głos, wsparty już podwójnym rezonansem, zdaje się nam nieść tajemnicze, ale ważne treści.

Druga i trzecia improwizacja trwają po mniej więcej dziesięć minut. Pierwszą z nich prowadzi modulowany głos, który plamy rezonansu wprowadza w stan hibernowanego rozkołysania. Ute przypomina teraz ledwie wybudzonego niedźwiedzia, Magda pracuje na klawiaturze, która tonie w tumanach kurzu, z kolei Raed, oblepiony włosiem smyczka, wspina się na palce. Końcowa improwizacja niesie nam zdecydowanie największą porcję ekspresji i ładunku dźwiękowego. Wokalistka scatuje na sporej dynamice, intensywność akcji pianistki zwiastuje nadchodzącą burzę, kontrabasista piłuje zaś struny, a jego instrument brzmi niczym wyswobodzona z jakichkolwiek więzów dramaturgicznych altówka. W fazie uspokojenia toniemy w chmurze szumów, szmerów i drobnych szarpnięć. Po czasie wszystko świszcze niczym dęte akcesorium, a flażolety basu stanowią dodatkową atrakcję. Finał zdaje się być dość emocjonalną, repetytywną medytacją – dźwięki dzwonków, gwizdy, kocie miałczenia, wspólnie rozciągane struny fortepianu, kontrabasu i głosu.



 

Hic Up (Marina Cyrino, Tony Elieh, JD Zazie & Matthias Koole) Fuchsia Fever (CD 2024)

Marina Cyrino – amplifikowany flet, Tony Elieh – bas, elektronika, JD Zazie – turntable, CDJs oraz Matthias Francisco Koole – gitara, elektronika. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, październik 2022. Cztery improwizacje, 40 minut.

Gorączka Fuchsia, to spotkanie definitywnie elektroakustyczne, pełne zmyślnej dramaturgii i nieustannych zmian. Dodatkowo świetnie zbilansowane, stworzone kolektywnie, nastawione na głębokie słuchanie i niebanalne interakcje. Dwa wielominutowe sety bogate są tu w dźwięki, których źródeł pochodzenia możemy jedynie domniemywać. Lubimy takie sytuacje!

Wystudzony początek wiele tu obiecuje. Tworzą go drobne, elektroakustyczne frazy, dudniący małym rytmem bas i … lejąca się woda. Zgodnie z anonsem improwizacja rozkwita porcjami nowych zdarzeń – zarówno tymi ledwie słyszalnymi, jak i masywnymi przepięciami mocy. Smugi szemrzącej elektroniki na spowolnieniu, kłęby sucho brzmiącego fletu na dynamice i ciągłe basowe inkrustacje, zarówno dronowe, jak i incydentalnie post-jazzowe, nawet w klimatach fussion. W połowie ponad dwudziestominutowej opowieści impakt syntetyki wydaje się słabnąć i od tego momentu sprowadzać jedynie do drobnych spiętrzeń i iskrzeń, tudzież efektownych plam ambientu. Finał seta jest bardzo filigranowy, ale jakby na przekór tezie recenzenta znów obleczony poświatą post-akustyki.

Druga opowieść, kilka minut krótsza, budzi się w ciszy, tkana jest z drobiazgów generowanych głównie na gryfach obu instrumentów strunowych. Muzycy wydają się nawlekać struny na szpule plamiącej elektroakustyki. Z czasem improwizacja nabiera podskórnej rytmiki, ale znów podlega ciągłej zmianie sytuacji scenicznej. Raz narracja płynie silnie elektronicznym strumieniem, innym razem pięknie zanurza się w post-akustyce drżącej przestrzeni. Ponownie natrafiamy na intrygującą ekspozycję fletu, wspartą elektroniczną mikro pulsacją. Przez kilka chwil pozostajemy w burzy piaskowej, a niedługo potem w chmurze intensywnych szumów i szmerów. Coś chrobocze, ktoś szarpie na struny, w górze wyją syreny alarmowe. Nie bez znaczenia dla dramaturgii są także intrygujące zabawy z rytmem, szyte syntetycznym ściegiem. Bogata w wydarzenia opowieść kona w strudze szmerów, być może całkiem akustycznego pochodzenia.



 

"A" Trio The Binding Third (Unrock, LP 2022)

Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagranie koncertowe, Sound Disobedience Festival, Ljubljana, Słowenia, marzec 2019.

Kerbaj, Sehnaoui i Yassin grają razem kilkanaście lat, wydali kilka wspaniałych albumów, ale każdy z nich wydaje się inny od pozostałych. Ten słoweński, sprzed pięciu lat, to najpewniej porcja definitywnie agresywnych fraz. Jakby muzycy wyszli na scenę pełni gniewu i determinacji, by wywrzeć na słuchaczach naprawdę piorunujące wrażenie. Bez wątpienia, cel swój osiągnęli!

Koncert trwa dwa kwadranse i kilka minut, a na płycie jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków … z krótką przerwą na zmianę strony winyla. W tyglu zdarzeń pojawiamy się jakby nieproszeni – wszystko tu drży, pulsuje i dygocze z nieznanych powodów. Pomiędzy strunami basu i gitary prawdopodobnie umieszczone są pałeczki perkusyjne oraz inne przedmioty, które wprawiane w ruch powodują nieuchronne palpitacje serca. Narracja ma rytm, wewnętrzną muskulaturę, syci się frazami perkusjonalnymi, choć w arsenale „A” Trio nie ma i nigdy nie było perkusji. Ów akustyczny noise, niemal post-industrialny zgiełk uformowany w dość jednorodny dron winien budzić grozę i tak dokładnie się dzieje! W strugach drżącego błota raz za razem pojawiają się jęki, tudzież niedźwiedzie westchnienia trąbki. Preparowany blaszak nie zbacza jednak z drogi, jego flow trzyma rytm.

W okolicach dziesiątej minuty improwizacja zdaje się gubić swą rytmiczną powłokę. Nie zmienia to faktu, iż wszyscy po obu stronach sceny dygoczą z zimna i przestrachu. Narracja z wolna staje się zgrzytliwa, sycona rezonansem, trębackim chrobotaniem i post-perkusyjnymi uderzeniami. Tymczasem po szybkim obrocie krążka na drugą stronę powracamy do miejsca zbrodni. Leniwy post-industrial sączy się teraz niczym krew z głębokiej rany. Znów wszystko drży, rzęzi i rezonuje. Całość przypomina dygot emocji charakterystyczny dla wczesnych nagrań AMM. Muzycy często powtarzają frazy, a po dwudziestej drugiej minucie znów nasilają akcje perkusjonalne. Brzmią niczym dobosz na pogrzebie ludzkości. Swoje dokłada kropelkującą trąbka. Można odnieść wrażenie, że na powrót znajdujemy się w smudze drona, jaki towarzyszył nam na początku koncertu. Niespodziewanie w strudze zła pojawiają się frazy gitary traktowanej nieco bardziej konwencjonalnie. To mantra piękna i grozy. Jeszcze większym zaskoczeniem jest przepoczwarzenie się strumienia narracji w trębackie solo, po chwili wsparte głębokim, basowym smyczkiem. Ten ostatni zaczyna żłobić bruzdę w ziemi i będzie towarzyszyć improwizacji aż do jej ostatniego tchnienia. W międzyczasie trio nabiera marszowego kroku i zdaje się iść po zalegające na hałdach śmierci złote runo. Końcową prostą bogaci jeszcze perkusjonalna akcja gitarzysty. Słuchając muzyki libańskiej nie sposób nie być w Bejrucie, nawet jeśli oddychasz berlińskim powietrzem. 

