Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eve Risser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eve Risser. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2025

Rodrigo Amado in two shots: Wrecks with Maranha and The Attic’ La Grande Crue


W nowy rok wchodzimy zdecydowanym krokiem mając pod ręką garść płyt ze starego roku, które należy pilnie zreasumować słowami recenzenckiej refleksji. I to czynić będziemy na tych łamach zapewne przez cały styczeń 2025 roku.

Palmę pierwszeństwa oddajemy portugalskiemu saksofoniście Rodrigo Amado, który prezentowanymi dziś albumami sporo namieszał na wielu ubiegłorocznych podsumowaniach. Trybuna także maczała w tym palce, pierwszy z nich, bez chwili zawahania, umieszczając na liście 50 powodów, by zapamiętać rok 2024.

Duet z eksperymentalnym organistą z Lizbony Davidem Maranhą definitywnie zasługuje na wszelkie pochwały, choć w dorobku Amado jest albumem zdecydowanie niecharakterystycznym. Co innego, pracujące już niemal od dekady trio The Attic, które po raz pierwszy w swej zacnej historii zdecydowało się na wariant trio+. Gościem specjalnym rzadko ostatnio słuchana na europejskich scenach muzyki improwizowanej, francuska pianistka Eve Risser. W tym wypadku sytuacja stylistyczna jest dość dla saksofonisty typowa – soczysty free jazz, nad wyraz swobodnie improwizowany, dużo jakości, choć - być może - za mało samej Risser i charakterystycznych dla niej, preparowanych wybryków rytmicznych.



 

David Maranha & Rodrigo Amado Wrecks (Nariz Entupido, CD 2024). David Maranha – organy elektryczne oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Nagrane w Escola do Largo, Lizbona, czerwiec 2023. Jedna improwizacja/ kompozycja, 44 minuty.

Sytuacja jest tu koncertowa, a samo nagranie jedną strugą gęstych, interaktywnych dźwięków. Saksofonista inicjuje spokojny flow zasłuchując się w pracę organisty, który z miejsca stawia wielowarstwowy, rozkołysany dron o nieco matowym brzmieniu, wsparty metalicznym pogłosem. W systematycznie narastającym strumieniu organowej narracji pojawia się post-gitarowy, a nawet post-industrialny posmak. Swoje dokłada saksofonista, który także brudzi brzmienie, podnosi głos, bywa, że krzyczy, chwilami łapiąc niemal aylerowską hymniczność. Muzycy lgną do siebie niczym ćmy do światła, choć wcale nie frazują imitacyjnie, raczej doskonale się uzupełniają. Narracja wydaje się monotonna, ale po upływie kwadransa jesteśmy już w zupełnie innej sytuacji fonicznej niż na starcie koncertu. Nowe wątki rodzą się jak grzyby po deszczu, zwłaszcza na organowej klawiaturze. W tubie dęciaka pleni się ból i cierpienie.

W połowie improwizacji muzycy pogrążają się w rezonującym samouspokojeniu. Przez kilka chwil scena należy wyłącznie do organisty. Powrót saksofonisty sprawia, iż flow na dłuższy czas nabiera charakteru medytacyjnego, mimo, iż w strumieniu dźwiękowym organów nie brakuje elementów śmiało zasługujących na miano noise’owych. Opowieść, niesiona siłą klawiatury nie bez posmaku fussion, zdobiona jest kocimi parsknięciami dęciaka. Tembr tego ostatniego z czasem zdaje się być żywcem wyciągnięty z finałowych fraz coltrane’owskiego A Love Supreme. Emocje wciąż rosną, uroda chwili trwa.

Finałowe dziesięć minut koncertu, choć sprawia wrażenie końcowego odliczania, przynosi kolejne zdarzenia. Najpierw milknie saksofonista, co skrzętnie wykorzystuje organista i miast gasić płomień narracji, jeszcze go podsyca. Gdy ten drugi ma już w głowie ostatnią frazę, saksofonista przeciąga opowieść na swoją stronę i doładowuje kolejnymi porcjami freejazzowych westchnień. Muzycy potrzebują teraz naprawdę długiego wydechu, by ostatecznie pogrążyć się w ciszy zatrzymanego licznika odtwarzacza kompaktowego.




The Attic (Rodrigo Amado, Gonçalo Almeida, Onno Govaert) & Eve Risser La Grande Crue (NoBusinnes Records, CD 2024). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja oraz Eve Risser – fortepian. Nagrane w Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023. Cztery improwizacje/ kompozycje, 64 minuty.

Album zawiera rozbudowane, wielominutowe improwizacje – każda wyposażona w wytrawne intro z dużą dozą kameralnej jakości, intrygującą fazę improwizacji, najczęściej w wykonaniu pianistki i saksofonisty, wreszcie niebanalną finalizację, realizowaną na ogół kolektywnie.

Kameralne otwarcie pierwszej części lepi się z fraz inside piano, nisko osadzonego smyczka i garści perkusjonalnych zdarzeń. Saksofon pojawia się w grze po upływie dwóch minut i nadaje opowieści post-jazzowy sznyt. Dobrze kontrolowana ekspresja sprawia, że przejście do fazy improwizacji jest płynne, definitywnie bezbolesne. Najpierw eksponuje się pianistka, która sięga po typowo jazzowe atrybuty, potem saksofonista, który stawia na emocje free. Początek drugiej improwizacji szyje nerwowy kontrabas i prawdziwie cool-jazzowe inwokacje piana i dęciaka. Z czasem narracja zyskuje pewną taneczność. Indywidualna akcja Risser jest tym razem kanciasta, rozdygotana emocjami, z kolei akcja Amado melodyjna, bliska wielowiekowej tradycji gatunku. Na etapie finalizacji, po krótkiej zabawie z rytmem, oddani zostajemy w objęcia kontrabasowego smyczka.

