Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances-Marie Uitti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances-Marie Uitti. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2017

Agusti Fernandez – Zespół Celebracyjny, czyli Rękopis Znaleziony w… Barcelonie!


Agusti Fernandez zdaje się być kolejnym wybitnym muzykiem improwizującym, który prawie już w Polsce zamieszkał.

Trzy lata temu w Warszawie, w trakcie kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, hucznie obchodził swoje 60.urodziny. Niemal każdorazowo towarzyszy, w trakcie koncertów w naszym kraju, kolejnym składom i orkiestrom Barry’ego Guya, który bodaj jako pierwszy muzyczny nierezydent zamieszkał u nas w wymiarze artystycznym. Nie będę już tu listował innych obecności gościa z Barcelony, albowiem nie to jest celem naszej dzisiejszej opowieści

Agusti zatem niezwykle często wizytuje krajowe incydenty muzyki improwizowanej, zaś najnowsze zdarzenia fonograficzne popełnia już prawie wyłącznie za pośrednictwem polskich wydawców. Tylko w ostatnich pięciu latach w ramach krakowskiego Not Two Records ukazało się … pięć jego płyt, a pod szyldem Fundacji Słuchaj! doliczyłem się już trzech, przy czym ta pierwsza miała wymiar czteropłytowy i była dokumentacją wspomnianych wyżej urodzin (River Tiger Fire; dla przypomnienia, patrz: tu ). Dla pełnego obrazu należy dodać, iż w roku ubiegłym reedytowana została w Polsce debiutancka, solowa płyta pianisty (Ardent, Freeform Association).

Jeśli zatem światło dzienne ujrzała właśnie nowa płyta Fernandeza, będąca przy okazji kolejną dokumentacją obchodów rocznicowych muzyka z Barcelony, to bez pudła możemy wskazać, iż została wydana w kraju na Wisłą! I jakąkolwiek przeszkodą nie był tu fakt, iż nagranie zostało poczynione w Barcelonie.

Ad rem – z ogromną przyjemnością przystępuję do omówienia płyty Zespołu Celebracyjnego pod światłym kierownictwem Agusti Fernandeza. Bogactwo tej muzyki, jej wielowątkowa struktura, niemal ponadgatunkowa różnorodność, sprawiają, iż przywołuje mi ona w pamięci szkatułkowe opowieści …. Jana Potockiego, w jego wyjątkowym dziele Rękopis Znaleziony w Saragossie, który stał się inspiracją dla wybitnego filmu Jerzego W. Haasa. Zupełnie przy okazji, bez cienia wątpliwości rację przyznaję Maciejowi Lewensteinowi, który w liner notes określił muzykę zawartą na krążku Celebration mianem post-awangardy XXI wieku, która perfekcyjnie konsumuje w sobie zarówno muzykę barokową, czy dziewiętnastowieczny modernizm, jak i klasykę wieku dwudziestego, symfoniczną i kameralną, awangardę elektroakustyczną, wreszcie free jazz i muzykę swobodnie improwizowaną.






Czas i miejsce zdarzenia: 20 lipca 2015 roku, Sala Ovidi Montllor, Mercat de les Flors, Barcelona.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian (także preparowany), Núria Andorrà – perkusjonalia, Frances-Marie Uitti – wiolonczela (z drobnymi amplifikacjami, jak na ucho recenzenta), Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, Nate Wooley – trąbka, Pablo Ledesma – saksofon altowy, Ingar Zach – perkusjonalia, Joe Morris – gitara elektryczna. Muzycy wymieni w kolejności, w jakiej najprawdopodobniej ustawieni byli na scenie, patrząc od lewej strony. Na finałowe fragmenty koncertu do Oktetu dołączyła tancerka Sonia Sánchez.

Co gramy: cytując Fernandeza - Spontaneous Collective Improvisation - delikatnie sterowaną przez lidera (nie znamy szczegółów technicznych procesu). Zgodnie z komentarzem zamieszczonym na okładce płyty, muzyka ze względów formalnych została przypisana pianiście w aspekcie autorskim.

