Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avelino Saavedra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avelino Saavedra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

piątek, 28 maja 2021

The Barcelona’ Art Of Chaos: Hung Mung, Trilla & Villavecchia, Caicedo and Tholos Gateway! So finally, Saavedra!


Najnowsza płyta w katalogu barcelońskiego Discordian Records ma tak fantastyczny tytuł, iż mógłby on zdobić każdą naszą opowieść, a nawet być dodatkowym podtytułem Trybuny Muzyki Spontanicznej.

The Art Of Chaos! Tak nazywa się najnowsza płyta formacji Hung Mung, która debiutowała fonograficznie ledwie kilkanaście miesięcy temu, a już jej katalog zbliża się do końca pierwszej dziesiątki tytułów! Co ważne, od całkiem niedawna trio stało się kwartetem, a jego świeżynka powstała już w składzie czteroosobowym.

Jak to często bywa na płodnej scenie stolicy (zawsze wolnej) Katalonii, do nowej produkcji Hung Mung z miejsca podczepić możemy nowe płyty jej członków – album duetu Trilla i Villavecchia (to ten czwarty do brydża!), dwie solowe płyty Caicedo, a także całkiem nowe trio wspominanego Trilli (uwaga, z udziałem basisty legendarnej formacji death metalowej – Gorguts!). Na finał naszego barcelońskiego przeglądu nowości, drobna przyległość z Valencii – solowa płyta perkusisty Avelino Saavedry.

Sześć płyt, sześć mocnych ciosów prosto w szczękę! Zapraszamy!

 


Hung Mung  The Art Of Chaos (Discordian Records, DL 2021)

Miejsce zwane Heartwork, Barcelona, luty roku bieżącego: Liba Villavecchia – saksofon altowy, El Pricto – syntezator modularny oraz prictar (elektroakustyczny instrument w typie percussion, zbudowany specjalnie dla muzyka!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne. Odsłuch sześciu improwizacji zajmie nam mniej niż 32 minuty.

Trwające niewiele ponad dwa kwadranse improwizacje HM zdają się być bardzo precyzyjnie skonstruowane, a każda z opowieści ma swój własny, indywidualny kręgosłup dramaturgiczny. Pierwsza zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem – wiadomo – jest jeszcze lepiej! Gęsta, wolna narracja budowana masywnym brzmieniem syntezatora, freejazzowym saksofonem i gitarą, która płynie niejako w podwójnej roli (kreując także przestrzeń na ogół zarezerwowaną dla gitary basowej). Kolejna część, to duetowa miniaturka. Na scenie … dwie gitary - dopiero po chwili orientujemy się, iż ten drugi instrument, to jednak ów tajemniczy prictar. Urocze fake duo! Trzecią część otwiera lejące się jak ciekły ołów trio, które rysuje abstrakcyjne frazy impro rocka, z Frankiem Zappą w tle, który szczerzy zęby z zadowolenia. Saksofon wchodzi tu na wydłużony finał, pokrzykuje wolnym jazzem, współtworząc mulistą opowieść, która pachnie też czerstwym bluesem.

Czwarty utwór też rodzi się w łonie tylko trzech instrumentów - wysokie frazy percussion, saksofon i syntezator konsekwentnie mulący flow. Brudny sound, żwirowe wzgórze bez punktu przegięcia. Gitara, pełna post-rockowego ambientu wchodzi tu na gotowe i zagęszcza coś, co wydaje się już śmiertelnie gęste. W piątym utworze tym, który czeka na stand by jest tym razem perkusista. Gitara i syntezator znów brzmią jednym głosem, saksofon skrzeczy śpiewnym free jazzem. Taki eksplozywny trój-skowyt barwią incydenty perkusjonalne, słyszalne dopiero na samo zakończenie. Wreszcie ostatni słup zostaje wbity w ziemię. Rodzi się w chmurze syntetyki i saksofonu podłączonego pod nieskończony pogłos. Harsh-impro, które stymuluje armia wibratorów tańczących na werblu, wijących się w konwulsjach post-miłości. Gitara nie gra tu zwykłych fraz, jedynie charczy zepsutymi pick-upami. Znów narracja wydaje się gęstsza od poprzedniej, choć to niemal niemożliwe. Jeszcze tylko kilka finalnych metafor zagotowanego recenzenta - Wichry wojny! Wrzask ponowoczesności! Spazm post-awangardy! Total Art Of Chaos!

 


Vasco Trilla & Liba Villavecchia  Asebeia (FMR Records, CD 2021)

Po prawdziwym trzęsieniu ziemi, warto byśmy niezobowiązująco podryfowali po delikatnie niespokojnym oceanie free jazzu i jego post-psychodelicznych wyziewów. Połowa Hung Mung zostaje z nami: Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Miejsce akcji to samo (Heartwork), nagranie z grudnia 2020. Osiem improwizacji, 45 minut z sekundami.

Płytę pod względem dynamiki i narracyjnej intensywności podzielić możemy na dwie części. Najpierw dostajemy się wir swobodnego, nienachalnego free jazzu, który lepi śpiewne, nieagresywne, ale zadziorne frazy saksofonu altowego, świetnie znającego historię gatunku i nie wahającego się czerpać nawet ze spuścizny Charlie Parkera oraz wytrwany drumming, który w tej fazie nagrania dba o dynamikę, adekwatne emocje, rytm i wielowarstwową, bardzo efektowną narrację (chwilami można odnieść wrażenie, że grają dwa zestawy drummerskie!). W tej części płyty wyjątkiem zdaje się być trzecia improwizacja, którą Trilla buduje na rezonujących talerzach, a Villavecchia snuje wysoko zawieszone, chwilami nieco uduchowione opowieści.

Od utworu numer pięć muzycy delikatnie odpływają nam w zaświaty post-jazzu, improwizowanej psychodelii, kreowanej bardzo różnymi metodami. Trilla zamienia się w mistrza no drumming percussion, zaczyna budować skomplikowane i błyskotliwe struktury dźwiękowe, które kwestię rytmu i dynamiki pozostawiają na dalszym planie. Uruchamia swoje elektryczne robaczki, które łaskoczą glazurę werbla, a jeśli już decyduje się na wybijanie pewnych powtarzalnych sekwencji dźwiękowych, czyni to na dużym pogłosie, bardzo matowym i wyciszonym tembrem. Jeszcze dalej zdaje się odpływać saksofonista. Patrzy daleko na wschód, szuka kosmicznego pogłosu, śpiewa smutne pieśni o zagubionych kochankach, przypomina zaklinacza węży na rozgrzanej pustyni. Muzycy snują gęste strumienie chill-outu, trochę nerwowe, a jednak kojące emocje. W niektórych momentach sięgają sacrum, w innych urokliwie taplają się w profanum. Doskonałym wszakże podsumowaniem ich dychotomicznej podróży jest ostatnia improwizacja. Trilla uruchamia narzędzia pracy, których nie znaliśmy dotąd. Zaczyna brzmieć niczym silnik elektryczny, który pracuje na wolnych obrotach. Saksofon początkowo zdaje się pytać o drogę, po czym łapie czystsze frazy i plecie swoją historię. W rezonans wpada jeden z talerzy i efektownie naśladuje dęte frazy. Improwizacja dobiega końca z kilkoma znakami zapytania, ale jako całość album definitywnie zapisujemy do stronie aktywów obu artystów.

 


Diego Caicedo  Processus Stabilis & Live at 23Robadors (Self-bandcamp, DL 2021)

Dwa nowe, solowe albumy Diego Caicedo (gitara elektryczna), to jakby yin i yang jego osobowości artystycznej. Studyjne nagranie pochodzi z roku 2019 (DCL studio), koncertowe z roku 2018 (klub 23Robadors). Pierwsze, trwające 37 i pół minuty, zaprasza nas do onirycznego świata swobodnej improwizacji, pełnej preparowanych dźwięków, w miejsca, w które czasami zaglądają nieśmiało promienie słoneczne. Drugie sięga 40 minut i zdaje się być prawdziwą emanacją mroku, metafizycznej trwogi i dźwięków godnych black and death true story. Oba nagrania łączy, poza osobą wykonawcy, fakt, iż każde składa się z pięciu części.

