Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuno Rebelo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuno Rebelo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 czerwca 2022

Dead Neanderthals! Perceptual Motion! Imbernon & Vega! Doce Fuegos! Serries! Rizoma! Diciotto! ORD! The Swinging June Round-up!


Ulubiona forma edytorska Trybuny, to rzecz jasna comiesięczna zbiorówka recenzji świeżutkich płyt! Epistoła jak zawsze starająca się pokazać, że świat jest jeden, nie istnieją w jego obrębie jakiekolwiek granice, a odmienny kolor, czy język są jedynie dowodem na cudowność tegoż świata i jego niezwykłą różnorodność! W enklawie muzyki kreatywnej, improwizowanej, czy jak ją zwał, zjawiska powyższe uwypuklają się jeszcze dosadniej! Cytując klasyka: One World it’s enough for all of us!

Do dzisiejszego tygla buzujących emocji wrzucamy dużo ognistych fraz, sporo niemal rockowych sekwencji z gitarą w roli głównej, a także porcję kameralnego free jazzu, kiść elektroakustycznych niespodzianek i kilka uroczych, skandynawskich piosenek dla niegrzecznych dziewczynek i takiż chłopców!

Zaczynamy w Holandii, pokazując, iż pewne nasze ulubione freak duo potrafi rozrosnąć się do kwartetu w intrygujących okolicznościach koncertowych! Potem skok na Półwysep Iberyjski i kilka gitarowych, ale przy tym jakże metaforycznych kanonad - pierwsza katalońska, dwie kolejne andaluzyjskie! Po nich lecimy do Brukseli na tłumiące nasze rozszalałe emocje improwizacje na gitarę akustyczną i to dość wiekową! W dalszej kolejności obiecany kameralny free jazz wprost z Argentyny, elektroakustyczne wariacje w wydaniu po części krajowym, a na final szwedzkie piosenki z tekstem, jakże daleko przesuwające granicę tego pokrętnego określenia!




Dead Neanderthals  IXXO (Burning World Records, LP 2022)

Roadburn Festival (scena Redux), Tilburg, Holandia, nagranie z edycji 2021 (jeśli pamięć nas nie myli, bez udziału publiczności): Aafke Romeijn, Jonge Woudloper, Otto Kokke – wszyscy instrumenty klawiszowe oraz Rene Aquarius – perkusja. Jeden utwór, 35 i pół minuty.

Dead Neanderthals, to formacja Otto i Rene, która z nieustannego powtarzania fraz uczyniła dzieło sztuki! Ta holenderska mantra zaczynała się kilkanaście lat temu w estetyce punk-rocka i heavy jazzu (ktoś jeszcze pamięta takie określenie?), potem zaś ekspresję saksofonu przełożyła na moc siermiężnego syntezatora. Czasami uroczo tapla się w mrocznych, niemal black metalowych koincydencjach, bywa też przekornie lekka, syntetyczna w formie i mniej zagadkowa w brzmieniu. Ubiegłoroczny Roadburn zaproponował nam ostatnią z tych wersji. I znów DN triumfują! Jednostajny beat żywej perkusji i trzy syntezatorowe pasma wystarczają, by już po kilka minutach mieć ochotę zostać tam w środku na dłużej (a może na zawsze?), a po wybiciu 36 minuty myśleć tylko o jednym: play it again!

Słowo się rzekło, nowe nagranie DN (tu w wersji IXXO), to jednostajny, rockowy rytm perkusji oraz trzy syntezatorowe pasma. Jedno stabilne, basowe, siarczyście brzmiące, które zamienia się w loop (i takim pozostaje do ostatniej sekundy), dwa pozostałe hasające po scenie z większą swobodą, czasami brzmiące niczym popromienny new romantic, innym razem formujące się w gęstą strugę ambientu. Wszyscy uczestnicy spektaklu nie przestają powtarzać swych fraz, wszak repetycja, to konstytucja koncepcji Martwych Neandertalczyków. Tempo nagrania jest stabilne, umiarkowanie szybkie, poziom intensywności na niezmiennym poziomie (czasami można odnieść wrażenie, że flow pęcznieje, a pasma ambientowe jakby szerzej rozpościerały skrzydła). W połowie seta mamy najważniejsze wydarzenie dramaturgiczne – perkusista zdejmuje nogę z gazu i trzyma rytm jedynie na talerzach. Bierze oddech, słucha, jak pracują syntezatory (a tam bez zmian!) i z nieznacznie zmodyfikowanym beatem rusza w dalszą podróż. Znów wydaje nam się, iż syntezatory nieznacznie zmieniają swoje pozycje strategiczne. Jedno wszak jest pewne - drummer urozmaica flow kilkoma rockowymi przejściami. Im bliżej końca czegoś, co końca nie ma, można odnieść wrażenie, iż brzmienie syntezatorów nabiera psychodelicznego posmaku. Całość ostatecznie gaśnie - najpierw umiera perkusja, a bas rozlewa się szerokim korytem. Potem martwe echo łapią gościnne syntezatory.



 

Nuno Rebelo/ Pablo Schvarzman/ Diego Caicedo  Perceptual Motion (Discordian Records, DL 2022)

Cykl koncertowy Nocturna Discordia, edycja #224, Soda Acústic, Barcelona, wrzesień 2019: Nuno Rebelo – gitara elektryczna (środek), Pablo Schvarzman – gitara elektryczna (kanał lewy), Diego Caicedo – gitara elektryczna (kanał prawy). Trzy improwizacje, 41 minut.