Efekt finalny: koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków, trwa prawie 74 minuty. Podzielony został na dziesięć części (parts) jedynie dla wygody słuchaczy, jakkolwiek początek każdego kolejnego fragmentu oznacza tu zmianę sposobu narracji i kierunku improwizacji, zatem sam podział zdaje się być dramaturgicznie uzasadniony. Na finał otrzymujemy także kilkuminutowy bis (encore). Od kilku tygodni dostępny jest zapis fonograficzny tego koncertu, wydany na CD jako Agusti Fernandez Celebration Ensemble (Fundacja Słuchaj!, 2017). Dodajmy, że podzielony na dziesięć części koncert zwie się … Celebration.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Start! Głębokie inside piano dla rozszerzenia naszych naczyń krwionośnych, dla pobudzenia skupienia i wyobraźni. Pojedyncze, akustyczne interakcje, westchnienia, przedechy, mikrotonalne palcówki po gryfach, wilgotnych strunach i niedotartych dyszach. Post-awangarda w rozkwicie, niczym pawi pióropusz. Ośmioro muzyków, trzy dęciaki, piano i rozbudowana sekcja – struktura nastawiona w tym akurat momencie na polerowanie powierzchni płaskich i smukłe przytulanki w ramach spokojnej, leniwej wręcz narracji. Wyczekiwanie na to, co spreparuje jubilat Agusti. Szczypta elektroakustyki opada na muzyków, choć grają bez prądu. Tłumione dudnienie stopy przywołuje złe duchy z przeszłości. W oczach muzyków nie widać jednak strachu. Gustafsson brnie w typowe dla siebie przedechy, Wooley preparuje mikroincydenty tuż obok niego, strunowce oliwią się, szukając pretekstu do skromnej choćby eskalacji. Narracja systematycznie zagęszcza się, rośnie ilość dźwięków na metr sześcienny przestrzeni sali koncertowej. Agusti, prawdziwy mistrz ceremonii, działa jakby dwutorowo. Raz jest stymulatorem, innym razem destymulatorem procesu dynamizacji improwizacji. W ramach wciąż jeszcze wstępnej gry, natrafiamy na soczysty dialog fortepianu i gitary, z dwóch przeciwległych krańców sceny (pod koniec naprawdę na ostro!). W ten skromny tygiel emocji wciska się baryton i inny nieokreślony dźwięk dęty. Czas na drobne wyciszenie (zmiana cyfry na odtwarzaczu). Kolektywne, ale i separatywne robótki ręczne – zdaje się, że wiolonczelistka delikatnie amplifikuje swój dźwięk. Cały Ensemble drży złowieszczo, niczym zakrzywiona estetycznie filharmonia. Nuria i Ingar – perkusjonalni kuglarze - skromnie znaczą teren, prawie w ogóle nie używają bębnów. Trębacz uroczo kwili na przednówku, z wiolonczelą i dzwoneczkami w tle. Znów cisza, zaniechanie, wyczekiwanie, mikrotonalność – takie fragmenty zdają się być najpiękniejsze w trakcie koncertu. Przypominają piękną kobietę, intrygująco odzianą i kryjącą w sobie setki tajemnic, których wcale nie chcemy teraz odkrywać. Atakuje nas nerwowy tembr od samego dołu (piano i wiolonczela), spanizująca gitara i marsz dęciaków w szyku unisono, mocno ku górze. Eskapicznie narastająca, niebanalna eskalacja toczy się cudnie, a ilość dźwiękowych fajerwerków budzi respekt recenzenta. Mats ciekawie podczepia się pod sufitem i krzyczy mając prawie zamknięte usta! Tygiel post-gatunkowy w stanie krytycznego wrzenia!