Processus Stabilis rozpoczyna się na poły rytmicznymi podrygami gitary, której brzmienie przypomina matowy sound gitary basowej pozbawionej odpowiedniego wzmocnienia. Narracja repetuje post-rockiem, podnosi się i opada, gęstnieje i rzednie, by na koniec kłębić się w oparach martwego funku. Kolejna opowieść, to jakby nerwowy post-ambient, którą tworzą mnożące się wątki gitarowe, będące efektem pracy przetworników, delayu i innych tajemniczych narzędzi pracy gitarzysty. Po pewnym czasie na gryfie gitary rodzi się nowy wątek, brudny od preparowanych dźwięków, ale nad wyraz żywy, dający się dotknąć gołą dłonią – chrobocze i metalicznie trzeszczy. Trzecia historia tkana jest z drobnych fraz, delikatnie parska melodią i wewnętrznym rytmem, przypomina frazy małego post-jazzu, zagubionego w niekończącej się przestrzeni. A na wybrzmieniu pozostają już tylko gołe, usterkujące struny. Kolejną część budują akordy, które zdają się nie stroić, fałszywe, matowe półdźwięki, zatopione w mrocznym pogłosie. Surowa krew narracji budowanej na wdechu, kryjącej swoje bogactwa za kotarą dark ambientu, który na zakończenie całkowicie spowija scenę. Ostatnia improwizacja na tyle dekonstruuje brzmienie gitarowych strun, iż początkowo słyszymy jedynie oddechy psujących się przetworników, a dźwięki docierają do nas jakby z samego wnętrza gitary. Znów pogłos, który budzi lęk i spora porcja mechanicznych dźwięków, niczym muzyka konkretna. Tę część, jak i całe nagranie, efektownie reasumuje finałowa porcja rockowego, choć oczywiście silnie zniekształconego brzmienia. Powstaje efektowny dysonans, który bierze w nawias całą zawartość albumu i zostawia nas z porcją pytań, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi. Co tu jest prawdziwym dźwiękiem, co tylko jego efektownym złudzeniem?

 


Koncert ze słynnego klubu Robadors zadaje już zdecydowanie mniej pytań, wystawia słuchacza na globalną wojnę emocji, która dla pewnej grupy odbiorców może okazać się całkiem śmiertelna! Zaczyna ją wybuch z samego środka ziemi – wielkie gitarowe sprzężenie, które od startu miażdży nas meta hałasem. Po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni wpadamy w strefę działania fali uderzeniowej, która po pewnym czasie milknie w poświacie białego szumu. Kolejna porcja gitarowego sprzężenia zostaje wzbogacona przez black metalowy motyw, pełen wewnętrznej drapieżności i wszelkich atrybutów rockowego frazowania (bystrych przejść i dramaturgicznych zakamarków). Wszystko wszakże dzieje się w dużej chmurze harsh-ambientu, która pozwala uciec od zbyt prostych skojarzeń gatunkowych. Czujemy za rogiem oddech speed-metalowej sekcji, która chce wejść do gry, ale kraty ambientu na to nie pozwalają. Kolejną opowieść muzyk buduje na bazie pętli siarczystej distorted guitar. Nowa fala uderzeniowa, to jakby powłoka dźwięków zagubionych na niekończącej się skali radiowej. Opowieść pęcznieje, mnożą się wątki pełne usterek, preparacji, wszelkich kosmicznych brudów i złych napięć. Czwarta improwizacja daje nam chwile wytchnienia, a raczej … egzystencjalnej trwogi. Giniemy w dark ambiencie i nikt już nie słyszy naszego wołania. Kolejna misterna plecionka wątków narracyjnych, które podprowadzają nas pod wyjątkowe zakończenie tej płyty. Oto bowiem czeka na nas prawie 10-minutowa epopeja doom metalu. Gitarowe sprzężenia, uderzenia mocy i pulsacje. Zdaje się, że słyszymy zagubioną ścieżkę z albumu Low Vertigo. Ale ten doom Caicedo żyje, skomle, ryje mroczne korytarze, przepoczwarza się i unosi ku niebu, by na koniec rozlać się, jak gorąca lawa i ostatecznie skonać w gitarowym sprzężeniu.

 


Tholos Gateway  Tholos Gateway (Self-bandcamp, DL 2021)

Kolejna płyta powstała dwuetapowo. Najpierw przygotowano warstwę akustyczną, za którą odpowiedzialni byli nasi barcelońscy ulubieńcy: Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – kocioł i gong. Przygotowane w Katalonii pliki dźwiękowe trafiły do studia nagraniowego Colina Marstona (być może w Kanadzie). Ten dodał dźwięki elektronicznej perkusji, instrumentów klawiszowych, basu elektrycznego i tzw. warr guitar. Wszystko przepuścił przez kilometry kabli, podrasował elektronicznie, a w ramach wisienki na torcie, w trzecim utworze dodał wokalizę Jarboe (tak, to ta Pani z formacji The Swans!). Powstał niesamowity miks elektroakustycznych dźwięków, które śmiało zakwalifikować możemy do awangardy post-ambientu, budowanego chwilami bardzo intrygującymi komponentami dźwiękowymi. Płyta składa się z siedmiu części i trwa mniej więcej trzy kwadranse.

Początek nagrania uwypukla jego akustyczne walory – masywny dron kontrabasu, rezonujące talerze, perkusjonalne błyskotki. Jesteśmy na razie obiema stopami w Barcelonie. Ale pracuje też tło, delikatna elektronika, która buduje syntetyczną powłokę i bierze w nawias piękne frazy Katalończyków. Ów intensywny flow z czasem słabnie i przekształca się w chmurę strings in ambient. Druga opowieść, to leniwa post-cisza, która dopiero po dłuższej chwili nabiera soczystej mięsistości. Pracuje gong, jakiś syntetyczny loop i nisko posadowiony kontrabas, którego smyczek żłobi tym razem nieco mniejsze bruzdy. Trzecia opowieść jest najdłuższa i zdaje się być małą kulminacją Tholos Gateway. Zaczyna się niewinną akustyką (bass in arco and pizzicato, matowy drumming) i syntetycznymi perkusjonaliami. Flow jest jednak nerwowy, jak się okaże, nie bez zasadnie. Oto nadciąga bowiem nawałnica ambientu, dynamicznego, wspieranego wybudzoną ze snu zimowego armią elektrycznych robaczków i wibratorów Trilli. A na to wszystko wielkim cieniem kładzie się rozpływająca się w bezmiarze łączy internetowych wokaliza Jarboe. Nie słyszymy jednak echa The Swans, nasze skojarzenia wiodą bardziej ku formacji Dead Can Dance w jej najlepszej, na poły demonicznej postaci z drugiej polowy lat 80. Akustyka schodzi do totalnej defensywy, ale nie umiera, czego dowodzi etap wybrzmiewania, gdy ambient gaśnie, a kontrabas i perkusjonalne akcesoria zdają się pozostawać w świetnej formie.

Koleje cztery utwory na płycie wydają się być pewną reminiscencją tego, co stało się w części trzeciej. Gojenie ran, kojenie emocji, czerstwy chill-out. Piąta historia budowana jest z drobnych, czasami filigranowych fraz kontrabasu, gitary basowej i deep drummingu, oddychających cudownym echem nieskończoności. Kolejną część mogłybyśmy nazwać roboczo – fake rhythms in motion! Każdy z muzyków pracuje tu rytmem, choć używa odmiennych narzędzi. Trzy wątki, z których każdy pracuje w innym tempie. Część szósta stawia kolejne znaki zapytania o źródła pochodzenia serwowanych nam dźwięków – elektroakustyczny melanż tajemniczych fraz. Wreszcie sam finał, który zdaje się być udaną repryzą pierwszego utworu. Dron kontrabasu, rezonujące przedmioty, elektroniczna poświata. Echo ambientu, groza mroku - opowieść, która stoi w miejscu i czeka na swój koniec.