Początek katalońskiego, gitarowego summitu, to echo płynące z kabli i szum amplifikatorów. Narracja zostaje zawiązana jednak dość szybko i od startu stawiać będzie na różnorodność. Lewa strona pogrążona w mrocznym ambiencie, prawa w gitarowych eksperymentach, środkiem sceny rządzi zaś post-jazz i basowe figury geometryczne. Każdy ze strumieni ma swoją własną strukturę wewnętrzną - frazy na flankach szklą się rockowym blichtrem, pulsują i stroszą pióra, na środku dostrzegamy zaś więcej dbałości o obraz całej improwizacji. Mimo, iż artyści leją na struny dużo prądu, potrafią w ułamku sekundy tłumić emocje do brzmienia pojedynczej struny. Nie brakuje pick-upowych preparacji, dubowej poświaty, psychodelicznych smaczków i akcentów perkusjonalnych. Muzycy doskonale panują na dramaturgią, za nic nie chcą pohałasować, a my jesteśmy naprawdę im za to wdzięczni. Pierwszy, najdłuższy odcinek koncertu wysoko stawia poprzeczkę, a muzycy są zdolni utrzymać jej poziom do samego końca.

W dwóch kolejnych, nieco krótszych improwizacjach artyści serwują nam jeszcze więcej skupienia i dbałości o drobiazgi. Pracuje echo, pomysł goni tu pomysłem, a ich dźwiękowe efekty raz za razem zaskakują. Frazy post-bluesa i americany? Mroczne zagadki? Pulsujące drony post-gitarowej elektroniki? Niczego nam tu nie brakuje. W finałowej części wszyscy zdają się rozciągać struny i badać ich odporność na ból. Bliżej lewej flanki pojawia się smyczek, dużo siarczystego brzmienia leje się zaś prawą stroną. Trzy jakże odmiennie od siebie, gitarowe spirale narracyjne wieńczą fanatyczny wieczór wyjątkowo filigranowymi dźwiękami.



 

Imbernon & Mikel Vega  Eolian Dawn (Sentecia Records, CD 2022)

Kokkola, Finlandia, sierpień 2021: Jon Imbernon – gitara i efekty, Mikel Vega – gitara i efekty. Sześć improwizacji, 42 minuty.

Ponownie same gitary, tu w kooperacji fińsko-andaluzyjskiej i w rękach artystów mających duże doświadczenie w ciężkich i mrocznych odmianach rocka! To słychać od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania, to sprawia też, iż sama improwizacja wydaje się być dalece intrygująca, a brzmienia kategorycznie niebanalne. I bodaj najcenniejszy walor tych gitarowych improwizacji – strugi oleistych, niekiedy post-rockowych fraz niemal bez przerwy kąpane są w dubowej poświacie. Echo tu pracuje, łagodzi obyczaje, ale czasami buja muzykami, niczym zburzony ocean.

Muzycy dbają o nasze emocje od samego początku! Najpierw strzygą uszami i zapraszają nas do środka swoją powolnością, pewną nieprzewidywalnością, oferując naprawdę dużo przestrzeni, ale i nieskrywaną prostotę niektórych rozwiązań dramaturgicznych. Gitarowe efekty pracują, muzycy incydentalnie decydują się na rockowe spiętrzenia, ale ich blask topi się w dubowym echu. Wolą raczej zagrać o jeden dźwięk mniej, niż o dwa za dużo. W drugiej części proponują nam garść zgrzytów i sprzężeń, nawet zbliżają się po poziomu hałasu i zioną post-industrialnymi wyziewami. W trzeciej drgają i pulsują, zanurzają się w mroku i produkują sporo elektronicznych fraz na wyjściu. W czwartej szukają melodii, są przy tym głęboko skupieni, wrażliwi na brzmieniowe niuanse. W piątej dubowe echo decyduje o ich wyjątkowo powolnych, wręcz leniwych ruchach. Całość narracji nabiera tu onirycznego posmaku i budzi przyjemne skojarzenia z estetyką wytwórni 4AD z odległych lat 80. ubiegłego stulecia, oferując dużo mrocznych, ale nie intensywnych doznań. Wreszcie finałowa koda, niepełne dwie minuty i … czyste szaleństwo! Muzykom puszczają hamulce i serwują nam porcję hałaśliwego, metalicznego, jakże efektownego wybuchu emocji! Ale i to robią z wyjątkowym smakiem! Brawo!



 

Doce Fuegos  Vita Brevis (Sentecia Records, CD 2022)

Nagrania domowe, Sevilla, od marca do czerwca 2020: Miguel Palou – skrzypce, mandolina, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 30 minut i kilkanaście sekund.

Jeden muzyk, trzy instrumenty, domowe okoliczności pierwszego lockdownu i dużo pracy na etapie post-produkcji dają pod szyldem Doce Fuegos efekt bardziej niż intrygujący! Ponadgatunkowe, dobrze ustrukturyzowane improwizacje - każda zdaje się być odrobinę inna, każda ciekawie dawkuje nam emocje. Niektóre piosenki bywają rzewne, inne nerwowe, jeszcze inne gotują się od złych emocji i szczerzą kły.

Na początek skrzypce i delikatne, bijące mikroskopijny rytm perkusjonalia. Tu jakby folkowe inklinacje szukały artystycznego ujścia u podnóża … filharmonii. W drugiej części pojawia się mandolina i dobrze współpracuje z echem. Całość nabiera minimalistycznego sznytu godnego berlińskiego post-techno, a na dokładkę zdobią ją post-kameralne skrzypce. Trzecia opowieść przypomina oniryczną piosenkę w estetyce starego, dobrego 4AD! Dodatkowe inkrustacje strunowe udanie wspierają rozśpiewaną mandolinę. Kolejna narracja, to drobna porcja czystego frazowania ze strony skrzypiec. Folkowy barok? Skojarzenia recenzenta idą doprawdy w ciekawym kierunku! W piątej odsłonie najpierw pracuje mandolina, która walczy z obłokiem szumów. Potem do gry wchodzą barokowe, nieco przesłodzone skrzypce, które potykają się o post-perkusyjne zgrzyty i preparowane dźwięki. Finałowa narracja w początkowej fazie zdaje się być repryzą pierwszej opowieści. Molowa, zrezygnowana, smutna historia do opowiedzenia. Kolejny dysonans, wykreowany przez percussion, sprawia, iż skrzypce uciekają w czerstwe echo zakończenia.



