Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Malaby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tony Malaby. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.


sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.


środa, 17 lutego 2016

Clean Feed - nieoczywisty wybór z katalogu wytwórni


Tony Malaby's Tamarindo Trio   Somos Agua

Tony Malaby – niebywale kompetentny saksofonista z Nowego Jorku - towarzyszy naszym free jazzowym podróżom od lat. Nie rzadko w cieniu, nie zawsze na pierwszej linii frontu. Być może nigdy nie zaliczymy go do grona geniuszy tenoru, tudzież sopranu, jakkolwiek w kaście wyjątkowo sprawnych rzemieślników umieszczamy go od dawien dawna. Tamarino to pomysł  muzykowania w trio z przyjaciółmi, na bazie wcześniej zarysowanych pomysłów na stosunkowo swobodne improwizacje (po prawdzie pierwsza edycja tej formacji dokonała się w kwartecie, z udziałem samego Wadady Leo Smitha). 



A przyjaciół Malaby ma wyjątkowych. Kontrabasista William Parker nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji (prywatnie z ogromną radością odnajduję go świetnej formie na Samos Aqua), zaś Nasheet Waits, jego partner w dziele dopełniania muzycznej przestrzeni, precyzyjny i oszczędny drummer nieco młodszego pokolenia, niebawem także wejdzie na podobny Parkerowi poziom naszej muzycznej akceptacji. Siedem odcinków muzycznych, które śmiało umilą Wam niejedną trudną chwilę codziennej egzystencjalnej tułaczki.


Angles 9 Injuries

Pilnym słuchaczom, tudzież wnikliwym obserwatorom katalogu portugalskiego Cleen Feed nazwisko Martina Kuchena, szwedzkiego alcisty i tenorzysty jest z pewnością nieobce, być może całkiem często poświęcają oni wolne od codziennego znoju chwile na eksplorację jego muzyki. Angles to formacja, w której Kuchen realizuje się przede wszystkim jako kompozytor (wszak znamy wiele jego absolutnie free improv ujawnień). Rzeczone Angles miało już kilka edycji, ta z dodaną w tytule „dziewiątką” jest drugą. I bez zbędnych wstępów bezczelnie zaripostuję – absolutnie najlepszą! 



„Dziewiątka” nie bez kozery – za muzyczny efekt końcowy odpowiada dziewięciu instrumentalistów, w tym w większości doskonale nam znani skandynawscy muzycy. Sekcja Berthling-Werliin to baza dla zaiste rockowych peregrynacji Matsa Gustafssona pod tytułem wykonawczym Fire, trąbka Magnusa Broo towarzyszy nam do lat przy okazji piekielnie precyzyjnej mainstreamowej maszyny Atomic, a i nazwiska pozostałych Anglesów nie są nam zupełnie nieznane (łącznie dwa instrumenty harmoniczne, pięć dęciaków i sekcja – tak dla porządku). Ale do rzeczy! Jeśli lubicie jasno i sprawnie zarysowany temat (jeden z tych, który całkiem serio chcielibyście zanucić przy porannym goleniu, po upojnej nocy z najlepszą z Waszych kochanek lub kochanków), temat, który dewastowany niczym nieograniczoną wyobraźnią kompetentnych improwizatorów skutecznie zryje i przeczyści Wasze przedmóżdże, a potem pozwoli przeżyć kolejny dzień korporacyjnej śmierci za życia, to Injuries (mimo, iż tytuł brzmi złowieszczo!) sprawi, że trafiliście pod właściwy adres. Piękna płyta! Uwaga – można tańczyć, zwłaszcza przy I’ve been lied to! I koniecznie dokładnie przyjrzyjcie się czarno-białym zdjęciom na okładce i sugestywnemu liner notes samego Kuchena: Większość z nas pozostaje obok, nie idziemy, nie możemy, pozostajemy w miejscu, większość z nas pozostaje…


Peter Brötzmann / John Edwards / Steve Noble   Soulfood Available

Ostatni żyjący mohikanin free jazzu – Peter Brotzmann, 74 lata na karku - ma się świetnie i to nie jedyna dobra wiadomość, jaka dociera do nas przy okazji odsłuchu koncertu jego tria na Festiwalu w Lubljanie w roku 2013 (kolejna udana kooperacja tegoż festiwalu i portugalskiego Clean Feed). Szczęśliwie – przynajmniej  dla niżej podpisanego – Brotzmann ostatnimi czasy bardzo chętnie w trakcie swych koncertowych podróży korzysta z brytyjskiego zaciągu improwizatorów. 



