Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Melo Alves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Melo Alves. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2024

Portugal' in jazz we trust: Riffs! Understanding Life! Illusions and Lamentations! Come Down Here! Free Baile! The Invisible! Pulsar! Loop Beat!


Współczesna portugalska muzyka improwizowana ma się świetnie - tego na tych łamach nie trzeba specjalnie uzasadniać. W przeciwieństwie jednak do równie uwielbianej przez nas muzyki improwizowanej z Katalonii nie pretenduje do miana ponadgatunkowej wolty, raczej skupia się na otwartej formule jazzu i wszelkich jego swobodnie improwizowanych odmianach.

Wiemy o tym doskonale nie od dziś, a prezentowane poniżej nowości płytowe z udziałem muzyków z południowo-zachodniego krańca Europy aż w sześciu (siedmiu?) przypadkach stanowią koronny dowód w sprawie. Niektóre albumy powstały w Lizbonie, kilka z nich poza Portugalią, niektóre z udziałem muzyków z innych części świata – ale tu, w odmętach trybunowych impresji - świetnie znanych i cenionych.

W zestawie trzy nowości Phonogram Unit, labela prowadzonego przez samych muzyków, dwie petardy z flagowego dla Portugalii Clean Feed Records, kolejne od wydawców z Niemiec i Litwy, wreszcie ostatnia w formule self-released. So, welcome to jazz we trust!



 

José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Andrew Lisle Riffs (The Phonogram Unit, DL 2024)

Cossoul, Lizbona, maj, 2023: José Lencastre – saksofon tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 36 minut.

Klasycznie free jazzowe trio grające riffy! Spotkanie kwiatów portugalskiego wolnego jazzu z angielską, swingującą petardą młodości i kreatywności nie mogło nie zakończyć się czymś definitywnie wartościowym. A zatem bez zaskoczeń, wszakże z dużą porcją radości płynącej z odsłuchu, trwającej dłużej niż albumowe trzydzieści sześć minut.

Nagranie składa się z odsłony głównej (ponad 26-minutowej) i kilkuminutowej dogrywki. Start jest spokojny, szyty blaskiem talerzy, delikatnym szarpaniem za struny i dętymi westchnieniami. Trio dość szybko nabiera wiatru w żagle niesione perkusyjnymi łamańcami, post-synkopami, a na etapie rozwinięcia zdecydowanie swingującym flow. Szczęśliwie jednym dyskomfortem dla odbiorcy jest tu dość płaskie, zbite brzmienie całości. Po kilkuminutowej przebieżce trio zastyga w kameralnej pozie, zdobionej frazami smyczka, akcentami percussion, post-bluesowym drive’em kontrabasu, a także plejadą flażoletów. Kolejna kulminacja ma nieco inny smak, jest lepiej skomunikowana, dodatkowo upstrzona efektownym solem perkusisty, a na etapie finalizacji staje się definitywnie ognista. Dogrywka stawia na bardzo zbilansowaną dynamikę, na starcie przypomina swobodną kołysankę opartą na smyczku. Z kolei szyk rozwinięcia wydaje się nad wyraz taneczny, znów naznaczony stemplem angielskiej jakości.



 

José Lencastre/ Margaux Oswald/ João Carreiro Understanding Life (The Phonogram Unit, DL 2024)

Namouche Studio, Lizbona, lipiec 2024: Margaux Oswald – fortepian, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz João Carreiro – gitara. Osiem utworów, 31 minut.

Kolejne trio z udziałem lizbońskiego saksofonisty sytuuje się w klimatach bardziej kameralnych, wydaje się być na poły konceptualnym przedsięwzięciem (z silną, literacką inspiracją), ale na etapie rozwoju poszczególnych opowieści nie szczędzi nam post-jazzowych fraz, za które odpowiedzialny jest nade wszystko Lencastre.

Początek pierwszej z ośmiu krótkich opowieści rysowany jest kolektywną kreską, z jednej strony sycony post-klasyczną pianistyką, z drugiej pikanterią dętej ekspozycji. W dalszych odsłonach albumu muzycy dorzucają kolejne powabne elementy tej literacko-muzycznej układanki – zwinne, świetnie skonstruowane akcje inside piano, niezliczone garście jazzowych melodii, wreszcie ekspozycje gitary, zarówno preparowane, jak i te z akcentami czystszego frazowania. Album nabiera szczególnej urody w części środkowej, gdy muzycy szukają mroku, pochylają się na każdą frazą, stawiają na kreatywny minimalizm i świetnie dawkują emocje. Nie unikają ekspresji, ale być może wiedzeni literackimi inspiracjami podejmują szereg zaskakujących decyzji dramaturgicznych, które budują jakość całej opowieści. Finał albumu skrzy się dużą kreatywnością, szczególnie pianistki, być może nasączony jest jednak zbyt dużą dawką jazzowej melodyki ze strony saksofonisty.



 

Dávila/ Almeida/ Furtado Illusions and Lamentations (The Phonogram Unit, CD 2024)

Night Sky Studio, Ahaus, Niemcy, czerwiec 20924: Pacho Dávila – saksofon tenorowy i sopranowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Siedem utworów, 64 minuty.

Kolejny przykład swobodnego jazzu, niemal modelowy z punktu widzenia dzisiejszej, portugalskiej zbiorówki. Nazwisko saksofonisty wydaje nam się dość obce, po prawdzie i po odsłuchu mówi niezbyt wiele. Co innego kontrabasista i perkusista – jeden jest najpiękniejszym kameleonem współczesnej muzyki improwizowanej, drugi krwistym kawałkiem free jazzowego mięsa, mistrzem post-synkopowanego groove. Album jest odrobinę przegadany, ale dobrze unerwiony, doposażony wieloma porcjami stylowych improwizacji.

Pierwsza odsłona albumu, to free jazzowy blues szyty twardą sekcją rytmu i ulotnym saksofonem tenorowym. Słychać, że muzycy dobrze czują się w sytuacji dynamicznej i swobodnie melodyjnej. Kolejne trzy części startują z pozycji smukłej post-ballady upstrzonej preparacjami, dobrze nabierają tempa na etapie rozwinięcia i bywają puentowane wysmakowanymi akcjami kontrabasu, także z użyciem smyczka. Piąta opowieść bazuje na prostej melodii, przypominającej dziecięcą rymowankę. Szczęśliwie jest finał kipi od ognia dalece dojrzalszej proweniencji. Najlepsze momenty płyty, to dwie ostatnie improwizacje. Pierwsza z nich nie szczędzi nam dźwięków preparowanych (szczególnie w zabrudzonej tubie), druga po części sięga po estetykę free chamber. I znów dużo miejsca pozostaje tu dla kontrabasisty i perkusisty, których ekspozycje zarówno solowe, jak i duetowe są solą tej improwizacji. Nie sposób nie dostrzec także jakości w finałowej akcji saksofonu sopranowego, bazującej na efektownej dynamice.



 

Luís Vicente Trio Come Down Here (Clean Feed Records, CD 2024)

Soundinnovation Studios, październik 2023: Luís Vicente - trąbka, dzwonki, gwizdek, mbira, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Pedro Melo Alves – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Sześć kompozycji, 40 minut.

Luisa Vicente znamy jako wyśmienitego improwizatora, zapewne nieco mniej jako kompozytora piszącego efektowne, po portugalsku smutnie melodyjne tematy, które w krzyżowym ogniu interaktywnych improwizacji jawią się niczym perły na firmamencie światowej sceny jazzowej. Jego trio (w jakże fantastycznym składzie!) właśnie dostarcza nam swe drugie fonograficzne dziecię. Radości, jak za pierwszym razem, całe mnóstwo, nawet wtedy, gdy zmysł kreacji Luisa, Gonçalo i Pedro transponuje na język współczesności taneczną, brazylijską capoierę!

Pierwszy temat podany jest na sporej dynamice – muzycy brną ku nam z melodią we włosach, ciepłym tembrem trąbki i zgrabnym rytmem szytym zwinnym, swingującym pizzicato i delikatną, acz ruchliwą perkusją. Drugi temat oparty jest na soczyście brzmiącym smyczku, a faza improwizacji zdaje się być skoncentrowana na ogrywaniu na tysiące sposobów zadanej melodyki. Trzeci utwór, to anonsowana już capoeira. Intro, a także koda utworu bazują na perkusjonalnych błyskotkach, gwizdku i mbirze, z kolei faza zasadnicza na tanecznym groove kontrabasu i rozśpiewanej trąbce. Ostatnie słowo należy jednak do barokowego smyczka. Utwór czwarty swinguje aż miło – muzycy gnają do przodu w szalonym tempie albo równie wspaniale zwalniają i sięgają po brzmieniowe detale. W piątej części dominują frazy preparowane, tempo jest leniwe, a melodia molowa. Sam temat pojawia się dopiero na ostatniej prostej. Końcowa kompozycja trwa tu jedenaście minut i jest pięknym podsumowaniem całego albumu. Początek zdaje się być szyty ściegiem, który znamy z piątej odsłony. Po niedługiej fazie marszowej cały środek utworu oddany zostaje do wyłącznej jurysdykcji trębacza, który kleci wyłącznie wspaniałe dźwięki. Potem, po kilku głębszych wydechach, opowieść kona w klimatach lizbońskiego saudade, w ciszy zapomnienia, krokami stawianymi na palcach.



