Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victor Colomer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victor Colomer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 listopada 2021

The Antistandard! Tàlveg! Navarro & Bagnasco! Hidden Forces Trio +! Jiménez & Ramírez! The November Round-up directly from Spain!


Nie samą Katalonią Trybuna Muzyki Spontanicznej żyje! Dziś szybki overlook po kilku nowościach powstałych w surrealistycznych granicach Hiszpanii, które tezę zawartą w zdaniu poprzednim śmiało udokumentują. Zawitamy bowiem m.in. do słonecznej, nawet burą jesienią, Andaluzji, by poznać nagrania labelu, który na tych łamach jeszcze nie gościł. Na krótko pojawimy się także w zachodnio-hiszpańskim Badajoz. Naszą spanistyczną pielgrzymkę rozpoczniemy oczywiście w Barcelonie, oczywiście od spotkania z geniuszem tamtych ziem, wenezuelskim erudytą muzycznym El Pricto.

Głównym obiektem naszych zainteresowań będzie rzecz jasna improwizacja, ale skoro El Pricto, to na wstępie naszej opowieści nie obędzie się bez muzyki skomponowanej. Obiecujemy wszakże, iż potem, niezależnie od miejsca pobytu i danych personalnych muzyków, oddamy się całkowicie we władanie muzyki swobodnie improwizowanej. Uwaga, znów czeka na nas dużo brzmień gitar elektrycznych, znów niektóre z nich będą bardzo mroczne. To chyba jedna z cech rozpoznawczych muzyki tamtej części świata, czyż nie?

 


The Antistandard  Aint Got Rhythm (Discordian Records, DL 2021)

Słowo się rzekło, muzyczny przegląd hiszpańskich nowości zaczynamy w Barcelonie! Zaglądamy do znanego nam już przepastnego tomiska kompozycji własnych El Pricto (The Unreal Book) i bierzemy na recenzencki warsztat drugą płytę formacji The Antistandard, która te właśnie kompozycje wykonuje. W trakcie kolejnej edycji cyklu koncertowego Nocturia Discordia (listopad 2019), na scenie klubu Soda Acùstic zastajemy kwintet w składzie: El Pricto – saksofon altowy, Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Trwająca mniej więcej 43 minuty przygoda składa się tu z siedmiu części.

Antystandardowy kwintet El Pricto, to zabawa w muzyczne konwencje, kreowane przez erudytę, który kocha wiele estetyk i stylistyk, ale do końca nie wie, które z nich w stopniu największym. I na tym dramaturgicznym suspensie buduje wytrawne, chwilami masywne (sekcja rytmu pełna prądu!), efektownie i jakże precyzyjnie zaprojektowane improwizacje zbiorowe. Jak często bywa w przypadku wenezuelskiego muzyka, nad tym ponadgatunkowym szaleństwem czuwa niepokorny i bezczelny duch Johna Zorna!

Pierwszy utwór sprawia wrażenie, jakby metalowy band został zaciągnięty do filharmonii i w tych okolicznościach czuje się zaskakująco dobrze! Rockowe spiętrzenia i kameralne zaśpiewy instrumentów dętych rysują tu temat, który grany jest niemal bez przerwy, a fabuła improwizacji koncertuje się na nieustannych zmianach gatunkowych. Na końcu zdaje się, że słyszymy kolejną reinkarnację Black Sabbath grającą zmysłowego doom-bluesa! Druga opowieść stawia na niemal baletową lekkość, dramaturgiczną umowność, nie stroni wszakże od post-jazzowych grepsów, zwłaszcza ze strony gitarzysty. Trzeci antystandard przypomina Footprints Shortera, pomieszany z So What Davisa, ale nade wszystko zdegenerowany erudycją El Pricto! Leniwa, skupiona narracja bazuje na pokrętnym rytmie, któremu po czasie całkiem blisko do bluesa-rocka. Kolejna ekspozycja znów zasługuje na miano degenerated by Pricto – tym razem, to skoczna polka wywołująca zarówno salwy radości, jak i wodospady smutku (piękny puzon!). Emocje budzą tu nade wszystko bardzo spowolnione, chwilami rubaszne interludia. W piątej piosence Pricto łączy herezje jazzowe, rockowe i dalece kameralistyczne. Rzewna, wystudiowana melodyka kąsa jednak niesamowitą oryginalnością. Szósta, najdłuższa, 9-minutowa kompozycja dostarcza ogromu wrażeń, zwłaszcza ciekawych akcji w podgrupach (gitara i puzon!). Być może karzące ramię kompozytorskiej sprawiedliwości dało tu muzykom nieco więcej swobody. Nerwowe podskoki, efektowne zjazdy do samego dołu, rockowe spiętrzenia godne Naked City, bluesowe meta harmonie i całe plejady dramaturgicznych subtelności. Finał antystandardowej podróży zdaje się być zmyślnym resume całej płyty. Dramaturgiczne skoki napięcia, mikro eksplozje i filigranowe napady nastroju dalece refleksyjnego. Upside down by our beloved Pricto!