To bodaj trzecia już jego płyta z udziałem sprawnego i błyskotliwego perkusisty Steve’a Noble’a (m.in. płyta w duecie), a druga z udziałem jednego z absolutnie ekstraklasowych brytyjskich basistów - Johna Edwardsa (poprzednia w kwartecie, także z udziałem wibrafonisty Jasona Adasiewicza). Sam fakt uczestnictwa w dziele Brotzmanna tak kompetentnych kompanów powoduje, iż omawiany krążek winien bezkompromisowo trafić do Waszych odtwarzaczy (a i często do nich powracać). Co prawda w grze samego Petera (tenor, alt, klarnet i tarogato) nie odnajdujemy już od dawna niczego, czego byśmy się nie spodziewali, jednakże energia serca i pot na karku naszego bohatera z racji wieku winny budzić coraz większy szacunek. I niech tak już pozostanie po kres jego dni. Koncert trwa blisko godzinę i nie ma w nim zbędnych dialogów.


Adam Lane Full Throttle Orchestra  Live In Ljubljana

Jeśli lubicie stare bopowe orkiestry, a nawet – w głębokiej tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi - po nocach zasłuchujecie się w prastare swingowe petardy wypuszczone spod pachy Duke’a Ellingtona, mam dla Was naprawdę dobrą wiadomość. Od dziś nie będziecie musieli kryć się z prawdziwą miłością Waszego życia, co więcej, jak każdy ponowoczesny obywatel ponowoczesnego świata będziecie mogli dygotać bioderkami przy absolutnej świeżynce. 



Czwarte ujawnienie dużego składu basisty zza wielkiej wody Adama Lane’a – Full Throttle Orchestra - da Wam tę niezaprzeczalną szansę! Bezkompromisowy, dynamiczny bas głównego bohatera (śmiało może zdzierać parkiet niczym onegdaj Bill Laswell w Kongresowej), cały czas w pełnym biegu, stosowna, motoryczna perkusja i sześć piekielnie swingujących dęciaków. Do tego sprawnie ułożone kompozycje (jest do czego tupać, jest co podśpiewać) i możemy już ruszać w szaleńczy taniec do bladego świtu. Dla koneserów i domorosłych erudytów ważna wiadomość budująca ego melomana – wśród swingmenów takie nazwiska jak Nate Wooley, Mat Bauder i Avram Fefer, a i dwie nieznane mi bliżej panny w kusych spodniczkach. Całość zarejestrowana na koncercie w Lubljanie w 2012r. Od początku do końca jest nam smakowicie i niechaj biodra wyniosą nas na wyżyny tanecznej samorealizacji. Migiem na parkiet!


Chicago / Sao Paulo Underground featuring Pharoah Sanders Pharoah And The Underground - Spiral Mercury.

Rob Mazurek, wywodzący się z New Jersey, potem osiadły w Chicago kornecista, ma w swym dorobku wiele cennych pomysłów muzycznych. Nie dalej jak dekadę temu przywrócił do świata żywych (aktywnych muzycznie) genialnego trębacza Billa Dixona (już wtedy po osiemdziesiątych urodzinach), mając za skuteczne narzędzie swój duży ansambl  Exploding Star Orchestra. Teraz jakby podobna inicjatywa. 



