Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Daelman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Daelman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 października 2018

Dirk Serries’ Tonus! A New Celebration Has Started!


Usually when someone says a thing is too simple, they’re saying that certain familiar things aren’t there. - Donald Judd (1965)

Tonus – literalnie: siła mięśni, ale także rodzaj systemu muzycznego, który w procesie tworzenia dźwięków przykłada takie samo znaczenie nutom, jak i przestrzeni pomiędzy nimi.


57:39, Intermediate Obscurities I

Miejsce i czas: Dommelhof, Neerpelt (Belgia), nagrane na żywo, 16 listopada, 2017. Muzycy: Jan Daelman – flet, George Hadow – perkusja, Dirk Serries – gitara akustyczna,  Martina Verhoeven – fortepian, Nils Vermeulen - kontrabas, Colin Webster – saksofon altowy.

Bazą dla prowadzenia rozbudowanej narracji, opartej na swobodnej improwizacji, ale także dyscyplinie, kontrolowaniu emocji i antycypowaniu zdarzeń na scenie, jest leitmotif grany przez pianistkę. Kluczem do zrozumienia przedsięwzięcia artystycznego zdaje się być przyjęta przez muzyków metoda twórcza, oparta na strukturalnym minimalizmie - akord piana, rezonans talerza, plusk gitary, szmer z tuby altu i fletu. Opowieść budowana jest z pojedynczych fraz instrumentów strunowych i fortepianu oraz nieco dłuższych interwałów instrumentów dętych. Misterna pajęczyna akustycznych dźwięków i duże porcje umiejętnie dozowanej ciszy. Rodzaj abstrakcyjnej kameralistyki, wtłoczonej w proces kolektywnej improwizacji. Narracja prowadzona w oparach dychotomicznego minimalizmu, który nie pęta jednak inwencji muzyków, ale wręcz ją kreuje. Pytanie recenzenta o zasięg i charakter predefinicji samego procesu improwizacji pozostaje na ten czas retoryczne.

Czas zdecydowanie pracuje na korzyść naszej percepcji, zwłaszcza, że struktura dźwięków generowanych przez szóstkę muzyków gęstnieje (choćby rozbudowany dron Webstera w 12 minucie), ma swoje punkty przegięcia, momenty stopowania i twórczego restartu. W sumie najmniej dźwięków zdaje się wydawać sam Serries, który dyskretnie czuwa nad przebiegiem spektaklu, być może także prowadzi małą dyrygenturę. Uroda długich dźwięków fletu i altu, ulotność fraz perkusisty (Hadow dużo wnosi do tej historii – drży, szeleści, kontrapunktuje), także kontrabasisty, konsekwentna repetycja pianistki. Saksofonista, co rusz zdobi przestrzeń drobinami swoich z trudem tłumionych emocji – małe drony i skrawki ekspresji. Jak na przyjętą konwencję minimalistyczną, opowieść toczy się wartko, ma wiele smaków i ozdobników. Oczywiście repetycja jest tu narzędziem dominującym. W 30 minucie na gryfie kontrabasu bodaj po raz pierwszy pojawia się smyczek. To nowy element, który zaczyna dominować w procesie improwizacji i będzie to czynić nad wyraz konsekwentnie już do końca koncertu. Dobrze wspomagają go coraz silniej rezonujące talerze. Druga część spektaklu obfituje w większą ilość sustained pieces. Jakość ekspozycji zdaje się rosnąć w oczach! Po 45 minucie dostrzegamy pierwsze symptomy wygaszania narracji, ale nie wszyscy muzycy są w tym dziele równie zdeterminowani. Interwały zdają się być dłuższe, a tworzenie dźwięków odbywa się w jeszcze większym skupieniu. Chyba tylko rozochocony smyczek kontrabasisty zgłasza tu zdanie odrębne. Złowieszczo grzmi choćby w 48 minucie. W samym finale rola Vermeulena jest również kluczowa. Dalece wyraziste pasaże fletu i altu. Oto, jak kameralistyka delikatnie wpada w ogień. Końcowa cisza zostaje wszakże osiągnięta bezkonfliktowo.




45:20, Intermediate Obscurities IV

Miejsce i czas: Hundred Years Gallery, Londyn, nagrane na żywo, 14 stycznia 2018. Muzycy: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Tom Ward – klarnet basowy, Colin Webster – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas.