Rytuał inicjacji trzeciej opowieści spoczywa na barkach pianistki, która pracuje na klawiaturze. Pierwsze frazy sekcji rytmu zdają się być ostrożne, a melodia saksofonu spłoszona. Wystarczy jednak kilka chwil, by kwartet osiągnął free jazzową masę krytyczną, ciekawie podszytą nutą swingu. Potem opowieść rozgrywa się w podgrupach – najpierw jest dynamicznym triem z saksofonem, potem duetową ekspozycją basu i perkusji. Strefa uspokojenia przybiera post-balladowe barwy, pachnie wyszukaną, smutną melodyką Wayne’a Shortera. Wejście do gry smyczka wynosi estetykę nagrania daleko poza jazzową jurysdykcję, czyniąc ów moment albumu jednym z najbardziej udanych. Finałowa część trzeciej improwizacji na powrót pełna jest free jazzowych emocji, zdobiona akcjami perkusjonalnymi pianistki, jej krótkim solem i zmysłową kodą kwartetu. Początek ostatniego utworu jest kameralny, definitywnie mroczny. Saksofon pogrywa tu z perkusją, kontrabasowy smyczek z pianem w wersji inside & outside. Generowana długimi frazami opowieść znów nabiera wielu pięknych, niesynkopowanych atrybutów. Powrót estetyki jazzu jest jednak uchronny – najpierw dominuje swoboda inicjacji, potem ogniste frazy rozwinięcia. W końcowej części swoje dokłada perkusista, który kocimi ruchami zdaje się rozstawiać parterów po kątach, po czym serwuje nam solówkę wspieraną repetującym pianem. Ostatnia prosta szyta jest smyczkowymi emocjami i mocną, saksofonową melodyką na pełnym wydechu.




 

piątek, 7 maja 2021

Cranes! Filamental! Mœrs Quartet! Ensemble X & Artblau! Vario 34-3! Five Free Chamber Pearls with german impro discipline!


Niemiecka muzyka swobodnie improwizowana ma się świetnie i stan ten utrzymuje się od ponad pięćdziesięciu lat. Nowych dowodów rzeczowych w sprawie przybywa z każdym rokiem, a w gronie redakcyjnym powstała nawet pewna teoria na ten temat. Cóż bowiem innego tak dobrze służy generowaniu niczym nieskrępowanej kawalkady dźwięków, jak dyscyplina wykonawcza artystów, a także ich bardzo dobry warsztat, wyuczony w całej masie świetnych szkół muzycznych. Te dwie, jakże istotne przywary muzycy niemieccy zapisane mają w swoich artystycznych kodach genetycznych!

Dziś pięć prawdziwych perełek z katalogu najnowszych płyt (z perspektywy kilkunastu miesięcy!), powstałych na zachód od Odry, zawierających muzykę improwizowaną stworzoną przez muzyków tam rezydujących, nie rzadko przy znaczącym udziale partnerów z innych, równie zacnych skupisk ludzkich! Zaczynamy od świetnie nam znanego duetu Superimpose, który przy okazji spotkania z francuską pianistką Eve Risser przyjął nazwę Cranes. Zaraz potem imponujący, międzynarodowy oktet pod światłym przywództwem pianistki Magdy Mayas. W dalszej kolejności czekają nas dwa nagrania z udziałem tubisty Carla Ludwiga Hübscha – najpierw bystry kwartet, a potem - na jednej płycie - dwa kilkunastoosobowe składy swobodnie improwizujące. A na sam koniec tej szalonej podróży, prawdziwa niespodzianka – nowa edycja słynnych spotkań improwizatorów Vario, prowadzonych przez wiolonczelistę i puzonistę Güntera Christmanna od ponad 40 lat! Dziś wersja 34-3 z udziałem samych legend gatunku!

Oj, zapnijcie dobrze pasy, bo odlecicie dziś wyjątkowo wysoko!  

 


Cranes: Matthias Müller/ Eve Risser/ Christian Marien  Formation < Deviation (Relative Pitch Records, CD 2021)

Berlin, magiczne miejsce zwane Studioboerne45, listopad 2017 roku i trójka muzyków: Matthias Müller – puzon, Eve Risser – fortepian oraz Christian Marien – perkusja. Dwa swobodnie improwizowane sety, trwające łącznie 41 minut z sekundami.

Otwarcie spektaklu dźwiękowego, który – uprzedźmy wypadki - istotnie nas zachwyci, wydaje się być nad wyraz delikatne. Struny piana błyszczą z oddali, werbel drży, a z tuby dużego blaszaka dobywają się podmuchy chłodnego powietrza. Sytuacja sceniczna od razu nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki i ładu dramaturgicznego. Posadowione na flankach piano i perkusja budują metafizykę rytmu - oba instrumenty brzmią chwilami niezwykle podobnie, aż trudno poznać, który z nich odpowiada za dany dźwięk. Środkiem narracji płynie puzon, który tańczy, śpiewa lub zalotnie prycha – czujny cerber rozkwitającej improwizacji. Perkusja stara się budować narrację, ale piano wciąż stawia znaki zapytania i kreuje suspens, który zdaje się chwilami krępować inicjatywę ustawodawczą pierwszego z wymienionych instrumentów. W dziewiątej minucie następuje pierwsze tego dnia wyhamowanie wprost w objęcia ciszy. Prawdziwe królestwo meta akustyki – rezonujące struny, moszczący się puzon, wyjątkowo głęboki drumming. Po czternastej minucie pojawia się pierwszy dźwięk klawisza fortepianowego, ale stanowi on tu jedynie ornament, nie zaś narzędzie budowania narracji. Na zakończenie opowieść nabiera gęstości, która podkreśla jej walory rytmiczne, a dodatkowo zasypuje nas jeszcze deszczem urokliwych fake sounds.

