Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Javier Carmona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Javier Carmona. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.



czwartek, 4 lutego 2021

The Lovely Truth! Jun Trun Gor! Fages! Cristovam & Sales! No Nation Trio! Almeida & Bastien! Duerinckx & Mobin! Salis! Perelman & Marzan! Wallace & McDonald! The February’ Holy Round-up!


Styczeń umykał nam na tyle szybko, iż nie starczyło w jego trakcie czasu na comiesięczną zbiorówkę recenzji świeżych płyt. Powracamy z tą zacną ideą edytorską na samym początku kolejnego miejsca. Przed nami dziesięć nowych płyt - niektóre już z datą 2021, inne wydane pod sam koniec roku poprzedniego (z jednym wyjątkiem!). Bez gatunkowej myśli przewodniej, choć z istotnym ukierunkowaniem geograficznym.

Czas lutowej zbiorówki w dużej mierze spędzimy na Półwyspie Iberyjskim, albo przynajmniej w obecności muzyków zrodzonych z tamtejszej ziemi. Na początek trzy absolutne świeżynki z Barcelony, potem odrobina Brazylii i spora porcja Portugalii, w dalszej kolejności Francja, Belgia i Włochy, a sam finał amerykański, po części związany jednak ze Starym Kontynentem.

Zapraszamy do odczytu słownych potoków Pana Redaktora, a potem na zakupy. Wspierajcie muzyków i małych wydawców w czasach wiecznej dżumy!

 


The Lovely Truth  Future Flop (Discordian Records, DL 2021)

Naszą opowieść zaczynamy od jednej z grudniowych (’19) edycji cyklu koncertowego Nocturna Discordia, jaki odbywa się w barcelońskim Soda Acoustic. Na scenie: El Pricto na saksofonie altowym, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej i …nie, nie Trilla, ale Adrià Bofarull wraz z oprzyrządowaniem elektronicznym. Trzy bystre improwizacje zajmą muzykom niespełna 41 minut.

Pricto i Caicedo zagrali już wspólnie miliony dźwięków, ale wersji z dodatkową, czystą elektroniką jeszcze sobie nie przypominamy. A to próba bardziej niż udana, zwłaszcza, iż śmiało możemy ją zapisać do kategorii muzyki, która dobrze używa elektroniki w formule dalece swobodnej improwizacji. Saksofon i gitara prowadzą tu nieustanny dialog, a nienachalna, świeża elektronika świetnie ów dyskurs komentuje, tworzy pełne tajemnicy tło i nie ma zamiaru wychodzić przed szereg.

Pierwsza, najdłuższa część koncertu zdaje się być pomysłem na skupioną, drobiazgową improwizację, która czasami woli postawić na zaniechanie niż wybuch niczym nieskrępowanej ekspresji. Alt plecie małe frazy, gitara skrzętnie liczy struny tlące się metaliczną poświatą, a elektronika snuje pajęczynę niewidocznych połączeń obu żywych narracji. Ta ostatnia szczególnie udanie wgryza się w gitarowe frazy, zwłaszcza te, w trakcie których Caicedo koncentruje się na preparowaniu dźwięków. Pod koniec tej części, przez moment, elektronika zdaje się przejmować inicjatywę, budując drobny, syntetyczny rytm. W drugiej opowieści muzycy płyną bardziej wartkim i zwartym strumieniem. Od dronowych pasaży po dość ekspresyjną narrację, w której nie brakuje akcentów post-industrialnych. Elektronika dodaje do tego niebanalne echo, jakby syntetyczny oddech akustyki saksofonu i prądu z gryfu gitary. Na starcie trzeciej części Bofarull czyni już rytuał mistrza introdukcji. Ciekawie pulsująca, syntetyczna mgławica fonii wprowadza do gry saksofon i gitarę. Opowieść intrygująco się zazębia - gitara nie stroni od post-jazzowych fraz, a saksofon łapie odrobinę ognia pod dysze. Elektronika - znów w tle! - czyni wyłącznie udane zdobienia.

 


Jun Trun Gor  Jun Trun Gor (Discordian Records, DL 2021)

Pozostajemy w klimatach gitarowych, tu dodatkowo wspartych elektrycznym basem. Trio pod nazwą własną w składzie: A.L. Guillén – gitara elektryczna, Vasil Hajigrudev – bas elektryczny oraz Javier Carmona – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z września roku 2016 (Villanueva del Rosario, Málaga) składa się z ośmiu improwizacji, trwających łącznie prawie 58 minut.

Trójka bystrzaków wymieniona z imienia i nazwiska w preambule tej recenzji zaprasza nas na ekscytujący spektakl swobodnej improwizacji, zwinnie osadzonej w estetyce rockowej, post-jazzowej, tudzież ponadgatunkowej psychodelii, pełnej posmaku tajemnicy, mrocznego oniryzmu i … bluesa. Szczególny podziw recenzenta budzi swoboda, z jaką muzycy kreują narrację. Czy zioną ogniem rockowego potwora, czyli produkują mikro frazy w okolicach ciszy, ich przekaz jest niebywale bezpośredni i nieskomplikowany. Po wysłuchaniu tej prawie godzinnej płyty ma się wrażenie, że granie swobodnie improwizowanego meta rocka jest rzeczą najprostszą na świecie.

Płyta ma otwarcie godne mistrzów najlepszego impro rocka – masywna sekcja rytmu, która kłębi się w sobie, świetnie reaguje w każdej sytuacji i strzelista, ostra gitara, od pierwszego dźwięku pełna dzikiej swobody. Akcenty psychodelii, zwinne tempa i lamparcia precyzja w budowaniu napięcia. Druga część proponuje intrygująco powyginany rytm, który kreują wszystkie instrumenty, grające tu wyjątkowo delikatnie, wysoko podwieszone, z dala od dna. Kolejna opowieść po raz pierwszy przenosi nas do krainy preparowanych dźwięków. I w tej roli świetnie realizuje się gitarzysta. Czwarta opowieść trwa ponad 10 minut i zdaje się być prawdziwym majstersztykiem. Mroczna, oniryczna historia budowana z drobiazgów, małych dźwięków i wyjątkowo bystrych interakcji. Kolejną opowieść prowadzi szklista gitara, a całe trio pichci smakowitego bluesa na stojaka. Szósta improwizacja znów trwa więcej niż 10 minut. Tym razem, w przeważającej części, narracja ma niezłą dynamikę, dyktowaną przez perkusję. Niesamowite rzeczy dzieją się zaś na flankach. Gitara brzmi jak bas, bas jak gitara - w pięknym świetle wywarzonej, wcale nieśpiesznej improwizacji – what a game! Przedostatnia część płyty tryska humorem. Wszyscy muzycy i wszystkie instrumenty zdają się śpiewać i wzajemnie rozweselać. Meta rockabilly na kwasie! A na koniec, i tak giną w ogniu rockowego piekła! Wreszcie finałowa rozbiegówka – bystra narracja pełna rocka, jazzu, a nawet fussion grana na niezobowiązującym rauszu. Brawo!

 


Entre Cérvols Llauradors  Trist desert en mans de febre (Entre cérvols llauradors Bandcamp, DL 2021)

Pod tą tajemniczą nazwą i jakże długim tytułem albumu ukrywa się nasz dobry znajomy, kataloński gitarzysta (tu elektryczny) Ferran Fages. Tym razem muzyk eksploruje rozdroża muzyki gitarowej, która szuka post-rockowych odniesień, ślęczy nad minimalistycznymi koncepcjami, czasami zaś brzmi mrocznie i całkiem ambientowo. Fages proponuje nam sześć odcinków (nagranie studyjne z maja 2020), które był łaskaw skomponować, a które trwają około 20 minut.

Powolna, leniwa narracja charakteryzuje każdy z epizodów na płycie. Muzyk lubi wydać z gitary dźwięk, czasami akord, innym razem frazę nieco bardziej rozbudowaną i czekać, jak efektownie ona wybrzmi. Czasami taki styl pracy zdaje się być odrobinę minimalistyczny, ale w większości przypadków użycie tego określenia nie jest adekwatne do sytuacji muzycznej.

W drugiej i szóstej części gitara Ferrana brzmi niemal syntetycznie, a produkowane przez nią smugi ambientu dobrze znoszą skojarzenia z niektórymi projektami Dirka Serriesa. Dźwięki gitary przypominają niekiedy nisko zestrojone organy. W trzeciej części muzyk produkuje pasmo ambientu i zdobi je efektownie wybrzmiewającym akordem. Oba komponenty najpierw pięknie się uzupełniają, a potem łączą w jedną strugę narracji. W niektórych momentach Fages buduje masywne frazy, ale w większości przypadków stawia na delikatne, lekkie, zwiewne półakordy (jakby grał za progiem gitarowym), co świetnie pokazują utwory czwarty i piąty. Sam finał skrzy się post-ambientem i całą plejadą drobnych dźwięków, które efektownie rezonują.

 


Thelmo Cristovam and Cassio Sales  Flutuando Suspenso (OEM Records, Dl 2020)

Czas na krótki skok za wielką wodę, do Brazylii. Intrygujący, free jazzowy duet tworzą tu: Thelmo Cristovam na saksofonie oraz Cássio Sales na perkusji. Domowa improwizacja (czas powstania nieznany) dzieli się na cztery części, a trwa łącznie niespełna 25 minut.

Uwielbiamy na Trybunie taką sytuację – zupełnie nowe nazwiska i grad świetnych dźwięków, które budzą duże emocje! Muzycy najpierw proponują nam trzy krótkie epizody, godne najlepszych wzorców free jazzu. Zaczynają w ciszy, czynią małe preparacje, po czym ruszają w ogniste galopady. Dużo w ich muzyce przestrzeni, swobody, luzu i całkowitej bezpretensjonalności. Saksofonista sprawia wrażenie, że jest w stanie zagrać tu każdy dźwięk, drummer lubi szczegóły i drobne, perkusjonalne frazy, ale i trzymanie groove’owej, rozbudowanej narracji, to dla niego pestka. Pod koniec trzeciej opowieści muzycy efektownie wchodzą w mikro frazy, świetnie na siebie reagują i zapowiadają to, co wydarzy się w części głównej płyty.