 

 

piątek, 29 marca 2024

Sehnaoui, Elieh & Gołębiewski are Shadowcrackers!


Spotkanie libańskiego gitarzysty i jego rodaka basisty z polskim perkusistą, to podróż wyjątkowo krętymi serpentynami nieistniejącego świata bardzo bliskiego wschodu, gdy nie zdejmujemy nogi z gazu, a poczucie strachu zdaje się być dawno utraconym atrybutem życia.




Każdy kolejny epizod Shadowcrackera jest dłuższy od poprzedniego, jego życie pęcznieje bowiem w postępie geometrycznym. Aurę otwarcia pierwszego z nich, być może najbardziej dynamicznego, tworzą rockowe pulsacje basu, gęste smugi atrakcyjnie sfuzzowanej gitary i pajęczyna masywnego drummingu. Artyści rysują tu kolczaste zasieki, brną do przodu chwiejnym krokiem ku nieznanej przyszłości. Basista buduje mięsisty walking i trzyma go na krzywej wznoszącej, gitarzysta tapla się w post-noise’owej pożodze dźwięków, szukając wyuzdanej psychodelii, z kolei perkusista stawia stemple i wzmaga ogniste spiętrzenia. Ten ostatni ma tu krótką ekspozycję solową. Gęsta improwizacja, mimo swej masy, z łatwością unosi się w powietrzu, bywa, że pachnie pokrętną rytmiką Mike’a Watta i jego niezapomnianych Minutemen i Firehose.

Druga opowieść wydaje się być jeszcze silniej osadzona w rytmie. Na starcie budują go tu wszyscy. Progresywna pulsacja, feeria drobnych flażoletów, zagęszczenia i rozwodnienia, gramatura post-fussion w tańcu łamanym kołem zębatym. W tej ulotnej pogoni za dawno utraconym muzycy nabierają pewnej zadumy, smutku. Szczególnie błyszczy nimi pięknie frazujący gitarzysta. Z czasem ów martwy taniec nabiera odczynu kwasowego, ale też mocy coraz silniejszych eksplozji basu i gitary. Jeśli znów szukamy post-punkowych konotacji, to właściwym tropem okażą się być może Dead Kennedys i ich Holiday in Cambodia, kraina, która wcale nie wydaje się być umiejscowiona szczególnie daleko od Bejrutu. Śmierć tej narracji okazuje się szczególnie bolesna, jakby ciąg dalszy definitywnie nie istniał.

Finałowa opowieść trwa ponad dwadzieścia minut. Ta z kolei jakby zupełnie pozbawiona była atrybutów rytmu. Na początki tworzą ją dwie strugi fonii – basowe pasmo brzmiące jak syntezator i gitarowe flażolety bezskutecznie szukające melodii. Tymczasem w tle tworzy się chmura rezonujących dźwięków, które mogą być efektem działań perkusisty, ale równie dobrze płynąć wprost z uszkodzonych, basowych pick-upów. Całość z jednej strony skrzy się psychodelią, z drugiej gęstnieje post-industrialnie, zwłaszcza, gdy bas zaczyna intensywnie dudnić. Narracja incydentalnie nabiera mocy, bywa jednak, że stygnie, rozrzedza się i płynie szorstkim post-ambientem. Po takim uspokajającym passusie gitarzysta zaczyna budować zręby melodii, a ów świst gorącego powietrza, który od dawna słyszymy w tle, definitywnie pochodzi już z perkusyjnych talerzy. Bas w ramach budowania dramaturgii rysuje teraz linearny, nisko osadzony flow, a historia świata zdaje się przenosić muzyków wprost w ruiny Pompejów, na niedokończony set wyjątkowo upalonych Pink Floyd. Dalekowschodni posmak gitary stawia kolejne znaki zapytania. Ulotna, talerzowa feeria sprzyja refleksji. Tym, który jako ostatni podejmuje próbę odnalezienia melodii, właściwej światu tej szalonej improwizacji, jest wyraźnie uspokojony basista.

 

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker (Uznam, CD 2024). Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna, Tony Elieh – bas elektryczny oraz Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Tunefork Studios, Bejrut, Liban, wrzesień 2019. Trzy improwizacje, 42:37.



piątek, 25 listopada 2022

Bocian Records: Friedl & Gratkowski! Sawt Out & Tony Elieh! Chuchchepati Orchestra!


Krajowe ptaszysko zwane Bocianem nie ustaje w dostarczaniu nowej muzyki, zawsze niepokornej, ponadgatunkowej i definitywnie improwizowanej. Muzyki, która zaczepia, nie pozwala zasnąć, zadaje pytania i czerpie bezczelną radość z braku oczywistych odpowiedzi.

Dziś wyciąg z bocianich nowości: trzy albumy z Europy Środkowej - nazwiska bardzo znane i hołubione, także cenione, ale i zupełnie nowe, przynajmniej dla arbiturientów Trybuny Muzyki Spontanicznej. Najpierw pozornie kameralna, swobodna improwizacja w duecie, której jednak bardzo blisko do post-industrialnego hałasu, ale czasami także ekspresji free jazzu. Potem elektroakustyczny kwartet z przedziwnym instrumentarium, którego efekt pracy doskonale broni się samymi dźwiękami, a nie tylko opisem użytych narzędzi. Na finał orkiestra, która przy bliższym poznaniu okazuje się dwunastoma duetami z dalece konceptualnym backgroundem. Tyleż spotkań w samo południe na małej stacji w Szwajcarii, niczym rewolwerowe pojedynki w teksańskim słońcu, a wszystko pomieszczone na … potrójnym winylu! Cały Bocian!



 

Moon

Preparowany fortepian Friedla oraz klarnet basowy i saksofon altowy Gratkowskiego zapraszają na dalece nieksiężycową opowieść w dwóch zasadniczych częściach. Najpierw blisko 25-minutowa, tyleż oniryczna, co dronowa podróż po bezdrożach świata preparowanych dźwięków z gęstymi, ale tłumionymi emocjami. Po niej następuje równie rozległy w czasie zbiór czterech improwizacji, w trakcie których muzycy stawiają na inny rodzaj emocji, chwilami nieźle hałasują i szukają free jazzowych, tudzież post-industrialnych eskalacji. Absolutnie nie gubią jednak egzystencjalnej trwogi, jaką wywołali w części pierwszej albumu.

