Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bertrand Denzler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bertrand Denzler. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2026

Trio Sowari at LMC 2005!


W końcówce lat 90. ubiegłego stulecia brytyjski skrzypek, multiinstrumentalista i eksperymentator Phil Durrant wydał solowy album oparty na brzmieniach syntetycznych, który zatytułował Sowari. Kilka lat później, już na początku nowego millenium, wykorzystując tę nazwę rozpoczął muzykowanie z niemieckim perkusjonalistą Burkhardem Beinsem i szwajcarsko-francuskim saksofonistą Bertrandem Denzlerem, nadal wykorzystując brzmienia elektroniczne.

Muzycy tę trzyosobową kooperację podtrzymują do dziś. Występowali ostatnio choćby na 60. urodzinach Beinsa. Mają w dorobku trzy albumy wydane na fizycznych nośnikach, a od ostatniej jesieni także czwarty, dostępny w plikach elektronicznych, a dostarczony przez niezmordowany szkocki label Scatter Archive. Dodajmy, iż w drugiej połowie bieżącego roku winien ukazać się ich piąty album, który anonsuje londyński Shrike Records.

Dziś sięgamy po ową digitalną nowość z jesieni ubiegłego roku, która zawiera londyński koncert tria z roku … 2005. To jedna, trwająca ponad dwa kwadranse improwizacja – spokojna, niemal szemrana, intrygująco szumiąca, niekiedy niezwykle filigranowa, wytwornie elektroakustyczna od pierwszego do ostatniego dźwięku.

  


Otwarcie koncertu łączy w sobie szmery i drobne zgrzyty instrumentalne z foniczną aurą otoczenia, niczym realizowanymi na żywo nagraniami field recordings. Słyszymy otarcia na zestawie percussion, szelest powietrza w tubie saksofonu i drobne plamy elektroniki. Ważnym elementem tego etapu spektaklu są plamy ciszy, które zdają się wyznaczać kolejne restarty narracji. Pierwsze bardziej linearne opowieści trwają po kilkadziesiąt sekund, a potem grzęzną w mrocznej, gęstej ciszy. Owa mikrobiologia dźwięku wciąż uzupełniana jest foniami z otoczenia, dochodzącymi jakby z poczekalni, a może baru. Wszystko staje się teraz szmerem, mniej lub bardziej intensywnym. Elektronika łapie frazy z saksofonu, z kolei perkusjonalia koncentrują się na budowaniu czegoś bardziej powtarzalnego. Gdy na czoło pochodu sforuje się Durrant, improwizacja wydaje się odrobinę oniryczna, ale to jedynie chwile. Tak, czy inaczej, zmiana goni tu zmianę, nie brakuje niespodzianek i nie do końca wiadomo, kto odpowiada na dany dźwięk. Ciągle jednak skupienie w post-ciszy jest zjawiskiem częstszym, niż próba dźwiękowej eksterminacji.

Szczególnie szemrany, filigranowy odcinek koncertu trwa pomiędzy dziesiątą, a piętnastą minutą. Potem muzycy próbują klecić bardziej zwartą opowieść z ochłapów dźwięków. Przez moment wszystko staje się jednym strumieniem wydychanym z wielkiej tuby. Drobna intensyfikacja sprawia, że przez kilka chwil narracja przybiera szaty historii mikro industrialnej. Po dwudziestej minucie artyści formują coś na kształt drona, który sytuują na krzywej wznoszącej. Ląduje on w chmurze szumu, która wydaje się wypełniona jedynie akustyką. Całość z czasem wpada w jednostajny ruch drgający, ale nad wyraz filigranowy. Przed upływem trzydziestej minuty narracja dzieli się na bardziej separatywne akcje – słyszymy wyraźnie elektroakustyczny pisk, prychanie saksofonu i drobne frazy rezonujących perkusjonalii. Potem następuje chwila ciszy, po której artyści postanawiają nas zaskoczyć – gdy wszyscy oczekują końcowej porcji szumu, improwizacja nadyma się, nabiera zaskakującej intensywności, zdaje się być ostatnim oddechem wielkiego, konającego stwora.

 

Trio Sowari (Burkhard Beins, Bertrand Denzler, Phil Durrant) LMC 2005 (Scatter Archive, DL 2025). Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne, obiekty, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy oraz Phil Durrant - sampler, syntezator, preparacje. Nagrane w trakcie LMC Festival, Bridewell Theatre, Londyn, listopad 2005. Jedna improwizacja, 33 minuty.




 

wtorek, 17 września 2024

Frédéric Blondy in two Relative Pitch’ drones!


