Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Massimo Magee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Massimo Magee. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lipca 2024

The July’ Round-up: Linae! Costa! Alma Tree! Skerebotte Fatta! Cosmic Cluster! Magee! Constellative! de type inconnu! Chmiel! Kahn!


Zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną, to crème de la crème naszych werbalnych uniesień muzycznych! W tym roku ta zacna inicjatywa trochę kuleje (czas płynie zdecydowanie zbyt szybko!), ale lipiec będzie miesiącem, w którym ów fakt edytorski ma miejsce!

Przed nami dziesięć soczystych, mięsistych albumów jak zwykle z całego świata, choć tym razem przeważnie w wymiarze europejskim. W ujęciu gatunkowym dużo swobodnie improwizowanego jazzu, garść równie frywolnej kameralistyki, a na koniec trochę eksperymentów, zarówno elektroakustycznych, jak i … wokalnych. Będzie dużo Portugalii, trochę Belgii, Polski, Węgier, Anglii i Francji, a także trzy dalece międzynarodowe duety. Welcome!



 

Linae Continuum - Live at Smup (Phonogram Unit, DL 2024)

SMUP, Parede, Portugalia, 2023: João Almeida- trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado – perkusja. Trzy improwizacje, 44 minuty.

Międzypokoleniowe trio portugalskiego post-jazzu debiutowało fonograficznie całkiem niedawno. Teraz powraca z nagraniem koncertowym i zdaje się zaspokajać potrzeby zarówno miłośników free jazzu, jak i zwolenników swobodnej, ponadgatunkowej improwizacji. Muzycy świetnie budują dramaturgię, wchodzą w niekończące się, zwinne interakcje, osadzając opowieść na żywym, jazzowym groove, jaki kreuje perkusista.

Koncert składa się z trzech wielominutowych improwizacji, z których ta środkowa trwa pełne dwadzieścia minut. Minimalistyczna, kolektywnie lepiona na starcie opowieść dość szybko nabiera tu rumieńców. Perkusja szyje gęsty ścieg, dzięki czemu piano i trąbka mogą płynąć bardzo swobodnym strumieniem. Jeśli narracja syci się dynamiką, ekspozycja tria przyjmuje postać soczystego free jazzu, gdy muzycy hamują, studzą emocje, ich kameralistyka potrafi nabrać walorów wręcz post-klasycznych. Najdłuższa z improwizacji budowana jest niezwykle skrupulatnie, ma wiele faz, a każdy z muzyków możliwość do reprezentacji swej nieograniczonej kreatywności. Frazują na ogół czystym brzmieniem, a jeśli sięgają po dźwięki preparowane, czynią to w momentach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w trzeciej, pozornie najspokojniejszej opowieści wieczoru. Ale i ta historia ma swoje dynamiczne rozwinięcie, pięknie osadzone w tradycji muzyki free.

 


Hugo Costa/ Dirk Serries/ Friso Van Wijck Live At Oude Klooster Kapel Brecht (Subcontinental Records, CD 2024)

Oude Klooster, Kapel, Brecht, wrzesień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Friso Van Wijck – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 48 minut.

Kolejne dziś trio łączy Portugalię i Belgię, przy okazji zdaje się być pierwszym spotkaniem artystów w zadanej konfiguracji personalnej. Improwizacja ponownie balansuje pomiędzy free jazzem, a swobodną kameralistyką, wszakże nieosadzona rytmicznie, ani dynamicznie w kontekście gatunkowym, częściej dryfuje w kierunku kameralnym. Opowieść miewa momenty ekscytujące, nie unika wszakże chwil dramaturgicznego zastoju i pytań o dalszą drogę.

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, podzielonym na dwie wielominutowe ścieżki. Otwarcie, to duet saksofonisty i spokojnie usposobionego gitarzysty. Perkusjonalista wchodzi do gry po kilku minutach i zdaje się koncentrować na budowaniu tła, jakby bez ingerencji w ciąg przyczynowo skutkowy improwizacji. Muzycy sięgają zarówno po frazy czyste, jak i preparowane - wszystko osadzone jest jednak w głębokim pogłosie i niekiedy traci walory brzmieniowe. Po upływie kwadransa improwizacja zastyga w pozie post-balladowej, szczęśliwie gitarzysta sięga wtedy po smyczek i nadaje całości inny, ciekawszy wymiar. Kolejne fazy koncertu, to kilkuminutowa, perkusjonalna celebracja, a potem efektowne, niemal free jazzowe spiętrzenie, które rekompensuje tu wiele. Na etapie wytłumienia narracja osadza się na drobnych, ale bystrych interakcjach, przy okazji stając się drugim trakiem na dysku. Tym razem opowieść klei się dramaturgicznym dysonansem – saksofonista zdaje się brnąć w kierunku open jazzu, z kolei gitarzysta i perkusjonalista tłumią jego zapędy i szukają bardziej kameralnych rozwiązań. Znów wiele dobrego daje tu gitara, która udanie szuka akustycznego ambientu. Zakończenie jest kolejnym spiętrzeniem, ale tym razem dalece mniej intensywnym.



 

Alma Tree (Ra Kalam Bob Moses/ Vasco Trilla/ Pedro Melo Alves) Sonic Alchemy Suprema (Self-released, CD 2024)

CARA OJM Studios, Porto, maj 2022: Ra Kalam Bob Moses (kanał prawy), Vasco Trilla (środek), Pedro Melo Alves (kanał lewy) – wszyscy perkusja, instrumenty perkusyjne. W utworach 2, 5, 8, 13, 15: João Pedro Brandão – saksofon altowy i flet (środek), José Soares – saksofon altowy (kanał prawy), Julius Gabriel – saksofon tenorowy (kanał lewy). Piętnaście utworów, 56 minut.

Moses i Trilla nagrali płytę w duecie w roku ubiegłym i bardzo nam ona przypadła do gustu. W ramach kontynuacji współpracy doprosili do wspólnego muzykowania jeszcze jednego perkusistę i by całość ubarwić prawdziwie free jazzowym sosem – w kilku utworach jeszcze trzech saksofonistów. Efekt jest więcej niż bardzo dobry – prawdziwy kalejdoskopów polirytmicznego drummingu, narracyjnej zwiewności, kreatywności i nade wszystko świetnej zabawy. Album podzielono aż na piętnaście kilkuminutowych epizodów, zatem nudy nie uświadczymy tu choćby przez ułamek sekundy. Równie ciekawy jest układ przestrzenny – na flankach grają Alves i Moses, skoncentrowani na wielowymiarowym drummingu, z kolei na środku sceny posadowiony jest Trilla, którymi długimi fragmentami preparuje swoje instrumentarium – innym słowy uprawia nasz ulubiony no drumming percussion.

Album otwiera spokojny, trójwymiarowy drumming, która ubogacają podawane przez Trillę plamy rezonansu. Na podobnej zasadzie zbudowanych jest jeszcze kilka innych utworów, choćby wyważona czwórka, czy też dynamiczna dwunastka. W drugiej odsłonie płyty muzycy efektownie drżą i szeleszczą, a emocje budują saksofonowe drony. Goście pojawiają się także w części piątej i ósmej, nadając perkusyjnej narracji prawdziwie aylerowskiej melodyki. W kilku momentach albumu Moses nie tylko rytualnie bębni, ale także śpiewa. Tak dzieje się choćby w utworze trzecim i bodaj najlepszym na płycie – trzynastym, który zdaje się być mantrą tanecznej podróży. Na albumie mamy też trzy utwory, których tytuły noszą w sobie nazwiska muzyków. Tu lider inicjuje każdy z epizodów, a partnerzy wchodzą do gry na palcach i pięknie podłączają się pod główny wątek ekspozycji. Nagranie podsumowuje sekstet. Saksofony i flet śpiewają free jazzowe hymny. Strumień narracji jest zrównoważony emocjonalnie, ale ma swój rytm i intrygującą intensywność. Z czasem całość nabiera kolorytu, po czym zastyga w poczuciu dobrze zrealizowanego przedsięwzięcia artystycznego.



 

Skerebotte Fatta & Olgierd Dokalski Molting (Creative Sources, CD 2024)

Quality Studio, Polska, czerwiec 2023: Jan Małkowski – gitara elektryczna, saksofon altowy, Dominik Mokrzewski – perkusja oraz Olgierd Dokalski – trąbka. Siedem utworów, 48 minut.

Krajowy duet free jazzowy uderza po raz trzeci! Tym razem w formule rozszerzonej, jak to często bywa w przypadku working duetów. Przy tej okazji następuje jeszcze jedna zmiana – Małkowski sięga także po gitarę elektryczną i zdaje się, że w wymiarze czasowym gra na niej częściej niż na saksofonie. Każda zmiana bywa rozwojowa, zwłaszcza, gdy do stałego duetu sax & drums dochodzi drugi instrument dęty, ale czy służy efektowi końcowemu, to już pytanie retoryczne.

Początek albumu jest spokojny, post-jazzowy, z nutą barwionego dubem swingu na gryfie gitary. Ciekawie frazuje trąbka - nie wychodzi przed szereg, ale zdaje się zdobić każdy fragment opowieści. Narracja często staje się tu opowieścią duetu trąbka i perkusja, a ów zabieg nierzadkim zjawiskiem także dla innych epizodów płyty. W połowie drugiej odsłony do gry wchodzi saksofon, który w mgnieniu oka podrywa trio do free jazzowego lotu i sprawia, że emocje rosną jak słupek rtęci w trakcie upału. Podkreśleniem tego stanu rzeczy jest intensywna, ostra przebitka, która wypełnia część trzecią. Kolejne trzy utwory, to powrót gitary. Raz jest to jazzowa post-ballada, innym razem umiarkowanie dynamiczna jazda w estetyce … country and western, wreszcie garść intrygujących preparacji na dobrze zaciągniętym ręcznym. Album finalizuje najdłuższa, ponad 10-minutowa opowieść, która mieni się wszelkimi kolorami tęczy. Jej jakość buduje saksofonista i zmysł dramaturgiczny trębacza i perkusisty. Początek jest dość krzepką introdukcją trąbki i perkusji. Saksofon wchodzi na gry wyjątkowo wystudzony. Narracja interesująco rozwija się, sięga po kolejne, free jazzowe atrybuty, pachnie dobrym Aylerem na kilometr. W ramach wieloczęściowej kulminacji przez kilka chwil Skerebotte Fatta znów jest ognistym duetem sax & drums! I takim chcemy go zapamiętać!



 

Cosmic Cluster Live Ruin EP (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Szimpla Kert, Budapeszt, czas nieznany: Christopher Cox – amplifikowany puzon, loops, instrumenty klawiszowe, Heidrich – gitara elektryczna, Zoltán Kovács – kontrabas oraz Attila Gyárfás – perkusja. Pięć utworów, 42 minuty.