 

MOVE Free Baile - Live in Shenzhen (Clean Feed Records, CD 2024)

Shenzhen, Chiny, październik 2023: Yedo Gibson – saksofony, Felipe Zenicola – bas elektryczny oraz João Valinho – perkusja. Sześć utworów, 34 minuty.

Free jazzowy, spazmatyczny krzyk saksofonu, sfuzzowana, permanentnie łamiąca rytm punkowa gitara basowa i perkusja, która ogarnie i spuentuje każdy fragment tego rozgrzanego tygla emocji - to trio znamy doskonale zarówno z debiutanckiej płyty studyjnej, jak i koncertów w naszej części świata. Tym razem brazylijsko-portugalskie combo wyruszyło do Chin i zagrało tam ekstatyczny koncert w dalece rockowych okolicznościach przyrody. Wrzask rozentuzjazmowanego tłumu, kilka prób zaspokojenia potrzeb mniej wymagającego odbiorcy i cała masa improwizowanej jakości. And that’s all!

Muzyka MOVE od startu nie pozwala zapomnieć o mocy rażenia, jaką w sobie nosi! Ich improwizacja, to narracja łamana kołem zębatym, to krzyk kosmicznej energii, ale nie desperacji, raczej radości współtworzenia muzycznego piekła. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą saksofonowe preparacje pełne wywrotowych melodii i puenta basisty w formie dalekowschodniej mantry. W części drugiej intryguje ogniste intro Gibsona, które przepoczwarza się w dziki taniec całej trójki. W trzeciej dominuje melodia, która płynie niesiona strugą energii pracującego na wydechu basisty. Szczególnie efektowny moment szyje tu saksofonista. W części czwartej nie brakuje bystrych preparacji z każdej strony, a także saksofonowej puenty nasyconej tajemniczą melancholią. Piątka kona pod jarzmem rytmu, tu generowanego wszystkimi dostępnymi środkami artystycznego wyrazu. Ostatnią odsłonę uruchamia rozdygotany bas. Końcowy taniec zionie ogniem, doprowadza publiczność na skraj śmiertelnej ekstazy!



Dirk Serries/ Rodrigo Amado/ Andrew Lisle The Invisible (Klanggalerie, CD 2024)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, listopad 2021. Dirk Serries - archtop guitar, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 57 minut.

Portugalsko-belgijska kooperacja w zakresie muzyki improwizowanej o silnie jazzowej proweniencji pozostaje w stanie permanentnego rozkwitu. Amado jest jednym z dwóch saksofonistów znad Tagu, szczególnie aktywnych w dziedzinie muzykowania z Serriesem. Trio uzupełnia kolejny stały współpracownik belgijskiej sceny, angielski drummer Lisle. W gronie zatem samych dobrych znajomych uciekamy w swobodny jazz na prawie pełną godzinę zegarową. Bo warto!

Każda z trzech rozbudowanych, wielominutowych improwizacji ma swoją dramaturgię, ale też wiele elementów wspólnych – kolektywny, żwawy początek, fazę długoterminowego spowolnienia, udane incydenty w podgrupach i ekspresyjną, niekiedy ognistą finalizację. Saksofon zanurzony jest na ogół we free jazzie, bywa, że płynie bardzo gęstą melodią, gitara, choć typowa dla akustycznej estetyki Serriesa, potrafi zaskakiwać, choćby użyciem smyczka, wreszcie jak zwykle niebywale kompetentny drumming, w tym trio pozbawiony wszakże swingujących synkop, raczej skoncentrowany na budowaniu nieoczywistej dramaturgii i rytmicznym podkreślaniu kolejnych etapów podróży. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą smyczkowe preparacje gitarzysty, w drugiej uwagę przykuwa rozbudowana faza dronowa ubogacona melodią saksofonu, dalekowschodnią mantrą gitary i rezonującymi talerzami. Z kolei w części trzeciej nie sposób nie nadstawić ucha nad ekscesami solowymi, szczególnie perkusisty. Swoje kilka samotnych, równie fascynujących chwil ma także saksofonista. Album zostaje urokliwie podsumowany strumieniem wspólnie wydychanej fonii, lepionym wystudiowaną melodyką.



 

William Parker/ Hugo Costa/ Philipp Ernsting Pulsar (NoBusiness Records, CD 2024)

Codarts, Rotterdam, październik 2023: William Parker – kontrabas, Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Trzy utwory, 50 minut.

Costa i Ernsting muzykują razem od lat, ale okazjonalne spotkanie z legendą free jazzowego kontrabasu zza Wielkiej Wody z pewnością była dla nich czymś szczególnym. Nie mogła z tego nagrania nie powstać dokumentacja fonograficzna, która trafia teraz do nas mocą litewskiego wydawcy. Trzy rozbudowane improwizacje osnute tu są na ogół wokół kontrabasowego groove Parkera, ale zdaje się, że najbardziej ekscytujący moment tej sesji ma miejsce wtedy, gdy ster dowodzenia przejmuje perkusista i perfekcyjnie stymulując dynamikę wynosi całe trio na wyżyny kreatywności.

Nagranie otwiera spokojna ekspozycja kontrabasu, która z miejsca nabiera typowej dla Parkera melodyjnej dynamiki. Perkusja i saksofon wchodzą do gry cedząc w skupieniu każdą frazę, ale dość szybko osiągają na poły taneczną konfigurację. W kolejnych fazach najdłuższej, ponad dwudziestominutowej improwizacji mamy solo kontrabasu, intrygujący passus kameralnej improwizacji w trio osadzonej na ciepłym brzmieniu smyczka, a także post-balladową puentę. Druga odsłona, która trwa odrobinę ponad kwadrans jawi się tu jako ta najciekawsza. Otwarcie spoczywa na barkach basu i perkusji. W grze dość szybko pojawia się smyczek, który pracuje w bardzo zróżnicowanych tempach i ekspresji, a anonsowany w preambule tekstu crème de la crème albumu dzieje się już na etapie rozwinięcia. Ernsting podkręca tempo, płynie coraz szerszym, niemalże polirytmicznym strumieniem. Emocjom sprzyja tu zarówno pęczniejący groove kontrabasu, jak i free jazz altowej tuby. Końcowa improwizacja trwa dziesięć minut i ma nieco folkowy wymiar. Oparta jest na dynamice perkusji, ekspresji saksofonu i … rozśpiewanym, drobnym instrumencie dętym, na którym frazuje Parker. Trio w takiej formule bazuje na rozkołysanym rytmie, który chętnie gmatwa w niemal colemanowskim stylu, niczym sławetne Dancing in Your Head.



 

Hocus Loop Beat (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Genewa/ Zurych, kwiecień 2024: João Almeida – amplifikowana trąbka kieszonkowa, elektronika. Dwie improwizacje, 54 minuty.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy portugalskiego, jazzowego resume nie spuentowali czymś definitywnie niejazzowym, hałaśliwym i bezczelnie ponadgatunkowym! João Almeida w towarzystwie grywa swobodne impro, free jazz czy free chamber, ale gdy zostaje sam na sam z trąbką, przepoczwarza się w brutalnego dekonstruktora dętych fraz, artystę, który kocha noise i uwielbia maltretować nasze narządy słuchu. Tu dostajemy go w dużej, koncertowej porcji. Kto nie da rady, jego strata, kto podejmie trud wysłuchania całości, nagroda może być wielka! A sam tytuł albumu mówi naprawdę wiele o formule tej … improwizacji.

Dwa szwajcarskie koncerty, to kwintesencja hocusowej, zmutowanej trąbki, silnie amplifikowanej, zaplątanej w niekończące się kable czerstwej elektroniki. Wszechobecny noise tworzą tu zgrzyty, pulsacje, rozdygotane stemple sfuzzowanego brzmienia, wdechy i wydechy, kulminacje i małe zgony. Wszystko uformowane jest w pętle, których intensywność sama z siebie kreuje pokraczny, post-elektroniczny rytm. Schemat gry jest stabilny, muzyk wszakże permanentnie modyfikuje brzmienie. Całość przypomina chwilami krwisty drum’n’bass, ale tworzony bez basu i perkusji. Początek drugiego koncertu, to wyziewy trąbki-sygnałówki, która kona w wiecznej pętli bólu i rozpaczy. Sama narracja wydaje się odrobinę bardziej subtelna, wyczulona na pojedyncze akcje hałasu. Strumień fonii jest martwym tańcem, którego ewentualny koniec niczego nie rozwiąże. Muzyk wprowadza tu brzmienia przypominające zarówno silnie sfuzzowaną gitarę, jak i niemal klasycznie elektroniczny white-noise.  Na finał jego trąbka kieszonkowa piszczy wniebogłosy, podczas gdy dołem sunie rzeka wyjątkowo paskudnych rzygowin. Tak, Merzbow byłby z João niepomiernie dumny!

