Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Biel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Biel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



piątek, 24 stycznia 2020

Dead Neanderthals! Ugory! Transtilla! Baker & Davis! Serries! When the Dark becomes nearly Black!


Czas na mroczną, istotnie depresyjną podróż po zakamarkach post-rocka, dark & black ambientu, zwinną wiwisekcję tego, co wartościowe we współczesnej muzyce, która naprawdę dobrze czuje się na spowitej ciemnościami scenie, w przeklętym miejscu niemal całkowicie pozbawionym dostępu promieni słonecznych. Dzisiejsza opowieść nie będzie traktowała improwizacji, jako głównego narzędzia artystycznej kreacji, baa, czasami ta ostatnia będzie miała śladowy charakter, a sercem narracji stanie się bezgraniczna, czarna meta rzeczywistość, wypełniona prawdziwie frapującymi dźwiękami.

Przegląd nowości tak zorientowanej stylistycznie muzyki zaczynamy od tradycyjnej, sylwestrowej epki naszych ulubionych, holenderskich freaków z Dead Neanderthals. Potem krajowe Ugory, które kolejnym krótkim albumem zgłaszają akces do świata muzycznych wspaniałości, dodatkowo pretendując do miana najlepszego mixera różnych odmian dark and black post-music w naszej części galaktyki. W dalszej kolejności - stuprocentowe odkrycie Trybuny, czyli holenderska Transtilla (cóż za fantastyczna nazwa!), a na koniec nasi świetni znajomi – Aidan Baker i Dirk Serries, skutecznie zanurzeni w oparach chłodnego dark ambientu.




Dead Neanderthals  Mankind (bandcamp, DL 2019)

René Aquarius na perkusji i Otto Kokke na syntezatorze oraz gość - Ethan Bokma na klarnecie. Kolejna sylwestrowa petarda, krótka (niespełna 14 minutowa, studyjna rejestracja), znów estetycznie dosadna, a artystycznie niebywale intrygująca, i jak zawsze, wyposażona w werbalne motto.

Mankind/ Ludzkość. Natura, która rozkwitła pod nieobecność człowieka. Masywny, jednostajny rytm potężnej baterii perkusyjnej, zmutowanego rocka, który dawno już pożarł własny ogon, tu w towarzystwie siarczystego dronu wprost z syntezatora. Narracja pełna egzystencjalnego skowytu pełznie, niczym materia, która definitywnie zagubiła swojego ducha. Pasmo generowane przez Kokke, które zdaje się być modyfikowane mikro zmianami napięcia, z sekundy na sekundę nabiera rockowej ekspresji. W połowie czwartej minuty brzmi, jakby do gry włączyły się gitara i bas elektryczny, wpuszczone w czeluść kabli wyjątkowo dużej mocy. Po szóstej minucie do tej gęstej magmy trafia kolejne pasmo, które wydaje się krzyczeć swoją czerstwą syntetycznością, a wszystko pobrzmiewa, niczym legendarni The Swans w edycji The Day After. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko play loud or go away!

Post-rockowa ściana dźwięku, modulowana zgodnie z przyjętą stylistyką, w połowie dziesiątej minuty wchłania pasmo czystego klarnetu (ten instrument być może jest już z nami od dawna, ale dopiero teraz wydał pierwszy, artykułowany głos). Opowieść smakuje The Eternal, pieśnią Joy Division, którą po czterdziestu latach ktoś przypadkowo podłączył pod wciąż jeszcze żywe jądro elektrowni atomowej w Czarnobylu. Krzyk fonii, który zdaje się wyznaczać kres gatunku ludzkiego, prawdziwie syntetyczna wichura, która wybrzmiewa piskiem rozszarpywanych meta gitar.   




Ugory  Późne Lato  (Koty Records, Cassette/ CD 2019)
‎
Zacznijmy od przedstawienia załogi: Marcel Gawinecki – gitara, syntezator, głos, bas, teksty, człowiek orkiestra, który jako jedyny uczestniczy w każdej z sześciu części Późnego lata, Marcin Haremza - perkusja (utwory 1 i 5), Robert Śliwka – głos i teksty (3,4), Slasia Wilczyńska – lira korbowa i głos (1), Jakub Lemiszewski – syntezator (4), Michał Biel – saksofony (5) i Maciej Maciągowski – syntezator, głos (6). Odsłuch tej niebywałej mieszanki czarnych wątków zaczerpniętych z muzyki post-rockowej, post-elektronicznej i post-ambientowej zajmie nam niespełna 28 minut.