Ostatnia improwizacja trwa niemal kwadrans i niesie ze sobą już same wspaniałości. Saksofonista najpierw charczy, jakby grał na grzebieniu, potem zaś zaczyna niebywałą preparację dźwięków, w trakcie której dużo korzysta ze ust i gardła. Żywe ciało spotyka się tu z równie żywym saksofonem. Tuż obok same cuda zdaje się produkować perkusista. Szeleści, drży, rezonuje, ale cały czas trzyma rękę na pulsie narracji. Muzycy wiodą mantryczną eskapadę w głąb dźwięków. Tempo umiarkowane, duża dbałość o detale. Improwizują na tyle cicho, że przez okno zaczynają wdzierać się w ich narrację dźwięki otoczenia. Bzyczące muchy, syczące węże i chroboczące skorupiaki (wybaczcie tę garść metafor). W drugiej części nagrania saksofon zaczyna efektownie kwilić, drummer pnie się ku górze lotem czmiela, a w potoku dźwiękowym zaczynają być słyszalne … cykady. Muzycy są bardzo czujni, bo ostatnie pół minuty nagrania, to wyłącznie dźwięki tych małych owadów. Brawo!

 


No Nation Trio  Habitation (Phonogram Unit, CD 2020)

Powracamy na Półwysep Iberyjski i lądujemy w świetnie nam znanym studiu nagraniowym Namouche, mieszczącym się w Lizbonie. Na początku stycznia ub.r. spotykamy tam nową formację No Nation Trio. W jej składzie sami nasi dobrzy znajomi: Jorge Nuno - gitara akustyczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery swobodne improwizacje, niespełna 33 minuty.

Habitation, to powolna, chwilami majestatyczna improwizacja, która skupia się na budowaniu napięcia, stanu dramaturgicznego suspensu, tudzież budzeniu prawdziwie niepokojących emocji, czasami całkiem mrocznych. Instrumentem, który stanowi tu o dawkowaniu poszczególnych elementów spektaklu jest masywny kontrabas. Drży, pulsuje, snuje pętle artystycznych wątpliwości. Gdy muzyk sięga po smyczek, narracja zaczyna płynąć bardziej wartkim strumieniem, ale nie jest to taneczna parada, a raczej oczekiwanie na powolną śmierć, tu w jakże pięknym wymiarze brzmieniowym. Swoją opowieść snuje też akustyczna gitara, która mnoży wątki, kłębi się w ciasnym kokonie akustyki, prosi o chwilę uwagi. Pozbawiona wszelkich jazzowych grepsów dodaje całości ponadgatunkowej abstrakcyjności. Wreszcie smakowite perkusjonalia. Są pełne drobiazgowych rozwiązań, małych fraz i zaskakujących ripost. Czasami schowane za potężnym oddechem kontrabasu, czynią niemal same wspaniałości, dodając całej improwizacji sto tysięcy nowych wymiarów i stempli jakości.

Początek płyty zdaje się być delikatnie niemrawy, ale to nade wszystko efekt przyjętej koncepcji dramaturgicznej. Druga improwizacja stawia na szczegóły, ale jeszcze bardziej dosadnie kreuje mroczny klimat. W tej części po raz pierwszy pojawia się smyczek i zaczyna stanowić trwały punkt odniesienia dla gitary i perkusjonalii. Najciekawiej dzieje się w najdłuższej, trzeciej improwizacji - to już prawdziwy dark acoustic resonance! Smyczek schodzi na samo dno, jego dźwięk leje się jak czarna lawa z kompletnie zastygłego wulkanu. Perkusja dobija na kolejny szczyt swoich kompetencji, a gitara stawia na abstrakcję akustycznego post-rocka. Wreszcie finał, który trzyma nas w szponach suspensu przez długie minuty. Powrót smyczka buduje jakość godną poprzedniej części. Na końcu nagrania flow kontrabasu zamienia się w mięsisty dron, który wiedzie improwizację do jej prawdziwego końca, znakowanego niekończącymi się pętlami gitary.

 


Gonçalo Almeida & Pierre Bastien  Room Sessions (Cylinder Recordings, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie muzyka portugalskiego. Tym razem, to kontrabasista Gonçalo Almeida, który do domowych improwizacji (miejsce i czas, brak danych) zaprosił francuskiego, awangardowego muzyka z dużym bagażem artystycznych doświadczeń, Pierre’a Bastiena, który zagrał na trąbce oraz użył pewnych tajemniczych mechanizmów. Całość nagrania, to siedem dość precyzyjnie ustrukturyzowanych improwizacji, których odsłuch zajmuje około 48 minut.

Pokojowe Sesje, to dość nietypowa dla Almeidy płyta. Muzyk stosuje tu różne techniki gry (stupalczasty magik nie ma z tym problemu!), wszystko czyni pięknie i na tysiące sposobów, ale koncentruje się głównie na budowaniu warstwy rytmicznej, stabilnej bazy dla improwizacji, tudzież bardziej zaplanowanych narracji trębacza i jego mechanizmów. Czy ów dyktat rytmu, tudzież często stosowana repetycja, to zabieg świadczący o obawie przed pójściem na całkowicie swobodną improwizację, nie nam oceniać, zwłaszcza, że płyta w przeważającej części broni się artystycznie bez recenzenckich podpórek.

Nagranie rodzi się w klimatach post-ambientu, który produkuje smyczek kontrabasu. W tle szumi elektroakustyczna mgławica, pracuje … metronom, a frazy trąbki zdają się nieustannie szukać nowych wymiarów dla brzmienia prostego instrumentu blaszanego. Dużo ciekawego dzieje się w części drugiej, która składa się z trzech, a nawet czterech wątków, w tym repetującego gwizdu (z trąbki?), który kontrapunktuje rytm i improwizacje od początku do końca utworu. Czwarta część zdaje się być szczególnie mroczna. Powtarzane frazy kontrabasu sieją niepokój, a aura wokół wyjątkowo dźwięcznie oddycha. Z kolei w piątej części najpierw muzycy świetnie na siebie reagują, niemal w estetyce call & responce, potem zaś trąbka zaczyna pobrzmiewać nieco slapstickowo, biorąc całą narrację w nawias nieoczywistości. W szóstej części muzycy stawiają na akcenty perkusjonalne, ale przekornie nie koncentrują się na rytmie i repetycji – coś tańczy na werblu, struny kontrabasu drżą, a w tle zdaje się, że słyszymy flet. Rytm podparty metronomem powraca w ostatniej części. Bastien bystrze preparuje na trąbce, a garść tajemniczych dźwięków z mechanizmów artysty po raz kolejny stawia duży znak zapytania o źródło pochodzenia dźwięku. 

 


Jean-Jacques Duerinckx & Anton Mobin  Bloem (Middle Eight Recordings, DL 2020)

Wątek belgijsko-francuski w naszej dzisiejszej zbiorówce konsumuje smakowity duet: Jean-Jacques Duerinckx na saksofonie barytonowym i sopranowym oraz Anton Mobin, który wedle skąpych opisów wielu płyt z jego muzyką uprawia coś, co on sam nazywa preparowaną kameralistyką (chambre préparée). Nieznany jest zestaw instrumentów i przedmiotów (w tym elektrycznych i elektronicznych przetworników), jakie Anton używa do generowania dźwięków - na ogół tajemniczych, nieustannie zadających pytanie o źródło swego pochodzenia i z pewnością godnych zaliczenia do kategorii fake sounds. Panowie swoją swobodną improwizację w pięciu częściach zarejestrowali w lutym ubiegłego roku w Belgii (miejscu zwanym Braine L'Alleud). Ich intrygujące dzieło trwa łącznie około 38 minut.

Bloem, to doprawdy wyjątkowa podróż po świecie tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków. Z jednej strony żywy saksofon, który w niebywale zwinnych rękach, tudzież ustach muzyka zmienia kolory niczym kameleon (sopran i baryton naprzemiennie w trakcie jednej improwizacji!), z drugiej bezmiar preparowanej kameralistyki – muzyk niemal symultanicznie jest w stanie proponować dźwięki elektrycznego basu i zwiewnych perkusjonalii (nie bez dubowej poświaty), w innym momencie klecić drobne frazy, pełne akustycznych niuansów. To improwizacja, która pozostaje w nieustannym ruchu - akcja goni tu akcję, choć większość opowieści toczy się spokojnie i nie okazuje jakichkolwiek znamion eskalowania hałasu.

Początek płyty, to suche wyziewy z tuby saksofonu umoczone w delikatnej, elektroakustycznej poświacie. Sopran JJ-a płynie szerokim strumieniem, godnym najlepszych patentów Evana Parkera. W drugiej części rzuca się na nas nerwowe post-chamber. Baryton rzeźbi bruzdy, a cuda spod rąk Antona świetnie to imitują. Preparacje z obu stron i garść post-jazzu na finał. W trzeciej części Mobin podsuwa nam syntetyczne wątki godne berlińskiego post-techno, a do pary ma sonorystykę pustej tuby. Cokolwiek szalonego muzycy by tu nie zaproponowali, wszystko do siebie pasuje i współgra brzmieniowo. W czwartej części wysoko podwieszony sopran po prostu śpiewa, a w rekontrze dostaje dźwięki gongu, perkusji i dudniącego basu. Wreszcie finał i znów wielki bukiet niespodzianek – baryton w krótkich strzałach, a zaraz potem sopran w skromnych podmuchach natrafiają na elektroakustyczne zasieki.

 


Giacomo Salis  Naghol (Grisaille, Kaseta 2021)

Czas na odrobinę onirycznej medytacji! Włoski perkusjonalista Giacomo Salis eksploruje tzw. technikami rozszerzonym teksturę dźwięków wydawanych przez bliżej nieokreślone przedmioty, pochodzące zapewne z obszaru typowego dla instrumentarium perkusjonalnego. Trzy improwizacje, być może w dużym stopniu skomponowane - niespełna 23 minuty dźwiękowych nieoczywistości.