Kolejne wyciszenie jest jeszcze bardziej dobitne niż poprzednie. Wooley puentuje je czułym, ale nieco północnym tonem. Na moment mamy drobny podkoncert z wyłącznym udziałem trójki dęciaków. Pięknie krzyczą na siebie! Tryumfalnie powraca Fernandez i dynamiczną palcówką po klawiaturze diametralnie zmienia obraz rzeczywistości. Dobosze idą po swoje i startują do tygrysiego lotu! Baa, cały ansambl ma tak niecne zamiary! Ledesma jedzie na ostro, a może to Gustafsson, a może… obaj – what ever you want! Wiolonczelistka jest rozgrzana, jak wysoko energetyczny piekarnik! Piękne dialogi w formule call & response! Fortepian flirtuje z perkusjonaliami, a wiolonczela płynie w niskim rejestrze (wonderful!). Morris zwinnie zaplątuje się w struny gitary, a wszystko wokół wiruje i tryska płynami ustrojowymi - prawdziwie zbiorowy orgazm! Mnóstwo wydarzeń dzieje się na obu flankach, któremu towarzyszy wiele chwil ciszy na samym środku sceny. Wtem wraca Wooley i zabiera Fernandeza wraz z Morrisem na trzyosobową eskalację na niebotycznym poziomie (przypomina się doskonała płyta w takim zestawie personalnym). Cisza po tej rejteradzie smakuje, jak niezasłużona kara! Ale brak czasu na chwilę refleksji…, albowiem startuje kolejna ognista marszruta.

Jubilat Fernandez pozostaje w stanie orgazmu permanentnego, mocno wspierają go w tej trudnej chwili Nuria i Ingar, brnący w ciekawą sonorystykę Frances i Pablo, a także kipiący z emocji Joe. Dzieję się tu tak wiele, że kajet recenzenta aż pęka w szwach z nadmiaru notatek. Stemple Matsa w samych środku tego pożaru nie do końca trzymają poziom (uwaga złośliwego komentatora). Pianista nie przestaje grać choćby na moment! Znów wyłania się tłuste trio – fortepian, baryton i gitara. Pieprznie i na mokro! Pablo podłącza się bez pytania, także Nuria i Ingar (eskalacja!). Zupełnie niespodziewanie na moment prawie wszyscy milkną, dając trzy nanosekundowe chwile na indywidualny popis gitarzyście, który wpada w degresywną… progresję. Nowa narracja jest bardzo płynna, znów odrobinę elektroakustyczna. To chyba sprawka wiolonczelistki – dręczy gryf swojego instrumentu smykiem, naładowanym plusami i minusami. Baryton prycha, Nuria prowadzi z nim bardzo konkretną grę wstępną. Cisza na ułamek sekundy, gwałcona spokojnymi akordami piana. Z kajetu recenzenta: narracja, dramaturgia, zamysł całości delikatnie przeładowane treścią.




Ów moment wyciszenia, refleksji trafia się nam w wyjątkowo udanym momencie. Muzycy łapią oddech na finał. Słuchający dostają nową perspektywę percepcji całości koncertu. Wyładowania atmosferyczne! Ewidentnie brak winnego! Wrzący tygiel! Tuż potem piękny pasus pianisty - nostalgia, intelektualny chłód. Dzwonki na prawej flance. Wszystko ma się ku definitywnej dynamizacji. Trupie unisono dęciaków. Potężne brzmienie ośmiu ciał muzycznych i nóg jednej tancerki, która niepostrzeżenie wkleja się w bieg wydarzeń. Święto Wiosny epoki post-post-modernizmu. Ensemble krwawi obficie, nawet pot ma kolor czerwony. Ekscytujący moment! Magia chaosu, który akurat w tej sytuacji daje się chytrze okiełznać. Wybrzmienie… Agusti, Frances, Joe… Cisza... Koniec… Oczekiwanie na burzę oklasków trwa więcej niż kilkanaście sekund!  Standing ovation, cyklon z piorunami. Widownia też daje z siebie wszystko! Czas na drobny encore… który w mgnieniu oka przeradza się w drapieżny, soczysty i krwawy lot ku zatraceniu. Recenzent nie napisze już, czym tryska po ścianach, bo nie wypada. Prawdziwy pożar! Bataliony proszą o ogień! Zapach spalonej sierści! Niczym Globe Unity Orchestra w młodych, pionierskich latach! Uff! Siedemdziesiąta czwarta minuta wybiła na zegarze.