Pierwsza improwizacja płynie dwoma strumieniami dźwięków. Na dole bruzdy w ziemi ryje klarnet basowy, jego dysze ciężko pracują, a podmuchy powietrza potrafią być zarówno lekkie, jak i ciężkie, niemal ołowiane. Nad nimi snuje się struga preparowanych, rezonujących dźwięków inside piano, punktowo zdobionych uderzaniami w klawiaturę. Dronowa ekspozycja syci się tu wzajemnymi interakcjami bardziej na poziomie brzmienia niż dramaturgii. W tle tej gęstej, akustycznej ekspozycji dudni mroczne echo. Narracja chwilami zdaje się być monotonna, ale dzięki temu nastrój literackiej bojaźni i drżenia buduje się tu jakby samoczynnie. W połowie długiej ekspozycji pojawia się więcej dźwięków z klawiatury, ale podanych w trybie definitywnie minimalistycznym. Można także odnieść wrażenie, iż słyszymy dźwięki bardziej charakterystyczne dla klawinetu. Kilkukrotnie improwizacja szuka tu także ciszy, ale na ogół znajduje ją w zgiełku post-industrialnego zaniechania.

Druga opowieść stawia nas do pionu niebywałą intensywnością. Ostry atak fonii, zgiełk free jazzu i akustycznego hałasu. Klarnet basowy tańczy i wyje do księżyca, muzyk wspiera się mikro okrzykami. Piano zdaje się być dewastowane, w narowistym półgalopie na struny spadają różne przedmioty. Kompulsywnemu szaleństwu nie grozi jednak ściana dźwięku, albowiem pomiędzy intensywnymi frazami jest jeszcze dużo powietrza i wolnej przestrzeni, którą wzmaga dobrze pracujące echo. Trzecia historia delikatnie studzi emocje, przypomina mroczną, minimalistyczną balladę. Pojawia się w niej saksofon altowy, a pianista pracuje zarówno na klawiaturze, jak i wewnątrz pudła rezonansowego. Czwarta opowieść stawia znaki zapytania. Mamy wrażenie, że na starcie wysokie partie gra tu klarnet basowy, pod koniec nagrania wydaje się, że improwizacje plecie jednak saksofon. Piano pracuje całym ciałem, a wszystko przypomina tu post-industrialną orkiestrę przedwczesnej śmierci. Mrok, hałas, rezonans i duże emocje. Akcenty perkusjonalne płyną wprost z gołych strun piana, a gęste podmuchy powietrza z rozgrzanej tuby dęciaka. Po spowolnieniu improwizacja sięga po klimat pierwszej części albumu i kona w ciszy niemal absolutnej. Piąta opowieść narasta niczym złowroga burza o poranku. Dysze stukają o parapet, inside piano nuci zdartą melodię. Narracja przyjmuje taneczny, ale molowy szyk bojowy. Struny wiją się jak węże w stygnącym palenisku, a preparowane frazy dęte szyte są podskórną desperacją. Na koniec wszystko lepi się w dron i kończy żywot bardzo nagłą śmiercią.



 

Machine Learning

Może zacznijmy od zdjęcia zamieszczonego w tzw. środkowej części okładki albumu: trzy duże stoły zapełnione tajemniczymi przedmiotami, urządzeniami elektrycznymi i obiektami mogącymi wydawać akustyczne dźwięki. Pośród nich, po dłuższym przypatrywaniu się, dostrzegamy też trąbkę i perkusyjny talerz. No i czwarty element tej brydżowej układanki - pulpit z gitarowymi pick-up’ami, a obok niego ledwie widoczny gryf gitary basowej. I jeszcze na samym środku tego czworoboku coś na kształt małego zestawu mikserskiego. Beins, Kerbaj, Vorfeld i Elieh zapewnią nam niezłą rozrywkę przez najbliższe trzy kwadranse, tego możemy być pewni!

Usterkowa post-elektronika budowana jest na starcie dwoma pulsującymi, syntetycznymi wątkami, niskim dronem (zapewne z basu) i drobną, niemal drum’n’bassową inkrustacją. Tempo rozszarpywanej na strzępy post-melodii kreuje klimat wieloznaczności i pewnej abstrakcyjności tej muzycznej narracji. Muzycy zdają się skupiać na strukturze opowieści, a element improwizacji realizują poprzez zniekształcanie brzmienia poszczególnych elementów składowych. Już w drugiej odsłonie skojarzenia recenzenta biegną z jednej strony ku onirycznym strukturom post-rytmicznym legendarnego Autechre, z drugiej w kierunku slapstickowej elektroniki Mouse On Mars. Silna baza rytmiczna, syntezatorowe mikro śpiewy i repetujący bas. W kolejnej części rytm przygasa, a usterkowa ekspozycja syci się wyłącznie swoim brzmieniem i czeka na nadejście pulsujących fraz. Z kolei w czwartej części muzycy przypominają, iż mają w swym arsenale środków dźwiękowych także elementy definitywnie akustyczne. Bas, który potrafi tu pracować niemalże na rockowo, rezonujący talerz, pulsujące głuchym ambientem martwe struktury post-rytmiczne. W piątym utworze ciężar prowadzenia narracji spoczywa na dwóch wątkach, które pulsują, jakby szukały inspiracji w dawnych dziełach estetyki IDM, tu przefiltrowanej przez jarzmo post-akustycznego życia współczesnego.  Kolejne dwie opowieści skupiają się na budowaniu mikro usterkowego klimatu, plotą martwe, syntetyczne slow motion. W ósmej opowieści powraca duch Autechre - bas rytmicznie pulsuje, a syntetyczne plamy krążą tu jak hieny wokół post-akustycznych drobiazgów, płynących nie tylko z rezonującego talerza. Ostatnia narracja znów bazuje na repetującym basie, któremu towarzyszy struga syntezatorowej pulsacji, garść akustycznych preparacji (z trąbki?) i inne frazy, które zdają się płynąć akustyczną ścieżką, choć sprawiają wrażenie, iż są efektem pracy syntezatorów. Pojawiają się sample i ten ostatni z muzyką … Boney M., biorący w nawias ironii ciężką pracę muzyków w trakcie minionych trzech kwadransów. 



Low Noon

Koncept był taki: każdego dnia na małą stację kolejową, dokładnie o godzinie 12.12, podjeżdża pociąg. Wysiada z niego muzyk i przez następne dwanaście minut *) improwizuje z czekającym na niego na peronie kontrabasistą Patrickiem Kesslerem. Po zakończeniu improwizacji gość wsiada do kolejnego pociągu i odjeżdża w siną dal. Takich rewolwerowych pojedynków w słońcu (tytuł albumu parafrazuje klasyk westernowy High Noon) było dokładnie … dwanaście. Projekt realizowany został w czerwcu roku 2020, zatem w szczycie histerii covidowej. Niechybnie zapisać go zatem możemy do kroniki ciekawych dokonań artystycznych, spowodowanych przez okoliczności pandemiczne. Nade wszystko jednak, trzypłytowy winyl zawiera całe mnóstwo doskonałych improwizacji, których jakość możemy docenić niezależnie od okoliczności powstania nagrania.