Zacny Pharoah Sanders, który uczył free jazzu samego Johna Coltrane’a, co prawda dobił dopiero do 75 urodzin, ale i tak mam wrażenie, że świat dawno już o nim zapomniał. A tu gra, ma się dobrze i zgrabnie znaczy tenorem potok smakowitej psychodelii z pogranicza nieśmiertelnego fussion i dekonstruowanego dobrą elektroniką kompetentnego swingu. A za ten niebywale strawny muzyczny sos odpowiada pozornie karkołomne połączenie dwóch najpoważniejszych inicjatyw muzycznych Roba spod szyldu Underground – zimą z perspektywy północnej półkuli raczej Sao Paulo, latem chyba jednak Chicago (nota bene muzyczne iskrzenie wynikające z połączenia walorów obu miast odbyło się w … pięknej Lizbonie). Całość w bardzo przystępny sposób każe nam traktować muzyczny relaks w absolutnie ponowoczesny i łechtający nasz muzyczny intelekt sposób. A zatem tylko kilka drobnych, niegroźnych społecznie wspomagaczy, a ograniczeniem dla Waszego wypoczynku może okazać się jedynie wyobraźnia.


Sophie Agnel / John Edwards / Steve Noble  Meteo

Sophie Agnel to nobliwa paryżanka, tuż u progu szóstej dziesiątki życia. Klasycznie wykształcona pianistka, która zdradziła filharmonię dla jazzu, by potem całkiem świadomie uciec w odmęty niczym nieskrępowanej swobodnej improwizacji, bo wszelkie schematy prowadzenia muzycznej narracji niechybnie zanudziłyby ją na śmierć. Dyskografii nie ma zbyt rozbudowanej, jakkolwiek nie sposób nie wskazać solowej płyty dla EMANEM Martina Davidsona, czy też drobnych incydentów w labelach nakierowanych na free improv o dalece niejazzowej proweniencji, takich jak angielski Another Timbre, czy francuski Potlatch.



A teraz powód naszej słownej tyrady na temat tej zdolnej preparatorki, skąd inąd całkiem nudnego instrumentu, jakim jest fortepian – wydane przez nasz ulubiony Clean Feed trio z genialną brytyjską sekcją John Edwards/Steve Noble (w tym miejscu nie wypada chyba przypominać dorobku obu Panów). Całość zwie się Meteo i jest muzyczną dokumentacją koncertu we francuskiej Miluzie w roku 2012 (tamtejszy festiwal muzyki improwizowanej zwie się … Meteo). Absolutnie swobodna improwizacja na preparowany fortepian (jeśli Sophie używa instrumentu w bardziej tradycyjny sposób, blisko jej do minimalistów, by przywołać choćby Johna Tilbury, który jednym dźwiękiem potrafi wzniecić niejeden improwizatorski pożar namiętności), kontrabas (często traktowany smyczkiem) i perkusjonalia (bardziej one niż przywołane w opisie „drums”). Choć mężczyźni są tu w przewadze, nieprzerwany ciąg improwizacji bywa momentami niezwykle subtelny (ale jak trzeba, hormony buzują, a Sophie potrafi pokazać tygrysią naturę). Nie sposób przejść obok tej muzyki bez należytej atencji. Chciałoby się słuchać wiecznie, choć wszyscy wiemy, że nie ma nic gorszego niż niekończące się, przegadane improwizacje. Tu nie mamy na to szans, bo w 39 minucie tej fascynującej płyty odtwarzacz nie jest chętny na kontynuowanie współpracy. Koniec koncertu…. Jaka szkoda! Odpalamy – bez zbędnej zwłoki - pod nowa….


Lotte Anker / Rodrigo Pinheiro / Hernâni Faustino  Birthmark

Nie pierwszy w ostatnim zestawie moich recenzji dla multikulti bloga, uroczy trójkącik „Pani kontra Dwóch Panów”. Po batalii o Kanał La Manche (patrz: Meteo), tym razem nieco wyciszona, drobna potyczka duńsko-portugalska. Ze stosunkowo spokojnym tembrem saksofonu Lotte Anker spotkaliśmy się już niejednokrotnie (zabawne, mimo to ciągle przekręcam jej imię i nazwisko – niech mi wybaczy ta subtelna córa Króla Duńskiego), panów znad Tagu też znamy nienajgorzej, wszak to fortepian (Rodrigo Pinheiro) i kontrabas (Hernani Faustino) nie bez kozery hołubionego RED Trio. Choć Lotte zdecydowanie lubi trójkąty z przystojnymi Panami (kilka ekspresyjnych ujawnień z amerykańskimi tuzami free - Tabornem i Cleaverem), to spotkanie jest ich pierwszym opublikowanym nagraniem (pewne studio w uroczej Lizbonie). 