Drugi set zdaje się być początkowo budowany niemal wyłącznie ze strzępów dźwięku. Ktoś ledwie dotyka strun, ktoś opiera palce na wentylu, ktoś drży metalem perkusji. Po niedługiej chwili piano przechodzi do fazy preparacji, a puzon i perkusja lepią się w jeden strumień post-rytmu. Flow budowany jest wszakże na wdechu, w aurze kreatywnego zaniechania, skoncentrowany na ugniataniu dźwięków, które nie powinny wybrzmieć do końca. Tuż przed upływem ósmej minuty ta półmartwa narracja staje w miejscu, ugaszona do dźwięku pojedynczej struny i ambientowego post-drummingu. Sygnał do delikatnego wybudzenia daje puzon – kind of silence trance! Moc jednak dopada muzyków – struny piana świszczą, jak pociski wielkokalibrowe, puzon bucha, jak lokomotywa parowa, a perkusja zawłaszcza teren, niczym wojskowy śmigłowiec. Stopping nadchodzi dość niespodziewanie i przeradza się w rezonans, który zaczynać wyć, niczym syrena alarmowa. Ale to nie koniec cudów na dziś! Po niedługiej chwili meta drumming piana i puzonu płyną ku górze na szeleszczących talerzach - wszystkie dźwięki formują się w jeden strumień, która zaczyna incydentalnie hałasować. Tuż pod koniec siedemnastej minuty muzycy znów delikatnie hamują i oddają narrację w ręce zmutowanego brzmieniowo fortepianu. Pod jego klawiaturę podłącza się perkusja i taki właśnie duet wiedzie nas w nieznane przez dobrych kilka minut. Puzon wraca na wielki finał, który skrzy się – to już nie jest zaskoczenie! – efektowną, wewnętrzną rytmiką. Płomień narracji umiera pod presją wdechów puzonu i akcentów percussion na obu flankach.

 


Magda Mayas' Filamental  Confluence (Relative Pitch Records, CD 2021)

Przenosimy się do austriackiego Wels, na kolejną edycję Music Unlimited Festival, jaka odbyła się w listopadzie 2019 roku. Na spektakl skomponowanej improwizacji (dla której inspiracją było dwanaście zdjęć rzeki!) zaprasza nas autorka koncepcji i pianistka Magda Mayas. W oktecie, który podjął się karkołomnej próby improwizowania wedle wartkiego nurtu wodnego odnajdujemy kolejnych muzyków: Angharad Davies – skrzypce, Anthea Caddy i Aimée Theriot – wiolonczele, Rhodri Davies i Zeena Parkins – harfy, Michael Thieke – klarnet oraz last, but not least, Christine Abdelnour – saksofon. Muzyka sformowana jest w jeden trak, który trwa 49 i pół minuty.

Międzynarodowy (interkontynentalny!), prawdziwie gwiazdorski (a jakże!) oktet zaprasza nas na koncert konceptualnej, wyzwolonej kameralistyki, która od pierwszej do pięćdziesiątej minuty tonąć będzie w morzu fantastycznych dźwięków, na ogół niedefiniowalnych, co do źródła ich pochodzenia. Jeśli w trakcie odsłuchu recenzent wskaże na dźwięk konkretnego instrumentu, oznacza to jedynie tyle, iż pomylił się o skończoną liczbę przypadków. Od startu Konfluencji dostajemy się w nurt rezonujących fraz, półdźwięków tworzących delikatny, oniryczny dron – coś świszcze, coś szumi, ktoś delikatnie dotyka strun, ktoś inny oddycha własnymi płucami. Większość instrumentów wydaje długie, posuwiste dźwięki, część jednak bawi się w drobne incydenty polegające na tarciu lub szarpaniu przedmiotów muzycznego użytku. Wraz z zarysowaniem przez mikro piano ścieżki rytmicznego rozwoju narracji na scenie toczyć zaczyna się intrygująca historia, rodzaj sieci zazębiających się subtelności dźwiękowych, pogrupowana w małe spiętrzenia i rozlegle doliny. W okolicach 9 minuty otrzymujemy krótkie, samotne, post-perkusjonalne expose. Domniemujemy, iż sprawcą zdarzenia jest pianistka. Po krótkiej jednak chwili znów toniemy w oceanie delikatnych, preparowanych dźwięków akustycznych. Przestajemy zastanawiać się, kto wydaje dany dźwięk, dajemy się nieść strumieniowi nieoczywistych fraz. Z trudem zauważamy, iż w okolicach 17 minuty strunowce fundują nam mały peak ekspresji.

Po adekwatnym dla rozwoju sytuacji scenicznej spowolnieniu pogrążamy się dla odmiany w szeleście spadających papierków, tudzież frazach, które mógłby wydać tonący gamelan. Pojedyncze dźwięki zaczynają spacerować leniwie po scenie – akcje pizzicato i arco idą ramię w ramię, a wokół szumią dęciaki, niczym stuletnie topole na delikatnym wietrze. Z czasem owo dramaturgiczne lenistwo zaczyna jednak nabierać pewnej pokrętnej dynamiki, do tego stopnia, że w okolicach 30 minuty możemy powiedzieć, iż muzycy grają dość.. głośno. Ku naszej kolejnej radości, bystrze osiągają także stadium improwizacji czynionej metodą call & responce! Niskie wiolonczele i wysokie skrzypce mają tu kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Ale zmiana go zmianę, a niemal każda minuta przynosi coś nowego, kolejną niespodziankę w zadanej od początku estetyce fake sounds. Narracja ponownie uspokaja się, dzięki czemu na piedestał może wdrapać się także klarnet. Opowieść ocieka smutkiem, stawia pytania i nie daje odpowiedzi. Wybicie 40 minuty wyznacza początek fazy nobliwych, ale nerwowych repetycji, a także daje życie plejadzie separatywnych akcji – piszczenia, parskania i piłowania. Wszystko wszakże wciąż ma tu swój wewnętrzny, pokręcony rytm i jakże kompulsywną logikę. W połowie 45 minuty czyste frazy harfy (kolejne zaskoczenie!) zdają się znamionować rozpoczęcie procesu gaszenia narracji. Deep piano repetuje, strunowce plotą ambientowe smugi cienia, klarnet i saksofon głośnio oddychają. Na ostatniej prostej szczególnie efektownie kona saksofon.

 


Debacker/ Zwißler/ Hübsch/ Nillesen  Live at Mœrs Festival '20 (Impakt-Koeln, DL 2021)

Słynny niemiecki festiwal w Moers miał swoją ubiegłoroczną edycję w trakcie pierwszej fali pandemii (czy z publicznością?), dokładnie w maju. Tamże spotykamy kwartet muzyków: Marlies Debacker – fortepian i clavinet, Florian Zwißler – syntezator, Carl Ludwig Hübsch – tuba i obiekty oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny, a dokładnym będąc extended snare drum. Dwie swobodne improwizacje, trwające łącznie 35 minut z sekundami.