 


Avelino Saavedra  DRM (Discordian Records, DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszego spaceru po pustych ulicach pięknej Barcelony, mały skok do położonej trzysta kilometrów na południe Valencii. Zapraszamy na spektakl teatru jednego aktora - Avelino Saavedra improwizuje na kolejnych elementach prostego zestawu perkusyjnego, takich jak: hi-hat, werbel, talerze, kocioł i bęben basowy. Siedem odcinków powstało w znanym już nam miejscu Önilewaland, w marcu bieżącego roku, a trwa łącznie niespełna 30 minut.

Ten zestaw perkusyjnych i post-perkusyjnych miniatur Saavedra skomponował w dwa podzbiory nagrań i finałowe resume. W pierwszych trzech utworach jest nade wszystko drummerem, który bawi się w kolejnymi elementami perkusji, preparuje jej dźwięki i brzmienia. Zaczyna od interakcji rezonującego talerza i żywego drummingu na którejś z powierzchni płaskich zestawu. W drugiej improwizacji skupia się na bębnie basowym. Pojedyncze uderzenia, echo, rezonans – kinetyka materii ożywionej, mechanika muzyki konkretnej. W trzeciej z kolei części chwyta za perkusyjne szczoteczki i uprawia lekki drumming, połączony z delikatnym ugniataniem rzeczonych szczoteczek na glazurze werbla. Ta ostatnia aż piszczy z zadowolenia, a muzyk zdaje się mieć w dłoniach setki przedmiotów.

Na kolejne trzy improwizacje Saavedra przeistacza się w udaną reinkarnację Vasco Trilli i zaczyna uprawiać gatunek, który na potrzeby muzyka z Barcelony nazwaliśmy kiedyś no drumming percussion. Najpierw buduje akustyczny ambient rezonując kolejnym elementem zestawu perkusyjnego. Śpiewny efekt jego działań ciekawie komponuje się z szelestem perkusjonalnych błyskotek i mantrą dobrego powtórzenia. W kolejnej części muzyk opuszcza jakiś przedmiot na werbel lub kocioł, ten zaś odbija się i wybrzmiewa. Swoiste królestwo nadakustyki, powiew transcendencji, choć sama czynność wydaje się dość banalna. Zaraz potem muzyk umieszcza na płaskiej powierzchni wiele mikro przedmiotów, która zaczynają wchodzić w akustyczne interakcje z podłożem. Znów celem nadrzędnym zdaje się tu być wzbudzanie rezonansu. Wreszcie finał płyty, budowany bardzo skromnymi środkami (zresztą całą płytę możemy zaliczyć do gatunku minimal impro). Rytuał ugniatania, ballada wdechów i wydechów.



piątek, 31 lipca 2020

Tàlveg! Phicus! The Antistandard! Önilewaland! Yes, of course, Barcelona (and Valencia) is still alive!


Druga fala coraz mniej zabawnej pandemii zaczyna rządzić na Półwyspie Iberyjskim. Po kilku tygodniach new normal, przywrócono niestety pełny zakaz koncertowy. Zatem wszystkim nam pozostaje jedynie odsłuch muzyki w warunkach domowych. A nowych dźwięków, jak powszechnie wiadomo, nie brakuje, szczególnie w Barcelonie i pod świetnie rozpoznawalnym szyldem Discordian Records.

Przed nami dwie recenzje nowych tytułów DR (z udziałem naczelnego maga tamtejszej sceny - El Pricto!), ale na początek zapraszamy na mały festiwal nagrań naszego ulubionego katalońskiego gitarzysty Ferrana Fagesa. Najpierw zupełnie nowa formacja Tàlveg, potem krótki występ flagowego okrętu Barcelony - tria Phicus (jako zapowiedź ich nowego, dwupłytowego wydawnictwa, które ukaże się jesienią aż za Wielką Wodą!).




Tàlveg  Arbori & Ses-Sens (EP) (Tàlveg bandcamp, DL 2020)

Awizowane wcześniej trio Tàlveg tworzą: Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Marcel·lí Bayer na saksofonie barytonowym oraz Oriol Roca na perkusji. Ubiegłoroczna, późno grudniowa sesja nagraniowa (Santa Eugènia de Relat, Avinyó) dostarczyła materiału na dwa wydawnictwa. Najpierw była to czteroutworowa epka, potem dziesięcioczęściowy długi format. Przekornie muzykę tam zawartą omówimy w odwrotnej kolejności. Całość trwa blisko godzinę zegarową.

Słowo się rzekło, odsłuch zaczynamy od Arbori! Konstrukcja dramaturgiczna płyty jest dalece niebanalna. Główną jej część stanowią cztery ekspozycje zagrane w trio, zawierające improwizacje kreowane w dłuższej perspektywie czasowej. Towarzyszą im cztery nagranie duetowe oraz dwa solowe, na ogół zwarte, krótkie i na temat, czasami nietrwające nawet dłużej niż minutę. Dwa duety otwierają całe nagranie. Najpierw cicha, metaliczna gitara Fagesa z intrygującym echem i spokojny drumming Roci, który w pieśni otwarcia nie ma najmniejszego zamiaru czynić komukolwiek nadmiernej krzywdy. Bardzo przestrzenna narracja, która przypomina wystudzonego z emocji post-bluesa. Po chwili ciszy część druga - krótka plama dźwiękowa czyniona przez dron masywnego saksofonu i przyczajoną na back-stage’u perkusję. Bez nadmiernego pośpiechu wchodzimy w pierwszą ekspozycję trzyosobową, która – uprzedźmy wypadki – skutecznie wybije nas z dotychczasowej, leniwej absorpcji dźwięków. Muzycy budują kolektywny flow, który jedynie w trakcie pierwszej pętli dba o nasze narządy słuchu. Znów opowieść pachnie bluesem, który z każdą sekundą gęstnieje, nabiera mocy i zdrowego, post-rockowego hałasu. W uszach dudni nam wspomnienie najlepszych lat nowojorskiego Sonic Youth, tu podawane jedynym w swoim rodzaju brzmieniem gitary Ferrana Fagesa. Następująca tuż potem minutowa porcja dźwięku gitary, z modulowanym echem i smutkiem … bluesa, pięknie łagodzi nastrój i każe z jeszcze większym zniecierpliwieniem czekać na tak zwany ciąg dalszy.

Wejście w piątą improwizację (znów w trio) jest umiarkowanie spokojne. Suche, ciche tomy i werbel, szklista, łagodna gitara i leniwe pół drony barytonu. Muzyka pełna post-rockowego spleenu zmysłowo snuje się po przestrzeni studia nagraniowego, kreowana minimalistycznymi i repetytywnymi działaniami wszystkich muzyków. Rodzaj wystudiowanej, ale gorącej opowieści, którą wieńczy gitarowe sprzężenie. Kolejna improwizacja, to powrót do formuły duetowej. Saksofon podaje dźwięki na dużym wdechu (nie bez udziału oddechu okrężnego), a wysuszona glazura werbla buduje zwinne tempo. Narracja dość szybko odnajduje się w części siódmej i znów słyszymy trio. Dłuższa ekspozycja, budowana w skupieniu siecią dźwiękowych drobiazgów. Dęciak gra krótkie frazy z pewną melodyką, gitara też coś dźwięcznie cedzi przez zęby. Modelu minimal zdaje się nie trzymać jedynie drummer, którego emocje niosą od ściany do ściany. Po czasie w tubie barytonu odnajdujemy drobinki jazzu, a spod strunami gitary kilka strumieni post-psychodelii. Na zakończenie czeka nas jeszcze wybuch niemal free jazzowych emocji.