Przygodę z Późnym Latem, po prawdzie także z każdą jej częścią, zaczynamy w zgiełku gitarowych przepięć. Iskry lecą na wszystkie strony, a energia złej kinetyki bije z każdej ołowianej struny. Opowieść, która płonie ogniem zwątpienia w moc ludzkich czynów. Gitarę wspomaga dron syntetycznego basu, a całość sprawia wrażenie doom metalu, który stoi w blokach startowych. Napięcie buduje także krzyk liry korbowej, nadając pieśni industrialny koloryt. Po pewnym czasie kobiecy głos uspokaja narrację, po czym do gry wbija się masywna perkusja i growlowy głos męski, który stawia na baczność wszystkie nasze receptory słuchu. W drugiej części gitara zostaje sama ma rykowisku – krzyczy i sprzęga się niemiłosiernie, buduje dron, który jest zdolny zmiażdżyć wszystko. Po dwóch minutach ciekawie opada w gęsty ambient. Trzecia część pogłębia nasz stan lękowy. Gitara zanurzona w syntetyce i dwa głosy, które smakują czerstwym black metalem. Basowe pasmo kreśli pętlę, całość nabiera harshowej goryczy, a słowa wokalistów giną w ogniu płonącej gitary.

Czwarta opowieść, która staje się Wielkim Obrzydzeniem – krzyk gitary i gardła, czarny jak popiół, tuż obok desperacko piękne, masywne tło syntetyki. Narracja skwierczy dramaturgicznym zaniechaniem, pulsuje, tańczy i bałamuci. Ostatecznym zwycięzcą tej nierównej walki wydają się być syntezatory. Pieśń piąta i dziki ryk saksofonu, który wprowadza nas w nowy wymiar dźwiękowych Ugorów. Po niespełna minucie łapie rytm pod dysze, a do pomocy dana mu jest rozjuszona perkusja, dodatkowo wsparta bystrą syntetyką. Saksofon zdaje się multiplikować, syntezator zaś chlasta nas po twarzy. Po chwili dęciak tak intensywnie śpiewa w rozpaczy, iż momentami smakuje żywym Coltrane’em. Syntetyczny post-free jazz na ostatniej prostej najlepszego fragmentu płyty napotyka na gitarowy zgiełk, bez którego i ta historia nie mogłaby się wydarzyć. Wreszcie finał tej nieustannie zaskakującej płyty – ściana gitarowego noise, upaćkana swobodną syntetyką. Wszystko zdaje się tu skwierczeć, pulsować, żyć sobie tylko znanym życiem – industrial with ambient in the background. Dźwięki gęste jak ciekły ołów, tu przed ostatecznym zastygnięciem.




Transtilla  II (Midira, CD 2019)

Aura tajemniczości zaczyna nas już całkowicie pochłaniać – o wykonawcach kolejnej recenzowanej płyty wiemy tylko tyle, iż nazywają się Transtilla,  personalnie zaś Anne-Chris Bakker i Romke Kleefstra. Nic nie wiemy o użytym instrumentarium (music and images by), wszystkiego będziemy się zatem domyślać w trakcie odsłuchu, który potrwa 45 i pół minuty (cztery części z tytułami).

