Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Von Schlippenbach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander Von Schlippenbach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2025

Gjerstad, Schlippenbach & Narvesen in Seven Tracks!


Powracamy do letnich nowości nowojorskiego The Relative Pitch Records. Tym razem spotkanie artystów, którzy w różnych konfiguracjach personalnych grywali ze sobą niejednokrotnie, ale nigdy nie czynili tego w takim trio. Dwóch weteranów sceny free impro - saksofonista/ klarnecista Frode Gjerstad i pianista Alex von Schlippenbach w towarzystwie drummera Daga Magnusa Narvesena, któremu trudno przypisać miano weterana, ale z pewnością nie zasługuje już na miano młodego, nieopierzonego.

Nagranie okazuje się zaskakująco dobre, co w przypadku tego młodszego jest normą od dawna, ale w przypadku obu starszych Panow niekoniecznie, szczególnie w kontekście ich dokonań artystycznych na przestrzeni ostatnich kilku lat. Śmiało możemy bowiem skonstatować, iż dawno nie słyszeliśmy tak energetycznego i kreatywnego grania ze strony Gjerstada, a i sięgający dziewięćdziesiątki Schlippenbach zdaje się być tu w wybornej formie. Siedem historii, zgodnie z tytułem, każda rozciągnięta w czasie pomiędzy pięć, a siedem minut. Nic, tylko słuchać!

 


Muzycy inaugurują album w pełni kolektywnym strumieniem fonii, ale nie będą tego czynili zawsze. W dalszej części nagrania chętnie dzielą się na duety, choć każdorazowo jedynie we fragmencie danej improwizacji. Ta pierwsza stawia na swobodny jazz z kameralnym backgroundem pianisty. Krzywe melodie, zgrabnie łamana rytmika, krótkie solowe zagrywki, bardziej jako prowokacje i próby wszczynania ciekawych dyskusji na argumenty jakościowe. Trio świetnie czuje się na wzniesieniach, a trzeba dodać, iż w nostalgiczne doliny zapuszcza się tylko okazjonalnie, co na ogół bywa udziałem pianisty. Drugą odsłonę otwiera duet saksofonu i piana. Nagranie ma kilka faz o zróżnicowanej dynamice, intrygująco pachnie bluesem. W kolejnej części gra zaczyna się od perkusji i piana, zdaje się silnie kameralna, ale zadziorny dęciak nie zostaje obojętny na takie rozwiązanie.

W czwartej improwizacji aż kipi od ekspresji godnej free jazzu. Najpierw perkusja i dęciak, potem czarne klawisze piana sieją zniszczenie. Wszystko jest tu rozwichrzone, połamane, odarte z melancholii i zbyt nachalnej melodyki. Piąta część zdaje się być drobnym przystankiem na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Rodzaj post-chamber, które zasilają jazzowe sterydy. Kolejną porcję jakości przynosi szósta improwizacja, zadzierzgnięta przez pianistę. Potem do akcji wkracza perkusista, a na końcu wyjątkowo zadziorny klarnecista. Emocje znów sięgają zenitu, a jedynym, który stara się kontrolować przebieg wydarzeń wydaje się pianista. Finałowa improwizacja także nie szczędzi nam atrakcji. Melodyjna, rytmiczna, ale nasiąkniętą jurną dynamiką i kreatywnością. Z jednej strony szczypta post-classic piana, z drugiej gęsta faktura perkusji i klarnetowe komentarze. Same smakołyki!

 

Gjerstad, Schlippenbach & Narvesen Seven Tracks (Relative Pitch, CD 2025). Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet, Alexander von Schlippenbach – fortepian oraz Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, styczeń 2024. Siedem improwizacji, 42 minuty.




piątek, 24 listopada 2023

The November’ Round-up: The Beholder's Share! The Bridge! Flora! Almost Invariably! Zyft! Zabelka! Gucik & Kravos! Builder & Choboter!


Listopadowa zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt gotowa do czytania! To edycja o dużym ciężarze gatunkowym, pełna zacnych i jakże rozpoznawalnych w świecie muzyki improwizowanej nazwisk. Obok nich znajdziemy także pokaźne grono naszych dobrych znajomych z południowo-zachodniego krańca Europy, i jak zwykle przy tej okazji, kilka nowych person do zapamiętania!

Będzie dużo jazzu w jak najbardziej swobodnym wydaniu, zarówno akustycznych zabaw, jak i psychodelicznych tripów godnych klasyki fussion, będzie kilka oceanów improwizacji wyzwolonej ze wszelkich ram gatunkowych, a także odrobina post-jazzowej kameralistyki.

Nasza marszruta zaczyna się w Londynie. Potem zagramy pod dyktando naszych ulubionych improwizatorów z Półwyspu Iberyjskiego, nie bez przestrzennych akcentów polskich, a zaraz po nich pojawi się wątek amsterdamski i austriacki, ten drugi także w akcentami zamorskimi. Na koniec dwa międzynarodowe duety – pierwszy zakotwiczony w Łodzi, drugi w Kopenhadze.

So, welcome to heaven & hell of improvised music!




Alex Bonney/ Paul Dunmall/ Mark Sanders The Beholder's Share (Bead Records, CD 2023)

Sansome Studios, Londyn, listopad 2022: Alex Bonney – trąbka, syntezator modularny, laptop, Paul Dunmall – saksofony oraz Mark Sanders – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Brytyjskie spotkanie trzech muzycznych pokoleń, ubrane w szaty swobodnie improwizowanego jazzu, intryguje nie tylko z uwagi na klasę muzyków i dramaturgię, ale także wyjątkowo udane łączenie brzmień syntetycznych z akustyką dwóch dęciaków i perkusji. Każda z trzech opowieści budowana jest na starcie przez syntezator modularny i elektronikę, które aranżują przestrzeń ambientowym tłem i sekwencją drobnych, syntezatorowych plam. Dodajmy, iż ów background pozostaje z muzykami na ogół do końca danej ekspozycji. Dopiero na tak przygotowany grunt wchodzi trąbka i czyni interesujące dialogi z saksofonem, wsparte na niebywale kompetentnym drummingu.

Początek nagrania jest prowadzony w wolnym tempie. Elektronika buduje mroczne tło, saksofon snuje melodie, a perkusja formuje stelaż narracji. Smak post-fussion pojawia się dość szybko, choć sama trąbka wydaje pierwsze dźwięki dopiero po upływie kilku minut. Z czasem muzycy osiągają stan stabilnego, nieprzeładowanego emocjami free jazzu. Drugą opowieść otwiera drummer, który inicjuje delikatny rytm. Wokół niego snują się plamy syntetyki i saksofonowe preparacje. Wraz z upływem minut narracja nabiera tempa. W połowie wielominutowej improwizacji muzycy zdają się opadać na samo dno. Przez moment słyszymy jedynie czysto brzmiące dęciaki. W dalszej części nagrania dużo do powiedzenia ma kreatywny perkusista, ale trzeba zauważyć, iż warstwa syntetyczna nie ogranicza się jedynie do budowania tła. Podobnie rzecz się ma w trzeciej odsłonie, gdy kreatywność Bonneya koncertuje się na brzmieniach nieakustycznych. Narracja ma tu wiele twarzy, bywa pokrętna, oniryczna, tajemnicza, bywa też ekspresyjna, stymulowana świetną robotą Sandersa. Finał należy do Dunmalla, który sięga po saksofon sopranowy i nadaje całości jakże dla niego charakterystyczny, post-folkowy sznyt.



The Bridge (Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Haker Flaten, Gerry Hemingway) Beyond the Margins (Trost Records, CD 2023)

Pardon To Tu, Warszawa, październik 2022: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Haker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 56 minut.

Kolejne – po kwartecie This Is Our Language - międzynarodowe spotkanie mistrzów gatunku zaaranżowane i poprowadzone przez portugalskiego tenorzystę. Choć wiemy z wielu historii, że nazwiska same nie grają, a zaawansowani wiekowo artyści potrafią muzykować na pół gwizdka, przywary te nie dotyczą kwartetu The Bridge! Prawie godzinny zapis koncertu z Warszawy sprzed roku, to kosmiczna jakość free silnie osadzonego w jazzowym idiomie. Całość składa się z czterdziestominutowego seta głównego i dwóch, ponad siedmiominutowych encores.

Faza otwarcia trwa ledwie kilka chwil. Kwartet bez zbędnej zwłoki wpada w strumień kolektywnych improwizacji, które przebierają różne formy, ale stronią od czysto solowych ekspozycji. Świetna komunikacja i bystre interakcje tworzą tu niebywały koloryt. Nie brakuje udanie porcjowanego swingu i melodii, ale nade wszystko free jazzowej ekspresji, którą dostarczają tu wszyscy. W połowie seta ma miejsce kameralne interludium (ze smyczkiem na kontrabasie), a kolejna wspinaczka na free jazzowy szczyt wiedzie bardziej krętą, wyboistą drogą i wydaje się być jeszcze bardziej urokliwa. Improwizacja incydentalnie prowadzona jest w trio, ale tym, który milknie nie jest bynajmniej niemiecki pianista, ale prawie trzy dekady od niego młodszy portugalski saksofonista. Oczywiście wyborną robotę czyni tu sekcja rytmu, która rzadko wychodzi z roli akompaniatora, znajduje jednak kilka znaczących chwil tylko dla siebie. Dwie dodatkowe improwizacje także skrzą się melanżem udanych akcji. Pierwszy epizod nabiera dynamiki z woli saksofonisty, a gaśnie kreatywnością pianisty. Druga dogrywka startuje z pozycji post-swingowej ballady, ale eksploduje prawdziwie aylerowskimi emocjami, jest bowiem rodzajem repryzy nieśmiertelnego Ghosts. Szczególnie zjawiskowy jest dronowy finał, zdobiony wokalizami perkusisty.



 

Marcelo dos Reis Flora (JACC Records, CD 2023)

Blue House Studio, Portugalia, maj 2023: Marcelo Dos Reis – gitara i kompozycje, Miguel Falcão – kontrabas oraz Luis Felipe Silva – perkusja. Sześć utworów, 41 minut.

Marcelo Dos Reis sprawia wrażenie artysty, który w ostatnich latach przesunął ciężar zainteresowań z muzyki swobodnie improwizowanej na ekspozycje ubrane w kształtne i powabne kompozycje własne. Najpierw był precyzyjnie skonstruowany album solowy, potem dobrze zaaranżowany duet z Luisem Vicente, teraz muzyk z Coimbry proponuje nam autorskie trio, wykonujące kompozycje, które śmiało możemy określić mianem jazz-rocka! Ów trend nie budzi może nadmiernego entuzjazmu pośród zwolenników free impro, ale przyznać trzeba, że wszystko, czego tknie się Marcelo jest najwyższej jakości.

Pierwsza piosenka ma tu rockowy sznyt, niemal taneczny, acz nasączony jazzem rytm i niewyczerpane zasoby melodii. Zdobią ją efektowna solówka gitarzysty, realizowana na dużej dynamice. Druga i trzecia kompozycja są połączone. Opowieść zaczyna się dwustrumieniową gitarą, zaczerpniętą z duetowej płyty z Vicente. Ambient w tle i swobodna, na początku łagodnie frazująca gitara, której towarzyszy równie precyzyjny motyw basu. Na tym tle swoje małe przełomy realizuje perkusja, a całość pretenduje do miana post-ballady w stanie nieważkości. Po rozwinięciu w rockowy, tudzież jazz-rockowy motyw całość przypomina nagrania Mahavishnu Orchestra i piękne lata 70. ubiegłego stulecia. Czwarta część sprawia wrażenie komentarza do drugiej kompozycji, ma podobną strukturę, wieńczy ją jednak dość ekspresyjne zakończenie. W przedostatnim utworze sekcja rytmu pracuje niemal funkowo. Dynamiczna, na poły taneczna ekspozycja mieni się tu wieloma kolorami, pośród których znów doszukać się można klimatów fussion sprzed niemal pół wieku. Ostatnia opowieść startuje w estetyce bluesowej. Zgrabnie uformowany, wytłumiony motyw idealnie wpisuje się w konwencję farewell song. W drugiej fazie nagrania emocje biorą jednak górę, a melanż jazzu i rocka spina album niebanalną klamrą stylistyczną.