Intrygującą brzmieniowo podróż nazwaną Naghol, która od startu do mety ma status cierpliwej, ale niełatwej w odbiorze akustycznym medytacji dźwiękowej, nie sposób skwitować typowymi grepsami recenzenckimi, opisać emocje i wskazać gatunkowe punkty odniesienia. Można natomiast zdać się na własną wyobraźnię i opisać obrazy, jakie fonia kreowana przez Salisa wywołuje u odbiorcy.

Początek nagrania przypomina małą hutę szkła. Wszystko zdaje się drżeć, rezonować ze sobą, supłać pętlę za pętlą, rysować szlak podróży, która być może nie ma w ogóle stacji końcowej. Dźwięki, które słyszymy przypominają stary, zepsuty wiatrak, który kołysze się na morskim falach. Metal trze o metal, a rozciągnięte płótno łopoce na silnym wietrze. Niemal mechaniczna repetycja, która zamiera tuż przed końcem piątej minuty. W trakcie drugiej części dźwięki zdają się być już usytuowane ewidentnie na perkusyjnym werblu. Przedmioty na nim umieszczone drżą i rezonują, ale słyszymy też pracę napiętej glazury werbla, która ciężko oddycha i jęczy pod naporem przedmiotów. W trzeciej części pojawiają się dodatkowe elementy. W dalekim tle słyszymy dość intensywny deep drumming. W wirze wciąż ugniatanych na werblu przedmiotów pojawiają się nowe wątki. Ta narracja trwa, zatem odniesienie do doświadczeń legendy free impro AMM może okazać się ciekawym tropem. Definitywnie czekamy na dalszy rozwój wypadków, na kolejne tego typu eksploracje Giacomo Salisa.

 


Ivo Perelman and Pascal Marzan  Dust of Light/ Ears Drawing Sounds (Setola di Maiale, CD 2020)

Pora na kolejne spotkanie saksofonu tenorowego Ivo Perelmana (Brazylia/ USA) z instrumentem strunowym. Po serii Strings oraz nagraniu z Arcado String Trio, powabny duet z Pascalem Marzanem (Francja), który zagra na dziesięciostrunowej, mikrotonalnej gitarze akustycznej. Muzycy spotkali się dokładnie rok temu w jednym z londyńskich studiów nagraniowych i przygotowali dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 52 minuty. Płyta o podwójnym tytule składa się z dwóch komponentów dramaturgicznych. W pięciu utworach muzycy zapuszczają się w rozbudowane improwizacje, z których każda trwa przynajmniej siedem minut, natomiast w pozostałych proponują nam zgrabne miniatury (okolice dwóch minut, a nawet mniej), rodzaj improwizacyjnych wprawek, które choć w większości podane są jednym ciągiem, udanie uzupełniają treść długich improwizacji.

Najlepszych fragmentów tej bardzo dobrej płyty szukamy oczywiście pośród długich improwizacji. Zwróćmy uwagę przede wszystkim na trzy z nich. Pierwszy utwór na płycie doskonale wprowadza nas w klimat. Magicznie brzmiące struny gitary, wprawione w drżenie, efektownie wybrzmiewają. W wir tych dźwięków wplata się dynamicznie usposobiony tenor, który prowadzi typowy dla Perelmana dialog z instrumentem strunowym. Potrafi szybować bardzo wysoko, czasami brzmieć jak sopran, świetnie imituje strunowe frazy, a jak trzeba, dokłada do ognia i buduje z gitarą efektowną, chwilami ognistą narrację. Równie zmysłowa zdaje się być trzecia improwizacja. Tu Marzan pokazuje, jak zwinne ma palce. Struny tańczą i swawolą za jego przyczyną. Tenor znów skacze ku górze, zaczyna od pasywnej imitacji, kończy zaś na agresywnych frazach, kreując przy tym spore emocje i ciągnąc gitarę na manowce ekspresji. Wreszcie utwór numer dziesięć, prawdziwa perła w koronie. Zaczyna się niemal balladowo, smutną melodyką i dramaturgicznymi niepokojem. Gitara nabiera pogłosu, a saksofon ognia, co buduje świetną improwizację, osadzoną na pewnym dysonansie emocjonalnym. Piękny jest zwłaszcza finał, gdy obaj muzycy wchodzą w mroczne zakamarki swoich improwizacji.

Pośród miniatur warto docenić czwartą improwizację, w trakcie której gitara rozsiewa molowe frazy, ale saksofon zdaje się pozostawać w klimatach bardziej durowych. Szósta część, to ballada, która uroczo nabiera kantów i zadziorów, zaś szczególnie smakowita wydaje się, tkana z samych drobiazgów i mikro fraz, część dziewiąta. Jedenasta improwizacja stara się być wyjątkowo abstrakcyjna. Echo gitary, saksofon na poziomie trzeciego piętra i dynamika, która przychodzi niespodziewanie, stawiając oba instrumenty do pionu.

 


Eli Wallace and Beth McDonald  Solo​/​Duo (Eschatology Records, CD 2020)

Brooklyński label Eschatology odwiedzamy regularnie, i jak dotąd, nigdy się nie zawiedliśmy. Nie inaczej jest w przypadku niniejszej płyty, która zawiera rozbudowaną, solową ekspozycję pianisty Eli Wallace’a, a także jego duet z tubistką Beth McDonald (nagrane na żywo, ale w studiu, Chicago, lipiec 2019 roku; łącznie prawie 56 minut). Z intrygującą pianistyką Wallace’a spotkaliśmy po raz przy okazji doskonałej płyty kwartetu XNN. Tu, w absolutnie samotnej improwizacji, a także skromnym duecie, muzyk po raz kolejny udowadnia, iż jego dane personalne winny być zapisane w kajetach wszystkich ważnych wydawców i recenzentów muzyki improwizowanej.

Eli zaczyna swój popis minimalistycznymi preparacjami. Ślizga się palcami po strunach i sprawia, że jego instrument zaczyna śpiewać i wydawać przeciągle piski. Muzyk dodaje do tego ambarasu kilka półakordów wprost z klawiatury, w ramach stosownych zdobień i pewnego rodzaju słupów dramaturgicznych. Zaczyna budować jakby dwie narracje - jednocześnie bije powykręcany rytm z klawiatury i szoruje struny, sięgając na samo dno wielkiego instrumentu. Dobywa z piana tyle dźwięków, że istnieje podejrzenie, iż ma przynajmniej cztery ręce. Gra zresztą całym ciałem, tupie nogami, trzeszczy krzesełkiem, oddycha i parska. Po chwili spowolnienia rusza w nową podróż, bogatą w wydarzenia, dobrą dynamikę i ekspresję. Dancing percussion with dirty melodies! Jego lewa ręka gra rozkruszony ragtime z akcentami perkusyjnymi, prawa tańczy przedmiotami na gołych strunach. Prawdziwy cyrkowiec! W okolicach 20 minuty obie ręce artysty zdają się powoli osiągać konsensus w zakresie stosowanych technik gry. Flow płynie głównie dźwiękami z klawiatury, raz za razem zdobionymi mikro frazami z pudła rezonansowego. Na zakończenie seta muzyk powraca do minimalizmu i drobnych preparacji. Przeciąga struny, strzela małymi fajerwerkami, ma tysiące pomysłów na sekundę.

Spotkanie duetowe zaczyna się w mroku i ciszy. Struny fortepianu zdają się być oderwane od dźwięku, a tuba pozbawiona dopływu powietrza. Muzycy prowadzą narrację dość nieśmiało. Tuba sprawia wrażenie, jakby bała się swojej mocy, a piano nie do końca wie, na ile może sobie pozwolić w takich okolicznościach przyrody. Choć trzeba przyznać, że pianista czyni wiele, by ogromnego dęciaka zachęcić do lotu. Więcej emocji dostajemy po wybiciu kwadransa. Tuba zaczyna żyć zmysłowymi short-cuts, a piano preparować dźwięki całego, wielkiego fortepianu. Na finał artyści schodzą w okolice ciszy i głęboko oddychają po nerwowej wymianie uprzejmości, czynionej dobrze nam znaną metodą call & responce.

 

sobota, 17 czerwca 2017

Setsfree! Torrecillas! Lash! ABC Trio! Shepherds of Cats! Makemake! – fresh fruits for rotting vegetables! *)


Dziś okresowa zbiorówka recenzji świeżych, jeszcze pachnącym folią płyt, trochę wbrew przyjętym zasadom – stosunkowa skromna, dodatkowo w połowie miesiąca. Powody są dwa, równie istotne.

Po pierwsze mamy długi weekend, co w oczywisty sposób sprzyja tego rodzaju ekscesom piśmienniczym. Po drugie – do odtwarzaczy Pana Redaktora trafiło w ostatnich tygodniach kilka płyt, które – poza faktem bycia tegoroczną świeżynką – łączy fakt, iż firmują ją muzycy mniej znani, mniej hołubieni i czczeni na scenie muzyki improwizowanej, co w ciekawy sposób wpisuje się w mój prywatny syndrom bezczeszczenia pomników chwały i postaci trwale uczepionych do firmamentu. Innymi słowy – na Trybunie znów idzie nowe, młode, jurne i bezczelnie interesujące.

Nasz podróż, jak to często bywa na Trybunie, będzie miała walor turystyczny. Zaczniemy od cudnej Barcelony (z drobnym incydentem w Buenos Aires!), potem polecimy do Bristolu i Manchesteru, przy czym w trakcie pierwszego z brytyjskich akordów doświadczymy czegoś na kształt albumu pomostowego, albowiem będzie on hiszpańsko-angielski. Drugi zaś będzie miał także wymiar polski, co skutecznie pomoże nam pokonać kolejną odległość, albowiem na sam koniec naszej dzisiejszej wycieczki… chwilę pomieszkamy we Wrocławiu.

