Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Devin Gray. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Devin Gray. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

czwartek, 14 lipca 2016

Nate Wooley – lekcja argonautyki i sylabizowania


Nate Wooley jest na tyle częstym gościem na Trybunie, że każdorazowe przytaczanie jego dorobku i pozycji na współczesnej scenie muzyki improwizowanej, możemy uznać za całkowicie zbyteczne. Jakkolwiek pamiętamy, iż obok wielu wyśmienitych dokonań na polu free improv, paru nudnych autorskich płyt z materiałem komponowanym, lubi on także zapuszczać się w świat muzyki bezwzględnie improwizowanej, jednak umoczonej w elektronice, multiamplifikowanych urządzeniach generujących dźwięk, czy zapisanej na starych, pociętych taśmach zalegających śmietnik na jego prywatnej posesji. Ten ostatni wątek w twórczości Nate’a omawialiśmy już kilkakrotnie na tej stronie, a zasadniczą do tego inspiracją był cykl muzycznych ekscesów pod nazwą Seven Storey Mountain.

Dziś czas na najnowszą płytę Wooleya Argonautica (Firehouse 12 Records, 2016), która dość sprawnie wpisuje się w powyższy kontekst stylistyczny. Dodatkowo, wrażenia z jej odsłuchu uzupełnimy o nowy cykl produkcji solowych, który także winien być przypisany do formuły Jazz Is Dead! … czyli Improwizacja Inaczej.





Lekcja argonautyki

Cytując luźno za opisem zawartym na stronie muzyka, Argonautica to swoiste połączenie aleatorycznej i minimalistycznej estetyki kompozytorskiej, wtłoczonej w idiom wczesnego fussion, gdy określenie jazz/rock było niemile widziane. To także hołd Nate’a dla bohatera lat swej młodości, trębacza Rona Milesa i jego płyty My Cruel Heart z roku 1996.

Miles, trębacz i kornecista, ledwie dekadę starszy od Wooleya, kojarzony jest przez nas właśnie z muzyką fussion, a także z niekoniecznie ambitnymi kolaboracjami z elektroniką, a nawet muzyką taneczną, wszakże z silnym, jazzowym feelingiem. Osoba Rona nie jest tu zatem bogiem na firmamencie, a jedynie postacią, która tak silnie zainspirowała młodego Nate’a do uprawiania muzyki, że z tych oczywistych wspomnień zrodził się argonautyczny koncept.




Na potrzeby interesującego nas dziś pomysłu, Nate powołał do służby podwójne trio. Obok siebie i …Rona Milesa na trąbkach, w nagraniu wzięli udział – pianista akustyczny, z doświadczeniem na polu muzyki współczesnej, Cory Smythe, elektryczny klawiszowiec rodem ze sceny avant-rockowej, Jozef Dumoulin, na pianie fendera i elektronice (Wooley gra z nim w takim zwichrowanym w kierunku improwizacji, rock-bandzie o uroczej nazwie Biuro Turystyki Atomowej!) oraz dwaj perkusiści, Rudy Royston i Devin Gray (na półkach przygotowanych na ich dyskografie na razie zalega kurz).

Argonautica, określona na wydawnictwie jako kompozycja, została zarejestrowana w Klubie Firehouse 12, w grudniu 2014r. Trwa blisko 43 minuty i jest nieprzerwanym, zwartym ciągiem dźwięków. Trębacze grają w zasadzie w parze i często unisono prowadzą całą muzyczną machinę do przodu. Wooley gra dość prosto i z reguły daruje sobie sonorystyczne skoki w bok. Na ogół operuje czystym dźwiękiem z lekkim pogłosem, który w trakcie trwania utworu zdecydowanie się nasila. Miles czyni podobnie i na tym polu nie liczymy na jakieś szczególne urozmaicenia. Co innego pianiści – Smythe mimo rodowodu new music potrafi nieźle pohałasować. Dynamicznie inspiruje pozostałych do improwizacyjnego szaleństwa, pikując w dół lub wznosząc się w bardzo freejazzowej estetyce. Dumoulin, po prawdzie kluczowa postać w tej zabawie, jest doprawdy wszędzie. Pięknie prowadzi typowy dla fussion walking niskich częstotliwości, śmiało też plami przestrzeń udanymi pasażami klawiszy. W kluczowych momentach potrafi być zadziorny, a jego fender lubi przejąć pałeczkę i zarysować kołyszący rytm, wedle którego reszta muzyków biegnie do utraty tchu. Perkusiści robią swoje, trzymają rytm jak trzeba, paskudzą klimat zmyślnymi zakrętasami, gdy sytuacja tego wymaga. Momenty spokojnej narracji, podkreślanej nieskomplikowanym dwugłosem trąbek, z lekką amplifikacją w ważnych dramaturgicznie chwilach, bywają w nieoczywisty sposób komplikowane przez zwarcia i zgrzyty, ciekawe niuanse brzmieniowe, pozytywne dysonanse i bardziej już tradycyjne kontrapunkty. Niespełna trzy kwadransie śmiało trwać mogłyby dłużej.