 

Almost Invariably (Luciano Bagnasco, José Lencastre, João Valinho) Almost Invariably (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Estúdio Namouche, Lizbona, styczeń 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara oraz João Valinho – perkusja. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Hiszpański Argentyńczyk i para Portugalczyków w post-jazzowym tańcu, który syci się mnóstwem ponadgatunkowych inspiracji. Lubimy takie sytuacje, a nagrania całej trójki śledzimy na tych łamach na bieżąco. Synkopowana estetyka jest tu jedynie punktem wyjścia, bowiem kreatywność muzyków, umiejętność budowania dramaturgii i zdolność kooperacji sprawiają, iż całe nagranie mieni się wyjątkowo efektowną paletą barw.

Słowo się rzekło, otwarcie albumu płynie spokojną strugą lekkiej, jazzowej gitary, masą śpiewnego saksofonu i dobrze konstruowanej narracji drummingowej. Artyści nie idą jednak w tango, szukają ciekawszych dźwięków, preparują i interferują. Już na początku drugiej odsłony gitarzysta włącza mroczny, ambientowy tryb, a narracja nabiera dalece nieoczywistego wymiaru. Swobodna, dość leniwa opowieść szyta jest jednak nerwowym pulsem perkusji, a z czasem nabiera mocy niemalże free jazzowej. Emocje rosną tu wraz z każdym pokonanym kilometrem. W trzeciej części energia wewnętrzna tria zdaje się systematycznie przybierać na wartości. Dynamiczna gitara łapie post-rockowe fluidy, dubowe echa i psychodeliczne naleciałości. Saksofon dba o linearność narracji i odpowiednia dawkę melodyki, nie szczędząc nam oryginalnych przedechów, a perkusja klei wszystko w zwartą całość. Czwarta opowieść delikatnie tonuje emocje, płynie od gęstej post-ballady do open-jazzowej, melodyjnej ekspozycji. Końcowa improwizacja świetnie reasumuje cały album. Na starcie mieni się bystrymi preparacjami, potem formuje w efektowny dron i łapie zarówno dubowe, jak i post-bluesowe zdobienia. Akcja goni tu akcję, a ostatnia prosta kipi od niebywałych emocji.



 

Zyft (Henk Zwerver, Ziv Taubenfeld, Maya Felixbrodt) Triangle Moments (Creative Sources, CD 2023)

Splendor, Amsterdam, czerwiec 2023: Henk Zwerver – gitara akustyczna, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy oraz Maya Felixbrodt – altówka. Sześć improwizacji, 37 minut.

Swobodna improwizacja, które czerpie inspiracje z wielu źródeł, która zaskakuje zarówno dramaturgią, jak i brzmieniowymi subtelnościami, zdaje się być każdorazowo zbiorem wyjątkowo atrakcyjnych dźwięków. Drugi album międzynarodowego (i jakże wielopokoleniowego) tria Zyft idealnie wpisuje się w ów model.

Artyści zaczynają swą podróż z dużym ładunkiem energii, sycąc improwizację pewną drapieżnością, czy wręcz hałaśliwością – oto prawdziwe free chamber na sterydach! Narracja zdaje się być efektownie rozkołysana, frywolna, pełna emocji i niemal wirtuozerskich popisów instrumentalnych. W tym tyglu zdarzeń gitarzysta przemyca nam kilka bystrych, post-klasycznych fraz. Druga opowieść budowana jest drobnymi, rwanymi dźwiękami, ma swoją taktyczną dynamikę, ale bywa też mroczna i zamyślona. Muzycy panują nad ekspresją, ale definitywnie lubią puszczać wodze fantazji i wpadać w niemal chocholi taniec. W trakcie długiej narracji jest tu miejsce na urokliwe preparacje violi, strunowe pląsy gitary i klarnetowe pojękiwania. W następnej części pojawiają się kolejne nowe elementy – drony, smyczkowe akcje na gryfie gitary i bolesne śpiewy altówki. Na koniec tego fragmentu narrację tworzą wyłącznie strunowce, a całość smakuje neoklasycznie. Podobnie brzmi część czwarta, w całości pozbawiona brzmienia klarnetu, doposażona jednak akcentami perkusjonalnymi. Dla opisu piątej odsłony śmiało możemy ukryć określenia post-barok, a nawet post-renesans - wszystko wszakże skapane jest tu w nieskończonej kreatywności muzyków. Końcowa improwizacja bazuje na minimalistycznej gitarze, delikatnie roztańczonym klarnecie i kolejnych akcentach percussion, tym razem prawdopodobnie realizowanych rękoma altowiolinistki. Ostatnia prosta, to plemienny rytuał dźwięku – drobne frazy z wielu źródeł połączone swobodnym tańcem, wieńczącym jakże piękną podróż.



 

Mia Zabelka feat. Alain Joule & Tracy Lisk Duos (Setola Di Maiale, CD 2023)

Klanghaus Untergreith/ Sankt Johann, Espace/ Montreal, Dauphin Street Studio/ Philadelphia, maj 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, kompozycje oraz Alain Joule - violoncello z perkusjonalnym rozwinięciem, kompozycje (utwór pierwszy) i Tracy Lisk – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje (utwór drugi). Dwa utwory, 53 minuty.

Austriacka skrzypaczka, kompozytorka i improwizatorka, chętnie korzystająca z własnego głosu, jest ważną postacią europejskiej sceny muzyki eksperymentalnej od dawna. Swoje wydawnictwa upublicznia jednak niezbyt często, zatem nad każdą propozycją pochylamy się z należytą uwagą. Nowa płyta jest zbiorem dwóch duetów w sytuacjach koncertowych (podwójne miejsca ich rejestracji nie do końca są tu zrozumiałe) i przynosi wyjątkowo pokaźną porcję ekspresyjnych, dość jednak hałaśliwych improwizacji. Brzmienie obu koncertów jest definitywnie punkowe, ale nie wiemy, czy to efekt jakości nagrania, czy też … masteringu Lasse Marhauga, który lubi brud i noise.

Pierwszy duet, to taniec dwóch instrumentów strunowych, przy czym zestaw Alaina Joule jest doposażony perkusjonalnie. Brudne brzmienie, pokaźny ładunek ekspresji, gęsta, interaktywna narracja i kilka definitywnie noise’owych incydentów. Oba strunowce sprawiają wrażenie, jakby były amplifikowane, przez co opowieść nie jest pozbawiona quasi rockowych naleciałości, choć jednocześnie nie stroni od post-barokowych uniesień. Gdy Zabelka sięga po wokal, wydaje się, że przepuszcza go przez jakieś urządzenie elektroniczne. W dalszej fazie tej części albumu muzycy zdają się wkładać w swoje wypowiedzi odrobinę więcej melodyjności i subtelności. Druga improwizacja prowadzona jest w towarzystwie pełnowymiarowego zestawu perkusyjnego. Mimo, iż obraz całości nie przestaje nosić znamion hałasu, opowieść wydaje się bardziej przyswajalna fonicznie. Także głos skrzypaczki jest tu bardziej czysty, choć równie ekspresyjny – czasami przypomina scat, innym razem zdeformowany beat box. Perkusja czasami płynie rockowym szlakiem, bywa też bliska emocji free jazzu. Narracja w wielu momentach sprawia wrażenie bokserskiej wymiany ciosów. Emocji mamy tu doprawdy mnóstwo.



 

Jakub Gucik & Tilen Kravos Infuzja (Antenna Non Grata, CD 2023)

Ignorantka, Łódź, Lipiec 2022: Jakub Gucik – wiolonczela oraz Tilen Kravos – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 48 minut.

Łódzka Ignorantka i jej piwniczna scena, to miejsce spotkania polskiego wiolonczelisty i słoweńskiego gitarzysty, dodajmy, w trakcie jednego z bardziej upalnych dni ubiegłorocznego lata. Spotkania z założenia improwizowanego, nastawionego na wymianę dźwięków nasyconych dużymi porcjami ekspresji. Choć to gitara jest tu amplifikowana, bywa, że z natury akustyczna wiolonczela jest instrumentem głośniejszym i bardziej temperamentnym. W każdym razie blisko pięćdziesięciominutowy koncert wypełnia sporo dobrych emocji i ciekawych zwarć w półdystansie.

Już na starcie muzycy sycą narrację dużym ładunkiem mocy. Rockowe wiosło wiolonczeli płynie po gęstej strudze czerstwego ambientu gitary. Improwizacja ma wyjątkowe szerokie spektrum dźwiękowe, od basowej podłogi po dubowy sufit. Muzycy bardzo chętnie wchodzą w dialog, który często bywa tu serią efektownych kuksańców. Na zakończenie pierwszego epizodu dostajemy garść fraz preparowanych. W podobnym klimacie budowany jest początek drugiej odsłony koncertu. Narracja przybiera tu szaty na poły taneczne - gitara dostarcza strzępy jazzu i bluesa, cello nie stroni od post-barokowych zdobień. Po fazie tłumienia i rozkołysania, opowieść wraca do ekspresji rocka i delikatnie zanurza się w psychodelii. Część trzecia jest bardziej mroczna, odrobinę minimalistyczna. Gucik sięga tu po tryb pizzicato, potem płynie rozśpiewanym arco, co Kravos konkluduje siłą dobrego rocka. Całość dogorywa w mroku ambientu. Czwarta historia, podobnie jak druga, bazuje na pewnej ulotnej rytmice. Trochę fraz imitacyjnych, garść preparacji, szczypta zdrowej psychodelii. Natrafiamy też na całkiem hałaśliwe interludium. Bo tego wieczoru w Ignorantce post-barok zbliżył się do noise-rocka na wyciagnięcie ręki.



 

Calum Builder & Matt Choboter Locusts and Honey (ILK Records, CD 2023)

St. Augustines Church, Kopenhaga, jesień 2020 (?): Calum Builder – saksofon oraz Matt Choboter – fortepian. Dziewięć utworów, 37 minut.

Dzisiejszą marszrutę kończymy w obiekcie sakralnym w Kopenhadze. Delikatnie brzmiący saksofon sopranowy Buildera płynąć tu będzie szeroką strugą pogłosu, a w rolę bystrego interlokutora wcieli się Choboter i jego niebanalny fortepian, traktowany naprzemiennie metodą inside i outside. Dwaj artyści z różnych części świata, zakotwiczeni w stolicy Danii, wtedy otoczeni drutem lockdownu, budują dramaturgię spektaklu z niebywałą precyzją. I bywa, że największe emocje wzbudzają w sytuacji, gdy decydują się pozostawić niektóre dźwięki w sferze ciszy.

Album otwiera fortepianowa introdukcja, budowana zarówno na klawiaturze, jak i gołych strunach. Oniryczna, odrobinę rytmiczna narracja napotyka na romantyczny śpiew saksofonu. Zaraz potem dęciak zdaje się wpadać w stan trwogi, którą implikuje preparowane piano. W kolejnej części saksofonista otwiera szeroko oczy i płynie głębokim, sakralnym oddechem. Post-barokowe początki są tu zaczynem bardzo ekspresyjnego rozwinięcia. Piano pozostaje w roli komentatora. Czwarta część stoi dysonansem – piano dobywa frazy jakby z głębi ziemi, saksofon tańczy w chmurach. Mroczny minimalizm versus post-folkowa melodyka. Piąta historia zdaje się być repryzą drugiej, z kolei szósta nasycona jest melancholijnymi frazami z klawiatury. Saksofon pojawia się tu jedynie na czas puenty. Siódma opowieść należy z kolei niemal wyłącznie do dęciaka. Taniec wokół własnej osi, tajemnicza wokaliza (pianisty?) i nad wyraz dużo kreatywności. W odsłonie przedostatniej mroczne, minimalistyczne piano najpierw budzi trwogę, potem sprawia, iż barwa saksofonowego strumienia robi się wyjątkowo matowa. Na zakończenie podróży muzycy jakby zyskiwali drugie życie. Ich improwizacja zdaje się być bardziej żwawa, intrygująco zagęszczona rozśpiewanymi frazami obu instrumentalistów.