 

 

 

piątek, 26 lipca 2024

The July’ Round-up: Linae! Costa! Alma Tree! Skerebotte Fatta! Cosmic Cluster! Magee! Constellative! de type inconnu! Chmiel! Kahn!


Zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną, to crème de la crème naszych werbalnych uniesień muzycznych! W tym roku ta zacna inicjatywa trochę kuleje (czas płynie zdecydowanie zbyt szybko!), ale lipiec będzie miesiącem, w którym ów fakt edytorski ma miejsce!

Przed nami dziesięć soczystych, mięsistych albumów jak zwykle z całego świata, choć tym razem przeważnie w wymiarze europejskim. W ujęciu gatunkowym dużo swobodnie improwizowanego jazzu, garść równie frywolnej kameralistyki, a na koniec trochę eksperymentów, zarówno elektroakustycznych, jak i … wokalnych. Będzie dużo Portugalii, trochę Belgii, Polski, Węgier, Anglii i Francji, a także trzy dalece międzynarodowe duety. Welcome!



 

Linae Continuum - Live at Smup (Phonogram Unit, DL 2024)

SMUP, Parede, Portugalia, 2023: João Almeida- trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado – perkusja. Trzy improwizacje, 44 minuty.

Międzypokoleniowe trio portugalskiego post-jazzu debiutowało fonograficznie całkiem niedawno. Teraz powraca z nagraniem koncertowym i zdaje się zaspokajać potrzeby zarówno miłośników free jazzu, jak i zwolenników swobodnej, ponadgatunkowej improwizacji. Muzycy świetnie budują dramaturgię, wchodzą w niekończące się, zwinne interakcje, osadzając opowieść na żywym, jazzowym groove, jaki kreuje perkusista.

Koncert składa się z trzech wielominutowych improwizacji, z których ta środkowa trwa pełne dwadzieścia minut. Minimalistyczna, kolektywnie lepiona na starcie opowieść dość szybko nabiera tu rumieńców. Perkusja szyje gęsty ścieg, dzięki czemu piano i trąbka mogą płynąć bardzo swobodnym strumieniem. Jeśli narracja syci się dynamiką, ekspozycja tria przyjmuje postać soczystego free jazzu, gdy muzycy hamują, studzą emocje, ich kameralistyka potrafi nabrać walorów wręcz post-klasycznych. Najdłuższa z improwizacji budowana jest niezwykle skrupulatnie, ma wiele faz, a każdy z muzyków możliwość do reprezentacji swej nieograniczonej kreatywności. Frazują na ogół czystym brzmieniem, a jeśli sięgają po dźwięki preparowane, czynią to w momentach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w trzeciej, pozornie najspokojniejszej opowieści wieczoru. Ale i ta historia ma swoje dynamiczne rozwinięcie, pięknie osadzone w tradycji muzyki free.

 


Hugo Costa/ Dirk Serries/ Friso Van Wijck Live At Oude Klooster Kapel Brecht (Subcontinental Records, CD 2024)

Oude Klooster, Kapel, Brecht, wrzesień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Friso Van Wijck – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 48 minut.

Kolejne dziś trio łączy Portugalię i Belgię, przy okazji zdaje się być pierwszym spotkaniem artystów w zadanej konfiguracji personalnej. Improwizacja ponownie balansuje pomiędzy free jazzem, a swobodną kameralistyką, wszakże nieosadzona rytmicznie, ani dynamicznie w kontekście gatunkowym, częściej dryfuje w kierunku kameralnym. Opowieść miewa momenty ekscytujące, nie unika wszakże chwil dramaturgicznego zastoju i pytań o dalszą drogę.

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, podzielonym na dwie wielominutowe ścieżki. Otwarcie, to duet saksofonisty i spokojnie usposobionego gitarzysty. Perkusjonalista wchodzi do gry po kilku minutach i zdaje się koncentrować na budowaniu tła, jakby bez ingerencji w ciąg przyczynowo skutkowy improwizacji. Muzycy sięgają zarówno po frazy czyste, jak i preparowane - wszystko osadzone jest jednak w głębokim pogłosie i niekiedy traci walory brzmieniowe. Po upływie kwadransa improwizacja zastyga w pozie post-balladowej, szczęśliwie gitarzysta sięga wtedy po smyczek i nadaje całości inny, ciekawszy wymiar. Kolejne fazy koncertu, to kilkuminutowa, perkusjonalna celebracja, a potem efektowne, niemal free jazzowe spiętrzenie, które rekompensuje tu wiele. Na etapie wytłumienia narracja osadza się na drobnych, ale bystrych interakcjach, przy okazji stając się drugim trakiem na dysku. Tym razem opowieść klei się dramaturgicznym dysonansem – saksofonista zdaje się brnąć w kierunku open jazzu, z kolei gitarzysta i perkusjonalista tłumią jego zapędy i szukają bardziej kameralnych rozwiązań. Znów wiele dobrego daje tu gitara, która udanie szuka akustycznego ambientu. Zakończenie jest kolejnym spiętrzeniem, ale tym razem dalece mniej intensywnym.



 

Alma Tree (Ra Kalam Bob Moses/ Vasco Trilla/ Pedro Melo Alves) Sonic Alchemy Suprema (Self-released, CD 2024)

CARA OJM Studios, Porto, maj 2022: Ra Kalam Bob Moses (kanał prawy), Vasco Trilla (środek), Pedro Melo Alves (kanał lewy) – wszyscy perkusja, instrumenty perkusyjne. W utworach 2, 5, 8, 13, 15: João Pedro Brandão – saksofon altowy i flet (środek), José Soares – saksofon altowy (kanał prawy), Julius Gabriel – saksofon tenorowy (kanał lewy). Piętnaście utworów, 56 minut.

Moses i Trilla nagrali płytę w duecie w roku ubiegłym i bardzo nam ona przypadła do gustu. W ramach kontynuacji współpracy doprosili do wspólnego muzykowania jeszcze jednego perkusistę i by całość ubarwić prawdziwie free jazzowym sosem – w kilku utworach jeszcze trzech saksofonistów. Efekt jest więcej niż bardzo dobry – prawdziwy kalejdoskopów polirytmicznego drummingu, narracyjnej zwiewności, kreatywności i nade wszystko świetnej zabawy. Album podzielono aż na piętnaście kilkuminutowych epizodów, zatem nudy nie uświadczymy tu choćby przez ułamek sekundy. Równie ciekawy jest układ przestrzenny – na flankach grają Alves i Moses, skoncentrowani na wielowymiarowym drummingu, z kolei na środku sceny posadowiony jest Trilla, którymi długimi fragmentami preparuje swoje instrumentarium – innym słowy uprawia nasz ulubiony no drumming percussion.

Album otwiera spokojny, trójwymiarowy drumming, która ubogacają podawane przez Trillę plamy rezonansu. Na podobnej zasadzie zbudowanych jest jeszcze kilka innych utworów, choćby wyważona czwórka, czy też dynamiczna dwunastka. W drugiej odsłonie płyty muzycy efektownie drżą i szeleszczą, a emocje budują saksofonowe drony. Goście pojawiają się także w części piątej i ósmej, nadając perkusyjnej narracji prawdziwie aylerowskiej melodyki. W kilku momentach albumu Moses nie tylko rytualnie bębni, ale także śpiewa. Tak dzieje się choćby w utworze trzecim i bodaj najlepszym na płycie – trzynastym, który zdaje się być mantrą tanecznej podróży. Na albumie mamy też trzy utwory, których tytuły noszą w sobie nazwiska muzyków. Tu lider inicjuje każdy z epizodów, a partnerzy wchodzą do gry na palcach i pięknie podłączają się pod główny wątek ekspozycji. Nagranie podsumowuje sekstet. Saksofony i flet śpiewają free jazzowe hymny. Strumień narracji jest zrównoważony emocjonalnie, ale ma swój rytm i intrygującą intensywność. Z czasem całość nabiera kolorytu, po czym zastyga w poczuciu dobrze zrealizowanego przedsięwzięcia artystycznego.



 

Skerebotte Fatta & Olgierd Dokalski Molting (Creative Sources, CD 2024)

Quality Studio, Polska, czerwiec 2023: Jan Małkowski – gitara elektryczna, saksofon altowy, Dominik Mokrzewski – perkusja oraz Olgierd Dokalski – trąbka. Siedem utworów, 48 minut.

Krajowy duet free jazzowy uderza po raz trzeci! Tym razem w formule rozszerzonej, jak to często bywa w przypadku working duetów. Przy tej okazji następuje jeszcze jedna zmiana – Małkowski sięga także po gitarę elektryczną i zdaje się, że w wymiarze czasowym gra na niej częściej niż na saksofonie. Każda zmiana bywa rozwojowa, zwłaszcza, gdy do stałego duetu sax & drums dochodzi drugi instrument dęty, ale czy służy efektowi końcowemu, to już pytanie retoryczne.