Początkowa sekwencja dźwięków jest następująca – gitara, kontrabas i saksofon. Muzycy improwizują wedle wskazówek graficznych przygotowanych przez gitarzystę. Ponownie dyktat pojedynczych fraz, wspieranych minimalnie dłuższymi wypowiedziami klarnetu basowego. Onirycznie, tajemniczo, więcej odcinków sustained niż w trakcie pierwszej części Intermediate Obscurities. Serries stawia małe stemple, reszta płynie dość zwinnie, nie unikając wszakże punktów przystankowych. Struktura dronów, jakie wydają z siebie muzycy jest dalece interesująca – trzy wyraziste dęciaki i kontrabas ze smykiem mają swoją moc i dar przekonywania. Jakby mniej minimalizmu, więcej upiornej i nie rzadko błyskotliwej filharmonii. Baryton i klarnet basowy, niczym mur chiński, nie biorą tu jeńców. W 17 minucie cały sekstet staje w głębokiej ciszy. Serries pojedynczymi akordami nawołuje do nowych ekspozycji. Fragment niemal zatopiony w głuchej bezdźwięczności. Altówka – chyba o niej zapomnieliśmy! – gra tylko długie dźwięki i wtapia się w dęty obraz sytuacji scenicznej. Gdy nagle wszyscy muzycy wypuszczają oddech, ekspozycja potrafi być nawet głośna. W 24 minucie alt Webstera próbuje szarpać strukturę narracji, ale nie znajduje specjalnego posłuchu wśród pozostałych improwizatorów. Po chwili kolejny pasus ciszy wyznaczy start nowej opowieści. Okazuje się, że hałas potrafi być od tejże ciszy jedynie nieznacznie oddalony.

Podobnie, jak w trakcie pierwszej części sekstetowego Tonusa, w połowie koncertu bardziej aktywną postawę zaczyna prezentować kontrabas. Ryje głębokie bruzdy w ziemi, ostrym jak brzytwa smyczkiem. Faktura dronów gęstnieje, choć pojedyncze ich pasma wydają się bardziej separatywne. Bez problemu jesteśmy w stanie rozpoznać poszczególne instrumenty (zwłaszcza alt Webstera). Docenić należy urodę pasaży generowanych wspólnie przez altówkę i kontrabas. 40 minuta, to początek tłumienia emocji. Strunowce szukają inspiracji w okresie późnego baroku, dęciaki dmą niczym filharmonia w trakcie napisów końcowych. Na ostatniej prostej niespodziewanie tembr sekstetu ponownie gęstnieje, przypomina pomruk stada wygłodniałych niedźwiedzi. Finał opowieści jest definitywnie piękny, tak w wymiarze akustycznym, jak i dramaturgicznym. Trwały niepokój bardzo swobodnych dronów. Koniec jest nagły i dotkliwy.




54:42, Texture Point

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 9 grudnia 2017. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Martina Verhoeven – fortepian.

Texture I. Akord piana, szmer strun na gryfie altówki, akord gitary. Sekwencja działań jest przejrzysta i stała w trakcie całej, czteroczęściowej ekspozycji. Wracamy do punktu wyjścia Tonusowej przygody, czyli motywu wprost z klawiatury fortepianu. Piękna sonorystyka Taylora na tle punktów kierunkowych, generowanych metodą ultra minimalistyczną przez jego partnerów. W stosunku do nagrań koncertowych, tu w studiu, dźwięk piana osiada jakby głębiej w przestrzeni spektaklu, altówka szuka brudnych, wysokich, nieco szorstkich fonii, nie stroniąc od pizzicato, a gitara zdaje się pracować na niższych strunach. Na finał pierwszej części błyskotliwy pasaż Taylora, przykład sonorystyki, która znajduje swój blask w posmaku industrialu. Serries przeplata akordy – raz pojedyncze, innym razem bardziej rozbudowane.

Texture II. Piano o stopień niżej, ale jeszcze delikatniej. Altówka płaska, znów pełna sonore. Gitara szuka dźwięku pomiędzy strunami, jakby pozbawiona była stroju. Narracja zdaje się być nieco bardziej zwarta, muzycy czują swoje oddechy na plecach, choć sama formuła improwizacji pozostaje bez zmian. Pianistka from time to time gra nawet 2-3 akordy w jednej sekwencji. Taylor pozwala sobie na prawdziwie czyste dźwięki. Każdy jego antrakt pachnie akustycznym wyniesieniem.