Z mroczną jak smoła trans-Tarantulą witamy się w okolicznościach szerokopasmowego drona, który budowany jest przez kilka warstw intensywnych, stojących w miejscu fonii. Wszystko drży tu soczystym ambientem, tak w dolnym, jak i górnym paśmie narracji. Opowieść rozwarstwia się, narasta i pęcznieje. Już po paru chwilach nastrój robi się nieco demoniczny i klaustrofobiczny. Monotonia, która kreuje niepokój, mrok i zwątpienie. W połowie czwartej minuty dociekliwy recenzent odnotowuje drobne elementy brudu i śladów prądu na gryfie gitary. Po kilku kolejnych – garść post-gitarowego przesteru. Niektóre pasma dronu pulsują outside/ inside, inne masywnie drepczą w miejscu zdarzenia. Mimo dramaturgicznego status quo, w tej historii dzieje się naprawdę wiele. Przybywa demonów i postaci o dziwnych twarzach, niektóre pasma ambientu wręcz krzyczą. Ta jakże piękna ekspozycja gaśnie z dużą konsekwencją po trzynastej minucie. Druga opowieść budzi się w ciszy, która rży, burczy, rezonuje, pulsuje masą ambientowego basu. Całość zdaje się być na wejściu niezwykle matowa, szorstka, pełna nerwowego spokoju. Po trzeciej minucie natrafiamy na ciekawe, małe pasmo, które repetuje, w połowie zaś szóstej minuty budzi się już prawdziwy demon, którego kaleczą opiłki post-noise. Dolne pasmo fonii stoi w miejscu i złorzeczy. Po dziewiątej minucie nabiera jednak mocy i zdaje się szlifować struny gitary. Finał nagrania jest wyjątkowo urokliwy.

Trzecia opowieść, to drobne półdźwięki z gitary, którym towarzyszą inne, równie filigranowe fonie, trochę jakby tarcie metalu o metal. Rezonująca, żywa struktura materii dźwiękowej. Swoisty półambient, który kreśli pętlę. Przybywa mu elementów składowych. Tło buduje się jakby niezależnie od tego – syntetyczne pasma, które szeleszczą, budują swój własny ambient dalece nieinwazyjnie. Całość z pewnością zasługuje na miano najspokojniejszego fragmentu płyty. Nastrój robi się wręcz oniryczny, a skojarzenie z molekularnym post-techno Jana Jelinka nie jest pozbawione sensu. Na wybrzmieniu … kilka dźwięków żywej gitary! Kończy tę piękną płytę najkrótsza historia, którą inauguruje szum płynącego ambientu, zdobionego wewnętrznym, nerwowym półrytmem. Powrót dominacji syntetyki, która z czasem intensywnie narasta. Opowieść toczy się na stojąco, z głową w nieistniejących chmurach. Pasma, które pulsują i pasma, które wyczekują na moment zgęstnienia. Na ostatniej prostej demony wydają się powracać ze zdwojoną siłą. Światło gaszą post-gitarowe tekstury.




Aidan Baker & Gareth Davis  Invisible Cities II (Karl Records, LP 2020)

W trakcie odsłuchu kolejnego nagrania jeszcze intensywniej zanurzymy się w estetyce dark ambient, a spotykamy się z jedną z ikon gatunku, kanadyjskim gitarzystą Aidanem Bakerem. W ramach przedsięwzięcia Invisible Cities odpływa on w otchłań mrocznego oceanu dźwięków, po części z pewnością … improwizowanego, w towarzystwie belgijskiego klarnecisty Garetha Davisa. Przed nami druga edycja, nagrywana w różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Pięć części trwa dokładnie 42 minuty i 24 sekundy.

Szmer świata otaczającego, pulsacja dronowego basu, szum aparatury służącej do wzmacniania dźwięków, mrok i utopia ambientu, który w tym wypadku wydaje się nawet ciemniejszy niż zazwyczaj, dodatkowo wypuszczony w całkowicie otwartą przestrzeń. Drobne, filigranowe dźwięki gitary na pierwszym planie i towarzyszący im masywny, drżący background post-elektroniki, niepozbawiony brudu i przepięć energetycznych. Obok klarnet basowy, który oddycha ciepłym powietrzem inside/ outside. Czternastominutowa pieśń otwarcia mija niemal niepostrzeżenie. Gdy wszystkie źródła dźwięków przygasają, scenę spowija jedynie skowyt białego szumu. Na wejściu w drugą opowieść mamy wrażenie, iż cała czasoprzestrzeń nagrania pulsuje. Klarnet śpiewa małymi frazami, a narracja zdaje się stawać odrobinę bardziej surrealistyczna. Gitara zanurzona w kosmosie odległej galaktyki zwiastuje jednak nadejście niespodziewanego. Klarnet nuci semickie frazy i jest mu z tym wyjątkowo dobrze.