Definitywnie wkraczamy w decydującą fazę Arbori. Minutowy spektakl solowy proponuje perkusista. Dużo w nim echa, sporo dobrych nerwów! Zaraz potem ostatni duet – tylko gitarowe flażolety i ćwierć drony z blaskiem pustych dysz barytonu. Kolejny już dziś, piękny minimal! Na finał płyty najdłuższa, niemal dziewięciominutowa opowieść. Znów delikatne flażolety, wyważony puls perkusji i plamy tłustego saksofonu. Skupieni, medytujący Fages i Bayer, aktywny i skoncentrowany na budowaniu narracji Roca. Ten ostatni zdaje się prowadzić kolegów, niczym ostatni rozsądny na czele bandy pijanych koniokradów. Jakże błyskotliwy moment! Gitara plami ściany post-ambientem, saksofon szkli się post-jazzem. Ślimaczym krokiem, budując drony pre-ciszy, muzycy gaszą płomień swojej doskonałej opowieści. Na sam koniec czujemy samotny oddech werbla.

Czas na dogrywkę! Ses-Sens! Cztery leniwe, trzyosobowe przygody dźwiękowe! Mikro akustyka otwarcia, to rezonujące talerze, nano frazy gitary i brudne, ale krótkie pasaże z tuby. Slowly & deadly as well! W drugiej opowieści artyści zdają się wybudzać ze swego metafizycznego snu. Ferran proponuje garść gitarowych eksperymentów z elektronicznym posmakiem. Saksofon podśpiewuje. Wszyscy kołyszą się na wietrze i gubią przestrzeń. Perkusja daje tu życie, pozostałe instrumenty lgną ku dramaturgicznemu unicestwieniu. Piękna medytacja! Trzecia opowieść bazuje na typowym brzmieniu gitary Fagesa – modulowany ambient konającego post-bluesa! Small drumming i para-jazzowe westchnienia saksofonu ów stan bystrze kontrapunktują. Aura permanentnej rozterki dramaturgicznej staje się chyba znakiem rozpoznawczym Tàlveg!

Czas na definitywny finał naszej podróży z trójką facetów z Barcelony. Smakiem, jakiej potrawy moglibyśmy się dobrze pożegnać? Tylko blues! Pokiereszowany dramaturgicznie pasaż dawno umarłych emocji, pełen zwiewnej gitary, suchych fraz barytonu z pulsem klasterów i symfonii głęboko oddychających talerzy, werbla i tomów. Powolność, konająca niecierpliwość, zdezelowana dziecięca huśtawka, która nie jest w stanie powstrzymać powtarzalności swych ruchów. Na ostatniej prostej muzycy nabierają jednak mocy (wszak lubią niespodzianki!), jakby niechcący proponują nam kilka bardziej żwawych fraz. W takiej sytuacji znów możemy liczyć na temperament Oriola! Ostatnie dźwięki należą jednak do gasnących strun gitary Ferrana. Brawo!




Phicus  Bootleg Series Vol. I (Phicus bandcamp, DL 2020)

Ferran Fages zostaje z nami, a dołączają do niego Àlex Reviriego (kontrabas) i Vasco Trilla (perkusja), zatem trio Phicus w pełnej krasie! W oczekiwaniu na nowy, czwarty już album grupy (ukaże się nakładem amerykańskiej Astral Spirits jesienią, w formie 2CD), muzycy proponują na swoim bandcampie serię nagrań koncertowych, którą otwiera nagranie live z lipca 2018 roku, poczynione … w piwnicy odsłuchowej perkusisty (barceloński adres, znany redakcji), a zatem raczej bez udziału publiczności. Dwie improwizacje trwają łącznie 25 minut.

W wir improwizującego tria wchodzimy, niczym złowrogi przeciąg! Kwaśne, zadziorne frazy gitary, kanciasty kontrabas, natrętna perkusja – muzycy kreują flow w niezłym tempie, ale pełni wrażliwości na niuanse brzmieniowe. Plotą opowieść, która ma treść (Vasco), rytm (Alex) i powykręcaną, szklistą melodykę (Ferran). Truely power impro post-rock’in! Po kilku przebiegach narracja z gracją traci na niedługi moment moc, a kontrabasista rozpoczyna swoje flagowe preparacje smykiem. Gęste, syczące i piszczące plamy dźwięków, które dzięki swojej pokrętnej melodyce zdają się być zdolne do skutecznego uwiedzenia niejednego kochanka. Tymczasem gitara i perkusja trzymają jarzmo głównego nurtu, dzięki czemu Phicus dobija do brzegu pierwszej improwizacji.

Druga improwizacja, zacznie dłuższa, rodzi się w pomruku, szeleście małych robaczków, wyposażonych w silniczki elektryczne, które drżą na werblu (specjalność zakładu!). Puste echo nie wiadomo skąd tworzy tajemniczy background. Coś ociera się o struny kontrabasu, coś lśni na gryfie wychłodzonej gitary. Opowieść tkwi w blokach startowych, wyczekuje pełna niepokoju. Z tej zawieruchy zaniechania buduje się dron, pełen rezonansu i akustycznego cierpienia. Werbel wciąż drży, kontrabas jęczy pod naciskiem smyczka, gitara produkuje nano frazy pojedynczą struną. Slowly & deadly, but beauty! W połowie improwizacji muzycy, miast rosnąc w siłę, niespodziewanie gasną i umiejscawiają swoją opowieść w pobliżu ciszy. Brzmienie całości przypomina zmutowany flow starego, bardzo starego AMM! Wraz z wybiciem jedenastej minuty Alex wzywa wszystkich do wybudzenia, szarpiąc na struny. Vasco włącza tryb deep drumming, a Ferran rwie wyjątkowo cienkie struny swojej gitary. A new deal! Rytm, półrytm, drżące skrzela ryby na powierzchni wody – gitara brzmi jak zepsuty silnik elektryczny, ale rozrabia na całego, perkusja i kontrabas lepią się w jedno pomarszczone ciało i robią swoje. W połowie szesnastej minuty narracja hamuje, co wcale nie przeszkadza generować gitarze kolejnych porcji hałasu. Przez moment mamy wrażenie, że jesteśmy w Nowym Yorku, prawie 50 lata temu, a na scenie gra lokalna gwiazda nurtu No Wave. Gitara stoi u podnóża ściany dźwięku, perkusja i bas rysują po szkle. Muzykom nie zostaje nic innego, jak ugasić ten pożar. Czynią to po mistrzowsku, głównie z wykorzystaniem gitary.




The Antistandard  Eaters! (Discordian Records, DL 2020)

Pozostajemy rzecz jasna w stolicy Katalonii, nie opuszczamy także gęstych, gitarowych klimatów. Przed nami druga odsłona księgi … Antystandardów autorstwa El Pricto! Za wykonanie ośmiu ognistych kompozycji Wenezuelczyka odpowiada bystry kwintet w składzie: Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Enric Ponsa – perkusja, no i rzeczony mistrz ceremonii, El Pricto – saksofon altowy i dyrygentura. Nagrania koncertowe z klubu Sinestesia, trzy wiosenne daty z roku 2019. Odsłuch całość zajmie nam 56 minut z sekundami.

Post-zornowski tygiel emocji, pełny połamanych kołem żelaznym narracji, wytrysków ekspresji i ciszy pojedynczych oddechów, generowany od ściany do ściany, wzdłuż nurtu i w poprzek – oto i cały El Pricto! Pierwszy temat zarysowany jest na pięciolinii bardzo gęstym ściegiem – post-rockowe frazy gitary, dęte salwy i grzmoty sekcji rytmu. Opowieść toczy się wedle wskazań dyrygenta, przestrzeń na improwizacje nie jest duża, zatem muzycy starają się wykorzystać dla siebie każdą dostępną im sekundę, w ramach zadanej struktury rytmicznej i dramaturgicznej. Druga antystandard wprowadza odrobinę molowych klimatów do rzewnego zawodzenia, w czym celuje szczególnie puzonista. Trzecia opowieść to już prawdziwa furia free-noise jazzu! Ostro pod górę, i jeszcze dynamiczniej ku dołowi. Niedźwiedzie okrzyki, lamparcie wrzaski, wilcze pojękiwania - cyrkowy korowód w szponach zakontraktowanego heavy metalu (Caicedo!)! Struktura opowieści pęcznieje z każdą sekundą, która niesie kolejne tysiąc pomysłów na ciąg dalszy. Czwarty utwór odrobinę luzuje nacisk nogi na pedał gazu. Lżej nie znaczy jednak mniej gęsto. Zjazdy i podjazdy, wytryski gorącej spermy i salwy zimnej wody. Narracja dość długo poszukuje rytmu i odpowiedniej dynamiki (Aint Got Rhythm!), pozwala zatem muzykom na kilkusekundowe parady indywidualne (kilka bystrych fraz basu w trakcie incydentalnego spowolnienia!), ale w ułamku sekundy wszystko zdaje się wracać do norm stawianych przez kompozytora, dyrygenta i ognistego saksofonistę. Bystre dialogi dętych i smukłe figury gitar prowadzą kwintet do ostatniego dźwięku.