Point A. Intro jest udziałem altówki, szum niczym kołowanie samolotu. Akord piana - tym razem bardziej basowy. Gitara bez zmian, gra głównie ciszą. Odrobina preparacji na strunach piana, za to altówka wręcz pogwizduje! Drży i niesie złe wieści! Pudło rezonansowe największego z instrumentów daje o sobie znać. Pasaże Taylora zdają się być nieco dłuższe niż poprzednim razem. Instrument Serriesa zrobił się zaś tak suchy, że aż trzeszczy. Ujmuje nas nad wyraz gęsta narracja, jak na formułę minimal improve, konstytuującą do tej pory działania Tonusa. Altówka ma ochotę pohałasować, piano wybrzmiewa tylko matowymi młoteczkami, gitara trzyma pion - bodaj najpiękniejszy moment tego dysku, może nawet całego czteropłytowego zestawu Tonusa.

Texture III. Na wejściu aż dwa akordy piana. Altówka startuje z poziomu ciszy. Gitara tuż obok. Narracja zdaje się być bardziej rozmyta, z dużą przestrzenią ciszy pomiędzy dźwiękami. Ta opowieść potrwa 20 minut, muzycy mają zatem naprawdę dużo czasu. Struny altówki śpiewają, a jej mała ekspozycja wręcz tryska urodą. Dużo echa, sporo pogłosu. Mikrobiologia dźwięków. Martina i Dirk, konsekwentni do upadłego, Benedict momentami nieco na przekór, szuka intrygi, jest czujny i wymagający. W 10 minucie stawia kolejny stempel doskonałości. Raz za razem wystawia frazy bliskie akustycznego geniuszu. Akompaniament piana i gitary znacząco podkreśla całe zjawisko. Na ostatniej prostej Taylor skrobie struny, gra suchy ambient. Piękne!




34:06, Cagean Morphology

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 10 marca 2018. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Martina Verhoeven – fortepian.

Po dwóch sekstetach i jednym trio, na sam finał Tonusowej epopei, wracamy do bazy fonicznej całej koncepcji. Tylko akord piana i akord gitary, a pomiędzy nimi ogromne połacie białej, lekkiej jak puch ciszy. Cage przywołany w tytule tej części, nie wymaga uzasadnienia. Jakby muzycy wykonywali jego 4:33, przypadkiem podkreślając dramaturgię spektaklu pojedynczymi dźwiękami. Piano z dużym pogłosem, gitara zdana jedynie na swe niezbyt duże pudło rezonansowe. Akordy Martiny nieco dłużej wybrzmiewają, akordy Dirka giną w sekundę po ich ujawnieniu. Sporadycznie ta pierwsza pozwala sobie zagrać więcej niż jeden dźwięk w trakcie pojedynczej sekwencji. Ten drugi raczej stroni od takich ekstrawagancji. Ekspozycja pełna Morfologii Cage’a z pewnością dostarcza nam więcej ciszy niż samych dźwięków. Na poziomie konceptualnym – pełna akceptacja, na muzycznym – płyta do przetrwania.


Tonus Intermediate Obscurities I + IV  (2CD, A New Wave Of Jazz, 0015)
Tonus Texture Point (CD, A New Wave Of Jazz, 0016)
Tonus Cagean Morphology (CD, A New Wave Of Jazz, 0017).

Premiera wydawnictw będzie miała miejsce 13 października 2018 roku, na specjalnym koncercie TONUS Dirk Serries ‘50’ w klubie de Singer (Rijkervorsel, Belgia). Dwa tygodnie później podobne wydarzenie będzie miało miejsce w londyńskim Cafe Oto.

4 października Dirk Serries obchodzi 50 urodziny. Happy Birthday, Dirk!


wtorek, 12 czerwca 2018

Kabas & Vicente & Godinho! Negen & SMUP!


Kontynuujmy wątek młodej, improwizującej Belgii. Parę dni temu zachwycaliśmy się introwertyczną pianistyką Seppe Gebruersa, którego na polskie salony free improv doprowadził Pan Redaktor, wydając parę tygodni temu płytę „Live at Ljubljana” z Luisem Vicente i Onno Govaertem. Okazją zaś do piątkowego zachwytu była płyta nagrana z Hugo Antunesem i Paulem Lovensem Room: Time & Space.

Dziś oko i ucho pochylimy nad kolejnym intrygującym pianistą z Belgii – Thijsem Trochem (poznaliśmy go na tych łamach w trakcie prezentacji nagrań z Dirkiem Serriesem). Okazją będzie podwójna płyta kwartetu Kabas. Radość redakcji jest tym większa, iż druga płyta w dorobku formacji poczyniona została w towarzystwie portugalskich bohaterów swobodnej improwizacji – Luisa Vicente i Carlosa Godinho.