 


Tàlveg  Live Series I (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Pozostajemy w Barcelonie! Działające od kilku lat trio Tàlveg dostarcza nam nagrań dość regularnie, ale na ogół w małych porcjach. Nie inaczej jest w przypadku pierwszej odsłony ich Live Series. Dwie improwizacje zaczerpnięte z koncertu, jaki miał miejsce w grudniu ub. roku, w trakcie imprezy 9è Festival de Jazz de La Garriga, powstały w wyniki działań artystycznych takiej oto trójki muzyków: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Odsłuch koncertowego ekstraktu zajmie nam niespełna 16 minut.

Tàlveg, to wyjątkowo oryginalna formacja. Łączy dźwięki gitary jedynej w swoim rodzaju, która pobrzmiewa echami post-rocka, ale po prawdzie nie daje się precyzyjnie zakontraktować do jakiegokolwiek gatunku, swobodny, dalece lekki saksofon barytonowy i stonowaną, wyrafinowaną jazzową perkusję. Dodatkowo artyści w toku improwizacji na ogół preferują zachowania minimalistyczne, lubią cedzić dźwięki przez zęby i definitywnie donikąd się nie spieszą. Jakby na przekór temu wizerunkowi tria, ich koncertowe nagrania zdają się być porcją bardziej ekspresyjnych zachowań, a idea zdejmowania nogi z gazu, bywa tu od czasu do czasu efektownie porzucana.

Pierwszy epizod koncertowy rozpoczynają saksofon i gitara, splątane niewidzialną pajęczyną interakcji. Tajemnicze dźwięki, oniryczne westchnienia, ale też post-rockowa czerstwość scenicznej rzeczywistości. Duet ciągnie opowieść mniej więcej do połowy czwartej minuty, która wyznacza kardynalny stopping narracyjny. Fages i Bayer milkną, a do gry wchodzi Roca, który buduje wyważoną emocjonalnie, solową ekspozycję perkusyjną, która po prawdzie bardziej przypomina typową narrację niż jakikolwiek ekspresyjny incydent solowy. W momencie, gdy owe solo kończy się, na scenę powracają gitara i saksofon, przy okazji przenosząc nas do drugiej części koncertu. Znów dość leniwie, ale jednak dosadnie w brzmieniu – saksofon dmie od dołu do samej góry, a gitara buduje typowy dla Fagesa szklisty, delikatny, ale jakże nerwowy flow wprost z niemal gołych strun, zasilanych przecież prądem stałym. Dęciak stawia tu na bardziej śpiewne frazy, gitara skupia się na szczegółach, zdaje się dzielić włos na czworo, ale i tak dostarcza nam całe mnóstwo improwizowanych emocji i meta rockowych komplikacji. W tle swoją dobrą robotę na powrót realizuje drummer, który dba o dynamikę i sprawia wrażenie, iż w roli cerbera ładu i dramaturgicznego porządku czuje się wyjątkowo dobrze. Na finał gitarowa kostka ucieka do strefy zaprogowej i snuje uroczą chmurę metafizyki. Partnerzy biorą głęboki oddech i oddają pole gitarzyście.

 


Gonzalo Navarro & Luciano Bagnasco  Cinco Improvisaciones (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Z Katalonii przenosimy się do zachodniej Hiszpanii, do prowincji Badajoz. Tam właśnie powstało nagranie duetu Gonzalo Navarro – elektronika i obiekty oraz Luciano Bagnasco – gitara. Działo się to zapewne w okolicznościach studyjnych, we wrześniu br. Dodajmy, iż drugi z muzyków pochodzi z Argentyny, ale rezyduje w Hiszpanii (jego świetną płytę solową omawialiśmy na tych łamach całkiem niedawno). Cztery (wbrew tytułowi) improwizacje trwają 32 minuty.

Nagranie z Badajoz tworzy zanurzona w post-ambiencie (czasami bardzo czerstwym) gitara elektryczna, która zdaje się mieć tysiące twarzy i pozostawać w stanie permanentnej zmiany oraz otaczające ją chmury elektroniki, której aktywność dobrze licuje z tym, co dzieje się na gryfie żywego instrumentu. Tygiel wyłącznie ciekawych lub bardzo ciekawych zdarzeń fonicznych, to efekt pracy gitarowych przetworników, tajemniczych urządzeń elektronicznych i całej masy dobrych pomysłów obu improwizatorów. Dźwiękowe preparacje, incydenty wręcz plądrownicze, garść post-perkusjonalnego hałasu, gitara bez stylistycznych zahamowań  - to wszystko tropy, które mogą przywoływać w pamięci nowojorskiego, gitarowego freaka Bucketheada, który dwie i pół dekady temu dzielnie asystował choćby Billowi Laswellowi w szalonym projekcie Praxis. Szczególnie ciekawie rozpoczyna się druga improwizacja, która rozsiewa mrok i dramaturgiczne wątpliwości. Muzycy tym razem pracują krótkimi frazami, pozostając w chmurze rezonującego ambientu z nieznanego źródła pochodzenia.