Damsko-męski kwartet bez nazwy własnej zaprasza na zmysłową, bardzo kolektywną, ale i abstrakcyjną improwizację, broczącą ścieżkami post-chamber, która – to ważne! - używa dźwięków syntetycznych w sposób umiarkowany i adekwatny do sytuacji scenicznej. Koncert rozpoczyna się plejadą preparowanych dźwięków w formie short-cuts – pojedynczy klawisz piana, brzdęk werbla, burknięcie tuby, ultra delikatna pulsacja syntezatora. Opowieść na poły minimalistyczna, budowana na wdechu, pełna dramaturgicznego suspensu, ale też meta rytmu, który drży w otulinie fortepianowych strun. Nie brakuje w niej wątków realizowanych w formie pytań i odpowiedzi. Narracja z czasem gęstnieje. Niepozbawiona znamion dynamiki i ekspresji, zdobiona garściami tajemniczych dźwięków (syntezator lub obiekty tuby), bystrze konstruowana improwizacja potrafi tu zabrzmieć chwilami niemal industrialnie.  W ramach wisienki na torcie warto też odnotować intrygujący duet basowego pasma syntetyki i groźnych pomruków z tuby. Na finał ta ostatnia zaczyna bić rytm, buchać ciepłym powietrzem, niczym parostatek i nieść cały kwartet naprawdę efektownym wzgórzem.

Druga improwizacja rodzi się z preparowanych dźwięków, które lepią się w całość z dramaturgiczną precyzją. W zasadzie od początku zdaje się być masywna, pozbawiona subtelności brzmieniowych. Zatem już po kilku pętlach opowieść zaczyna wrzeć dobrymi emocjami, wzniecanymi kolejnymi mikro zdarzeniami w brzuchu syntezatora, wokół którego tli się ponownie industrialny posmak. Po 5 minucie wszystko efektownie przygasa i przechodzi w fazę metalicznego rezonansu – tkanego z drobiazgów akustyki i mgławic syntetyki, które płyną tu w pełnej synergii, stawiając kolejne stemple jakości. Z małych fraz muzycy sukcesywnie budują zwartą i całkiem gęstą opowieść. Znów tuba daje sygnał do eskalacji, tańczy i swawoli, a całość, zwłaszcza po 13 minucie, nabiera ekspresji godnej abstrakcyjnego post-free jazzu! Po niedługiej chwili tłumi się jednak w kameralne pasma dźwięków z klawiatury fortepianu i burczącej z zadowolenia tuby. Zakończenie tego doskonałego koncertu realizowane jest - oczywiście w pełni kolektywnie - ambientowym rezonansem, pełnym mroku i tajemniczości.

 


Ensemble X/ Artblau  Big Ensemble Improvisation (Carl Ludwig Hübsch’ bandcamp, DL 2020)

Tubista Carl Ludwig Hübsch zostaje z nami i zaprasza na spotkanie z dwoma dużymi składami improwizującymi, których jest członkiem, a także najprawdopodobniej osobą najbardziej sprawczą. Dodajmy od razu, iż wedle opisu płyty nagrania 14- i 10-osobowego składu powstały bez jakichkolwiek scenariuszy, wskazań, czy też autorskich koncepcji. Wieloosobowe pure free impro? Wszystko na to wskazuje, a zatem … duża dyscyplina wykonawcza i świetny warsztat muzyczny, czy tak? Patrz: wstęp do dzisiejszej opowieści!

Czas na poznanie danych personalnych aktorów obu spektakli. A zatem, Ensemble X: Tiziana Bertoncini - skrzypce, Xavier Charles - klarnet, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Nicolas Desmarchelier – gitara, Carl Ludwig Hübsch – tuba, katalizator, Harald Kimmig - skrzypce, Dirk Marwedel - saksofon, Matthias Muche - puzon, Ulrich Phillipp - bas, Christoph Schiller - szpinet, Angelika Sheridan - flet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne, Eiko Yamada –flet oraz Philip Zoubek – fortepian. Artblau: Carl Ludwig Hübsch - tuba, głos, Akiko Ahrendt - skrzypce, Elisabeth Coudoux - wiolonczela, Leonhard Huhn - saksofon, Angelika Sheridan - flet, Salim Javaid - saksofon, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek - fortepian, Constantin Herzog – bas oraz Etienne Nillesen – instrumenty perkusyjne. Oba składy zarejestrowały swoje nagrania w Kolonii - pierwszy w marcu, drugi w listopadzie 2018 roku. Album zawiera pięć części zasadniczych (pierwszą i ostatnią wykonuje Ensemble X, od drugiej do czwartej - Artblau) oraz zabawne encore, w trakcie którego słyszymy komentarz Hübscha reasumujący walory merkantylne albumu oraz ciężką pracę muzyka improwizującego, zwłaszcza w dużych formacjach.

Płytę otwiera swobodna improwizacja kilkunastoosobowego Ensemble X. Bystre, rwane frazy od początku płyną rozległym strumieniem, dość na razie abstrakcyjnie brzmiącego big orchestral chamber. Muzycy pracują w skupieniu, pełni dyscypliny (!), każdą decyzję podejmują z należytą ostrożnością, kreują suspens zarówno wydając dźwięki, jak i pozostawiając plamy ciszy. Samych dźwięków wszakże nie brakuje, bo orkiestra zdaje się pracować całym swoim arsenałem instrumentalnym. Nie trudno nie usłyszeć, iż frakcja dęciaków zdaje się mieć pewną przewagą nad strunowcami, i to nie tylko liczebną. Utwór gaśnie w zmysłowej mgle akustycznego ambientu.