Początek albumu jest spokojny, post-jazzowy, z nutą barwionego dubem swingu na gryfie gitary. Ciekawie frazuje trąbka - nie wychodzi przed szereg, ale zdaje się zdobić każdy fragment opowieści. Narracja często staje się tu opowieścią duetu trąbka i perkusja, a ów zabieg nierzadkim zjawiskiem także dla innych epizodów płyty. W połowie drugiej odsłony do gry wchodzi saksofon, który w mgnieniu oka podrywa trio do free jazzowego lotu i sprawia, że emocje rosną jak słupek rtęci w trakcie upału. Podkreśleniem tego stanu rzeczy jest intensywna, ostra przebitka, która wypełnia część trzecią. Kolejne trzy utwory, to powrót gitary. Raz jest to jazzowa post-ballada, innym razem umiarkowanie dynamiczna jazda w estetyce … country and western, wreszcie garść intrygujących preparacji na dobrze zaciągniętym ręcznym. Album finalizuje najdłuższa, ponad 10-minutowa opowieść, która mieni się wszelkimi kolorami tęczy. Jej jakość buduje saksofonista i zmysł dramaturgiczny trębacza i perkusisty. Początek jest dość krzepką introdukcją trąbki i perkusji. Saksofon wchodzi na gry wyjątkowo wystudzony. Narracja interesująco rozwija się, sięga po kolejne, free jazzowe atrybuty, pachnie dobrym Aylerem na kilometr. W ramach wieloczęściowej kulminacji przez kilka chwil Skerebotte Fatta znów jest ognistym duetem sax & drums! I takim chcemy go zapamiętać!



 

Cosmic Cluster Live Ruin EP (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Szimpla Kert, Budapeszt, czas nieznany: Christopher Cox – amplifikowany puzon, loops, instrumenty klawiszowe, Heidrich – gitara elektryczna, Zoltán Kovács – kontrabas oraz Attila Gyárfás – perkusja. Pięć utworów, 42 minuty.

Czas na rzadki na naszych łamach wątek węgierski. Amerykański rezydent Budapesztu na amplifikowanym puzonie wraz z gronem rdzennych mieszkańców tamtych ziem zaprasza na intrygujący, psychodeliczny trip, który przynosi sporo emocji, dużo ciekawych brzmień i figur stylistycznych. Ów koncept muzyczny śmiało mógłby popłynąć w kierunku ekspresji godnej Die Like A Dog Petera Brotzmanna, gdyby muzycy kwartetu choć przez moment zechcieli stracić kontrolę nad strumieniem generowanych przez siebie dźwięków.

Swobodne otwarcie koncertu, budowane przez puzon na lekkim pogłosie, masywną sekcję rytmu i jazz-rockową gitarę, obiecuje tu wiele i zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku kwartet dowozi nam spory bagaż zadowolenia. Muzyka Cosmic Cluster z łatwością ucieka w bezmiar kwaśnego fussion, ale równie bezceremonialnie tłumi się i koncentruje na brzmieniowych niuansach. Potrafi nabrać gęstości, niemal namacalnej smolistości, ale też oddychać dubem, soczystym ambientem, odrobiną dramaturgicznego westchnienia. Szczególnie ciekawie robi się w dwóch ostatnich utworach, gdy rytmiczny, silnie brzmiący kontrabas zaczyna budować niemal polirytmiczną fakturę rytmu i nieść wszystko wprost w objęcia zdrowej psychodelii. Dalece ekspresyjne jest samo zakończenie albumu, implikujące retoryczne pytanie, czy cały koncert nie mógłby być tu jedną strugą ognistej, niekończącej się the way of no return. Warto taki wariant przerobić przy okazji kolejnej, równie udanej, improwizowanej wycieczki w nieznane.



 

Massimo Magee Live at the Paint Factory (Lurker Bias, Kaseta 2024)

The Old Paint Factory, Brisbane, Australia, grudzień 2023: Massimo Magee – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 23 minuty.

Artystyczne losy tego angielskiego saksofonisty śledzimy na bieżąco. Słyszeliśmy onegdaj fantastyczne trio, obcowaliśmy z kilkoma solowymi eksperymentami, teraz zaś czas na występ solowy, ale zagrany na setkę, bez eksperymentów, w okolicznościach koncertowych dalekiej Australii. Duża sala koncertowa, naturalny, niezbyt przyjazny pogłos, to trudna sytuacja dla instrumentu akustycznego. Magee dmie jednak w swój altowy przyrząd z dużą determinacją i plecie nam free jazz najwyższych lotów. Szkoda, że tylko przez 23 minuty.

Massimo zaczyna spokojnym, wyważonym strumieniem altowych fraz, nasyconych melodią i drobną dawką swingu, ale znamionujących burze, która może za chwilę nastąpić. Z dużą gracją i swobodą muzyk wpada w cyrkulacyjny trans i zdaje się pozostawać w nim niemal przez cały spektakl. Czasami zwalnia, incydentalnie nabiera powietrza, ale czyni to wyłącznie z pobudek dramaturgicznych. Potem rusza w tango z jeszcze większą dynamiką. Tańczy, śpiewa, pokrzykuje, nieznacznie tylko modyfikując tembr saksofonu. W połowie opowieści przez kilka chwil muzyk pnie się ku górze, preparuje, a potem hamuje z piskiem opon. Cyrkulacja rządzi sceną w Brisbane, a pierwsze przejawy finalizacji pojawiają się 3-4 minuty przez końcem. Muzyk nabiera powietrza w płuca i … serwuje nam pożegnalny wydech pełen emocji, krzyku i lekko zmutowanego brzmienia.



Constellative Trio Constellative Trio (Label Rives, CD 2024)

The Maison, Francja, czerwiec 2023: Gaël Mevel – violincello, Gianni Mimmo - saksofon sopranowy oraz Thierry Waziniak – perkusja. Jedenaście utworów, 43 minuty.

Constellative Trio, to bodaj najłagodniejsza propozycja w dzisiejszym zestawie – włosko-francuska, kameralna, delikatna w brzmieniu, chwilami bardzo melodyjna, choć w rzewny, dalece melancholijny sposób. Nie oznacza to jednak, iż nagranie pozbawiane jest emocji typowych dla muzyki swobodnie improwizowanej. Wręcz przeciwnie!

Opowieść na sopran, małą wiolonczelę i perkusję składa się z siedmiu rozbudowanych improwizacji oraz czterech miniatur (na ogół krótszych niż minuta), które sprawiają się wrażenie delikatnie zaaranżowanych. Improwizacje bazują często na post-barokowej figurze granej arco, smutnym, wystudzonym saksofonie i nerwowej perkusji, która raz po raz kruszy kameralne odium opowieści. Gdy Mevel przechodzi w tryb pizzicato narracja momentalnie nabiera post-jazzowej krwistości i intrygująco zagęszcza ścieg. Tak dzieje się choćby w trzeciej i piątej odsłonie. W szóstej sopran urokliwie preparuje i sieje rezonujące obłoki. Z kolei opowieści numer siedem i osiem to perełki w zestawie. Konsumują one wszelkie walory albumu – z jednej strony niesione są melodyką dęciaka i strunowca, która smakuje muzyka dawną, estetyką niemalże żałobną, z drugiej kryją w sobie nerw jazzu, wreszcie na etapie rozwinięcia pokazują nowe, jeszcze piękniejsze oblicze tria – mroczne, wystudzone, pełne podskórnych emocji. Dziesiąta improwizacja zaczyna się wyjątkowo leniwie, wręcz przynudza, ale później, bogacona soczystymi frazami każdego z artystów, zdaje się pretendować do miana jedno z najlepszych momentów albumu.




de type inconnu onze.correspondances (Elli Records, DL 2024)

CIRMMT, Montréal, sierpień 2023 i listopad 2021 (utwory 8,9,11): Sylvain Pohu - gitara elektryczna i elektronika oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa i elektronika. Jedenaście utworów, 36 minut.

Przed nami kanadyjskie spotkanie dwóch gitar – basowej i elektrycznej, rozsądnej porcji elektroniki i odrobiny pracy na rozbudowanych zestawach pick-ups. Jedenaście zgrabnych, nieprzegadanych improwizacji, które szukają zarówno intrygujących brzmień, jak i dramaturgicznych niuansów – w obu przypadkach ze świetnym skutkiem.