W kolejnej opowieści, najdłuższej, prawie 11–minutowej, artyści początkowo stawiają na czyste, niemal balsamiczne plejady niekończących się dźwięków. Z czasem ich narracja zaczyna brudzić jednak swoje brzmienie, po czym wpada w objęcia elektronicznego rezonansu i chyłkiem spogląda ponownie w stronę bucketheadowych skojarzeń. Ów dramaturgiczny loop skomentowany zostaje obłą chmurą zdrowego ambientu. Ostatnią improwizację otwiera samotna gitara, która delikatnie pulsuje na dużym pogłosie. Po niedługiej chwili jej dźwięki zdają się być dekonstruowane przez elektronikę. Całość zmyślnie lepi się w niemal dubowy flow, który złowieszczo kołysze naszymi receptorami słuchu. Gitara multiplikuje swój dźwiękowy wizerunek, pojawiają nawet akcenty post-rockowe. Ta urokliwa karuzela zdarzeń na ostatniej prostej lepi się w gęsty, zmysłowy dron.

 


Hidden Forces Trio & Alejandro Rojas-Marcos  Velá (Sentencia Records, DL 2021)

Ze wspomnianego wyżej Badajoz już tylko krok do słonecznej Andaluzji i jej serca, czyli Sevilli. Tam mieści się label Sentencia Records, prowadzony przez muzyków, których znamy chociażby z nagrań dla brytyjskiego Raw Tonk Records (pamiętacie Sputnik Trio?). Dziś dwie propozycje z tegoż katalogu. Najpierw trio w składzie: Gustavo Domínguez – klarnety, Marco Serrato – kontrabas oraz Borja Díaz – instrumenty perkusyjne, które na okoliczność tego nagrania łączy swoją kreatywność z Alejandro Rojas-Marcosem – klawikord. Nagranie z maja br., miejsce zwane La Carbonería, Sevilla. Długa, koncertowa improwizacja na potrzeby nagrania podzielona została na dwie części. Całość odsłuchu zajmuje ponad 49 minut.

W Sevilli trafiamy wprost do rozgadanego baru, który nie będzie milkł przez cały koncert. Gdy muzycy będą realizować bardziej ekspresyjne działania, ów gwar piwny nie będzie stanowił problemu, gdy jednak snuć będą bardziej kameralne frazy, tudzież zmyślnie preparować dźwięki swych akustycznych instrumentów, zjawisko nadprogramowych fonii będzie stymulowało naszą irytację. A muzyka tria, które tego dnia stało się kwartetem, zdaje się charakteryzować właśnie dużą amplitudą natężenia dźwięku i poziomu emocji, będącą zresztą skutkiem pewnego rodzaju dramaturgicznego rozchełstania, chwilami subdoskonałej dyscypliny w zakresie budowania narracji.

Początek koncertu obiecuje naprawdę wiele. Akustyczne frazy, sporo preparacji, wiele dźwięków, dla których trudno zdiagnozować miejsce pochodzenia. Kreatywna dyfuzja, intrygujące znaki zapytania – brudna, pokaleczona kameralistyka, która raz za razem korzysta z bardziej intensywnych interludiów, ciągnących moc wprost z post-jazzowych naleciałości. Zmiana goni tu zmianę – kontrabas gra pizzicato i arco naprzemiennie, klarnet bywa basowy, by za moment stać się lekkim, zwyczajnym klarnetem, w końcu instrumenty perkusyjne, które zdają się tu mieć najwięcej twarzy. I to właśnie perkusiście należy oddać palmę pierwszeństwa w zakresie poziomu kreacji i nade wszystko dbałości o odpowiednią dramaturgię. Słychać to zwłaszcza w drugiej części płyty, która miewa narracyjne mielizny. Zdecydowanie ciekawiej dzieje się za to w części pierwszej, gdy sporo do emocji koncertu wnosi klawikord, który czasami brzmi niczym gitara akustyczna, dodatkowo dobrze sobie radzi z kreowaniem warstwy meta rytmicznej. Także tutaj improwizacja intrygująco nabiera post-industrialnego posmaku, głównie dzięki preparacjom perkusisty i kontrabasisty. Ale jakby na przekór recenzenckim dywagacjom, zakończenia obu setów dzieją się pod dyktando klarnetu. Finał zaś drugiej części poprzedzony jest bodaj najbardziej dynamicznym passusem kwartetu, gdy na dłuższą chwilę gwar baru ginie w emocjach płynących z rozimprowizowanych głów muzyków.

 


Ricardo Jiménez & Antonio Ramírez  Génesis Negro (Sentencia Records, CD 2021)

Kolejna płyta z Andaluzji, to już czyste szaleństwo! Post-metalowa, mroczna gitara, która improwizuje do … surrealistycznego malarstwa! W roli malarza Antonio Ramírez Collado, w roli gitarzysty Ricardo Jiménez Gómez. Dziewięć improwizacji, powstałych wiosną tego roku, trwa tu około 43 minuty.

Początek nagrania tonie w mrocznych, szorstkich, ale jednak ambientowych wyziewach. Ciężka gitara snuje jakże niecnotliwą melodię, która broczy po kolana w zgiełku siarczystego brzmienia. Zaraz potem zadziorny riff like heavy & dirty rock! Kilka pętli i skok w black metalowy dron! Akcja goni tu akcję! Po chwili atakuje nas szerokie pasmo gęstego ambientu, które nie trwa nawet półtorej minuty. Tuż potem, to już czwarta improwizacja, odgłosy otoczenia i … dźwięk gitary akustycznej na pogłosie. Spokój narracji jest tu bardzo pozorny. Piąta część, to jedna z dwóch zasadniczych części albumu. Zaczyna się typowym metalowym riffem, wznieconym na gotującym się fuzzie. Całość szkli się doom stepem, ale po chwili przepoczwarza się w łagodne, niemal soft-rockowe frazowanie. Gitara z czasem mnoży wątki, zaczyna slajsować i nadawać narracji zdecydowanie kwasowy charakter. Na finał szczypta ambientu dla smaku.

