Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kent Kessler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kent Kessler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lipca 2021

This Is Our Portuguese Language: Amado! Vicente! Madeira! Garfo! The Selva! Dos Reis!


Słowo się rzekło, kontynuujemy naszą portugalską opowieść, wypełniającą dwudziesty dziewiąty tydzień kolejnego roku wiecznej zarazy! Po soczystej petardzie Sinister Hypnotization, nie dalej jak w minioną środę, dziś zapraszamy na sześć kolejnych świeżych albumów muzyków portugalskich (nie bez udziału gości zagranicznych), z dźwiękami powstałymi na ogół na południowo-zachodnim krańcu Starego Kontynentu (z jednym wyjątkiem).

Zaczniemy z grubej rury, amerykańskim kwartetem naszego ulubionego portugalskiego saksofonisty (po prawdzie, w perspektywie ostatniej dekady lat, chyba najlepszym working bandem tego świata w kategorii całkowicie wyzwolonego free jazzu), potem zaprezentujemy dwa tria naszego ulubionego trębacza z Lizbony, pierwsze całkowicie autorskie, drugie - istotnie kolektywne. Po wzięciu krótkiego oddechu czeka na nas kolejny trębacz z pięknej stolicy Portugalii i pewien kwartet o dość komiksowej nazwie, wreszcie na finał muzycy znani i lubiani, ale w dość nietypowych odsłonach – elektronicznej i … niemalże pop-rockowej!

 


Rodrigo Amado This Is Our Language Quartet   Let The Free be Men (Trost Records, CD/LP 2021)

Międzynarodowy i dalece wielopokoleniowy kwartet This Is Our Language miał do tej pory w dorobku dwa albumy studyjne (nagrane w Lizbonie w latach 2012 I 2016), teraz - niejako w uzupełnieniu palety możliwości tego składu - dostajemy nagranie koncertowe, nie zarejestrowane jednak w trakcie ostatniej trasy grupy w 2019 roku, ale dwa lata wcześniej, w kopenhaskim klubie Jazzhouse. Za krążek Let The Free be Men odpowiada kwartet w składzie: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Joe McPhee – trąbka kieszonkowa, saksofon sopranowy (i nie tylko, jeśli ucho recenzenta nie szwankuje), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Muzycy zagrają dla nas krwisty free jazz, który bazuje na pełnej improwizacji i jak zawsze uczynią to w sposób mistrzowski. Ich kolejna perła w koronie trwa 44 minuty i kilkanaście sekund.

Na koncercie w Kopenhadze pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, trafiamy bowiem dokładnie w moment, którym solowe expo rozpoczyna perkusista. Po kilka chwilach podłącza się kontrabasista, który delikatnie preparuje dźwięk. Dęciaki odzywają się dopiero w połowie czwartej minuty. Śpiewają kolektywnie, dając sobie także po kilkadziesiąt sekund na indywidualne wybuchy emocji. Ramy gatunkowe wykłute są tu w skale od pierwszej sekundy. Joe zaczyna trąbką, ale dość szybko przechodzi na sopran. Sekcja rytmu oczywiście robi swoje, trybem narracji podkreślając walory każdego z incydentalnych solistów. W trakcie expo tenoru, dla przykładu, efektownie swinguje. Druga improwizacja rodzi się w tubie tenoru, który efektownie dyskutuje ze smyczkiem kontrabasu. W tle pięknie rezonują talerze, które lepią się z zastanymi dźwiękami. Kameralne intro zgrabnie przepoczwarza się w jazzową balladę, by w odpowiednim momencie przejść kolejną metamorfozę i zaatakować free jazzowym drive’em. Na finał Joe znów pięknie śpiewa, a Rodrigo szczypie go po policzkach zadziornymi frazami.

Trzecią opowieść śmiało możemy nazwać szczególnie udanym epizodem. Zaczyna go dron dużego dęciaka (brzmi jak didgeridoo!), który pozostali komentują z dużym spokojem, dodając całej opowieści mnóstwo smaczków i pikantnych detali (choćby za sprawą smyczka!). I tu improwizacja nabiera dynamiki, a okrasą całości zdają się być dęte dialogi (trąbki i tenoru), czynione w klimatach godnych Ornette’a Colemana – dużo ognia i równie tyle molowej nostalgii. Finałowa improwizacja trzyma poziom poprzedniczek. Ponownie zaczyna się niemal na poziomie ciszy, pracuje rezonansem, szumi ciepłymi oddechami. Początkowo gra dla nas jedynie trio (bez tenoru), które częstuje nas bardzo jazzowym flowem (i znów piękną trąbką!). Balladowy klimat po kilku minutach zostaje uroczo zdewastowany przez powracający tenor, które śle zaczepne frazy na prawo i lewo. Kwartet rozbłyskuje i gna do mety bez zbędnych ceregieli. Jeszcze tylko powrót sopranu i kolejna bystra ekspozycja. Finał z adnotacją recenzenta: more typical free jazz, but also beauty!