Na kolejne trzy improwizacje zostajemy oddani w ręce dziesięcioosobowego Artblau. Sposoby budowania narracji także tu bazują na krótkich, dobrze skorelowanych ze sobą frazach, granych przez wszystkich muzyków, jakkolwiek już na starcie można usłyszeć, iż improwizacja częściej przebiera tu formę call & responce, niż miało to miejsce w trakcie improwizacji większego składu. W brzmieniu niektórych instrumentów częściej natrafiamy na akcenty preparowane. Wydaje się też, że same dźwięki efektowniej się tu do siebie lepią, a całość expose budzi nieco większe emocje. W tej części warto odnotować małą kulminację na zakończenie, gdy efekty pracy dziesiątki muzyków przybierają postać post-free jazzu, który płynie szczególnie dobitnie z klawiatury fortepianu, basu i perkusji. W trzeciej części kolejna plejada short-cuts zdaje się toczyć po równi pochyłej – popada w dramaturgiczne szaleństwa, by po chwili taplać się w kameralnej zadumie. Opowieść kreuje tu także wątek repetytywny, który umiejętnie eskaluje poziom emocji. Czwarta improwizacja prowadzi już nas na sam szczyt! Dęte, masywne frazy, pięknie kontrapunktowane strunowymi ornamentami i meta rytmem z piania, dość szybko nabierają ciekawej dynamiki i już po kilku pętlach śmiało dają się porównać do temperamentu Globe Unity Orchestra w jej najlepszych edycjach. Zakończenie utworu podkreśla jeszcze jego jakość – piękne wytłumienie wprost w objęcia repetytywnego post-chamber! Brawo!

Czas na powrót Ensemble X! Tym razem muzycy budują dłuższe frazy, wyciągają dźwięki do granic możliwości swoich płuc i wytrzymałości strun. Zdają się preparować improwizowany incydent, który śmiało możemy nazwać po stevensowsku sustained piece. Chcąc nie chcąc narracja dość szybko osiąga tu swój szczyt, po czym zaczyna być konstruowana od nowa, nie tylko z długich, ale także krótszych, bardziej nerwowych fraz. Owo chwilowe, emocjonalne rozhuśtanie zostaje bystrze uporządkowane przez małą eskalację, jaką realizują tuba i bas. W tym uroczym peaku czeka nas ocean akustycznych drobiazgów, ale emocji nie brakuje do ostatniego dźwięku. Ów wyjątkowo urokliwy i emocjonujący album kończy dwuminutowe outro, w trakcie którego tubista, definitywnie chyba w tym gronie najważniejszy, na tle pobrzmiewającej orkiestry kwituje w kilku zabawnych słowach całe wydawnictwo i … przekornie zaprasza na zakupy!

 


Vario 34-3  Free Improvised Music (Corbett vs. Dempsey, CD 2020)

Na koniec dzisiejszej kameralnej epistoły, pełnej swobodnej improwizacji wedle niemieckich wartości, zapowiadana niespodzianka. Günter Christmann pierwsze spotkania pod szyldem Vario realizował już w drugiej połowie lat 70. Na przestrzeni lat nazbierało się ich sporo, jakkolwiek ostatnie lata były na osi czasu zbiorem pustym. Tym większa zatem radość, iż w sierpniu 2018 roku Christmann zebrał na dwóch koncertach w Berlinie i Hanowerze jakże smakowity kwintet: on sam na wiolonczeli i puzonie (ten ostatni tylko w jednym utworze), Alexander Frangenheim na kontrabasie, Thomas Lehn pracujący z elektroniką (brzmiącą jak zawsze bardzo analogowo, ale jego praca została także określona jako live-electronic), Paul Lovens na instrumentach perkusyjnych oraz Mats Gustafsson na saksofonie sopranowym. Na krążku znalazło się dziewięć swobodnych improwizacji – w pięciu słyszymy cały kwintet, w dwóch tria i kolejnych dwóch duety. Całość tych elektroakustycznych wspaniałości trwa 49 minut i kilka sekund.

Pierwsze dwie części realizuje kwintet. Muzycy rysują plamy dźwiękowe, od startu tłocząc je w powłóczysty, ale zgrabny, niemal klasycznie brzmiący … swobodny post-chamber. Ciekawe dialogi melodyjnej wiolonczeli z zadziornym kontrabasem, bystre kontrapunkty pozostałych, w tym także ulotnej, nieinwazyjnej elektroniki szukającej matowego brzmienia, które nie kaleczyłoby zwiewności akustycznych strumieni dźwiękowych. Krótkie i długie frazy, wdechy i westchnienia, dobre reakcje, cięte riposty. Pięknie na tym tle jawi się sopran, który kwili urywanymi frazami, niczym instrument Trevora Wattsa w najlepszych dla Spontaneous Music Ensemble latach. Drugi pasus kwintetowy zagłębia się w szczegóły, szumi, szmera, dba o niuanse i perkusyjne ornamenty na strunach. Świetną robotę wykonuje perkusjonalista, który ów zwiewny potok nieoczywistości stara się po czasie formować w całkiem dynamiczną ekspozycję. Czas na trio basu, sopranu i perkusjonalii – muzycy stawiają wzajemne zasieki, reagują na siebie ze sporymi emocjami, płyną zwinnie od szczegółu do ogółu. Czwarta część, to duet elektroniki i bystrze preparowanego puzonu. Choć nie jest to takie proste, muzycy w tej ekspozycji starają się nade wszystko wzajemnie imitować. Efekt jest fantastyczny! Od ciszy pomruków po hałas akustycznych przesterów.

Na część piątą i szóstą znów powracamy do formuły pełnego składu. Najpierw morze wystudzonego chamber. Małe frazy arco, subtelne podrygi pizzicato, łagodny saksofon. Całość smakowicie rozkwita, zwłaszcza kontrabas pozostawiony na pastwę smyczka. Kolejna opowieść, to moment, któremu śmiało można przyznać miano najpiękniejszego na całej płycie. Zaczynają go samotne, melancholijne smyczki. Po kilku ważnych oddechach podłączają się talerze, prychający dęciak i echo syntetycznych zwarć i przepięć. Urokliwe chamber, ale podane bez jednego przesłodzonego dźwięku, na finał zmyślnie ekspresyjne!

Siódma część, to duet kontrabasu i elektroniki – grzmoty, złowieszcze echo, mokre plamy i smugi cienia. Znów elektronika szuka tu cech wspólnych z akustyką, a nie odwrotnie. Ósma improwizacja, to trio (saksofon, wiolonczela i perkusjonalia) i kolejny stempel doskonałości koncepcji preparowania subtelnych fraz na dramaturgicznym wdechu. Opowieść rysowana wyjątkowo cienką, delikatną kreską. Na finał powraca kwintet, który świetnie reasumuje całość dwóch koncertowych spotkań wyjątkowych muzyków. Kontrabas na uwięzi smyczka, mikro drumming, tło syntetyki, zalotny saksofon i perkusjonalne cello! Bystry suspens, szukanie rytmu, tłumienie emocji. Same smakołyki!