Czas na rzadki na naszych łamach wątek węgierski. Amerykański rezydent Budapesztu na amplifikowanym puzonie wraz z gronem rdzennych mieszkańców tamtych ziem zaprasza na intrygujący, psychodeliczny trip, który przynosi sporo emocji, dużo ciekawych brzmień i figur stylistycznych. Ów koncept muzyczny śmiało mógłby popłynąć w kierunku ekspresji godnej Die Like A Dog Petera Brotzmanna, gdyby muzycy kwartetu choć przez moment zechcieli stracić kontrolę nad strumieniem generowanych przez siebie dźwięków.

Swobodne otwarcie koncertu, budowane przez puzon na lekkim pogłosie, masywną sekcję rytmu i jazz-rockową gitarę, obiecuje tu wiele i zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku kwartet dowozi nam spory bagaż zadowolenia. Muzyka Cosmic Cluster z łatwością ucieka w bezmiar kwaśnego fussion, ale równie bezceremonialnie tłumi się i koncentruje na brzmieniowych niuansach. Potrafi nabrać gęstości, niemal namacalnej smolistości, ale też oddychać dubem, soczystym ambientem, odrobiną dramaturgicznego westchnienia. Szczególnie ciekawie robi się w dwóch ostatnich utworach, gdy rytmiczny, silnie brzmiący kontrabas zaczyna budować niemal polirytmiczną fakturę rytmu i nieść wszystko wprost w objęcia zdrowej psychodelii. Dalece ekspresyjne jest samo zakończenie albumu, implikujące retoryczne pytanie, czy cały koncert nie mógłby być tu jedną strugą ognistej, niekończącej się the way of no return. Warto taki wariant przerobić przy okazji kolejnej, równie udanej, improwizowanej wycieczki w nieznane.



 

Massimo Magee Live at the Paint Factory (Lurker Bias, Kaseta 2024)

The Old Paint Factory, Brisbane, Australia, grudzień 2023: Massimo Magee – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 23 minuty.

Artystyczne losy tego angielskiego saksofonisty śledzimy na bieżąco. Słyszeliśmy onegdaj fantastyczne trio, obcowaliśmy z kilkoma solowymi eksperymentami, teraz zaś czas na występ solowy, ale zagrany na setkę, bez eksperymentów, w okolicznościach koncertowych dalekiej Australii. Duża sala koncertowa, naturalny, niezbyt przyjazny pogłos, to trudna sytuacja dla instrumentu akustycznego. Magee dmie jednak w swój altowy przyrząd z dużą determinacją i plecie nam free jazz najwyższych lotów. Szkoda, że tylko przez 23 minuty.

Massimo zaczyna spokojnym, wyważonym strumieniem altowych fraz, nasyconych melodią i drobną dawką swingu, ale znamionujących burze, która może za chwilę nastąpić. Z dużą gracją i swobodą muzyk wpada w cyrkulacyjny trans i zdaje się pozostawać w nim niemal przez cały spektakl. Czasami zwalnia, incydentalnie nabiera powietrza, ale czyni to wyłącznie z pobudek dramaturgicznych. Potem rusza w tango z jeszcze większą dynamiką. Tańczy, śpiewa, pokrzykuje, nieznacznie tylko modyfikując tembr saksofonu. W połowie opowieści przez kilka chwil muzyk pnie się ku górze, preparuje, a potem hamuje z piskiem opon. Cyrkulacja rządzi sceną w Brisbane, a pierwsze przejawy finalizacji pojawiają się 3-4 minuty przez końcem. Muzyk nabiera powietrza w płuca i … serwuje nam pożegnalny wydech pełen emocji, krzyku i lekko zmutowanego brzmienia.



Constellative Trio Constellative Trio (Label Rives, CD 2024)

The Maison, Francja, czerwiec 2023: Gaël Mevel – violincello, Gianni Mimmo - saksofon sopranowy oraz Thierry Waziniak – perkusja. Jedenaście utworów, 43 minuty.

Constellative Trio, to bodaj najłagodniejsza propozycja w dzisiejszym zestawie – włosko-francuska, kameralna, delikatna w brzmieniu, chwilami bardzo melodyjna, choć w rzewny, dalece melancholijny sposób. Nie oznacza to jednak, iż nagranie pozbawiane jest emocji typowych dla muzyki swobodnie improwizowanej. Wręcz przeciwnie!

Opowieść na sopran, małą wiolonczelę i perkusję składa się z siedmiu rozbudowanych improwizacji oraz czterech miniatur (na ogół krótszych niż minuta), które sprawiają się wrażenie delikatnie zaaranżowanych. Improwizacje bazują często na post-barokowej figurze granej arco, smutnym, wystudzonym saksofonie i nerwowej perkusji, która raz po raz kruszy kameralne odium opowieści. Gdy Mevel przechodzi w tryb pizzicato narracja momentalnie nabiera post-jazzowej krwistości i intrygująco zagęszcza ścieg. Tak dzieje się choćby w trzeciej i piątej odsłonie. W szóstej sopran urokliwie preparuje i sieje rezonujące obłoki. Z kolei opowieści numer siedem i osiem to perełki w zestawie. Konsumują one wszelkie walory albumu – z jednej strony niesione są melodyką dęciaka i strunowca, która smakuje muzyka dawną, estetyką niemalże żałobną, z drugiej kryją w sobie nerw jazzu, wreszcie na etapie rozwinięcia pokazują nowe, jeszcze piękniejsze oblicze tria – mroczne, wystudzone, pełne podskórnych emocji. Dziesiąta improwizacja zaczyna się wyjątkowo leniwie, wręcz przynudza, ale później, bogacona soczystymi frazami każdego z artystów, zdaje się pretendować do miana jedno z najlepszych momentów albumu.




de type inconnu onze.correspondances (Elli Records, DL 2024)

CIRMMT, Montréal, sierpień 2023 i listopad 2021 (utwory 8,9,11): Sylvain Pohu - gitara elektryczna i elektronika oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa i elektronika. Jedenaście utworów, 36 minut.

Przed nami kanadyjskie spotkanie dwóch gitar – basowej i elektrycznej, rozsądnej porcji elektroniki i odrobiny pracy na rozbudowanych zestawach pick-ups. Jedenaście zgrabnych, nieprzegadanych improwizacji, które szukają zarówno intrygujących brzmień, jak i dramaturgicznych niuansów – w obu przypadkach ze świetnym skutkiem.

Album otwierają dwie chmury gitarowych sprzężeń, wokół których skwierczy elektronika. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej przybywa strunowych, niemal akustycznych brzmień. Wątek kontrolowanego frazowania na pograniczu akustyki kontynuuje odcinek drugi, ciekawie doposażony w rytm. W kolejnych opowieściach nie brakuje akcji definitywnie elektrycznych i elektronicznych, ale jakość nagrania tylko na tym zyskuje. Wylistujmy najciekawsze incydenty – elektroakustyczna gra na małe pola, śpiewne, na poły dynamiczne akcje post-fussion, dialogi szemrzącej elektroniki i roztańczonych, gitarowych przetworników, wreszcie garść soczystego, korpulentnego post-electro. Druga część albumu wydaje się nieco spokojniejsza – niesie ze sobą plamy ambientu, garść gitarowych subtelności, a także smakowicie brzmiące preparacje ze strony obu muzyków. Ostatnie dwie opowieści przynoszą spore porcje melodii. Najpierw duet rozśpiewanego basu i przesterowanej gitary rockowej, a potem pożegnalna post-ballada na dwa czysto frazujące strunowce.



 

Jacek Chmiel & Daniil Gorokhov Withering Rituals (Grisaille, Kaseta 2024)

Poschiavo, Szwajcaria, czas nieznany: Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls, cytra oraz Daniil Gorokhov – puzon basowy. Dwie improwizacje, 47 minut.

Dokonania Jacka Chmiela, elektroakustycznego post-perkusjonalisty (określenie własne redakcji), śledzimy na tych łamach na bieżąco. Tym razem proponujemy duet z bliżej nam nieznanym artystą Daniilem Gorokhovem i jego basowym puzonem. Dwie rozbudowane improwizacje skrzą się tu bezkresnymi paletami ciekawych brzmień, świetnie wkomponowanymi w całość nagraniami field recordings, bystrymi interakcjami i co ważne, całkowitym brakiem dramaturgicznych przestojów. Jeśli pierwsza z opowieści zdaje się być rodzajem pokrętnej medytacji, o tyle druga jątrzy, nie stroni od dynamicznych incydentów i dba o odpowiedni poziom adrenaliny u słuchacza.

Linearna, zwarta, subtelnie skonfigurowana pierwsza część koncertu przypływa do nas z oddali, niczym fale odrobinę wzburzonego oceanu. Wyważona post-elektronika, oddychający puzon i drobne pulsacje o syntetycznym odcieniu. W roli ozdobnika frazy cytry oraz śpiewających kul, których brzmienie zdolne jest przywrócić do świata żywych nawet tych najdotkliwiej umarłych. Te ostatnie, już po upływie szóstej minuty, pięknie wystudzają początkowy impuls życia improwizacji i sprowadzają ją niemal wyłącznie do wymiaru akustycznego. Dwudziestokilkuminutowa opowieść ma swoje mroczne, ale i bardziej słoneczne fazy, które podkreślają dźwięki przyrody – wiatru i lejącej się wody. Wiele dobrego wnosi tu puzonista, który czasami pracuje na pograniczu ciszy, ale raz za razem śle porcje preparowanych dźwięków. Druga opowieść, obok akcentów znanych już z części pierwszej, przynosi szczyptę zaskakująco dynamicznej elektroniki, a także frazy puzonu, który zdają się łapać zabłąkane porcje prądu elektrycznego. Gdy emocje rosną, do akcji znów wkraczają śpiewające kule i kładą nas na łopatki zabójczym suplesem. W końcowej fazie improwizacji w grze pojawiają się … dziecięce cymbałki. Opowieść umiera w potoku repetujących fraz obu artystów.



 

Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang I Smile When the Sound Is Singing Through the Space (Bandcamp’ self-release, CD 2024)

Ting Shuo Hear Say, Tainan, Taiwan, wrzesień 2023: Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang – głosy. Osiem utworów, 38 minut.

Amerykańskiego artystę Jasona Kahna znamy głównie z ujawnień elektronicznych. Tutaj spotyka się z artystką z dalekiego Tajwanu i proponuje nam improwizowany dwugłos, nasycony dźwiękami, które trudno czasami zakwalifikować do fraz wydawanymi ludzkimi narządami mowy. W trakcie ośmiu zgrabnie skonstruowanych opowieści bywa naprawdę frapująco, a porównanie całości do spotkania Phila Mintona i jego kobiecego odpowiednika zdaje się być nad wyraz intrygującą metaforą.

Kobieta mówi, deklamuje i sylabizuje, potem krzyczy i złorzeczy, w opozycji mężczyzna, który znęca się nad strunami głosowymi i wydaje onomatopeje w trybu tłumaczenia. Czasami artyści śpiewają imitacyjnie, innym razem wznoszą kocie lamenty, tudzież czynią tygrysie zaloty – pracują ich rzężące gardła i zdarte do krwi przełyki. W potoku niekończących się emocji natrafiamy także na garść odgłosów prawdziwie folwarcznych, nawet owadzich. Jeśli muzycy znów lamentują, to czynią to z dbałością o najdrobniejszą frazę. Jeśli słyszymy śpiewy żałobne, to i odgłosy tortur, jeśli kołysanki i mruczenia, to i mroczne frazy z najgłębszych pokładów przewodu głosowego. Jeszcze tylko chwila melodii i finał, w którym ona śpiewa, a on frazuje niczym zepsuta trąbka na nieistniejącym pogłosie.