Jeśli spodziewacie się zabójczych eskapad free improv w stylu przywołanego RED Trio, możecie poczuć się nieco zawiedzeni, jeśli jednak wolicie nieśpiesznie cieszyć ucho pełnymi koncentracji rozmowami trzech dobrze zestrojonych instrumentów akustycznych, bezwzględnie trafiliście pod dobry adres. Lotte nie lubi iść na skróty, Rodrigo i Hernani też wolą barwnie coś dopowiedzieć, iż skwitować kobiece zaloty sążnistym parsknięciem. Wyjątkowo dobrze się tego słucha, a snuć niezobowiązujące fantazje można w zasadzie bez ograniczeń.


Bruno Chevillon / Tim Berne   Old and Unwise

Nie czas to i miejsce właściwe dla tego, by czytelnikom tego bloga uzmysławiać, jak ważką postacią dla współczesnej muzyki improwizowanej jest nowojorski alcista Tim Berne. Wszakże Ci, którzy tego sobie jeszcze nie uświadamiają, niechże od tego momentu będą pewni, iż próżno na światowym firmamencie potęg saksofonu altowego szukać postaci bardziej wyrazistej i charakternej. Rozpoznawalny po pierwszej frazie, zadziorny i dalece niepokorny wojownik zgrabnego instrumentu dmuchanego, drewnianego. Zapewne to właśnie wyżej wymienione cechy jego osobowości spowodowały, iż u progu siódmej dziesiątki życia jego dyskografia nie jest bardziej rozbudowana. Ale zapewniam - perełek w niej pełno, szukajcie zatem Drodzy Przyjaciele dowodów na tę tezę przy pomocy globalnej sieci i paru zaprzyjaźnionych sklepów!  



Jedną z owych perełek niech będzie ten skromny duet z francuskim kontrabasistą Bruno Chevillonem (nazwać go sidemenem byłoby dalece niestosowne, ale po prawdzie dokonań pod własnym nazwiskiem nie posiada, a historycznie winniśmy go kojarzyć głównie z dokonaniami Louisa Sclavisa). Płyta o frapującym tytule „Starzy i Głupi/Niemądrzy” jest trochę jak dobrze schłodzone, czerwone, zdecydowanie wytrawne wino, z odrobiną siarczyn dla podtrzymania trwałości smaku. Nie każdej damie, nie przy każdej okazji warto zaproponować, ale z lekko przeintelektualizowaną panną w średnim wieku, z ambicjami dorównania Waszemu ego idźcie śmiało, a traficie bez pudła. Oczywiście nasz bohater z Nowego Jorku nagrał dziesiątki lepszych płyt, ale – co ciekawe – próżno wśród nich, zwłaszcza w ostatnim 20-leciu, znaleźć nagranie z użyciem kontrabasu (niezależnie od ilości współpartnerów). A zatem jeśli do tej pory jeszcze nie zrozumieliście moich drobnych aluzji – koniecznie posłuchajcie tej płyty!!!


Trumpets and Drums [Nate Wooley / Peter Evans / Jim Black / Paul Lytton]  Live in Ljubljana

Tytuł tego dalece udanego wydawnictwa ostentacyjnie mówi nam wszystko o instrumentarium użytym do nagrania, jak i okazji jego rejestracji. Dlatego niech rola recenzenta sprowadzi się do niuansów czysto dramaturgicznych, jak i drobnego resume w przedmiocie podmiotów lirycznych tego wydarzenia artystycznego. A zatem „Trumpets and Drums” to muzyczne zderzenie dwóch bodaj najciekawszych trębaczy tak zwanego młodego pokolenia rodem z Ameryki (Wooley i Evans), z nieco starszymi kolegami perkusistami, z czego jednego umieścimy w kategorii wieku średniego (Black), drugiemu zaś zdecydowanie przypiszemy status weterana (Lytton). Panowie nie konfrontują się nadmiernie, nie ma tu czterech narożników ringu, na którym gęsto leje się krew. Są udane próby dialogów i konstruktywnej kooperacji, a całość jest ewidentnie improwizowana bez śladu jakichkolwiek artystycznych uzgodnień przed wejściem na scenę Festiwalu w Lubljanie w roku 2012. By dopełnić sonorystyczny wymiar tego nagrania dodam, że Wooley używa wzmacniaczy do swej trąbki, zaś Black dodaje do swych igraszek perkusyjnych szczyptę elektroniki. 