Francuski pianista Frédéric Blondy nie często bywa gościem mediów skoncentrowanych na muzyce improwizowanej. To artysta na tyle wszechstronny, zorientowany ponadgatunkowo, iż poszukiwanie go w jakiejkolwiek szufladzie stylistycznej wydaje się być z góry skazane na niepowodzenie.

Szczęśliwie nowojorski The Relative Pitch Records letnim czasem dostarczył nam aż dwa nowe albumy z udziałem rzeczonego artysty, dla których improwizacja jest główną metodą pracy. Jeden z nich, to Onceim - orkiestra nowych kreacji, eksperymentów i improwizacji, której Blondy jest szefem (dyrektorem artystycznym), drugi album, to ekspozycja pracującego wspólnie od lat kwintetu Hubbub, którego jedną piąta potencjału stanowi osobowość artystyczna pianisty.

Co niezmiernie intrygujące, obie formacje mają pod względem estetycznym wiele ze sobą wspólnego. Prowadzą żmudne, skupione, równie post-kameralne, jako i post-eksperymentalne improwizacje, które tylko od czasu do czas popadają w spazm nadekspresji. Rozbudowana, ponad 30-osobowa orkiestra potrafi być niebywale subtelna, z kolei kwintet w stadium rozbłysku bywa efektowny, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Oba albumy łączy jeszcze jedna cecha – są doprawdy wyśmienite i już teraz - z niemal stuprocentową pewnością - trafiają na naszą coroczną listę best-off.



 

Onceim

Trzynaście instrumentów strunowych (w tym dwie gitary), trzynaście instrumentów dętych, fortepian, akordeon, trzy zestawy perkusyjne i dwa wyposażone w elektronikę, wreszcie osoba dyrektora artystycznego, który jedynie czuwa na całością wykonu, albowiem nic nie wskazuje, by pełnił rolę instrumentalisty lub dyrygenta. Oto Onceim w pełnej krasie, którego moc rażenia wydaje się przeogromna. Album zawiera trzy utwory – ten pierwszy trwa prawie pięćdziesiąt minut, dwa kolejne to już krótsze formy. Nagrania pochodzą z lat 2018-2020, czyli swoje odczekały, by ujawnić światu swe niewątpliwe powaby.

Otwarcie lepi się z fonii, którym nie sposób w każdym przypadku nadać miano instrumentalnych – plejada szmerów i szumów, pojedyncze szarpnięcia za struny, delikatnie drżące smyczki, akcenty percussions i zatrwożone, dęte wyziewy jeszcze nieuformowane w drony. Wielka machina w uśpieniu, dyszy i leniwie dygocze. Gdy flow zaczyna niewinnie narastać, zdaje się od razu eksplodować wielowarstwową urodą i zmysłową linearnością. Pięknie zgrzyta, pojękuje, ale i kąsa mikro melodiami. Nim wybije kwadrans opowieść zaczyna piąć się ku górze niesiona rytmicznymi dźwiękami gongu. Całość nabiera pewnej ptasiej ulotności, przypomina mewy w locie wnoszącym i tupot gęsich stóp, ale i grzmoty nadchodzącej letniej burzy, piąta pora roku Vivaldiego po przedawkowaniu. Po upływie dziesięciu minut orkiestra zaczyna szukać ciszy. Proces skutkuje jednak plejadą nerwowych, także elektroakustycznych incydentów i po ledwie kilku minutach opowieść formuje się w efektowne crescendo. Ale i tu w końcu artystów dopada mrok ciszy. Wzdychają, nucą strzępy melodii, kołyszą się na wietrze. Dobijają do końca w stanie niemal ceremonialnego rozmodlenia.

Druga część tego niezwykłego albumu nie trwa nawet dziesięciu minut. Dociera do nas z gęstej mgły, obleczona poranną rosą, nasycona dramaturgicznym zawahaniem. Tworzą ją oniryczne pasaże dętych, skrzypienia i szelest talerzy. Ta kołysanka ma jednak prawdziwie złowieszczy background. Buduje linearną narrację korzystając z minimalistycznych fraz kontrabasów. Dość szybko wchodzi w stan finalizacji, który zdaje się być trudnym, górskim podejściem realizowanym w trakcie szybko nadchodzącego zmierzchu. Trzecia improwizacja, choć powstała w tej samej lokalizacji, co pierwsza, brzmi inaczej, bardziej przestrzennie, operuje jeszcze szerszym spektrum dźwięku, choć jako całość wydaje się dość matowa. Instrumenty dęte preparują, perkusje pracują tuż przy podłodze, strunowce gaworzą z elektroakustyką i zgrzytają zębami. Kilkuminutowy proces narastania sprawia, iż Onceim przez moment sprawia wrażenie wielkiej, freejazzowej maszyny śmierci. Po czasie krzyki, lamenty, demoniczne westchnienia szyją niemal monumentalną, dronową ekspozycję. Po upływie dziesiątej minuty narracja zaczyna przygasać. Pozostaje jednak kłębowiskiem nerwowych akcji i równie kompulsywnych interakcji. Dopiero ostatnia prosta niesie iskierkę nadziei, post-melodyjnego uspokojenia.