Każdorazowe spotkanie zaczyna się dźwiękami nadjeżdżającego pociągu, a kończy dźwiękami pociągu odjeżdżającego. Pierwszym peronowym gościem jest zaś perkusista Mario Hanni. Początek nagrania delikatny, jakby odrobinę taneczny, pełny perkusjonalnych szelestów i smyczkowych zabaw rytmicznych. Nerwowa narracja udanie szuka emocji, a kończy się drobną polirytmią percussion. Drugim gościem Mats Gustafsson i jego baryton! Smyczek preparuje tu na pogłosie, a dęciak prycha i wypuszcza drony gorącego powietrza. Pojawiają się akcenty percussion, pomruki dworcowego post-baroku i mikro eksplozje saksofonu. Gościem kolejnego dnia jest elektryczny bas i Martina Berther. Tu improwizacja koncertuje się na dźwiękach przede wszystkim preparowanych, piłowaniu strun i mikro sprzężeniach na gitarowych pick-upach. A drony i dubowe echo w roli wisienki na torcie. Jako czwarty na peronie pojawia się Dieb13 i jego poplątana post-elektronika. Kessler buduje gęste drony, które wpadają w wir elektronicznych zniekształceń. Finał pulsuje tu delikatnym post-techno. W kolejnym dniu przyjeżdża Barry Guy i zaprasza nas na pojedynek na dwa zmysłowe, obdarzone post-barokowym smyczkiem kontrabasy. Muzycy lepią tu swoją opowieść z dramaturgicznych dysonansów. Zmieniają techniki gry, estetyczne konotacje, a każda sekunda ich obecności na peronie warta jest naszej wzmożonej uwagi. Szóstym gościem jest Julian Sartorius i jego perkusja. Tu tajemniczy, oniryczny początek nabiera post-industrialnego posmaku dzięki preparacjom na gryfie i werblu. Na koniec obaj muzycy wpadają w repetycje i budują rytm, który zdaje się być powoli podsumowaniem niemal każdego spotkania.

Siódmy meeting wydaje się być wulkanem ekspresji! Saadet Turkoz i jej głos wnoszą do improwizacji niebywałą porcję temperamentu. Kontrabasista szybko znajduje wspólny język z wokalistką. Zdzierany głos, maltretowane struny, ale i śpiewy, zalotne spojrzenia i finałowa repetycja, niczym mantra udręczonych podróżników. Ósmy dzień, to Jaronas Hohener na trąbce. Od razu dodajmy, być może dzień najciekawszy! Początek bardzo spokojny, wręcz chill-outowy, potem faza kompulsywnych preparacji (któż z nich robi to piękniej?), wreszcie dronowe ukojenie. Z kolei w trakcie dnia dziewiątego kontrabas zalega na stole mikserskim, dowodzonym przez Simona Graba. Najpierw piskliwe short-cuts, potem dłuższe pociągnięcia pędzlem, aż po fazę piłowania strun i syntetycznego harsh-noise! No i rytm reasumpcji. Na dziesiąte spotkanie dociera klarnecista Hans Koch. Zmysłowy smyczkiem kontrabas kusi tu klarnet do wysokich lotów. Po kilku frazach ten drugi okazuje się wersją basową (a może nawet kontrabasową). Grzmoty i lamenty, delikatne frazy i głębokie pomruki, a na zakończenie dronowe, pulsujące plamy. Jedenastym gościem jest perkusjonalistka Camille Emaille, która początkowo wydaje się być mocno onieśmielona dworcową randką. Tu improwizacja dość szybko wpada w taneczny dryl. Całość urokliwie huśta się na wietrze, a potem udanie schodzi w tryb minimalistyczny, bawiąc się w pytania i odpowiedzi. Wreszcie ostatnia improwizacja, w której uczestniczy Norbert Moslang i jego dość inwazyjna elektronika. Kontrabasista i jego smyczek mają tu naprawdę trudne zadanie do wykonania. Ostatecznie przebijają się na powierzchnie pięknym post-barokiem, ale dopiero wtedy, gdy nogę z gazu zdejmuje elektronik. Ostatni oddech narracji na powrót pełen jest elektronicznego hałasu. Jeśli to miało być pandemiczne wołanie o pomoc, to efekt został osiągnięty!

 

Friedl/ Gratkowski Moon (CD, 2022). Frank Gratkowski – klarnet basowy, saksofon altowy oraz Reinhold Friedl – fortepian. Czas nieznany, Echoraum w Wiedniu. Pięć improwizacji, 46 minut.

Sawt Out with Tony Elieh Machine Learning (CD, 2022). Burkhard Beins – syntezator analogowy, sample, talerz, walkie talkie, Mazen Kerbaj – syntezator, amplifikowane obiekty, zabawki, radio, trąbka, Michael Vorfeld - żarówki, urządzenia elektryczne, talerz oraz Tony Elieh – bas elektryczny, elektronika. Sierpień 2021, VivaldiSaal Berlin. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Chuchchepati Orchestra Low Noon (12 musical showdowns at 12​:​12​)​ (3PL, 2022). Patrick Kessler – kontrabas oraz Mario Hanni - perkusja, Mats Gustafsson – saksofon, Martina Berther – bas elektryczny, Dieb 13 – rozszerzony helikon, Barry Guy – kontrabas, Julian Sartorius - perkusja, Saadet Turkoz – głos, Jaronas Hohener – trąbka, Simon Grab – stół mikserski, Hans Koch – instrumenty dęte, Camille Emaille – instrumenty perkusyjne, Norbert Moslang – elektronika. Czerwcowe południa nieznanego roku, Rietli Train Station, Szwajcaria. Dwanaście improwizacji, około 130 minut.

 

*) W procesie post-produkcji owe 12-minutowe improwizacje przybrały postać utworów, które trwają ostatecznie od niespełna 9 do 13 minut.



 

piątek, 17 sierpnia 2018

Kerbaj & Sehnaoui at Al Maslakh! The Best on the East of Eden!


Tak, zdecydowanie najlepszym wydawnictwem, poświęconym muzyce swobodnie improwizowanej, a ulokowanym historycznie i geograficzne najdalej na wschód od kapitalistycznego Edenu, jest libański Al Maslakh (po polsku Rzeźnia, po angielsku The Slaugtherhouse). Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym zresztą doskonale. Na końcu dzisiejszego overview przypomnimy, kiedy taką wiedzę posiedli.

Wydawnictwo założone zostało kilkanaście lat temu przez Mazena Kerbaja, znakomitego trębacza i niebanalnego grafika. Tuż obok niego, ważną postacią artystyczną labelu jest Sharif Sehnaoui, gitarzysta, któremu na tych łamach poświeciliśmy już wiele ciepłych słów. Zgodnie z mottem, Al Maslakh, to UFO, stworzone po to, by publikować rzeczy niepublikowane na libańskiej scenie muzycznej.