 

 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Marcelo dos Reis & Eve Risser – muzyczni kochankowie poza sferą czasu


Jeśli na jakiekolwiek nagranie muzyki improwizowanej czekałem ostatnio ze sporą dawką ekscytacji, to z pewnością był to, oczekiwany od kilku miesięcy, duet dwóch gorących nazwisk na młodej europejskiej scenie – francuskiej pianistki Eve Risser i portugalskiego gitarzysty Marcelo dos Reisa. Wieści o nagraniu szły wprost od tego drugiego, nie brakowało także skromnych, wizualnych awizacji na pewnym powszechnie znanym portalu z obrazkami.

Teraz rzeczony krążek leży przede mną. Uprzedźmy przebieg wypadków. Zdecydowanie warto było czekać – nagranie nie zawiedzie nas choćby przez ułamek sekundy!




Płyta zawiera materiał zarejestrowany w Salao Brasil/ Coimbra, w trakcie Festiwalu Jazz ao Centro Festival, w październiku 2016 roku. Od kilkunastu dni płytę udostępnia portugalski label JACC Records, pod tytułem Timeless. Zawiera siedem improwizowanych odcinków, które potrwają niemal 55 minut. Eve Risser zagra na preparowanym i niepreparowanym fortepianie, zaś Marcelo dos Reis na… preparowanej i niepreparowanej gitarze akustycznej. Prześledźmy, cóż dzieje się na tej płycie, utwór po utworze.

Sundial/ Zegar słoneczny. Proste akordy fortepianu i gitary akustycznej, drobne sprzężenia ze strony drugiego z instrumentów. Tymczasem narracja zmyślnie gęstnieje, dźwięki najpierw mnożą się w postępie arytmetycznym, potem zaś już zdecydowanie – geometrycznym. Piano brzmi jak stopa zestawu perkusyjnego, wprost z głębi pudła rezonansowego. Dynamika eskaluje się, muzycy wpadają w ckliwy trans i już jako wielodźwięk sięgają mety fragmentu pierwszego.

Hourglass/ Klepsydra. Repetycje na obu flankach narracji. Instrumentalne zawijasy, podskoki i tupanie nogą, ale w bardzo spokojnym, zadumanym tempie. Eve brnie minimalistycznie wprost w klawiatury. Marcelo czyni nagły zwrot akcji – stawia stanowczy rytm i trzyma się go bez wytchnienia. Eve podłącza się w mgnieniu oka. Idą zwartym szykiem, wciąż repetując i ograniczając środki wyrazu. Improwizacja gęstnieje i frasobliwie zazębia się.

Water Clock/ Zegar wodny. Istotnie tytuł jest dobrym wprowadzeniem. Zegar tyka na gryfie gitary, silnie akcentując upływ czasu, a w pudle fortepianu biją godziny. Repetycja zdaje się być wyznacznikiem upływu czasu także w tej improwizacji. Podczas gdy Marcelo spanizuje akordami, Eve otacza go preparowanym chaosem akustycznym, który ewidentnie zdobi i uwzniośla ten tryb narracji. Sieje niepokój i stawia znaki zapytania. Gęstnienie tego fragmentu, próba ucieczki w galop, smakuje jeszcze lepiej niż w poprzednich odcinkach (ale emocje!). Jeśli Marcelo odpowiada tu za rytm, to Eve czyni obowiązki perkusjonalisty. Taki jest podział ról w tym związku.

Timewheel/ Koło czasu. Jakby na potwierdzenie słów recenzenta – Eve psychodelicznie drumminguje, tkwiąc po uszy wewnątrz swego instrumentu. Marcelo wgryza się chytrym pasażem, znów delikatnie spanizując. Ta wszakże narracja, w opozycji do poprzednich, od pierwszego dźwięku jest gęsta i narowista.




Chronometer/ Chronometr. Dynamiczne młoteczki fortepianowe wyznaczają obszar przyszłej eskalacji. Gitara jest twarda, komentująca, a po chwili także imitująca. Gdy dopadnie swój wymiar bezczasu, gra nową historię i czeka na oklaski. Frazowanie pianistki znów dzieje się w duchu jakże konkretnego minimalizmu. Small talk!

Pendulum/ Wahadło. Spokój i wyciszenie zdają się być najlepszym wyborem tego właśnie momentu płyty. Przejście do bardziej dynamicznej narracji znów odbywa się z kocią zręcznością i pachnie wirtuozerią wykonawczą. Gęsta gitara w szponach rytmu, ekstremalnie preparowany fortepian w konwulsjach. Z kajetu recenzenta: to bardzo spójna stylistycznie płyta. Swą szczególną urodę unaocznia w momentach, gdy wpada w delikatny trans i zdolna jest pędzić na złamanie karku. Ta tutaj, ma akurat bardzo demoniczny wymiar!

Balance Spring/ Przesilenie wiosenne/ równonoc. Sprzężenie zwrotne. Akustyczny hałas, który nie od razu pozwala na wskazanie osoby odpowiedzialnej na incydent (zdaje się, że to Marcelo!). Prawdziwie wiosenne przesilenie! Z mgły tej fonicznej demolki wyłaniają się, niezwykle powoli, proste akordy gitary. Repetycja w oczekiwaniu na eskalację. Eve cudownie szuka wejścia w nieistniejącą melodię. Wydaje się, że fortepian w jej rękach ma nieograniczone możliwości akustyczne (takie małe sonore!). Pianistka rozkwita wyjątkową urodą w trakcie tego akurat fragmentu tej doskonałej płyty. Gdy gitara tryska krwią z emocji, piano trzyma się onirycznego klimatu i razem wiodą ów stan wzmożonej symbiozy aż do finalnej nuty.



środa, 24 maja 2017

Risser! Duboc! Perraud! – All About Eve… and Benjamin, and Edward. Trois Couleurs Regle!


Fakty są bezsporne. Muzyka swobodnie improwizowana ma się we Francji wyśmienicie. Czasami, szukając przymiotnika dotyczącego tego akurat zakątka świata, używamy – przynajmniej w kulturze bardziej masowej, by nie rzec… sportowej – określenia Trójkolorowy. Bingo! Najlepsza muzyka, jaka ostatnio tam powstaje, ma na ogół wymiar… trzyosobowy, a mieni się nawet większą ilością kolorów! Wnikliwy Pan Redaktor dostrzega jeszcze dwa inne zjawiska, które na ogół towarzyszą eksplozjom doskonałego free improv nad Sekwaną.