Album otwierają dwie chmury gitarowych sprzężeń, wokół których skwierczy elektronika. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej przybywa strunowych, niemal akustycznych brzmień. Wątek kontrolowanego frazowania na pograniczu akustyki kontynuuje odcinek drugi, ciekawie doposażony w rytm. W kolejnych opowieściach nie brakuje akcji definitywnie elektrycznych i elektronicznych, ale jakość nagrania tylko na tym zyskuje. Wylistujmy najciekawsze incydenty – elektroakustyczna gra na małe pola, śpiewne, na poły dynamiczne akcje post-fussion, dialogi szemrzącej elektroniki i roztańczonych, gitarowych przetworników, wreszcie garść soczystego, korpulentnego post-electro. Druga część albumu wydaje się nieco spokojniejsza – niesie ze sobą plamy ambientu, garść gitarowych subtelności, a także smakowicie brzmiące preparacje ze strony obu muzyków. Ostatnie dwie opowieści przynoszą spore porcje melodii. Najpierw duet rozśpiewanego basu i przesterowanej gitary rockowej, a potem pożegnalna post-ballada na dwa czysto frazujące strunowce.



 

Jacek Chmiel & Daniil Gorokhov Withering Rituals (Grisaille, Kaseta 2024)

Poschiavo, Szwajcaria, czas nieznany: Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls, cytra oraz Daniil Gorokhov – puzon basowy. Dwie improwizacje, 47 minut.

Dokonania Jacka Chmiela, elektroakustycznego post-perkusjonalisty (określenie własne redakcji), śledzimy na tych łamach na bieżąco. Tym razem proponujemy duet z bliżej nam nieznanym artystą Daniilem Gorokhovem i jego basowym puzonem. Dwie rozbudowane improwizacje skrzą się tu bezkresnymi paletami ciekawych brzmień, świetnie wkomponowanymi w całość nagraniami field recordings, bystrymi interakcjami i co ważne, całkowitym brakiem dramaturgicznych przestojów. Jeśli pierwsza z opowieści zdaje się być rodzajem pokrętnej medytacji, o tyle druga jątrzy, nie stroni od dynamicznych incydentów i dba o odpowiedni poziom adrenaliny u słuchacza.

Linearna, zwarta, subtelnie skonfigurowana pierwsza część koncertu przypływa do nas z oddali, niczym fale odrobinę wzburzonego oceanu. Wyważona post-elektronika, oddychający puzon i drobne pulsacje o syntetycznym odcieniu. W roli ozdobnika frazy cytry oraz śpiewających kul, których brzmienie zdolne jest przywrócić do świata żywych nawet tych najdotkliwiej umarłych. Te ostatnie, już po upływie szóstej minuty, pięknie wystudzają początkowy impuls życia improwizacji i sprowadzają ją niemal wyłącznie do wymiaru akustycznego. Dwudziestokilkuminutowa opowieść ma swoje mroczne, ale i bardziej słoneczne fazy, które podkreślają dźwięki przyrody – wiatru i lejącej się wody. Wiele dobrego wnosi tu puzonista, który czasami pracuje na pograniczu ciszy, ale raz za razem śle porcje preparowanych dźwięków. Druga opowieść, obok akcentów znanych już z części pierwszej, przynosi szczyptę zaskakująco dynamicznej elektroniki, a także frazy puzonu, który zdają się łapać zabłąkane porcje prądu elektrycznego. Gdy emocje rosną, do akcji znów wkraczają śpiewające kule i kładą nas na łopatki zabójczym suplesem. W końcowej fazie improwizacji w grze pojawiają się … dziecięce cymbałki. Opowieść umiera w potoku repetujących fraz obu artystów.



 

Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang I Smile When the Sound Is Singing Through the Space (Bandcamp’ self-release, CD 2024)

Ting Shuo Hear Say, Tainan, Taiwan, wrzesień 2023: Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang – głosy. Osiem utworów, 38 minut.

Amerykańskiego artystę Jasona Kahna znamy głównie z ujawnień elektronicznych. Tutaj spotyka się z artystką z dalekiego Tajwanu i proponuje nam improwizowany dwugłos, nasycony dźwiękami, które trudno czasami zakwalifikować do fraz wydawanymi ludzkimi narządami mowy. W trakcie ośmiu zgrabnie skonstruowanych opowieści bywa naprawdę frapująco, a porównanie całości do spotkania Phila Mintona i jego kobiecego odpowiednika zdaje się być nad wyraz intrygującą metaforą.

Kobieta mówi, deklamuje i sylabizuje, potem krzyczy i złorzeczy, w opozycji mężczyzna, który znęca się nad strunami głosowymi i wydaje onomatopeje w trybu tłumaczenia. Czasami artyści śpiewają imitacyjnie, innym razem wznoszą kocie lamenty, tudzież czynią tygrysie zaloty – pracują ich rzężące gardła i zdarte do krwi przełyki. W potoku niekończących się emocji natrafiamy także na garść odgłosów prawdziwie folwarcznych, nawet owadzich. Jeśli muzycy znów lamentują, to czynią to z dbałością o najdrobniejszą frazę. Jeśli słyszymy śpiewy żałobne, to i odgłosy tortur, jeśli kołysanki i mruczenia, to i mroczne frazy z najgłębszych pokładów przewodu głosowego. Jeszcze tylko chwila melodii i finał, w którym ona śpiewa, a on frazuje niczym zepsuta trąbka na nieistniejącym pogłosie.

 

 

piątek, 28 stycznia 2022

Almeida, Gibson, Melo Alves, Trilla & Vicente as Dog Star!


Pięciu szalonych muzykantów, przyjaciół i kompanów od niejednej sytuacji, spotkało się w małym studiu nagraniowym na krańcu świata przy okazji sesji nagraniowej trójki z nich, czynionej na potrzeby  pewnego renomowanego wydawcy. Pierwszego dnia muzykowali we trzech, drugiego dnia doszedł ten czwarty, a gdy trzeciego dnia pojawił się ostatni z nich, wiedzieli już, że muszą zagrać pełnym kwintetem, choćby po to, by sprawić sobie noworoczny prezent. Po pierwszym secie, który przeciągnął się do niemal dwóch kwadransów, wiedzieli już doskonale, iż to spotkanie nie może skoczyć się na jednej improwizacji. Zostali tam na dłużej. I dobrze się stało!

 


Otwarcie zafundowali sobie po portugalsku leniwe i wypełnione całą masą wolnej przestrzeni na wypadek każdego zdarzenia fonicznego. Z mgły ciszy jako pierwszy wyłonił się dron budowany przez perkusistów. Zaraz potem dwa dęte kocury zaczęły wydawać z siebie pierwsze parsknięcia. Tło zaś wypełniało się basowymi burknięciami, którym początkowo bliżej było do akustycznego przesteru, niż do muzycznego frazowania. Dźwięki całej piątki szybko jednak zaczęły lepić się w magmę rezonujących fraz, przy okazji generując plejady fake sounds, w tworzeniu których każdy z ich jest przecież mistrzem nad mistrzami. Puentą fazy otwarcia okazał się zaś smyczek, który pojawił się na gryfie kontrabasu i podjął próbę budowania pierwszych zrębów narracji właściwej.

Po niedługim czasie, gdy wszyscy zeszli już do samego dołu, na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach, pierwsza etiuda mogła być uznana za zakończoną, albowiem przestrzeń studia wypełniły niemal wyłącznie drżące talerze. Ciąg dalszy rodził się jednak niemal samoczynnie. Trębacz i saksofonista gaworzyli na stronie, perkusiści siłowali się na ręce i drżeli, całość zaś lamentowała i formowała się w post-industrialne plamy oleju. Znów tym, który szukał zbędnego ładu i równie nieoczekiwanego porządku okazał się kontrabasowy smyczek, poszukający zagubionych melodii z dzieciństwa.

Tuż przed upływem dwudziestej minuty wiele wskazywało na to, iż nadchodzi długo oczekiwana przerwa na kawę. Zdanie odrębne wyrazili jednak obaj perkusiści i opowieść zaczęła się na nowo! Drżącym ściegiem, głębokim rytmem i kontrabasem, który nie odpuszczał. Gdy pod ten strumień zimnego powietrza podłączyły się oba dęciaki, improwizacja eksplodowała ogniem dawno niespotykanym w tej części świata. Wielkie crescendo, huśtane porywami zimowego, oceanicznego wiatru zmiotło jednak wszystkich z pokładu, a jedynym tłem stała się milcząca cisza.

Drugą, dość zwartą czasowo historię rozpoczęły dwie perkusje. Dzwonki, rezonujące talerze, a po chwili cicha trąbka, nieśmiała, pełna obaw o los świata i zalotny, rozśpiewany saksofon sopranowy, skory do tańca i dynamicznych swawoli. A gdzie kontrabas? Siedział pod miotłą i skrupulatnie budował smyczkowy dron. Potrzebował kilku głębszych oddechów, by porwać kwintet na niemal free jazzowe wzniesienie. Po krótkiej ciszy, bez pytania innych o zdanie, tenże sam kontrabas barokowym skowytem rozpoczął część trzecią. Tymczasem reszta muzykantów stała pod ścianą i bawiła się w small jokes, taką grę na małe pola, z główną rolą trąbki, która wzniosła efektownie brwi ku niebu. Leniwa ballada snułaby się tu zapewne do samej kolacji, gdyby nie kontrabas, który trybem pizzicato postanowił podgrzać atmosferę capstrzyku. Trąbka i saksofon dołożyły do rodzącego się ognia pełne garście preparowanych dźwięków. No i perkusje, prawdziwe byki ze złotymi rogami! Zabawa zaczęła się na całego i trwałby do białego rana, gdy nie zmyślna koda zaserwowana przez dęciaki.