 

Dirk Serries  Solo Acoustic Guitar Improvisations II/III (A New Wave Of Jazz, 2 LP 2021/22)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, listopad i grudzień 2020: Dirk Serries – gitara akustyczna. Dwadzieścia sześć improwizacji, niespełna 70 minut.

Nasz ulubiony belgijski gitarzysta przeszedł doprawdy imponującą drogę artystyczną - od plądrofonicznej, młodzieżowej elektroniki, przez dronowy ambient gitary elektrycznej aż po improwizacje na akustycznych gitarach z tzw. epoki (tu z lat 50. ubiegłego stulecia). Choć dziś skupia się głównie na tych ostatnich, wciąż nie unika grania muzyki ambientowej i zdaje się, że obie pasje stymulują go do kreowania jeszcze ciekawszych procesów muzycznych. Muzyk w trakcie pierwszego roku covidowego nagrał w sumie trzy zestawy improwizacji na gitarę akustyczną. Pierwszy poznaliśmy u progu ubiegłego roku, teraz dostajemy dwie kolejne części, zebrane na podwójnym winylu. Reasumując jednym zdaniem – znów bez artystycznych zaskoczeń, ale jednocześnie, jak zawsze, efekt końcowy jedyny w swoim rodzaju!

Improwizacje Serriesa w takiej formule, to dużo minimalizmu i pewne drobne, rockowe, a nawet post-bluesowe naleciałości. Jego opowieści pozostają jakby w pół drogi do budowania zwartej struktury narracyjnej. W głowie zawsze jest plan, nie ma pogoni za czymkolwiek, jest skupienie i pewność każdego ruchu. Muzyk lubi szukać kantowi i zadziorów, bywa wtedy nawet dość dynamiczny (druga improwizacja), nie stroni też od preparacji, ale te stosuje zawsze z umiarem (czwarta, siedemnasta). Okazjonalnie pośpiewuje martwą wersję rockabilly (szósta), albo przeciąga struny i szuka szumu na gryfie (siódma), czy też snuje dłuższe frazy, co nie jest proste na strunach wysuszonych na wiór (ósma). Czasami znajduje rytm w bardziej basowych frazach (jedenasta), czasami jego instrument piszczy i rezonuje (dwunastka), innym razem definitywnie pragnie melodii i szuka jej na wszystkie sposoby (piętnasta). Nie stroni od riffów, także tych bardziej agresywnych (szesnasta), miewa balladowe nastroje, pełne szorstkich uczuć (osiemnasta), a jak sięga po smyczek, to snuje efektowną kołysankę dla wampirów (dziewiętnasta). Bywa, że jego frazy są ulotne, mikroskopijne (dwudziesta), albo lepią się poemat małych zgrzytów i mechanicznych trać (dwudziesta pierwsza). W opowieści dwudziestej trzeciej narracja znów zdaje się być wyjątkowo filigranowa, nie brakuje w niej ciszy, a brzmienie jest bardzo rozmyte, jakby na gryfie pojawiły się kawałki szkła. W dwudziestej piątej sceną znów rządzi smyczek, a struny cierpią prawdziwe katusze. Tenże sam smyczek kończy tę epopeję improwizowanych miniatur, rozmawia z ciszą i oddycha gasnącym echem.



 

Martin Proscia & Federico Solomiewicz  Rizoma (Neue Numeral Records, DL 2022)

Estudio Calle 5, Berazategui, Argentyna, grudzień 2021: Martín Proscia – saksofon barytonowy (utwory 1, 3, 6), sopranowy (4) i tenorowy (2, 5) oraz Federico Solomiewicz – kontrabas. Sześć improwizacji, niespełna 24 minuty.

Nagrania z muzyką improwizowaną z Argentyny trafiają do nas coraz częściej i to doprawdy wspaniała wiadomość! Wspomniany wyżej duet saksofonowo-kontrabasowy śle nam moc jakości, jaką znamy z innych opowieści tamtego zakątka świata, także powiew wyjątkowej świeżości i … dość krótką porcję intrygujących impro-koincydencji.

Gęsty strumień smyczkowego brudu, saksofonowa nawałnica z barytonowej tuby i drobne plastry ciszy – dwuminutowe otwarcie stawia nas na nogi i utrzymuje w tej pozycji do samego końca! W drugiej improwizacji pojawia się tenor, ale narracja toczy się wedle melodyjnych, post-barokowych fraz smyczka. Rozhuśtany dęciak najpierw ledwie oddycha, potem rzewnie śpiewa. Oba instrumenty wchodzą w serie urokliwych interakcji. W kolejnej części powraca baryton i buduje wspólnie ze smyczkiem pulsujący i świszczący dron gorącego powietrza. Narracja gęstnieje i pęcznieje, nadyma się jak free jazz zrywający swe kameralne korzenie. Emocje idą w górę, ale brzmienie obu instrumentów staje się bardziej osobne i czystsze. W czwartej części na niedługo pojawia się skoczny i melodyjny sopran, a towarzyszy mu delikatnie skonfundowany smyczek. Po kilku nawrotach sytuacja dramaturgiczna ulega odwróceniu. W piątym epizodzie jedyny raz kontrabasista frazuje pizzicato. Tenor zdaje się być zaintrygowany, ale jazzowa opowieść dość szybko znajduje swoje zakończenie. Finałowa, najdłuższa improwizacja, to prawdziwe crème de la crème tego mini albumu! Oba instrumenty wchodzą w nurt rzeki na raz. Smyczek skacze po strunach, baryton prycha i gwiżdże. Nerwowa, meta dynamiczna narracja łyka free jazz pełnymi garściami, ale nie jest pozbawiona dramaturgicznych i brzmieniowych subtelności. Saksofonista daje tu prawdziwy popis! W połowie nagrania smyczek zmienia tryb pracy na bardziej minimalistyczny. Reakcje saksofonu znów doskonałe! Improwizacja pnie się ku górze, przechodzi przez fazę szumów i lodowatych podmuchów, a kończy plejadą drobnych, urokliwych fraz! Brawo!