Oceniając Argonautykę na tle Siedmiopiętrowej Góry, z oczywistych względów sytuujemy ją w hierarchii dokonań Nate’a nieco niżej, wszakże słucha się jej wyśmienicie, w zasadzie z każdego punktu widzenia. Ciekawa reanimacja fussion, połączona z jego drobną dekonstrukcją, niemniej frapujące zderzenie różnych muzycznych osobowości, no i zapewne jedyna okazja, by muzyk sortu Rona Milesa mógł zaistnieć na łamach mojego improwizowanego bloga.


Lekcja sylabizowania

Tu wcale nie chodzi o kontrolę ustnika, języka, gardła czy ust. Raczej zależy mi na tym, by pozwolić im pracować w naturalnym środowisku, jednakże w separacji od typowych ról, jakie mają w produkowaniu dźwięku (Nate Wooley o idei powstania muzyki na trąbkę solo).

Sylaby (Syllables) to nowy pomysł Nate’a Wooleya na solowy występ z trąbką, stosownie amplifikowaną (czyli docierającą do naszych uszu ze wzmocnionym sygnałem – zatem głośniej i z lekkim przesterem). Po materiale ciętym tępymi nożyczkami przez lekko upalonego designera (Wrong Shape To Be A Storyteller) czy choćby jednostajnym, katorżniczym dronie, gotowym zabijać w okopach każdej wojny światowej (The Almond), czas na wysublimowany koncept, prowadzący do zadziwiającego efektu finalnego.




Proces generowania dźwięku w tymże koncepcie jest tylko pozornie skomplikowany. W sumie… jest banalnie prosty. Usta muzyka układane są na ustniku instrumentu wg wzoru, jaki dyktują mu … sylaby. Innymi słowy – mając ułożone usta do wypowiedzenia danej sylaby, muzyk generuje dźwięk trąbką. Potem, te już całkiem muzyczne sylaby, wpadają do maszyny losującej (komputera) i są przez muzyka nakładane na siebie, ścieżka po ścieżce, także multiplikowane i rozciągane w czasie. Powstaje swoisty trębacki wielogłos, który często przyjmuje postać dźwiękowego drona, który zawisa nad nami, niczym miecz Demoklesa. Łączenia, klejenia i szwy są na tyle precyzyjne, iż w procesie odsłuchu funkcjonujemy absolutnie komfortowo i delektować się możemy nieomal pojedynczym dźwiękiem. Bywają momenty, iż posklejane pasaże trąbki są powtarzane z tak dużą częstotliwości, iż zaczynają tworzyć rytm, który potrafi skowyczeć i rozszarpywać rzeczywistość dźwiękową.

Incydent pierwszy nazywa się (8) Syllables (Peira, 2011) i zawiera muzyczną transpozycję … ośmiu sylab. Incydent drugi, to (9) Syllables (MNOAD, 2013) i … tak, tak, zgadliście – dziewięć sylab. Ta muzyka trafia do nas w formacie pięknie wydanych CD-rów i każde z nich zawiera po jednym traku, wszakże stanowiącym kompilację tych trębackich wielogłosów. W tak zwanym międzyczasie, na płycie słyszymy oddech muzyka i ciszę, funkcjonującą jako samodzielna jednostka muzyczna (Cage?). Pochłaniają nas samoistne połacie niepokojącego oczekiwania. Nie wiemy, co zdarzy się za chwilę. Mamy wrażenie, że zza naszych pleców za moment wyskoczy ktoś równie szalony i diabelski, jak Bob z lynchowego Twin Peeks.




Osiem sylab może zaskoczyć poziomem głośności, zatem lojalnie ostrzegam przed zbyt wysokim stanem potencjometrów. Dziewiątki wydają się w tym zestawieniu nieco spokojniejsze i bardziej zwarte, jako całość kompozycji. Dramaturgicznie poszarpane Ósemki (bywają momenty, gdy moje bezprzewodowe słuchawki tracą łączność, z uwagi na długotrwały brak dźwięku) wieńczy modulowana, upita syrena alarmowa, która wcale nie wzywa do ucieczki, raczej zakleszcza nas w tej przedziwnej rzeczywistości fonicznej. Seven Storey Mountain solo? Ciekawe, co Nate myśli o takim tropie w interpretacji Sylab?


Eskalacja niespodzianek, gruba kurtyna nieoczywistości i nasz otwarty na nowe doznania mózg! To nie może się nie udać!

Ps. Zdjęcia z koncertu promującego płytę Argonautica, Nowy Jork, 30 maja br.