 


Luís Vicente Trio  Chanting In The Name Of (Clean Feed Records, CD 2021)

Pozostajemy w klimatach wolnego jazzu i zapraszamy do świata kompozycji Luisa Vicente (trąbka). Nasz ulubieniec z Lizbony zdaje się stawać do walki w takiej roli bodaj po raz pierwszy. Do wykonania swego dzieła zaprosił wyjątkowo kompetentnych muzyków: Gonçalo Almeidę (kontrabas) oraz Pedro Melo Alvesa (perkusja i instrumenty perkusyjne). Sesja nagraniowa miała miejsce na początku stycznia br. w miejscu zwanym Soundinnovation Studios. Wykonanie pięciu kompozycji Luisa trwa 46 minut z sekundami.

Portugalczycy proponują nam jazz pełną gębą – z dobrymi, melodyjnymi tematami, wyśmienitymi improwizacjami, a także, każdorazowo, zgodnie z regułami gatunku, efektywnymi codami, które wieńczą dzieło. Pierwszy temat nie mógł nie powstać nad brzegiem lizbońskiej Tejo! Melancholijny, śpiewny, definitywnie zanurzony w smutku saudade! Narracja z jazzowym zębem, stwarzająca mnóstwo przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji. Druga opowieść zdaje się już całkowicie stawiać na improwizację, ale ma swoją strukturę i dobrze skrojoną dramaturgię. Kolektywna, bardzo otwarta gra, nie bez akcentów preparowanych, z improwizacjami prowadzonymi niemal równolegle przez wszystkich muzyków. Są fragmenty grane w duetach, są momenty post-barokowej urody spod kontrabasowego smyczka, wreszcie zróżnicowana dynamika całości. W trzeciej części Almeida kontynuuje wątek barokowy, z kolei Vicente śpiewa romantyczną piosenkę, a w tle rezonują talerze. Wszystko do wesołego płaczu i smutnej radości! I tu przestrzeń dla improwizacji zdaje się nie mieć końca i dopiero kolejna zgrabna coda przywołuje muzyków do porządku.

Czwarta opowieść swinguje całą szerokością lizbońskiej ulicy! Temat grany jest kolektywnie, uroczo piętrzony ciekawą dynamiką kontrabasowego pizzicato. Skoczny, wręcz zalotny flow po czasie niesie na swych barakach fantastyczne solo trąbki z efektownymi preparacjami (specjalność zakładu Pana Vicente!). Garść rytmicznych kantów dokłada Almeida, czyniąc ów post-colemanowski temat perłą całej płyty. Finałowa kompozycja startuje z głębi ciszy. Trąbka podaje delikatny, ale znów niezwykle melodyjny temat. Ballada saudade płynie leniwie, ale kłuje smutkiem po oczach. Bogata instrumentacja sprzyja nabieraniu intensywności. Kolejne doskonałe solo trąbki, potem zejście w dół świetnie pracującymi szczoteczkami perkusyjnymi i szybkie, basowe podejście pod finałową codę. To świetne nagranie muzycy kończą, jak zaczynali – ze śpiewem na ustach!

 


João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio (Madeira’ bandcamp, DL 2021)

Kolejne swobodnie jazzujące trio w naszej portugalskiej zbiorówce (tym razem płytowe credits nie wspomina o kompozycjach), to João Madeira na kontrabasie, Mário Rua na perkusji i ponownie Luis Vicente na trąbce. Nagranie z grudnia 2020 roku, poczynione w warunkach domowych, składa się z czterech improwizacji, trwających łącznie 42 i pół minuty.

Collective Free After Jazz! Dokładnie taki napis mógłby pojawić się na koncertowym plakacie anonsującym to nowe, doskonale trio z Portugalii. Muzycy stawiają na improwizację, ale ani przez moment nie zapominają o budowaniu dramaturgii, strukturze rytmicznej i muskularnym brzmieniu swych instrumentów. Nic wszakże nikomu nie ujmując, osobą, która pociąga tu najczęściej za improwizacyjne sznurki zdaje się być kontrabasista. Ciągnie trio ku niebu, spada z nim do samego piekła, szarpie na prawo i lewo, ale nade wszystko buduje fantastyczny flow. W pierwszej części jego instrument potrafi brzmieć delikatnie jak wiolonczela, w kolejnej ryje bruzdy w ziemi, niczym młot pneumatyczny, z kolei na samym końcu tej szalonej opowieści przypomina sound amplifikowanej gitary akustycznej. Jak sytuacja tego wymaga, muzyk sięga po smyczek, ale w tej roli wcale nie jest post-kameralnym kolorystą, częściej wciela się w post-rockowe zwierzę, które strzela riffami, jak z kałasznikowa.