 

wtorek, 31 stycznia 2023

Francois Carrier, Alexander von Schlippenbach, John Edwards & Michel Lambert! Unwalled!


Kanadyjska para improwizujących obieżyświatów – Carrier i Lambert – co roku wizytuje Stary Kontynent (z incydentalną, covidową pauzą) i grywa koncerty z muzykami lokalnymi, każdy z nich rejestrując, a potem, po starannej selekcji, niektóre z nich kierując do zaprzyjaźnionych wydawców. Bywa, iż cykliczne wizyty muzyków z Quebecu kończą się poważniejszym wydarzeniem w postaci rejestracji studyjnej. Z takim przypadkiem mamy właśnie do czynienia. Wiosną roku ubiegłego, w stolicy Niemiec do alcisty i perkusisty zza Wielkiej Wody dołączyli muzycy tak istotni dla historii gatunku, iż powstała z tegoż spotkania dokumentacja fonograficzna nie mogła ujść uwadze czujnego krajowego wydawcy. A w roli zaproszonych – pianista Alexander von Schlippenbach i kontrabasista John Edwards! No, to mamy super kwartet!

Kwietniowe spotkanie ułożone zostało edytorsko w pięć kilkunastominutowych improwizacji i dwie miniatury, które zdają się być częściami tej samej, nieco innej od pozostałych, kolektywnej zabawy w dźwięki. Każdy z muzyków tkwi tu głęboko w historii jazzu i free jazzu, jakkolwiek w trakcie prawie 80-minutowej podróży nade wszystko swobodnie improwizuje.



Pierwsza improwizacja startuje dalece kolektywnym strumieniem dźwiękowym – swobodnym, nieśpiesznym, z odrobiną melodii, jazzowym pulsem i szczyptą swingu na fortepianowej klawiaturze. Artyści łapią dynamikę, zdają się balansować na granicy free jazzu. Gdy w grze pojawia się kontrabasowy smyczek wcale nie tracą atrybutów tempa, wręcz ich działania zyskują na ekspresji. W toku wymiany improwizowanych myśli chętnie pracują w podgrupach – trio bez altu czy duet kontrabasu i perkusji. Z kolei w wolnych tempach opowiadają piękne historie osadzeni na wyjątkowo nisko frazującym smyczku. Po chwilach ujmującej nostalgii chwytają free jazz za gardło i plotą kolejne bystre opowieści. Ciekawie frazuje w ich trakcie pianista – raz jest ostry niczym brzytwa, innym razem rzewny i romantyczny, post-klasycznie usposobiony. Narracja syci się tu ciągłą zmianę, a tym, który niemal na każdej pętli kąsa jakością jest kontrabasista.

Druga opowieść w swej fazie początkowej szyta jest kameralnym ściegiem – rozmarzony alt, ciepłe klawisze piana, post-barokowy smyczek i szeleszczące talerze. Z tych drobnych, niekiedy minimalistycznych fraz muzycy budują całkiem zgrabną i dynamiczną intrygę. Narracja łyka tu kolejne kilometry dzięki ekspresji saksofonu, potem tańczy na skrzydłach kontrabasu. Trzecia historia, to pierwsza z anonsowanych miniatur. Niewiele ponad dwie minuty altowych śpiewów, fraz inside piano i smyczkowych pojękiwań. Kolejna, na powrót dłuższa forma rodzi się na klawiaturze i w tubie altu, wspierana ponownie smyczkiem i bystrą robotą perkusji. Znów dynamika pojawia się niejako samoczynnie, w cudzie kolektywnej improwizacji. W fazie końcowej szczególnie podobać się może zejście w tryb duetowy fortepianu i smyczka, ckliwie komentowany perkusyjnymi talerzami.

Piąta narracja początkowo snuje się niczym metafizyczna ballada o mglistym poranku. Ciepłe oddechy saksofonu, drobne preparacje piana i smyczka. Mający miejsce tuż potem spacer we czterech ma charakter bardziej spokojny, zdaje się być podszyty wewnętrznym nerwem kontrabasu i kojącym śpiewem dęciaka. Tym razem tempo dyktuje drummer, a kąśliwe uwagi w poprzek szyku narracji zgłasza pianista. Emocje rosną na koniec opowieści, gdy alcista zaciska zęby i wiedzie kolegów na drobne wzniesienie. Kolejna wielominutowa narracja też startuje w pozycji chill-outowej. Najpierw duet saksofonu i piana, potem dystyngowany krok pizzicato kontrabasu, który przez moment dyskutuje jedynie z rzeczonym pianem, a przez kolejny snuje samotną opowieść. Narracja kwartetowa formuje się tu po długich przygotowaniach, a oparta jest głównie na kolejnej eksplozji kreatywności kontrabasisty. Samo rozwinięcie realizowane jest już na dużej dynamice, ale przy milczącej aprobacie alcisty. Album wieńczy druga miniatura, która snuje się brudnymi, ale spokojnymi frazami każdego z muzyków, po czym intrygująco gęstnieje i nabiera końcowego wigoru.

 

Francois Carrier, Alexander von Schlippenbach, John Edwards & Michel Lambert Unwalled (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Francois Carrier – saksofon altowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Michel Lambert – perkusja. Nagrane w Studio ZentriFuge, Berlin, 27 kwietnia 2022. Siedem improwizacji, 78:30.

 

 

piątek, 15 października 2021

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach in The Field!


Wykorzystując sprzyjającą okoliczność, iż portugalski saksofonista Rodrigo Amado przebywa właśnie w naszym pięknym kraju na trzech koncertach - wraz z formacją Luis Lopes’ Humanization 4tet*) - zapraszamy na odczyt i odsłuch najnowszej płyty sztandarowej formacji tego muzyka, czyli Motion Trio. Nagrania zarejestrowano dwa lata temu w Wilnie w wyjątkowym towarzystwie – pianisty Alexandra von Schlippenbacha!

 


Muzycy rozpoczynają koncert kolektywnie, ale łagodnymi, dalece rozpoznawczymi frazami. Matowe piano z klawiatury, roześmiany, zrelaksowany saksofon, bystra perkusja i wiolonczela w swobodnym trybie pizzicato. Narracja budowana jest żmudnie, definitywnie w konwencji open jazzowej, strukturyzowanej wyłącznie wyobraźnią i improwizacyjną kreatywnością artystów. Wszyscy wzajemnie się stymulują, każdy szyje tu własny ścieg, który jednak świetnie zazębia się z akcjami partnerów. Opowieść gęstnieje do stanu niemal free jazzowego jeszcze przed upływem piątej minuty koncertu. Demiurgiem tempa i dramaturgii jest tu oczywiście saksofonista, ale nikomu w tym gronie nie można odmówić posiadania cech przywódczych.

Wraz z rozwojem sytuacji na scenie improwizacja zaczyna rozwarstwiać się i dzielić na intrygujące podstrumienie. Najpierw piano z wiolonczelą i perkusją pod wodzą pierwszego z instrumentów, po chwili to samo trio kierunkowane westchnieniami wiolonczeli, ale prowadzone w znacznie wolniejszym tempie. Saksofon powraca niczym poranna zorza, ale nie po to, by eskalować tempo, raczej by pośpiewać w gronie przyjaciół, tu bez udziału pianisty. Ten ostatni ponownie akcentują swoją obecność z pewną dozą nostalgii na klawiaturze i przepoczwarza narrację w kolejne trio, tym razem bez udziału perkusji. W ramach podsumowania pierwszego kwadransa koncertu, improwizacja powraca do pełnego składu i funduje nam dynamiczny passus pod dowództwem saksofonu. Ten jednak nie sili się na ekspresyjne frazy, raczej pilnuje ducha swobodnego open jazzu, zadziornie swingując. Szczyt free dopada jednak muzyków, ale po jego zdobyciu narracja nie traci tempa, jedynie łagodnieje w aspekcie brzmieniowym.

Sekwencja kolejnych działań jest następująca. Najpierw czeka na nas piękna ekspozycja wiolonczeli, skomentowana saksofonowym dronem i ich wspólna przebieżka w spokojnym tempie. Z tej mikro propozycji wyłania się cały kwartet, ale płynie wyjątkowo wyciszonym strumieniem. Muzycy szukają oddechu, rezonansu, ciszy i skupienia. Wyjście na powierzchnię odbywa się z woli saksofonu i kreatywnego przyzwolenia piana. Aura swingującego niemal jazzu pozwala muzykom nabrać powietrza i zebrać nowe siły na dalszą część koncertu. Tu tempo rodzi się niemal samoczynnie, jakby od niechcenia muzycy wchodzą na wyższy szczebel intensywności. W ułamku sekundy osiągają drugi już tego dnia szczyt, który śmiało możemy obdarzyć epitetem fire music.

Zejściu ze szczytu towarzyszą oklaski, a narracja kwartetu zwinnie przechodzi w stadium tria fortepianowego. Powrót saksofonu nie daje sygnału do ataku, jego celem jest raczej studzenie emocji. Piano zgłasza jednak zdanie odrębne, efektem czego jest kolejne, ale dość krótkie wzniesienie. Teraz improwizacja wchodzi w kilka intrygujących faz: najpierw jazzowa ballada saksofonu, przez moment definitywnie solowa, potem szybki duet z pianem, kilka głębokich oddechów, wreszcie kolektywny sygnał, iż czas ruszać w finałową drogę. Kwartet formuje się w mgnieniu oka, ale nie pędzi na złamanie karku. Raczej odnajduje mrok, złowieszcze zaśpiewy i klimat narracyjnej tajemnicy. Na moment saksofon milknie i wypuszcza trio na wolne pole. Gdy wraca przepełniony wewnętrzną ciszą w oddali widać już metę koncertu. Bystre, szybkie sax trio i ostatnia eksplozja mocy, już w pełnym składzie, zgaszona perfekcyjnie, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Oklaski!

 

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach The Field (NoBusiness Records, CD 2021). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Miguel Mira – wiolonczela, Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe z Vilnius Jazz Festival, Wilno, 18 października, 2019. Jedna improwizacja, 56:11.

 

*) wspomniana polska część trasy składa się z trzech koncertów:

14.10 Warszawa, Pardon, to tu

15.10 Kraków, Alchemia

16.10 Poznań, Dragon Social Club

 

  

wtorek, 1 listopada 2016

Schlippenbach, Parker, Rudd, Perelman, Lee, Sharp, Pitsiokos, Oliveiros, Broo, Brötzmann, Eskelin – October Fest, czyli co nam zostanie z zimnego i deszczowego października


Groteskowa rzeczywistość za oknem aż prosi o złośliwy komentarz, zarówno w aspekcie zachowań międzyludzkich, jak i warunków ogólnopogodowych. Na szczęście dla nas, czyli tych kilku gości opętanych miłością do wolnej improwizacji (nie tylko muzycznej, dodadzą malkontenci), świat dzieje się głównie w sferze dźwiękowej i codziennie dostarcza kolejne porcje emocji. Koncertów jakby przybywało, nowych płyt ewidentnie nie mniej, niż w poprzednich interwałach czasowych, zatem moment dziś oczywisty, by dokonać cyklicznej zbiorówki recenzji z nowości płytowych.

Przypomnę, że po pierwszym odsłuchu płyty dostają na Trybunie wstępną rekomendację (zieloną, żółtą i czerwoną), a następnie – po burzliwym okresie przemyśleń i refleksji Pana Redaktora – trafiają na ogół na taką właśnie zbiorówkę, gdzie nadana im zostaje wieczna rekomendacja (wg tychże samych kryteriów).

Dziś w zestawieniu prawie same zacne nazwiska, zatem czym prędzej bierzmy się do pracy i z pakietem należytego szacunku dla starszych i przeto bardziej doświadczonych, zwinnie zreasumujmy ostatnie cztery (a nawet pięć) tygodni historii muzyki improwizowanej.