Trzy kolejne improwizacje znów stawiają na pewną enigmatyczność i zdają się być udanymi podprowadzeniami pod finałowy, główny utwór nagrania. Szóstka, to siarka, fuzz i głęboki doom! Salwy fajerwerków na wyjątkowo mrocznym niebie. Wieczna repryza, która łapie złe pulsacje! Siódemka – oddech świeżego powietrza, drugie akustyczne interludium. Ósemka, to kolejny sfuzzowany wyziew z groźnej gitary i kilka pulsacji, nabierających syntetycznego posmaku. No i finał! Prawie 11 minut! Rockowy rynsztunek, ale jakże siarczysty riff, znów w tempie doom! Po niedługim czasie na scenie ląduje brat bliźniak. Dwa doomowe riffy, what a game! Każdy z nich pracuje samodzielnie, modyfikuje się, ulega degradacji, ale odradza też na nowo. Wszystko trwa tu do momentu, gdy dźwięk dotrze pod ścianę. Potem już tylko skowyt przesterowanego fuzza i można iść spać.

 

 

czwartek, 8 października 2020

Discordian Community Ensemble! Night Club Symphony!


Wszelkie znaki na niebie, ziemi i w samym piekle wskazują, iż jutro zaczyna się Degenerative 4.Spontaneous Music Festival 2020! Europa, Polska, Poznań, Dragon Social Club!

Któż lepiej nie wprowadzi nas w nastrój Festiwalu, jak El Pricto, jego definitywny headliner i Discordian Community Ensemble wykonujący kompozycję saksofonisty i przezeń dyrygowany!

Lądujemy w barcelońskiej Soda Acùstic i z radością przystępujemy do wysłuchania najnowszego koncertu Pricto i sztandarowej formacji jego diskordiańskiej sekty muzycznej, zatytułowanego Night Club Symphony.

 


First Movement – Instanti Estesi. Jazzowy, niemal swingujący wstęp, zdobiony rockowym hałasem i częstymi zmianami tempa (nawet trzy takty walczyka!) – typowa dla Pricto post-zornowska, bezczelnie ekspresyjna narracja toczy się wartkim strumieniem, bez zbędnych przystanków i dramaturgicznych znaków zapytania. Smyczkowe wtręty, rockowe przełomy, dęte przyśpiewki, trochę jazzu na twardo – gęsto, mocno, ale i lekko, i przewiewnie, cała uroda idei Discordian Community Ensemble w rozkwicie! Opowieść mocno sterowana z pulpitu ojca dyrektora, ale pozostawiająca odrobinę swobody na indywidualne stemple improwizacji (z czasem notacja kompozycji pozwala nawet na więcej). Bogactwo fonii i zwrotów narracyjnych, często realizowanych ze sporą dawką energii i mocy, chwilami w intrygująco post-rockowej poświacie (gitara Caicedo dba o poziom emocji!). W tym tyglu zdarzeń kompozytor przewidział także miejsce dla krótkotrwałej zabawy z ciszą (delikatny flet i nisko zawieszony smyczek na kontrabasie), a także kolejne akcenty post-swingowej przebieżki w nieznane. Na sam finał prawdziwa nawałnica, która nie stroni od fraz reggae i speed punka!

Second Movement - Un po 'più calmo. Emocje zostają stonowane, muzycy serwują nam dęto-strunową rozgrzewkę, zdobioną syczeniem i cmokaniem. Dużo dobrego dzieje się na gryfach akustycznych strunowców, a zapisy kompozytorskie zdają się zostawiać muzykom wyjątkowo dużo przestrzeni na harce i dramaturgiczne wolty. Dark chamber z minimalnym poziomem kontroli dyrygenckiej! Kilka spiętrzeń i równie efektownych wytłumień, po czym narracja wchodzi w fazę błyskotliwych preparacji (trąbka!). Jest też jakże uroczy dialog wiolonczeli i fletu, który doprowadza opowieść do finałowej fazy, granej pełnym składem, z ekspresją godną dużej orkiestry free-hippi-jazzowej.

Third Movement - Allegro incontrollato (forse troppo alcol). Startujemy kolektywnie, ekspresyjnie i nad wyraz głośno! Znów pachnie Zornem, a zwłaszcza jego Naked City. Opowieść skacze do sufitu i efektownie opada na samo dno (wiele dzieje się tu z woli i przyzwolenia gitary!). W roli dramaturgicznych mącicieli bystre strings, które ryją smyczkiem w głąb ziemi. Stemple mocy podaje cały skład, bez skrupułów tnąc powietrze ostrymi frazami granymi unisono. Od deep chamber do post-rocka, od delikatności cello, po wulgarną ekspresję gitary elektrycznej i … puzonu. W połowie kompozycji Caicedo włącza tryb niemal hardrockowy. Mocna perkusja i dęte komentarze dolewają oliwy do ognia. Kilka smagnięć batem, kilka repetycji i przez moment narracja przypomina zmutowane Bolero Ravela! Wątek zostaje jednak dość szybko porzucony, a opowieść zaczyna poszukiwać końcowych rozwiązań. Najpierw piękny dialog saksofonu i fletu na tle smyczków i gitary, a potem już globalna eksplozja czyniona metodą inside/ outside. Na ostatniej prostej kilka wybuchów ekspresji, garść drummingu i perfekcyjny koniec na raz.