Najpierw posłuchamy nagrań studyjnych w formule Quartet + 1, potem zaś – koncertowych w formule Quartet oraz Quartet + 2.




Przygodę z belgijsko-portugalską improwizacją zaczniemy od wizyty w lizbońskim studiu nagraniowym Namouche (4 stycznia 2017 roku). Całkowicie belgijski Kabas - Jan Daelman na flecie (też nagrywa z Serriesem!), Thijs Troch na fortepianie, Nils Vermeulen na kontrabasie i Elias Devoldere na perkusji – w towarzystwie Luisa Vicente na trąbce. Na pierwszą część podwójnego dysku wydanego przez FMR Records (2018), trafia sześć utworów, które trwają łącznie 35 minut z sekundami. Ta część nazywa się Negen.

One. Introdukcja perkusyjna, oszczędna, delikatna, daleka od hałasu i jazzowej ekspresji. Po kilkudziesięciu sekundach podłącza się równie subtelny smyk na kontrabasie, w towarzystwie dronu trąbki. Opowieść wszakże gęstnieje, narasta, krew w żyłach muzyków zaczyna krążyć bardziej swobodnie. Separatywne mikroeskalacje kontrabasu. Flet i piano w dalekiej perspektywie akustycznej (jeśli ten pierwszy w ogóle wydaje jakieś dźwięki; piano ogranicza się do ornamentów z pustych klawiszy). Two. Delikatna materia dźwięku, piano zawieszone pod nieboskłonem studia, flet muskany szczeliną w wardze, suche preparacje na trąbce, szczoteczkowanie na werblu. Art of minimal improvisation. Jakość, która tkwi w szczególe, tu także zaczyna narastać. Mikrobiologia akustyki. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, a mocno skupiony odsłuch potęguje ciąg endorfin i emocje w piórze recenzenta. Perkusyjne piano, sonorystyka instrumentów dętych, szorstki kontrabas, skumulowany drumming w estetyce percussion. Three. Piano, flet i smyk. Minimalistyczne frazy, repetycja, prawdziwa trójca święta. Doskonała trąbka burczy w ustniku. Rodzaj specyficznego call & response. Głębokie słuchanie jako przyczyna, rosnąca kreacja jako skutek. Silna ekspozycja czystego brzmienia trąbki jako element dramaturgicznego zaskoczenia. Progresywny, dość już dynamiczny drumming. Pianista repetuje, ponownie zdaje się przyjmować rolę pomocnika perkusisty. Bardzo kolektywna, wzajemnie kompatybilna narracja. Znów uważne słuchanie i celne reakcje, których skutkiem staje się żwawy galop całej piątki, ze świetnymi stygmatami Vicente! Four. Odrobina frywolnych, niemal tanecznych ruchów - niskie pomruki piana, preparacje kontrabasu, oddechy trąbki. Gwałtowny akord piana jako silny kontrapunkt. Mały, deep drumming. Każdy z muzyków daje tu cząstkę siebie, która buduje jakość całej ekspozycji. Wielka pajęczyna skrupulatnie tkana przez wrażliwych improwizatorów – cicha, chwilami nawet mainstreamowa trąbka, dużo dobrych dźwięków na flankach (piano and drums), sporo artystycznego fermentu na gryfie kontrabasu, tu w świetnej komunikacji z perkusją. Piękne wybrzmienie. Five. Intro fletu, cisza, jak makiem zasiał. Mikrofrazy piana, coś dzieje się na gryfie. Jakże drobna, delikatna, wręcz kobieca narracja (czyniona przez pięciu facetów!). Szczoteczki ponownie tańczą na werblu, piękny akustycznie bezdech trąbki. Zmysłowe narastanie, całusy u wlotu ustnika, okrężny, definitywny drumming na obrzeżach opowieści. Matowy, zatopiony w minimalizmie flet. Six. Start bardzo kolektywny, dużo drobnych faz, preparacje pianisty. Kroki stawiane spokojnie, z rozwagą. Trąbka z samego dna. Eksplozywna frakcja dęta stawia jednak na działanie. Piano z klawisza, jako element stymulujący przebieg wydarzeń.  Znów robi się dość gęsto od dźwięków, interakcje, podpowiedzi i odpowiedzi. Uroczo skonstruowany flow, który nawarstwia się i prowadzi kwintet na finałową eskalację. Świetne zwieńczenie pierwszej płyty w zestawie!