Ostatni epizod zaczęli na raz, bez zbędnych ceregieli. Z melodią, dynamiką i śpiewem na ustach. Coleman pod rękę z Aylerem stali z boku i bili brawa wszystkimi kończynami! Ta improwizacja tylko pozornie pięła się jednak ku górze. Pierwsze nerwy wyszły spod strun kontrabasu, który zaczął dzielić kwintet na podgrupy tematyczne. Najpierw saksofon z perkusją! Ale jazda! Potem kontrabasowe, niemal rockowe przełomy! Także duet dęty, eksplodujący free jazzem! No i smyczek, który zdawał się podkręcać atmosferę samym spojrzeniem! W międzyczasie dwie perkusje stanęły na sztorc i także ruszyły w duetowe tango! Nie musiało upłynąć wiele sekund, by w tym tyglu emocji zrodził się finałowy galop, kreowany już definitywnie przez wszystkich uczestników szalonej ceremonii! Ostatnie 120 sekund, to burza, która mogłaby nigdy nie przeminąć, gdyby nie kolektywny rozsądek wszystkich. Skończyli na raz, tak, jak epizod ten zaczęli.

 

Dog Star (Almeida/ Gibson/ Melo Alves/ Trilla/ Vicente) Dog Star (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Gonçalo Almeida – kontrabas, Yedo Gibson – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Pedro Melo Alves i Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne, Luis Vicente – trąbka. Nagrane 10 stycznia 2021, Sound Innovation Studios, Povoa De Além, Portugalia. Cztery improwizacje, łączny czas – 60:24.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!



sobota, 27 listopada 2021

Listopadowe nowości płytowe Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej


Informacja prasowa

 

Pierwsza płyta w pewnej serii wydawniczej, dedykowanej muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego, ukazała się w Polsce prawie 5 lat temu. Dziś ta zuchwała inicjatywa Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej - zwana od swego zarania Spontaneous Music Tribune Series - doczekała się jubileuszowego 25-ego srebrnego krążka. Jej wydaniu towarzyszy premiera kolejnej płyty w serii, wszak życie edytorskie musi toczyć się dalej!

Obie płyty mają swoją światową premierę w piątek 26 listopada, a zawierają nagrania muzyków, którzy idealnie reasumują dotychczasowe zainteresowania obu wydawców, a także - bez trudu -stanowić mogą efektowny, jubileuszowy fajerwerk!

 


W roli owego jubileuszowego numeru katalogowego 025 niezwykłe nagranie barcelońskiego, jakże ponadpokoleniowego duetu - Agustí Fernández na fortepianie i Sarah Claman na skrzypcach, zawarte na płycie zatytułowanej Dandelion. Przytoczmy słowa liner notes, które perfekcyjnie kreślą zamysł dramaturgiczny wydawcy.  

(…) Dziś do Twych rąk trafia jubileuszowa, 25-a płyta w serii (…). Myśląc o artystach, jacy mogliby uświetnić swoją wspaniałą muzyką, ów skromny, edytorski jubileusz, nie trudno było wskazać jedno nazwisko, artystę, który dla muzyki powstałej na południe od Pirenejów uczynił najwięcej, którego dorobek artystyczny zdaje się być fundamentem jakości tej muzyki – to urodzony na Majorce, kataloński pianista Agustí Fernández. Muzyk legenda, muzyk, od nazwiska którego rozpoczyna się każda dyskusji o muzyce tamtego rejonu. Muzyk, którego nazwisko w odniesieniu do fortepianu, zwłaszcza swobodnie preparowanej kreacji na tym instrumencie, wymienia się definitywnie na pierwszym miejscu na liście najważniejszych dla rozwoju gatunku.

(…) Wybór muzyka, który wraz z Fernándezem uczci nasz wydawniczy jubileusz nie był specjalnie trudny. Wszak nowozelandzka skrzypaczka Sarah Claman (dodajmy, stała rezydentka Barcelony) jest jedną z najważniejszych postaci swobodnej improwizacji młodego pokolenia nie tylko w wymiarze europejskim (…)

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/dandelion

 



Tuż po edycji jubileuszowej, czas na nagranie otwierające drugie dwadzieścia pięć płyt w katalogu Spontaneous Music Tribune Series, znów stanowiące rodzaj pewnego podsumowania dotychczasowego dorobku iberyjskiego katalogu. Pod sprytną nazwą Dog Star znajdujemy prawdziwy kwiat portugalskiej muzyki swobodnie improwizowanej (niezależnie, od tego, iż jeden z muzyków urodził się w Brazylii, a drugi całe życie mieszka w Barcelonie). I znów cytujemy tekst zawarty na okładce płyty.

(…) Nagranie kwintetu Dog Star (…) stworzone zostało bowiem przez muzyków, którzy (poza jednym wyjątkiem) najczęściej pojawiali się na srebrnych krążkach Spontaneous Music Tribune Series.

Portugalski kontrabasista i gitarzysta basowy Gonçalo Almeida współtworzył do tej pory trzy płyty serii – post-coltranowskie trio Multiverse (numer katalogowy 012), doom-impro-metalowe trio Low Vertigo (013),  a także szalone avant-punk-jazzowe Ikizukuri (024) z gościnnym udziałem Susany Santos Silvy.

Brazylijski saksofonista (obywatel Holandii, rezydent Portugalii) Yedo Gibson także był ważnym uczestnikiem wspomnianego wyżej tria Multiverse, a wcześniej usłyszeć go mogliśmy na płytach free jazzowej „Antenny” (004), a także sonorystycznego „L3” (008).

Portugalski trębacz Luis Vicente swoją przygodę ze spontaniczną serią zaczynał na avant-jazzowej płycie „Live In Lubljana” (007), a potem kontynuował ją na wspomnianej wyżej płycie „L3” oraz na kolejnych wydawnictwach – swobodnie kameralnym „Points” (016), free jazzowym „Unnavigable Tributaries” (019), wreszcie w orkiestrze Ziv Taubenfeld’s Full Sun (022) i post-rock-jazzowej „Light Machina” (023).

Pochodzący z Portugalii, ale mieszkający całe życie w Barcelonie, perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla, to już prawdziwy rezydent serii iberyjskiej. Sam ją zaczął wraz z dronowym kwartetem Völga (001), a potem triumfalnie kontynuował – z post-rockowym triem Phicus (003), we wskazanych już wyżej - „Antenna”, „L3” i Low Vertigo, a następnie w nowych projektach – swobodnie improwizujących triach TNT (017) oraz Hung Mung (018).

Skład Dog Star uzupełnia kolejny portugalski muzyk, perkusista Pedro Melo Alves. On, jako jedyny, debiutuje w serii (…). 

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/dog-star-2

 

 

piątek, 23 lipca 2021

This Is Our Portuguese Language: Amado! Vicente! Madeira! Garfo! The Selva! Dos Reis!


Słowo się rzekło, kontynuujemy naszą portugalską opowieść, wypełniającą dwudziesty dziewiąty tydzień kolejnego roku wiecznej zarazy! Po soczystej petardzie Sinister Hypnotization, nie dalej jak w minioną środę, dziś zapraszamy na sześć kolejnych świeżych albumów muzyków portugalskich (nie bez udziału gości zagranicznych), z dźwiękami powstałymi na ogół na południowo-zachodnim krańcu Starego Kontynentu (z jednym wyjątkiem).

Zaczniemy z grubej rury, amerykańskim kwartetem naszego ulubionego portugalskiego saksofonisty (po prawdzie, w perspektywie ostatniej dekady lat, chyba najlepszym working bandem tego świata w kategorii całkowicie wyzwolonego free jazzu), potem zaprezentujemy dwa tria naszego ulubionego trębacza z Lizbony, pierwsze całkowicie autorskie, drugie - istotnie kolektywne. Po wzięciu krótkiego oddechu czeka na nas kolejny trębacz z pięknej stolicy Portugalii i pewien kwartet o dość komiksowej nazwie, wreszcie na finał muzycy znani i lubiani, ale w dość nietypowych odsłonach – elektronicznej i … niemalże pop-rockowej!

 


Rodrigo Amado This Is Our Language Quartet   Let The Free be Men (Trost Records, CD/LP 2021)

Międzynarodowy i dalece wielopokoleniowy kwartet This Is Our Language miał do tej pory w dorobku dwa albumy studyjne (nagrane w Lizbonie w latach 2012 I 2016), teraz - niejako w uzupełnieniu palety możliwości tego składu - dostajemy nagranie koncertowe, nie zarejestrowane jednak w trakcie ostatniej trasy grupy w 2019 roku, ale dwa lata wcześniej, w kopenhaskim klubie Jazzhouse. Za krążek Let The Free be Men odpowiada kwartet w składzie: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Joe McPhee – trąbka kieszonkowa, saksofon sopranowy (i nie tylko, jeśli ucho recenzenta nie szwankuje), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Muzycy zagrają dla nas krwisty free jazz, który bazuje na pełnej improwizacji i jak zawsze uczynią to w sposób mistrzowski. Ich kolejna perła w koronie trwa 44 minuty i kilkanaście sekund.