Najpierw kontrabasista Benjamin Duboc! Czego się nie tknie w ostatnich latach, perły wychodzą.

O płytach tria Daunik Lazro/ Benjamin Duboc/ Didier Lassere pisaliśmy na Trybunie wyłącznie złotą czcionką (Pourtant Les Cimes Des Arbres 2011, Sens Radiants 2014) patrz tutaj. Nie inaczej było w przypadku ekscesu pod nazwą Tournasol (2016) patrz tutaj. Duboc dobrał tu do trójki piorunującego gitarzystę Juliena Despreza i jego imiennika, perkusistę Louteliera.

Dziś czas najwyższy, by poznać kolejne trio z udziałem Duboca, a także dwa jego dotychczasowe wydawnictwa. W tym układzie personalnym za zestawem perkusyjnym zasiądzie jego rówieśnik i muzyk, choć trochę już uznany w światku niszowej muzyki bez melodii – Edward Perraud. Składu zaś dopełni Eve Risser, pianistka o dekadę od nich młodsza, która w cuglach podbija obecnie świat muzyki improwizowanej, a zbiór oponentów wobec tej tezy przyjmuje trwale wartość zerową.  

Za wydanie wszystkich tych płyt odpowiada jeden człowiek. Nazywa się Bertrand Gastaut i od kilku lat prowadzi wydawnictwo Dark Tree Records. 


En Corps – edycja pierwsza

Marzec 2012 roku. Studio nagraniowe w Malakoff/ Francja. Akustyczne trio w mało wyszukanym układzie instrumentalnym - fortepian (preparowany i … niepreparowany – cytuję za okładką), kontrabas i perkusja. Muzycy będą improwizować przez 51 minut, w dwóch odcinkach, a na płycie znajdziemy to jako En Corps (Dark Tree Records, 2012).




Trans. Pianistka Eve Risser rozpoczyna tę opowieść pojedynczymi akordami z klawiatury, wspierając się delikatnym szarpaniem strun z głębi swego wielkiego instrumentu. Kontrabasista Benjamin Duboc, wyposażony w długi smyczek, sunie głębokim soundem tuż pod nią. Perkusista Edward Perraud, w reakcji na poczynania interlokutorów, stawia systematyczne stemple i niezobowiązująco tyczy granice tej bardzo zrównoważonej i dostojnej niemal narracji. Wnikliwa wyobraźnia słuchacza dostrzega jednak zaszyty w niej nerw moralnego niepokoju i stygmaty tajemniczości. W wymiarze akustycznym rządzi tu zdecydowanie Duboc, zajmując trzy-czwarte przestrzeni dźwiękowej. Perraud ciekawie sonoryzuje na krawędzi bocznego toma, a Risser (jest już chyba wewnątrz instrumentu) sprawia wrażenie, jakby grała na … wiolonczeli. Delikatna dynamizacja poczynań całej trójki efektownie wzmaga jakość improwizacji. Perkusista zaczyna drżeć, wibrować wokół własnej osi, a kontrabasista dodaje mu rezonu, schodząc z brzmieniem coraz niżej (od paru chwil jest już w piwnicy). Pianistka aktywizuje skromny, acz intensywny pasaż wprost z czarnobiałej klawiatury. Dźwięki wszystkich instrumentów lepią się do siebie, jak plastry lipowego miodu. Choć każdy z muzyków gra trochę inaczej, to jesteśmy już w trakcie zwartej, spójnej i intensywnie symbiotycznej galopady (trans!). Benjamin krwistym smykiem wyżłobił już w podłodze rów mariański! Demokracja w zespole wszakże kwitnie w najlepsze. Około 19 minuty narracja delikatnie rozwarstwia się, muzycy łypią na siebie spode łba i w mgnieniu oka… eskalują kolejną, jeszcze bardziej wyrazistą improwizację w narowistym tempie. Eve gra tu mało, ale każdy jej dźwięk jest uzasadniony i zdobi wyczyny sekcji pięknymi, złotymi girlandami. Po 26 minucie smyczek idzie w odstawkę. Narracja robi się gęsta, jak sos do kaczki. Z klawiatury sunie, wprost w nasze uszy, niebanalna literatura, która wieńczy słoną eskalacją, ów ważny fragment historii improwizacji francuskiej.

Chant D’entre. Uspokojenie, budowane wyważonym dronem, płynącym wprost z paszczy trójgłowego smoczyska. Polerowanie powierzchni płaskich, akordy piana zza siódmej góry. Bijące serce perkusji szuka rytmu, jest agresywne, nadaktywne, odrobinę zbyt głośne. Kontrabas idzie z czarnej głębi, poszukujący, niezdecydowany (bić się, czy uciekać?). Perraud ma depnięcie trochę, jak Tom Bruno z Test, ale nie stroni od sonorystyki. Ten fragment płyty toczy się przy podobnym zagęszczenia incydentów akustycznych, jak pierwszy, ale w uwagi na niższą dynamikę, daje sposobność słuchaczowi na swobodnie wgryzanie się w zamysły muzyków i czerpanie dodatkowych porcji przyjemności. Narracja jest jakby zawieszona w powietrzu, płynna, tajemnicza, nieoczywista. Eve zdobi ją kilkoma zmyślnymi preparacjami w pudle rezonansowym. Jest tak rozbrajająco niejazzowa. Śle partnerom nielinearne pasaże do przemyślenia, nieco w poprzek rytmu, który wyznacza ordynarna stopa zestawu perkusyjnego (8-9 minuta). Tuż potem Benjamin włącza drapieżny walking i też postanawia postawić trwały ślad na ziemi w ramach tej eskapady. Eve podłącza się, jak sroczka i łapie odpowiedni dryl. Finał nagrania jest nagły, zerwany. W taki sposób, byśmy natychmiast poprosili o więcej!