 

Discordian Community Ensemble Night Club Symphony (Discordian Records, DL 2020). Ran Roger - flet, Don Malfon – saksofon altowy, Nicolas Rugolino - trąbka, Víctor Colomer - puzon, Amaiur González - tuba, Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz - wiolonczela, Carlos Rodenas - kontrabas, Enric Ponsa - perkusja oraz El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Koncert zarejestrowany we wrześniu 2019 roku, Nocturna Discordia #223, Soda Acùstic, Barcelona. Trzy utwory, niepełne 33 minuty.

 

 

piątek, 31 lipca 2020

Tàlveg! Phicus! The Antistandard! Önilewaland! Yes, of course, Barcelona (and Valencia) is still alive!


Druga fala coraz mniej zabawnej pandemii zaczyna rządzić na Półwyspie Iberyjskim. Po kilku tygodniach new normal, przywrócono niestety pełny zakaz koncertowy. Zatem wszystkim nam pozostaje jedynie odsłuch muzyki w warunkach domowych. A nowych dźwięków, jak powszechnie wiadomo, nie brakuje, szczególnie w Barcelonie i pod świetnie rozpoznawalnym szyldem Discordian Records.

Przed nami dwie recenzje nowych tytułów DR (z udziałem naczelnego maga tamtejszej sceny - El Pricto!), ale na początek zapraszamy na mały festiwal nagrań naszego ulubionego katalońskiego gitarzysty Ferrana Fagesa. Najpierw zupełnie nowa formacja Tàlveg, potem krótki występ flagowego okrętu Barcelony - tria Phicus (jako zapowiedź ich nowego, dwupłytowego wydawnictwa, które ukaże się jesienią aż za Wielką Wodą!).




Tàlveg  Arbori & Ses-Sens (EP) (Tàlveg bandcamp, DL 2020)

Awizowane wcześniej trio Tàlveg tworzą: Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Marcel·lí Bayer na saksofonie barytonowym oraz Oriol Roca na perkusji. Ubiegłoroczna, późno grudniowa sesja nagraniowa (Santa Eugènia de Relat, Avinyó) dostarczyła materiału na dwa wydawnictwa. Najpierw była to czteroutworowa epka, potem dziesięcioczęściowy długi format. Przekornie muzykę tam zawartą omówimy w odwrotnej kolejności. Całość trwa blisko godzinę zegarową.

Słowo się rzekło, odsłuch zaczynamy od Arbori! Konstrukcja dramaturgiczna płyty jest dalece niebanalna. Główną jej część stanowią cztery ekspozycje zagrane w trio, zawierające improwizacje kreowane w dłuższej perspektywie czasowej. Towarzyszą im cztery nagranie duetowe oraz dwa solowe, na ogół zwarte, krótkie i na temat, czasami nietrwające nawet dłużej niż minutę. Dwa duety otwierają całe nagranie. Najpierw cicha, metaliczna gitara Fagesa z intrygującym echem i spokojny drumming Roci, który w pieśni otwarcia nie ma najmniejszego zamiaru czynić komukolwiek nadmiernej krzywdy. Bardzo przestrzenna narracja, która przypomina wystudzonego z emocji post-bluesa. Po chwili ciszy część druga - krótka plama dźwiękowa czyniona przez dron masywnego saksofonu i przyczajoną na back-stage’u perkusję. Bez nadmiernego pośpiechu wchodzimy w pierwszą ekspozycję trzyosobową, która – uprzedźmy wypadki – skutecznie wybije nas z dotychczasowej, leniwej absorpcji dźwięków. Muzycy budują kolektywny flow, który jedynie w trakcie pierwszej pętli dba o nasze narządy słuchu. Znów opowieść pachnie bluesem, który z każdą sekundą gęstnieje, nabiera mocy i zdrowego, post-rockowego hałasu. W uszach dudni nam wspomnienie najlepszych lat nowojorskiego Sonic Youth, tu podawane jedynym w swoim rodzaju brzmieniem gitary Ferrana Fagesa. Następująca tuż potem minutowa porcja dźwięku gitary, z modulowanym echem i smutkiem … bluesa, pięknie łagodzi nastrój i każe z jeszcze większym zniecierpliwieniem czekać na tak zwany ciąg dalszy.