 

Hubbub

Na spotkaniu kwintetowym odnajdujemy trójkę muzyków, którzy uczestniczyli w ekscesach orkiestrowych. To samo miejsce, zbliżony punkt na osi czasu. Piano, dwa saksofony, gitara i perkusja w dwóch rozbudowanych improwizacjach – ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga prawie dwadzieścia.

Rezonujące, saksofonowe drony, talerze eksponowane skromnym drummingiem, drobne incydenty wprost z klawiatury piana i gryfu gitary tworzą kameralne otwarcie, pełne echa utraconych melodii i mantry niedopowiedzenia. Dość sprawnie uformowany, linearny flow zdaje się tu być czteroramiennym dronem, upstrzonym minimalistycznym, perkusyjnym stepem. Dużo dobrego w tle czyni gitara – rezonuje, pulsuje basowo. Gdy kwintet narasta na pełnym wydechu, mamy wrażenie, że znów znaleźliśmy się na koncercie Onceim. Ale tu, w małej grupie improwizatorów, zamiana w źdźbło ciszy następuje w ułamku sekundy. Narracja w dalszej fazie utworu jest nade wszystko dronowym up & down. Gitara stawia na minimalizm, ale jakże twórczy, kontrapunkty piana i perkusji stymulują emocje, dęte westchnienia koją nerwy. W połowie opowieści pojawia się śladowy rytm wprost z gitary, a flow zdaje się być bardziej intensywny. Po kilku minutach energia zdaje się jednak opuszczać muzyków. Improwizacja wchodzi w stadium onirycznej lewitacji. Nim ostatecznie skona, nabiera jeszcze krwi i efektownie pęcznieje mocą ludzkich mięśni. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, drżą czarne klawisze piana, dęte nadymają się, a perkusja stawia nerwowe stemple.

Drugą opowieść otwiera dęty dron płynący z samego dna. Szeroko, ze szczebiotem dysz i rezonującymi tubami. W tle sączy się szum gitarowej amplifikacji i rezonują talerze. Narracja pęcznieje dzięki kolektywnym preparacjom, wydaje się być bardziej intensywna niż w pierwszej odsłonie albumu. Zgiełkliwa, prawdziwie diabelska kołysanka szuka hałasu i niemal go odnajduje. Improwizacja wchodzi teraz w fazę dramaturgicznego zawahania. Są ślady rytmu perkusji, ale nie podjęte przez resztą załogi. Drony nabierają trwogi, ale stają się dość minimalistyczne. Dygocząca, ale powolna narracja chłostana bywa perkusyjnymi blastami, które brzmią niczym grom z jasnego nieba. Po upływie kwadransa opowieść pnie się jednak ku górze. Ów kompulsywny dygot podkreślają smyczek i drżące tuby. Tracenie mocy obydwa się w bardzo nerwowej aurze. Wszystko przypomina tu agonię wielkiego zwierza w ciemnym lesie.

 

Onceim Laminaire (CD, 2024). Onceim (Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisations Musicales): Frédéric Blondy – dyrektor artystyczny, Patricia Bosshard, Prune Bécheau – skrzypce, Cyprien Busolini, Elodie Gaudet, Julia Robert – altówki, Félicie Bazelaire, Anaïs Moreau, Deborah Walker – wiolonczele, Sébastien Beliah, Benjamin Duboc, Frédéric Marty – kontrabasy, Giani Caserotto, Jean-Sébastien Mariage – gitary, Xavier Charles, Jean Dousteyssier, Jean-Brice Godet, Joris Rühl – klarnety, Pierre-Antoine Badaroux, Bertrand Denzler, Benjamin Dousteyssier, Stéphane Rives – saksofony, Louis Laurain, Franz Hautzinger – trąbki, Alexis Persigan – puzon, Jean Daufresne, Vianney Desplantes – saxhorns, Alvise Sinivia – fortepian, Pierre Cussac – akordeon, Rémi Durupt, Antonin Gerbal, Julien Loutelier – perkusje, instrumenty perkusyjne, Arnaud Rivière, Diemo Schwarz – elektronika. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, październik 2020 (utwór 1), La Muse en Circuit, Alfortville, styczeń 2020 (2) oraz Eglise Saint-Merry, Paryż, kwiecień 2018 (3). Łącznie 75 minut.