 

 

wtorek, 7 marca 2023

The March Round-up: Xenofox! The Tape! Magee! C/W|N! Symbiotic Instruments! |fontAnna|! Sounding Society! Reviriego!


Marzec na tronie, zatem najwyższy czas, by pokazać światu nową zbiorówkę recenzji z naszą ukochaną muzyką improwizowaną!

Dziś na recenzenckiej tapecie osiem płyt, w tym trzy wydane jeszcze w starym roku, a reszta w obecnym. Pośród nich cztery dostępne są na poręcznych płytach kompaktowych, a kolejne cztery na zgrzebnych kasetach magnetofonowych. Fenomen renesansu tego ostatniego nośnika wciąż pozostaje dla redakcji nieodgadniony, ale nie jest to temat dzisiejszej rozprawki.

Naszą tradycyjnie ponadgatunkową podróż zaczniemy w Berlinie, gdzie będzie gęsto i całkiem elektrycznie. Potem czekają nas dwie wizyty w Zjednoczonym Królestwie, bardzo swobodne, niekiedy elektroakustyczne. Powrót do Niemiec, to spotkanie tria dalece międzynarodowego, które skupia się na subtelnościach preparowanej akustyki. W dalszej kolejności krótka wizyta w Kanadzie, w zakładzie ceramicznym i szybki powrót o Europy, który zagwarantują nam dwa albumy po części krajowe (z wątkiem kopenhaskim!), oba fragmentarycznie akustyczne. Marszruta tej zbiorówki dokona swojego żywota w Barcelonie, w zaskakująco elektronicznym wydaniu.

So, welcome to heaven & hell of improvisation! 



 

Xenofox  The Garden Was Empty (Audiosemantics, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, maj 2022: Olaf Rupp – gitara elektryczna oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 57 i pół minuty.

Doświadczony Niemiec i zaprawiony w bojach Austriak uszyli dla nas gęstą, najeżoną brzmieniowymi i dramaturgicznymi atrakcjami opowieść. Z jednej strony gitarzysta i jego elektryczna maszyna, która buzuje emocjami, sprzężeniami i przepięciami mocy, niekończącymi się plejadami flażoletów, czerpiąca inspiracje z post-rocka, psychodelii i szorstkiego ambientu, ale niestroniąca od drobnych, jazzowych zdobień. Z drugiej strony niebywale kreatywny perkusista, który na każdym etapie rozwoju improwizacji ma tysiące ciekawych pomysłów, a dopiero na samym końcu myśli o budowaniu rytmicznej i linearnej narracji. Pusty Ogród składa się z trzech umiarkowanie rozbudowanych opowieści, które udanie podprowadzają nas pod danie główne, trwające ponad 25 minut. Te ostatnie skomentowane zostaje dość krótkim epizodem przypominającym połamaną balladę udręczonych wędrowców.

Już pierwsza historia dostarcza nam moc wrażeń – tworzą ją kłęby gitarowych sprzężeń, niepozbawionych kwaśnego posmaku i połamane frazy perkusji, która gra całym swoim arsenałem, ale nie ułatwia zadania gitarzyście prostymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Początek drugiej odsłony, to perkusjonalne drobiazgi i post-ambientowe wyziewy gitary. Muzycy zdają się dawkować nam tu emocje, ale i tak pakiet zdarzeń, jakie nam serwują, bywa trudny do ogarnięcia za pierwszym podejściem. Mamy wrażenie, że cała historia improwizowanego rocka zostaje tu przefiltrowana przez kreatywny drumming, którego kierunki działania bywają nieodgadnione. W trzeciej części gitara łyka coraz większe porcje psychodelii, brzmi jakby była rozstrojona, perkusja stoi zaś w miejscu i zagęszcza ścieg narracji. Czwarta, rozbudowana improwizacja ma wiele faz i odcieni. Usiany drobiazgami początek pachnie post-bluesem, potem narracja sprawia wrażenie przednówka całkiem ekspresyjnej, rockowej opowieści. W połowie ekspozycji muzycy zmyślnie gubią tropy i zapraszają nas na oniryczne dywagacje brzmieniowe, pełne metalicznego rezonansu i pytań o kierunek dalszej drogi. Zakończenie tej części albumu syci się niezłą dynamiką, pachnie post-rockiem, ale w jego trakcie brzmienie gitary niespodziewanie łagodnieje. Ostatnią improwizację buduje pewien dysonans. Drummer pracuje tu na niezłej dynamice, z kolei gitarzysta szuka drobnych, zaskakujących formuł brzmieniowych, preparuje i bawi się post-ambientem. W ostatecznym rozrachunku ten pierwszy przyjmuje reguły gry tego drugiego.



Dunning/ Taylor/ Thompson  The Tape (A New Wave Of Jazz, kaseta/DL 2022)

A New Wave Of Jazz Festival, Hundred Years Gallery, Londyn, luty 2020: Graham Dunning – działania elektroakustyczne (turntable, dubplates & spring reverbs), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 30 minut bez kilkunastu sekund.

W kategorii brytyjskich improwizatorów średniego pokolenia, The Tape to niemal spotkanie na szczycie! Świetnie nam znani mistrzowie minimalistycznej akustyki, Taylor i Thompson, spotykają tu Dunninga, mistrza nieoczywistych konfiguracji nieakustycznych. Krótkie zwarcie koncertowe mieni się tysiącami barw, ale też po raz kolejny udowadnia, iż prawdziwa nić porozumienia między dźwiękami syntetycznymi i akustycznymi nawiązuje się na poziomie wytłumionych, bliskich ciszy igraszek fonicznych.   

Początkowy strumień narracji formuje się ze szmerów i pojedynczych dźwięków strunowych oraz elektroakustycznej smugi dość już gęstych fonii. Altówka skupia się na drobnych, ale na ogół preparowanych frazach, gitara z kolei swój konceptualny minimalizm wtłacza w ramy zachowań repetytywnych. Po upływie kilku minut pierwsze, dość hałaśliwe fragmenty koncertu urokliwie przepoczwarzają się w subtelne frazowania, którym niezbyt daleko do ciszy. Duża w tym zasługa mistrza syntetyki, który tłuste zwoje szumów zamienia na drobne, usterkowe didaskalia, doposażone w ambientowe tło. Muzycy bez trudu łapią porozumienie i kreują coraz bardziej intrygujące sytuacje sceniczne. W połowie koncertu pojawiają się nowe elementy – struny zgrzytają, elektroakustyka rezonuje, a potem pulsuje. Altówka trwa przy frazach preparowanych, gitara tyka jak zegar ścienny. Z tego oceanu drobiazgów artyści formują narrację, która nie jest pozbawiona znamion rytmu. Akcja zaczyna tu gonić akcję! Altówka idzie w taniec, gitara, choć ma nieco wolniejszy metabolizm, także ochoczo podryguje, a post-elektronika dba o całą resztę. W okolicach 25 minuty flow gaśnie aż do poziomu ciszy. Nowe wątki są teraz wyjątkowo filigranowe, choć maszyneria Dunninga przypominać zaczyna swoje bardziej głośne oblicze, znane z początku koncertu. Zakończenie spektaklu przychodzi wyjątkowe nagle, jakby ktoś przez przypadek zgasił światło.



Massimo Magee  The Contemporary Jazz Clarinet Of Massimo Magee And His Rhythm (Falt, kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce akcji nieznane: Massimo Magee – klarnet, feedback mixer. Dwie kompo-improwizacje, 40 minut.

Rezydujący w Londynie Australijczyk należy do grona niezwykle kreatywnych i poszukujących saksofonistów i klarnecistów współczesnej muzyki improwizowanej. Jego działania artystyczne nie koncentrują się jednak na tzw. rozszerzonych technikach wydawania dźwięku, muzyk częściej bowiem zajmuje się twórczą dekonstrukcją dźwięków już wyprodukowanych przez żywy instrument. Czyni tak choćby poprzez stosowanie zaawansowanych metod i narzędzi ich rejestracji, a w przypadku swej najnowszej płyty solowej – poprzez użycie tzw. miksera dźwięków powracających (ponoć słowa feedback nie powinno tłumaczyć się na język polski). Efekt jego pracy jest bardziej niż intrygujący, choć w warstwie fonicznej niekiedy dość wymagający. Ale najlepszy na tym albumie jest sam tytuł. Ciekawe, czy był w stanie wprowadzić kogoś w błąd? Chcielibyśmy zobaczyć minę tego delikwenta!

Pierwsza improwizacja (z pewnością dalece predefiniowana) koncentruje się na klarnetowych pół melodiach, którym towarzyszą elektroakustyczne frazy, z jednej strony przypominające usterkową elektronikę, z drugiej budujące warstwę rytmiczną, którą można przy pewnej dozie tolerancji nazwać mianem drum’n’bass. Żywy instrument sięga tu także po dźwięki mniej oczywiste, kreśli małe drony i delikatnie preparuje, ale osią narracyjną jest ów fikuśny feedback, który zdaje się raz za razem płatać drobne figle. Ta część albumu ma nieco performatywny charakter i częściej sprawia wrażenie eksperymentu. Dużo ciekawiej jest w trakcie drugiej, równie rozbudowanej improwizacji. Tu maszyna feedbackowa bierze na swe barki ciężar prowadzenia narracji. W pierwszej fazie jej frazowanie świetnie koreluje z podmuchami szorstkiego powietrza z tuby klarnetu. Oba źródła dźwięku generują fonie o podobnej intensywności, pracują w podobnym rytmie i sycą się post-industrialną estetyką. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu dość często. Mamy kolejne wątki usterkowe, a może nawet plądrofonicznie, także garść akcentów rytmicznych, gdy feedback pracuje niczym metronom, a na finał dostajemy się w strugę gęstego noise power electronic.



 

C/W|N  Thirty Nine Fifty Five (Acheulian Handaxe, CD 2022)

MUG, Einstein Kultur, Monachium, wrzesień 2021: Dušica Cajlan – piano preparowane (extended), Georg Wissel – saksofon altowy (augmented) oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny (extended). Dwie improwizacje, 40 minut.

Po sporej dawce elektryczności i elektroakustyki czas na porcję dźwięków stuprocentowo akustycznych. Do świata subtelnych, wytłumionych, niekiedy ekstremalnie cichych fonii zaprasza nas międzynarodowe trio, które koncertowało onegdaj w stolicy Bawarii. Płyta mieni się masą urokliwych, fantastycznie brzmiących dźwięków, ma świetną dramaturgię (emocje miewają tu naprawdę wysokie wzniesienia!) i nie ma w jej trakcie momentu, w którym recenzent mógłby wyrazić zdanie odrębne. Przepyszne nagranie!