W trakcie dzisiejszej zbiorówki pojawią się nazwy i nazwiska w większości Wam nieznane, zatem proszę się nie dziwić, iż przy omawianiu każdej z płyt, listować będę z imienia i nazwiska muzyków odpowiedzialnych za daną porcję dźwięków.


Setsfree  The Secret of Light (Discordian Records, 2017)

Jako się rzekło, startujemy w Barcelonie. Przed nami najnowsza pozycja katalogowa Discordian Records (z numerem 099). W Estudis Bonso zjawiło się siedmiu muzyków, których winniśmy przedstawić niezwłocznie: Agustí Martínez – saksofon altowy, Liba Villavecchia – saksofon tenorowy, altowy i sopranowy, Xavi Tort – trąbka, Rafa Zaragoza i Ramon Solé – gitary elektryczne, Eduard Altaba – kontrabas, Quico Samsó – perkusja. Nagrania pochodzą z dwóch różnych sesji z lat 2013 i 2015. Pięć zwartych segmentów muzycznych, po którymi podpisują się kolektywnie wszyscy muzycy. Analiza personalna septetu, który przyjął nazwę Setsfree wskazuje, iż mamy tu de facto do czynienia z triem Agusti Martineza (dwa ostatnie nazwiska tworzą w nim sekcję), rozbudowanym o dwa dęciaki i dwie gitary z prądem.




Początek płyty jest niezwykle spokojny. Muzycy subtelnie wgryzają się w strukturę zaproponowanej improwizacji. Czynią to pojedynczymi partiami dźwięków, budując ciekawe relacje i czyniąc zwinne interakcje w ramach siedmioosobowego składu. Obie gitary bardzo wyważone i zdyscyplinowane (co będzie zresztą przywarą wszystkich instrumentalistów, w trakcie całych ponad 50 minut nagrania). Przejście do bardziej dynamicznej narracji odbywa się bardzo płynnie i bez szwów. Przed nam dobry, rasowy jazz, chwilami mocno uwolniony. Odrobinę przeleżakowany (patrz: data rejestracji), ale niewstrząśnięty i dalece miły dla ucha. Bez indywidualnych popisów, w duchu 200%-owej demokracji, prawdziwie ludowej. Bardzo podoba mi się gra gitarzystów, którzy potrafią stwarzać ciekawy, nieco psychodeliczny background dla rozbudowanej sekcji dęciaków. Ten kolektyw muzyczny brnie do przodu z dużą gracją. Muzycy doskonale się słuchają, bystro reagują, nie krzycząc na siebie. Ta świetna kooperacja toczy się w atmosferze twórczego samograniczania się artystów, a także dużej determinacji, by zaskakiwać. Każdy z muzyków woli zagrać o frazę mniej, by partnerowi z boku pozostawić więcej przestrzeni. Nie brakuje tu chwil kreatywnej nostalgii i bardzo stonowanych narracji. Chwile konwulsyjnych eskalacji zazębiają się i są bardzo wytrawne, choć recenzent dostrzega, że stanowią mniejszość w stosunku do spokojniejszych fraz.

The Secret Of Light to płyta, która niczego nowego nie wnosi do historii muzyki improwizowanej, jakkolwiek daję jej, w pełni odpowiedzialnie, zieloną rekomendację (high!). Być może akurat na tej płycie determinantą sukcesu okazało się nie to, co muzycy grają, ale jak grają.


Jorge Torrecillas Ensamble  Una búsqueda infinita (Discordian Records, 2017)

Czas na niebanalną wycieczkę… do Buenos Aires! W stolicy Argentyny spotykamy frapujący kwintet, który w trakcie kluczowego nagrania na płycie, rozrośnie się do septetu.

Najpierw wszakże kartoteka: Inti Sabev – klarnet i klarnet basowy, Agustin Zuanigh – trąbka, Jorge Torrecillas - saksofon altowy i tenorowy, kompozycje, Pablo Vazquez – kontrabas i elektronika, Santiago Lacabe – perkusja oraz dodatkowo w utworze czwartym dwie Panie - Maria Eugenia Irianni - flet i Carolina Thiers – głos i skrzypce. Warto dodać, iż przynajmniej dwóch muzyków ze składu podstawowego Ensemble znajdziemy na wcześniejszych płytach barcelońskiej wytwórni.




Una búsqueda infinita, to być może najbardziej jazzowa płyta w katalogu Discordian Records, który liczy już blisko sto pozycji. Mamy zgrabnie podane, iście hard-bopowe tematy, ciekawą aranżację i pełnokrwiste improwizacje. I choć niewiele dzieje się tu przypadkowo, nawet detale brzmieniowe zdają się być zmyślnie podyktowane, to płyty słucha się naprawdę w dużą przyjemnością.

Zdecydowaną perełką w zestawie jest kompozycja Urano. To właśnie wtedy kwintet rozrasta się do septetu. Tuż po ciekawej introdukcji wygenerowanej na kablach, do naszych uszu trafia ponadgatunkowy fajerwerk muzyczny. Kameralistyczna linia melodyczna zdobiona jest przez piękny kobiecy głos, wsparty także o flet i skrzypce. Natrafiamy na sonorystyczne inkrustacje, akustyczne zadziory, rozbudowane dyskusje w podgrupach. Stylistyczna efemeryda, którą śmiało możemy otagować hasłem post-awangarda. Smakowite!

Rekomenduję na bardzo mocne middle (żółte!), z dużą podpórką high (zielone!) za wyjątkowy fragment Urano.


Dominic Lash Quartet  Extremophile (Iluso Records, 2017)

Czas najwyższy na zapowiadany album pomostowy. Jesteśmy w Bristolu, a na deskach tamtejszego Uniwersytetu, kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i perkusjonalia, Dominic Lash – kontrabas, Ricardo Tejero – saksofon altowy i klarnet oraz Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet. Panowie zagrają siedem kompozycji, autorstwa głównie Lasha, który czyni tu obowiązki gospodarza i personalnie lidera Kwartetu. Dwuosobowy zaciąg brytyjski być może stanowi najbardziej znaną personalnie frakcję dzisiejszej zbiorówki, ale – wydaje mi się – Panowie Lash i Ward wciąż zaliczać się mogą do świeżej krwi europejskiej muzyki improwizowanej.




Jak wspomniałem, materiałem wyjściowym dla czwórki artystów są kompozycje. Wszakże w trakcie muzykowania są one dewastowana bardzo udanymi improwizacjami, dalece kompetentnymi i wysokogatunkowymi. Anglicy rżną zwinne septymy na potęgę, a ich improwizacje iskrzą i eksplodują raz za razem. Strona hiszpańska pełnowymiarowa, ale nie ekscytująca. Jakkolwiek jazz pełną gębą z drobnymi (przynajmniej w początkowej fazie płyty) aspiracjami free. W zasadzie nagranie przez 2/3 swojej długości toczy się na wyższym stadium artystycznej poprawności. Pierwsze syndromy improwizacyjnego anarchizmu odnajdujemy w trakcie czwartego utworu Palpito. Wtedy to muzycy zapominają o wytycznych z pięciolinii, interakcje stają się czupurne, bardziej ekscytujące. Ciekawie odnajdujemy, tuż po nim, duet klarnetowy, który potraktować możemy jak subtelny dysonans akustyczny. Ostre, rockowe wejście gitary – epizod kolejny - być może nie jest najlepszym rozwiązaniem w tym akurat momencie, ale stawia muzyków w ciekawej opozycji wobec oczekiwań słuchacza, który nastawił się na jazzowy przekaz. W ten oto sposób docieramy do finałowej pieśni Mixed, Mixed. 14 minutowa improwizowana epopeja, pełna zgrzytów, ekspresyjnych pyskówek i niebanalnych wtrętów melodycznych, która skutecznie maskują niedoskonałości wcześniejszych fragmentów.

Zatem finalna rekomendacja – mimo wcześniejszych ambiwalencji – będzie zasłużenie zielona (high!).


ABC Trio (Sam Andreae, David Birchall, Andrew Cheetham) ‎ The Difficult Second Album (Tombed Visions, 2017)

Przystanek Manchester i frapujący label muzyczno-artystyczny Tombed Visions, specjalizujący się głównie w wydawaniu… kaset magnetofonowych. Dziś poznamy dwie jego produkcje, które raczej na zasadzie wyjątku ukazały się w formacie kompaktowym.

Najpierw trio o niezbyt oryginalnej nazwie… ABC. Personalnie to: Sam Andreae – saksofon tenorowy i… gwizdki, David Birchall – gitara i wzmacniacz (cytuję za opisem płyty) oraz Andrew Cheetham – perkusja i perkusjonalia.




Przed nami extremaly textured improvisation (znów cytat). Zatem nie będzie lekko! Przy okazji, zgodnie z zabawnym tytułem, druga pozycja w dyskografii formacji. A w środku – kolektywna, definitywnie cielesna improwizacja, która – gdy zechce – zwinnie przechodzi we free jazzowy galop sześciu kopyt. Muzycy, bez kompromisów, idą po swoje, jak do Kolonialki po schłodzony browar. Dużo tu artystycznej bezczelności, rockowej, wręcz punkowej buty. Z tymi trzema synami Królowej Matki, mężnie wkraczającymi w wiek średni, o poezji raczej nie porozmawiasz. Nie brakuje psychodelii, krautrockowych cytatów. Improwizacje są wyzwolone, śmiałe, pyskate do bólu.  Freak Out! Zapach fekalii Franka Zappy też jest wyczuwalny. W drugiej części płyty nie brakuje sonorystycznych zwarć w półdystansie, prowadzonych w estetyce typowej dla krnąbrnych Anglików, nietracących czasu na sentymenty. Na finał dopada nas znów krwista galopada, niemal reprint startu nagrania, którą wieńczą skromne macanki z tenorem w roli wiodącej

Nie da się zaprzeczyć, iż fragmenty spokojniejszej narracji bardziej nęcą ucho recenzenta, niż free rockowe eskalacje. Bo czyż idea zaniechania nie jest królową improwizacji? Do takiego przynajmniej wniosku prowadzi wnikliwa analiza trzeciego fragmentu płyty. W ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż gitarzysta jest tu postacią zdecydowanie najciekawszą. Ma dużo fantazji i stertę wspomnień z odsłuchu wiekopomnych płyt Dereka Baileya!