Ta historia w zasadzie zaczyna się od koncertu na trąbkę solo, poczynionego przez Kerbaja … na balkonie własnego mieszkania w Bejrucie. Być może nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, iż działo się w trakcie nalotu bombowego wojsk izraelskich, podczas kolejnej wojny, jak wybuchała tam w połowie ubiegłej dekady, jak zawsze z tych samych powodów, mając jak zawsze, tych samych prowodyrów. Koniecznie odsyłam wszystkich do doskonałego wywiadu z Kerbajem (link na końcu tekstu). Tamże okazja do poznania szczegółów tego niezwykłego koncertu.

Wróćmy wszakże do katalogu Al Maslakh. Menu na dziś: w pierwszej kolejności omówimy trzy najnowsze płyty. Potem sięgniemy po pięć nieco starszych, omawiając je – tak, tak! – w odwrotnej kolejności chronologicznej. Na koniec zaś wspomnimy o płytach, które były już recenzowane na tych łamach i nie tylko, zawsze jednak piórem Pana Redaktora.




"A" Trio & AMM ‎ AAMM (MSLKH 21, 2018)

Berlin, sierpień 2015, spotkanie koncertowe w St. Elisabeth Kirche, w ramach Daad’s Mikromusic Festival. Na scenie legenda brytyjskiego improve – AMM: John Tilbury – piano i Eddie Prevost – instrumenty perkusyjny, a wraz z nim „A” Trio, czyli Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej. Reasumując… AAMM! Swobodna improwizacja (no cuts, no overdubbing, no use of electronics) w jednym fragmencie potrwa blisko 51 minut.

Improwizacja ma tytuł własny Unholy Elisabeth (Nieświęta Elżbieta), który pewnikiem nawiązuje do miejsca koncertu, jednakże w kontekście udziału muzyków ze Zjednoczonego Królestwa, zapewne sieje także ferment estetyczny.

Akord piana i drżenie wielkiego talerza – o tak, bez wątpienia jesteśmy na koncercie AMM! Po kilkudziesięciu sekundach o swym istnieniu na scenie przypominają także pozostali instrumentaliści, tkając od samego początku gęstą, libańską teksturę dźwięku – niski smyczek na kontrabasie, perkusyjne pałeczki na gryfie gitary elektrycznej i biały szum wprost z trąbki. Narracja płynie jak na koncertach AMM, ma jedynie ciężar właściwy na poziomie… AAMM – pięć dość różnorodnych źródeł dźwięku. Chłodna, szorstka brytyjskość napotyka na ciepły, dalekowschodni podmuch wiatru. Symbioza akustyczna pomiędzy elementami tej muzycznej układanki, w mgnieniu oka, staje się faktem niezbywalnym. Już przed 10 minutą, intensywność przekazu urasta do rangi, na razie skromnej, ale już eskalacji. Trąbka skwierczy niczym mały bombowiec, talerze piłują mury obronne, gryf kontrabasu grzmi i tupie nogami – jakże piękny to dramat! W komentarzu, po wybrzmieniu – minimalistyczny pasaż fortepianu i ornamenty gitary. Kolejną grozę sytuacyjną stymuluje smyczek przy wsparciu perkusjonalii. Wokół mnogość dźwięków, trudnych do rozszyfrowania w zakresie źródła pochodzenia. Całość po chwili łączy się w wielodron, który intensywnie drży i pomrukuje, by po chwili rozprysnąć mocą noworocznych fajerwerków (guitar & drums w jednych tylko dłoniach Sharifa!). Muzyka gęstnieje niskimi częstotliwościami jak napalm. Po wybuchu, znów moc kojących dźwięków od Tilbury’ego. W ognistych aktach samospalenia, trudno mu zaistnieć, czeka zatem na swój moment, gdy pozostali muzycy choć trochę ochłoną. Tu moment chill outu jest nieco dłuższy – zabawna melodyjka z kontrabasu, ciepły szum trąbki, kilka dodatkowych akordów z klawiatury.

W połowie koncertu natrafiamy na metaliczne tarcie metalu o metal. Z pewnością w tym procederze uczestniczy nie tylko Prevost i jego wielki talerz. Obok odgłos pudła rezonansowego fortepianu, wysokie alikwoty spod trąbki. Wszystko to, niczym kołyszące fale rzeki, która dawna wystąpiła już z brzegów. Narracja brnie w czasie, jak mantra. Fale muzycznych eskalacji przeplatają się z momentami zadumy i Tilbury’owskiej kameralistyki. Każda fala wznosząca iskrzy urodą i mnogością pomysłów na kreowanie dźwięków (tu w roli prowodyrów, każdorazowo libańska młodzież), każda opadająca - koi umysły, oliwi zmysły i filtruje narządy słuchu (wujostwo z Brytanii jest w tym niezastąpione!).  W 31 minucie kolejny docinek filmu noir. Tremolo kontrabasu, prychanie trąbki, struny w kipieli, muzyka grana jakby z przestrachu, skutkująca oceanem rezonansu – piękny fragment! Tuż potem królestwo zmutowanej trąbki w opętańczym tańcu, ale piano Johna potrafi uciszyć wszystkich. Niebywałe! Następna fala rodzi się na strunach, także na samym dnie trąbki. Hamowanie odbywa się w błyskotliwym klimacie free chamber, przy akompaniamencie flażoletów Sharifa. Finał koncertu jakby rodził się w bolach artystycznego chaosu. Trąbka brzmi jak saksofon, inne instrumenty ocierają się o siebie, wydając dziwne odgłosy, wszędzie wokół pulsujący rezonans! I cisza na sam koniec! Co za emocje!




Tony Elieh  It's Good To Die Every Now And Then (MSLKH 20, 2017)

Tunefork Studios, Bejrut, sierpień 2016. Elektryczna gitara basowa - Tony Elieh! Cztery epizody, mnóstwo dźwięków, na etapie produkcji z pewnością nie obowiązywało hasło no cuts, no overdubbing – łącznie 40 minut z sekundami.

Nuclear bass blast! Scena 1. Dron basowy, z mocny fuzzem, strzelisty, jednowymiarowy, mglisty i siarczysty background. Wszystko wyjątkowo sustained!, poddawane drobnym modyfikacjom i zmianom tonacji w rockowej estetyce. Z czasem tło zdaje się iskrzyć nieco dobitniej, podnosząc grozę sytuacji scenicznej. Na sam koniec słyszymy, że te dźwięki wydaje jednak jeden człowiek, który ma cztery struny (może pięć) i odrobinę prądu. Scena 2. Taniec płonącego wschodu, budowany na trzech, co najmniej płaszczyznach – lekki, niesfuzzowany tembr basu, gwałcony jest niskim beatem, niemal w manierze post-techno, a następnie zdobiony gitarowymi plamami z odrobiną psychodelicznego posmaku. Uwaga! Play It Loudly! Jakże ekscytujące! Scena 3. Drżenie, skwierczenie, brudny pogłos blue ambientowych mikrosprzężeń, który lepi się do dźwięków bazowych tej ekspozycji. Elektroakustyka z bombami! Strzeliste drony gitarowe, jak u Dirka Serriesa. Piękne! Na finał błyskotliwy rezonans, jakby z talerza. Scena 4. Puls, beat, odrobinę syntetyczny rytm - bass strongly plagged! Repetycja wielośladu, drobne permutacje, kombinacje, reklamacje. Rodzaj krautrocka w czasach elektroniki, trochę jak u Burnta Friedmanna. Na to wszystko wchodzi szum miasta, bełkot życia – sieje niepokój i zbiera żniwo. Gitarowo-elektroniczne drony budują nowe mury i zaraz je skruszą. Uwaga! to jednak tylko bas elektryczny! Nie dajmy się zwieść złudzeniu! Prawdziwa symfonia post-rock-electro-drone! It’s Good to Die! Doskonała płyta!