Improwizacja od startu budowana tu jest z drobnych, precyzyjnie konstruowanych fraz. Suche podmuchy z tuby saksofonu, przedmioty szeleszczące na fortepianowych strunach i filigranowy, ale głęboki drumming. Opowieść narasta bardzo powoli, syci się drżeniem strun, dłuższymi frazami dętymi i fikuśnymi rysunkami na glazurze perkusyjnego werbla. Z czasem pianistka częściej korzysta z uroku fortepianowej klawiatury, a w grze drummera pojawia się coś na kształt minimalistycznego rytmu. Narracja raz na kilka minut na swoje drobne wzniesienie, które muzycy pokonują z wyjątkową gracją, po czym wracają do żmudnego kreowania kolejnego wątku. Tuz przed 20 minutą seta zasadniczego efektowne pasaże na niezłej dynamice śle nam pianistka, po czym trio zanurza się w oceanie filigranowych inside sounds. Rozkołysana post-ballada wieńczy ten fragment nagrania. Koncertowe encore trwa tu ponad 10 minut i kreowane jest z jeszcze większą pieczołowitością. Najpierw akcenty percussion z wnętrza fortepianu i werbla, potem saksofonowe oddechy. Artyści w tej części koncertu zdają się być najbliżej ciszy. Potem wpadają w subtelny trans – delikatnie szarpane struny piana, rezonujące śpiewy z werbla i saksofonowe dysze w swobodnych pląsach. Na koniec pianistka powraca na klawiaturę, podczas gdy jej partnerzy budują wieńczące dzieło, pęczniejące drony.



Roxanne Nesbitt/ Ben Brown/ Marielle Groven  Play Symbiotic Instruments (Small Scale Music, kaseta/DL 2023)

Afterlife Studios, Vancouver, kwiecień 2020-maj 2021: Ben Brown – perkusja i ceramiczne perkusjonalia, Roxanne Nesbitt – kontrabas oraz Marielle Groven – fortepian, przedmioty ceramiczne. Siedem utworów (kompozycji własnych), 35 minut z sekundami.

Trójka muzyków z Kanady przygotowała dla nas kompozycje własne, które znajdują dużo przestrzeni dla swobodnych improwizacji, pełnych dźwięków preparowanych i … brzmień ceramicznych. Te ostatnie definitywnie bogacą foniczny wizerunek całości, ale można odnieść wrażenie, że są ważniejsze od ekspresji wykonawczej i typowo muzycznych emocji. Największy wszakże problem z tym nagraniem jest taki, iż pomysłu dramaturgicznego starcza tu na trzy, może cztery utwory. Choć sam początek albumu wiele tu obiecuje.

Artyści pieczołowicie podają temat pierwszego utworu i dość szybko przechodzą do fazy swobodnych improwizacji. Dobrze uformowana melodyka i dynamika nagrania sprzyjają tu konstruowaniu intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego instrumentu. Drugą opowieść otwiera intro perkusyjne, które skrzy się delikatnym brzmieniem obiektów ceramicznych. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a muzycy snują wystudiowaną, post-jazzową narrację, która nie stroni od kameralnych klimatów. Znów kreują ciekawe brzemienia, ale w tej nieco ilustracyjnej opowieści zdecydowanie brakuje zachowań bardziej ekspresyjnych. Melodyka trzeciej opowieści zdaje się być nieco przesłodzona, ale wiele rekompensuje tu wyjątkowo smakowita faza improwizacji, z dużą ilością rezonujących, post-perkusjonalnych dźwięków. W każdej kolejnej odsłonie albumu dominacja akcji perkusjonalnych (także ze strony piana), bazujących na przedmiotach ceramicznych, stwarza niebanalne sytuacje dramaturgiczne, ale nie implikuje powstawania przemyślanych struktur narracyjnych. Opowieści na ogół bazują tu na zadanej strukturze rytmicznej, chwilami pachnąc wręcz rockową ornamentyką (choćby w utworze szóstym). Ostatnia część płyty, to niemal wyłącznie perkusjonalne zdarzenia, tu wszakże doposażone w intrygujące dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie do końca rozpoznać.



 

|fontAnna|  Voicollages (Requiem Records, CD 2022)

Prawdopodobnie Bydgoszcz, czas akcji nieznany: Anna Niestatek – głos i kompozycje. Jedenaście utworów, 30 minut.

Oddajemy się na pełne dwa kwadranse we władanie kobiecego głosu, który śpiewa, melorecytuje lub recytuje, pokrzykuje i złorzeczy, szepta nam do ucha tajemnicze słowa, tudzież zabiera swym szamańskim zaśpiewem w podróż, która nie przewiduje drogi powrotnej. Artystka z tych wszystkich wątków plecie nam jedenaście wokalnych kolaży, którymi potrafi wzbudzać doprawdy niebywałe emocje. Bywa, że mówi do nas stonowanym dwugłosem, bywa, że krzyczy anielskim chórem tysiąca gardeł, z których tylko niektóre niosą dobrą nowinę.

Pierwszy głos szepcze, drugi snuje leniwą wokalizę, trzeci gdacze, a czwarty podśpiewuje – wszystko z nabożną niespiesznością łączy się tu w wielogłos inicjacyjny, z którego wykluwa się śpiew z tekstem przypominający mniej mroczne nagrania Dead Can Dance. Zaraz potem folkowy loop szyje dramaturgię, a towarzyszące mu głosy nerwowo pokrzykują lub cedzą słowa. W trzeciej odsłonie zalotny wielogłos, początkowo zatopiony w ciepłej mgle, wpada w kompulsywny taniec z dużą porcją melodii i frywolności. W czwartej jawi się nam prawdziwie arabski epizod – to dwugłos o matowym, zabrudzonym tembrze. W piątym opowiadaniu zgrabnie sklecony wielogłos startuje z samego dna świata, chce sięgnąć iluzorycznego nieba, ostatecznie przypomina jednak senne koszmary. W szóstym z kolei toniemy w mrocznych szeptach gromady pielgrzymów modlących się o deszcz. Siódma część wydaje się bardzo fizyczna, przypomina oddech w trakcie testu wysyłkowego, który szczęśliwie łapie folkowy rytm i eksploduje wyrafinowaną ekspresją. Ósmy epizod zdaje się być wyłącznie werbalny – krzyki, mroczne słowa i mglista poświata kreślą tu rytuał zapomnienia. W kolejnych częściach czeka nas dramaturgiczny kontrapunkt – na kilka chwil przenosimy się na targ rybny w Stambule, a zaraz potem zanurzamy po czubek nosa w kolejnym sezonie Twin Peaks. Ostatni odcinek podróży pokonujemy w dużym skupieniu. To rodzaj modlitwy, a może poranne przekomarzania z ukochaną osobą - wszystko rozpływa się tu w onirycznej mgle.



Sounding Society  Homecoming Medley or Society Into Sound (Gotta Let It Out, CD 2023)

AliceCPH, Kopenhaga, kwiecień 2021: Tomo Jacobson – kontrabas, midi ribbon, gypsy rose, Rasmus Kjær Larsen – melotron, nord lead, Ylenia Fiorini - gongi, inne uzdrawiające instrumenty oraz Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, rożek barytonowy, OP-Z, shruti box. Jedna improwizacja w czterech częściach, niespełna 40 minut.

Tomo Jacobson i Szymon Gąsiorek powracają! Już nie jako duet Wood Organisation, ale w tkance czteroosobowej i opowieści bogatej w wydarzenia, intrygująco kwaskowej i niebanalnie zinstrumentalizowanej. Jeśli wersja duetowa budziła pod piórem recenzenta drobne ambiwalencje, to Brzmieniowe Towarzystwo godzi je wszystkie i definitywnie zasługuje na wysoką ocenę. Album z długim tytułem, to czterdzieści bezbolesnych minut liquid trip po bezdrożach ponadgatunkowej improwizacji.

Na delikatnie rozmytą w czasie i przestrzeni aurę otwarcia składa się tu szum elektroakustycznych urządzeń w pozie stand-by, brzęczące struny kontrabasu, perkusjonalne świecidełka i bogate, ambientowe tło. Klimat neo-hippisowskiej post-psychodelii w leniwej strudze zachodzącego słońca. U progu drugiej odsłony nieprzerwanego strumienia dźwięków pojawia się wyraźny sygnał basu do aktywizowania działań kreatorskich. Odzew początkowo tli się niemal metafizycznymi wątpliwościami, ale po chwili aktywizują się perkusjonalia, które płyną całą szerokością sceny, tworząc niekończącą się przestrzeń filuternego drum’n’bass. W tle dzieje się wiele ciekawego, a na froncie bas wchodzi w stadium dość ożywionej improwizacji. Spowolnienie narracji jest tu przy okazji początkiem trzeciej części. Bas milknie na moment, a nowe rozdanie smakować zaczyna tłustą, afrykańską polirytmią. Pojawia się barytonowy rożek i kolejne plejady intrygujących dźwięków. Kwartet przypomina teraz małą orkiestrę, która systematycznie nabiera dynamiki. Wejście w ostatni epizod wyznacza tu fazę elektronicznego zamętu i zabawy w post-syntetyczną usterkowość. Opowieść przez moment lewituje. Szczęśliwie powraca bas i w mgnieniu oka porządkuje dramaturgię. Jego groove jest mięsisty i ciągnie opowieść mimo pasywnej postawy perkusjonalii. Pojawiają się syntezatorowe melodie płynące z jasnej strony księżyca. Końcowe trzy minuty improwizacji unaoczniają trud skutecznej finalizacji. Garść slapstickowych akcji pozwala jednak artystom osiągnąć zamierzony koniec tuż przed upływem czterdziestej minuty.



Àlex Reviriego  Leukolenos (Crystalmine Records, kaseta/DL 2023)

Barcelona, okoliczności domowe, jesień-zima 2020: Àlex Reviriego - Yamaha Electric Organ, Dreadbox NYX, inne urządzenia elektroniczne. Siedem utworów, 42 minuty.

Reviriego znamy przede wszystkim jako niezwykle kreatywnego kontrabasistę, ale czasy pandemii mają swoje prawa. Otóż w zaciszu domowym, w trakcie pierwszego lockdownu, muzyk zbudował swoją pierwszą w pełni elektroniczną ekspozycję. Instrumentalną bazą jego prac są tu elektryczne organy, których barwy brzmieniowe zdają się nie mieć końca, a całość narracji zgrabnie uzupełniają wielowątkowe elektroniczne zdobienia. Muzyk tym nagraniem nie wywołuje rewolucji w gatunku, ale jego nieprzegadanej opowieści słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Pierwszą opowieść budują dwa wątki – siarczysty dron post-noise i śpiewne, szare tło ambientowe. Dramaturgia rośnie tu z każdą pętlą narracyjną, sprawiając, iż nagranie w fazie finalnej świetnie nadaje się na soundtrack do haloweenowego horroru. Dla przeciwwagi drugi epizod szyty jest krótkimi, niemal usterkowymi frazami. Pojawiają się basowe wtręty, a gęsto usianym incydentom post-hałasu towarzyszy wysoko zawieszony, pulsujący background. Całość nabiera z czasem posmaku minimal electro. W trzeciej części muzyk powraca do długich pasaży dźwiękowych. Organowy ambient formuje się tym razem w soczysty chill-out. Czwarta opowieść przypomina nieco pieśń otwarcia - dwa powłóczyste wątki, dużo szorstkich braw i coraz mroczniejszy klimat. Na zakończenie wszystko zostaje skomentowane czystymi frazami organów. Na początku kolejnej części znów mała plądrofonia - potem opowieść buduje się długimi frazami, które zdobią małe porcje siarczystego hałasu. Przedostatnia narracja wydaje się być wyjątkowo nerwowa. Pulsacje i usterki kreują tu klimat, w którym nie ma nadziei na światełko w tuneli. Wreszcie finał albumu, bardziej stonowany, to melodyjne farewell, z czystą barwą organów i wysokimi pasmami ambientu.



piątek, 15 lipca 2022

Magee! White Eyes! Fages & Chambel! Kiełbasa & Papierz! Süß! Staraya Derevnya! Jean D.L.! The Crazy July Round-up!