Rekomendacja? Zielona (high!).


Shepherds of Cats & Günter Heinz  Shepherds of Cats & Günter Heinz (Tombed Visions, 2017)

Przed nam teatr iście piekielny! Wielogatunkowa muzyczna hybryda, wyposażona w duży ładunek literatury, deklamacji i krzyków, a także wyjątkowo swobodnie improwizowanych dźwięków.

Na scenie kwartet angielsko-polski, ukrywający się pod nazwą Shepherds of Cats. Personalia muzyków są następujące: Adam Webster – cello, looper, vocalisations and sectionable wittering, Dariusz Błaszczak – singing bowls, gongs , porcelain bells; Aleksander Olszewski – dohola, vocals, cymbals, hira daiko, broken guitar tuner, tank drum oraz Jan Fanfare – clavinet D6, looper, voice (celowo nie tłumaczę instrumentarium, by dodatkowo zaintrygować czytających te słowa, być może przyszłych potencjalnych słuchaczy). Gościem kwartetu jest niemiecki puzonista Günter Heinz (także flet i … knack-frösche).




Oto i wyjątkowy spektakl dźwięku i słowa, z dużą porcją ekspresyjnego aktorstwa! Twórczy, muzyczny chaos, w którym artystycznym środkiem wyrazu jest głównie… rozpoznawanie walką. Grupa zdrowych na umyśle szaleńców plus niemiecki puzonista, ze sporym doświadczeniem, także na polu muzyki współczesnej. Pasja, histeria, determinacja, a jednocześnie zabawa. Formą, wymyślnymi instrumentami, opisem sytuacji dramaturgicznej (choćby mnóstwo literatury w tytułach poszczególnych części). Ten paroksyzmujący  incydent muzyczny przypomina mi nagrania improwizacyjnej załogi angielskiego perkusjonalisty Terry'ego Daya People Band, który funkcjonował artystycznie na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia.

Gitara, która być może wcale nie jest gitarą, wiolonczela, dzwonki, zabawki instrumentalne, głosy, puzon. Wielka maszyna produkująca dźwięki, która snuje groteskową, nasączoną absurdem opowieść, która zdaje się nie mieć początku, ani końca. Obok głośnych, wręcz free jazzowych mikroeskalacji, sporo w tej muzyce transu, medytacji (zwłaszcza puzon!) i tekstu przelewającego się z gardła do gardła, niczym zbyt ciepła wódka. Z minuty na minutę docierają do nas coraz spokojniejsze, wręcz ładne dźwięki. Kontemplacja, swoiste mantrowanie. Także bezczelne i bezceremonialne królowanie literatury i melolorecytacji. Pod koniec szczypta elektroakustyki i muzycznych impro-przepychanek ciekawie komplikuje obraz całości. Artystyczny, kontrkulturowy melting pot, z którego co pewien czas wyłaniają się pasjonujące chwile wzmożonej ekscytacji, po obu zresztą stronach sceny. Jako 55 minutowy spektakl broni się jedynie rekomendacją żółtą (middle!), ale nie przestaje intrygować (te kobiece głosy z offu po wybrzmieniu, w języku polskim…, poczułem się jak na premierze Inland Empire Davida Lyncha). Z pewnością warto wracać do tego wydarzenia.


Makemake  Something Between  (Zoharum, 2017)

Oto i krajowy incydent improwizowany. Druga płyta duetu dość młodych jeszcze gitarzystów z południowej Polski, dewastujących swoje instrumenty szarpane pod szyldem Makemake: Rafał Blacha – gitara preparowana, elektronika i Łukasz Marciniak – gitara, elektronika.

Słowo się rzekło, jesteśmy we Wrocławiu, w dużej sali Centrum Kultury Agora. Nie ma publiczności, jest za to aż dziewięć porządnych mikrofonów, które zbierać będą ulotne preparacje dźwiękowe muzyków. Siedem fragmentów, niespełna trzy kwadranse muzyki.




Oniryczny klimat preparacji z dużą dawką prądu i sporego okablowania. Duży pogłos, który chroni przed zbytecznymi przesterami. Post-gitarowa, strukturalnie wolna improwizacja, bazująca wszakże na tzw. punktach stycznych, które porządkują ewaluowanie procesu dźwiękowej kreacji (opis wydawnictwa sugeruje formułę open compositions, co nie jest złym tropem). Zmyślne i nieprzegadane użycie elektroniki, która stanowi tu raczej rodzaj przystawki, przetwornika, odrobiny lukru na żywym cieście, nie zaś wartości samej w sobie. Ciekawe fragmenty, dynamizujące proces improwizacji, naznaczone sugerowaniem interesującej sytuacji rytmicznej. Nie brakuje ambientowych klimatów, nie koniecznie w estetyce dark. Fragmenty bardziej oczywistego frazowania na gitarze elektrycznej, w ocenie przemądrzałego recenzenta, nie są być może najwłaściwszym kierunkiem rozwoju muzyki Makemake. Tu – zdałoby się więcej preparacji, a mniej ilustracyjności. Także odrobinę wzmożonej dramaturgii w procesie narracji, widzianym jako zamknięta całość. Jeśli pierwszy odcinek podobał mi się najbardziej, to ostatni … wręcz przeciwnie.

Rekomendacja żółta (middle!), której z przyjemnością daję zieloną podpórkę (high!), albowiem recenzenckie ambiwalencje być może są jedynie skutkiem gatunkowego niedopasowania się, piszącego te słowa, do intencji muzyków.


*) ang: świeże owoce dla zgniłych warzyw. Przy okazji tytuł pierwszej płyty hard-core punkowej załogi Dead Kennedys z roku 1980.


piątek, 19 maja 2017

Tom Chant – The Story of Separate Wanderer/ La historia de rodamon per separate *)


Nadprodukcja dźwięków jest immanentną cechą muzyki improwizowanej. Teza ta często pada na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej, co więcej stała się inspiracją dla jej podtytułu.

Dyskografie największych tuzów tej muzyki wypełniłyby szafę stąd do Władywostoku. Muzyka powstaje nieustannie, jej twórcy chcą ją upubliczniać, a wydawcy produkować. Trochę gorzej jest na końcu tego swoistego łańcuszka pokarmowego. Tych, którzy chcieliby kupować efekt finalny tego procesu, czyli płyty, jakby…. ubywało. Ale rozważania te nie są przedmiotem niniejszej opowieści.

Dziś zaprezentujemy dorobek artysty, który egzystuje trochę na przekór wyżej zaprezentowanym tendencjom. Mimo blisko dwudziestoletniej obecności na scenie muzyki improwizowanej, jego dyskografia nie przekroczyła dotąd… kilkunastu pozycji (licząc płyty z jego personaliami w roli autora lub współautora).

Oto przed nami, urodzony 42 lata temu w Dublinie, wychowany, także muzycznie w Zjednoczonym Królestwie, od wielu lat rezydujący w Barcelonie, doskonały saksofonista i wybitny improwizator – Tom Chant i jego muzyka. Poznajmy najważniejsze epizody w jego dotychczasowym, improwizowanym życiu.




Nasza opowieść będzie miała dalece turystyczny wymiar. Rozpoczniemy od jak najbardziej współczesnej wizyty w pięknej Barcelonie, potem cofniemy się w czasie o blisko dekadę, by gościć w pewnym paryskim mieszkaniu. Następnie – po raz kolejny naruszając chronologię wydarzeń - dłuższą chwilę spędzimy w Londynie, by na sam koniec powrócić do stolicy Katalonii i dokładnie sprawdzić, co działo się tam w roku 2011.


Przystanek Barcelona - sztuka wolnej improwizacji

W duchu dobrze rozumianej, iście filmowej dramaturgii, zacznijmy od trzęsienia ziemi. Pewnego wczesnowiosennego dnia trzy lata temu i w dwa kolejne dni lutego następnego roku, Tom Chant rejestruje w Barcelonie trzy niezwykłe spektakle muzyki swobodnie improwizowanej. Poznajmy je z istotnymi detalami.

L' Ateneu, Barcelona, 15 marca 2014. Na scenie nasz bohater, uzbrojony w saksofon tenorowy i sopranowy. Po lewej flance wspomagać go będzie Lê Quan Ninh, po prawej Núria Andorrà. Oboje grać będą na instrumentach perkusyjnych. Nagranie – nieprzerywane przez zbędne pauzy -  potrwa 55 minut, a edytorsko odnajdziemy to jako Live at L'Ateneu Barcelonès (Discordian Records, 2014).




Dalece wyszukane techniki artykulacyjne Chanta, on sam i jego buchająca fajerwerkami wyobraźnia, wepchnięte zostają pomiędzy dwa silnie sonoryzujące zestawy perkusjonalii. Gdy te, z wytrwałością godną największego szacunku, polerują powierzchnie płaskie, saksofon stara się je… naśladować. Gdy ten ostatni eskaluje przedechy, napotyka na ripostę podwójnego, okrężnego drummingu. Narracja jest zwinna, nie popada w galop, a każdy z muzyków stara się podążać ku jednorodnemu brzmieniu całego tria. To ewoluowanie w kierunku akustycznej symbiozy sprawia, że w wielu momentach domyślamy się autora dźwięku jedynie po tym, skąd do nas dociera dociera. Owo zatracenie źródła dźwięku, bardzo charakterystyczne dla zaawansowanych, współczesnych technik improwizatorskich, będzie nam towarzyszyć w trakcie całego koncertu. I dodatkowo silnie stymulować naszą wyobraźnię. To swoiste, wielokierunkowe naśladownictwo muzycy realizują perfekcyjnie. Każdy z nich, naprzemiennie, staje się inicjatorem ciekawego sonorystycznie rozwiązania, które stanowi bodziec do reakcji dla partnera. Prawdziwa symfonia pomysłów! Dramatyczny, trójgłowy demiurg! Być może muzyczna wersja społecznej zasady imitacji. Brzmienie obu perkusjonalistów zdaje się być elektroakustyczne, choć żadne znaki na niebie i ziemi, nie wskazują na użycie jakichkolwiek amplifikacji (być może to efekt pogłosu sali koncertowej). Dwie prawdziwe, rozszalałe suwnice kolejowe! Gdy na moment saksofon zamilknie, stworzą iskrzący, niebywale elokwentny, post-elektroniczny dialog. Kaczy powrót dęciaka, który brzmi jak sopran, choć może to tenor, eskaluje emocje i wzbudza u wszystkich nastroje wojownicze - agresywni dobosze vs. wirujący wokół własnej osi saksofon. Jedynie słuszną reakcją, po eksplozywnym wybrzmieniu, zdają się być sonorystyczne igraszki na pograniczu ciszy. W atmosferze wzajemnych uszczypliwości, prowadzą nas one na manowce akustycznej przyjemności, o delikatnie elektroakustycznym (znów!) posmaku. Z kajetu recenzenta: prawdziwa orgia zmysłów odpowiedzialnych za słuch! Na finał muzykanci delikatnie ześlizgują się z sonorystycznego szczytu, który przed momentem był ich udziałem. Osuwają się w ciszę, w artystyczny niebyt, któremu istotny sens nadają dopiero burzliwe oklaski z drugiej strony sceny.