Neumann/ Sehnaoui/ Thieke/ Vorfeld ‎ Nashaz (MSLKH 19, 2016)

Wracamy do Berlina. Luty 2015 roku, miejsce zwane Ausland. Muzycy: Andrea Neumann – inside piano i mixing desk, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Michael Thieke – klarnet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne. Pięć odcinków z tytułami, ponad 57 minut.

Trzy dłuższe improwizacje i dwie miniatury. Intrygujące zderzenie, jakże symbiotyczne, wschodniej wrażliwości gitarowo-perkusjonalnej z europejską, chwilami twardą szkołą kameralistyki i sonorystyki. Narracja tkana drobnymi, małymi dźwiękami, toczona w estetyce daleko posuniętego minimalizmu, bazująca na skupieniu, artystycznej skromności, piękna wielobarwną, bogatą akustyką i odrobiną elektronicznego fermentu, uzyskiwanego dzięki użyciu stołu mikserskiego. Muzyka snuje się swobodnie, zdecydowanie bez pośpiechu. W pierwszym fragmencie bazą narracji zdaje się być to, co dzieje się na osi gitary i preparowanego kobiecymi rękoma piana. Wszakże wsparcie klarnetu i perkusjonalii jest doprawdy imponujące. To wystudzony tygiel, który potrafi jednak przejść w stan wrzenia, co czyni błyskotliwie w drugiej części pieśni otwarcia, która przy okazji jest tą zdecydowanie najdłuższą, zwieńczoną bystrym call and response. W trzeciej opowieści dużo dzieje się na pulpicie mixing desku, przez co cała improwizacja ma nieco inny, bardziej strzelisty i akustycznie groźniejszy wymiar. Tu kontrapunktem dla poczynań Andrei zdaje się być dobry drumming, a także groźne expose klarnetu. Po wybrzmieniu tego industrialnego ambarasu - jakby ciąg dalszy - sporo kojącego emocje, post-perkusyjnego ambientu i repetytywnego klarnetu. W piątej, finalnej pieśni, znów zmysły akustyki niosą nas w wysokie pasma tryskających endorfin. Jest call and response, trochę wschodniego transu generowanego pałeczkami na gryfie gitary (Sehnaoui - specjalność zakładu), trochę małych sprzężeń i moc dynamiki percussion. Tę wyśmienitą płytę uzupełniają dwie miniatury. Pierwsza ma klimat sonore in tunes, druga zaś stanowi gitarową ekspozycję, delikatnie tłumioną w środowisku elektroakustycznym.




"A" Trio  Music To Our Ears (MSLKH 14, 2012)

Tunefork Studios, Bejrut, wrzesień 2010. Znane nam już z tej opowieści „A” Trio (Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej), tym razem w wersji saute - 4 improwizowane fragmenty, około 56 minut.

Świetna sposobność odnalezienia Libańczyków, a także ich zdolności do kreowania sytuacji sustained, bez wsparcia mistrzów gatunku spod znaku AMM. Tę opowieść konstytuuje przede wszystkim pieśń otwarcia, która trwa ponad 33 minuty i zwie się niezwykle dosadnie Textural Swing. Od startu dostajemy się pod panowanie drżącego kontrabasu, konwulsyjnej, dronowej trąbki i gitary, która gra niemal wszystkie możliwe dźwięki, jakkolwiek na ogół nie te, kojarzone z akustyczną jej wersją (Sharif zaczynał przygodę z muzyką od gry na perkusji, ten fakt silnie oddziaływuje do dziś na sposób, w jaki korzysta z gitary). Narracja dość szybko przybiera postać post-akustycznego industrialu – trwa, gęsta niczym olej. Sonorystyka perkusyjnej gitary i kontrabasu, pompa ssąco-tłocząca w trąbce. Oto muzyka, w percepcji której zdecydowanie przydaje się wyobraźnia. Cała masa drobnych dźwięków, których nie można przypisać konkretnemu instrumentowi (a pamiętamy, że gramy w stu procentach akustycznie!). Po 12 minucie pierwsze wytłumienie, gramy już spokojniej, na ogół wysokimi pasmami, drobinkami sonore, mikro preparacjami. Po 20 minucie powraca uśpiony kontrabas i zwołuje towarzystwo na kolejny marsz ku akustycznej doskonałości. Na finał utworu, muzycy czynią pętlę i wracają do upiornej estetyki, jaka towarzyszyła im na starcie Teksturalnego Swingu. Jakże błyskotliwe!

Płytę, która zawiera muzykę dla naszych uszu uzupełniają trzy krótsze improwizacje. Pierwsza z nich jest dość lekka, bardzo perkusyjna i uroczo bliskowschodnia estetycznie. Miód z trąbki na tle rytmicznego meta drummingu. Kolejna oparta jest na pulsacji gitary i trąbki, których dźwięki pęcznieją niczym kasza we wrzątku, a na samym końcu ta druga brzmi jak upalony saksofon. Finałowa część powraca do sonorystyki, pełna jest rezonujących strun, talerzy (?), a na ostatniej prostej puentuje ją salwa słodkiej gitary.




Sharif Sehnaoui ‎ Old And New Acoustics (MSLKH 11, 2010)

Bustros Palace, Bejrut, czerwiec 2009. One man show! Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej! Dwa odcinki, 41 minut z sekundami.

Oto i kolejny dowód rzeczowy na to, że gitara akustyczna winna być klasyfikowana do instrumentów perkusyjnych! Przynajmniej wówczas, gdy korzysta z niej Sharif!

Perkusjonalna, akustyczna opowieść, która budowana jest także w oparciu długie, dronowe pasaże, generowane na instrumencie w bliżej nieokreślony sposób. Drgania, rezonans, wrażenie polifonii w momentach bardziej dynamicznych. Orientalne bogactwo, akustyczny przepych. Moc wyobraźni, która zatraciła wszelkie granice. Dwie pałeczki, gryf gitary – tu cuda akustyczne czynią się niemal samoistnie. Majestatycznie, zmysłowo, temperamentnie – jakby rodzaj połamanej hinduskiej ragi. W okolicach 14 minuty (pierwsza pieśń trwa 33…), narracja delikatnie wyhamowuje, muzyk łapie oddech i rusza w kolejną drumming escape. Uroda nagrania tryska, eksploduje, wybucha… Po 25 minucie garść pętli, sprytnych repetycji, z odrobiną braku przyzwolenia na rzeczywistość zastaną. Drugi fragment nagrania jest bardziej … gitarowy – moc posuwistych ruchów dłoni, permanentny, koherentny taniec smoka. Trans, godny siły ducha doskonałego instrumentalisty, zostaje osiągnięty w mgnieniu oka.