 


Diciotto  Dis-Connected (Jacek Chmiel’ bandcamp self-released, DL 2022)

Miejsce i czas akcji nieznane, być może Szwajcaria: Paride Guerra – perkusja, Jacek Chmiel - elektronika, zither. Cztery improwizacje, 29 minut z sekundami.

Połowa omawianego na tych łamach Bolka i Lolka Na Dzikim Zachodzie powraca, wyposażona jedynie w akcesoria do produkowania dziwnych dźwięków, ale za to w towarzystwie całkiem żywego perkusisty! Ich bystra, nieprzegadana, nade wszystko elektroakustyczna przygoda nosi wiele znamion dalece interesującej!

Pierwsze sekundy nagrania skwierczą mieszaniną elektroakustycznych mikro zdarzeń. Rezonuje talerz perkusyjny, obok tlą się piskliwe dźwięki i garść tych preparowanych, ale pochodzących z nieznanego źródła. Zgiełk oczekiwania na foniczne wydarzenia nie jest jednak nadmiernie dokuczliwy. Półpreparowany ambient na koniec zdobi tu mały drumming na dużym echu. W trakcie drugiej improwizacji początkowo obcujemy jedynie z akustycznymi frazami – przedmioty moszczą się na werblu, jakieś struny szeleszczą, a wszystko tapla się w echu niekończącej się przestrzeni. W połowie utworu pojawiają się niespodziewane dźwięki. Po chwili wiemy już, że to fale radiowego eteru niosą nam strzępy fonii. W tle pracuje wyjątkowo delikatna perkusja, do której z czasem doklejają się elektroniczne post-dźwięki. W trzeciej improwizacji muzycy cedzą frazy przez szczelnie zaciśnięte zęby. Dużo minimalizmu, ciszy i skupienia. Wszystko oddycha, zarówno akustyka, jak i elektronika. Celebracja dramaturgii trwa w najlepsze. Zauważmy, iż mikro frazy syntetyczne nie są tu w stanie zakłócić filigranowej, zmysłowej akustyki. Muzycy zdają się dotykać swoich instrumentów końcówkami paznokci, a w tle odradza się radio. Końcowa improwizacja trwa ledwie dwie minuty, wydaje się utkana jedynie z żywych fraz perkusji i zitheru.



ORD  Hemligheter på vägen (Havtorn Records, LP/CD 2022)

Elementstudion, Gothenburg, Szwecja, czas nieznany: Karin Johansson – fortepian, także preparowany, kompozycje i aranżacje, tekst jednego z utworów (większość, to poezje Tomasa Tranströmera), Jenny Willén – głos, śpiew, Niclas Rydh – puzon, Gunnel Samuelsson – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Hasse Westling – kontrabas. Dziewięć utworów, 46 minut.

Album, którego tytuł możemy tłumaczyć jako Tajemnice w Drodze, to nagranie dość szczególne, zwłaszcza z punktu widzenia witryny, która lubuje się w muzyce swobodnie improwizowanej. Kompozycje szwedzkiej pianistki, to w dużej części zgrabnie zaaranżowane piosenki z tekstem, zaśpiewane lub wyrecytowane pięknym głosem, zdobione ciekawymi harmoniami, pewnym transcendentalnym smutkiem, ale i pełną zgodą na los doczesny. Muzyka balansuje między zmysłową kameralistyką, a wytrawnym jazzem, nie stroni wszakże od improwizacji! I tu tkwi sedno naszej rozprawki! Gdy kwintet (po prawdzie kwartet instrumentalny) przełącza tryb narracji na improwizacje, chwilami nad wyraz swobodne, nagranie robi się niebywale smakowite. Szkoda jedynie, iż fragmenty te pozostają w mniejszości na albumie, który trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

W kontekście powyższych rozważań (czytaj: ambiwalencji), szczególnie udane momenty plyty, to choćby trzecia kompozycja. Smutna, nostalgiczna recytacja z pianem w tle przekształca się w mroczny, improwizowany suspens, budowany prychającym klarnetem basowym, puzonowymi westchnieniami i preparacjami piana. Podobnie dzieje się w części piątej. Tu pracuje także wokal, a w rolę mąciciela prawa i porządku wciela się saksofon tenorowy. Wreszcie szósta narracja, chyba top of the album! Bystry tembr kontrabasowego smyczka, pobudzone piano także w formule inside i wzdychający klarnet basowy kreują nerwową opowieść, którą resumuje świetnie improwizujący puzon. Podoba nam się także ósma kompozycja. Tu narracja dokonuje pewnej dramaturgicznej metamorfozy. Zaczyna się słodko i piosenkowo, kończy histerycznymi spazmami, pełnymi improwizowanych fraz, szczególnie ze strony kontrabasu.



czwartek, 6 października 2016

Vasco Trilla – The Thriller Comes to Town!