Pierwsze trzy improwizacje trwają do dziesięciu minut. Budowane są nieśpiesznie, często stwarzają mnóstwo swobody trębaczowi, który bez trudu zasypuje flow pomysłami i zmysłową kreatywnością. Po rozpoznawczej grze otwarcia, w drugiej i trzeciej opowieści trio potrzebuje ledwie kilku pętli narracyjnych, by wpaść w konwulsyjny, niemal mantryczny drive, który nie stawia jednak na dynamikę, a na kreowanie intensywności przekazu. Muzycy nie stronią od dobrze rozumianej melodyjności, choć bardziej przypominają w tej roli rozjuszone koguty niż smutne, nadrzeczne ptaki, znajdują także wiele momentów na zmyślne preparacje (tu szczególnie trębacz). Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut. Po fazie spokojnych pląsów, opowieść cudownie pęcznieje – bas pogrubia linię narracyjną, trąbka skrzeczy i wzmaga emocje, a drummer perfekcyjnie stymuluje dynamikę. Po pewnym spowolnieniu ten ostatni dostaje wiele minut wyłącznie na solową ekspozycję. Sam finał budowany jest wedle zasady od ogółu do szczegółu, wieńczy go zaś kolektywna repetycja basowych dronów i trębackich śpiewów.

 


Garfo  Garfo (Clean Feed Records, CD 2021)

Po płytę kwartetu Garfo sięgamy przede wszystkim z uwagi na nasze rosnące zainteresowanie postępami w rozwoju zawodowym młodego lizbońskiego trębacza João Almeidy. Tym razem odnajdujemy go w towarzystwie muzyków zupełnie nam nieznanych, domniemujemy, iż równie młodych jak nasz bohater. Rzeczony kwartet uzupełniają: Bernardo Tinoco – saksofon tenorowy, João Fragoso – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy na potrzeby sesji studyjnej (Lizbona, grudzień ubiegłego roku) przygotowali dziesięć pure jazzowych kompozycji, których autorstwem podzielili się nad wyraz sprawiedliwie. Krążek bez tytułu własnego trwa niepełne 43 minuty.

Jeśli w mainstreamowym jazzie odnajdujemy coś, co mogłoby istotnie zaciekawić wielbiciela swobodnej improwizacji, to z pewnością mogłyby to być zgrabne, melodyjne tematy, żwawe tempo i emocje bystrych improwizacji. W produkcji młodych Portugalczyków, w wielu momentach ich debiutanckiej płyty, tych elementów definitywnie brakuje. Muzycy zdają się grać na zaciągniętym hamulcu ręcznym, powstrzymują swoje emocje niczym ikony cool jazzu, a na bardziej ekspresyjne improwizacje pozwalają sobie ledwie kilka razy. Dokładnie raz, góra dwa razy, na taką wycieczkę wypuszcza się saksofonista, podobnie perkusista i kontrabasista. Jedynym muzykiem, który stara się wnosić więcej do obrazu całości, zarówno w kolektywnych, jak i solowych ekspozycjach jest trębacz. Dba o interesujące frazy, ciekawe dźwięki, nie stroni od preparacji i nie boi się pójść na drobną wymianę ciosów z partnerami.

Muzycy dobrze sobie radzą w bardziej dynamicznych kompozycjach, które skutecznie mieszczą się estetyce Ornette’a Colemana (choćby w utworze pierwszym i dziewiątym). Do grona pozostających w mniejszości udanych utworów z pewnością warto zaliczyć utwór piąty, który nie dość, że ma dobre tempo, to jeszcze fazę improwizacji okrasza ciekawymi dialogami instrumentów dętych. Bardziej niż intrygujący zdaje się być utwór siódmy, gdy muzycy pozwalają sobie na dużo improwizacyjnej swobody, nie boją się łamać fraz i brudzić brzmienia swoich instrumentów, a sam temat utworu podają dopiero na samym jego zakończeniu. Wreszcie przywołany już utwór dziewiąty, ze świetnym, solowym popisem trębacza, niezłymi pasażami saksofonu i ową dynamiką, która zdaje się na tej płycie ratować Garfo w kilku trudniejszych momentach.

 


The Selva + Machinefabriek  Barbatrama (Shhpuma Records, CD 2021)

Po czterech jazzowych lub około jazzowych nowościach, czas na zapowiadane wolty stylistyczne. Najpierw The Selva - trio, które poznaliśmy najpierw w odsłonie free chamber, potem muzycy swoim pracom dźwiękowym postanowili nadać nieco rockowej ekspresji, by obecnie, na trzeciej płycie, oddać akustyczne dźwięki w ręce jednego z najlepszych elektronicznych procesorów muzycznych tej części świata, Rutgera Zuydervelta, którego znamy od lat pod szyldem artystycznym Machinefabriek. Za wkład akustyczny odpowiedzialni tu są: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Dźwięki powstały jesienią 2019 roku, najpierw w Sao Gregorio/ Caldas Da Rainha, potem zapewne w studiu elektronicznego magika. Całość uformowana została w dziewięć części i trwa niespełna 37 minut.

Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o innym akustycznym trio z udziałem Almeidy (Hydra Ensemble), intuicyjnie improwizującym z elektroniką, za którą odpowiedzialny był również Zuydervelt. Przy okazji wielu ciepłych słów, album zaliczyliśmy do definitywnie udanej kooperacji żywych i syntetycznych dźwięków. W przypadku Selvy nie ma już mowy o tego rodzaju elektroakustycznej równowadze sił. Tu elektronika dominuje, przy okazji dzieląc album na dwie podgrupy utworów: dwie absolutnie wyśmienite dłuższe opowieści, którym poświecimy więcej miejsca poniżej i garść warsztatowych sprawek lub fragmentów, które sprawiają wrażenie elektronicznych miksów tego, co muzycy zagrali na swoich akustycznych instrumentach. W tym podzbiorze album winien się raczej nazywać Machinefabriek mixing The Selva.

Wracając wszakże do plusów płyty. Utwór piąty trwa ponad osiem minut. Budują go delikatnie mutowane, akustyczne frazy cello i kontrabasu, traktowanych smyczkami, budujące zmysłowy, post-barokowy klimat. Narracja bazuje na kreatywnym minimalizmie, nie stroni od dobrze wykorzystanej repryzy, dba o niuanse brzmieniowe, buduje sieć dźwięków, które czasami przypominają nawet klawisze fortepianu, a pośród nich pojawia się także intrygująca melodia. Ciekawie w tej części pracuje perkusja, która nie stroni do rytmu, a nawet sięga po para rockowe grepsy. Na finał strunowce pięknie śpiewają, a elektronika kreuje tło podkreślające jakość akustycznych dźwięków. Podobnie udanym zdaje się być utwór numer siedem. Tutaj strunowe sprzężenia i urocze brudy komponowane są z ambientowym tłem elektroniki. Całość wydaje się brać w nawias typową narrację i dążyć ku niemal metafizycznym frazom i elektroakustycznym zaskoczeniom. Nie brakuje lirycznych westchnień i znów świetnej roboty perkusisty. Utwór gaśnie w pięknym dark ambiencie. Po stronie plusów śmiało też możemy zapisać dwa ostatnie, już znacznie krótsze utwory. Oba fragmenty intrygująco uwypuklają akustykę kontrabasu i wiolonczeli, które chętnie kooperują z elektroniką i nie boją się jej figlarnych, dalece syntetycznych wymiarów.

 


Marcelo Dos Reis  Glaciar (Miria Records, CD 2021)

Na finał portugalskiej sagi największe zaskoczenie. Muzyk świetnie nam znany, od lat przez nas hołubiony, Marcelo dos Reis (tu gitara elektryczna, akustyczna, głos i efekty), postanowił nagrać dla nas (a może nade wszystko dla siebie) album z muzyką po części skomponowaną, niemal relaksacyjną, a już na pewno chill-outową. Muzyk, który pierwsze kroki muzyczne stawiał jako frontman zespołu rockowego, tu zdaje się nam o tym fakcie przypominać. Sama muzyka, choć nie rwie nam trzewi, zdaje się być delikatnie piękna, soczyście uspakajająca, na swój sposób szczególna. Muzyk ubrał tę opowieść w dwie suity (łącznie dziewięć części; dźwięki powstałe w Academia de Música CNM), które trwają 41 i pół minuty.

Pierwsza suita konsumuje aż pięć utworów zaznaczonych na krążku. Muzyk zaczyna w delikatnej, płynnej, niemal ulotnej estetyce tajemniczych gitarowych dronów, którym wszakże daleko do dark ambientu, raczej dobrze kojarzą się nagraniami brytyjskiej stajni 4AD, sprzed niemal czterech dekad. Muzyk stawia na prostotę, gra gitarowymi akordami, którym dodaje efektownego pogłosu, korzysta z flażoletów, a całą narrację buduje niezwykle skrupulatnie. Drąży skałę i ma na horyzoncie plan finału, do którego dotrze za jakiś czas. Po drodze historia nie skąpi mu dramaturgicznych mielizn, gdy potrafi brzmieć niczym Mike Oldfield, ale też uwypukla chwilami niemal wirtuozerskie umiejętności techniczne Portugalczyka. Ostatnia część suity, definitywnie najciekawsza, budowana jest z efektownym suspensem. Muzyk żongluje emocjami, dba o zaskoczenia, mnoży wątki (znów nie bez wspomnień w klimatach 4AD) i dociera do kresu tej części podróży, którą wyznacza najpierw wokaliza, a potem regularny śpiew z tekstem, którego motyw przewodni, to I found my time.

Druga opowieść składa się z czterech części. Muzyk wystawia swoją gitarę na wielogatunkowe wpływy, brzmi jak basówka, klei się z dźwiękami akustycznymi, dobrze szuka pogłosu, ale bywa, iż przypomina wygładzoną wersję Pata Metheny. Rockowe powtórzenia, stylistycznie mielizny, ale i cały ocean zmysłowego chill-outu, to atrybuty kolejnej części. W ósmej opowieści gitara brzmi dość nietypowo, jakby z posmakiem mauretańskim, jeśli ucho recenzenta dobrze kieruje jego zapętlonymi myślami. Ostatni, najdłuższy utwór wiele wszakże rekompensuje i definitywnie stawiamy go na pozycji najlepszego fragmentu tej zaskakującej płyty. Flow ma basową bazę, budują go zadziorne frazy gitary i post-rockowy niemalże drive. Muzyk snuje wątki, na bazie których prowadzi swobodną, nieco jazzującą improwizację.



wtorek, 3 lipca 2018

Rodrigo Amado’ History of Nothing or Everything! Your choice!