Trzecia bajka, to ambient, który nałykał się siarki i zgrzyta zębami. Gitara grzmi sprzężeniami i plami strumienie rozpływającej się fonii, klarnet basowy też jakby brudził swój czysty, jak dotąd sound. Falowanie i świdrowanie na granicy noise, notuje recenzent słuchający nieco mechanistycznie. Na szczyt góry pierwszy wspina się klarnet, który stroszy pióra pośród matni piekielnej. Czwarta piosenka nie stroni od dramaturgicznej refleksji – budzi się w ciszy abstrakcyjnego ambientu. Wszystko wydaje się ciche i delikatne, nawet klarnet basowy stąpa na palcach. Mrok, ukojenie i dający się akceptować strach. W połowie utworu pulsacja basowych pasm zaczyna siać skromny ferment, ubogacając i tak już intrygującą formę. Zanikająca post-elektronika na sam finał łapie nieco dubowego posmaku. Czas na pieśń zamknięcia – ambientowe pole, pada syntetyczny deszcz, wiatr szumi, przestrzeń błyszczy. Klarnet płynie wysokim wzgórzem, sennie podśpiewując. W tle skwierczą foniczne pozostałości na ciepłych jeszcze kablach. To oczywiste, że za gaszenie światła odpowiada biały szum.




Dirk Serries  Frontier & Epitaph Companion (bandcamp, DL 2020/2019)

W naszej dzisiejszej, dark ambientowej podróży nie może zabraknąć belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa w wersji solowej! Przed nami dwa jego bandcampowe wydawnictwa udostępnione światu na przełomie roku. Pierwsze, to improwizowana kompozycja z roku 2014, teraz po odświeżającym remasterze, drugie zaś, to zbiór utworów, które powstały w trakcie sesji nagraniowej Epitaph w roku 2017, ale nie zmieściły się na … podwójnym kompakcie. Zapraszamy zatem do pięknego, barwnego i nieustająco intrygującego świata pełnokrwistego ambientu, tworzonego za pomocą skromnej gitary elektrycznej i zestawu amplifikatorów. Pierwsza opowieść trwa 60 minut bez paru sekund, druga (w pięciu odcinkach) – parę sekund ponad … 60 minut.

Frontier. Z ciszy wyjątkowo mglistego kosmosu, płyną do nas dwa, trzy, może cztery pasma fonii, nakładające się na siebie, jak plastry miodu. Te najniżej posadowione, delikatnie smakują siarką. Skomponowana improwizacja do wewnątrz i na zewnątrz. Gitara Dirka chwilami brzmi, niczym organy kościelne na masywnym pogłosie, jak pasma syntetycznego dźwięku, oderwanego od swego naturalnego źródła pochodzenia. Narracja o bardzo bogatej fakturze, stabilna, niezmienna, płynna, dostojna, niemalże epicka. Mimo tych atrybutów, w opowieści dzieje się naprawdę wiele. Po trzydziestej minucie mamy wrażenie, jakby najniższe pasma zrobiły mimowolny krok ku górze, dzięki czemu całość zyskała na czystości brzmienia. Poziom naszego akustycznego ukontentowania rośnie, stymulowany kreatywną repetycją. Oto być może the most constant ambient exposition in history of nowadays! Finał trwa długo, muzyka gaśnie przez wiele minut, gdy siła amplifikacji bystrze składa swoje ramiona.




Epitaph Companion. Początek łagodny, niczym śródziemnomorski zefirek. Muzyka rozlewa się leniwie po szyjce kieliszka, niczym wysokogatunkowa whisky. Szeroki strumień czystego płynu, w sam raz do natychmiastowego spożycia. W drugiej części nastrój chwili bałamuci szczypta mroku, sunąca z samego dna narracji. Pogłos rośnie w siłę, gitara rzewnie łka nad losem ludzkości. Flow pulsuje i ciemnieje z każdą upływającą sekundą. Epizod trzeci, niczym mgławy poranek niepozbawiony codziennych wątpliwości. Dźwięki wydają się być wypłaszczone, płyną bardziej leniwie. Wraz z muzykiem dość szybko osiągamy stan full chill-out, delikatnie podszyty wszakże niepokojem. Gaszenie narracji trwa godzinami. Czwarta opowieść znów wydaje się być bardziej mroczna, zatopiona w grozie nieznanych przestrzeni kosmicznych. Z każdej strony wieje transsyberyjskim mrozem. Piąta, ostatnia historia przynosi odrobinę egzystencjalnego ukojenia – krótsze formy, mniejszy rozmach, więcej metafizyki melodii. Odrobina basowych dołów i bystra repetycja dźwięków zaczerpniętych z drugiej części nagrania. Smukła narracja, ciekawie szukająca finałowej ciszy.