Schlippenbach Trio  Warsaw Concert (Intakt Records, 2016)

Zaczynamy z wysokiego C, czyli od najnowszej produkcji nieśmiertelnego tria Alexa von Schlippenbacha (fortepian), z permanentnym, od ponad czterech dekad, udziałem Evana Parkera (saksofon tenorowy) i Paula Lovensa (perkusja).

Panowie kazali sobie czekać na nowy krążek z oklaskami prawie sześć lat (rok temu wylądował w naszych odtwarzaczach studyjny incydent Features). Okoliczność tym bardziej sympatyczna, iż koncert miał miejsce w rodzimej Warszawie, w trakcie ubiegłorocznego Festiwalu Ad Libitum (w sali koncertowej Lutosławskiego, co też stanowi – z akustycznego punktu widzenia – ważny atut wydawnictwa).




Koncert najdłużej działającego working bandu w historii muzyki swobodnie improwizowanej, oczywiście niczym nas nie zaskakuje. Panowie grają swoje, celebrują tę powtarzalność z dużym urokiem i ostatnią rzeczą, jaką pragną uczynić, to dokonać w tym procesie jakiejkolwiek rewolucji. Niezbywalna wartość estetyczna tej muzyki, jej – dziś – dość ciepły i wyważony ton, sprawiają, iż będziemy jej słuchać z taką samą przyjemnością jeszcze przez wiele dekad (choć prawa natury niechybnie upomną się o swoje, np. Alex w przyszłym roku obchodzić będzie 80-e urodziny).

Koncert Warszawski, to wrażliwa i bardzo skupiona narracja, bez brawury i niepotrzebnego pośpiechu, z cytatami z Dolphy’ego i kilkoma akustycznymi eskalacjami (szczególnie do gustu przypadł mi solowy wybryk Evana, już pod koniec części zasadniczej). Radość zatem z odsłuchu pierwszorzędna i poniekąd także sentymentalna, z racji faktu, iż z wydanymi na krążku dźwiękami miałem okazję obcować na żywo. Rekomendacja jest oczywista i silnie zielona (high! - gdyby ktoś miał wątpliwości).


LOK 03+1 (Aki Takase, Alexander von Schlippenbach, Dj Illvibe, Paul Lovens)  Signals (Trost Records, 2016)

Zostawmy na scenie niemieckiego pianistę, także jego rodaka perkusistę i niezwłocznie przejdźmy do kolejnej nowej płyty z ich personaliami, wydzierganymi na kolorowej okładce. Kwartet o enigmatycznej, i nic niemówiącej niezorientowanym, nazwie LOK 03+1 i krążek Sygnały, wydany pod sztandarami austriackimi. Alexa i Paula wspomagają w żmudnym procesie generowania faktury dźwiękowej, koleżanka małżonka tego pierwszego, pianistka Aki Takase, jak również turntablista i procesor Dj Illvibe (na tle partnerów, raczej w kategorii wiekowej wnuczek). Innymi słowy – dwa piana, perkusja i kable. Nikt nie obiecuje zatem, że pójdzie łatwo.




Płyta stanowi wszakże dla mnie pewne zaskoczenie. Para pianistów bardziej stawia na minimalizm i jedynie incydentalnie przejawia freejazzowe skłonności. Lovens robi swoje, a Dj momentami bardzo ciekawie wszystko to oplata zwojami dźwięków, zarówno w sferze rytmicznej (co jest, poniekąd, oczywiste), jak i …także sonorystycznej (lubi w procesie samplowania nieco pohałasować). Ambiwalencje zaczynają atakować mnie w momencie, gdy struktura całości nieco się wali, a początkowe, demokratyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej, ulegają zachwianiu na korzyść procesora. Bardzo nierówna, za długa, ale chwilami intrygująca płyta. Przy okazji, rzadka okazja artystyczna, by ewidentny samiec alfa - AvS dał się zdominować pyskatemu młodziakowi. Rekomendacja żółta (middle!), z lekką, prawie niewidoczną z daleka, podpórką zieloną (high!).

  
Evan Parker/ Mark Nauseef/ Toma Gouband  As The Wind (PSI Records, 2016)

Mam duży problem z najnowszą płytą Evana Parkera. Ale czy na pewno mówimy o jego płycie? Jak sam zeznaje, nagranie to powstało z myślą o autorskiej płycie Marka Nauseefa, zmyślnego perkusjonalisty, z którym Evan onegdaj popełnił pewną słabą płytę (także z udziałem Billa Laswella i Ikue Mori). Jednakże foniczny efekt spotkania tak dalece zachwycił saksofonistę, iż ten poprosił pozostałych muzyków, by wyrazili zgodę na wydanie tej płyty pod jego nazwiskiem. Cóż, jakkolwiek by tego nie oceniać, zdarzenie dość szczególne. Ale zostawmy te dywagacje.




Przed nami krążek As The Wind, nagrany przez Evana w towarzystwie dwóch perkusjonalistów, przy czym ten drugi, Tom Gouband gra na tzw. litofonach, innym słowy – na … kamieniach. Muzycy wyprodukowali te dźwięki w Kościele w Whitstable, w miejscu dobrze nam znanym, choćby z ostatniej jak dotąd, solowej płyty Parkera.

I jeszcze jeden problem – Evan uważa, że As The Wind, to jedno z najlepszych jego nagrań…

Evan gra tu wyłącznie na sopranie, czyni to pięknie, zmysłowo i w ten niepowtarzalny sposób, w jaki tylko on potrafi wydobywać dźwięki z najmniejszego z saksofonów. Uchyla nam doprawdy akustycznego nieba. Tylko, że poza tym faktem na płycie ... nie dzieje się nic. A to nie jest kolejna solowa płyta tego wyjątkowego muzyka. Zapomniałem dodać – jest kilka uderzeń w talerz, a także sporo uderzeń kamienia … o kamień. Chwilami czułem się w trakcie odsłuchu tej płyty, jak w … kościele, w trakcie oczekiwania na wyniesienie.

Chyba nie załapałem…. Rekomendacji nie będzie.


Roswell Rudd/ Jamie Saft/ Trevor Dunn/ Balázs Pándi  Strength & Power (RareNoise Records, 2016)

Kwartet z puzonem w roli instrumentu kluczowego, w formule dość swobodnej, jazzowej improwizacji, nie może nie cieszyć ucha waszego recenzenta. Zwłaszcza, że w ustach dzierży go niezwykle kompetentny muzyk, wieloletni filar sceny free New York City, Roswell Rudd.




Odnajdujemy na płycie Siła i Moc także kilka innych, pozytywnych wydarzeń. Tytuł sugerowałby mięsistą nawałnicę dźwięków, hałas i nikomu niepotrzebne przepięcia energetyczne. Jest dokładnie odwrotnie. Rasowy styl, umiejętne skalowanie emocji, wzajemne słuchanie się muzyków na poziomie adekwatnym do oczekiwań wymagającego odbiorcy, klasa i właściwe proporcje, tak akustyczne, jak i dramaturgiczne. Dodatkowo, już dawno nie mieliśmy okazji przekonać się, że Jamie Saft jest naprawdę doskonałym pianistą i żeby tego dowieść, w zupełności wystarczy mu akustyczny instrument. Ciekawie odnajduje się w tym imperialistycznym gronie węgierski drummer Pandi, który zwykł nas  upewniać swoją muzyką, iż bez odpowiedniego garnituru mięśni i rockowego sznytu nie da się dobrze grać w tej kategorii stylistycznej. A można, jak dowodzi ten naprawdę udany, studyjny incydent. Od poziomu kolegów nie odstaje Trevor Dunn, którego umiejętność trzymania rytmu i dozowania odpowiedniej dawki melodyjności w muzyce kwartetu, może w przyszłości doprowadzić go do statusu białego Williama Parkera muzyki improwizowanej. Na zielono (high!) !


Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Michael Bisio/ Whit Dickey  Soul (Leo Records, 2016)

Kolejny kwartet w składzie: instrument dęty plus pełna sekcji rytmiczna. Brazylijski rezydent Nowego Yorku kontra trzech rdzennych autochtonów, którzy na scenie free jazzu nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Sam Perelman ma dość bogaty i ponad 25-letni dorobek artystyczny, ale nie jest to muzyk, który ląduje w moich odtwarzaczach zbyt często (można nawet powiedzieć, że dzieje się to co najwyżej… raz na dekadę).




Dusza wszakże odpalona została przynajmniej kilkakrotnie i fakt ten – dla mnie osobiście – stanowi dowód, że to po prostu dobra, a nawet bardzo dobra płyta. Nic wielkiego nie odkrywa, raczej same oczywistości: Bisio & Dickey to sekcja klasy światowej, Perelman nie jest tytanem ekspresji i jego gry trzeba się nauczyć, ale kryje w sobie doprawdy spore pokłady jazzowego uroku, a Shipp – wiadomo, pianista free z natręctwami, ale za to z bagażem artystycznej wyobraźni, której może pozazdrościć mu reszta świata. Ten ostatni ewidentnie prowadzi tu grę (dziewięć fragmentów z tytułami, pod którymi demokratycznie podpisują się wszyscy muzycy), a że czyni to z mistrzowską precyzją, bez napotykania na mielizny i zwarcia bez przyczyny, całość smarujemy na zielono (high!) i obiecujemy częściej sięgać po płyty z personaliami tych Panów.


Okkyung Lee/ Bill Orcutt  Live At Cafe Oto (OTOroku, 2016)

Doskonale nam znana mała londyńska scena Café OTO, dokładnie rok temu, w te funeralne święto i dwoje muzyków. Amerykański, wywodzący się ze sceny punkrockowej, gitarzysta Bill Orcutt i ulubiona wiolonczelistka free improvisation po tamtej stronie wielkiej wody, czyli Okkyung Lee.




Winylowa płyta, z trudem przekraczająca trzydzieści minut i improwizacyjne zwarcie dwóch strunowców, w oparach kolektywnego hałasu (i wcale nie jest łatwo wskazać, który z muzyków jest tu przodownikiem!), tudzież kawalkady zgrzytów. Także szczypta zadumy dla odpoczynku w tak zwanym międzyczasie i nieco surrealistyczny klimat, osiągany ciekawymi próbami modulowania dźwięku, zwłaszcza po damskiej stronie tego udanego przedsięwzięcia artystycznego. Nagranie jest zbyt krótkie, by doszukać się w nim nietrafionego momentu, czy przegadanej frazy, zatem zostajemy przy rekomendacji zielonej (high!), choć z pewnością nie jest to krążek, który trafi na roczne resume płyt najbardziej doniosłych.


Elliott Sharp Aggregat  Dialectrical (Clean Feed Records, 2016)

Z ogromną przyjemnością wieszczę definitywny powrót Elliotta Sharpa do kręgu muzyków, którzy pozostają w optyce moich znaczących zainteresowań. Od zamierzchłych, acz schyłkowych lat 90. ubiegłego stulecia, minęło kilkanaście lat z okładem. A wtedy to właśnie, gitarzysta o nazwisku Sharp, człowiek trochę z innej bajki, uprawiający muzykę improwizowaną od strony rockowej awangardy (Carbon), czy elektronicznych poszukiwań intrygującego sztafażu rytmicznego (Tectonics), lubiący zabawę w komponowany materiał na kwartety smyczkowe (Xenocodex), rył mi beret kolejnymi doskonałymi krążkami i kierował zainteresowania muzyczne na tory całkiem niespodziewane.




Po latach eksperymentów z muzyką gitarową, kilka lat temu Elliott Sharp skutecznie sięgnął po instrumentarium dęte (saksofony i klarnety) i ujawnił światu trio Agreggat (z sekcją rytmiczną). Po roku formacja rozrosła się do kwintetu (puzon i trąbka, a na niej Nate Wooley!), by obecnie, po kolejnych trzech, przedstawić nam krążek Dialectrical (wszystkie wydane przez Clean Feed). Tym razem bez Wooleya, ale za to z wybornym zastępstwem (Taylor Ho Bynum!). Na puzonie ponownie Terry L. Greene II, zaś sekcja rytmiczna spersonalizowana w osobach Brada Jonesa (b) i Barry’ego Altschula (a jakże!). A zatem kwintet bez instrumentu harmonicznego, czyli to, co freejazzowe zwierzaki lubią najbardziej.