Wejście w piątą improwizację (znów w trio) jest umiarkowanie spokojne. Suche, ciche tomy i werbel, szklista, łagodna gitara i leniwe pół drony barytonu. Muzyka pełna post-rockowego spleenu zmysłowo snuje się po przestrzeni studia nagraniowego, kreowana minimalistycznymi i repetytywnymi działaniami wszystkich muzyków. Rodzaj wystudiowanej, ale gorącej opowieści, którą wieńczy gitarowe sprzężenie. Kolejna improwizacja, to powrót do formuły duetowej. Saksofon podaje dźwięki na dużym wdechu (nie bez udziału oddechu okrężnego), a wysuszona glazura werbla buduje zwinne tempo. Narracja dość szybko odnajduje się w części siódmej i znów słyszymy trio. Dłuższa ekspozycja, budowana w skupieniu siecią dźwiękowych drobiazgów. Dęciak gra krótkie frazy z pewną melodyką, gitara też coś dźwięcznie cedzi przez zęby. Modelu minimal zdaje się nie trzymać jedynie drummer, którego emocje niosą od ściany do ściany. Po czasie w tubie barytonu odnajdujemy drobinki jazzu, a spod strunami gitary kilka strumieni post-psychodelii. Na zakończenie czeka nas jeszcze wybuch niemal free jazzowych emocji.

Definitywnie wkraczamy w decydującą fazę Arbori. Minutowy spektakl solowy proponuje perkusista. Dużo w nim echa, sporo dobrych nerwów! Zaraz potem ostatni duet – tylko gitarowe flażolety i ćwierć drony z blaskiem pustych dysz barytonu. Kolejny już dziś, piękny minimal! Na finał płyty najdłuższa, niemal dziewięciominutowa opowieść. Znów delikatne flażolety, wyważony puls perkusji i plamy tłustego saksofonu. Skupieni, medytujący Fages i Bayer, aktywny i skoncentrowany na budowaniu narracji Roca. Ten ostatni zdaje się prowadzić kolegów, niczym ostatni rozsądny na czele bandy pijanych koniokradów. Jakże błyskotliwy moment! Gitara plami ściany post-ambientem, saksofon szkli się post-jazzem. Ślimaczym krokiem, budując drony pre-ciszy, muzycy gaszą płomień swojej doskonałej opowieści. Na sam koniec czujemy samotny oddech werbla.

Czas na dogrywkę! Ses-Sens! Cztery leniwe, trzyosobowe przygody dźwiękowe! Mikro akustyka otwarcia, to rezonujące talerze, nano frazy gitary i brudne, ale krótkie pasaże z tuby. Slowly & deadly as well! W drugiej opowieści artyści zdają się wybudzać ze swego metafizycznego snu. Ferran proponuje garść gitarowych eksperymentów z elektronicznym posmakiem. Saksofon podśpiewuje. Wszyscy kołyszą się na wietrze i gubią przestrzeń. Perkusja daje tu życie, pozostałe instrumenty lgną ku dramaturgicznemu unicestwieniu. Piękna medytacja! Trzecia opowieść bazuje na typowym brzmieniu gitary Fagesa – modulowany ambient konającego post-bluesa! Small drumming i para-jazzowe westchnienia saksofonu ów stan bystrze kontrapunktują. Aura permanentnej rozterki dramaturgicznej staje się chyba znakiem rozpoznawczym Tàlveg!

Czas na definitywny finał naszej podróży z trójką facetów z Barcelony. Smakiem, jakiej potrawy moglibyśmy się dobrze pożegnać? Tylko blues! Pokiereszowany dramaturgicznie pasaż dawno umarłych emocji, pełen zwiewnej gitary, suchych fraz barytonu z pulsem klasterów i symfonii głęboko oddychających talerzy, werbla i tomów. Powolność, konająca niecierpliwość, zdezelowana dziecięca huśtawka, która nie jest w stanie powstrzymać powtarzalności swych ruchów. Na ostatniej prostej muzycy nabierają jednak mocy (wszak lubią niespodzianki!), jakby niechcący proponują nam kilka bardziej żwawych fraz. W takiej sytuacji znów możemy liczyć na temperament Oriola! Ostatnie dźwięki należą jednak do gasnących strun gitary Ferrana. Brawo!




Phicus  Bootleg Series Vol. I (Phicus bandcamp, DL 2020)

Ferran Fages zostaje z nami, a dołączają do niego Àlex Reviriego (kontrabas) i Vasco Trilla (perkusja), zatem trio Phicus w pełnej krasie! W oczekiwaniu na nowy, czwarty już album grupy (ukaże się nakładem amerykańskiej Astral Spirits jesienią, w formie 2CD), muzycy proponują na swoim bandcampie serię nagrań koncertowych, którą otwiera nagranie live z lipca 2018 roku, poczynione … w piwnicy odsłuchowej perkusisty (barceloński adres, znany redakcji), a zatem raczej bez udziału publiczności. Dwie improwizacje trwają łącznie 25 minut.

W wir improwizującego tria wchodzimy, niczym złowrogi przeciąg! Kwaśne, zadziorne frazy gitary, kanciasty kontrabas, natrętna perkusja – muzycy kreują flow w niezłym tempie, ale pełni wrażliwości na niuanse brzmieniowe. Plotą opowieść, która ma treść (Vasco), rytm (Alex) i powykręcaną, szklistą melodykę (Ferran). Truely power impro post-rock’in! Po kilku przebiegach narracja z gracją traci na niedługi moment moc, a kontrabasista rozpoczyna swoje flagowe preparacje smykiem. Gęste, syczące i piszczące plamy dźwięków, które dzięki swojej pokrętnej melodyce zdają się być zdolne do skutecznego uwiedzenia niejednego kochanka. Tymczasem gitara i perkusja trzymają jarzmo głównego nurtu, dzięki czemu Phicus dobija do brzegu pierwszej improwizacji.