Christine Sehnaoui/ Michel Waisvisz ‎ Shortwave (MSLKH 08, 2008)

Paryż, Groupe Recherche Musicale, październik i listopad 2006 roku. Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Michel Waisvisz – elektronika sterowana dłońmi. 5 części, niespełna 50 minut.

Francuska saksofonistka – dziś pod panieńskim nazwiskiem Abdelnour – należy obecnie do grona najciekawszych, gorących, wciąż młodych i poszukujących instrumentalistów na starym kontynencie. Tu możemy poznać atrybuty jej sztuki improwizatorskiej z poprzedniej dekady, dodatkowo poczynionej w wyśmienitym towarzystwie jednego z pionierów brytyjskiej elektroakustyki, Michaela Waisvisza.

Głęboko zanurzony w sonorystyce saksofon altowy, budujący żmudne improwizacje na tle elektroakustycznej rzeki najprzeróżniejszych dźwięków, generowanych z komputera na żywo, za pomocą ruchu dłoni, które okablowane, stanowią jakby część urządzenia elektronicznego. Żywe łączy się tu z syntetycznym niemal dosłownie, na oczach widzów, bezpośrednio w ich uszach. W wielu momentach mamy problem, by w tej naturalnej symbiozie wskazać, który z muzyków odpowiada na dany dźwięk. Prawdziwe live electronics, prawdziwy saksofon w ustach prawdziwej kobiety. Od hałasu do podprogowej ciszy. Atak w opozycji do filigranowej, molekularnej ekspozycji, ledwie muskającej strukturę narracji, powierzchnię dźwięku.

To muzyka, który wymaga skupienia, która nie jest łatwa w odbiorze. W pobliżu ciszy zdaje się być oniryczna, nawet podejrzanie frywolna. Nie brakuje też incydentów, które bywają uciążliwe dla naszych uszu (szczególnie tych z komputera), nie na każdy dźwięk mamy tu pełną akceptację.  Jednak, gdy równowaga obu typów dźwięku zostaje zachowana, jakość improwizacji rośnie w oczach. Szczęśliwie dzieje się tak w wielu momentach tej intrygującej płyty. Być może całość jest odrobinę zbyt długa. Ta muzyka okrojona o kilkanaście minut, z pewnością osiągnęłaby status więcej niż bardzo dobrej. Nie sposób jednak nie wskazać szczególnie ekscytujących momentów – finał trzeciego fragmentu, gdy Christine sięga po drony z samego dna tuby, start kolejnego, pełnego subtelności szmerowo-szumiących, także kropelkowa narracja w tym samym fragmencie, czy pokrętna, zdekonstruowana melodyka całej części piątej.




Mawja ‎ Studio One (MSLKH 07, 2007)

Troy & Chicago, wrzesień 2005 roku. Trio Mawja w składzie: Vic Rawlings – wiolonczela, elektronika, Michael Bullock – kontrabas, elektronika, Mazen Kerbaj – trąbka. 6 fragmentów, pełna godzina zegarowa.

Oto i kolejna porcja niebanalnej, ale także niełatwej elektroakustyki w katalogu Al Maslakh. Twórcze zderzenie dwóch poważnych strunowców, permanentnie wspieranych elektroniką i trąbki, która wcale nie ma w planach szybowania po niebie na takim mega backgroundzie. Wręcz przeciwnie, także gra dużo dołów i permanentnie szuka punktów stycznych z dźwiękami generowanymi przez muzyków amerykańskich. A płyta ta ma wszystkie atuty, jak i wady nagrania umówionego powyżej. Jest nieco zbyt długa, sporo w niej momentów, gdy dyktat elektroniki jest niepodważalny, a foniczny radykalizm zbiera obfite żniwo. Z drugiej – momentów, gdyż żywe pięknie egzystuje przy delikatnym wsparciu syntetyki, absolutnie nie brakuje. Poszukajmy zatem takich przykładów.

W trzeciej części intensywność dolnego przekazu traci na sile. Kerbaj delikatnie, niemal powierzchniowo, dekonstruuje dźwięki, jakie na ogół wydaje jego instrument. Balansuje na granicy tego, ci zwykliśmy określać w ogóle mianem dźwięku – krzyki, szepty, szelesty, tarcia, … gwintowania. Niewątpliwie pomaga mu elektronika. W najdłuższym, czwartym, pojawia się niespodziewanie glos ludzki (…czwarty numer jest spokojny). Narracja snuje się leniwie, niczym w katalogu Another Timbre, rodzaj podróży w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Kerbaj czerpie z samego dna instrumentu, a koledzy prychają czystą akustyką strun. W piątym, akcenty perkusjonalne na pudłach rezonansowych ciekawie dynamizują przekaz. Trąbka topi się we własnym pocie. Drobinki noise’u spływają muzykom po szyjach. W szóstym rodzaj plądrofonii, szum amplifikatora, może to feedback z kontrabasu. Opiłki dźwięków niosą się wraz z podmuchem wiatru. Niski dron gasi światło.




Michael Zerang  Cedarhead (MSLKH 06, 2007)

Grand Music Room of Bustros Palace, Bejrut, 3-14 kwietnia 2006 roku. Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne, darbuka, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna (!), Mazen Kerbaj – trąbka, Raed Yassin – taśma, elektronika, Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Chabrel Haber – gitara elektryczna, Jassem Hindi – elektronika, Bechir Saadé – ney. Łącznie 7 duetów, prawie 52 minuty.

Być może, to właśnie od tej płyty należałoby rozpocząć poznawanie katalogu Al Maslakh. Świetnie nam znany amerykański drummer Michael Zerang (przypomnijmy: z pochodzenia Asyryjczyk) gościł w połowie ubiegłej dekady z Bejrucie i nagrał doskonałe duety z lokalnymi muzykami. Wśród partnerów nie brakuje kluczowych postaci wytwórni, których poznaliśmy w poprzednich akapitach.