Hubbub abb abb abb (CD, 2024). Frédéric Blondy – fortepian, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy, Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy, Jean-Sébastien Mariage – gitara elektryczna, Edward Perraud – percussion – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, sierpień 2019. Dwie improwizacje, 57 minut.



wtorek, 18 kwietnia 2023

Bertrand Denzler & Jason Kahn in Translations!


Wtorkowe, trybunowe popołudnie z muzyką swobodnie improwizowaną spędzamy w Paryżu. Na scenie dwie zacne postaci świata rzeczonego gatunku – niemłodzi, dalece doświadczeni, jeden Francuz, drugi Amerykanin ze Szwajcarii, mistrzowie skupionych, z jednej strony sonorystycznych, z drugiej elektroakustycznych zabaw z dźwiękiem. Grają dla nas dość krótki set wyczulonych na dramaturgiczne niuanse improwizacji. The masterclass, however!



Pierwsze ochłapy dźwięków, jakie docierają do naszych uszu, to szum z tuby saksofonu tenorowego i delikatne, elektroakustyczne zgrzyty. Oba źródła dźwięku o dalece odmiennej proweniencji są w stanie brzmieć nad wyraz podobnie, zatem zdaje się, że konfuzja poznawcza słuchacza będzie stałym elementem tego koncertu. Muzycy ślą nam duże garście dźwięków preparowanych, z drugiej wszakże strony nikt od nich nie oczekuje w tej paryskiej czasoprzestrzeni melodyjnych, czystych fraz dętych, tudzież ambientowych plam banalnej elektroniki. Strumienie foniczne czasami przypominają tu dwa syczące węże, innym razem to raczej górski potok z istotnie spiętrzoną wodą. Zdaje się, że bliżej nam do zakładu wulkanicznego, niż warsztatu mechaniki i obróbki skrawaniem. Narracja jest jednakowoż płynna, a akcje muzyków świetnie ze sobą skomunikowane.

W szóstej minucie recenzent odnotowuje: elektroakustyka skwierczy, a saksofon podmuchuje, sycąc improwizację tłumionymi okrzykami klejonymi ze strzępów dźwięku. Narracja incydentalnie nabiera mocy i pewnej metafizycznej intensywności, ale już w okolicach 11 minuty muzycy wracają do drobnych, inicjacyjnych fraz, jakie dostarczali nam na starcie koncertu. Przy okazji znów pokazują, iż akustyka i elektronika potrafią w zdolnych dłoniach sprawiać wrażenie dźwięków imitujących się wzajemnie. Z kolei w okolicach połowy seta artyści pokazują nam, iż wystarczy jeden gest, ułamek sekundy, by ich opowieść nabrała znamion ekspozycji z kategorii noise.

Po 20 minucie akcje muzyków zbliżają się do rejonów zarezerwowanych dla ciszy. Ich narracja nie traci jednak na gęstości i intensywności. Rozkołysana lekkim wiatrem od nieistniejącego morza, zdaje się teraz płynąc jeszcze drobniejszymi strzępami fonii, choć po prawdzie trzeba przyznać, iż od startu trudno w ekspozycji Francuza i Amerykanina doszukać się dłuższych, bardziej rozbudowanych przestrzennie ekspozycji. Po 26 minucie w żyłach muzyków na powrót płynąć zaczyna bardziej gorąca krew. Nawet na siebie pokrzykują! Saksofon daje dwa, trzy bardziej dynamiczne strzały, podsycone jazzowymi emocjami, z kolei elektronika frazuje wysoko, śpiewa piskiem palących się kabli. W splocie fonii tej ostatniej możemy się nawet doszukać materiału samplowanego. Na zakończenie niedługiej improwizacji muzycy decydują się na dłuższe, nieco przeciągnięte frazy. Szumią, głęboko oddychają, znów delikatnie imitują się wzajemnie, po czym bez zbędnej zwłoki przystępują do finalizacji. Czynią to doprawdy wyjątkowo urokliwie – w mroku gęstych, spowalnianych szumów, w narracyjnym bezdechu.

 

Bertrand Denzler, Jason Kahn Translations (Potlatch, CD 2022). Bertrand Denzler – saksofon tenorowy oraz Jason Kahn – elektronika. Nagranie koncertowe zarejestrowane w miejscu zwanym Tiasci, Paryż, 10 grudnia 2021 roku. Jedna improwizacja, 34:48.