Pewien dość znany polski muzyk improwizujący był łaskaw onegdaj zeznać, iż potrzebował pogłębionych studiów w zakresie filozofii dalekiego wschodu, by w pełni zrozumieć ideę muzyki swobodnie improwizowanej.

Trybuna Muzyki Spontanicznej nie ma planów w zakresie studiowania czegokolwiek. Jej wiedza w tym temacie, rodząca czasami przemądrzałe osądy, jest czysto intuicyjna i bazuje na emocjach, będących konsekwencją absolutnego zafascynowania tego rodzaju muzykowaniem.

Czasami na tych łamach pada pytanie o istotę powodzenia w uprawianiu free improvisation, czynione oczywiście wyłącznie z pozycji słuchacza. Bywa, że doceniamy poziom empatii w relacji muzyk-muzyk lub dostrzegamy niezbadane pokłady synergii, wynikające z kolektywnego zespolenia muzyków improwizujących, w obrębie zamkniętej liczby uczestników. Wreszcie wskazujemy na sam warsztat muzyka, bo przecież jeśli potrafisz zagrać wszystko, możesz grać już wyłącznie to, co chcesz.

Dziś, kreśląc muzyczną sylwetkę katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty, Vasco Trilli, chciałbym zasugerować, iż w jego wypadku kluczowymi atrybutami powodzenia zdają się być trzy czynniki – po pierwsze, wyobraźnia muzyka, po drugie, jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki i wreszcie, po trzecie… pracowitość!

A propos ostatniej z wymienionych przywar… W trakcie niepełnych trzech tygodni przełomu września i października, 39-letni Trilla koncertował w Bydgoszczy, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu, Krakowie, Budapeszcie, dotarł na kilka koncertów do Serbii, a obecnie koncertuje w Bułgarii. Sama ilość koncertów w jednostce czasu nie jest może aż tak wyjątkowa. Znacznie istotniejszy jest fakt, iż w zasadzie na każdym z tych koncertów Vasco grał z innymi muzykami. To a propos … nowych doświadczeń.


Trzy duety

Przegląd krążków z kluczowym udziałem sprawczym Vasco Trilli zacznijmy od duetu z saksofonistą Yedo Gibsonem. Ten ostatni, urodzony w Brazylii 35-latek, od wielu już lat rezyduje w Amsterdamie.  Płyta Inherent Chirality (El Negocito Records, 2016), powstała w okolicznościach koncertowych w amsterdamskim Zaal 100, w maju ubiegłego roku. Sześć improwizowanych fragmentów trwających łącznie 38 minut.




Vasco określa zestaw instrumentalny wykorzystany w trakcie koncertu, jako perkusja i różnorodne perkusjonalia (pamiętacie recenzję z niedawnego koncertu w Poznaniu? Były tego przepastne torby!). Yedo używa saksofonów i instrumentu o nazwie… frula (to rodzaj fletu, pochodzący z Serbii).

Nie będę krył, że ten krótki koncert od pierwszego zadęcia saksofonu i uderzenia w dzwonek, wbił mnie w fotel i trzymał w uścisku do samego końca. Vasco skupiony i precyzyjny, z całą watahą swoich przedmiotów napędza tę maszynę, bez przerw na niedopowiedzenia, czy chwile zawahania. Wibruje, syczy, skowycze i jęczy. Zdziera membrany i poleruje werble. Yedo od owego prymalnego zadęcia, nie odpuszcza choćby na moment, a już w trzynastej sekundzie koncertu udowadnia, że jego pomysły, wyobraźnia, arsenał użytych środków, stanowi dla wytrawnego perkusisty uzupełnienie wręcz idealne. Pięknie i zadziornie płynie na sopranie, w jednym długim, ekstatycznym oddechu, intensywnie wtłaczając w nasze receptory słuchu wrażenia z podróżny w nieznane. W krótkich, urywanych frazach zdaje się przypominać sonorystycznie samego Johna Butchera. Gdy w piątym fragmencie, używając bodaj tylko ustnika, fikuśnym gardłotokiem, narzuca Trilli coś na kształt amazońskiej przygody rytmicznej, wiemy, że po tych muzykach możemy spodziewać się wszystkiego. Efekt poznawczy poszerza ewidentnie, subtelnie kwiląc i pojękując na rzeczonej fruli. Pod koniec występu Vasco znacząco dynamizuje swój drumming, a Yedo soczystym barytonem (?) znaczy teren, jak niedopieszczony kocur z ostrymi pazurami. Finał na ostro wieńczy dzieło!

Niech zasada kontrastu będzie istotnym elementem dramaturgicznym tego tekstu. Do odtwarzacza wrzućmy duet Trilli ze szwedzkim kontrabasistą Johannesem Nästesjö. Nagranie z Golden Studios w Barcelonie, z sierpnia ubiegłego roku, dziś trafia do nas pod tytułem Gingko (Creative Sources, 2016). Siedem odcinków muzycznych – łącznie 46 minut.