Portugalski saksofonista Rodrigo Amado konsekwentnie buduje swoje miejsce w historii europejskiej muzyki free jazz/ free improve. Płyt bardzo dobrych, czy wręcz doskonałych z jego udziałem znamy całe mnóstwo. W gronie redakcyjnym systematycznie zachwycamy się choćby dokonaniami jego flagowej formacji Motion Trio, którą tworzy z wiolonczelistą Miguelem Mirą i perkusistą Gabrielem Ferrandinim.

Amado nie stroni także od nagrywania muzyki ze znaczącymi postaciami gatunku zza wielkiej wody. Trzy lata temu światowa scena jazzowa nie bez powodu wystawiała bardzo wysokie cenzurki płycie This is Our Language, wydanej przez krajowy Not Two Records. Nagranie pojawiło się na wielu rocznych podsumowaniach najlepszych nagrań.

Po trzech latach skład, który zarejestrował ów krążek, powraca w pełnej krasie i prezentuje nam płytę o nieco prowokacyjnym tytule A History of Nothing. Od razu uprzedźmy wypadki – nagranie prezentuje jeszcze wyższy poziom, a to, co wyczynia na saksofonie tenorowym Portugalczyk w trakcie utworu Theory of Mind II (for Joe), w ocenie niżej podpisanego, na trwale zapisuje go w historii gatunku. A zatem, być może, tytuł płyty brzmieć winien jednak A History of Everything!




Dość wszakże wstępów, przejdźmy do muzyki nagranej w marcu ubiegłego roku w Lizbonie, w najbardziej adekwatnym miejscu dla rejestracji dźwięku bez oklasków, czyli Namouche Studios. Zacznijmy od wylistowania muzyków uczestniczących w nagraniu, albowiem nie są to postaci przypadkowe (wszyscy wymienieni na okładce płyty!) – na saksofonie sopranowym i trąbce piccolo Joe McPhee, na kontrabasie Kent Kessler, a na perkusji Chris Corsano. Rodrigo Amado, co już zostało powiedziane - na saksofonie tenorowym. CD wydany przez austriacki Trost Records zawiera pięć tytułów (wersja LP - tylko cztery, akurat brakuje tego być może najważniejszego, patrz wyżej), trwa 51 i pół minuty.

Legacies. Muzycy kwartetu rozpoczynają bardzo spokojnie i z dużą dyscypliną, oczywiście w ramach szeroko rozumianej estetyki free jazzowej. Będzie hołd dla legend, zatem z szacunkiem na ustach. Narracja sprawia wrażenie, jakby muzycy podawali z góry zaplanowany temat, choć nie czuje się znamion szczególnie precyzyjnej notyfikacji. Skupienie, wymiana dźwięków na flankach, gdzie posadowiły się saksofony. Sekcja usytuowana bardziej centralnie, zaczyna delikatnie sonoryzować. Sopran i tenor idą w parze, w obu przypadkach z zadumą i odpowiednią dawką nostalgii za czasami minionymi. Pierwszą indywidualną ekspozycją popisuje się Amado. Nie nadużywa ekspresji, klimat bliższy krnąbrnej ballady, niż skromnego choćby galopu. Reakcja McPhee pozostaje w tej samej estetyce. Dużo więcej ognia w ramach sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie zasypuje gruszek w popiele.

A History of Nothing. Po hołdach, czas na konkret! Zarys narracji konstruują oba saksofony. Bardzo swobodny już dialog. Wet za wet. Myśl  w pogoni za myślą. Tu akurat, to Amado zdaje się podążać za pomysłami McPhee. Taniec, emocje, drapieżność w obu tubach. Ekspozycja Portugalczyka ma kocią zwinność, muzyk ewidentnie płynie po swoje. Komentarz Amerykanina równie wyrazisty. Drive kontrabasu i perkusji, aż wióry lecą. Znów Amado zadaje pytanie w locie, a McPhee równie błyskotliwie odpowiada. Prawdziwie krwiste kawałki mięsa! Kwartet płynnie osiąga stan galopady. Konsekwencja w budowaniu dialogu i całej ekspozycji. Brawo! Świetna komunikacja, pełne kiście empatii, jakość nagrania na krzywej wznoszącej.