Mija doba i muzycy lądują na peryferiach Lizbony, w Parede i miejscu zwanym SMUP. W koncercie weźmie udział szósty muzyk, perkusjonalista Carlos Godinho. Zagra w dwóch ostatnich częściach, podobnie jak Luis Vicente. W pierwszej zaś usłyszymy kwartet w wersji saute. Ponownie 35 minut z sekundami. Dysk zwie się dość oczekiwanie – Live at SMUP.

One. Do boju rusza samotny kwartet. Znów moc subtelności akustycznych, estetyka swobodnego call & response, tu z wyeksponowanym, acz tłumionym fletem. Wszystko zgodnie z zasadą, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało niż o jeden za dużo. Minimal improve w roli głównej! Flet nieustannie prowadzi narrację. Tuż obok drobny, nieekspansywny drumming, z jazzowym nerwem. Piano zawieszone na dwóch, trzech dźwiękach, kontrabas zostawiający mokre ślady na piasku. W 6 minucie zejście w ciszę przy akompaniamencie mikrofaz piana. Stukot palców o powierzchnię pudła rezonansowego kontrabasu, a może to jednak dzieło perkusisty. Le Monte Young bije brawo na stojąco! Narracja krok po kroku jednak narasta. Werbel drży, piano szyje nieco gęstszym ściegiem. Od 12 minuty rolę pianisty przejmuje kontrabasista i snuje udany duet z flecistą, którego instrument gra jakby trzy światy dalej od nas, za kawalkadą mgławic. Powrót piana i perkusji nadaje ekspozycji niespodziewanie free jazzowy sznyt. Finał pełen emocji, zwłaszcza ze strony drummera. Flet schodzi posłusznie na plan dalszy. Two. Oto kwartet staje się sekstetem, z rozbudowaną sekcją drums & percussion. Recenzent wyraźnie słyszy dwie trąbki (czyżby obok Vicente, także Daelman?). W tle sporo ornamentyki sekcji. Piano zanurzone w minimalu już chyba po wszeczasy. Kilka dźwięków niewiadomego pochodzenia, zwinnie akompaniujących coraz silniejszej ekspozycji trąbki (zapewne Vicente). Ciekawy dialog tego ostatniego z metalicznie brzmiącym Godinho. Sonorystyka przedmiotów blaszanych i metalowych. Żwawa, post-jazzowa ekspozycja w drugiej części utworu. Ważne słowo należy do kontrabasu, który pląsa niczym dziewica na łące zroszanej stukotem perkusjonalnym. Na ostatniej prostej wracają dęciaki (odnaleziony flet!) i dorzucają do ognia, czyniąc finał fragmentu niezwykle ekspresyjnym. Three. Intro budowane z ujemnej liczby dźwięków. Repetycje kontrabasu, szumy trąbki, drżenie piana, perkusjonalne metale, pomruki fletu. Ferria niuansów, subtelności brzmieniowych i dramaturgicznych. Klasycyzujący pasaż piana, nawet ładny, porządkuje obraz sytuacji scenicznej. Fragment wprost do katalogu ECM, ale mający swój niezaprzeczalny urok. Finał tonie w zadumie i nostalgicznym tembrze trąbki.




piątek, 22 września 2017

Daelman! Serries! Troch! – Two hours (+ extra time) of living death! … for rotting vegetables, of course!*)


What a game! - należałoby krzyknąć i bez zbytniej zwłoki przejść do ponownego odsłuchu niezwykłego wydawnictwa, firmowanego przez trzech muzyków z Belgii.

Jego niezwykłość ma podwójny wymiar – po pierwsze to muzyka, która rwie trzewia recenzenta zdecydowanie ponadnormatywnie. Decyduje o tym jakość, świeżość i artystyczna nieprzewidywalność dźwięków tu zamieszczonych. Po drugie – bo dostajemy je w formie podwójnego zestawu … kaset magnetofonowych w nakładzie… 37 sztuk! **)

Aktorzy tego muzycznego spektaklu są następujący: Jan Daelman - multiinstrumentalista, tu tenorzysta, flecista i … skrzypek (baby violin), Thijs Troch – pianista, no i ten trzeci, bez dwóch zdań najważniejszy, Dirk Serries na gitarze elektrycznej. To ostatnie nazwisko pada tego roku na Trybunie na tyle często, że nawet mniej bystrzy Czytelnicy winni je kojarzyć. Choćby z rozbudowanej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz, opublikowanej ostatniego dnia sierpnia br.