Discordian Studio, Barcelona. 27 lutego 2015 roku. A w środku, już gotowi do walki - Susana Santos Silva na trąbce, Vasco Trilla na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym. Będą improwizować w dziewięciu odcinkach, które potrwają łącznie 52 minuty. Edytorsko zwać się to będzie The Paradox Of Hedonism (Discordian Records, 2015). **)




Pierwszy. Zdaje się, że w także tym nagraniu zasada imitacji będzie często stosowanym środkiem artystycznego wyrazu. Kąśliwe sonore na dwa dęciaki i perfekcyjnie zwinną maszynę perkusyjną. Drugi. Wietrzenie rur, tak tej blaszanej, jak i tej drewnianej. Przedmuchiwanie zapleśniałych dyszy, polerowanie krawędzi werbla omszałym smyczkiem. Spektakl wielowymiarowych technik artykulacyjnych. Trzeci. Kolejny krótki interwał, tak jak poprzednie, stanowiący dramaturgicznie zamkniętą całość. Ten akurat leje się przez ręce, jest refleksyjny. O ile Tom stara się być delikatnie psychodeliczny, o tyle Susana brnie w nieco oczywiste rozwiązania. Vasco na boku dłubie swoje robótki ręczne i nic sobie nie robi z drobnych złośliwości recenzenta. Finał etiudy jest wszakże pyskaty, lubieżnie wyszczekany. Czwarty. Kołysanki dla niekoniecznie grzecznych dziewczynek i takiż chłopaków. Minimal art of choice and gently noise, rzekłby poeta. Skupienie jest tu definitywnie metodą twórczą. Piąty. Cichy tupot mew o pusty pokład. Dużo wyczekiwania na linii Susana-Tom (a może zbyt wiele artystycznego respektu). Vasco wykorzystuje okazję i bierze sprawy w swoje ręce, nawet pozwala sobie na … rytmiczne bębnienie.  W efekcie – drobna galopada i udana próba eskalacji hałasu. Szósty. Trójgłos niemal oralny. Długie, lepkie dźwięki, choć na skrzyżowaniu trąbki i saksofonu, znów trochę za dużo imitacji, a za mało separatywnych, wrogich kreacji. Vasco ponownie czeka na przebieg wypadków… Dramaturgicznie, nagranie nie posuwa się do przodu. Siódmy. Perkusista jakby dosłyszał uwagi recenzenta i dynamicznie opukuje swoją drummerską maszynerię. Na bokach w zasadzie bez zmian. Tom trochę hałasuje, a Susana dmie. Końcowe sekundy tego fragmentu są jednak zaskakujące ogniste. Ósmy. Ze skrzydeł dobiegają groźne pomruki, a Vasco smykuje – wszyscy na pograniczu ciszy. To właśnie w tym momencie konsekwentne porzucenie zasady imitacji, pcha tę minimalistyczną narrację ku nieoczywistym rozwiązaniom i gotuje umysł recenzenta (dzieje się!). Dziewiąty. Susana zdaje się zmieniać instrument, brzmi bowiem jak… okaryna. Vasco frasobliwie drży. Tom intrygujaco pracuje na dyszach. Jakby im wszystkim wody odpłynęły. Pomysł goni pomysł. Finał płyty zadość czyni wszelkim ambiwalencjom recenzenta. Z kajetu tego ostatniego: świetny początek, odrobinę przegadany środek i wyśmienite, zaskakujące zakończenie. Dodajmy - po skutecznym odrzuceniu zasady imitacji. Ot, cały paradoks hedonizmu.

Golden Apple Studios, Barcelona. 28 lutego 2015r., czyli dokładnie 24 godziny po … rejestracji Paradoksu Hedonizmu. Tom Chant - saksofon tenorowy i sopranowy, Ferran Fages - gitara akustyczna i Núria Andorrà – perkusjonalia. Będą niezwykle swobodnie improwizować przez blisko 54 minuty. Ich wyczyny poznamy w czterech częściach, pod wspólnym tytułem Un cuc dins l'ull (Discordian Records, 2016).




Uno. Od pierwszego dźwięku wpadamy w mroczne zakamarki zdewastowanej psychiki, być może całkiem zdrowych muzyków. Trzaski, mikrogrzmoty. Aura skrytości, pokrętnej tajemniczości. Ferran sprzęga się w wymiarze akustycznym, brzmi soczyście i niemal demonicznie. Nuria zdziera membranę z werbla, a Tom przedmuchuje dysze. Narracja toczy się leniwie, trochę jak w poszukiwaniu utraconego dźwięku (męska część załogi na pewne doświadczenia w nagraniach dla angielskiej Another Timbre Records). Do granicy ciszy jest już tak blisko, że chwilami trudno słuchaczowi ogarnąć zamysł dramaturgiczny aktorów. Skupienie na pojedynczym dźwięku szczytuje u każdego z muzyków ( typowe w takich wypadkach, problemy z rozpoznawaniem ich źródła stają się naszym udziałem). Zwłaszcza gitara i akcesoria perkusjonalistki zdają się grać tym samym tembrem. Jeśli już muzycy łapią odrobinę decybeli, zlewają się w trójgłowy dron, a atmosfera całości intrygująco gęstnieje. Ferran nieustannie stawia słuchacza w obliczu dysonansu poznawczego – być może używa tajemniczych przedmiotów i wczepia je w swój instrument, gdyż efekty foniczne jego działań są permanentnie zaskakujące. Płynna narracja, stabilna dramaturgia nie obniżają wszakże poziomu trudności w odbiorze tej rejestracji, nawet dla wyrobionego odbiorcy. Dos. Kolejne akustyczne zaskoczenie… Ferran jednak gra na gitarze, a tu robi to na sposób odrobinę bardziej konwencjonalny. Zdobi pojedynczymi akordami, głębokie wdechy Toma. Nuria poleruje talerze. Innymi słowy – tym razem bez elektroakustycznych zagadek. Incydentalnie ten fragment potrafi być nawet głośny. Tom zwinnie moduluje tembr saksofonu, Nuria brzmi, jakby uciekła do głębokiej komory akustycznej, a Ferran stawia akordy o zmiennych parametrach, trochę na zasadzie call & response, pozostając jednak w opcji separatywnej. W wyniku niespodziewanej, dość subtelnej eskalacji, finał drugiego robi się wręcz noisowy, kapkę industrialny. Tres. Miniatura, mniej niż pięć minut. Jak mlaśnięcie ozorem… Ferran sprawia wrażenie, jakby grał na dęciaku. Nuria udźwiękowia słuchowisko kryminalne, a Tom grzmi na tłustym tenorze. Manipulacje na gitarze znów intrygują ponadnormatywnie. Cuatro. W parzystych numerach gitara powraca z tradycyjnym soundem. Tom testuje swój sto pięćdziesiąty dziewiąty rodzaj aktywności akustycznej na tej sesji. Nuria w permanentnej podcierce. Trochę się tu wszyscy siłują, trochę do siebie mizdrzą, trochę przechwalają, kto zagra najbardziej frapujący dźwięk. Gdy udaje im się zlepić w industrialne ciasto, jakość tej improwizacji rośnie w tempie geometrycznym. Eskalacja, koherentne zwarcia dodają tej muzyce polotu, uroku, swoistej kompatybilności. Finał jest gęsty, niebanalny, złowieszczo i długo wybrzmiewa…


Przystanek Paryż – powrót do przeszłości

Na osi czasu cofamy się o prawie pełną dekadę. Fizycznie, uroczą Barcelonę zamieniamy na nieco zapyziały, choć równie zjawiskowy Paryż. By poznać, być może najwybitniejsze jak dotąd, nagranie z udziałem Toma Chanta, niespodziewanie gościć będziemy musieli w … prywatnym mieszkaniu. Jest 21 kwietnia 2005 roku. Właścicielem nieruchomości okazuje się libański gitarzysta i perkusjonalista Sharif Sehnaoui. Zagra nam na gitarze akustycznej. Zaproszony gość wyposażony zostanie jedynie w saksofon sopranowy. Panowie w stanie wrzenia improwizacyjnego pozostaną przez blisko 68 minut. Na płycie efekt ich wysiłków (all music by the musicians) poznamy w trzech częściach, opatrzonych tytułami. W nieistniejących sklepach z dobrą muzyką odnajdziemy je pod szyldem Cloister (Al Maslakh Records, 2006).