Theory of Mind II (for Joe). Tu pierwsze zdanie należy do Kesslera i Corsano. Fantastyczna rozgrzewka. Amado wchodzi dopiero pod koniec trzeciej minuty (uprzedźmy fakty: w tym utworze McPhee nie wyda ani jednego dźwięku). Tembr Amado solidnie rollinsonowski, niemal na krawędzi ballady, jaki próbował wystudzać entuzjazm sekcji. Napotyka na niebywałą ripostę ze strony Kesslera, który rozpala gryf do czerwoności. Smyk w pełnym ogniu! Drumming już z samego piekła! Amado milknie na kolejne kilkadziesiąt sekund. Wraca z taką energią u wylotu tuby, że sufit studia nagraniowego unosi się o kilka metrów. Swoboda, ekspresja, kosmiczna technika i trudny do opanowania wybuch kreatywności. W pełnym galopie Rodrigo Amado wchodzi na firmament free jazzu. Tak, to dzieje się dokładnie teraz!

Wild Flowers. Introdukcja małej trąbki, z furą sonorystyki na ustach. Soczyste całusy! Corsano zgłasza obecność po 90 sekundach, zaraz potem Kessler. Stąpają delikatnie po bardzo cienkim lodzie. McPhee zmienia instrument na sopran. Tempo spokojne, ale systematycznie narasta, bo sekcja rytmiczna stoi już po kolana w gorącej lawie. Na komentarz Amado czekamy aż do 5 minuty. Wchodzi z melodią na ustach i szczerzy zęby! Jazz sięga do swych prawdziwych korzeni. Na finał utworu wymiana uprzejmości obu saksofonów. Ich przyjaźń ewidentnie rozkwita! Melodia, taniec i dużo dramaturgicznego sprytu.

The Hidden Desert. Wstęp w rękach i nogach sekcji. Rodzaj ciekawej sonorystyki bez nadmiaru emocji. McPhee znów sięga po trąbkę i zaczyna grać coś na kształt upalonego bluesa, ale z ornamentami na talerzach i smyku. W 5 minucie podłącza się Amado, z dużym spokojem, krok za krokiem buduje nostalgiczny finał płyty. Nowy Jork, czwarta nad ranem, ballada dla tych, którzy mają ranną szychtę. Być może ta bardzo dobra płyta zasługiwałaby na bardziej ekspresyjny finał. Na ostatniej prostej kontrabas i perkusja grają dobitniej i bardziej zdecydowanie. Dęciaki wolą pozostać przy swoim.


wtorek, 23 lutego 2016

Peter Brötzmann – „Piękne Kłamstwa” i szczypta wspomnień u progu 75 urodzin



Osobiście nie wybieram się do stolicy naszego dziwnego kraju, by przez kilka dni celebrować 75 urodziny Petera Brötzmanna, jednakże ów incydent kalendarzowy jest dla mnie wystarczającym powodem, by saksofoniście z Wuppertalu poświecić kilka chwil w niniejszym poście.

Jakkolwiek urodziny w Pardon, To Tu zapowiadają się bardzo ciekawie, choćby z powodu uczestnictwa w nim japońskiego trębacza Toshinori Kondo, który w Europie koncertuje rzadko, by nie rzec w ogóle jego stopa nie styka się z ziemią wiecznych odkrywców. O Nim także słowo w dalszej części tej opowieści.



Tu, nieśmiało rozpoczynając celebrację jakże zacnych urodzin, znajduję dobry moment na pochylenie się nad najnowszym wydawnictwem z udziałem Petera. W potoku duetów, ujawnień trzyosobowych i kwartetów eksplorowanych usilnie przez Brötzmanna w ostatnich latach (często przy kompetentnym wsparciu muzyków brytyjskich, np. patrz: post dotyczący wytwórni Clean Feed…), dzieło owo stanowi coś nietypowego i absolutnie świeżego. A na myśli mam Beatiful Lies (NEOS JAZZ, 2016), dysk będący rejestracją spotkania z nonetem ICI Ensemble. Przyznam, że z tą formacją spotykam się po raz pierwszy (choć nie całkiem dawno nagrali oni także płytę z Williamem Parkerem). Jest to skład niemieckich muzyków średniego i starszego pokolenia (których nazwiska po prawdzie nic mi nie mówią), a ich narzędziami pracy są instrumenty dęte, tak blaszane, jak i drewniane, piano, bas, perkusja i szczypta nienachalnej elektroniki. Sam Brötzmann  tradycyjnie wymiata na tenorze, tarogato i klarnecie. Dodajmy wymiata, jak na jego standardy, stosunkowo spokojnie, nieśpiesznie, a w kluczowych momentach mozolnych, kolektywnych improwizacji doprawdy nostalgicznie. Sama orkiestra ICI nie rujnuje nam swą nadmierną odkrywczością wizerunku porządnego free jazzowego ansamblu, ba, chwilami zabawa w dźwięki jest wyważona, precyzyjna i niezwykle selektywna. Innymi słowy, nie ma rewolucji, jest za to bardzo udana płyta, która stać się może dobrą okazją do życzenia Peterowi kolejnych 75 lat owocnych muzycznych przygód.