Jeśli w trakcie koncertu w Zaal 100, twardo stąpaliśmy po powierzchni, to na czas odsłuchu drugiego duetu musimy zejść o poziom… niżej w naszej muzycznej świadomości. Głęboki i niebywale niski tembr kontrabasu Johannesa, versus przedmioty Vasco, ale tylko te, które nie wydobywają dźwięków wysokich. Tarcie powierzchni płaskich i pochyłych otwiera tę przygodę. Mamy nisko opuszczone głowy i przypomina nam się ewidentnie kowaldowska deep music. Balansujemy na progu ciszy, a prym wiodą przede wszystkim smyczek i nisko brzmiące, tępe dzwonki. Czujemy się jak na koncercie wiolonczelinowym sonat Bacha, w trakcie którego gaśnie światło, a podawane drinki zmyślnie dekonstruują rzeczywistość wokół nas. Johannes wyje jakby z odległej krypty, nawołując umarlaków do ekstatycznego tańca godowego. Pod koniec zabawy, wpadamy w wir dzwonkowej symfonii, której wtóruje palcówka na kontrabasie. Cisza gra tu swoją rolę i nie ma zamiaru odpuszczać. W finalnym, siódmym fragmencie jesteśmy na zupełnie innym koncercie, a sonorystyczna dusza tej muzyki pragnie już tylko odkupienia. Wracamy po chwili do … domu i zamierzamy nie myć uszu przez najbliższe godziny. Niech to trwa.

Po odsłuchu Gingko, czas powrotu do realności umili nam … kolejny duet Trilli, który zdaje się, przynajmniej z dwóch powodów, dość szczególny. Po pierwsze, po części jest występem w … trio, po drugie – na scenie obok jurnego i gotowego na wszystko Katalończyka, spotykamy polski zaciąg improwizatorów.

Cofnijmy się w czasie o trzy lata. Jesteśmy w krakowskiej Alchemii. Na scenie, obok Vasco, Michał Dymny na gitarze elektrycznej oraz Paulina Owczarek na saksofonie barytonowym, która dołączy instrumentalnie do chłopaków jedynie na dwa fragmenty, ale stanowić one będą prawie… połowę nagrania. Po drugiej stronie sceny tym razem bez publiczności (jak sądzę). Muzycy rejestrują dziewięć fragmentów, które po skromnym masteringu trafią na krążek brytyjskiego wydawcy, pod tytułem Cave Canem (FMR Records, 2015). Całość trwa 48 minut.




Panowie startują w duecie, w dynamice, która nie przewiduje wątpliwości w zakresie poziomu oczekiwanej ekspresji. Gitara, choć z prądem, zmyślnie rzeźbi rzeczywistość nieoczywistymi, stonowanymi dźwiękami, napotykając na udane, wielopłaszczyznowe tło różnorodnych perkusjonalii. Oba personalne wymiary tej swobodnej improwizacji lubią pieprz i inne pikantne przyprawy.  Nie stronią od preparacji, nie unikają iście rockowej estetyki (niezły hałas na koniec czwartego interwału!). W kolejnym fragmencie jest chwila na wytłumienie emocji i odrobinę ciszy wewnętrznej. Oto i szósty, tytułowy fragment. Na scenę dumnie wkracza skromna niewiasta z dużym instrumentem. Rytuał zasadniczy tego krążka dokonuje się na naszych oczach. Paulina smaga na ostro, Michał robi basowy background, a Vasco przyczajony z ukrycia, szuka wykwintnego punktu odniesienia. Całość rwie się do lotu, jak upalony kojot i nikt nie chce tu być ostatni w szeregu. Perkusista udanie ogarnia fonicznie popisy koleżeństwa i dopowiada zwinnym kontrapunktem momenty, świadczące o ich nieco mniejszym doświadczeniu estradowym. Siedemnaście minut mija w mgnieniu oka. Przed nami już tylko kolejne drobne wyciszenie, po którym następuje mała pyskówka w trójkącie (Paulina wraca na moment), a finał koncertu bez oklasków osiągamy w posmaku deep music, śmiało nawiązując do ... poprzednio wysłuchanej płyty


Ekscesy solowe

Jak już może zauważyliście, Vasco Trilla jest muzykiem niezwykle pracowitym. Jest także człekiem ambitnym, zatem oczywistym zdaje się fakt tworzenia przez niego muzyki w wymiarze solowym. Jego bogate instrumentarium i eksplozywna wyobraźnia, sprawiająca, iż w każdej nanosekundzie występu ma sto pomysłów na dźwięk (patrz: relacja z koncertu w Poznaniu dwa tygodnie temu), stanowi powód wystarczający, by zmierzyć się na polu swobodnej improwizacji z perkusją i różnorodnymi perkusjonaliami w wymiarze indywidualnym.




W roku ubiegłym, w barcelońskim Golden Studios, Trilla dwukrotnie zmierzył się ze swoją muzyczną wyobraźnią. W maju powstał materiał, który trafił na wydawnictwo The Suspended Step (Discordian Records, 2016), zaś kilka miesięcy później zarejestrowano muzykę, która wypełniła krążek The Raibow Serpent (FMR Records, 2016). Jak zeznaje muzyk, ten drugi zestaw dźwięków nie powstawał z myślą o wydaniu płyty, ale… efekt końcowy tak mocno przypadł mu do gustu, iż zmienił pierwotny zamiar. Nam wypada się jedynie z tego faktu cieszyć. Dodajmy, że obie płyty mają długość winylową.