Na koncercie w Kopenhadze pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, trafiamy bowiem dokładnie w moment, którym solowe expo rozpoczyna perkusista. Po kilka chwilach podłącza się kontrabasista, który delikatnie preparuje dźwięk. Dęciaki odzywają się dopiero w połowie czwartej minuty. Śpiewają kolektywnie, dając sobie także po kilkadziesiąt sekund na indywidualne wybuchy emocji. Ramy gatunkowe wykłute są tu w skale od pierwszej sekundy. Joe zaczyna trąbką, ale dość szybko przechodzi na sopran. Sekcja rytmu oczywiście robi swoje, trybem narracji podkreślając walory każdego z incydentalnych solistów. W trakcie expo tenoru, dla przykładu, efektownie swinguje. Druga improwizacja rodzi się w tubie tenoru, który efektownie dyskutuje ze smyczkiem kontrabasu. W tle pięknie rezonują talerze, które lepią się z zastanymi dźwiękami. Kameralne intro zgrabnie przepoczwarza się w jazzową balladę, by w odpowiednim momencie przejść kolejną metamorfozę i zaatakować free jazzowym drive’em. Na finał Joe znów pięknie śpiewa, a Rodrigo szczypie go po policzkach zadziornymi frazami.

Trzecią opowieść śmiało możemy nazwać szczególnie udanym epizodem. Zaczyna go dron dużego dęciaka (brzmi jak didgeridoo!), który pozostali komentują z dużym spokojem, dodając całej opowieści mnóstwo smaczków i pikantnych detali (choćby za sprawą smyczka!). I tu improwizacja nabiera dynamiki, a okrasą całości zdają się być dęte dialogi (trąbki i tenoru), czynione w klimatach godnych Ornette’a Colemana – dużo ognia i równie tyle molowej nostalgii. Finałowa improwizacja trzyma poziom poprzedniczek. Ponownie zaczyna się niemal na poziomie ciszy, pracuje rezonansem, szumi ciepłymi oddechami. Początkowo gra dla nas jedynie trio (bez tenoru), które częstuje nas bardzo jazzowym flowem (i znów piękną trąbką!). Balladowy klimat po kilku minutach zostaje uroczo zdewastowany przez powracający tenor, które śle zaczepne frazy na prawo i lewo. Kwartet rozbłyskuje i gna do mety bez zbędnych ceregieli. Jeszcze tylko powrót sopranu i kolejna bystra ekspozycja. Finał z adnotacją recenzenta: more typical free jazz, but also beauty!

 


Luís Vicente Trio  Chanting In The Name Of (Clean Feed Records, CD 2021)

Pozostajemy w klimatach wolnego jazzu i zapraszamy do świata kompozycji Luisa Vicente (trąbka). Nasz ulubieniec z Lizbony zdaje się stawać do walki w takiej roli bodaj po raz pierwszy. Do wykonania swego dzieła zaprosił wyjątkowo kompetentnych muzyków: Gonçalo Almeidę (kontrabas) oraz Pedro Melo Alvesa (perkusja i instrumenty perkusyjne). Sesja nagraniowa miała miejsce na początku stycznia br. w miejscu zwanym Soundinnovation Studios. Wykonanie pięciu kompozycji Luisa trwa 46 minut z sekundami.

Portugalczycy proponują nam jazz pełną gębą – z dobrymi, melodyjnymi tematami, wyśmienitymi improwizacjami, a także, każdorazowo, zgodnie z regułami gatunku, efektywnymi codami, które wieńczą dzieło. Pierwszy temat nie mógł nie powstać nad brzegiem lizbońskiej Tejo! Melancholijny, śpiewny, definitywnie zanurzony w smutku saudade! Narracja z jazzowym zębem, stwarzająca mnóstwo przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji. Druga opowieść zdaje się już całkowicie stawiać na improwizację, ale ma swoją strukturę i dobrze skrojoną dramaturgię. Kolektywna, bardzo otwarta gra, nie bez akcentów preparowanych, z improwizacjami prowadzonymi niemal równolegle przez wszystkich muzyków. Są fragmenty grane w duetach, są momenty post-barokowej urody spod kontrabasowego smyczka, wreszcie zróżnicowana dynamika całości. W trzeciej części Almeida kontynuuje wątek barokowy, z kolei Vicente śpiewa romantyczną piosenkę, a w tle rezonują talerze. Wszystko do wesołego płaczu i smutnej radości! I tu przestrzeń dla improwizacji zdaje się nie mieć końca i dopiero kolejna zgrabna coda przywołuje muzyków do porządku.

Czwarta opowieść swinguje całą szerokością lizbońskiej ulicy! Temat grany jest kolektywnie, uroczo piętrzony ciekawą dynamiką kontrabasowego pizzicato. Skoczny, wręcz zalotny flow po czasie niesie na swych barakach fantastyczne solo trąbki z efektownymi preparacjami (specjalność zakładu Pana Vicente!). Garść rytmicznych kantów dokłada Almeida, czyniąc ów post-colemanowski temat perłą całej płyty. Finałowa kompozycja startuje z głębi ciszy. Trąbka podaje delikatny, ale znów niezwykle melodyjny temat. Ballada saudade płynie leniwie, ale kłuje smutkiem po oczach. Bogata instrumentacja sprzyja nabieraniu intensywności. Kolejne doskonałe solo trąbki, potem zejście w dół świetnie pracującymi szczoteczkami perkusyjnymi i szybkie, basowe podejście pod finałową codę. To świetne nagranie muzycy kończą, jak zaczynali – ze śpiewem na ustach!

 


João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio (Madeira’ bandcamp, DL 2021)

Kolejne swobodnie jazzujące trio w naszej portugalskiej zbiorówce (tym razem płytowe credits nie wspomina o kompozycjach), to João Madeira na kontrabasie, Mário Rua na perkusji i ponownie Luis Vicente na trąbce. Nagranie z grudnia 2020 roku, poczynione w warunkach domowych, składa się z czterech improwizacji, trwających łącznie 42 i pół minuty.

Collective Free After Jazz! Dokładnie taki napis mógłby pojawić się na koncertowym plakacie anonsującym to nowe, doskonale trio z Portugalii. Muzycy stawiają na improwizację, ale ani przez moment nie zapominają o budowaniu dramaturgii, strukturze rytmicznej i muskularnym brzmieniu swych instrumentów. Nic wszakże nikomu nie ujmując, osobą, która pociąga tu najczęściej za improwizacyjne sznurki zdaje się być kontrabasista. Ciągnie trio ku niebu, spada z nim do samego piekła, szarpie na prawo i lewo, ale nade wszystko buduje fantastyczny flow. W pierwszej części jego instrument potrafi brzmieć delikatnie jak wiolonczela, w kolejnej ryje bruzdy w ziemi, niczym młot pneumatyczny, z kolei na samym końcu tej szalonej opowieści przypomina sound amplifikowanej gitary akustycznej. Jak sytuacja tego wymaga, muzyk sięga po smyczek, ale w tej roli wcale nie jest post-kameralnym kolorystą, częściej wciela się w post-rockowe zwierzę, które strzela riffami, jak z kałasznikowa.

Pierwsze trzy improwizacje trwają do dziesięciu minut. Budowane są nieśpiesznie, często stwarzają mnóstwo swobody trębaczowi, który bez trudu zasypuje flow pomysłami i zmysłową kreatywnością. Po rozpoznawczej grze otwarcia, w drugiej i trzeciej opowieści trio potrzebuje ledwie kilku pętli narracyjnych, by wpaść w konwulsyjny, niemal mantryczny drive, który nie stawia jednak na dynamikę, a na kreowanie intensywności przekazu. Muzycy nie stronią od dobrze rozumianej melodyjności, choć bardziej przypominają w tej roli rozjuszone koguty niż smutne, nadrzeczne ptaki, znajdują także wiele momentów na zmyślne preparacje (tu szczególnie trębacz). Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut. Po fazie spokojnych pląsów, opowieść cudownie pęcznieje – bas pogrubia linię narracyjną, trąbka skrzeczy i wzmaga emocje, a drummer perfekcyjnie stymuluje dynamikę. Po pewnym spowolnieniu ten ostatni dostaje wiele minut wyłącznie na solową ekspozycję. Sam finał budowany jest wedle zasady od ogółu do szczegółu, wieńczy go zaś kolektywna repetycja basowych dronów i trębackich śpiewów.