Gdy już poznacie “Piękne Kłamstwa” zachęcam do przypomnienia sobie szczególnie udanych pozycji w dyskografii jubilata, które światło dzienne ujrzały w trakcie minionych dziesięciu lat, a które opisałem na potrzeby portalu diapazon.pl w latach 2006-2009.


Brötzmann / Kondo / Pupillo / Nilssen-Love  Hairy Bones  (Okka Disc, 2009)

Czyżby powrót Die Like A Dog Quartet, nie tylko w mojej opinii, formacji stanowiącej swoiste opus magnum w przebogatym muzycznym życiu Petera Brötzmanna? I tak, i nie - rzekłbym przekornie.

Tak, bo znów Toshinori Kondo na elektronicznie przetworzonej trąbce, do spółki z Peterem Brötzmannem (alt, tenor, klarnet i tarogato) zabierają nas w szaleńczą, transową podróż po bezkresach naszej muzycznej świadomości. To rodzaj podróży, której nie lubimy kończyć przedwcześnie.



Nie, bo sekcji William Parker / Hamid Drake nikt nie zastąpi, dodatkowo Massimo Pupillo gra na basie elektrycznym (notabene - kolega z topornego heavyjazzowego ZU). No i Paal Nilssen-Love, to zupełnie inny drummer niż Drake (jakkolwiek, równie wspaniały).
W kontekście jednakże zawartości tego blisko 70-minutowego koncertu z Amsterdamu (zarejestrowanego we wrześniu ubiegłego roku) powyższe dywagacje nie mają większego znaczenia. Wspaniała muzyka! Przedni zastęp dęciaków równie doskonale, jak na produkcjach Die Like A Dog (co dla wielu będzie wystarczającą rekomendacją), prowadzi niezwykle konstruktywny dialog. Gęsta gra Paala Nilssena-Love na perkusji (jakżeby inaczej) stwarza ku temu znakomitą bazę, a zaskakująco wyważona, basowa ściana dźwięku generowana przez wiosło Pupillo, to dodatkowo solidny punkt odniesienia (gdzie mu tam do Laswellowskiego zrywania parkietu w Kongresowej - i bardzo dobrze!).

Koncert podzielony został na dwa fragmenty (ciszy pomiędzy nimi jednak nie uświadczymy). Zaczynamy od gwałtownego trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Na początku fragmentu drugiego popadamy w lekką zadumę (piękna gra Kondo i delikatny sound Pupillo!), by potem krwiście zafiniszować (kolektywnie, w pełnej ekstazie, ku radości wszystkich słuchających). No i bardzo niepoprawna politycznie okładka. Reasumując - jeden z najpoważniejszych (jak dotąd) kandydatów na płytę roku!


McPhee / Brötzmann  / Kessler / Zerang  The Damage Is Done  (Not Two, 2009)

Panów Brötzmanna , McPhee, Kesslera i Zeranga znamy świetnie (m.in. doskonale pamiętamy, iż to 40% roztwór Chicago Tentet!), widzieliśmy na wielu koncertach i podziwiamy od lat (nota bene, czyż wielu wspaniałych free jazzowych mistrzów zza wielkiej wody, i nie tylko, nie powinno od dawna posiadać polskiego obywatelstwa?). Jako kwartet mają w dorobku dwa ujawnienia ("Tales Out Of Time" u Kapeluszników i "Guts" na OKKA Disk), a ubiegłej wiosny zawitali do naszego urokliwego kraju, celem popełnienia wspaniałego koncertu w najbardziej obleganej piwnicy współczesnej Europy Środkowej, czyli krakowskiej Alchemii. Wytrawny eksplorator ważnych free wydarzeń, Marek Winiarski rzecz zarejestrował i wydał na podwójnym CD (po raz pierwszy Not Two w takim formacie!).



Panowie zagrali dwa regularne sety (w wymiarze dwóch połówek meczów piłkarskich plus extra time) i gratisowy set trzeci (dogrywka z udziałem tria Freda Lonberga-Holma, który przypadkiem grał w Krakowie w wigilię tego zacnego koncertu). Na płytach niestety nie słyszymy owej dogrywki, a szkoda, bo Wasz recenzent słyszał te dźwięki i z radością donosi, że bezwzględnie warte były publikacji. Stało się jak stało - nie narzekajmy wszakże, bo dostaliśmy 95 minutowy jesienny killer do wielokrotnego odsłuchu. Panowie raczą nas free jazzem, będąc w doskonałej formie i dzieląc swoje swobodne improwizacje na sześć fragmentów opatrzonych tytułami. Skoro dyspozycja dnia wszystkich muzyków absolutnie topowa, to i koncert na długo zapadnie w Waszej pamięci. Co warte podkreślenia, wiele w tej muzyce fragmentów ewidentnie wyciszonych, pełnych nostalgii (jak dobrze, że płyta ujrzała światło dzienne jesienią), w czym szczególnie gustuje Joe McPhee, a i Peter Brötzmann wie, że wszystkiego nie da się załatwić hałasem. Ot, jeden w pewniaków na doroczne listy best of - polecam od pierwszego do ostatniego dźwięku!