Podwójna kaseta bez tytułu składa się z czterech separatywnych opowieści. Kaseta pierwsza zawiera dwie sesje studyjne, poczynione w duetach (Sunny Side, Anderlecht, Bruksela), zaś kaseta druga - koncert tria zrealizowany w belgijskim klubie De Singer oraz post-produkcyjne, recyklingowe dzieło niejakiego Fear Falls Burninga (znawcy historii europejskiego ambientu wiedzą doskonale, iż pod tą nazwą ukrywa się od wielu już lat…Dirk Serries). Wszystkie nagrania zostały zarejestrowane prawdopodobnie w roku 2015 (opis wydawnictwa tego nie precyzuje). Edytorsko dostępne są od ostatniego dnia października 2016 roku, dzięki doskonale nam już znanemu labelowi z Manchesteru - Tombed Visions.

Za moment prześledzimy, minuta po minucie, zawartość obu kaset. Na tę czynność potrzebować będziemy dwóch godzin zegarowych. Potem – w ramach dodatkowej porcji przyjemności (ów extra time w tytule!) - sprawdzimy, cóż wydarzyło się w trakcie 35 minutowego koncertu tego samego tria, już w roku bieżącym (tym razem dzięki operatywności wydawnictwa Nachtstuck Records - premiera 17 lipca br.).




Anderlecht Session II. Duet Daelman & Serries już stoi w blokach startowych. Od pierwszej sekundy na ostro, z maksymalną drapieżnością, dwa instrumenty w stanie nieustannej pyskówki. Saksofon tenorowy, jak ostrze brzytwy, tnie niezwykle precyzyjnie. Gitara elektryczna zapętlająca się i zgrzytająca, w stanie permanentnego, dynamicznego sprzężenia. Psychedelic knives! Narracja jest stała, zawieszona niczym wielka pętla na szyi niewinnego skazańca, być może na całe 36 minut. Eksplozywnie, kompulsywnie, śmiertelnie! Szorstkie, punkowe, wręcz noise’owe brzmienie obu instrumentów. Po 15 minucie Serries zmienia nieco strategię działania. Nie eskaluje hałasu w pełnym zwarciu, raczej wycofuje się i przyjmuje rolę komentującego recenzenta. Snuje delikatnie synkopowaną opowieść, jest o pół tonu spokojniejszy i dzięki temu akustycznie bardziej wyrazisty. Daelman idzie w zaparte, jest konsekwentny i zabójczo precyzyjny. Atonalny wulkan energii! On także potrafi zmieniać metody frazowania, bardziej wnikliwie wgryzać się w przebieg duetowej improwizacji. Obaj muzycy świetnie się słuchają, intensywnie reagują i wchodzą w eskalujące się interakcje. Niespodziewanie do gry wchodzi flet! Być może wymiana instrumentu odbyła się on-line (co za tempo!), być może mamy do czynienia z klejeniem poszczególnych części nagrania (sesja jest jednym trakiem, jedną stroną kasety, ale prawdopodobnie nie jednym ciągiem dźwiękowym). Doom-heavy-flute! Dirk gra teraz nieco inaczej, mniej sonicznie, stara się pozostawiać więcej przestrzeni słabszemu fizycznie dęciakowi. Ucieka w dość wysoki rejestr. Przypomina upaloną wiolonczelę? Nie, to jednak kolejna zmiana instrumentu. W rękach Jana lądują dziecięce skrzypce! Soczysta sonorystyka, gwałtowne zmiany tempa. Galopada na całego! Ciarki na plecach recenzenta! Radykalna zmiana klimatu, tempa narracji następuje całkowicie niespodziewanie (znów klejenie traków?). Powrót do fletu, który brzmi wręcz barokowo. W tle oniryczna waltornia, która jest oczywiście tylko gitarą elektryczną Dirka. Muzycy w trakcie tej sesji zdają się być gotowi na każde rozwiązanie dramaturgiczne! To samo proponują słuchaczowi. Wybrzmienie tej jakże noise’owej ekspozycji duetu jest ewidentnie true-ambient. A umiejętność przechodzenia z fazy a do fazy b każdej narracji budzi prawdziwy respekt – wszystko odbywa się tu z kocią zręcznością (nawet abstrahując od post-produkcyjnego klejenia). Flet potrafi tak szybko stawać się skrzypcami, że już w oparach ciszy po tym niesamowitym secie, mamy wrażenie, że to jest jednak jeden i ten sam instrument.