wtorek, 21 listopada 2017

Strętwa! Bachorze! Sumpf! – niesamowite stwory wprost z akwarium Pawła Doskocza!


Dziś porzucimy wszelkie ograniczenia gatunkowe, stylistyczne, a poniekąd także estetyczne. Przed nami trzy niebywałe stwory elektroakustycznej improwizacji wprost z matczynego Trybunie Poznania!

Trzy tria, które tworzy… pięciu muzyków. Nie tylko jednak w wymiarze czysto matematycznym będziemy zaskakiwani w trakcie tej opowieści. Dodatkowo, wszystko odsłuchamy z przaśnych kaset magnetofonowych.

Głównym zaś bohaterem będzie gitarzysta Paweł Doskocz. On to bowiem łączy personalnie wszystkie trzy formacje przywołane w tytule.




Strętwa!

Ryba żyjąca w mulistych dnach rzek Ameryki Południowej. Egzystuje samotnie w wodach o niskiej zawartości tlenu. Długie, walcowate ciało. Komunikuje się i poluje za pomocą impulsów elektrycznych.

Tyle definicja zjawiska przyrodniczego. Teraz poznajmy aktorów podwodnej podróży: Paweł Doskocz - gitara elektryczna i przedmioty,  Patryk Daszkiewicz – taśmy i efekty oraz Maciej Maciągowski – syntezator. Kasetę Strętwa dostarcza inicjatywa Plaża Zachodnia (2017). Cztery odcinki muzyczne, 31 minut muzyki.

Jeden. Głębokie środowisko elektroakustyczne, zapach smyka chlastającego struny gitary z prądem. Modularna, analogowa elektronika i mnóstwo dźwiękowych incydentów wokół niej. Płynna, trochę chodzona narracja z lekkim przesterem brzmieniowym (from time to time uczucie zatracenia źródła dźwięku w aspekcie poznawczym). Elektronika nieco góruje nad akustyką, choć gitara potrafi skutecznie plamić czasoprzestrzeń improwizacji.

Dwa. Walcowate stwory wprost z kabla. Rodzaj elektro pozbawionego struktury rytmicznej. Jesteśmy u progu noise’owej eskalacji. A może już ten próg przekroczyliśmy. Może to już nie tyle początek eskalacji, co stan jej permanentnego trwania. Industrialna maszyna w fazie godowej erekcji. Biały szum spowija finał utworu.

Trzy. Maciągowski, wczepiony w rój kabli, ponownie atakuje lewą flanką. Gitara Doskocza sprzęga się ambientowo. Lepi różnokolorowe drony. Intensywność improwizacji spada o 50%, a w takim samym stopniu rośnie jakość samej ekspozycji. Garść onirycznych, tłocząco-skwierczących meta dźwięków. Znów akustyka w defensywie, ale jedyny żywy instrument w tym gronie pięknie rezonuje na strunach.

Cztery. Loopy z gitary, czy z kabla, a może z taśmy? Ciekawość recenzenta nie zna granic, ale odpowiedź nie wydaje się w tym momencie szczególnie istotna. Szum, który krwawi, dzierganie na kablach, które poszukują utraconego dźwięku. Pulsacja, która uspokaja. Repetycje i pętle ciągną improwizację w kierunku ciszy, uaktywniając ośrodki przyjemności po stronie słuchacza. Rodzaj elektroakustycznego dubu! Gitara w konwulsji, cichej, jak szmer wiatru za oknem. Syntezator, który odrobinę hałasuje i być nie dostrzega drobin meta transu po stronie gitarzysty. Nie zmienia to faktu, iż finał półgodzinnej przygody ze Strętwą stawia cenzurkę całości o poziom wyżej. Dub loop wprost z gitary! Pozostali muzycy robią wiele, byśmy także ich wyczyny mieli wykute w skale, ale i tak wiadomo, co stanowi szczególną wartość Strętwy.