Us Three. Emocje od samego startu - pot, westchnienia, zgrzyty, szemrzący wrzask. Poczucie zatracenia źródła dźwięku, czyli … jesteśmy w domu. Szczęśliwie wiemy, że saksofon grzmi w lewym uchu, a gitara rzeźbi w prawym. Wiele wydarzeń toczy się na pograniczu ciszy. Sharif szarpie się ze strunami. Tom szuka najdelikatniejszego dźwięku na sopranie, jest bliski grania bezgłośnego, aż czuć smak suchej dyszy. Być może, co sugeruje tytuł, muzyków jest nawet trzech. Gdy udaje im się zdynamizować ten onomatopeiczny dialog, pełen nieoczywistych kwestii, sound ich instrumentów kładzie recenzenta na kolana (z kajetu tegoż: akustyczne fajerwerki!). Narracja improwizacji jest niebywale zmienna. Co dwie, trzy minuty każdy z muzyków generuje po kilka nowych pomysłów na rozwój sytuacji akustycznej. Industrialny noise, wielowymiarowe, stylistyczne hybrydy, a przed nami wciąż … tylko dwóch facetów, z dwoma skromnymi instrumentami nieamplifikowanymi. Wyobraźnia muzyków święci boskie niemal tryumfy. Dźwięki teoretycznie płyną do nas z Paryża, ale słychać w nich zgiełk libańskiej pustyni, jej nieprzewidywalność i grozę dnia codziennego z jednej strony, a pochrapywanie Królowej Matki z drugiej.

Four Sputnik. Definitywnie pasyjna gitara w opozycji do sopranowego drona. Tu każdy pomysł artystyczny ma rację bytu. W tym akurat momencie mamy wrażenie, że grają dwaj wytrawni perkusiści (okolice 4 minuty), zwłaszcza Sharif reprezentuje takie konotacje brzmieniowe. Każdy z muzyków jest tu małą orkiestrą, która wydaje z siebie miliony dźwięków jednocześnie, choć dynamika narracji jest dalece umiarkowana. Zmieniając tę sytuację, muzycy jakby odkrywali istotę akustyki swoich instrumentów, co eskaluje poziom entuzjazmu recenzenta, poza granice jego skromnej percepcji. I znów dotyka nas zmiana kierunku improwizacji, bo tutaj stan permanentnej zmiany, jak w każdej korporacji, konstytuuje jakość muzycznego spotkania w domowym zaciszu. Moment czystego frazowania, nieczęsty w trakcie prawie 70 minut nagrania, także stanowi tu wartość samą w sobie. Kolejna, dwieście czternasta zmiana sposobu artykulacji i narracji jest brylantowa, dalekowschodnia, ujmująco niewspółczesna, jakby nie z tego świata (16-17 minuta tego fragmentu, to być może moment kluczowy tego wydawnictwa).

What About Seven? Podmuchy mroźnego sopranu i perkusyjne łyżeczkowanie gitarzysty (innymi słowy – bardzo swobodny drumming). Statyczno-dynamiczny zadzior, który finalizuje się bez rozszarpywania ran, dając asumpt do krwistej galopady, nie pierwszej dziś, ale z pewnością najbardziej dynamicznej. Po perfekcyjnym wyciszeniu – intrygujące szorowanie nabrzmiałych instrumentów. I ciągle tysiąc pomysłów na sekundę, jak dobić tonącego w euforii recenzenta. Dowody rzeczowe? Proszę bardzo – wielowątkowy, oniryczny pasus, pachnący upalonym lontem bomby, która nie ma zamiaru wybuchnąć (okolice 15 minuty). Muzycy potrafią pozostawać przez wiele minut w czeluściach psychodelicznego transu, gdy gitara jednego z nich ewidentnie cuchnie rozgrzaną do czerwoności pustynią. Z kajetu recenzenta: wyborne! Sharif – nowy wymiar preparowanej gitary, w czysto akustycznym aspekcie! Pod koniec brzmi, jakby to Vasco Trilla uruchomił swoją wibrującą maszynę perkusyjną! A na lewym skrzydle narracji, sopranowa poezja incydentu dętego – ta właśnie wersja wynalazku Adolfa Saxa najpełniej oddaje kunszt Toma Chanta! To jest jego instrument! Genialna płyta!


Przystanek Londyn –  wolny jazz epoki ponowoczesnej

Być może recenzent winien w tym momencie nieco wystudzić emocje, płynące z odsłuchu kolejnych doskonałych nagrań z udziałem Toma Chanta, ale obawia się, iż… jest to niemożliwe. Definitywnie i bezceremonialnie meldujemy się bowiem w Londynie! I w komplecie stawiamy na koncercie w The Network Theatre (Waterloo). Kalendarz podpowiada, iż jest 13 czerwca 2012 roku. Na scenie nasz bohater (saksofon tenorowy i sopranowy) i dwóch takich, co to nie biorą jeńców – John Edwards na kontrabasie i Eddie Prevost na perkusji. Ów trójgłowy, istotnie freejazzowy demon będzie improwizował przez blisko 75 minut. Dostaniemy to w dwóch częściach, na płycie All Change (Matchless Recordings, 2014).




Sekcja jak dzwon i diabelski saksofonista! Będzie się działo! Od pierwszego oddechu Toma efektowny, boleśnie współczesny free jazz staje się naszą bezczelnie prawdziwą rzeczywistością. Bez nadmiernie eksponowanych pasaży i popisów indywidualnych, skupiony, bezpretensjonalny pokaz artystycznych środków wyrazu trzech wspaniałych muzyków. Przy okazji, także moment na odnalezienie potencjału, kompetencji i poziomu kreatywności Toma na tle ultra kosmicznej sekcji rytmicznej. Saksofonista świetnie sobie radzi w skupionych narracjach free improv, doskonale czuje się także w krwistych, jazzowych frazach, klasycznie zdeterminowanych fragmentach opowieści. Melodyka, wachlarz improwizacyjnych grepsów, wyobraźnia, dryl i zwykły pomyślunek są wielkimi atutami Chanta. Do 25 minuty gra na tenorze, potem chwyta za sopran i z miejsca staje się królem polowania. Brzmi jak Coltrane, by po kilku sekundach zamienić się w ornitologiczną poczwarkę, która ryje nam beret specyficznym sub-soundem (może gra w nogawkę, jak na tegorocznym koncercie z Vasco Trillą w Barcelonie, w Soda Acustic). Sekcja stawia nas permanentnie do pionu swymi nieludzkimi kompetencjami. Pod koniec części pierwszej cała trójka idzie na sonorystyczne zwarcie. Chant momentalnie łapie klimat z Edwardsem, który w trakcie incydentalnego popisu solowego, żłobi wyostrzonym smyczkiem bruzdy w podłodze. Saksofonista zwiewa kurz ze strun kontrabasu z gracją gwałciciela lokalnych niewiast. Ale smakowite! No i znów te nogawkowe brzmienie!

Krążek All Change firmowany jest nazwiskami wszystkich muzyków (z Tomem na pierwszej pozycji). Nie sposób nie odnieść tej muzyki do efektów poprzednich spotkań tej trójki improwizatorów, które miały miejsce wiele lat wcześnie, jednakże wówczas, pod szyldem Eddie Prevost Trio. Co równie istotne, pierwsze kroki na polu muzyki improwizowanej Chanta, to właśnie płyta Touch (1997) tegoż tria. Dwie kolejne, to The Virtue In If (2001) i The Blackbird's Whistle (2004, wszystkie stanowią rejestracje studyjne, a wydane zostały przez Matchless Recordings). Warto zauważyć, że na dwóch pierwszych Chant gra wyłącznie na saksofonie sopranowym, zaś na trzeciej – na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym. Te trzy incydenty free jazzowe można potraktować jako swoistą szkołę przetrwania dla młodego, pełnego ambicji muzyka. Posłuchajmy, cóż interesującego pojawia się na tych wydawnictwach.

Chant, wyposażony w drobny saksofon sopranowy, dzielnie wkleszcza się w rozpadliny gęstej narracji kontrabasu i perkusji. Jak hartowanie szkła, szlifowanie diamentu – Tom wychodzi z tego umorusany od sadzy, lepki od potu, ale zdecydowanie zwycięski. Sekcja jest zwarta, krnąbrna i wcale nie ułatwia zadania aspirantowi. Chant dostaje od niej jednak tak wiele swobody, przestrzeni i pikantnych podpowiedzi, że śmiało może przetrenować wszelkie nowe pomysły w zakresie technik artykulacyjnych. Znów świetnie plasuje sound saksofonu na tle smykowatych pasaży kontrabasisty. Szczególnie w piątym numerze drugiej z sopranowych płyt, ta dwójka osiąga kosmiczną symbiozę, a w trakcie finału łączy się w soniczny dron, który wyjątkowo długim dwudźwiękiem, wieńczy doskonałe nagranie.

Na ostatniej z płyt tria Prevosta, nasz adept jest już starszy o kilka lat, wypełniony nowymi, wartościowymi doświadczeniami. Sięgając po tenor potrafi być istotnie zadziorny i szukający swady. Gdy dmie w klarnet basowy, zaczyna nawet rządzić starszymi kolegami i rozstawiać ich po kątach, zwłaszcza w narracjach bardziej dynamicznych. W czwartym numerze daje sygnał, iż śmiało mógłby stanąć w szranki rywalizacji z samym Dolphy’m. Całe nagranie aż kipi z emocji, jest naładowane pozytywną, muzyczną agresją. Sekcja gra, jakby była podłączona pod sieć wysokiego napięcia, a saksofon, co rusz pokrzykuje z radości. Finał znów jest dwugłosem Chanta (bcl) i Edwardsa, tym razem w klimacie deep listening music.


Przystanek Londyn – elektroakustyczna współczesność

Czas na moment kastracyjnego wyciszenia. Pozostajemy w Londynie, ale przenosimy się do obiektu sakralnego. Właśnie rozpoczął się nowy, 2009 rok (jego czwarty dzień). Muzycy przytargali do Kościoła St. James opasłe tomy pięciolinii (John Cage, Michael Pisaro), głowy mając wypełnione literackimi inspiracjami (Samuel Becket, William Bronk). Personalnie są z nami – Tom Chant (saksofony i klarnet basowy), Angharad Davies (skrzypce, obiekty), John Edwards (kontrabas) i Benedict Drew (elektronika, obiekty). Zagrają długo (prawie 70 minut) i wielowymiarowo (także bez wskazówek z pięciolinii), a w nasze łapska dostanie się po niedługim czasie krążek Decentred (Another Timbre, 2009).