Bazą dla improwizacyjnych igraszek kwintetu są zmyślne, rytmicznie i dramaturgicznie, kompozycje Sharpa (jest ich siedem na krążku). Dostrzegam w nich zarówno doświadczenia płynące z muzyki tworzonej przez niego onegdaj, w oparciu o niebanalne formuły matematyczne (choćby taki… ciąg Fibonacciego), jak i niemały estetyczny balast, wynikający z obcowania z muzyką Anthony’ego Braxtona. Drapieżna, czupurna, zaczepna i budząca nieodpartą chęć na tak zwany ciąg dalszy jest muzyka dialektrykalna. Choć materiał kompozytorski nie pozostawia muzykom zbyt wielkiego pola manewru, a marszruty improwizacji są precyzyjnie nakreślone, dramaturgiczny spleen tego nagrania jest tak intensywny, że wstyd byłoby z tego faktu robić problem. Doskonałe! High!


Protean Reality  Protean Reality (Clean Feed Records, 2016)

Czas na wyłom pokoleniowy w dzisiejszej zbiorówce, przesyconej nadreprezentacją weteranów muzyki improwizowanej. Uwaga! Chris Pitsiokos – to nazwisko winniście natychmiast zapamiętać (o ile w bystrości swego zmysłu obserwacji, nie uczyniliście tego wcześniej). Amerykański saksofonista (zapewne o greckich korzeniach) nie ma w swym dorobku wielu płyt, no ale … ile płyt mieliście na koncie mając ledwie 26 lat? W ubiegłym roku wbił szpilę w nasze freejazzowe upodobania bardzo konkretnym triem pod własnym nazwiskiem i krążkiem Gordian Twine (New Atlantis Records). W tym roku nadciąga kolejnym, ekscytującym składem trzyosobowym, o nazwie własnej Protean Reality.




Za kompanów tej akurat muzycznej przygody ma dwóch Niemców, odpowiednio z Lipska i Drezna – Noaha Punkta (gitara basowa) i Philippa Scholtza (perkusja). Nagranie z tegoż Lipska, podane nam w trzech dynamicznych fragmentach opatrzonych tytułami, to godzinna petarda wymierzona w nasze przyzwyczajenia i uwielbienie sytuacji zastanej i nierozwojowej. Chris dzierży w dłoniach saksofon altowy i przez owe skromne sześćdziesiąt minut prawie nie wyjmuje go z ust. Jego brzmienie jest szorstkie, lekko kanciaste, smakuje odrobinę punkowo i jest ewidentnie agresywne. Takaż jest muzyka tria. Świetnie na basie radzi sobie pierwszy z Niemców, który obok zgrabnego i przykuwającego ucho, elektrycznego walkingu, potrafi wytrawnie pohałasować i jest to ten rodzaj ekscentrycznego plamienia przestrzeni akustycznej, który cenię i z którym lubię obcować. Pałker też robi wszystko w sposób nie budzący wątpliwości, co do warsztatu i wyobraźni. Intensywność gry całej trójki, ich zapał i brak estetycznych zahamowań, niechybnie prowadzi nas do silnie zielonej rekomendacji (high!).


I.P.A.  I Just Did Say Something (Cuneiform Records, 2016)

Po prawdzie nie mam zielonego pojęcia, co oznacza skrót stanowiący nazwę własną skandynawskiego kwintetu, ale w sumie ta wiedza nie jest mi w tej chwili do niczego potrzebna. I Just Did Say Something to, już bez cienia wątpliwości, trzecia płyta tego składu personalnego, w którym odnajdujemy doskonale nam znanych -  Magnusa Broo na trąbce, Ingebrigta Hakera Flatena na kontrabasie i Mattiasa Stahla na wibrafonie (ów dołącza do składu dopiero przy płycie najnowszej, a zatem dwie pierwsze ma na rozkładzie … kwartet). Do pięciu licząc, składu dopełniają: Atle Nymo na tenorze i klarnecie oraz Hakon Mjalset Johansen na perkusji.




Na płycie, popełnionej w okolicznościach studyjnych w Norwegii, odnajdujemy dziewięć kompozycji wszystkich członków kwintetu, przy czym w tej roli najbardziej pracowitym okazuje się saksofonista (cztery powody do tantiem autorskich). Muzyka jest zgrabnie podana, improwizacje są kompetentne, temperatura nagrania umiarkowana, a emocje rosną jedynie w skończonej liczbie przypadków. Dobry jazz środka – jeśli miałbym wskazać kierunek poszukiwań stylistycznych - jakiego wiele w muzyce z tamtego rejonu świata, gdzie każdy, kto żyw, bierze się za granie. I wcale nie chodzi o ten wszechogarniający chłód za oknem. Mecenat państwowy wspiera tam muzyków pewnie najskuteczniej na świecie, wstyd zatem byłoby nie skorzystać. Ciekawa alternatywa dla podobnego w klimatach (poniekąd personalnie) kwintetu Atomic. Ja obstaję przy pierwotnym kolorze żółtym (middle!), wszakże podpieram go zieloną nogą (high!), choćby z uwagi na fakt, iż naprawdę uroczo słucha się tej bezpretensjonalnej płyty.


Pauline Oliveros/ Roscoe Mitchell/ John Tilbury/ Wadada Leo Smith  Nessuno (I Dischi Di Angelica, 2016)

Nie będę liczył, ile w sumie lat mają muzycy odpowiedzialni za tę płytę, ale na pewno dziś w kategorii weteranów są niedoścignieni. Pauline Oliveiros, amerykańska akordeonistka, wywodząca się raczej z muzyki współczesnej i eksperymentalnej (cokolwiek to znaczy), zderza się tu – dość łagodnie, dodajmy – z trojgiem muzyków, których samo już wymawianie danych personalnych budzi u fanów muzyki improwizowanej przyspieszone bicie serca – Roscoe Mitchell! John Tilbury! Wadada Leo Smith!




Niestety ekscytacja ogranicza się do … czytania nazwisk. Godzinna okoliczność koncertowa sprzed 5 lat, z włoskiej Bolonii, jest przeraźliwie nudna, a poziom dawkowanych emocji graniczy z wartościami ujemnymi. O ile Tilbury, ekstremalny minimalista, w estetyce Oliveiros odnajduje się w trzy sekundy, o tyle dwaj pozostali, freejazzowi wyjadacze, po prawdzie, nie widzą, co mają ze sobą zrobić (efekt? prawie nic nie grają…). Być może jednak, znając, z jednej strony zapędy Roscoe w kierunku muzyki współczesnej, z drugiej zaś, obserwując przyrodnicze zainteresowania Wadady na jego ostatnich płytach, wszyscy na tym koncercie bawili się przednio. Ale nie ja. Daje żółte (middle!), jedynie z litości.


Black Bombaim & Peter Brötzmann  Black Bombaim & Peter Brötzmann (Shhpuma Records 2016)

No dobra, pohałasujmy! Na scenie rockowe trio z Portugalii, Black Bombain i ten, co się kulą nie kłania, weteran nad weteranami, saksofonowy demiurg z Wuppertalu, Peter Brötzmann. W sumie nic nie mam przeciwko tej płycie. Lubię dobry, konkretny, rockowy wypierd, wszak na takiej muzyce się wychowałem. Młodzi Portugale ciekawie rzeźbią na gitarach, lubią ten rodzaj psychodelii, ów specyficzny odczyn kwasowości, który sprawia, że takiej muzyki można słuchać w nieskończoność. Szorstki tembr tenoru Petera nawet dobrze się z tym tyglem rockowym żeni i przy okazji świetnie zastępuje w muzyce tria nieistniejący wokal.




Tylko błagam – nie sprzedawajcie tej muzyki pod egidą jazzu, czy muzyki improwizowanej. Po prostu nie wypada.

A rekomendacji nie będzie. Przedmiot owej wykracza poza skalę oceny.


Ellery Eskelin Trio  Willisau Live (Hat Hut Records, 2016)

Przyznaję otwarcie, iż o muzycznym istnieniu saksofonisty Ellery Eskelina po prostu zapomniałem. Ostatni raz z jego muzyką zetknąłem się jakieś 15-17 lat temu, gdy także w trio (z wyjątkową Andreą Parkins na akordeonie, pamiętacie?!) miał czelność popełnić kilka naprawdę frapujących płyt. Tenor Ellery’ego zawsze brzmiał konkretnie, Gerry Hemingway fajnie go oplatał celnym drummingiem, a Andrea snuła, trochę jakby obok nich, swoje surrealistyczne opowieści.




Teraz Eskelin niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, powraca. Perkusista bez zmian, a zamiast Andrei, Gary Versace na organach hammonda. Koncert z ubiegłorocznego Festiwalu w szwajcarskim Willisau.

Efekt na krążku? Jakby Eskelinowi ktoś odciął prąd. Snuje się po scenie, niczym wypłowiały lis, próbujący przypomnieć sobie gagi z młodości. Klawiszowiec udanie się do tego dostosowuje. Gra, jak na pogrzebie przypadkowego weterana polskiej muzyki dżezowej. A biedny Hemingway? Cóż może uczynić? Bębni….

Ponieważ nie mam w zakresie obowiązków sprzedaży tej płyty, nie muszę dalej silić się na pełnokrwiste opisy, uzasadniające czas poświęcony na słuchanie tego słabiutkiego nagrania. Daję czerwone i idę się zrelaksować…  (low!)



piątek, 19 lutego 2016

Evan Parker – … Revisited! W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości (aktualizacja 2016)


„Muzyka z tego albumu była komponowana poprzez improwizację” – konstatuje Evan Parker, na pozór przewrotnie, w liner notes jednej ze swych najpiękniejszych solowych płyt ”Six Of One”.


Intro

My zaś skonstatujmy na samym początku tej opowieści, by nie zostawić cienia wątpliwości – oto blisko 72-letni dziś Evan Parker, pochodzący z angielskiego Bristolu, to bez wątpienia najważniejsza postać europejskiej muzyki improwizowanej, z jednej strony mocno osadzonej we freejazzowej estetyce, z drugiej zaś, pozostającej pod silnym wpływem nowocześnie pojmowanej muzyki współczesnej. Ta istotna dwubiegunowość artystycznych influencji w muzyce Parkera towarzyszy mu od zarania jego muzycznych eksploracji. Można, w pewnym uproszczeniu, ten muzyczny dualizm sprowadzić do instrumentów, po jakie sięga w swej artystycznej podróży. Jeśli dzierży w dłoniach saksofon tenorowy, słyszymy prawdziwie freejazzowe rozszalałe zwierze (czerpiące pełnymi garściami z późnego Johna Coltrane’a), gdy sięga po sopran, odkrywamy wiecznego eksploratora muzyki współczesnej, wychowanego na doświadczeniach muzycznej awangardy wywodzącej się wprost ze szkoły Darmstadzkiej lat 60tych ubiegłego stulecia (Boulez, Stockhausen, Schoenberg). A bywa, że korzysta z obu instrumentów w trakcie tej samej partii improwizacji.


W dalszej części tej skromnej rozprawki, listować będę przykłady konstytuujące tezę o wyjątkowości postaci, jaką jest Evan Parker, za główne kryterium selekcji przyjmując formy jego muzycznej aktywności, przechodząc od działalności solowej do rozbudowanych formacji multiinstrumentalnych. Zaprezentowane niżej kilkanaście wątków twórczości Evana, które autorytarnie uznałem za najistotniejsze, nie wyczerpuje rzecz jasna tematu, bowiem wielu kolejnych ważnych pozycji płytowych nawet nie zasygnalizowałem. Ciekawych świata dźwięków dalece niepokornych już teraz odsyłam do bardzo precyzyjnej dyskografii http://efi.group.shef.ac.uk/mparker.html i odkrywania tegoż świata na własną odpowiedzialność.