Wrzący tygiel pomysłów, mnogość doświadczeń nie tylko w sferze muzyki improwizowanej (szczegóły w dalszej części tego tekstu), indywidualny warsztat muzyczny, szeroki wachlarz stosowanych technik wydobywania dźwięków i spora … praktyczna wiedza z fizyki (lekcja: jak rozprzestrzenia się dźwięk), to atrybuty Trilli, które ze szczególnym nasileniem docierają do nas w trakcie odsłuchu jego solowych płyt. Jak już wspominałem w relacji z koncertu tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, moim absolutnym faworytem w arsenale Thrillera jest umiejętność multiplikowania wibracji, w jakie muzyk wprawie różne swoje akcesoria muzyczne. Nie inaczej jest na początku pierwszego z wydawnictw. Wszystko wibruje, skwierczy, i choć działamy wyłącznie akustycznie, dociera do nas dźwięk, przypominający progresywną elektronikę. Nie brakuje mroku, pomruku i tajemniczości, wywodzących się poniekąd … z blackmetalowych doświadczeń muzyka. Żaden dźwięk nie jest tu oczywisty, a poziom przewidywalności tego, co wydarzy się za chwilę, osiąga wartości ujemne. W trakcie siódmego fragmentu drugiej z płyt, mamy wrażenie, że słyszymy…skrzypce. Jest szczypta melodii, jest namiastka rytmu, tylko wskazanego instrumentu brak. Skupiona narracja tej improwizacji pozwala na dostrzeżenie niuansów, zagłębienie się w teksturę muzyki, na czerpanie z tej porcji dźwięków dużej dawki przyjemności. W zestawie perkusyjnym muzyk szuka melodii i… okazji do czynienia hałasu, posiłkując się rosnącą liczbą pomysłów na ich wydobywanie. Sam twierdzi, że ma już na tym punkcie obsesję. Jakiego by nie wziął do ręki przedmiotu, natychmiast sprawdza, co za dźwięk wydaje.


Z archiwum DR

Mam nadzieję, że po lekturze dotychczasowej części tego tekstu, przynajmniej u niektórych z Was powstało przekonanie, jakże oczywiste dla mnie, iż Vasco Trilla ma ewidentnie udany pomysł na muzykę improwizowaną. Nim jednak udacie się na zakupy jego wydawnictw lub … prościej, odpalicie Wasze wymoszczone laptopy i wejdziecie w niezbadane czeluście takiego bandcamp.com, moment jest odpowiedni, by zasiać kaganek oświaty w zakresie innych wydawnictw płytowych ze znaczącym udziałem muzyka z Barcelony. Jeśli Barcelona, do tego improwizowana, to zdecydowanie guglamy Discordian Records i jego obfite zasoby sieciowe z doskonałą muzyką. 

Moje skromne zachwyty nad wydawnictwem The Paradox of Hedonism (Susana Santos Silva/ Tom Chant/ Vasco Trilla, 2015) zostały już na tej stronie upublicznione, zatem zainteresowanych szczegółami odsyłam do stosownego postu o portugalskim tytule (przełom czerwca i lipca, jeśli dobrze pamiętam).




W tym momencie natomiast odpalamy pliki z muzyką kwartetu Caragris (przypominam, że 90% katalogu DR jest dostępna wyłącznie elektronicznie). Płyta zwie się DI-VISION (2013), a firmuje go kwartet mężczyzn o silnych nerwach – Yedo Gibson (dziś już przywołany, saksofon sopranowy, klarnet piccolo), Luiz Rocha (klarnet basowy i sopranowy), El Pricto (piano elektryczne) i Vasco Trilla (to, co zawsze). Nagranie to ze wszech miar wyjątkowe (pięć fragmentów, niespełna 40 minut). Dwa dęciaki, pracujące często w wysokich rejestrach, zwarte w konwulsyjnym boju free improv, kompetentny drummer kreślący granice ich szaleństwa i … elektryczne piano, jakby z innej bajki, ale już po kilku nanosekundach odsłuchu, wiemy, że … to strzał w dziesiątkę! Kładzie nas na łopatki szczególnie środkowy, ponad 15-minutowy fragment Chaos Can Also Be Your Friend (sic!). El Pricto brzmi, jak zdeformowane oczekiwaniem na sukces Return To Forever Chica Corei, dęciaki galopują, niczym amazońskie motyle, którym ktoś powiększył skrzydła, a Vasco czujny, jak jedwabnik, łaskocze ich po piętach. W finale nie mamy wyjścia – musimy zachwycić się dialogiem klarnetu basowego z klarnetem piccolo (a piano rzeźbi na boku, jakby na przekór tej wojnie). Doskonałe nagranie! Dodam (przypomnę), by wzmocnić przekaz moich pokracznych metafor, że Rocha, podobnie jak Gibson, pochodzi z Brazylii, a El Pricto z Wenezueli. Trilla – wiadomo, to facet z piekła rodem.




Od razu jedziemy dalej – w nasze rozgrzane uszy wlejmy kolejny potok frapujących dźwięków. Tym razem wydawnictwo o tytule Malfunction At Robadors (2014), nad którym na kalejdoskopowej okładce widnieją trzy nazwiska: Nuno Rebelo (gitara elektryczna), Don Malfon (sax; znamy się!), no i Vasco Trilla. Na całość składa się sześć improwizacji (prawie godzina muzyki). Znów grzęźniemy w oparach intrygującego free improvisation. Ciekawy, ba, wyśmienity gitarzysta, co to słychać, że nie jeden podest estradowy w życiu zaliczył, pięknie kreśli zarys rytmiczny dla eskalujących improwizacji saksofonu, a gdy chwila na to pozwala, tryska milionem pomysłów na sekundę, by skutecznie przykuć naszą uwagę. Malfon nie pozostaje dłużny. Wymiana ciosów, pyskówki i krwiste przechwalania. W tym wszystkim trochę brakuje miejsca dla Vasco, któremu nie jest łatwo przebić się przez dialog kolegów. Ale daje radę – ostatnie dwie minuty koncertu są wyłącznie jego!

Po takiej dawce paraliżujących emocji, czas na interwał w klimatach choć trochę spokojniejszych. Może zatem wydawnictwo Obed Marsh (2014), za które odpowiada także trio – Diego Caicedo (gitara elektryczna), Johannes Nästesjö (kontrabas) i nasz bohater ze standardowym zestawem zabawek. Pięć improwizowanych fragmentów – 36 minut muzyki.