En Corps Generation – edycja z oklaskami

Mijają cztery lata. Znów jest marzec. Nasza trójka bohaterów aktywnie wypoczywa w Tyrolu, w Austrii. Sobota, sala koncertowa (?), Artacts’16. Improwizacja odbędzie się z udziałem publiczności i potrwa 55 minut (znów dwie części). Wedle wskazań okładki, Eve Risser będzie grała na fortepianie (brak dodatkowych wskazówek, zwłaszcza w zakresie ewentualnych preparacji), jej męscy partnerzy – bez zmian. Płyta dokumentująca wydarzenie koncertowe jest z nami od kilku tygodni i zwie się En Corps Generation (Dark Tree Records, 2017).




Des Corps. Start jest spokojny, pełen wewnętrznej ciszy, toczony z dbałością o szczegóły, pojedyncze interakcje. Tu kropka, tam przecinek. Muzycy nawołują się na skraju puszczy, bo już czas ruszać po złote runo. Akord, talerz, akord, stopa. Eve płynie tylko po klawiaturze, tak, jak obiecała przed chwilą. Gra nieco inaczej, niż w studiu, cztery lata temu. Mniej rytmiczna, bardziej separatywna w zachowaniach scenicznych, pozostawia mokre ślady na scenie (wzrost świadomości artystycznej?). Edward, niczym doświadczony suwnicowy, snuje oniryczne pojękiwania. Benjamin ewidentnie przyczajony, smyczek w dłoni, jest wyrazisty i czeka na sygnał. Wszyscy macają się w ramach gry wstępnej. Narracja jest powolna, wręcz majestatyczna. Ale jednak się dzieje. Jakby każdy dźwięk był odrobinę silniejszy od poprzedniego. Akustycznie bardziej dobitny. Klimat tej piosenki bliższy jest drugiemu fragmentowi z debiutanckiej. Nawarstwianie się płaszczyzn improwizacji następuje tu jakby mimochodem. Po 15 minucie akordy stają się cięższe, dynamika eskaluje step by step, interakcje są szybsze, bardziej dosadne i uszczypliwe. Duboc rytmizuje proces improwizacji, jest nawet pokrętnie rockowy. Mimo wszakże drobnych różnic w doborze środków wyrazu, to trio ciągle przypomina trójgłowego potwora ze studyjnego incydentu sprzed kilku lat. Empatia? Synergia? – wciąż poziom ponadnormatywny. Risser jest może bardziej wyrazista narracyjnie, choć recenzent nie jest do końca przekonany, że bardziej oryginalna. Tu i teraz gra więcej, w zasadzie nie preparuje dźwięków, choć roli dodatkowego perkusisty nie odrzuca definitywnie. Być może ta generacja Er Corps jest bardziej efektowna, w większym stopniu przyswajalna dla jazzowego odbiorcy, ale … recenzent już tęskni za jej prymalną inkarnacją. Po 20 minucie pierwszy odcinek koncertu wpada w ciekawą galopadę. Lekkie wyhamowanie stymulowane jest przez melodyczny kontrabas, przy wtórze szczoteczkowania perkusji (to jednak prawie solo strunowca). Fortepian milczy, ale perkusja wpada w turbulencje. Na finał fragmentu, Eve powraca w szorstkich klimatach pierwszej płyty. Benjamin uroczo smykuje, a Edward zawiesza się dramaturgicznie. Brzmienie dźwięków z klawiatury jest matowe, delikatnie przybrudzone (z kajetu recenzenta: najpiękniejszy fragment tej płyty!).

Des Ames. Giniemy w tumulcie oklasków, na szczęście ciąg dalszy następuje, głównie dzięki mocnym akordom piana (chyba jednak drobna preparacja!), które skutecznie zagłuszają incydenty akustyczne na widowni. Wodogrzmoty Mickiewicza z gryfu kontrabasu. Mały suwnicowy na prawej flance. W aurze jakże wytrawnej sonorystyki, śmiało możemy zapaść się w drugą część koncertu. A ta stymuluje nasze endorfiny. Cierpimy z satysfakcji! Narracja piana zagęszcza się. Duboc podaje krwawy walking. Perraud zaczyna niewybrednie hałasować. Agresywne dźwięki każdego z instrumentów frasobliwie lepią się do siebie (oj, będzie chleb z tej mąki!). Risser jakby trzaskała klapą fortepianu, miażdżąc palce widzów w pierwszym rzędzie. Gdy nominalna sekcja gna i tupie, pianistka podaje lekko splątaną, frapującą palcówkę. Niemal swoich facetów zagaduje, tak w pół słowa. Czyżby i ją dopadały już natręctwa rasowej pianistki free? W odpowiedzi dialog Edwarda i Benjamina. Szukają kąśliwego zakończenia. Ten pierwszy uruchamia dzwonki (już czas! już czas!). I cała trojka biegnie na szczyt! Jeszcze tylko drobny ornament z werbla i końcowy orgazm staje się udziałem wszystkich! Hałas z drugiej strony sceny trwa kilkaset sekund.



****

Dodajmy na finał dzisiejszej epistoły, iż katalog Dark Tree, poza wymienionymi już płytami z każdorazowym udziałem Benjamina Duboca, uzupełniają dwie pozycje.

Szczególnie ekscytujący jest dokument fonograficzny koncertu, jaki odbył się w Pasadenie, lat temu… czterdzieści dwa! Wspólny kwintet Bobby Bradforda (kornet) i Johna Cartera (klarnet, saksofon sopranowy), z udziałem dwóch kontrabasów (Roberto Miranda, Stanley Carter) i jednego zestawu perkusyjnego (William Jeffrey). Płyta No U-Turn – Live in Pasadenia, 1975 (Dark Tree Records, 2015) jest porażającym dowodem na nieśmiertelność free jazzu tamtej epoki. Lektura obowiązkowa w każdym porządnym domu.

Ostatnią z niewymienionych dziś pozycji katalogowych francuskiego labela jest duet niepowtarzalnej Joelle Leandre (kontrabas) z poetą użyczającym głosu, Steve’m Dalachinsky’m. Koncert z maja 2012 roku, z Paryża, odnajdziecie pod tytułem The Bill Has Been Paid (Dark Tree Records, 2013).


Ps. Tłumaczenie tytułu posta dla mniej obytych lingwistycznie - Wszystko o Ewie... i Benjaminie, i Edwardzie (ang.). Trzy kolory rządzą! (franc.)