Improwizacja, bezkompromisowość, wrażliwość akustyczna

Nim omówimy jego przebogatą płytotekę (skrupulatni statystycy z pewnością zakończą wyliczankę powyżej liczby 250), kilka hipotez, które próbują opisać człowieka, jakim jest, aktywny od pół wieku muzyk.

Zatem na sam początek słowo klucz, czyli improwizacja. Improwizacja stanowi bowiem jedynie akceptowaną formę muzycznej wypowiedzi Evana Parkera. Jest środkiem i celem wszelkich muzycznych poszukiwań.

Próżno szukać równie jak Parker bezkompromisowej postaci tej sfery ludzkiej aktywności artystycznej. Rzec można, iż mamy tu do czynienia z prawdziwie modelową bezkompromisowością. I jestem przekonany, iż nigdzie nie znajdziemy przykładu nawet śladowego uczestnictwa Parkera w muzyce prostszej, bardziej banalnej, bardziej oczywistej (co zdarzało się największym tuzom muzycznego anarchizmu).

Skrajnie indywidualna forma artykulacji (m.in. słynny „oddech okrężny”) i fundamentalna artystyczna niezgoda dla stosowania dróg na skróty (kto słyszał Parkera grającego melodię, niech pierwszy rzuci kamieniem), to kolejne atrybuty bogatej osobowości artystycznej Evana. A zatem melodia, jako przeciwległy biegun poszukiwań twórczych środków wyrazu. Wszystko poparte perfekcyjną biegłością techniczną, bo skoro potrafię zagrać wszystko, gram tylko to, co chcę.

Niebywała wrażliwość akustyczna sprawia, iż dbałość o komfort przestrzeni muzycznej, ciągłe poszukiwania idealnych miejsc do prezentacji muzyki (częste, zwłaszcza sopranowe występy w obiektach sakralnych), to niemal idee fixe Anglika. Albowiem dźwięk zawsze powstaje w określonym środowisku akustycznym. Ważne jest, by docierał do słuchacza z uwzględnieniem okoliczności przestrzennych, w jakich powstaje (mikrofony winny zbierać dźwięki w odpowiednim oddalenia od źródła ich powstawania).

Oczywista dla często obcujących z tą muzyką słuchaczy jest rozpoznawalność dźwięków granych przez Evana Parkera, nawet w dużych formacjach instrumentalnych. Nie pomylimy tej muzyki z jakąkolwiek inną porcją dźwięków.


Solo soprano – w drodze do absolutu

Jeśli nie lubicie nagród za całokształt twórczości, niechże ten przejaw artystycznej aktywności Evana będzie wystarczającym dowodem na tezę postawioną w preambule tego tekstu. Oto bowiem chyba dla nikogo, kto choć trochę liznął muzycznego anarchizmu kanonu free, nie jest zaskoczeniem twierdzenie, iż najważniejszym wkładem naszego bohatera w rozwój muzyki XX wieku są solowe dokonania na saksofon sopranowy. Dzięki niebanalnej i niczym nieskrępowanej wyobraźni muzycznej, wspartej techniką „oddechu okrężnego” (innymi słowy, jednocześnie oddycha i gra, co skutkuje możliwością generowania nieprzerwanego dźwięku przez wiele minut, tyle ile sił po prostu w płucach starcza), potrafił wnieść solowy występ na tym drobnym instrumencie dętym do rangi bliskiej absolutu w swoim gatunku.




Sopranowe wycieczki w głąb parkerowskiej wyobraźni, swoiste strumienie muzycznej świadomości (trochę per analogia do literackich zainteresowań Evana; często tytuły jego improwizacji czerpią inspiracji właśnie z tej muzy) udokumentowane są jak do tej pory na 10 pełnowymiarowych LP/CD. Ta historia ma swe początki w połowie lat 70ych (Saxophone Solos, Incus 1975*), a kończy ją – jak dotąd - nagranie sprzed ponad siedmiu lat (Whistable Solo, Psi 2008). Jeśli szukacie surowości i drapieżności bliskiej For Alto Anthony Braxtona, sięgnijcie po Monoceros (Incus, 1978), jeśli szukacie liryzmu i swoiście pojmowanego piękna solowego sopranu, posłuchajcie koniecznie Six Of One (Incus, 1980). Gdy chcecie uciec w kosmiczny trans i wpleść się w zwoje mózgowe Evana, odpalcie bezwzględnie Conic Section (Ah Um, 1989), a gdy wasz intelekt inspiruje, poza samymi dźwiękami, także rewolucyjna (na tamte czasy) koncepcja solowego wielośladu bez odsłuchu wersji poprzedzającej, rzućcie się bez opamiętania na Process and Reality (FMP, 1991). W końcu, gdy poczujecie już wszystko, co poczuć powinniście obcując z absolutem, sięgnijcie po nieco „spokojniejsze” nagrania z minionej dekady Lines Burnt In Light (Psi, 2001).
Kluczem do zrozumienia tej opowieści jest oddanie się całkowicie we władanie dźwięków, jakie docierają do naszych uszu. Jeśli stać nas na tę odrobinę szaleństwa, nagroda będzie wielka.


Duety z Lyttonem – archetyp poszukującej improwizacji

Evan Parker i Paul Lytton poznali się przypadkiem w 1969r., raczej na polu towarzyskim, by po roku wspólnych prób zdecydować się wystąpić publicznie po raz pierwszy. Szukali wspólnego języka, by odnaleźć go pośród zgiełku tradycyjnych instrumentów akustycznych, tych stricte jazzowych (saksofony i perkusjonalia), jak i tych nieco odległych od tej stylistyki (np. okaryna), wspartych zarówno sporą porcją elektroniki i preprodukcji, jak i przedmiotami własnej produkcji (np. lyttonphone).


W trakcie 7 lat wspólnych muzycznych poszukiwań stworzyli swoisty archetyp współczesnej muzyki improwizowanej. Jednocześnie doprowadzili do nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników poziomu wzajemnego zrozumienia i generowania ekstremalnej synergii, jaka może powstać ze spotkania dwóch muzyków. Nie byłoby takiego tria jak Parker/Guy/Lytton, gdyby nie te lata budowania wzajemnych relacji pomiędzy genialnym saksofonistą i wiecznie poszukującym perkusistą. Za „życia” duet doczekał się trzech LP - Collective Calls (Urban) (Two Microphones) (Incus, 1972), At The Unity Theatre (Incus, 1975) i RA (Ring, 1976), które po prawie dwóch dekadach zostały uzupełnione o dwa zestawy nagrań z różnych miejsc i okazji koncertowych, wydane przez Martina Davidsona w jego niezastąpionym EMANEM – Three Other Stories i Two Octobers (rejestracje z lat 1971-75).


Parker/Guy/Lytton, czyli  trio jako formuła doskonała

W pięć dni po swoich 50 urodzinach, Evan Parker zorganizował (lub mu zorganizowano, nie pora to roztrząsać) niezwykły koncert, zarejestrowany i wydany jako 50th Birthday Concert (Leo, 1994). Na scenie londyńskiego Dingwalls pojawiły się dwa tria, które z pespektywy blisko półwiecznej artystycznej aktywności Evana, z pewnością stanowić mogą esencję jego muzycznej świadomości. A zatem -  Alex Von Schlippenbach/Evan Parker/Paul Lovens Trio (zwane co do zasady Schlippenbach Trio) oraz Evan Parker/Barry Guy/Paul Lytton Trio (okazjonalnie nazywane Evan Parker Trio) zagrali po secie trwającym godzinę lekcyjną i podzielili się dyskami wydawnictwa, którego nazwę wymieniam kilka wersów wyżej. Czas teraz na dłuższą epistołę o obu tych formacjach.

Wróćmy zatem do ciągu przyczynowo-skutkowego naszej evanowskiej rozprawki. Jeśli do wszystkiego tego, to co powiedzieliśmy dotąd o Parkerze, dodamy kilka istotnych faktów wynikających z koincydencji jego wspólnych muzycznych przygód z Lyttonem, a całość uzupełnimy osobą Barry Guya, wirtuoza kontrabasu, ambitnego kompozytora (London Jazz Composers Orchestra), aktywnie i twórczo uprawiającego muzykę barokową (już wiemy dlaczego strój jego instrumentu jest tak czysty i brzmi tak nieziemsko pięknie, w tym absolutnie bachowskim rozumieniu tego słowa), otrzymamy Trio, które niezależnie od wielu nieprzewidzianych okoliczności, musi być czymś konkretnie wyjątkowym. Synergia, sonorystyka, semantyka improwizacji znów o krok od muzycznego absolutu.




Trio, egzystujące wspólnie blisko 35 lat, ma swym dorobku dziesięć pozycji nagranych w wersji „saute” (a zatem bez gości) i kolejne dziesięć w formule trio plus jeden, a nawet trio plus dwa. Wskazanie tych szczególnie wartych uwagi jest przedsięwzięciem całkowicie karkołomnym, zatem tylko kilka nieśmiałych sugestii bardzo subiektywnego recenzenta. Jeśli kryterium wyboru ma być intensywność i bolesna bezkompromisowość przekazu, połączona z surowym, wręcz ascetycznym brzmieniem – koniecznie The Redwood Session, z Joe McPhee na dokładkę w jednym utworze (CIMP, 1995), jeśli dodatkowo skąpana w koncertowym żarze – niechybnie At The Vortex (EMANEM, 1996), bądź At Les Instants Chavirés (Psi, 1997). Gdy mamy odrobinę czasu do zmarnowania i nieobca nam jest konieczna chwila zadumy – bezwzględnie studyjna przygoda Breaths and Heartbeats (Rastascan 1994), a gdy nasze uszy pragną pławić się w bezmiarze akustyki gaudijskich przestrzeni – rewelacyjnie zarejestrowany koncert z Barcelony Zafiro (Maya, 2006). A ponieważ wiemy, nie tylko z tej opowieści, jak twórcza bywa odrobina pokory, sięgajmy garściami po nagrania w wersji 3+1. W tych właśnie przypadkach dobitnie słychać, jak trzech wybitnych muzyków w spotkaniu z gościem, bez cienia dyskusji, w ciężkim mozole kolektywnej improwizacji, ustępuje mu miejsca i daje się wieść jego wyobraźni - After Appleby z Marilyn Crispell na fortepianie (Leo, 1999), Topos z Agusti Fernandezem także na fortepianie (Maya, 2006), czy Scenes In The House Of The Music z Peterem Evansem na trąbce (Clean Feed, 2009). Nie zapominamy także o polskim wątku w historii tria i występach w ramach wielodniowych zmagań Małych Formacji Barry Guy’ New Orchestra, w Krakowie w latach 2010 i 2012, udokumentowanych jako fragment większej całości na Mad Dogs (Not Two, 5 CD) i Mad Dogs On The Loose (Not Two, 4 CD).



Schlippenbach Trio, czyli trio inaczej

Nawiązując na nazewnictwa kluczowych w dorobku Parkera formacji trzyosobowych (patrz: rozdział wyżej), nazwę tej formacji przypisać można jedynie tupetowi i megalomani Alexandra Von Schlippenbacha. A może to żart lub jedynie kaprys hrabiowski. Zwał, jak zwał, równie dobrze tę formację możnaby tytułować „Parker Trio”, czy też „Lovens Trio”. Kilkadziesiąt lat wspólnego grania zrosło tych trzech dżentelmenów w jedno ciało i cokolwiek by nie uczynili, tak będzie już po sam koniec ich dni. Z drugiej wszakże strony, pianistyczne natręctwa Alexa powodują na niejednym nagraniu, iż trio idzie, gdzie mu piano drogę wskaże i na odrobinę swobody pozwoli.