Połowa miesiąca, to idealny moment na prezentację comiesięcznej zbiorówki recenzji świeżych płyt, które w kilku ostatnich tygodniach przetoczyły się przez liczne odtwarzacze redakcji. Dziś słodka siódemeczka, jak zwykle gigantyczny rozstrzał stylistyczny, dużo emocji i kilka pytań o granicę pojęcia muzyka improwizowana! Free jazz, swobodna improwizacja z post-folkowym posmakiem, elektroakustyka, siarczysta elektronika z saksofonem, głosowe eksperymenty dźwiękowe, garść ponadgatunkowego transu, a na koniec wielki festiwal sampli!

Zaczynamy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, choć pod flagą amerykańską, potem Francja, Katalonia, Polska, Niemcy, post-rosyjski wszechświat Izraela i UK, a na koniec Belgia, ale także wyjątkowo multikulturowa! 

Welcome to the Free World of Everything!

 


Massimo Magee  Toneflower (577 Records, CD 2022)

Na początek dzisiejszej podróży solowy występ Massimo Magee - jednego z najciekawszych aspirujących saksofonistów średniego pokolenia, muzyka pochodzącego z Australii, ale rezydującego w Londynie (tu saksofon altowy i … talerz). Nagranie zrealizowano przy wykorzystaniu mikrofonów kontaktowych (Londyn, kwiecień 2021 roku). Pięć improwizacji, 36 minut i kilkanaście sekund.

Podana wyżej uwaga dotycząca techniki rejestracji dźwięku wydaje się w wypadku albumu Toneflower dość istotna. Muzyk dmie w saksofon, a obok niego usytuowany jest talerz, który podmuchami z tuby wprowadzany jest w stan drżenia. Mikrofonowy kontaktowe zbierają tu wszystko, także dźwięki samej dynamiki ruchu instrumentu, generując intrygujące echo, które początkowo przypomina rozhuśtany gamelan, potem zdaje się już żyć z każdym dźwiękiem wydawanym przez alcistę. A ten od startu do mety swej niedługiej solówki udowadnia, iż komplement, jakim obdarzyliśmy go w pierwszym zdaniu recenzji jest całkowicie uzasadniony.

Pierwsza i czwarta improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i są solą tego albumu. Obie muzyk zaczyna bardzo spokojnie, skrupulatnie lepi frazę za frazą, aż do momentu, gdy łapie pętlę narracji za rogi i zaczyna z nią tańczyć. Od razu wpada w oddech cyrkulacyjny i rozpoczyna mantrę, która mogłaby nie mieć końca, gdyby nie pojemność nośnika fizycznego, tudzież artystyczna wstrzemięźliwość improwizatora. Echo pracuje wraz z nim, czasami piętrzy się wraz z flow altu, czasami tylko wtóruje kolejnym podmuchom z tuby saksofonu. Muzyk udanie dawkuje tempo, potrafi w nieprzerwany ciąg dźwięków wplatać oddechy pełne nostalgii i cierpiętniczej post-melodii. Dodatkowy efekt zapewniają wspomniane mikrofony, sprawiające, iż dźwięk altu zaczyna się multiplikować. Jeśli w pierwszej z tych długich wypowiedzi Massimo zdaje się czerpać ze skarbnicy doświadczeń Evana Parkera, to w drugiej z nich bliżej mu do szorstkości i pewnej bezkompromisowości Anthony’ego Braxtona, zwłaszcza z okresu For Alto. W trzech pozostałych improwizacjach (2-4 minuty) muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego, skupia się na budowaniu zwartej narracji, nie stroni od melodii i pewnych jazzowych naleciałości, a także post-folkowych faktur brzmieniowych. Finałowa narracja początkowo brzmi jak kołysanka, ale muzyk bez trudu znajduje swój step i zaczyna krążyć wokół niego, niczym ćma wokół lampy.

 


Isabelle Duthoit, Daniel Lifermann & Thierry Waziniak  White Eyes (Intrication, CD 2022) 

W mgnieniu oka pokonujemy kanał La Manche i lądujemy we Francji (2019 rok, dokładnie miejsce nieznane). Przed nami nagranie koncertowe tria w składzie: Isabelle Duthoit – głos i klarnet, Daniel Lifermann - japoński flet zwany shakuhachi oraz Thierry Waziniak – instrumenty perkusyjne. Siedem swobodnych improwizacji, 54 i pół minuty.

Centralną postacią nagrania jest bez wątpienia francuska wokalistka, która incydentalnie, bodaj w jednym fragmencie, sięga po klarnet. Jej możliwości głosowe zdają się nie mieć żadnych ograniczeń – od śpiewu, przez akustykę fizjologii, po zmysłowe preparacje. Duthoit czyni tu momentami cuda, a rola jej partnerów sprowadza się niekiedy do udanego akompaniamentu. Flecista skupia się na pewnej pokrętnej melodyce, z kolei perkusjonalista długo karze nam czekać na bardziej ekspresyjne zachowania. Mamy w trakcie koncertu (stanowiącego jednolity strumień dźwiękowy) wiele niebywałych zdarzeń akustycznych, ale też nie wszystkie improwizacje przykuwają uwagę odpowiednią dramaturgią i czasem trwania (skrócenie koncertu o kwadrans dobrze zrobiłoby całemu albumowi).

Każda z siedmiu części budowana jest z niebywałą pieczołowitością. Z racji korzystania z dalekowschodniego instrumentu improwizacje brzmią niekiedy neo-folkowo, czasami z uwagi na skalę powtórzeń przypominają mantrę w klimacie błogich lat 60. ubiegłego stulecia. Zawsze jednak naznaczone są piętnem jakości generowanym w gardle wokalistki, zwłaszcza, gdy ta wchodzi w wysoce reaktywne dialogi (choćby w drugiej części z fletem, czy w czwartej z perkusjonaliami). Jeśli narracja nabiera większej dynamiki, jakość nagrania ewidentnie rośnie. Dobrym przykładem może być zakończenie części trzeciej, efektowne wzniesienie w części piątej, wreszcie sam finał koncertu, który spoczywa na ekspresyjnych perkusjonaliach. Najlepszym momentem koncertu wydaje się być odsłona czwarta. Zaczyna ją gwizd Isabelle, niemal sowie pohukiwanie, które zaprasza do budowania intrygująco nerwowej improwizacji. Dobrze kreowane emocje prowadzą nas w polirytmiczne rytuały śpiewu, kolorowych perkusjonalii i roztańczonego fletu. W części szóstej pojawia się klarnet, ale nagranie zbyt intesywnie pachnie muzyką world. Z kolei finałowa improwizacja, nim przejdzie we władanie perkusjonalii, zdobiona jest plejadą tajemniczych fraz - być może Duthoit stara się jednocześnie podśpiewywać i grać na klarnecie.

 


Ferran Fages & Pedro Chambel  Os Passos Seguem Como Um Espelho (Fractal Sources, CDr 2022)

Czas na obiecaną elektroakustykę! Ferran Fages na akustycznych gramofonach (acoustic turntable) oraz Pedro Chambel na saksofonie altowym, głosie i elektronice. Trzy improwizacje trwają tu niespełna 38 minut (czas i miejsce powstania nieznane).

Pierwsze dźwięki nagrania są niemal filigranowe. Coś rezonuje, coś płynie strugą szorstkiego ambientu, gdzieś leje się woda. Mroczny, elektroakustyczny galimatias lepi się jednak w zwartą narrację, która często bazuje na repetycji. W splocie zdarzeń dobrze słyszymy dźwięk preparowanego saksofonu, którego tuba pełna jest przedmiotów zniekształcających jego brzmienie. Po czasie wszystko przypomina tu post-industrialny, ale jakże żywy chrobot. Druga improwizacja jeszcze bardziej nabiera meta rytmicznej struktury. Szumy, szelesty, onirycznie rezonujące frazy przypominają tu trochę soundtrack do surrealistycznych kreskówek. Dźwięki żywe i syntetycznie koegzystują niemal w idealnej symbiozie, a całość zdaje się charakteryzować pewną transowością godną post-techno, z basowymi mikro pulsacjami, ale pozbawioną typowego beatu.

Trzecia improwizacja nabiera rumieńców już od samego startu. Wspomniana wyżej elektroakustyczna równowaga ulega pewnemu zachwianiu, w stronę fraz bardziej syntetycznych. Tuba saksofonu syczy, elektroniczne zdobienia lepią się do siebie, a improwizacja nabiera nieco industrialnego brzmienia. Z czasem pojawiają się w niej akcenty niemal plądrofoniczne. Z jednej strony dron szumów, z drugiej hałaśliwe zgrzyty syntetyki. Narracja znów jednak jest umiarkowanie spokojna i nie sprawia wrażenia przypadkowej. Samo zakończenie wydaje się może nieco challangowe dla mniej wprawionego słuchacza, ale i tak broni się artystycznie.

 


Michał Kiełbasa & Aleksander Papierz  Movements (Antenna Non Grata, CD 2022)

Trafiamy wreszcie na krajowy ogródek: Michał Kiełbasa - syntezatory, lyra8 oraz Aleksander Papierz – saksofon z elektronicznymi przetworzeniami. Nagrane na żywo …. w studiu Antisound, Tarnowskie Góry, sierpień 2021. Cztery utwory, 44 i pół minuty.

Porzucamy wysublimowaną elektroakustykę na rzecz gęstej, hałaśliwej, post-industrialnej elektroniki, barwionej brzmieniem saksofonu, nie dość, że mocno zanurzonego w pogłosie, to jeszcze toczącego nieustanną walkę ze zjednoczonymi siłami masywnej, krwiożerczej syntetyki. Efekt bywa chwilami groźny, przekaz naprawdę intensywny (przy okazji dostrzegamy inspiracje klasyką gatunku, choćby Throbbing Gristle, czy Coil), wszakże jako całość nagranie duetu broni się całkiem dobrze i nawet dla niestowarzyszonych potrafi być dalece intrygujące.