Reader, Listen: Harmony Series No.10 (komp. Pisaro; dźwiękowo jedynie kontrabas i skrzypce). Jednorodne, krótkie, przerywane ciszą pasaże unisono, kreowane przez dwa strunowce. Piękne brzmienie i … emocjonalna pustka. Cisza pomiędzy dźwiękami zdaje się mieć więcej życia w sobie. A jest tu jej, istotnie w nadmiarze.  Activation (Improvisation). Do żmudnej walki o odzyskanie uwagi słuchacza rusza cały kwartet. Konwencja search & reflect. Bez szczególnego napięcia, ale z silnie zaznaczającym swoją obecność Chantem na klarnecie basowym. W tle subtelna, nienatarczywa elektronika, sycząco-skwiercząca. Dynamika improwizacji jest trupia, ale w końcu jesteśmy w szponach Another Timbre! A muzycy i tak sprawiają wrażenie, że łypią okiem w kierunku pulpitu (tu: czystego jak łza). Four 6 (komp. Cage, … 30 minut, kwartet). Ciekawe akustycznie cykady, mruk kontrabasu i świergot dęciaka. Incydentalnie frapujące brzmieniowo interakcje na linii kontrabas-saksofon sopranowy (Edwards vs. Chant, skąd my to znamy?!). Nie brakuje innych, równie doskonałych interakcji akustycznych. Ale, czy te perły łączą się w spójną całość? (w głowie kompozytora – na pewno!). Ponownie iskrzy na linii kontrabas-dęciak (bcl), a pytanie, kto brzmi piękniej i dobitniej, pozostaje retoryczne, wszak jesteśmy w kościele, mając doskonałą akustykę jako … dopust boży. Natłok akustycznych egzorcyzmów jest imponujący, ale emocje u recenzenta przyjmują wartości ujemne. Jeśli interakcja pomiędzy muzykami jest zaprogramowana, a nie intuitywna, czar pryska… La Voix Qui Dit: Harmony Series No.8d (komp. Pisaro, skrzypce i klarnet basowy). Tytuł brzmi jak adres pocztowy. Mikrodron atakowany (łechtany) przez incydentalne pomruki klarnetu. No action, no pain niestety. Decentring (Improvisation). Znów muzycy w komplecie. Po takiej marszrucie z pięciolinii, dryg do improwizacji u muzyków w całkowitym zaniku… Snują się po kątach i obgadują maniery kompozytorów współczesnych. Wydają niezobowiązujące dźwięki, które odrobinę ze sobą konweniują, delikatnie łaskocząc po skroniach wynudzonego recenzenta. Takie mało dotkliwe call & response. Sopran Chanta zgłasza się do odpowiedzi i podejmuje trud ratowania tej stanowczo za długiej płyty (okolice 8 minuty). Ale filharmonia wyszła właśnie na kawę i nie ma z kim pogadać.  Flux: Harmony Series No.8a (komp. Pisaro, kontrabas i elektronika). Szum z kabla kreuje ciekawy dysonans poznawczy. Cisza jako jedyny dostępny kontrapunkt. Z kajetu recenzenta: (brak wpisów).


Barcelona wcześniej – retrospektywa 2011

Dżdżysty Londyn opuszczamy bez żalu. Tym bardziej, że wracamy do Barcelony! Sprawdźmy, jakie nagrania współtworzył Tom Chant w pierwszych miesiącach swojej katalońskiej rezydencji. Jest rok 2011. To właśnie wtedy, wenezuelski saksofonista i kompozytor El Pricto skutecznie zawiązuje inicjatywę edytorską pod nazwą Discordian Records. Nagrania powstają niemal każdego tygodnia, a katalog nowego, sieciowego labela rośnie w oczach. Oto przed nami krótkie anonse, dotyczące aż sześciu krążków (wszystkie by Discordian Records ***)), które nagrane zostały w Barcelonie w tamtym, ciekawym roku, a w powstaniu których znaczący udział miał nasz dzisiejszy bohater.

Bruitage I & II  (nagrane w lutym, 2011). Ogniste trio, które łączy w pełni akustyczne saksofony Toma Chanta i perkusję Javiera Carmony z gitarą elektryczną Pablo Regi. Sześć dość swobodnych improwizacji, pomieszczonych na dwóch wydawnictwach, łącznie ok. 77 minut. Zderzenie doom metalowej gitary i duetu bez prądu, który pragnie zaistnieć fonicznie. Rega wchodzi w ten tygiel bez jakichkolwiek jazzowych naleciałości. Ma power i tysiące pomysłów na sekundę. Cuchnie psychodelią, smakuje rockowym sztafażem. Nie brakuje mu także pokory, potrafi zejść na drugi plan i dać zaistnieć Chantowi i Carmonie. Tak dzieje się już w połowie pierwszej płyty. Saksofonista ma wtedy swoje pięć minut i nie odpuszcza. Drugi krążek zyskuje na wartości dzięki wygłuszeniu emocji i skupieniu się każdego z muzyków na brzmieniowych detalach. Rośnie też wzajemne zrozumienie i skłonność do kooperacji. Finał pokazuje więcej niż obiecywał hałaśliwy początek.




ACME (kwiecień?, 2011). Kolejna w pełni free improv propozycja. Intrygujący kwartet na dwa saksofony (Chefa Alonso na sopranie, Tom Chant na tenorze i sopranie) i krwistą motion sekcję (Barbara Meyer na wiolonczeli i Javier Carmona na perkusji). Cztery traki, niespełna 40 minut emocji. Od razu dodajmy – wielkich emocji! Saksofony przez całe nagranie pozostają w konwulsyjnym zwarciu, grają bez przerwy i wiją się wokół siebie, jak przypalone węgorze. Dyskutują, poklepują wzajemnie, nie stroniąc od uroczych, rozwichrzonych harmonii. W tle pląsa jakże kobieca w dotyku, plumkająca wiolonczela i wybrzmiewa nienachalny, pałeczkowaty drumming. Szczególnie zmysłowe zdają się być dialogi dwóch saksofonów sopranowych. Gdy w finale wiolonczela zaczyna drapieżnie smyczkować, dęciaki puentują to wyborną eskalacją. What a game!

A Man With A Hyena, Live At Robadors23 (wczesna jesień, 2011). Ostatnia w tym zestawie całkowicie swobodna improwizacja, tu w trzyosobowym składzie. Chantowi (saksofony, tu określone edytorsko jako reeds) towarzyszą Javiera Garcia na basie (to niechybnie kontrabas, ale istotnie amplifikowany) i Dani Dominguez na perkusji. Trzy duże kwadranse free jazzowej młócki. Chanta oczywiście stać na wszelkie subtelności, ale w towarzystwie tej sekcji nie dostaje szansy. Głośno, ostro i w ciągłym, nie zawsze przyjaznym zwarciu. Jedynie środek tego koncertu, gdy sekcja trochę odpuszcza, pozwala nam rozkoszować się kunsztem improwizatorskim Toma. Recenzent tylko nie wie, kto w tym zestawie został określony mianem Hjeny?

Na koniec dwie bardzo szczególne i dobitnie wartościowe płyty, za którym stoi przede wszystkim iście renesansowy geniusz El Pricto. Twórcy, który był głównym kreatorem obu przedsięwzięć, acz w najmniejszym stopniu muzykiem, realizującym określone potoki dźwiękowe.

Slaugtherhouse-Five (kwiecień, 2011). Po naszemu Rzeźnia Numer 5! Skojarzenie z jedną z najlepszych powieści Kurta Vonneguta, jak najbardziej stosowne. Jak donosi opis płyty, koncepcja, kompozycja (dwie z pięciu części) i dyrygentura po stronie El Pricto, zmyślne i kreatywne wykonawstwo po stronie kwintetu. Ten ostatni to trzy kolory saksofonów – altowy (Agustí Martínez), barytonowy (Xavier Díaz Herrera) i tenorowy (Tom Chant), kontrabas (Miguel Serna) i perkusja (Javier Carmona). Oto i wyjątkowa muzyka – ledwie 32 minuty dynamicznej, wspaniale zagranej i precyzyjnie dyrygowanej opowieści o urokach brzmienia saksofonów. Feeria barw, zwrotów akcji, pyskówek i zgodnych chórów piekielnych. Opowieść pełna rubasznego humoru, godnego zaiste wielkiej literatury, która ją zainspirowała. Ilustracyjna petarda, która urodą przypomina chwilami lekko upalonego Komedę. Doskonałe!




Orgonite, Protozoa (późna jesień, 2011). Na finał tej okropnie długiej opowieści, freejazzowy nieomal kwartet, bogobojnie poddany dyrygenturze El Pricto. Dwa saksofony (Tom Chant, sopran i tenor oraz Don Malfon, alt i baryton), kontrabas (Alvaro Rosso) i perkusja/ perkusjonalia (Javier Carmona). Dwa fragmentu autorstwa El Pricto (wspaniałe, rozbudowane, bogate aranżacyjnie perły … free jazzu), trzy pozostałe by Orgonite (bardziej swobodne improwizacje, wszakże realizowane pod czułem okiem dyrygenta). Zjawiskowa płyta, która rozkłada recenzenta na cztery łopatki. Gdzie leży granica między sterowaną kreacją, a buńczuczną spontanicznością? A może dopiero mieszanka tych elementów daje naprawdę wartościowy efekt? El Pricto, wyjątkowy muzyk i twórca, który stawia pytania i zostawia nas z pustką braku jednoznacznych odpowiedzi.


*) Historia Osobnego Wędrowca
**) krążek ten był już recenzowany na Trybunie, jednakże z mniejszym stopniem szczegółowości
***) przypominam, że wszystkie pozycje katalogowe Discordian Records dostępne są w streamingu i plikach audio na stronie discordianrecords.bandcamp.com.