Choć na przełomie roku 2009/10 dostojni Panowie 60+ grali trasę z okazji 40-lecia istnienia formacji, to ich pierwsze wydawnictwo nagrane zostało nieco później, a ukazało się w zacnym berlińskim FMP jako Pakistani Pomade (1972). Ostatnie lata poszerzyły dorobek artystyczny tria o jeszcze wcześniejszą rejestrację First Recordings (Trost, 1972).
Przez kolejne prawie cztery dekady zagrali tysiące koncertów, a ich katalogowy dorobek powiększył się o kolejne dziesięć wydawnictw. I znów mam problem ze wskazaniem tych szczególnie wartościowych, albowiem trudno doszukać się w historii free improv formacji o równie jednorodnym i stabilnym „repertuarze”. Płyty Schlippenbach Trio jakkolwiek podzieliłbym na nagrania koncertowe i będące w mniejszości studyjne rejestracje. Gdy w pierwszych panuje duch konsekwentnej do bólu improwizacyjnej galopady, o tyle nagrania studyjne idą bardziej w kierunku poszukiwania nowych środków wyrazu i stanowią oczywisty oddech pomiędzy publicznymi występami, wskazując kierunki przyszłych koncertowych erupcji. Wśród tych pierwszych szczególnie udanymi znajduję Detto Fra Di Noi, (Po Torch, 1981, do dziś bez edycji cyfrowej) i podwójny Swinging the BIM (FMP, 1998), zaś wśród nagrań bez oklasków misterne Elf Bagatellen (FMP, 1990) i akustycznie perfekcyjne Gold Is Where You Find It (Intakt, 2007).

Dumną historię obu trzyosobowych formacji Evana Parkera wdzięcznie puentują dwa inne wydawnictwa - 2X3=5 (Leo 1999), stanowiące wspólny, wręcz konwulsyjny koncert obu formacji, czyli dwa tria to jednak tylko pięciu muzyków i America (Psi, 2003), koncert z amerykańskiej trasy tria Parker/Guy/Lytton, w którym nieobecnego z powodów osobistych kontrabasistę zastępuję ….Alex Von Schlippenbach! A o płycie łączącej na dwóch niezależnych dyskach oba tria wspomniałem na początku poprzedniego rozdziału.


Kwartety – synteza improwizacji w małej grupie

Nie czas na akademickie dysputy, jaka formuła osobowa jest najbardziej adekwatna dla swobodnej improwizacji, jednakże wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na skład czteroosobowy, szczególnie, gdy improwizacja ma korzenie silnie jazzowe. A jeśli kwartet, to z pewnością z udziałem sekcji rytmicznej (kontrabas, perkusja). Nie brakuje takich nagrań w portfelu Parkera. Z uwagi na ich wysoką wartość artystyczną, a także uwzględniając osobiste preferencje (moje uszy dobrze odnajdują się w formule kwartetowej), pozwalam sobie przywołać te wyjątkowe cenne spotkania z muzyką tworzoną we czworo (oczywiście pamiętamy o kwartetach wymienionych wcześniej, ale miały one na ogół formułę 3+1, zatem w tym miejscu ciągu dramatycznego tej wypowiedzi mniej nas interesują).

The Ayes Have It (Emanem, 1983/1991) – dysk w pierwszej części zawiera nagrania tria Parker/Rogers/Muir, z wczesnych lat 80ych, które z uwagi na nazwisko perkusisty polecam szczególnej uwadze (aktywny free improviser z przełomu lat 60 i 70ych, tym nagraniem w zasadzie pożegnał się z muzyką improwizowaną), w drugiej zaś już pełnowymiarowy kwartet Parker/Wierbos/Rogers/Sanders. Koncert szczególny, bo puzonista Wierbos gra tylko do 20 minut i odpada (jak czytamy, z powodu wysokiej temperatury w klubie), zaś pozostała trójka otwiera okno i gra dalej przy zgiełku londyńskiej ulicy (co słychać). Prawdziwa torpeda dla wytrwałych.


Waterloo 1985 (Emanem, 1985) – wspaniałe połączenie tenorowych erupcji Parkera z subtelnymi, puzonowymi pląsami nieodżałowanego Paula Rutherforda. Pierwotnie na kontrabasie miał grać Barry Guy, ostatecznie na koncercie słyszymy Hansa Schneidera. Sekcję uzupełnia Paul Lytton. Perła w dorobku każdego z wymienionych muzyków.

Birmingham Concert (Rare Music, 1993) – koncert tego składu rzadko bywa przywoływany w pamięci wiernych fanów Evana Parkera, a szkoda (z Barry Guyem, Paulem Dunmallem na saksofonach i Tony Levinem na perkusji). W tym zestawie kwartetów może najmniej wybitny, ale zasługujący na godzinę naszego cennego czasu, from time to time.


London Air Lift (FMP,1996) – oto kwartet, który chciałbym polecić szczególnie, głównie z uwagi na udział świetnego i bardzo niedocenianego gitarzysty sceny londyńskiej – Johna Russella (wyobraźnia jak u Baileya, za to potrafi słuchać tych, z którymi gra). Składu dopełniają John Edwards i Mark Sanders. Najbardziej wyważona, chwilami wręcz kontemplacyjna, swobodna improwizacja o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.


Foxes Fox (Emanem, 1999), Naan Tso (Psi, 2004) i Live At The Vortex (Psi, 2007) – ten kwartet doczekał się aż trzech wydawnictw. Bardzo jazzowy, zarówna z uwagi na wręcz mainstreamową  (ale oszczędną!) pianistykę Steve’a Beresforda, jak i „czarną”, nawet lekko swingującą grę perkusisty Louisa Moholo (skład uzupełnia John Edwards, na płycie koncertowej także gościnnie Kenny Wheeler). Gdybym miał wybrać jedną z nich, opowiadam się za tą pierwszą. Bardzo szlachetny free jazz w mistrzowskim wykonaniu.


Kolaboracje z AMM

Choć historie absolutnie ponadgatunkowej muzyki AMM i europejskiej freely improvised music miały swój początek w drugiej połowie lat 60ych ubiegłego stulecia, w tymże samym Zjednoczonym Królestwie, do wzajemnych kontaktów nie dochodziło zbyt często.


Nasz bohater nie był tu wyjątkiem, bowiem pierwsze wspólne nagranie z muzykami AMM popełnił dopiero w osiemnaście lat po debiutanckiej „żółtej ciężarówce” (ammmusic), za to było to zdecydowanie wielkie otwarcie. Supersession (Matchless, 1984), bo to nagranie mam na myśli, sygnuje kwartet o tej samej nazwie, który zgrabnie konfrontuje najważniejsze postaci AMM – Eddie’go Prevosta i Keitha Rowe z gigantami free improv – Barrym Guyem, no i rzeczonym Evanem Parkerem. Zarejestrowana na koncercie w Londynie swobodna improwizacja czterech wybitnych muzyków w silnej interakcji dźwiękowej, to z pewnością jedno z bardziej znaczących pozycji muzyki lat 80ych minionego stulecia. Sopran i tenor Parkera cudownie oplata gitarowa elektronika Rowe’a, a ramy opowieści zgrabnie kreśli perkusja Prevosta, widowiskowa niczym noworoczne fajerwerki na Placu Czerwonym. Kontrabas Guya znajdujemy gdzieś pomiędzy, który niczym rozpuszczony urwis psoci na placu zabaw i zmusza współbiesiadników do znaczącej aktywności. Wybitna płyta, która ma tylko jedną wadę – trwa ledwie 36 minut.


Świetnym uzupełnieniem Supersesji jest ponowne spotkanie Parkera z Rowe, już tylko w duecie – Dark Rags (Potlatch, 1999/2000). Wyciszeni po wyżej opisanym koncercie, mistrzowie niepokojącego nastroju tulą się wzajemnie do snu, tkając ponad 70-minutową misterną opowieść bez odrobiny przynudzania.

Duety Evana z Eddie Prevostem, choć estetycznie dalece odległe od dwu wyżej wspomnianych nagrań, cechują się wszakże podobną charakterystyką – należą bowiem w mojej ocenie do jednych z najciekawszych zarówno w dorobku Parkera, jak i perkusisty - i chyba najistotniejszego - członka kolektywu AMM. Panowie wydali nakładem Matchless trzy sesje nagraniowe, na trzech dyskach dwóch pozycji katalogowych - Most Materiall (2CD,1997) i Imponderable Evidence (2003). Nie mam cienia wątpliwości, iż zwłaszcza pierwsza z wymienionych pozycji, to najwyższa półka kanonu muzyki improwizowanej. Piękne, głównie tenorowe, frazy Parkera konfrontowane są z bardzo transowym, chwilami wręcz rockowym bębnieniem Prevosta. Muzyka zyskuje niespodziewany, medytacyjny wymiar, choć punktem wyjścia dla tych improwizacji jest zdecydowania freejazzowa estetyka.


Wspólne nagrania Parkera i Prevosta zgrabnie uzupełniają inne, trzyosobowe wydawnictwa, które ujrzały światło dzienne już w bieżącej dekadzie. Pierwsze z nich zawiera nagrania z Johnem Edwardsem - All Told. Meetings With Remarkable Saxophonists, Volume 1 (Matchless, 2011), drugie z  Johnem Coxonem - Cinema (Fataka, 2008), trzecie zaś z Sebastianem Lexerem Tri-Borough Triptych (Matchless, 2013). W trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy dokumentacja tej kolaboracji rozbudowała się także o uroczy trójpak 3 Nights At Cafe Oto (Matchless, 2013), z suplementem w formacie DVD. Tu naszych bohaterów wspomagają John Edwards, Alexander Von Schlippenbach i Christof Thewes, w formule tria i kwartetów.

AMM-owski wątek twórczości Parkera wyczerpuje duet z pianistą Johnnym Tilbury Two Chapters and an Epilogue (Matchless, 1998). Bardzo minimalistyczna, współcześnie pojmowana pianistyka Tilbury’ego dominuje w tym nagraniu i jeśli któryś z partnerów bardziej tu chyli czoła wobec interlokutora, to jest  nim Parker. Dodatkowa uwaga – większość nagrań naszego bohatera z pianistami ma wyciszony, chwilami nostalgiczny charakter, wszakże przywołana tu nieco prowokacyjnie nostalgia bywa upiornie przewrotna i niech nie będzie kojarzona z muzyką zbyt łatwych podróży i nadmiernie doświetlonych wind.


Elektroakustyka – poszerzanie horyzontu wyobraźni

Już w pierwszej połowie ostatniej dekady XX wieku, Evan Parker zapragnął rozszerzyć możliwości brzmieniowe swojego modelowego tria z Guyem i Lyttonem, o ciekawe kontrasty akustyczne, jakie stwarza uprawiana ad hoc, w trakcie koncertu, czy studyjnej improwizacji, elektroniczna dekonstrukcja dźwięków generowanych przez żywe instrumenty.
I tak, początkowo jako podwójne trio (każdy z „żywych” dostał partnera pośród „procesorów” dźwięku, czy elektroników pracujących na żywo), powstał Electro-Acoustic Ensemble, jedno z najistotniejszych przedsięwzięć artystycznych muzyka z Bristolu. Formacja z biegiem lat systematycznie się rozrastała, by w ostatnich edycjach osiągnąć już skład 14-osobowy. Warto dobitnie podkreślić, iż tym muzycznym kontekście Parker korzysta jedynie z saksofonu sopranowego, albowiem, jak sam twierdzi, dekonstruowany elektronicznie tenor brzmi „dziwnie, ciężko i niezdarnie”.