Piąta opowieść stawia na dysonans. Raz ostrzej, raz spokojniej, raz gęściej, raz płyciej. Krótka historia dewastowania drobnej melodyjki, łamania jej i na powrót klejenia. Szósta kompozycja energicznie … zdejmuje nogę z gazu! Łagodnie, bez pośpiechu – małe frazy, delikatne biczowanie. Najdłuższy utwór ma swoje prawa. Alt wydaje się być w tym momencie wyjątkowo skory do śpiewania. Muzycy budują post-swingowy flow, który raz za razem zostaje gwałcony zornowskim rockiem. W momentach bardziej subtelnych garść bystrego jazzu na gryfie basówki koi zszargane nerwy recenzenta. Warto było, bo siódma odsłona wali prosto w twarz i nie bierze jeńców. Opowieść toczy się od bandy do bandy, aż iskry lecą. Nie brakuje powtórzeń i akcentów znanych już nam z poprzednich utworów. Do środka i na zewnątrz, w górę i w dół. Melodia rwana i szarpana, ale nie na strzępy! Mimo dużej porcji ekspresji, fragment zdaje się być nazbyt silnie zaplanowany. Ósmy, finałowy antystandard ma za zadanie zadbać o nasze receptory słuchu – perkusyjne szczoteczki, leniwy saksofon, balladowe inkrustacje. Flow zdaje się być mniej poszarpany, bardziej płynny, z przewagą fraz budowanych dłużej niż kilka nano sekund. Napięcie wszakże narasta – puzon podśpiewuje pod nosem, a alt za ten nos wydaje się wodzić pozostałych uczestników. Dużo swobody, nie mała przestrzeń na indywidualne stemple jakości. Opowieść gaszona jest jednak bardzo kolektywnie, acz ciągle w klimatach post-balladowych. Oklaski!




Avelino Saavedra/ Diego Caicedo/ El Pricto  Önilewaland (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Na okoliczność omawiania ostatniej dziś płyty przeniesiemy się o trzysta kilometrów na południe od Barcelony, do miejsca zwanego Önilewaland, a położonego w Valencii. Tam to właśnie zawędrowali El Pricto (saksofon altowy) i Diego Caicedo (gitara elektryczna) w maju 2017 roku, by swobodnie poimprowizować z lokalnym perkusistą Avelino Saavedra. Cztery utwory zarejestrowane na koncercie – łącznie 50 i pół minuty.

Perkusyjny szelest, minimalistyczne frazy z tuby saksofonu, pojedyncze dźwięki ze strun gitary – leniwe rozpoznanie walką, jakże typowe otwarcie swobodnej improwizacji, trwa w najlepsze! Muzycy proponują niezobowiązujący, nieśpieszny open jazz, który pod względem estetycznym zdaje się na początku kreować głównie gitarzysta. Moc bezpiecznych fraz w oczekiwaniu na to, co może nas spotkać za rogiem. Zgodnie z oczekiwaniami dynamika ekspozycji rośnie, a dźwiękowy strumień gęstnieje. Bystrym prowodyrem przede wszystkim Caicedo! Po kilku minutach odwagi i chęci podjęcia ryzyka jakby przybywało – gitara i alt wchodzą w fazę imitacji na wyjątkowo wysokich falach. Perkusja trzyma kontakt z podłożeniem, a piosenka rośnie w siłę. Na ostatnie kilka minut cała trójka może się już przełączyć w tryb swobodnego hałasowania z pikantnym posmakiem rocka. Druga improwizacja początkowo studzi emocje – elektroakustyczne preparacje na gryfie gitary, prychy i szmery z tuby, drżenie perkusjonalii. Flow wypełza ze swojej skorupy, niczym wielki ślimak złakniony zielonej trawy. Skupienie, tajemnica, rezonujące efekty dźwiękowych preparacji – improwizację budują naprawdę drobne elementy. Zwrot akcji następuje w momencie, gdy Saavedra na moment zostaje sam. Caicedo i Pricto powracają po ułamku sekundy, pełni para-perkusyjnych fraz. Nowy deal pachnie świetną kooperacją i plamami urokliwej imitacji. Emocje rosną, tempo także. Gitara repetuje frazę jak opętana, alt tańczy i śpiewa. Faza fire music, tak jak w pierwszej części, finalizuje improwizację, znów upstrzoną śladami dobrej, rockowej ekspresji.

W trzecią fazę koncertu muzycy wchodzą nad wyraz energicznie, bez specjalnej introdukcji. Dużo otwartego jazzu na gryfie, saksofonowe oddechy na sporej dynamice i kompulsywny drumming, nie bez prób preparacji. Faza tańca, ochrypłych pokrzykiwań gitary, całkowicie wyzwolonego bębnienia. Pod koniec odcinka zwierają szyki i sieją spustoszenie ognistymi frazami, szczególnie ze strony Caicedo! Finałową część koncertu muzycy rozpoczynają z pewną dozą autoironii. Rzucają w siebie frazami spod kolana, dobrze reagują - seria bystrych pytań i jeszcze celniejszych odpowiedzi. Znów opowieść smakuje jazzem, tu kreowanym szczególnie swobodnie i bezpretensjonalnie – lazy & crazy! Po kilku pętlach dramaturgicznych dywagacji narracja wybiera swój ostateczny szlak. Pricto sięga po ostre frazy typowe dla altu Johna Zorna, gitara strzela petardami jazz-rocka, perkusja trzyma serce opowieści spoconymi pałeczkami. Dobry finał jeszcze lepszego koncertu – dużo emocji saksofonu, szczypta wyrachowania gitary i końcowy ogień perkusji. Good job!


czwartek, 29 marca 2018

M.A.F.H! L'Ocell! Santos Silva! Kaze! Brûlez les meubles! Kaiser/ Clov/ Harris! More than fresh improvised summary on delayed spring! *)


Wiosna, a raczej uciążliwy proces wyczekiwania na nią, ryje nam wulgarnie usposobienie od wielu dni i wciąż każe krzyczeć why???? Paskuda meteorologiczna dopada chyba wszystkich, bo nawet na naszym ulubionym Półwyspie Iberyjskim temperatury bywają dość kuriozalne, jak na tę porę roku! Czas odczynić złe moce!

Sześć intrygujących świeżynek, niebanalnych improwizacji, czasami silnie osadzonych w jazzie, kolejna porcja nowych nazwisk i inspiracji do przerobienia. Trybuna Muzyki Spontanicznej nie zna lepszej metody na radykalną poprawę nastroju!

Walencja, Barcelona, Lizbona, New Haven, Quebec i Chicago – to nasza dzisiejsza marszruta (z punktu widzenia miejsc powstania nagrań)! Do czytania, potem do słuchania, zachęcamy bezwzględnie! Happy New Easter!




M.A.F.H  More Acid For Hegel (Discordian Records, 2018)

Na początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Antonio Luis Guillén na gitarze elektrycznej i Avelino Saavedra na perkusji. Nagranie studyjne z Walencji, 8 odcinków z dalece frapującymi tytułami, 39 minut z sekundami.