Anderlecht Session I. Czas na duet Serries & Troch! Akordy piana, z dna instrumentu, szelest pojedynczych dźwięków na strunie gitary, którą stać na każdy kaprys narracyjny. Cisza i spokój godny wirtuozerskiej eskalacji na poprzedniej stronie tej kasety. Precyzja, skupienie, ale i tak jest gęsto, i tak tłusto. Ta sesja także składa się z kilku części, tu jednak odseparowane są one sekundowymi spacjami ciszy. Inwazyjna, plamista gitara w opozycji do coraz silniej preparującego fortepianu. Muzycy depczą sobie po piętach, są jednak ekstremalnie wiarygodni w tym, co sobie czynią. Serries szaleje na gryfie, niemal na nim leży i skowycze. Nie inaczej czyni Troch, siedząc w piekielnej otchłani swojego wielkiego instrumentu. Gdy gitara idzie w hałas, piano komentuje z klawiatury, z dużą dawką zadziorności i to też ma niebywały urok. Ciało w ciało, sound by sound! Ile tu historii, ile zwrotów dramaturgicznych. Cała współczesna literatura faktu. Od 13 minuty zaczyna się główny fragment tej sesji, który zawładnie naszymi receptorami słuchu na blisko kwadrans. Narracja jest skupiona, intensywnie wyciszona. Oniryzm i psychodelia w służbie improwizacji. Gitara ucieka w swój świat. Daje nura w ocean ambientu. Światła zostają wygaszone, uciekamy od rzeczywistości i budujemy kosmiczną drogę mleczną. Delikatne głaskanie strun fortepianu i smak gitarowego drona, który zagłębia się w sobie, owija się wokół własnej osi. Tu, na najcichszym padole tego wydawnictwa, muzycy zdają się być ujmująco wyraziści i niebanalnie piękni. Czynią to na minimalistyczną modłę, bo ta metoda kreacji jest tu najbardziej właściwa. Ten pasus dźwięków snuje się i zdaje się nie mieć końca. Pachnie dobrym Yodok III! Ambient Serriesa jest wielobarwny aż po granice impresjonistycznego kiczu. Drży i płacze, rwie się do lotu i krzyczy. What ever you want! Ostatnie dziesięć minut sesji, to kolejne perły w formule 2-3 minutowych epizodów. Hałas i zgrzyt świetnie konweniują tu z kontemplacją i mantrycznym zaśpiewem. Finał znów przywołuje oniryczne klimaty kute w skale. Piano czyni delikatne kontrapunkty klawiszowymi akordami, bądź szeleści strunami w pudle rezonansowym. Gitara szuka dna i jest nieprzejednana w swojej postawie. Ciekawy dysonans akustyczny – odkrywcza gitara i tradycyjne piano. Cóżby jednak muzycy nie czynili, w złoto zamieniają!




Live at De Singer. Na koncercie stawia się już cała trójka naszych dzisiejszych bohaterów. Jedno wszakże zastrzeżenie – Jan Daelman na koncert zabiera jedynie flet. I to on, spokojnym tembrem, wprowadza nas w nastrój wydarzenia koncertowego. W tle brzęczą przetworniki gitarowe, blat fortepianu (piana) delikatnie rezonuje, zaś sam muzyk ostrzy struny wewnątrz instrumentu. Muzyka wykluwa się, niczym pisklę z wyjątkowo twardej skorupki. Szczypta mikroeskalacji na pograniczu ciszy. Minimalistyczne dyskusje o bladym świcie. Współczesna kameralistyka zbuntowanej, acz ugrzecznionej młodzieży (liczę, że Dirk wybaczy mi ten epitet pokoleniowy). Molekularna, kropelkowa improwizacja. Gitarzysta pozostaje na razie w cieniu, poleruje struny i czeka, co zrobią koledzy. Flet trzyma się roli tytułowej, piano młoteczkuje. Niechybnie Panowie ze współczesnej edycji AMM przechodzili gdzieś obok i pozostawili mokre ślady. Narracja nieznacznie nawarstwia się dopiero przed upływem kwadransa. Aż trudno sobie wyobrazić, że ci sami muzycy, w dwóch separatywnych duetach, narobili tyle hałasu na pierwszej kasecie tego zestawu. Z kolei, to być może kolejny dowód na to, że tych doskonałych muzyków stać na mezalians z każdym gatunkiem. Po 18 minucie działania twórcze naszej trójki zaczynają się intensyfikować. Dźwięk goni dźwięk, choć nadal na scenie jest dość spokojnie, jak na kanony tego wydawnictwa. Muzycy trochę droczą się na siebie, trochę do siebie tulą. Zwinna solówka Dirka, cicha, niezwykle wyrazista (21 minuta). Potem dwa, trzy słowa od pianisty, bardzo kameralne i dramaturgicznie odpowiedzialne. Niezbędny komentarz ze strony gitary i fletu, zdaje się tu koniecznością, a przy okazji finałem koncertu.