Od pierwszej sekundy zaatakowani zostajemy podmuchem gęstego, gorącego powietrza. Pętla syntetycznego strachu składa się z wielu warstw i nie odpuszcza do samego końca tego szalonego tripu. Po kilku nawrotach repetytywnej narracji, w tym tyglu hałaśliwych fake sounds zaczynamy słyszeć żywy dźwięk saksofonu. Jego brzmienie jest szorstkie, też gęste i niedelikatne. W trakcie drugiej opowieści w pionie trzyma nas basowa pulsacja. Saksofon, zanurzony w chmurze elektroniki, klei tu nieco lżejsze frazy, czasami brzmi niczym psycho-rockowa gitara. Ów dość jednolity chrobot złych mocy systematycznie nabiera masy. Najciekawiej zdaje się brzmieć trzecia historia. Trochę pokiereszowanego ambientu, pulsacje czegoś, co brzmi niczym zepsute elektronarzędzia i tajemnicze, akustyczne dźwięki, które są efektem preparacji saksofonu – to prawdopodobnie uderzenia po korpusie, tudzież bezdźwięczna praca dysz. Flow nabiera intensywności, ale i tak sprawia wrażenie, jakby lał się przez ręce. Na zakończenie saksofon wręcz śpiewa, a warstwa syntetyki kłębi się w sobie, jakby chwilowo zdejmowała nogę z gazu. Finałowa opowieść najpierw obiecuje dużo subtelności – syntezatorowe odpryski fonii, małe pulsacje, szemrząca plądrofonia, saksofon delikatnie nucący smutne melodie. Po chwili elektronika rusza jednak do boju zdwojonymi siłami. Gęsta, ołowiana magma hałasu kontrastowana jest dętymi ornamentami i dopiero pod koniec formuje się w strumień bardziej przyswajalnej fonii.

 


Lara Süß  Unterwasser (Antenna Non Grata, CD 2022)

Lara Süß - głos i tzw. obiekty, tu często o bardzo perkusjonalnym brzmieniu - proponuje nam sześć impro-kompozycji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami. Wszystko nagrane w warunkach domowych (z wykorzystaniem mikrofonów binuarnych), w miejscu na końcu świata (tu niemieckiego południa), które zwie się Unterwasser (czas powstania nieznany).

Pierwszy solowy album niemieckiej artystki składa się z otwarcia, trzech części zasadniczych, zamknięcia i … bonus tracka. Rzeczone otwarcie i zamknięcie, to zdaje się nagrania terenowe – szum wiatru, drżenie ziemi i głos recytujący tekst. Z kolei utwór dodatkowy bazuje na śpiewie. Wokalistka buduje melodię i klimat muzyki dawnej, jest w tym dziele dość cierpliwa, ale z czasem zaczyna modulować swój głos i preparować dźwięki. W sam koniec brzmi niczym kukułka na dużym pogłosie.

Trzy zasadnicze utwory albumu przynoszą nam już bardziej skomplikowane narracje. W pierwszym z nich artystka prezentuje szeroką gamę swoich możliwości głosowych – szepcze, syczy, rzęzi, piszczy, niektóre jej frazy zdają się przypominać post-beat box, inne zapomniany scat. W tym kalejdoskopie zdarzeń równie efektownie prezentują się brzmienia tzw. obiektów. Dużo w nich akcentów perkusjonalnych, ale też dźwięków, które starają się podążać za narracją wokalną. W kolejnej opowieści artystka pracuje z naturą - przelatujące ptactwo, szum wiatru i kobiecy głos. Wszystko jest tu jednak miksowane - ptasie frazy repetują, a głos multiplikuje się bardzo efektownie. Trzecia z zasadniczych narracji albumu początkowo koncertuje się na preparowaniu dźwięków rzeczonych obiektów. Trochę mechaniki, krótka lekcja tarcia i szorowania. Głos funkcjonuje w podobnych okolicznościach czaso-przestrzennych. Znów słyszymy więcej strumieni głosowych – tu jeden z nich mruczy, drugi piszczy. A tymczasem na flankach rozbłyskują akcenty percussion. Końcówka utworu jest z pewnością najbardziej ekspresyjnym fragmentem albumu, który cieszy ucho wieloma zaskakującymi dźwiękami, a samo zastosowanie wspominanych na wstępie mikrofonów binuarnych niezwykle bogaci narrację. Czasami można odnieść wrażenie, że mikrofony zbierają nawet różne odcienie ciszy.

 


Staraya Derevnya  Boulder Blues (Ramble Records, CD 2022)

Czas na zapowiadany skład związany z Izraelem i Zjednoczonym Królestwem, niepozbawiony także akcentów latynoskich i niemieckich. Zorientowani wiedzą, iż część załogi SD biegle włada też językiem rosyjskim (co będzie słychać!). W rejestracji nowej, bluesowej płyty wzięli udział: Gosha Hniu – obiekty, instrumenty perkusyjne, krzyki i szepty, i inne cuda dźwiękowe, Ran Nahmias - cicha wiolonczela, theremin, Maya Pik – syntezatory, flet, Grundik Kasyansky – syntezator, Miguel Perez – gitary, Yoni Silver – klarnet basowy, Andrea Seratino – perkusja, Tom Wheatly – kontrabas, Galya Chikiss – krzyki i szepty oraz Masha Gerzon – chórki, piano. W konstruowaniu struktury dramaturgicznej albumu wykorzystano teksty Arthura Moleva. Nagrania powstały w latach 2020-22 w Izraelu, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Niemczech. Utwór czwarty wykonany został w trakcie Tusk Festival w 2020 roku, a całość to w sumie pięć części, 43 minuty bez kilkunastu sekund.

Staraya Derevnya nie zawodzi! Nie zaskakuje też, albowiem muzycy, mimo częstych zmian w składzie, wierni są swojej muzycznej idee fixe. Na bazie basu, gitary i dość rytualnie brzmiącej perkusji budują rytm, który ubarwiają soczystymi, bogato instrumentalizowanymi improwizacjami. Syntezatory, elektroakustyczne zabawy z dźwiękiem, głosy z tekstem i słynne krzyki i szepty, incydentalnie piano, czy flet oraz jakże istotny dramaturgicznie klarnet basowy Yoni Silvera, muzyka którego świetnie znamy z wielu londyńskich produkcji sceny free impro. Muzyka SD lubi wpadać w trans, eskalować emocje i topić się w psychodelicznym sosie, na ogół bywa jednak cierpliwa i donikąd nie gna bez uzasadnionej przyczyny. I co być może najważniejsze – potrafi przykuć naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Nowa płyta składa się z trzech kilkuminutowych utworów, rozbudowanej, ponad 20-minutowej części głównej (nagranie koncertowe, jak wynika z zapisów credits) oraz skromnej, dwuminutowej kody.

W pierwszym utworze naszą uwagę przykuwa niemal polirytmiczny drive sekcji. Taneczna aura, choć głowy pełne przemyśleń, posmak ethno i wielobarwne, trochę slapstickowe głosy. W kolejnej części rytm buduje bluesowo nastawiony bas, gitara frazuje w klimatach post-americany, ale błogi nastrój dość szybko pryska. W trzeciej opowieści śpiew kreuje nastrój post-ballady, czujemy swąd pustynnego upału. Z czasem znów robi się niebezpiecznie – tu za sprawą mroźnego ambientu i szelestu chroboczących syntezatorów. Miękko lądujemy teraz w części zasadniczej albumu. Długa narracja ma tu kilka faz. Rozwija się dość leniwie, pulsuje basową elektroniką i bardzo aktywnym klarnetem basowym. W połowie tempo trochę siada, a stery przejmują flet i klarnet, które budują duetową improwizację, w trakcie której zaczyna nieźle iskrzyć. Powrót do narracji właściwej trwa długo - dopiero po wybiciu szesnastej minuty ansambl, pracując wyjątkowo intensywnie, kieruje się ku ścianie dźwięku. Psycho-dance to the end trwa w najlepsze! Dwuminutowa koda zaczyna się dość frywolnie, ale łapie trans już przy pierwszym, głębszym oddechu, niesiona drum’n’bassowym pulsem.

 


Jean D.L.  Zenaïde (Esc.rec., CD 2022)

Na finał dzisiejszej zbiorówki obiecany festiwali sampli! Autor pomysłu, wytrwały poszukiwacz ciekawych dźwięków i jego mix & master, to belgijski artysta Jean De Lacoste. Obok konglomeratu nagrań terenowych, Belg wykorzystał także dźwięki innych artystów, zapewne przygotowane na potrzeby tego projektu. Lista dostarczycieli fonii jest długa, ale przytoczmy ja w całości: Mich Leemans, Jef Mertens, Winter Family, Andy Moor, Karen Willems, Sébastien Sth Biset, Joke Lanz, Jozef Dumoulin, Sandrine Verstraete, Roxie Rookie, Impostor, John Dikeman, Colette Broeckaert, Jean-Philippe Poncin, Julia Kent, Aki Onda, Jasper Stadhouders, My Cat Is An Alien, Gilbert van Drunen, Rhodri Davies, Nele Möller, Mauro A. Pawlowski oraz Marc Jacobs. Jean ulepił z tego wszystkiego jeden trak trwający 28 i pół minuty, prawdziwy kalejdoskop barw, brzmień, emocji, ale także i treści, jeśli dane nam będzie uważnie wsłuchać się we wszystkie dźwięki zawarte na tym albumie.

Bez szukania puenty, ani zgłębiania się w niuanse dramaturgiczne niespełna trzydziestominutowej narracji, wylistujmy kolejne fazy tego niebywałego miksu belgijskiego czarnoksiężnika. Najpierw to szum miasta, odgłosy portowe i skrzeczące ptaki. Potem porcja instrumentalna – szarpanie za struny basu, gitary, dźwięk różnych akcesoriów perkusyjnych. Kolejna porcja nagrań z miasta, to beduińskie śpiewy, modlitwy w różnych jeżykach, ale także warkot silników i kościelne dzwony. A wszystko spuentowane zostaje dźwiękowym efektem skakania po radiowej skali. Po niej kolejna porcja instrumentalna - dźwięki piana, zatopione w gąszczu ulicznego upału. W okolicach 9 minuty pojawia się perkusja i elektroniczne sprzężenia, przestery, a także zapętlony saksofon. Po 14 minucie mamy pasma surowego ambientu, które będą jeszcze powracać w nagraniu. Zaraz potem kolejne porcje modlitw, tym razem skąpane w gitarowych brudach i głos recytujący tekst w nieznanym jeżyku. Wreszcie, po 24 minucie na moment przenosimy się na … rockowy koncert. Gęsty, soczysty, pełen złych emocji. Gdy ten ostatni zgaśnie, końcowe trzy minuty, to kolejna porcja nagrań terenowych – gadające głowy i umierający w tle ambient.



piątek, 2 kwietnia 2021

Cyclone Trio! Bothén 3! Nimitta! Hackett, Thompson & Wachsmann! Sverdrup Balance! Rdza! Bayer! The April’ Round-up!