                                                                                         

środa, 12 października 2016

Agusti Fernandez – fortepian w skrzypcowych konwulsjach, przyjęcie urodzinowe i Listen Foundation! short review


Być może próżno w dzisiejszym świecie muzyki improwizowanej szukać bardziej wyrazistego i artystycznie spełnionego pianisty, niż 62-letni Agusti Fernandez. Sytuacja jest dla jego wielbicieli znad Wisły, Odry i Warty o tyle sympatyczna, że kataloński muzyk często u nas rezyduje, koncertuje, a także wydaje płyty, a zatem jego artystycznej przygodzie możemy przyglądać naprawdę z bliska.

A propos tej ostatniej aktywności – tylko w roku bieżącym krajowy przemysł wydawniczy ujawnił światu reedycję jego debiutanckiej płyty solowej Ardent (Freeform Assocation), a także dokumentację spotkania bez oklasków, poczynionego przez pianistę w towarzystwie Rafała Mazura Ziran (Not Two Records). Ponadto w zapocone dłonie fanów free improv wpadło kolejne nagranie w duecie, tym razem z tunezyjską skrzypaczką Yasmine Azaiez, wydane pod jakże trafnym tytulem Revelation (Fundacja Słuchaj!). Tytuł rzeczywiście oddaje sedno tej muzyki, albowiem jest ona doprawy … rewelacyjna.

Poniżej postaram się uzasadnić powyższy osąd. W uzupełnieniu zaś kilku słów bezgranicznego zachwytu, proponuję drobny przegląd katalogu dość młodej jeszcze inicjatywy wydawniczej Fundacja Słuchaj!, m.in. dlatego, że mieści on w sobie kolejną pozycję z Agusti Fernandezem w roli głównej, datowaną – dla odmiany - na rok ubiegły.


Rewelacja….

…. konsumuje dwa studyjne spotkania Fernandeza z Azaiez, poczynione 9 listopada roku ubiegłego i 23 kwietnia roku bieżącego (barceloński L’Obrador, częste miejsce muzykowania pianisty). Dokładnie dzień przed pierwszym z tych spotkań, ta para muzyków koncertowała w Ateneu Barcelones w towarzystwie młodej, katalońskiej perkusjonalistki, Nurii Andorry. Dokument fonograficzny koncertu tria zwie się Future Memories (Discordian Records, 2016) i został na tej stronie skwitowany kilkoma westchnieniami ekscytacji, wiosenną porą w opowieści The Youth Are Getting Restless.




Teraz jednak skoncentrujmy się na rewelacyjnych dźwiękach, czynionych przy wydatnej pomocy fortepianu i skrzypiec, o całkowicie akustycznych parametrach. Muzyka dociera do nas w dziewięciu fragmentach, opatrzonych zgrabnymi tytułami, a jej odsłuch winien nam zająć dokładnie 51 minut i 30 sekund.