 


Garfo  Garfo (Clean Feed Records, CD 2021)

Po płytę kwartetu Garfo sięgamy przede wszystkim z uwagi na nasze rosnące zainteresowanie postępami w rozwoju zawodowym młodego lizbońskiego trębacza João Almeidy. Tym razem odnajdujemy go w towarzystwie muzyków zupełnie nam nieznanych, domniemujemy, iż równie młodych jak nasz bohater. Rzeczony kwartet uzupełniają: Bernardo Tinoco – saksofon tenorowy, João Fragoso – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy na potrzeby sesji studyjnej (Lizbona, grudzień ubiegłego roku) przygotowali dziesięć pure jazzowych kompozycji, których autorstwem podzielili się nad wyraz sprawiedliwie. Krążek bez tytułu własnego trwa niepełne 43 minuty.

Jeśli w mainstreamowym jazzie odnajdujemy coś, co mogłoby istotnie zaciekawić wielbiciela swobodnej improwizacji, to z pewnością mogłyby to być zgrabne, melodyjne tematy, żwawe tempo i emocje bystrych improwizacji. W produkcji młodych Portugalczyków, w wielu momentach ich debiutanckiej płyty, tych elementów definitywnie brakuje. Muzycy zdają się grać na zaciągniętym hamulcu ręcznym, powstrzymują swoje emocje niczym ikony cool jazzu, a na bardziej ekspresyjne improwizacje pozwalają sobie ledwie kilka razy. Dokładnie raz, góra dwa razy, na taką wycieczkę wypuszcza się saksofonista, podobnie perkusista i kontrabasista. Jedynym muzykiem, który stara się wnosić więcej do obrazu całości, zarówno w kolektywnych, jak i solowych ekspozycjach jest trębacz. Dba o interesujące frazy, ciekawe dźwięki, nie stroni od preparacji i nie boi się pójść na drobną wymianę ciosów z partnerami.

Muzycy dobrze sobie radzą w bardziej dynamicznych kompozycjach, które skutecznie mieszczą się estetyce Ornette’a Colemana (choćby w utworze pierwszym i dziewiątym). Do grona pozostających w mniejszości udanych utworów z pewnością warto zaliczyć utwór piąty, który nie dość, że ma dobre tempo, to jeszcze fazę improwizacji okrasza ciekawymi dialogami instrumentów dętych. Bardziej niż intrygujący zdaje się być utwór siódmy, gdy muzycy pozwalają sobie na dużo improwizacyjnej swobody, nie boją się łamać fraz i brudzić brzmienia swoich instrumentów, a sam temat utworu podają dopiero na samym jego zakończeniu. Wreszcie przywołany już utwór dziewiąty, ze świetnym, solowym popisem trębacza, niezłymi pasażami saksofonu i ową dynamiką, która zdaje się na tej płycie ratować Garfo w kilku trudniejszych momentach.

 


The Selva + Machinefabriek  Barbatrama (Shhpuma Records, CD 2021)

Po czterech jazzowych lub około jazzowych nowościach, czas na zapowiadane wolty stylistyczne. Najpierw The Selva - trio, które poznaliśmy najpierw w odsłonie free chamber, potem muzycy swoim pracom dźwiękowym postanowili nadać nieco rockowej ekspresji, by obecnie, na trzeciej płycie, oddać akustyczne dźwięki w ręce jednego z najlepszych elektronicznych procesorów muzycznych tej części świata, Rutgera Zuydervelta, którego znamy od lat pod szyldem artystycznym Machinefabriek. Za wkład akustyczny odpowiedzialni tu są: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Dźwięki powstały jesienią 2019 roku, najpierw w Sao Gregorio/ Caldas Da Rainha, potem zapewne w studiu elektronicznego magika. Całość uformowana została w dziewięć części i trwa niespełna 37 minut.

Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o innym akustycznym trio z udziałem Almeidy (Hydra Ensemble), intuicyjnie improwizującym z elektroniką, za którą odpowiedzialny był również Zuydervelt. Przy okazji wielu ciepłych słów, album zaliczyliśmy do definitywnie udanej kooperacji żywych i syntetycznych dźwięków. W przypadku Selvy nie ma już mowy o tego rodzaju elektroakustycznej równowadze sił. Tu elektronika dominuje, przy okazji dzieląc album na dwie podgrupy utworów: dwie absolutnie wyśmienite dłuższe opowieści, którym poświecimy więcej miejsca poniżej i garść warsztatowych sprawek lub fragmentów, które sprawiają wrażenie elektronicznych miksów tego, co muzycy zagrali na swoich akustycznych instrumentach. W tym podzbiorze album winien się raczej nazywać Machinefabriek mixing The Selva.

Wracając wszakże do plusów płyty. Utwór piąty trwa ponad osiem minut. Budują go delikatnie mutowane, akustyczne frazy cello i kontrabasu, traktowanych smyczkami, budujące zmysłowy, post-barokowy klimat. Narracja bazuje na kreatywnym minimalizmie, nie stroni od dobrze wykorzystanej repryzy, dba o niuanse brzmieniowe, buduje sieć dźwięków, które czasami przypominają nawet klawisze fortepianu, a pośród nich pojawia się także intrygująca melodia. Ciekawie w tej części pracuje perkusja, która nie stroni do rytmu, a nawet sięga po para rockowe grepsy. Na finał strunowce pięknie śpiewają, a elektronika kreuje tło podkreślające jakość akustycznych dźwięków. Podobnie udanym zdaje się być utwór numer siedem. Tutaj strunowe sprzężenia i urocze brudy komponowane są z ambientowym tłem elektroniki. Całość wydaje się brać w nawias typową narrację i dążyć ku niemal metafizycznym frazom i elektroakustycznym zaskoczeniom. Nie brakuje lirycznych westchnień i znów świetnej roboty perkusisty. Utwór gaśnie w pięknym dark ambiencie. Po stronie plusów śmiało też możemy zapisać dwa ostatnie, już znacznie krótsze utwory. Oba fragmenty intrygująco uwypuklają akustykę kontrabasu i wiolonczeli, które chętnie kooperują z elektroniką i nie boją się jej figlarnych, dalece syntetycznych wymiarów.

 


Marcelo Dos Reis  Glaciar (Miria Records, CD 2021)

Na finał portugalskiej sagi największe zaskoczenie. Muzyk świetnie nam znany, od lat przez nas hołubiony, Marcelo dos Reis (tu gitara elektryczna, akustyczna, głos i efekty), postanowił nagrać dla nas (a może nade wszystko dla siebie) album z muzyką po części skomponowaną, niemal relaksacyjną, a już na pewno chill-outową. Muzyk, który pierwsze kroki muzyczne stawiał jako frontman zespołu rockowego, tu zdaje się nam o tym fakcie przypominać. Sama muzyka, choć nie rwie nam trzewi, zdaje się być delikatnie piękna, soczyście uspakajająca, na swój sposób szczególna. Muzyk ubrał tę opowieść w dwie suity (łącznie dziewięć części; dźwięki powstałe w Academia de Música CNM), które trwają 41 i pół minuty.

Pierwsza suita konsumuje aż pięć utworów zaznaczonych na krążku. Muzyk zaczyna w delikatnej, płynnej, niemal ulotnej estetyce tajemniczych gitarowych dronów, którym wszakże daleko do dark ambientu, raczej dobrze kojarzą się nagraniami brytyjskiej stajni 4AD, sprzed niemal czterech dekad. Muzyk stawia na prostotę, gra gitarowymi akordami, którym dodaje efektownego pogłosu, korzysta z flażoletów, a całą narrację buduje niezwykle skrupulatnie. Drąży skałę i ma na horyzoncie plan finału, do którego dotrze za jakiś czas. Po drodze historia nie skąpi mu dramaturgicznych mielizn, gdy potrafi brzmieć niczym Mike Oldfield, ale też uwypukla chwilami niemal wirtuozerskie umiejętności techniczne Portugalczyka. Ostatnia część suity, definitywnie najciekawsza, budowana jest z efektownym suspensem. Muzyk żongluje emocjami, dba o zaskoczenia, mnoży wątki (znów nie bez wspomnień w klimatach 4AD) i dociera do kresu tej części podróży, którą wyznacza najpierw wokaliza, a potem regularny śpiew z tekstem, którego motyw przewodni, to I found my time.

Druga opowieść składa się z czterech części. Muzyk wystawia swoją gitarę na wielogatunkowe wpływy, brzmi jak basówka, klei się z dźwiękami akustycznymi, dobrze szuka pogłosu, ale bywa, iż przypomina wygładzoną wersję Pata Metheny. Rockowe powtórzenia, stylistycznie mielizny, ale i cały ocean zmysłowego chill-outu, to atrybuty kolejnej części. W ósmej opowieści gitara brzmi dość nietypowo, jakby z posmakiem mauretańskim, jeśli ucho recenzenta dobrze kieruje jego zapętlonymi myślami. Ostatni, najdłuższy utwór wiele wszakże rekompensuje i definitywnie stawiamy go na pozycji najlepszego fragmentu tej zaskakującej płyty. Flow ma basową bazę, budują go zadziorne frazy gitary i post-rockowy niemalże drive. Muzyk snuje wątki, na bazie których prowadzi swobodną, nieco jazzującą improwizację.