Acid For Hegel. Ostro, na skróty, z odpowiednią dozą artystycznej bezczelności. Bardziej niż dynamicznie. Gitarzysta umoczony po same uszy w hałasie, plecie nad wyraz zwinne, ultra szybkie palcówki! Drummer w ogniu krzyżowych pytań i wyjątkowo ciętych ripost. Improwizowany death metal? Dlaczego nie! Fungi For Foucault. Spokojniej, w oparach stygnącego post-noise’u. Filozoficzne dywagacje na prawdziwym kwasie! Intrygująca, post-metalowa sonorystyka. Ketamine For Kant. Groźny riff ryje nam mózg! Perkusja ma chyba nawet dwie stopy! Narracja w tempie karabinu maszynowego, karkołomne zwroty akcji, krwawe kontrapunkty. Piekielny kocioł energii w stanie wrzenia. Muzycy pętlą się i wchodzą w ekstremalne zwarcia. Prawdziwa ketamina w użyciu! Niemal 7 minut oczyszczającego doznania estetycznego. Gitara płonie, a zaraz potem parę sekund niezbędnej ciszy. M&Ms For Marx. Odrobina dodatkowej przestrzeni w ramach łykania brakującego oddechu. Kind of funky,  jakkolwiek w dynamicznym i szalonym wydaniu! Przestery i sprzężenia, silnie energetyczna perkusja. D-Romilar For Deleuze. Gitara wkracza śmiało w obszar psychodelii. Okrężny drumming. Szczypta niedynamicznej narracji na ułamek sekundy. Potem powrót dobrego speedu, który wiedzie nas na orgiastyczne zatracenie. Energia kinetyczna rozsadza muzyków od środka. Na finał kilka niuansów sonorystycznych na gryfie. Lait Pour Lyotard. Najdłuższa opowieść. Gitara brzmi jak upalone piano Fendera. Bardzo dynamiczny small drumming. Pomysły na gryfie sypią się jak z rogu obfitości. Metalowa sonorystyka w natarciu. Wyjście z klincza narracyjnego, w estetyce post-funkowej, więcej niż błyskotliwe. Z dużą ilością kwasu na strunach. ZZ Top w trakcie przedawkowania! Ortegasmatrón. Co za tytuł?! Trochę echa, które multiplikuje efekty kolejnych szaleństw gitarzysty. Narracja szyta gęstym ściegiem. Tysiąc pomysłów na sekundę, prawie wyłącznie udanych. Stylowy rezonans na perkusji, w tle psychodelizująca gitara. Brawo! Meta psycho symfonia! More Acid For Hegel. Czas na finał płyty i tytułową ekspozycję. Kwas na gryfie tryska po oczach i uszach. Wciąż szybciej niż jest to możliwe. Ciało w ciało, myśl za myślą! Doskonała kooperacja. Tętno: 220 na 150! Wulkan! Gitarzysta zdaje sie, że ma już gotowy cyrograf do podpisania – potrafi tu zagrać wszystko! Morze kwasu leje się z pomiędzy strunami. Muzycy ani na moment nie zdejmują nogi z gazu. Prawdziwi gladiatorzy!




L'Ocell L'Ocell (Kaseta, Absent Tapes, 2018)

Pozostajemy na Iberia! Lokujemy się w zaciszu domowej kwatery Fernando Carrasco (gitara akustyczna), który przywdzieje szaty gospodarza. W roli zaś gościa - Àlex Reviriego (kontrabas). 11 improwizacji pod nazwą własną L’Ocell. Jesień 2015 roku. Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zapewnie rozpoznają tych muzyków bez pudła. Taak! To połowa kwartetu Völga i jedna trzecia tria Phicus! Obie zacne załogi, z samego serca Katalonii, popełniły w roku ubiegłym debiutanckie płyty, dokładnie tu, na polską krwią skropionej ziemi! Wizerunki obu wydawnictw – jakże dynamicznie czerwone! - w boczku tej strony.

Od startu atakują nas dwa drony, usytuowane na przeciwległych biegunach spektaklu. Po jednej stronie gitara ze szczyptą sonore, w siarczystej, metalicznej ekspozycji, po drugiej zaś, nisko zestrojony kontrabas, płynący bardzo zwartym strumieniem. Rodzaj dyskusji bez nacisku na konfrontowanie poglądów. Narracja, która lubi przybierać kształt crescendo, by za moment opaść jak jesienny liść. Na finał pierwszego odcinka batalia na akordy. Drugi otwierają pasaże strunowych obcierek, lekkich, metalicznych, w klimacie wczesnego Sonic Youth. Rockowa temperatura, próba call & response z inicjatywy gitarzysty. Rwana narracja, trochę bez rdzenia kręgowego. Po 4 minucie, bez uszczerbku dla czegokolwiek, mogłaby trafić pod nożyce edytora. Trzeci wita nas sonorystyką z głębokiej krypty. Plus garść prostych akordów z gitary, nieco wyzbytych emocji. Miniatura czyniona z chłodną kalkulacją. Czwarty, to jakby ciąg dalszy, choć po stronie Alexa krew pulsuje szybciej. Fernando buduje kolejną niezbyt skomplikowaną narrację na gryfie, kind of fired americana - notuje recenzent.  W sumie to niezłe tło dla szaleńczych pasaży Alexa na samym dnie podłogi. Piąty szybuje bardzo wysoko. Aż uszy cierpną! Muzycy piłują paznokcie, a nas bolą zęby. Dwa smyki w tańcu na zatracenie, tuż po wyjściu z impasu. Ciekawe akustycznie zderzenie rezonansu i pulsacji. Szósty - szczypta innych dźwięków na strunach gitary. Alex znów dość wysoko, ale i dynamicznie, jak na ten duet. Na finał udane zejście w ciszę. Siódmy – muzykom jakby trochę brakowało cierpliwości w budowaniu bardziej złożonych narracji. Tu, duet dwóch gitar akustycznych, którym nigdzie się nie śpieszy. Bawią się w delikatne polifonie, zakończone skromną pyskówką. Ósmy, najdłuższy – sporo sonorystyki, pasaże niskie, pasaże wysokie. Gitara szuka wytrwale nowych rozwiązań, co dobrze wróży końcowej części płyty. Po chwili aż zrywa podłogę głębokim smykiem.  Śle też pojedyncze, rezonujące akordy, które przypominają lepsze fragmenty Völgi. Alex też ma pod ręką pomysły kwartetowe i wpada w konwulsje, które niosą ten odcinek na sam szczyt recenzenckiej oceny. Dziewiąty otwiera szorstka glazura rwanego dźwięku. Szczypta baroku, rozszarpywana ostrymi kłami, na prawo i lewo. Gitara aż skowycze! Brawo! Błyskotliwa miniatura! Dziesiąty, to akord gitary w silnym rezonansie, w opozycji do gadającego kontrabasu. Mnóstwo pięknego brudu na gryfie większego ze strunowców. Skowyt, taniec, złorzeczenie! W odpowiedzi gitarowa americana na delikatnym speadzie. Jedenasty, znaczy ostatni – igraszki na całego, puk puk na pudle rezonansowym mniejszego, wycie do księżyca większego. Zmysłowe! Gitara też brzmi inaczej, kind of raga? Dziwne skale. Muzycy brną w nieznane i czynią to wyjątkowo przekonywująco. Dwie smykowe symfonie żałobne, trupie dźwięki. Trzecia kwarta tej płyty, także ostatni jej fragment, windują ocenę recenzenta o kilka szczebli wyżej.




Susana Santos Silva ‎ All The Rivers – Live At Panteao Nacional  (Clean Feed, 2018)

Still Iberia! Przenosimy się na zachodni kraniec półwyspu, do Lizbony. Drobna niewiasta w wielkiej, zamkniętej przestrzeni, sama z instrumentem, gotowa na każde wyzwanie akustyczne. Susana Santos Silva – trąbka, tin whistle (mały instrument dęty, podobny do fletu), dzwonki. Nagranie z oklaskami - Panteão Nacional, w ramach Rescaldo Festival, luty 2016. Jeden trak, 42 minuty i sekunda.