Z wyłączeniem krótkiego, piątego fragmentu, muzyka generowana przez Fernandeza dociera do nas wyłącznie z wnętrza jego dużego i czarnego instrumentu. Arsenał jego sztuczek, zagrywek, przygrywek i docinek budzi wielki szacunek słuchacza, podobnie jak ilość wrażeń akustycznych, jakie w danym odcinku czasowym jest nam w stanie dostarczyć. Istnieje poważne podejrzenie, iż Agusti posiada więcej niż dwie ręce, a także, iż dodatkowo korzysta jeszcze z innych przedmiotów płaskich lub owalnych, którymi maltretuje struny i obudowę fortepianu (opis płyty skąpi nam informacji w tym zakresie). Partnerka Agustiego jest nieco bardziej oszczędna, tak w zakresie dostarczania materiału dźwiękowego, jak i wykorzystywanych środków wyrazu. Wgryza się smyczkiem w struny i rzeźbi piękne, oniryczne drony w wysokich rejestrach. Pozostaje jakby w stanie zawieszenia, niedopowiedzenia i oczekiwania. Flora akustyczna nagrania jest tak gęsta, iż w niektórych momentach nie potrafimy wskazać muzyka odpowiedzialnego za dany dźwięk. Trwa seans pytań i odpowiedzi, jak w wartkim filmie akcji (idąc za słowami Joe Morrisa, który skreślił udane liner notes). Chwilami, jeśli choć trochę puścimy wodze fantazji, słyszymy nie duet, a całą orkiestrę muzyków, pilnie maszerujących na artystyczne zatracenie. Struny, dzwonki, młoteczki i talerze. Pisk, skowyt, mlaskanie i szemranie. Dźwiękowa ściana kastaniet wieńczy drugi fragment. W trzecim Agusti moduluje dźwięk spod klawiatury, a Yasmine palcuje w oczekiwaniu na nieokreśloność gramatury pianistycznych podpowiedzi. W piątym – na moment – muzycy przypominają nam, że to duet na fortepian i skrzypce. Ale to tylko chwila – eskapiczne crescendo fragmentu szóstego wznosi nas ku kolejnym płaszczyznom nieoczywistości, przy okazji wtłaczając nam do głowy wrażenia z szybkością trzech tysięcy dźwięków na sekundę. Fragment siódmy rozpoczynają igraszki z ciszą, by po odrobinie oddechu, doświadczyć eksplozji ekspresji z obu biegunów dźwiękowych tego spektaklu. Struny skrzypiec zdarte są do krwi, a obudowa fortepianu niechybnie pęka. Czas na Święto Wiosny – wersja dla słuchaczy permanentnie dręczonych wiecznym oczekiwaniem na nadejście niemożliwego. Osiągamy finał tego rollercastera. To nie jest przygoda dla panien z dobrego domu – tu jest pikantnie, nieprzytulnie, po trochu obscenicznie i niewymownie … pięknie! Niczym uczestnicy corridy z udziałem upalnych wołów, wprost z tunezyjskich pustyni, osiągamy linię mety i padamy na kolana. What a game!


Urodzinowa rezydencja

Dwie wiosny temu, w trakcie dziewiątej edycji Festiwalu Ad Libitum, gościem specjalnym imprezy był Agusti Fernandez, obchodzący wówczas 60 urodziny. Trzy dni tego wydarzenia wypełnione zostały … czterema koncertami z udziałem Jubilata. Być może nie wspominałbym dziś o nich (zresztą byłem ich naocznym świadkiem), gdyby nie to, iż wszystkie one zostały upublicznione na uroczym czteropaku, który na pośrednictwem Fundacji Słuchaj! ujrzał światło dziennie w roku ubiegłym, pod wszystko mówiącym tytułem Agusti Fernandez @60 River Tiger Fire, Ad Libitum Festival Residency. Jest świetny moment, byśmy zajrzeli do środka tego wydawnictwa.

Dysk pierwszy: Kompozycja tytułowa River Tiger Fire, na scenie pianista i dyrygent AF oraz powołany ad hoc Ad Libitum Ensemble. W jego składzie krajowy garnitur improwizatorów, z których połowa stanowi przy okazji zaciąg artystyczny wydawnictwa: Zimpel, Dickaty, Lebik, Majewski, Strycharski, Zakrocki, Olak, Mazur, Wójciński i Zemler. Patrząc z punktu widzenia instrumentarium – pięć dęciaków, skrzypce, dwa instrumenty harmoniczne i sekcja rytmiczna z podwójnym instrumentem basowym. Prawie godzina dynamicznej, różnorodnej i pokrętnej opowieści, w smaku delikatnie iberyjskiej, w woni ekspresyjnie lokalnej, co jednak nie stanowi tu jakiegokolwiek zarzutu. Momentami ekscytujące!