Druga improwizacja, zacznie dłuższa, rodzi się w pomruku, szeleście małych robaczków, wyposażonych w silniczki elektryczne, które drżą na werblu (specjalność zakładu!). Puste echo nie wiadomo skąd tworzy tajemniczy background. Coś ociera się o struny kontrabasu, coś lśni na gryfie wychłodzonej gitary. Opowieść tkwi w blokach startowych, wyczekuje pełna niepokoju. Z tej zawieruchy zaniechania buduje się dron, pełen rezonansu i akustycznego cierpienia. Werbel wciąż drży, kontrabas jęczy pod naciskiem smyczka, gitara produkuje nano frazy pojedynczą struną. Slowly & deadly, but beauty! W połowie improwizacji muzycy, miast rosnąc w siłę, niespodziewanie gasną i umiejscawiają swoją opowieść w pobliżu ciszy. Brzmienie całości przypomina zmutowany flow starego, bardzo starego AMM! Wraz z wybiciem jedenastej minuty Alex wzywa wszystkich do wybudzenia, szarpiąc na struny. Vasco włącza tryb deep drumming, a Ferran rwie wyjątkowo cienkie struny swojej gitary. A new deal! Rytm, półrytm, drżące skrzela ryby na powierzchni wody – gitara brzmi jak zepsuty silnik elektryczny, ale rozrabia na całego, perkusja i kontrabas lepią się w jedno pomarszczone ciało i robią swoje. W połowie szesnastej minuty narracja hamuje, co wcale nie przeszkadza generować gitarze kolejnych porcji hałasu. Przez moment mamy wrażenie, że jesteśmy w Nowym Yorku, prawie 50 lata temu, a na scenie gra lokalna gwiazda nurtu No Wave. Gitara stoi u podnóża ściany dźwięku, perkusja i bas rysują po szkle. Muzykom nie zostaje nic innego, jak ugasić ten pożar. Czynią to po mistrzowsku, głównie z wykorzystaniem gitary.




The Antistandard  Eaters! (Discordian Records, DL 2020)

Pozostajemy rzecz jasna w stolicy Katalonii, nie opuszczamy także gęstych, gitarowych klimatów. Przed nami druga odsłona księgi … Antystandardów autorstwa El Pricto! Za wykonanie ośmiu ognistych kompozycji Wenezuelczyka odpowiada bystry kwintet w składzie: Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Enric Ponsa – perkusja, no i rzeczony mistrz ceremonii, El Pricto – saksofon altowy i dyrygentura. Nagrania koncertowe z klubu Sinestesia, trzy wiosenne daty z roku 2019. Odsłuch całość zajmie nam 56 minut z sekundami.

Post-zornowski tygiel emocji, pełny połamanych kołem żelaznym narracji, wytrysków ekspresji i ciszy pojedynczych oddechów, generowany od ściany do ściany, wzdłuż nurtu i w poprzek – oto i cały El Pricto! Pierwszy temat zarysowany jest na pięciolinii bardzo gęstym ściegiem – post-rockowe frazy gitary, dęte salwy i grzmoty sekcji rytmu. Opowieść toczy się wedle wskazań dyrygenta, przestrzeń na improwizacje nie jest duża, zatem muzycy starają się wykorzystać dla siebie każdą dostępną im sekundę, w ramach zadanej struktury rytmicznej i dramaturgicznej. Druga antystandard wprowadza odrobinę molowych klimatów do rzewnego zawodzenia, w czym celuje szczególnie puzonista. Trzecia opowieść to już prawdziwa furia free-noise jazzu! Ostro pod górę, i jeszcze dynamiczniej ku dołowi. Niedźwiedzie okrzyki, lamparcie wrzaski, wilcze pojękiwania - cyrkowy korowód w szponach zakontraktowanego heavy metalu (Caicedo!)! Struktura opowieści pęcznieje z każdą sekundą, która niesie kolejne tysiąc pomysłów na ciąg dalszy. Czwarty utwór odrobinę luzuje nacisk nogi na pedał gazu. Lżej nie znaczy jednak mniej gęsto. Zjazdy i podjazdy, wytryski gorącej spermy i salwy zimnej wody. Narracja dość długo poszukuje rytmu i odpowiedniej dynamiki (Aint Got Rhythm!), pozwala zatem muzykom na kilkusekundowe parady indywidualne (kilka bystrych fraz basu w trakcie incydentalnego spowolnienia!), ale w ułamku sekundy wszystko zdaje się wracać do norm stawianych przez kompozytora, dyrygenta i ognistego saksofonistę. Bystre dialogi dętych i smukłe figury gitar prowadzą kwintet do ostatniego dźwięku.