Całość niespiesznie trwa blisko godzinę, a przez edytora została podzielona na „Początek” i „Zakończenie”. Niechybnie wypada koncert tego kwartetu odnieść do licznych spotkań pary Lytton/Wooley, także często dokumentowanych na płytach (Psi, No Business, Clean Feed). Słoweński incydent zasadniczo wpisuje się w idiom skąd inąd doskonałych ujawnień w/w duetu, ale jeśli miałbym łyżkę dziegciu wetknąć pomiędzy szpary w zębach naszych ulubionych trębaczy, to rzekłbym, że w momentach bardziej dynamicznych ujawnia się delikatny dramatyzm muzycznych pomysłów Jima Blacka. To jednak nie jest muzyk formatu pozostałych kolegów z kwartetu. Choć być może Ci z Was, którzy w czystym free improv dostrzegają pewne mankamenty, przy dynamicznych i cokolwiek rytmicznych  pasażach Blacka (wspomaganych silnie elektroniką) z lubością wykrzyczą: „Nareszcie coś się tu dzieje!”. Poprzestając na tej drobnej ambiwalencji polecam Trąbki i Perkusje oczywiście do permanentnego odsłuchu.


Mark Dresser Quintet  Nourishments

Powiedzieć o Dresserze, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych kontrabasistów jazzowych, to jakby nic nie powiedzieć. A zatem by nie popełnić w tym miejscu zbyt obszernej epistoły, dodam jedynie, że Marc Dresser przez pełną dekadę był członkiem bodaj najważniejszego working bandu Anthony’ego Braxtona (przy udziale Marylin Crispell i Gerry’ego Hemingwaya), który w latach 1985-95 doprowadził formułę improwizującego kwartetu na skraj geniuszu absolutnego (posłuchajcie choćby ostatnio wznowionego koncertu z Santa Cruz, 1993). Dresser ma w dorobku także wiele autorskich płyt, a ta przywołana w preambule recenzji jest tego cennym przykładem. Dla tych z Was, którzy lubią precyzję wypowiedzi, ład i porządek w procesie improwizacji „Nourishment” będzie ucztą niebywałą. 



Otóż bowiem do realizacji całkiem zgrabnie skomponowanych utworów Dresser dobrał wyjątkowo kompetentnych współtowarzyszy – na nowojorskiej scenie downtown od lat ich nazwiska zaspakajają apetyty najbardziej wybrednych jazzfanów. A zatem Rudresh Mahanthappa na alcie (znam bardziej szalonych saksofonistów, ale ten jest za to nad wyraz stylowy), Michael Dessen na puzonie, Denman Maroney na hyperpiano, no i last but not  least dwie perkusyjne potęgi tamtej sceny – Tom Rainey i Michael Sarin (grają wymiennie). Muzycy demokratycznie dzielą się swymi niewyczerpanymi pokładami ekspresji w żmudnym procesie transpozycji zamysłów kompozytorskich Dressera. Siedem kompozycji lidera (jedna wspólna z saksofonistą), sprawny aparat wykonawczy, precyzyjne i niepozbawione uroku improwizacje. Czegóż chcieć więcej w upalny wieczór, po ciężkim dniu stawiania oporu zgrzebnej codzienności? Być może nie jest to najbardziej odkrywcza płyta ostatnich lat, ale fakt ten nie wyklucza całkowicie bezpretensjonalnej przyjemności z słuchania tej muzyki, czego wszystkim jej nabywcom życzę.

Teksty powyższe powstały specjalnie dla bloga Multikulti Projekt i tamże zostały zamieszczone w roku 2015.