Bachorze!

Daszkiewicz ma wolne okienko na indywidualne przyjemności, a my do duetu Doskocz/ Maciągowski (instrumentarium bez zmian) dodajemy saksofon barytonowy i jego właściciela Michała Biela. Sześć odcinków z tytułami (patrz: niżej) pomieszczonych na kasecie Okoły gnębione wiatrem, wydanej przez inicjatywę edytorską Pawlacz Perski (2016). Nagrane w poznańskim Dragonie, zapewne bez udziału publiczności, dwa lata wcześniej. Podmiot wykonawczy zwie się Bachorze.

Pokora. Gitara startuje za progiem (na gryfie), zdaje się mieć metaliczny krwioobieg. Turbomaszyna tkacka zwana syntezatorem modularnym. Baryton plami przestrzeń i snuje separatywną opowieść. Maciągowski buduje elektroniczny dron, który delikatnie dominuje na scenie (6 min). Biel zgłasza zdanie odrębne i próbuje przebić się do świata żywych. Gitara ginie w potoku narracyjnym, ale słyszymy, że oddycha.

Wydmuchane plewy. More noise! Batalia gitary i syntezatora. Baryton wchodzi na trzeciego w niezwykle dynamiczne przekomarzania, które u kresu swej drogi mogą napotkać już tylko ścianę dźwięku. Bo jeśli nie słyszysz partnera w zespole, to znaczy, że grasz za głośno…*).  Saksofonista ma dość pary w płucach, by postawić na swoje. Gitarzysta – w ramach komentarza - błyskotliwie eskaluje swoje poczynania na lewej flance i udanie puentuje ten fragment historii Bachorza.

Sam w słońcu. Gęsty elektroakustyczny sos. Wydanie dark-ambient. Muzycy zeszli o stopień w dół, o tempo wolniej, z bardziej selektywnym dźwiękiem – jakże dobrze robi to całej improwizacji. To jakby dwa kroki do przodu, ku górze.

Głowacze na krokwiach. Gitara snuje balladę na skromnym fuzzie, ze szczyptą uroczej samoeskalacji. Syntezator wbija dronowe gwoździe w podłogę, saksofon plami dywan, sugerując skromną melodię. Narracja okresowo gęstnieje, ale pozostaje selektywna w wymiarze dźwiękowym. Udane repetycje barytonu i mikrobatalie na flankach, z odrobiną uzasadnionej dramaturgicznie imitacji.

Prosto na klepiska. Każda kolejna minuta tej płyty rozrzedza narrację, zakleszcza między nutkami kolejne porcje onirycznych klimatów. Ciągoty tu transowym ekspozycjom też wnoszą posmak, który łechta podniebienie recenzenta. Intrygująca introdukcja z samoistnym rytmem (trudno wskazać prowodyra; analiza przypadku wskazuje, iż to nie baryton zaplątany w stertę kabli, ale syntezator odpowiada za wydarzenie). Gitarzysta metalicznie szoruje po strunach, tańczy na pogłosie w ambientowych konwulsjach. The show goes high! More high! W 4 minucie lekko przegrzany syntezator fantastycznie przepoczwarza się w modularny kwas, by za moment wybrzmieć dzwonami nieznanego kościoła. Co za pętla?! Brawo! Gitara szuka noise’owego punktu odniesienia, jest krwawa, tajemnicza, piekielnie głęboka. Saksofon tupie nogami i zwiastuje huragan. Każda upływająca chwila służy tej improwizacji!

Boże Ciało. O stopień dynamiczniej i głośniej (być może z tuby barytonu mogłyby dobiegać inne propozycje, niż dotychczas – wzdycha recenzent), to jakby krok wstecz dla tego nagrania. Szczęśliwie 4 minuta przynosi wytłumienie i pozostawia nas do końca nagrania w oparach onirycznej gitary, która tyczy szlak wyjścia dla całej opowieści, przy okazji, być może wskazując, jaki winien być kolejny krok na drodze życia tego tria. Być może, nie każda sekunda tej improwizacji wypełniona winna być dźwiękami wszystkich instrumentów, być może odrobina dodatkowej przestrzeni i incydentalnego zaniechania, byłaby tu rozwiązaniem doskonalszym. Być może.