Zatem, jeśli szczegółowo czytaliśmy wcześniejsze omówienia, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie, jak smakowite dźwięki zawierają duety Zeranga z Sehnaoui i Kerbajem. Pełne są wyrafinowanej sonorystyki, kipią emocjami i błyskotliwym drummingiem. Deliryczna gitara, trąbka u granic hałasu, u stóp ciszy, no i pustynna burza na tomach i werblach zestawu perkusyjnego. Duet z Yassinem przenosi nas do miasta, które tętni życiem, skomle z umęczenia i trwa wbrew wszelkim zasadom logiki. Rodzaj harsh electronic i moc sampli w zderzeniu z plemiennym bębnem obręczowym. Obsesyjne! Kolejny duet, to Christine i jej poszukujący saksofon altowy. Prawdziwa uczta sonore, z całusami z samych krawędzi werbla i wilgotnego ustnika. I znów gitara elektryczna, ale zupełnie w innej estetyce. Dużo elektroakustycznych zaskoczeń, Zerang w roli wodzireja, Haber raczej ilustratora. Szósty duet ponownie zrośnięty z elektroniką. Zgiełk, noise stapia się z bogatym percussion. Gęsta narracja, trochę przypominająca Muslimgauze’a, ale bez jego obłędnej rytmiki. Na finał lokalny instrument dęty i ponownie bęben obręczowy. Melodyka umierającego wschodu, który kładzie się do snu. Jakże urokliwe zwieńczenie wyśmienitej płyty!


****

Jak już wspominałem na wstępie, kilka płyt z katalogu Al Maslakh było już na tych łamach recenzowane.

Zatem, jeśli chcecie przypomnieć sobie doskonałą płytę Toma Chanta i Sharifa Sehnaoui Cloister (MSLKH 05, 2006), szukajcie recenzji w poniższym poście:


Płyty Rouba3i5 (MSLKH 02, 2005) i Ariha Brass Quartet (MSLKH18, 2015) zostały barwnie przybliżone Czytelnikom w tym akurat tekście:


Po krótką analizę krążka Live in Beirut (MSLK03, 2006) zapraszam do tego posta:


Na finał koniecznie przeczytajcie wywiad z Mazem Kerbajem!





środa, 1 marca 2017

Gołębiewski! Elieh! Sehnaoui! – trio rozpalone do czerwoności w ekscesie koncertowym


W poniedziałkowy, niezwykle ciepły wieczór przedostatniego dnia lutego, Poznań płonął równie intensywnie, jak Bejrut w trakcie Pierwszej Wojny Libańskiej, lat temu 35!

Wszystko to za sprawą jednej gitary elektrycznej, jednej gitary basowej i sporego zestawu perkusyjnego. Tym razem w roli akustycznych agresorów, dumni synowie obrońców sprzed lat, libańscy improwizatorzy – Sharif Sehnaoui i Tony Elieh, wsparci jurnym rekrutem z ziemi nam matczynej, Adamem Gołębiewskim!

Poznańskie Jeżyce, Centrum Amarant. Dobre czeskie piwo, niedrogi bilet, przyjaźni gospodarze i mała sala… Piccolo, wyposażona w pierwszym rzędzie w wygodne … leżaki plażowe. Czegóż chcieć więcej w naszych pokrętnych czasach???




Dwa elektryczne instrumenty zostały okablowane w sposób ponadnormatywny. Muzycy mieli czym kręcić, na co naciskać i w co się ewentualnie … zaplątać. Zestaw drummerski Adama, doposażony w kilka porcji talerzy na szybkie, dramaturgiczne podmianki!

Istotnie prawdziwie wojenne emocje na poniedziałkowym koncercie zainspirowały, nie tylko niżej podpisanego, do częstego używania wykrzykników w żmudnym procesie werbalizowania nabytych wrażeń. Od pierwszego bowiem dźwięku muzycy postanowili ustawić nasze uszy do pionu i zaatakować czasoprzestrzeń koncertu gigantyczną porcją zdrowo pojmowanego hałasu. Gitarzyści bardzo swobodnie traktowali swoje instrumenty. Grali na nich riffami, uderzali w gryf, wkładali pomiędzy struny różne przedmioty, manipulowali potencjometrami. Innymi słowy, stosowali wszystkie dostępne ludzkości techniki gry na instrumencie (z wyłączeniem skakania po nich, być może). A wszystko po to, by ów improwizacyjny tygiel aż huczał od emocji i eksplozji wielodźwięków, których głównym zadaniem było czyszczenie naszych narządów słuchu. Perkusista naładowany siłą napoju w kolorze kawy także miał zadanie militarne. Wydobyć ze swego zestawu instrumentalnego maksimum efektu akustycznego. Jego maszyna wirowała wraz z nim i nie brała jeńców na jakimkolwiek etapie tej eskapady.



Zdumienie i pełnokrwiste oczyszczenie! Po pierwszej eskalacji hałasu, muzycy w sporym skupieniu zamienili się w dynamiczny chór trzech instrumentów perkusyjnych. Każdy z muzyków przy pomocy zestawu pałeczek uderzał w swoje narzędzie pracy i każdy z nich wydobywał trochę inne dźwięki. Smakowało to odrobinę czarnym lądem, trochę onirycznym hinduizmem. Ceremonia! Rytuał dobywania energii z najgłębszych pokładów świadomości (a może nawet … podświadomości)! Być może akurat ten moment koncertu wbił mnie w leżak w stopniu najwyższym. Ekscytujące!




W dalszej swej części, koncert emitował bardzo zróżnicowane porcje hałasu. Trio miewało chwile, gdy zapętlone w zwojach kabli i talerzy, generowało elektroakustyczny tygiel … prawdziwie analogowej elektroniki. Gdy na sekundę ze sceny powiało zwyczajnym frazowaniem, wszyscy – po obu jej stronach – potraktowaliśmy to jako żart. Adam spuentował go eskalacją dynamiki swojego drummingu i z siłą, po trzykroć sklonowanego Paala Nilssena-Love, wkomponował nas po raz kolejny w podłogę, nie zważając na drzazgi i sęki! Trans rysujący rzeczywistość tylko w czerwonym kolorze - pot, krew i łzy!

Upadek emocji po takim turbodoładowaniu zdał się prawdziwym katharsis. Garść ustrukturyzowanej, metodycznej post-elektroniki (wprost z kabli), kilka chwil na konstruktywną wymianę talerzy (nie wspominając o pałeczkach, które latały pod niebem sufitu Piccolo, niczym myśliwce bojowe) i ziarno głębokiego oddechu dla każdego muzyka. Gdy finałowa eskalacja – wcześniej cudownie ozdrowiona - sięgnęła definitywnego szczytu, nasze uszy nadawały się już wyłącznie do wymiany. Wojna skończona! Daliśmy się wziąć do niewoli!

Noise forever & ever!





Poznań, 27.02.2017, Centrum Amarant. Adam Gołębiewski – perkusja, Tony Elieh – gitara basowa, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna.


****

Każdy koncert muzyki improwizowanej, to obok wrażeń czysto dźwiękowych, także ciekawa okazja do kontaktu z muzykami oraz … płytami, które ze sobą dotargali. Ta wspaniała okoliczność sprawiła, iż Pan Redaktor wszedł w posiadanie kilku płyt wyjątkowego wydawnictwa muzyki improwizowanej, wprost z Bejrutu. Label nazywa się Al Maslakh i … był już gościem Trybuny, przy okazji małego fjuczersa poświęconego innemu doskonałemu muzykowi z tamtej części świata – Mazenowi Kerbajowi. Tekst odnajdziecie właśnie tutaj - Al Maslakh .