Nowy miesiąc w kalendarzu, to wystarczający powód, by Czytelnikom Trybuny zaproponować kolejną zbiorówkę recenzji świeżutkich płyt z muzyką improwizowaną. Dzisiejsza układanka jest siedmioelementowa i silnie kotwiczy nasze zainteresowania w szeroko rozumianym jazzie. Będzie free jazzowa petarda, open jazz bazujący na kompozycji, kameralistyka, która końce palców macza w jazzie, także swobodna improwizacja, która jako jedyna w tym zbiorze zdarzeń fonicznych korzysta ze wsparcia dźwięków syntetycznych, a na finał multi-trackowy saksofon solo, improwizujący w wielkiej, opuszczonej fabryce!

Zaczniemy w Londynie, choć trochę po australijsku, potem szwedzkie trio i duet włosko-szwajcarski wydane w Polsce, w dalszej kolejności znów Londyn i to nie jeden raz, także Genua i belgijskie Leuven, ważny akcent krajowy z Ostromecka, a na koniec kilka fraz z Barcelony. Zapraszamy śmiało na podróż po bezdrożach jazzu!

 


Cyclone Trio  The Clear Revolution (577 Records, CD 2021)

Saksofon wsparty dwoma zestawami perkusyjnymi! Trudno wyobrazić sobie lepszą konfigurację dla krwistego free jazzu! Tim Green i Tony Irving na perkusjach oraz Massimo Magee na saksofonie tenorowym, altowym i sopranino, a także ... srebrnej grzechotce. Trzy skomponowane improwizacje, 51 minut muzyki, zarejestrowanej w Londynie, w okolicznościach studyjnych, w marcu ubiegłego roku.

Rezydujące w australijskim Brisbane Cyclone Trio zaprasza nas na spektakl szczególny, nagranie, które zdaje się na nowo nadawać sens free jazzowej podróży z nieznane. Muzyka, która stawia na żywe, emocjonalne dźwięki, skoncentrowana jest jednak nie na ich eskalowaniu, tudzież typowym, free jazzowym krzyku, ale na misternym budowaniu, przez aktywnie pracujące perkusje, nieograniczonego pola działania dla improwizującego saksofonisty. Ten ostatni pozostaje tu w centrum uwagi od pierwszego do ostatniego dźwięku. Ale i on buduje swój flow z dużym rozsądkiem, ciągle szuka ciekawych brzmień, a nade wszystko nigdzie się nie śpieszy. Raz śle nam brudne i gorące oddechy, innym razem suche i dalece wystudzone westchnienia, czasami efektownie błyszczy, by za moment kreślić matowe bohomazy. Powiedzieć, że saksofonista stosuje rozszerzone techniki gry na instrumencie dętym, to jakby nic nie powiedzieć. Całe trio świetnie dywersyfikuje intensywność swojej improwizowanej wypowiedzi. Hałas, to być może ostatni kierunek, jak skłonni byliby wybrać Jeźdźcy Cyklonu. Wolą dynamiczną medytację, popadanie w trans, który pozwala zatracać się w dźwiękach. The Clear Revolution jest z pewnością dalece metaforycznym tytułem, ale płytę tę polecamy przede wszystkim tym, którzy zatracili już wiarę w moc klasycznego free jazzu.

Na początek muzycy serwują nam blisko 25-minutową ekspozycję saksofonu tenorowego, którego dwie nadpobudliwe perkusje niosą chwilami naprawdę wysokim wzgórzem. Utwór zdaje się być doskonale skonstruowany. Artyści z mozołem budują emocjonalną narrację, po czym w połowie nagrania robią pętlę i zaczynają wszystko od nowa. Dynamika nagrania faluje, ale rzadko przyjmuje formę galopu. Co ciekawe, w wielu momentach saksofon frazuje jakby o tempo wolniej niż obie perkusje. Druga, nieco krótsza część (10-minutowa) pokazuje kolejne oblicze saksofonisty. Najpierw jego instrument brzmi niczym samotny król puszczy, który zwołuje czeredę pobratymców na rykowisko. Strumień dźwięków formuje się w dron, który szuka punktu zaczepienia na werblach i tomach partnerów. Po fazie dobrze zaplanowanego spowolnienia saksofonista sięga po alt i zaczyna swingować niczym najlepsza wersja Charlie Parkera. W pierwszej fazie ostatniej, ponad 16-minutowej improwizacji, trio stawia niemal na klasyczny free jazz dance. Lekkie, frywolne sopranino i rozhulane, pełnowymiarowe zestawy perkusyjne sieją tu prawdziwe spustoszenie. W połowie utworu następuje spowolnienie, krótkie expo perkusistów i wymiana saksofonu na tenorowy. Ale i teraz muzycy nie skaczą w ogień free jazu, ale szukają nowych rozwiązań. Dęciak przez moment brzmi nawet, jak zmutowana syrena alarmowa. Ostatnie minuty, to rodzaj gry na małe pola, plejada short-cuts, znów pokazująca, że możliwości muzyków Cyclone Trio zdają sią nie mieć końca. Brawo!

 


Christer Bothén 3  Omen (Bocian Records, LP 2021)

Spotkanie ze szwedzkim weteranem improwizacji, tu w towarzystwie lokalnej młodzieży, dostarczy nam dużo jazzowych wrażeń, budowanych w oparciu o kompozycje lidera tria, ale też sporo ponad stylistycznych zaskoczeń i smaczków. Okoliczności studyjne, marzec 2019 roku, a na liście płac: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz kompozycje, Konrad Agnas – perkusja i Vilhelm Bromander – kontrabas. Muzycy w trakcie 36 minut z sekundami prezentują nam pięć utworów, ułożonych w dwie suity (Omen i 77), każda na swojej stronie czarnego krążka.

Zarysowany bardzo precyzyjnie temat pierwszego utworu podawany jest w bystrym, marszowym tempie, początkowo z niebanalnymi pauzami ciszy, które dobrze budują dramaturgię spektaklu. Oto jazz, w którym kontrabas szuka emocji i dynamiki, perkusja ewidentnie swinguje, co rusz wplątując się w efektowne synkopy, a klarnet basowy ma prawo do wszelkich zachowań – może śpiewać wysokim tembrem, ale i burczeć z niezadowolenia. Wystarczy jeden sygnał, a narracja wpada tu we freejazzową kipiel, kolejny – tłumi się niemal do poziomu ciszy. Oczywiście pojawia się smyczek, a muzycy potrzebują ledwie kilku sekund, by zatopić się w klimatach free chamber. Po paru pętlach, niepozbawionych solowych incydentów, kontrabas na powrót wpycha opowieść w ramiona jazzu. Tym razem jednak tempo jest zdecydowanie leniwe i pachnie dobrym bluesem. Na koniec flow wraca do marszowego tematu i gaśnie w tubie klarnetu, pełnej zmysłowego szumu.

W drugiej części płyty pojawia się klarnet kontrabasowy, który determinuje po części dynamikę wydarzenia, ale także sieje niepokój i wprowadza ciekawe dysonanse. Te ostatnie w zderzeniu zarówno z basem, jak i perkusją, tu mniej skorą do jazzowej gimnastyki. Szczególnie udane jest samo intro, ryjące bruzdy w podłodze, czynione bez perkusji. Dynamika rodzi się tu leniwie, na samym dnie, budowana klarnetowymi dronami i matowymi pomrukami kontrabasu, pracującego w trybie pizzicato. Muzycy stawiają na open jazz, mocno sterowany, ale realizowany z dużą klasą. W ramach repryzy pojawia się marszowy rytm, ale cechą zasadniczą tej części winyla jest … ciągła zmiana. Najmasywniejszy z klarnetów dba o nasze emocje bez chwili wytchnienia. Pozwala sobie nawet na chwilę galopady, tu w wysokim rejestrze, do którego dobrze dostraja się kontrabas. Na finał opowieść znów haczy o leniwego bluesa, a kończy się minimalistycznymi podrygami basu z błyszczącymi talerzami w tle.



Nimitta  Polyptyque (Bocian Records, LP 2020)

Duet włosko-szwajcarski o nazwie własnej spotykamy w Genewie, w okolicznościach studyjnych, latem 2017 roku. Kontrabas w dłoniach Massimo Pincy i saksofon sopranowy w ustach Christophe’a Bertheta wykonują dla nas dziewięć kompozycji własnych, przy bliższym poznaniu, noszącym znamiona całkiem swobodnych improwizacji, trwających łącznie około 32 minuty.

Kameralna narracja na początku kreowana jest przez zadziorny smyczek, który ochoczo piłuje struny i delikatny saksofon sopranowy, który tańczy nad nim z pewną dozą smutku w głosie. Spokojnie, acz zmysłowo, z subtelnym posmakiem klasyki - wszystko podawane jest tu dość matowym, lekko szemrzącym brzmieniem. Druga opowieść zdaje się pogłębiać wątek pierwotny, ale już trzecia stawia nas do pionu masywnym pizzicato, które wypuszcza w taniec smukły saksofon. Muzycy gubią posmak chamber, a sam kontrabas nie może się zdecydować, czy jednak nie grać arco. Efekt finalny, dalece intrygujący, realizowany jest rytmicznie, z ciągłymi powtórzeniami. Kolejna opowieść, to znów szarpanie strun, tym razem wsparte smugami cienia z tuby dęciaka. Całość nabiera mroku i niepokoju. Piąta część bazuje na dysonansie - kontrabas znów szyje mroczne frazy, podczas gdy sopran zdaje się śmiać do rozpuku i tańczy wokół własnej osi.

Szósta opowieść, najdłuższa na płycie, nie szczędzi nam doznań. Zaczyna ją dron basu i delikatnie preparowany saksofon. Dark chamber’ ambient smakuje nam bardzo, zwłaszcza, iż jest posadowiony wyjątkowo blisko ciszy. Muzycy, być może niepotrzebnie, sięgają po bardziej jazzowe frazy, rysowane gęstym pizzicato basu. Na finał stawiają jednak na minimalizm, czym ratują wysoką ocenę utworu. Siódemka, to miniatura, która kontynuuje wątek jazzowy, ale już ósemka, choć równie krótka, śmiało może kandydować do miana najlepszego fragmentu płyty – akcenty perkusjonalne na gryfie i świetna partia saksofonu, która buduje dron i szuka dla niego odpowiedniej porcji echa. Wreszcie finał, początkowo kreowany niemal samodzielnie przez saksofon. Bas akcentuje swoją obecność drobnymi szarpnięciami za struny. Na ostatniej prostej powraca posmak kameralistyki - na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a saksofon przypomina, iż w formule minimal czuje się, jak ryba w wodzie.

 


Martin Hackett/Daniel Thompson/Philipp Wachsmann  ha th wa (Empty Cage Records, DL 2021)

Czas na naszą ulubioną, w pełni swobodną improwizację, ale czynioną w odrobinę nietypowych realiach. Oto zapraszamy na koncert, który sumuje dźwięki dwóch akustycznych instrumentów z syntezatorem analogowym. Molekularne subtelności bez zasilania vs. syntetyka w dość topornym wydaniu, ale - jak się okazuje - i tu efekt potrafi być zaskakujący. A zatem: Martin Hackett – syntezator analogowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Philipp Wachsmann – skrzypce. Owo dalece międzypokoleniowe trio muzykowało w londyńskim klubie Iklectik w maju 2019 roku. Pięć improwizacji - około 26 minut.