Znamy nam już z drugiego dziś omawianego duetu, szwedzki kontrabasista robi tu swoje, ryjąc niskimi pasażami parkiet pomieszczenia, gitarzysta spontanicznie kwili na swym sześciostrunowcu, nieśpiesznie, w cokolwiek psychodelicznych klimatach, a Yasco barwnie … dzwoni, budząc rytuał melodii. Opowieść to dla bardziej ugrzecznionych chłopców, bo łobuzom przy niej trochę swędzą ręce. Ale do czasu – w czwartym numerze Panowie rozpuszczają włosy i generują hałas, który budzi w nas rockowe zwierze. Na finał wracamy do punktu wyjścia i zadowoleni, szukamy kolejnych wrażeń.

Na koniec tego fragmentu The Thriller Story, wróćmy do polskiego wątku w życiu artystycznym katalońskiego perkusisty. W sierpniu 2012 roku, wraz z El Pricto, gościł on chwil kilka w Krakowie. Efektem tych wakacji dwa wydawnictwa DR. Najpierw koncert na Festiwalu Bezdroża, firmowany przez sekstet o nazwie Pseudo_Devival 1 i zatytułowany, jakże by inaczej, Live In Krakow (2012). Obok gości z Katalonii, na scenie w Alchemii meldują się: znani już z dzisiejszej opowieści, Paulina Owczarek (saksofony) i Michał Dymny (gitara elektryczna), a także Wiktor Krzak (bassoon) i Tomek Chołoniewski (perkusja). Dla porządku dodajmy, iż El Pricto korzysta z saksofonu i… pełni także rolę dyrygenta muzyki, która wedle słów muzyków, została stworzona w drodze … improwizacji. Drugim dowodem na obecność Trilli podówczas w Krakowie - wydawnictwo Money Back Guarantee (2013). Podmiot wykonawczy przyjął tym razem nazwę.. Elder Space Bankers. W jego składzie dokładnie Ci sami muzycy, którzy firmują Live In Krakow, jedynie bez udziału Chołoniewskiego.




Pierwsze wydawnictwo przynosi 50 minutowy koncert, drugie zaś – choć także powstało w Klubie Alchemia – jest ponad dwugodzinną rejestracją gry na 100%, ale bez udziału publiczności. Muzyka kipi od pomysłów, które przynajmniej w 50% zostały świetnie zrealizowane w żmudnym procesie improwizacji, delikatnie sterowanym przez El Pricto. Nagranie drugie przynosi wiele wyciszonych i naprawdę smakowitych fragmentów free improv, podczas gdy pierwsze bardziej oscyluje w kierunku ekspresyjnego free jazzu, z nieźle momentami hałasującą gitarą. Gdyby z tych prawie 180 minut muzyki sekstetu i kwintetu, zarejestrowanych cztery lata temu w Krakowie, wykroić pełnowymiarowy dysk, ja pierwszy stanę w kolejce, by go kupić.

Omówione wyżej krążki nie wyczerpują bynajmniej katalogu płyt diskordiańskich z udziałem Trilli. Reszty płyt poszukajcie i przesłuchajcie już sami. Tu wskazałem, w mojej ocenie, te najbardziej wartościowe i z różnych względów interesujące.


W poszukiwaniu doświadczeń

Jak wspominałem już niejednokrotnie, Vasco Trilla w procesie budowania zmyślnych i swobodnych improwizacji, czerpie garściami ze swych muzycznych doświadczeń na polu … innych estetyk muzycznych. Grał m.in. rocka progresywnego w zespole Planet Imaginario, jazz-rockowym oktecie, który nagrał trzy płyty, w tym dwie dla prestiżowego labela Cuneiform Records. Muzykował w estetyce avant-rockowej w takich grupach, jak Outerzone, October Equus, Reptilian Mambo, czy Machacachakras (dekonstruowany elektroniką duet na flet i perkusję). Nie stronił od estetyki death i blackmetalowej, zmyślnie krosowanej z jazzem, m.in. w ramach inicjatywy Triple Zero (to jakby rozwinięcie w/w duetu, poprzez dodanie trzeciego człowieka, wzmagającego elektroniczne penetracje – piorunująca i piekielna mieszanka, osadzona po części w dark ambiencie, przy okazji dowód na to, że mroczny metal można grać …bez gitar). Wreszcie był (i pewnie jest) aktywnym członkiem dużego składu Filthy Habits Ensemble, kierowanego przez El Pricto, który w całkiem rozwichrowanej, jazz-rockowej estetyce gra zarówno kompozycje Franka Zappy i twórcze rekonstrukcje Igora Strawińskiego, jak i kompozycje własne.

Nagrania większości z tych zespołów śmiało odnajdziecie w sieci (oczywiście bandcamp), a nagrania, przywołanego na koniec FHE, dostępne są także w katalogu Discordian Records


What next?

Zupełnie na sam koniec dzisiejszej opowieści, wracamy po raz kolejny do wątku polskiego w twórczości Trilli. Właśnie ukazała się – jako dodatek do progresywnego pisma Lizard – płyta lubelskiej załogi Tatvamasi Dyliżans Siedmiu. W tymże nagraniu, obok Vasco, dostrzegamy także na saksofonach Yedo Gibsona.

Ponadto na rychłe wydanie oczekuje kolejna krakowska płyta Vasco. Do spółki z Rafałem Mazurem i Michałem Dymnym, powstał krążek, który trafi do nas za pośrednictwem Not Two Records (znam tytuł, ale nie wiem, czy mogę go upublicznić). Na końcowym etapie  procesu edytorskiego znajdują się nagrania tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, a także duet Vasco z Mikołajem Trzaską (tu także nagranie ma już tytuł).


Thank You Vasco, for detailed informations about You and Your Music!
Moltes Gracias!