Piąta opowieść stawia na dysonans. Raz ostrzej, raz spokojniej, raz gęściej, raz płyciej. Krótka historia dewastowania drobnej melodyjki, łamania jej i na powrót klejenia. Szósta kompozycja energicznie … zdejmuje nogę z gazu! Łagodnie, bez pośpiechu – małe frazy, delikatne biczowanie. Najdłuższy utwór ma swoje prawa. Alt wydaje się być w tym momencie wyjątkowo skory do śpiewania. Muzycy budują post-swingowy flow, który raz za razem zostaje gwałcony zornowskim rockiem. W momentach bardziej subtelnych garść bystrego jazzu na gryfie basówki koi zszargane nerwy recenzenta. Warto było, bo siódma odsłona wali prosto w twarz i nie bierze jeńców. Opowieść toczy się od bandy do bandy, aż iskry lecą. Nie brakuje powtórzeń i akcentów znanych już nam z poprzednich utworów. Do środka i na zewnątrz, w górę i w dół. Melodia rwana i szarpana, ale nie na strzępy! Mimo dużej porcji ekspresji, fragment zdaje się być nazbyt silnie zaplanowany. Ósmy, finałowy antystandard ma za zadanie zadbać o nasze receptory słuchu – perkusyjne szczoteczki, leniwy saksofon, balladowe inkrustacje. Flow zdaje się być mniej poszarpany, bardziej płynny, z przewagą fraz budowanych dłużej niż kilka nano sekund. Napięcie wszakże narasta – puzon podśpiewuje pod nosem, a alt za ten nos wydaje się wodzić pozostałych uczestników. Dużo swobody, nie mała przestrzeń na indywidualne stemple jakości. Opowieść gaszona jest jednak bardzo kolektywnie, acz ciągle w klimatach post-balladowych. Oklaski!




Avelino Saavedra/ Diego Caicedo/ El Pricto  Önilewaland (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Na okoliczność omawiania ostatniej dziś płyty przeniesiemy się o trzysta kilometrów na południe od Barcelony, do miejsca zwanego Önilewaland, a położonego w Valencii. Tam to właśnie zawędrowali El Pricto (saksofon altowy) i Diego Caicedo (gitara elektryczna) w maju 2017 roku, by swobodnie poimprowizować z lokalnym perkusistą Avelino Saavedra. Cztery utwory zarejestrowane na koncercie – łącznie 50 i pół minuty.

Perkusyjny szelest, minimalistyczne frazy z tuby saksofonu, pojedyncze dźwięki ze strun gitary – leniwe rozpoznanie walką, jakże typowe otwarcie swobodnej improwizacji, trwa w najlepsze! Muzycy proponują niezobowiązujący, nieśpieszny open jazz, który pod względem estetycznym zdaje się na początku kreować głównie gitarzysta. Moc bezpiecznych fraz w oczekiwaniu na to, co może nas spotkać za rogiem. Zgodnie z oczekiwaniami dynamika ekspozycji rośnie, a dźwiękowy strumień gęstnieje. Bystrym prowodyrem przede wszystkim Caicedo! Po kilku minutach odwagi i chęci podjęcia ryzyka jakby przybywało – gitara i alt wchodzą w fazę imitacji na wyjątkowo wysokich falach. Perkusja trzyma kontakt z podłożeniem, a piosenka rośnie w siłę. Na ostatnie kilka minut cała trójka może się już przełączyć w tryb swobodnego hałasowania z pikantnym posmakiem rocka. Druga improwizacja początkowo studzi emocje – elektroakustyczne preparacje na gryfie gitary, prychy i szmery z tuby, drżenie perkusjonalii. Flow wypełza ze swojej skorupy, niczym wielki ślimak złakniony zielonej trawy. Skupienie, tajemnica, rezonujące efekty dźwiękowych preparacji – improwizację budują naprawdę drobne elementy. Zwrot akcji następuje w momencie, gdy Saavedra na moment zostaje sam. Caicedo i Pricto powracają po ułamku sekundy, pełni para-perkusyjnych fraz. Nowy deal pachnie świetną kooperacją i plamami urokliwej imitacji. Emocje rosną, tempo także. Gitara repetuje frazę jak opętana, alt tańczy i śpiewa. Faza fire music, tak jak w pierwszej części, finalizuje improwizację, znów upstrzoną śladami dobrej, rockowej ekspresji.

W trzecią fazę koncertu muzycy wchodzą nad wyraz energicznie, bez specjalnej introdukcji. Dużo otwartego jazzu na gryfie, saksofonowe oddechy na sporej dynamice i kompulsywny drumming, nie bez prób preparacji. Faza tańca, ochrypłych pokrzykiwań gitary, całkowicie wyzwolonego bębnienia. Pod koniec odcinka zwierają szyki i sieją spustoszenie ognistymi frazami, szczególnie ze strony Caicedo! Finałową część koncertu muzycy rozpoczynają z pewną dozą autoironii. Rzucają w siebie frazami spod kolana, dobrze reagują - seria bystrych pytań i jeszcze celniejszych odpowiedzi. Znów opowieść smakuje jazzem, tu kreowanym szczególnie swobodnie i bezpretensjonalnie – lazy & crazy! Po kilku pętlach dramaturgicznych dywagacji narracja wybiera swój ostateczny szlak. Pricto sięga po ostre frazy typowe dla altu Johna Zorna, gitara strzela petardami jazz-rocka, perkusja trzyma serce opowieści spoconymi pałeczkami. Dobry finał jeszcze lepszego koncertu – dużo emocji saksofonu, szczypta wyrachowania gitary i końcowy ogień perkusji. Good job!