Dysk drugi: Elektroakustyczna uczta! Thunder! Burza z piorunami! Pianiście (preparującemu) towarzyszą na scenie – Frances-Marie Uitti na wiolonczeli (także preparowanej) i Joel Ryan, na żywo procesujący dźwięki generowane przez akustyczne instrumenty. Ponad 55-minutowa opowieść, zwinna jak stado wyposzczonych lisów, ekstatycznie dramaturgiczna i łechtająca ucho Waszego recenzenta w stopniu ponadnormatywnym. Uitti - jak wieszczą mądrzejsi od nas oratorzy muzyki współczesnej – to istotna, w ujęciu historycznym, innowatorka w zakresie gry na swym instrumencie (między innymi używa jednocześnie dwóch smyczków). Pana Ryana spotkaliśmy już na swej drodze niejednokrotnie, głównie wszakże w trakcie artystycznych ujawnień Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera. Uzupełnieni silnie pobudzonym pianistą, w trio pod oczywistą nazwą Thunder, grasują na scenie i niecą pożar za pożarem, niby wielka orkiestra symfoniczna podczas rozgrzewki do kolejnego epokowego wykonania Święta Wiosny (oj, dręczy mnie ten Strawiński w trakcie dzisiejszej opowieści!).

Dysk trzeci: Agusti w wersji na fortepian (niepreparowany) solo. Recital zwie się Mnemosynes’ Labirynth, trwa trzy kwadranse z drobnym okładem i koi nasze nerwy, zszargane po emocjach dysku drugiego. W tej roli Fernandez jawi się jako przepiękny i wrażliwy kolorysta. Są tacy, którzy kochają takie dźwięki. Ja przy nich jedynie wypoczywam. Nie twierdzę jednak, że poziom relaksacji jest niski.




Dysk czwarty: Aurora, czyli trio Agusti Fernandeza, grające komponowaną muzykę, głównie jego autorstwa. Przez wrodzoną skromność Katalończyka, zwane jest estradowo trojgiem nazwisk. Wszyscy doskonale wiemy, że skład uzupełniają Barry Guy na kontrabasie i Ramon Lopez na perkusji. Biorąc pod uwagę ogólny kształt twórczości pianisty, zwłaszcza tej najnowszej, Aurora to improwizacyjny tygiel w wersji dla grzecznych chłopców, z zastrzeżeniem jednak tych samych charakterystyk, jakie wylistowałem akapit wyżej, pisząc o jego koncercie solowym. Szczęśliwie w edycji koncertowej Aurora zyskuje na ekspresji, potrafi być czupurna i ostro smagać nasze czoła eksplozjami kooperacji w bardzo swobodnej estetyce (ach, ten Guy i jego potworny instrument!). Dwa lata temu czas na koncercie mijał cierpliwie, a trzyosobowe eksploracje akustycznych instrumentów dostarczały dużo przyjemności. Tu, na dysku czwartym jest podobnie. Nie zawsze musimy wzniecać rewolucję. A ważne, by obraz muzyka, jakim jest Agusti, był na urodzinowym wydawnictwie pełny. Bez Aurory nie byłoby to możliwe.


Fundacja Słuchaj? Słucham!

Na koniec rozprawki o polskich płytach Agusti Fernandeza ostatnich kilkunastu miesięcy, rzut oka na pozostałe pozycje katalogowego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! Nazwa podmiotu edytorskiego buńczuczna i konstruktywna, oferta muzyczna też potrafi zaintrygować.