Otwarcie koncertu dość dobrze pokazuje nam, czego możemy się spodziewać po takim, a nie innym zestawie instrumentów, a przede wszystkim – po klasie improwizatorów. Garść strunowych subtelności, od startu wchodzących w zwinne, a nawet zadziorne relacje i wątłe, rzecz można, nawet nieśmiałe plamy syntetyki. Te ostatnie szybko potrafią jednak nabrać wiatru w żagle i dobrze konweniować z akustyką. Muzycy lubią wchodzić w okazjonalne duety, zdają się bez trudu mnożyć byty tej improwizacji, dobrze pracują metodą call & responce. Każdy z muzyków ma tu władzę ustawodawczą, a demokracja zdaje się być ich podstawowym narzędziem działania. Operujący syntetyką Hackett, co rusz zaskakuje – nie jest tłem, potrafi przejąć inicjatywę, stymulować akcje zaczepne, a nawet rysować basowe drony. Gitarzysta, obok kreowania abstrakcyjnych fraz, dobrze się czuje także w budowaniu zwinnych akordów, skrzypek lubi zaś pozostawiać na stronie i ciekawie preparować dźwięk.

W drugiej części akustycy rozciągają struny, a syntezator gra brudne dźwięki, które świetnie wgryzają się w zastaną rzeczywistość. Krótka faza fake sounds dobrze robi naszej percepcji słuchowej. Trzecia opowieść, to garść pytań i odpowiedzi budowana niemal ćwierćdźwiękami gitary i skrzypiec, bardzo stylowo komentowana niemal szemrającym syntezatorem. W kolejnej części trio rozwija skrzydła i brzmi, jak udana imitacja Spontaneous Music Ensemble. Akustyczne struny budują pajęczynę, a syntezator zaczyna śpiewać. Narrację kreują wyłącznie zdrowe emocje! Czas na krótki finał tego równie krótkiego koncertu – otwiera ją gitara, syntezator podłącza się niskimi frazami, a skrzypce gaworzą na stronie. Znów kilka fraz realizowanych w podgrupach, równie udane preparacje gitary, wreszcie zmysłowe gaszenie płomienia narracji, nie bez kolejnych subtelności ze strony syntezatora.



 

Sverdrup Balance  Arcturus (FMR Records, CD 2020)

Wskazane w tytule trio słuchaliśmy całkiem niedawno, przy okazji jego poprzedniej płyty. Sverdrup Balance, to Jean-Michel Van Schouwburg – głos, Yoko Miura – fortepian i melodeon oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Tym razem Belg, Japonka i Anglik prezentują nam zwarty raport dźwiękowy z trasy koncertowej, jaką odbyli jesienią 2019 roku w Belgii (Leuven), we Włoszech (Genua) i Anglii (Londyn). Fragmenty trzech, swobodnie improwizowanych koncertów znajdujemy na płycie wymieszane pod względem chronologii, podane w ośmiu odcinkach, ciekawie ułożonych pod względem dramaturgicznym i trwających łącznie 58 i pół minuty.

Międzynarodowe trio spersonalizowane w preambule recenzji zaprasza nas na spektakl teatru nieoczywistości i permanentnych zaskoczeń. Każdy z muzyków przynosi na scenę ogrom pomysłów, dużo kreatywności, szczyptę brawury i pełne prawo do popełniania błędów. I dodajmy od razu – każdy z nich korzysta z tego arsenału bez skrupułów. Muzykom wszakże trzeba oddać, co boskie – ich możliwości generowania dźwięków zdają się nie mieć granic (zwłaszcza wokal!), ich umiejętności budowania ekspresyjnych szczytów narracyjnych, a zwłaszcza ich gaszenia budzi nasz nieskrępowany podziw. Jeśli w tym tyglu zdarzeń coś mielibyśmy muzykom wytknąć, to na pewno czas trwania płyty. Definitywnie potwierdzamy, iż swobodna improwizacja najlepiej broni się w obrębie niepełnych trzech kwadransów! Nie czas wskazywać tu na fragmenty nieco słabsze (po prawdzie najbardziej podoba nam się utwór … najdłuższy), ale jeśli już, to zauważmy, iż improwizacja w drugiej części płyty zbyt często kreowana jest przez rytm piana, który chwilami sprawia wrażenia produktu zastępczego, pomysłu, który kryje mielizny narracji. Ale dość tych ambiwalencji, zdecydowanie wskażmy na najlepsze fragmenty tej koncertowej epopei.

Wspominany już najdłuższy fragment płyty, czwartą improwizację zaczyna ambient Casserleya, który plami minimalistyczne piano Miury i wokalne kołysanki Van Schouwburga. Muzycy instynktownie budują bardzo mroczną atmosferę. Głos nie stawia tu na wirtuozerię i eksperymenty, ale buduje klimat. Piano znaczy teren rytmem (nomen omen!), ale akurat czyni to w najlepszym z możliwych momentów. Narracja nabiera meta bluesowego posmaku, na tle którego wybudza się dziki kot wokalistyki! Wyjątkowo efektowna eksplozja Van Schouwburga kończy swe życie w oparach minimalizmu. W kolejnej części znów wokalista wiedzie prym. Najpierw kracze jak wrona, potem odmienia głoskę k przez wszystkie przypadki. Swoje robi tu masywne piano, ale najlepiej wypadają strzępy głosu, wplątanego w elektronikę. Po stronie ewidentnych plusów zapisujemy też krótką etiudę zapisana pod numerem siódmym. Narracja tkana z drobiazgów, bystrze skonstruowana, a na koniec przyozdobiona elektroakustycznymi fajerwerkami.

 


Rdza  Panopticum (Muzyka z Mózgu, CD 2021)

Czas na zapowiadany akcent krajowy - damsko-męski kwartet pod szyldem Rdza, który znamy już ze smakowitej płyty Yass Improvisation, poczynionej jednak w dużo większym składzie. Rdza, zredukowana do czterech muzyków, ciągle zmysłowo improwizuje, wszakże w tej wersji dużo czerpie ze współczesnej kameralistyki (silny wpływ strony damskiej) i jednocześnie nie krępuje się sięgać do skarbnicy post-jazzowych grepsów (tu prym wiedzie pierwiastek męski, zwłaszcza kontrabasista, który rzadko sięga po smyczek). Jesień ubiegłego roku, Pałac Stary w Ostromecku i czwórka muzyków: Martyna Liliana Kabulska – skrzypce, Anna Jędrzejewska – fortepiany, Jacek Buhl - perkusja i perkusjonalia oraz Jarosław Majewski – kontrabas, przy okazji facet, któremu do nazwy Rdza jest zdecydowanie najbliżej. Na płycie dostajemy dziesięć improwizacji, które trwają 47 minut z sekundami.

Artyści zaczynają swoją podróż sięgając po akcenty jazzowe, które zdają się jednak prowadzić narrację w rejony bardziej kameralne. Rodzaj zwinnego, akustycznego rozgardiaszu, który łapie ciekawą, dalece niekameralną dynamikę. Sekcja czuje tu swing, piano zna całą historię klasyki, a skrzypce zdolne są wejść w ten tygiel emocji każdymi drzwiami. Druga część zapomina o małym strunowcu i proponuje jazzową przebieżkę w trio. Świetna robotę czyni tu drummer, choćby bystrze preparuje dźwięk talerzy. Trzecia część staje w opozycji do poprzedniczki – akustyczny ambient, przepełniony minimalistycznymi akcjami szukającymi abstrakcyjnej ciszy. Czwarty epizod zostaje oddany wyłącznie w kobiece ręce i być może jest momentem najwyższej jakości. Piano koncentruje się na budowaniu meta rytmu i powtarzalności, skrzypce brną w kameralną, molekularną narrację. Całość zdaje się być wyjątkowo udaną wariacją na temat Different Trains Steve’a Reicha. Kolejna opowieść też tapla się w wyzwolonej kameralistyce, choć realizowana jest już pełnym kwartetem.

Szósta improwizacja budowana jest urywanymi, wystudzonymi frazami. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, ale po nabraniu dynamiki muzyk wraca do swojego ulubionego pizzicato. Kolejną część otwierają kobiety, które kreują piękny chamber na zaciągniętym ręcznym. Panowie są konsekwentni – lub… spoglądają w kierunku post-jazzu. W ósmej części pióro recenzenta aż drży z emocji, taki dobry to moment Panopticum. Drobne preparacje, oddech ciszy, minimal piano i mikro drumming. Zdaje się, że słyszymy dwa smyczki! Dziewiątka stawia nas jednak do pionu. Dynamiczny, męski free jazz z podkręconymi potencjometrami. Panie nie mają z tym najmniejszych problemów! Wreszcie finał, kolejna perełka w rdzawej kolekcji – szemrzące perkusjonalia, delikatnie szarpane struny kontrabasu, niemal bezdźwięczne preparacje skrzypiec, no i piano, przybywające z dalekiego kosmosu. Rezonujący, atrakcyjny, niemal ambientowy chamber, niczym spacer we mgle, u progu złotej, delikatnie rdzawej jesieni.

 


Marcel·lí Bayer  La Filatura (bandcamp’ self-release, DL 2021)

Na finał dzisiejszej jazzowej zbiorówki, ciepły, chill-outowy saksofon (altowy lub barytonowy), umieszczony w dużej, opuszczonej hali fabrycznej, z sufitu której nieustannie kapie woda. Muzyk jest jeden, Marcel·lí Bayer, ale saksofonów całe mnóstwo – od jednego do czterech, w zależności od utworu. Osiem improwizacji (zapewne szczegółowo zaplanowanych), trwających mniej więcej dwa kwadranse. Nagranie z lata ubiegłego roku, zapewne z Katalonii.

Na początek Bayer proponuje nam trzy wątki saksofonowe, głównie altowe. Dwa dęciaki posadowione na flankach grają jeden rytm, a ten środkowy zdaje się być silnie pogrążony w zadumie. Dźwięki pracują w niesamowitej przestrzeni, a pogłos jest cudownie naturalny. W drugiej części saksofon barytonowy bawi się w slow dance, a wtórujące mu inne saksofony płyną jeszcze cieplejszym strumieniem. W kolejnej części baryton rytmicznie podryguje, a reszta instrumentów szuka melodii w głuchej poświacie fabryki. Zaraz potem mamy jakby powtórkę sytuacji, choć brzmienie saksofonów zdaje się być już bliźniacze, klejone pogłosem.

Piąty epizod zapisujemy zdecydowanie po stronie atutów płyty. W grze uczestniczą trzy barytony, które budują wyjątkowo molową narrację. Zmysłowe dark reeds in slow motion. W szóstej części występuje tylko jeden baryton i śpiewa jeszcze smutniejszą piosenkę. Siódma improwizacja, i znów kciuk recenzenta zostaje uniesiony ku górze! Barytony budują drony, ale pojawiają się na scenie jeden po drugim, bystrze stopniując napięcie. Na finał Bayer proponuje nam melodyjny temat, do wykonania którego potrzebuje aż czterech saksofonów. Smukła ballada z ostatnią łzą.