Sumpf!

Maciągowski ma już wolne, powraca Daszkiewicz, pozostaje Doskocz, dochodzi Piotr Tkacz – turntables i obiekty. Ostatnie dziś trio, nagranie z roku 2013 (ponownie Dragon), upublicznione na dwóch stronach kasety Sfumato, wydanej przez Wounded Knife (2014). 30 minut muzyki, podpisanej przez formację Sumpf.

Pierwsza. Akordy gitary w płynnym, elektroakustycznym środowisku dźwiękowym. Skromny loop z wiolonczeli, który będzie nam towarzyszył do końca tej strony kasety. Niczym metronom, Poncjusz Piłat. Gitara zgrzyta i szura nogami na lewej flance, na kablach i pulpitach sterowniczych także gęsto. Wszyscy wzajemnie się imitują, co nie jest banalnym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę używane narzędzia. Recenzent musi zatem zapomnieć, skąd dociera dany dźwięk. Szczęśliwie nie stanowi to dla niego problemu. Marszowy rytm (metronom!). Gitara zmienia stronę i dudni już z prawej. Sporo mikrowydarzeń w jednostce czasu. Drobne ukojenie przynosi dopiero 9 minuta. Loop się… pętli, elektronika dogorywa… Gitara ratuje stygnącą narrację ciekawą ekspozycją strunową w klimatach wczesnego Sonic Youth. Nerw upalonej wiolonczeli wciąż czuwa w ukryciu. Natarczywe dźwięki z lewej flanki, w konsekwencji iskrzenia na kablach. Nadmiar pomysłów nieco dławi ten fragment płyty.

Druga. Muzycy zaciągają ręczny. To świetny pomysł! Gitarowe fantasmagorie udanie konweniują z elektroniką. Bez loopu wiolonczeli, z migoczącymi w oddali propozycjami zastąpienia go czymś bardziej wyszukanym. Dźwięki są szorstkie, tajemnicze i ciekawie kłębią się w zwojach nowej improwizacji. Gitara snuje zwinne zawijasy, ma czas, nigdzie się nie śpieszy. Narracja gęstnieje, ale nie eskaluje się. Jakby docierała zza szyby akustycznej, dzięki czemu możemy ją zgłębiać bez szwanku dla naszych receptorów słuchu. 10 minuta wyznacza moment, w którym recenzent może ogłosić stan wzmożonej aktywności muzyków. Efekty ich działań leją się jak woda, do jednego wiadra, w jeden dronowaty lej po bombie. Finał zdobi loop porywistego wiatru! Krwiste wybrzmienie!
                  
W ramach extra time – druga kaseta w dorobku Sumpf zwie się Tom II i jest z nami od wiosny tego roku (Pionierska Records). Cztery fragmenty o najdłuższych na świecie tytułach i dość krótkim czasie trwania. Mniej niż 25 minut.

Jeśli klimat drugiej strony pierwszej kasety tria przypadł nam do gustu, koniecznie sięgnijmy po tę drugą. Przynosi więcej gitarowej ornamentyki, podawanej spokojnym strumieniem, z niebanalną dawką melodii i wewnętrznego rytmu. Nie brakuje udanych dodatków field recordings (rozmowy, szmer miasta, ptasie loty, klekot mew), a e-muzyka nieśpiesznie zdobi narrację spokojnymi i w wielu momentach, intrygującymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Szczypta dubowych rozwiązań przestrzeni dźwięku też leży po stronie ewidentnych atutów tego nagrania. Finał płyty, to dawka elektronicznego kurzu w skondensowanej formie, którą zdobi mantrująca gitara. Ta ostatnia, nie dość, że zwinnie repetuje, to nie stroni także od wycieczek w kierunku melodii.


*) Autorem tej niezwykle istotnej dla historii improwizacji maksymy jest John Stevens.

sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.