Peter Brötzmann / Peeter Uuskyla   Born Broke  (Atavistic, 2008)

Blisko 100-minutowe spotkanie starych znajomych (nagrane we wrześniu 2006 r. w Szwecji) – pozostającego wciąż w genialnej formie Brötzmanna (tegoroczne koncerty w Polsce dowodzą tego najdobitniej) i jego starego kumpla ze Skandynawii – Uuskyli (najczęściej grywali dotąd w triu z Friisem-Nielsenem).



Uuskyla jest dość specyficznym perkusistą (nie wszyscy za nim przepadają), albowiem jego gra wydaje się pozornie pozbawiona lekkości i polotu typowego dla naszych ulubionych freejazzowych pałkerów. Wszakże jego nieco "kanciasta" poetyka idealnie wpasowuje się z estetykę kipiącego energią Brötzmanna (nie chcę przez to powiedzieć, że on też gra bez polotu...). Ale dość tych ambiwalencji – dostajemy naprawdę świetny kawał rasowego free, składający się z czterech fragmentów opatrzonych tytułami, na dwóch dyskach. Absolutnie i bezwarunkowo polecam, zwłaszcza tym, którzy nie doceniają roboty Uuskyli!


Brötzmann / Yagi / Nilssen-Love   Head On  (Idiolect, 2008)

Ubiegłoroczny koncert z niemieckiego "Manufaktur". Nazwiska Petera Brötzmanna i Paala Nilssen-Love'a padają na tych łamach tak często (i z takim poziomem natężenia zachwytu), że określenie niniejszego koncertu mianem wspaniałego trąci banałem. Niemniej trudno od takiej cenzurki uciec, albowiem jest jeszcze trzeci powód takiej, a nie innej percepcji tej muzyki - to kolega (koleżanka) Yagi grający (grająca) na 17 i 21-strunowym koto (przepraszam za te dylematy płciowe, ale człeka nie znam, a z nieostrego zdjęcia na okładce wynika, iż to kobieta o absolutnie męskich ramionach).



Ten, skądinąd wspaniale brzmiący instrument, nadaje improwizacjom naszych ulubieńców niebywałej, nieco onirycznej, niemal transcententalnej metaforyki. Chwytamy znane nam (i wspaniałe) dźwięki saksofonu i perkusji Panów PB i PNL jakby innymi receptorami słuchu, inną częścią naszego freejazzowego mózgu. Trzy samodzielne odcinki muzyczne. Naprawdę wyjątkowa płyta!


Peter Brötzmann / Michael Zerang Live in Beirut 2005  (Al Maslakh, 2006)

Nie jest to może wyjątkowy świeżak, a rzecz nagrana blisko trzy lata temu, ale z uwagi na niełatwy do niej dostęp (kupiłem na koncercie Brötzmanna w Gdyni), dla wielu będzie to z pewnością nowość. Trzecia pozycja w katalogu libańskiego wydawnictwa, to koncert dwóch wyjątkowych kolesi - Petera Brötzmanna (bez introdukcji) i Michaela Zeranga (białego odpowiednika Hamida Drake'a), nagrany na środku pustyni, czyli w Bejrucie.



Nie liczcie zatem na jakąś wyjątkową jakość dźwięku (pustynia ma swoje prawa), ale to co dostają w zamian Wasze narządy słuchu wynagrodzi wszelkie akustyczne niedogodności. Wspaniały koncert! Brötzmann niepozbawiony dalekowschodniego zaśpiewu i samonapędzającej się skłonności do raczenia nas uroczymi melodiami (oczywiście w ramach freejazzowej konwencji), Zerang czujny w każdym momencie saksofonowych erupcji, grający każdą dostępną kończyną. Lektura obowiązkowa! A i język arabski można sobie podszkolić czytając wkładkę do CD (płyta wydana w kopercie).


Brötzmann / Nilssen-Love / Gustafsson   The Fat Is Gone  (Smalltown Superjazz, 2007)

Spotkanie takich trzech gigantów europejskiego free nie może ujść naszej uwadze. Ubiegłoroczny koncert z Molde, wydany w zacnych szeregach norweskiej Smalltown, edycja jazzowa. Trzy ostro kopiące fragmenty. Totalne erupcje soczystych improwizacji free, okraszone chwilami sonorystycznej zadumy.



Choć wiele już słyszeliśmy równie pasjonujących koncertów, w tym jest to coś, co pozwala nam zakwalifikować nagranie do kategorii – muzyczne wydarzenie roku. Jedni docenią kunszt Gustafssona (chwile zadumy), inni rozpłyną się nad siłą środków wyrazu Brötzmanna (erupcje free), a ja ze swej strony zwracam uwagę na genialną drumerską robotę Nilssena-Love. On jest kołem zamachowym tej szalonej historii i to być może jemu należy przyznać palmę przodownika pracy.

Best wishes, Peter !!!!