Jak do tej pory EAE doczekał się sześciu edycji - Toward the Margins (ECM,1996), Drawn Inward (ECM, 1998), Memory/Vision (ECM, 2002), The Eleventh Hour (ECM, 2004), The Moment’s Energy (ECM, 2007) i Hasselt (Psi, 2010). Wszystkie one śmiało zniosą ciężar najgorętszej rekomendacji – koniecznie do słuchania chronologicznie, tak by móc w pełni docenić proces twórczy, jaki dokonał się na przestrzeni kilkunastu lat istnienia formacji. Jeśli pierwsza płyta jest jeszcze próbą nowego ujęcia „klasycznego” free improv, a druga i trzecia pogłębia element twórczej dekonstrukcji (m.in. poprzez wzrost liczebności procesorów dźwięku), coraz silniej dryfując w kierunku muzyki współczesnej, to czwarta jest już bezkompromisową ucieczką w świat bardzo nowocześnie pojmowanej elektroniki. Piąta edycja na tyle znacząco poszerza udział żywych instrumentów (np. trąbka Petera Evansa, czy klarnety Neda Rothenberga), aby proces „degeneracji” dźwiękowej zyskał nowy, zaskakujący kontekst. Póki co, artystyczną podróż EAE wieńczą koncertowe nagrania z Hasselt, gdzie najpierw improwizacja odbywa się w trzech mniejszych składach, by w finale rozbrzmieć rozbudowanym arsenałem dźwięków granym przez komplet muzyków.

Jako uzupełnienie tej porcji dźwięków całkiem niedawno ukazał się koncert z kanadyjskiego Victoriaville, sygnowany nazwą Electro-Acoustic Septet, a zatytułowany Seven (Victo, 2014). Został on zarejestrowany w składzie wyłącznie amerykańskim (poza Parkerem, rzecz jasna), zatem choćby z tego punktu widzenia, nie należy tej edycji traktować jako pełnoprawnej kontynuacji w/w projektów.


Świetnym uzupełnieniem powyższej epopei niech będzie wydawnictwo SET (Psi, 2003). To jakby kolejna elektro-akustyczna wariacja na temat tria Parker/Guy/Lytton, procesowana aż przez pięciu muzyków, w tym weteranów europejskiej improwizującej elektroniki, duet FURT (są oni zresztą także częścią ostatnich dwóch edycji EAE).


London Improvisers Orchestra/Strings - idea improwizacji zbiorowej

Przypisywanie autorstwa Londyńskiej Orkiestry Improwizatorów Evanowi Parkerowi byłoby oczywiście jawnym nadużyciem, jakkolwiek zapewne nikt nie będzie deprecjonował czynnego udziału sprawczego tego jegomościa w powołaniu tej niebywałej inicjatywy do życia, jeszcze pod koniec ostatniej dekady XX-ego stulecia.
Oto po latach doświadczeń i podejmowania szeregu ryzykownych przedsięwzięć artystycznych, Parker wraz z kolektywem aktywistów londyńskiej sceny free improv postawił ucieleśnić ideę całkowicie wyzwolonej, w pełni kolektywnej improwizacji. Oczywiście LIO, jako muzyczne ciało na ogół w liczbie ponad dwudziestu muzyków, korzysta czasami z klasycznych form komunikacji wewnątrz dużej grupy podmiotów wykonawczych (notyfikacja, zarysy kompozycji, okazjonalni dyrygenci), wszakże pozostaje bezwzględnie fenomenem komunikacji międzyludzkiej (szczególnie w partiach stuprocentowo kolektywnych improwizacji – każdy koncert składa się z przynajmniej jednego takiego interwału). Choć LIO od lat regularnie ćwiczy (pierwsza sobota miesiąca od lutego do listopada, choć ostatnimi laty bywa z tym gorzej, nad czym ubolewa Parker w liner notes Improvisations for George Riste, Psi, 2003-07) i koncertuje (choćby do niedawna na festiwalu Freedom Of The City), składa się w dużej części z muzyków z ogromnym doświadczeniem (także spoza sceny free improv), to fenomen ów pozostaje niepodważalny i budzi mój gigantyczny szacunek.



LIO w trakcie tych kilkunastu lat twórczej egzystencji doczekała się dziewięciu pełnowymiarowych muzycznych rejestracji na nośnikach cyfrowych. Poza pozycją wyżej przywołaną, a także wyśmienitym nagraniem Lio Leo Leon (Psi, 2010), wszystkie ukazały się dzięki inicjatywie EMANEM, a Waszej szczególnej uwadze polecam trzy z nich – Proceeding (1999), Responces, Reproduction and Reality (2003-04) i Freedom Of The City 2001 – Large Groups (2001). Pierwsza z nich warta jest grzechu z uwagi na to, że…. jest pierwsza, przeto niebanalnie surowa i pełnokrwista, druga -  z uwagi na uczestnictwo Keitha Rowe (nawet w tak dużym kolektywie gitarzysta potrafi wieść prym w pewnych fragmentach koncertu), trzecia zaś, bo jest dyskiem dzielonym z innym, równie błyskotliwym projektem Evana Parkera, a mianowicie formacją Strings.

Oto bowiem Strings to jakby mała wersja LIO, składająca się, zgodnie z nazwą, wyłącznie z instrumentów strunowych, z udziałem, nie w każdym nagraniu, sopranu Evana Parkera. Prawdziwie „filharmonijna” improwizacja, czerpiąca swe niezaprzeczalne korzenie z muzyki współczesnej, budująca naturalny pomost między dwubiegunowością muzycznych zainteresowań naszego bohatera (wróć do preambuły tego tekstu). Koncertowe ujawnienie Strings, o którym mowa wyżej, uzupełnia jedyna studyjna rejestracja jej nagrań – Strings with Evan Parker (EMANEM, 3CD, 1998/2000).


Free Zone Appleby’s – modlitwy o akustykę idealną

Trudno przecenić wagę, jaką przywiązuje Evan Parker do walorów akustycznych swojej muzyki. Nie dziwią zatem ciągłe poszukiwania miejsc o akustyce dalece rozszerzającej możliwości instrumentów i odnajdywanie ich na przykład w dużych obiektach sakralnych. Takim, zapewne bardzo ulubionym miejscem Evana jest kościół St.Michell’s w Appleby, we wschodniej Anglii. Tam też corocznie od roku 2002 odbywają się (odbywały się?) jednodniowe spotkania improwizatorów, które jako cykl zyskały nazwę własną Free Zone Appleby.

Siedem dysków (rok pierwszy doczekał się edycji 2CD) wydanych przez Psi jest edytorskim skutkiem tych spotkań (póki co, ostatnia publikacja pochodzi z roku 2007). W odróżnieniu od znacznie większego londyńskiego Freedom Of The City (którego współtwórcą jest także Parker), FZA jest raczej skromnym spotkaniem przyjaciół, którzy w ramach popołudniowej herbatki postanowili wspólnie poimprowizować. Raz są to grupy 8/9-osobowe (w formule improwizacji od składów małych ku większym), innym razem 5, czy nawet 3-osobowe. Za każdym razem ważny jest kontekst, a zatem skonfrontowanie muzycznej wyobraźni muzyków, dla których spotkanie w danej konfiguracji osobowej jest czymś nowym i daje szansę na stworzenie nowej płaszczyzny do ciekawej improwizacji.
Spotkania w Wolnej Strefie interesująco uzupełniają wiele wątków twórczości Evana Parkera i całej europejskiej sceny free improv, a personalnie są m.in. próbą przywrócenia w pamięci słuchaczy takich postaci sceny free z dawnych lat, jak Kenny Wheeler, Gerd Dudek (edycja 2005), czy Aki Takase (2006).


Perły w koronie innych konstelacji personalnych

Wątki artystycznych aktywności Evana Parkera możnaby ciągnąć w nieskończoność, wszakże umiar niech pozostanie także cechą tych parających się free improvise beletrystyką. Poniżej zatem kilka dodatkowych rekomendacji, niemieszczących się w dotychczas zaprezentowanych wątkach:

Synergetics - Phonomanie III (Leo, 1992) – dwupłytowy zestaw nieznajdujący porównania z czymkolwiek w dyskografii Parkera; udana próba odnalezienia saksofonu sopranowego w dalekowschodnim wietrze mnisich improwizacji, częściowo poddanych elektronicznej dekonstrukcji.

Bush Fire (Ogun, 1995) -  niebywały, choć niestety jednokrotny kwintet, łączący brytyjski free improv z południowo afrykańskim free jazzem, pełen smakowitych niuansów sonorystycznych (w składzie Louis Moholo, Barry Guy i bracia Pheto).

Monkey Puzzle (Leo, 1997) – płytoteka Evana zawiera mnóstwo duetów, także z saksofonistami; dla mnie ten, z Nedem Rothenbergiem, jest jednak szczególny, z uwagi na liryzm i szczerość wspólnych improwizacji – uwaga, ten liryzm potrafi kąsać!


Birds and Blades (Intakt, 2002) – kolejny duet, tym razem z Barry Guyem – ich ostatnie jak dotąd wspólne nagranie, zdecydowanie najlepsze – jeden dysk to eksploracje studyjne, drugi - koncertowe.

La lumière de pierres (Psi 2005) – jednorazowa inicjatywa zmierzenia się boga europejskiego free improv z Kanadyjczykami z Quebeku (François Houle, Benoît Delbecq). Saksofony Evana skonfrontowane z klarnetem i nienachalnym piano brzmią bardzo ludzko i koją zszargane nerwy recenzenta – piękne nagranie.

House Full of Floors (Tzadik, 2009) – rzadka okazja posłuchania Parkera w składzie z gitarzystą Johnem Russellem; dodatkowo nagranie ma niesamowite walory akustyczne.

Vivaces (Tour de Bras, 2011) – wizyta Parkera we francuskiej części Kanady kilka lat temu zaowocowała pięknym koncertem, poczynionym w towarzystwie elektroakustycznego ansamblu Le Grand Groupe Regional d’Improvisation Liberee.

Ninth Square (Clean Feed, 2014) – bodaj najlepsze nagranie z udziałem Parkera, poczynione w bieżącej dekadzie. Partnerują mu bardzo kolektywnie Nate Wooley i Joe Morris.

 
Zamiast outro: Topografia płuc, czyli należało zacząć od początku

Topography Of The Lungs (Incus, 1970) - pierwsza płyta sygnowana nazwiskiem Evana Parkera, pozostaje do dziś znaczącym wydarzeniem europejskiego free improv. Spotkanie trzech wyjątkowych ludzi – osobnego gitarzysty, twórcy kanonu swobodnej improwizacji Dereka Baileya, wyjątkowego sprawnego perkusjonalisty Hana Benninka oraz początkującego i znacznie od kolegów młodszego saksofonisty Evana Parkera.


Do kolejnego spotkania w tym składzie nigdy już potem nie dojdzie, co też Topografii Płuc dodaje znamion wyjątkowości. I choć późniejsze trzy duety z Baileyem zasługują na wieczną uwagę (The London Concert, Incus 1975; Arch Duo, Rastascan 1980;  Compatibles, Incus 1985), należy w tym miejscu głośno zapytać, dlaczego tych opublikowanych spotkań było tak niewiele.


Oceniając fakt wznowienia przez Parkera Topografii jedynie pod swoim nazwiskiem, a także niektóre jego komentarze medialne, odnoszę wrażenie, że Panowie, pomimo wielkiego wzajemnego szacunku, nie byli osobowościami zbyt zgodnymi, co w ryzykownej wolnej improwizacji ma czasami kluczowe znaczenie.
Z Benninkiem Parker nagrał potem ledwie jedno wydawnictwo (Grass Is Greener, Psi 2000) i nikogo ono na kolana nie powaliło. Tym większa zatem szkoda, że Topografia jest tylko jedna.

Wielkie otwarcie wspaniałej muzycznej historii Evana Parkera – i niech tak już zostanie po wszeczasy.


Tekst niniejszy w wersji pierwotnej powstał w roku 2011 i ukazał się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011. W roku 2013 – po pierwszej aktualizacji - został zamieszczony na portalu jazzarium.pl. Obecna wersja artykułu - umieszczona na tym blogu -  została przeze mnie zaktualizowana w lutym 2016r.


Płyty, których okładki ilustrują niniejszy artykuł zostały przeze mnie określone jako 21 Kamieni Milowych Evana Parkera i pod takim tytułem zostały reprodukowane w wersji papierowej magazynu m/i.



* każdorazowo po tytule płyty podaję nazwę wydawnictwa edycji pierwotnej oraz rok powstania nagrania, nie zaś jego wydania