Środowisko naturalnego ambientu, dużego obiektu o solidnych podstawach i grubych murach, które generuje własny, niebanalny i dość intensywny przydźwięk. Pogłos żyje tu własnym życiem, zdaje się być nie do opanowania. Trębaczka stawia mu jednak czoła i za pomocą niezbyt dużego instrumentu dętego, blaszanego, próbuje ów wir dźwiękowy okiełznać. Rodzaj eksperymentu, próby poszukiwania właściwego brzmienia i sposobu, w jaki rozprzestrzenia się dźwięk. Sam obiekt, jego gabaryty, stanowią ważny element składowy spektaklu. Fizyka fonii, kinetyka dźwięku. Muzyka płynie, rezonuje, fizycznie dekonstruuje się na załamaniach przestrzeni, odbija się od ścian, tańczy i swawoli. Czy to już przykład muzyki konkretnej? Muzyka architektury, architektura dźwięków. Sama narracja, improwizacja (o ile jest) zdaje się być dość jednorodna w formie, dramaturgicznie niezbyt wyszukana. Tu forma, sposób, w jaki dźwięk radzi sobie w przestrzeni, bywa zagadnieniem bardziej dla muzyka frapującym. Dźwięki, który multiplikują się, które wpadają w polifoniczny wir. Być może ten koncert, to bardziej lekcja fizyki. W 10 minucie, szczypta sakralnych dzwonków, które być może coś oznajmiają, być może jedynie zapraszają na rytuał. Przestrzeń tak intensywnie szumi, iż każdy dźwięk zdaje się być indywidualnie zaznaczony, akustycznie napiętnowany. Meta muzyka? Metafizyka i oniryzm w służbie narracji? Powrót trąbki, która potrafi być drapieżna, jakby chciała zawłaszczyć dodatkowe porcje przestrzeni. Dużo porcji echa i rezonansu, który zdaje się być całkowicie naturalny w tych okolicznościach scenicznych. Samych dźwięków w jednostce czasu nie ma zbyt wiele, trębaczka operują pauzą, by niemal każdy dźwięk miała szansę na foniczną eksplorację przestrzeni. Skutek dramaturgiczny takiego wyboru jest następujący – koncert w wielu fragmentach jest dość monotonny, a osiągany poziom emocji daleki od stanu wrzenia (choćby 15-19 minuta). Recenzentowi wydaje się, iż gdyby Susana spróbowała stosować więcej dronów (długich, trwających fraz), w kontekście posiadania tak wielkiej przestrzeni, efekt mógłby być dalece ciekawszy, nawet bez użycia amplifikacji (na przykład w estetyce niektórych solowych ekspozycji Nate’a Wooleya). Okres przed 30 minutą, to czas, w którym doświadczamy więcej brudnych, mutowanych dźwięków, trzasków, drżenia i skomlenia. Jakby siła pogłosu jeszcze rosła, a akustyka całości nabierała nieco dubowego klimatu. 34 minuta, to próba ekspozycji na samym ustniku lub też moment, w którym Susana sięga po tin whistle (smak czegoś na kształt… meta etno). Odbiorca wciąż analizuje formę, brzmienie, nie ma jednak bazy do eksplorowania procesu improwizacji. Mniej przestrzeni, więcej dźwięku! – utyskuje recenzent pod nosem, choć bez problemu docenić potrafi zamysł artystyczny Portugalki. 40 minuta, to drobne spiętrzenie dźwięków na sam już finał koncertu, które nosić może znamiona eskalacji. Jakkolwiek przestrzeń i pogłos rządzą tym nagraniem aż do całkowitego wybrzmienia. Tuż po nim, kilkudziesięciosekundowa burza oklasków.




Kaze  Atody Man  (Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie improwizującej trąbki (dojdzie nawet druga!), a geograficznie przenosimy się na północ, do Francji. Nagranie powstało, co prawda w słynnym Firehose 12 w New Heaven (USA), ale płyta ukazała się definitywnie pod flagą trójkolorową, a jest zapisem fonicznym spotkania dwóch muzyków francuskich i dwóch japońskich. Na trąbkach - Christian Pruvost i Natsuki Tamura, na perkusji - Peter Orins, zaś na fortepianie, najbardziej tu rozpoznawalna - Satoko Fujii. 6 odcinków z tytułami (kompozycji) trwa ponad 69 minut, a spotkanie czwórki muzyków miało miejsce w czerwcu 2017 roku. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Kaze, a ten krążek jest ich piątym wydawnictwem.

One. W ramach introdukcji, dwa trębackie drony, w tym samym rejestrze, plotą unisono krótkie pasaże, przerywane kilkoma sekundami ciszy. Powtarzają proceder kilkukrotnie, po czym delikatnie rozwarstwiają się i modulują swój sound. Odrobina sonore w oczekiwaniu na wejście pozostałej dwójki muzykantów. Talerze rezonują, piano ledwie muskane przez palce pianistki. Experimental free contemporary? W 5 minucie Satoko skutecznie nadaje ład tej narracji. Kameralistyka improwizowana? Tak! … przy użyciu minimalistycznych schematów kompozycyjnych – recenzent odczytuje z opisu wydawcy i posłusznie… zgadza się z nim. W 7 minucie progresywny drumming zmienia obraz całości i przenosi nas w silnie free jazzową eskalację. Zdaje się, że w tej zabawie chodzi przede wszystkim o improwizację. Uff! – wzdycha uspokojony recenzent. Nie brakuje także melodii, czy zgrabnych tonacji. W sumie ... what ever you want. Innymi słowy – na bogato. Two. Perkusja na początek. Na jazzowo, ze szczyptą repetycji i ciszy w roli interludium. Swobodny duet z pianem. Wejście trąbek w etosie gatunku, nawet hard-bopowo! Znów sporo ciszy pomiędzy. Sonorystyka trąbek udana, ponownie jednak przeładowuje stylistycznie nagranie. Bez specjalnych emocji, klasowe rzemiosło. Skok w ekspresję free po paru chwilach, tym razem nie zaskakuje. Recenzent zastanawia się, ile w tym tyglu różnorodności, kreacji ad hoc, a ile czynione jest wedle zapisów scenariuszowych. Sporo przegadanych fragmentów, balladynek dla grzecznych dziewczynek. Finał w galopadzie, też nieco wykalkulowany. Three. Na start piano, nawet toy piano. Odrobina preparacji z dziwnymi dźwiękami, bystro skomentowana przez sonorystycznie nastawione trąbki. Trochę campowego chaosu. Interludia z pięciolinii, niczym pięść do nosa, skutecznie psują efekt udanych pomysłów improwizatorskich. Kolejne depnięcie na gaz i ucieczka w swobodę, znów okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Four. Tym razem slow minimal piano intro for silent listeners! Satoko jest w tym najlepsza. Melodia, harmonia, tak ładne, że aż …nudne. Kwartet podaje temat. W kategorii main stream także daliby radę! Solo perkusji trzyma poziom. Cały numer wprost do ECM! Five. Wyraziste solo trąbki, kreatywne, niebanalne. Po 120 sekundach gra już cały kwartet. Muzycy śmiało wkraczają na obszar free improve. I świetnie sobie radzą! Bystre percussions solo! Oto numer, który bez cienia wątpliwości uznajemy za opus magnum tej płyty. Trąbki gadają ze sobą niebywale błyskotliwie, piano tworzy zmysłowe tło, a drummer ma tysiące nowych pomysłów. Sonorystyka, preparacje, rezonans. Atak, wyciszenie. Tuby gotują się, struny szeleszczą. 11 minuta, to doskonale solo Satoko. Psychodelicznie wewnątrz, dynamicznie na zewnątrz. Finał jest brawurowy, odrobinę podniosły w klimacie, ale świetnie komentuje wyczyny pianistki. Six. Solo perkusjonalne. Cisza i spokój. Atonalnie, niebanalnie. Muzyk tak się rozgrzał poprzednim numerem, że potrafi już tylko doskonale improwizować! Trębacze z szeroko otwartymi ustami, pięknie komentują wyczyny kolegi. Pianistka, głęboko zanurzona z pudle rezonansowym fortepianu, czyni dokładnie to samo. Jest szczypta melodii, a wszystko dzieje się na pograniczu ciszy. Incydentalnie zmysłowe mikrodrony. Gdyby jeszcze trąbki poszły w sonore…, ale zapewne scenariusz, któremu szczęśliwie wiele minut temu muzycy wymknęli się spod kontroli, przewiduje inne rozwiązanie. Efektowne wybrzmienie.




Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière/ Éric Normand / Louis-Vincent Hamel  Brûlez les meubles  (Circum-Disc/ Tour De Brass, 2018)

Spal wszystkie meble! Tym szczytnym hasłem (tytułem płyty) muzycy pewnego tria, wprost z francuskojęzycznej części Kanady, zapraszają nas do słuchania swojej muzyki. Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière na gitarze elektrycznej, Éric Normand na basie elektrycznym i Louis-Vincent Hamel  na perkusji. 7 kompozycji (muzycy dość demokratycznie dzielą się obowiązkami w tym zakresie), blisko 38 minut muzyki. Płyta wydana w ramach kooperacji francusko-kanadyjskiej. Muzyka zarejestrowana w Saint Maxime du Mont Louis (Quebec) w lipcu ubiegłego roku.

One. Mocna, jazz-rockowa sekcja, zwinna gitara z prądem, która uwielbia fussion, ale także świetnie radzi sobie w jazzie środka. Od pierwszej chwili doskonale pracuje basista, który nie dość, że trzyma fundamenty rytmu i harmonii całego przedsięwzięcia, to permanentnie tkwi w procesie improwizacji i snuje niebanalne historie, bez zbędnych przerw na papierosa. Drummer czujny, bystry, still on time, udanie dynamizuje poczynania tria. Są dobre tematy i wyśmienite improwizacje, podawane bez spinania muskułów, z dużym feelingiem. Two. Melodia, smak, rytm – tu na spokojniej. Precyzja, kreatywność, także bezpretensjonalność. Temat główny powraca jak mantra i wyznacza szlak improwizacji. Three. Postmodernistyczne fussion generowane z precyzją sapera. Trzy stróżki improwizacji, które przenikają się wzajemnie. Świetna komunikacja, czujność, bystre interakcje. Mainstream jazz rocka w wykonaniu trzech naprawdę błyskotliwych instrumentalistów. Siedmiostrunowa gitara, kwiat współczesnej sceny Quebecu (jak mówi wydawca). Sporo detali, subtelności aranżacyjnych w muzyce, która nie odkrywa świata, ale urzeka formą, jakością wykonania i prostotą przekazu. Four. Bardziej dynamicznie, ze szczyptą hałasu na gryfie (też potrafi, jeśli pytacie!). Zwinna miniatura, mniej niż dwie minuty. Five. Nowa porcja energii. Kind of funk! Bas wspaniale pracuje, kreśli pętle i tańczy, gitara w repetycji, wyrazista perkusja. Ta muzyka nie kreśli w głowie recenzenta wyszukanych metafor, sprawia wszakże czystą, żywą, wręcz zwierzęcą przyjemność w odbiorze. Pure high jazz, Man! Po 4 minucie, zejście w dół i garść pięknej psychodelii wprost z obu gryfów, na spokojnym wybrzmieniu. Brawo! Nie ma fajerwerków, muzycy prostymi środkami osiągają doskonały efekt. Six. Wolnym krokiem, kontrapunkt goni kontrapunkt. Gitara i bas plotą kompatybilne opowieści, perkusja tuż za nimi, śledzi ich każdy krok i zdobi synkopami.Ta opowieść zdaje się być bardziej konwencjonalna, ale swobodnie raduje ucho. Seven. Co za synkopa!? Co za rytm!? I jaki riff gitarowy!? Do zakochania! Na finał pieśń umoczona w rockowym sosie. Kocia zwinność, perfekcja wykonania i radość grania. Rytmy i przestery. Bas, który kreśli sinusoidy i tańczy wokół własnej osi, gitara w podskokach. Jakże rozwojowa historia. Zejście w trucht, wprost z galopu - imponujące. Świetna ekspozycja perkusisty, dla podkreślenia jego doniosłej roli w dziele tworzenia – tu, na tle gitarowych pląsów. Recenzent dawno nie był tak blisko jazzowego mainstreamu i dawno nie miał z tego powodu tak wielkiej radości słuchania! Raz jeszcze brawo!




Steve Kaiser/ Alex Clov Baczkowski/ Bill  Harris  Measure Once, Cut Twice (Amalgam, 2017)

Na koniec dzisiejszych przedwiosennych guseł, porcja zdrowego jazzu (z ambicjami free) wprost z wietrznego miasta! Steve Kaiser na gitarze, Alex Clov Baczkowski na saksofonie altowym i barytonowym oraz Bill Harris na perkusji i instrumentach perkusyjnych. 8 improwizacji (all music by the musicians), blisko 54 minuty. Nagrania z sierpnia 2016 roku, z Music Garage/ Chicago.

One. Drapieżny baryton, gitara pełna jazzowego spleenu, bystra perkusja. Dość żwawa narracja, której brak kontrabasu nadaje posmak nieoczywistości i dość specyficzny drive. Synkopa, która trzeszczy i krąży wokół siebie. Two. Więcej skromnej sonorystyki, szumiące dysze, drżące talerze i gitara w łagodnych pląsach. Udane przejście w bardziej dynamiczne pasaże, choć nie na długo. Ekspozycja gitary dość konwencjonalna, jazzowa, jak pan bóg przykazał. Drummer często sięga po synkopę i rytm, czasami zbyt natarczywy, nadmiernie bezwzględny. Powrót barytonu konkretny, dosadny i wyrazisty. W nastroju do swawolenia. Finał kawałka osiągnięty w wyzwolonym galopie. Three. Alt, flażolety, repetycja, nostalgia i zaduma – to atrybuty introdukcji. Temat pod dyktando melodyjnego saksofonu i refleksyjnej gitary, wbrew rytmice perkusji. Po 4 minucie balladowe, nieco hipisiarskie wybrzmiewanie. Four. Skromne percussions, ekspozycja solowa. Szczypta sonorystyki w tubie, na gryfie igraszki na poły akustyczne. Narracja ciekawie narasta, a każdy z muzyków na swój sposób wgryza się w bieg improwizacji. Kolejny krok, to galop w estetyce free, formule, która dobrze robi tej płycie. Five. Jakby ciąg dalszy, konstytuujący tezę, iż w dynamicznych pasażach muzyka tria zyskuje na wartości. Tu, świetna ekspozycja altu. Six. Kolejna jazzowa synkopa z gitarą, które snuje scofieldowskie opowieści o udanych związkach damsko-męskich. Drive perkusji dość progresywny, ale to alt zdaje się tu wnosić odrobinę świeżości. Gitara niezwykle niechętnie wychodzi poza schemat. Po 4 minucie buduje solo przy wsparciu drummera, bez ekscytacji. Nagłe wtargnięcie barytonu, trochę na wariackich papierach, zdecydowanie ratuje ten fragment. Wymusza dialog, w którym gitara czuje się nieco swobodniej. Na finał eskalacja barytonu! Seven. Baryton z gitarą, tym razem randka we dwoje. Perkusja wchodzi im w słowo i kontrapunktuje, znów odrobinę zbyt intensywnie. Szczypta muskulatury, zwarć w półdystansie. Chropowaty baryton, to znów najlepsza rzecz, jaka przydarzyć się może tej improwizacji. Pod koniec niespodziewana próba call & responce, dość udana, tuż po niej samotny drumming. Eight. Na sam już finał najdłuższy fragment płyty. Sonore z ciszy, po talerzach i krawędziach werbla. Alt w molowym pasażu, gitara po swojemu. Ballada, która staje się dialogiem, a potem marszem ku górze, w poszukiwaniu źródeł eskalacji. Tym muzykom nadmiar ekspresji nie szkodzi, to już świetnie wiemy. Dobra akcja gitary, eksplozywny, silny alt, no i rytm, który nie znosi zdań odrębnych. Ostatnie 3 minuty wynoszą ocenę ogólną płyty na nieco wyższy poziom. Na ostatniej prostej ciekawy, drobny incydent perkusjonalny. Być może zbyt późno zaproponowany. 


*) ang. Więcej niż świeże, improwizowane podsumowanie z okazji opóźnionej wiosny