Otwiera ją komedowska muzyka, specjalnie zamówiona na jeden z niemieckich festiwali, zrealizowana zwinnie przez braci Bartłomieja i Marcina Olesiów (perkusja, kontrabas) i wibrafonistę Christophera Della, a opatrzona tytułem Komeda Ahead (2014). Ładnie się tego słucha, jakkolwiek chęć sięgnięcia po oryginał rośnie z każdą kolejną sekundą odsłuchu. Nie jest to propozycja muzyczna dla wariatów z Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatem rozbudowanego komentarza nie będzie.

Dużo żwawiej bije moje improwizujące serce w trakcie odsłuchu kolejnej pozycji. Duet Dominika Strycharskiego (wszystkie istniejące na świecie wersje fletów, przytargane przez kilometry kabli i zwinnie zdekonstruowane elektronicznie) i Rafała Mazura (akustyczna gitara basowa), to śmiała wycieczka w dżunglę free improvisation, zakończona ewidentnie zwycięsko, z rękoma uniesionymi ku górze w geście tryumfu. Świetna płyta! A zwie się Myriad Duo (2015).




Dwie płyty z udziałem bardzo kompetentnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego, przynoszą nam zrównoważony i udany estetycznie jazz. Pierwsza, duet z trębaczem Wojciechem Jachną, ma nawet inklinacje w kierunku free improv i choć może nie jest to jeszcze ten etap muzycznej przygody, to próbować zdecydowanie warto (Nights Talks, 2015). Płyta Delusions (2016) firmowana jest przez kwartet, składający się trzech braci Wójcińskich (także trąbka i fortepian) i Krzysztofa Szmańdę (perkusja). Panowie dobrze ważą ambicje i oczekiwania wobec własnej muzyki z efektem finalnym, jaki są w stanie osiągnąć. Kwartet pcha do przodu świetnym walkingiem Ksawery, dobrze sprawuje się perkusista, a pozostali bracia zwinnie krążą nad pięciolinią, dotrzymując kroku bardziej doświadczonym kolegom.

Czas na trzyosobowy koncert z Festiwalu Ad Libitum, edycja 2013. Na scenie CSW Maciej Garbowski (kontrabas), Piotr Damasiewicz (trąbka) i William Soovik (perkusja). Byłem na tym koncercie i przyznaję, iż z perspektywy pierwszego rzędu nie zrył mi beretu. Dziś po trzech latach, w skupionym odsłuchu domowym, ten dobrze zarejestrowany koncert zdecydowanie zyskuje na wartości. Wciąż mógłbym delikatnie utyskiwać nad niskim poziomem ekspresji muzyków (zwłaszcza trębacza), ale nie czynię tego, bo Sesto Elemento (2015) naprawdę mi się podoba.




Kolejna płyta z katalogu, Spontaneous Chamber Music Vol. 1 (2016), również zasługuje na wiele ciepłych słów. Muzyka zgodnie z tytułem, a także liner notes, powstała bezwzględnie spontanicznie, a jej współczesny rodowód, bezdyskusyjny, ciekawie inspiruje muzyków do kompetentnych improwizacji. Marcin Olak (gitara), Patryk Zakrocki (skrzypce) i Mikołaj Wielecki (perkusja) snują przez niepełne trzy kwadranse nieśpieszną, akustyczną opowieść, która momentami osiąga ekscytujący poziom emocji, mimo, iż Panom daleko do eskalowania hałasu. Tytuł wydawnictwa sugeruje ciąg dalszy. Zapisuję się niechybnie na listę oczekujących.

Została nam ostatnia pozycja, przy okazji najnowsza płyta Fundacji Słuchaj! Tym razem witamy w środowisku improwizowanej muzyki klezmerskiej. Podobnie, jak w przypadku Komeda Ahead, muzyka daleka jest od estetyki preferowanej na Trybunie, zatem nie będę się wymądrzał. Lubię tego słuchać przy żonie, z pewnością jednak wielu słuchaczy znajdzie szereg innych okoliczności, by z krążkiem Bassarabian Journey (2016), firmowanym przez Kwartet gitarzysty Marcina Olaka, obcować z oczekiwaną porcją przyjemności.