Live at De Singer (remix). Oto i jakże dostojny, zrównoważony emocjonalnie set trzech gentlemanów sprzed chwili, zostanie teraz elektronicznie zdewastowany przez Fear Falls Burninga. Ostry atak gitary, kosmicznie zmutowanej! Brutal ambient! Jakże uroczy dysonans w stosunku do pierwszej strony drugiej kasety. Tłumione na koncercie emocje gitarzysty, tu w zwojach kabli, wprost eksplodują. W tle soczyste drony, plamiste pasaże w pełnym dygocie egzystencjalnym. Ciekawy metadźwięk klawisza. Jakby ekstremalnie upalone piano Fendera. Dirk! Prawdziwy król Midas! Master of non-reality! Krążymy wokół gitarowego sprzężenia i jest nam z tym wyjątkowo dobrze. I wciąż ten urokliwy tembr Fendera, jakby z tył głowy. Drony gęstnieją, nakładają się na siebie – perfekcyjna symbioza wielu artystycznych punktów widzenia.




Live At Koffie & Ambacht. Czas na zapowiadaną dogrywkę. Jesteśmy w Rotterdamie. Tym razem znamy datę – jest 3 czerwca br. Trio Daelman, Serries i Troch przyjmuje dość oczywistą nazwę DST Trio. Od razu spoglądamy na okładkę wydawnictwa, które zwie się, jak tytuł tego akapitu. Żadnych postaci, jedynie same instrumenty. Pianino, nie fortepian! Zestaw fletów, także małych, prostych. Tenor. Skrzypce, także dziecięce. Gitara i przetworniki oraz talerz! Możemy startować w 35 minutową podróż. Podobnie jak na koncercie z kasety, znów wchodzimy w klimaty AMM, może jednak nieco mniej geriatryczne. Talerz w natarciu (w rękach Jana!). Wykwintne, repetytywne piano. Dirk milczy. Zwinna eskalacja w wysokim rejestrze, szaleństwa na talerzu (Eddie Prevost może być dumny z poziomu inspiracji). Serries wyłania się niezwykle powoli, ale wciąż jest na trzecim planie. Muzycy znów wolą ciszę i skupienie niż hałas i nadmiar ekspresji. Pląsy na baby violin (okazuje się, że ma dość solidne struny!). W tym akurat momencie wszyscy zdają się być dość perkusjonalni. Skromny rytm, który kodyfikuje standard improwizacji. Onirycznie, ale bez zbytniej psychodelii. Muzycy sprytnie wiją się w zeznaniach i szukają odrobiny transu (zwłaszcza Troch). Flet zaburza ten ciąg przyczynowo-skutkowy i szuka zwady. W okolicach 18 minuty Serries zaczyna wreszcie zaznaczać swoją obecność na scenie. Rodzaj deep ambient, który narasta i opada. Duch wielu pokoleń muzycznych minimalistów unosi się nad naszą trójką improwizatorów (Le Monte Young wręcz klaszcze w dłonie!). Może i serialistów… - suponuje niedouczony recenzent. A Dirk znowu idzie na kawę…  Flet kwili, piano akorduje, repetycja w ślad za repetycją. Gitara… to już chyba czwarty plan. Coś trzeszczy wyjątkowo delikatnie na suchych strunach (AMM?). Na finał Jan bierze do ust saksofon. Dmie po dyszach. Szumi i wzdycha. Drży i szeleści. Minimal będzie z nami do końca. Saksofonista stara się bardzo, pianista gra melodię, a gitarzysta ledwie dotyka strun i rezonuje. Jest eskalacja, mikroszczypta emocji na samo zakończenie. Źdźbło hałasu. Być może o parę minut za późno. Daelman ma sekundę na erupcję i wykorzystuje ją skrupulatnie. Stempel z gorącej spermy. Ostatnie 180 sekund koncertu, to czas na wybrzmiewanie piana i gitary, a może tylko piana.


*) ang. Dwie godziny (plus dogrywka) żywej śmiercidla zgniłych warzyw, rzecz jasna!

**) Muzyka jest oczywiście dostępna w formie plików elektronicznych, w tym miejscu   oraz  w tym także miejscu