Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bob Moses. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bob Moses. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2023

The September’ Round-up: Jeito de Ferver! Corrosion! Mistério in Lisbon! Uragano! Loka, Deva & Citta! Spiritual Drum Kingship! Solot! Embalse!


Wakacje mają swoje prawa, zatem w sierpniu musieliśmy się obyć bez naszej ulubionej, comiesięcznej zbiorówki świeżych recenzji. Lato jednak przeszło do dumnej historii ludzkości, zatem z ochotą powracamy do naszej tradycji.

Dziś osiem (ale w sumie dziesięć) nowych albumów z muzyką improwizowaną! Jak zwykle mieszanka stylów, zróżnicowane poziomy ekspresji, na ogół wszakże podobna, wysoka jakość samego muzykowania. Z geograficznego punktu widzenia typowy world trip! Najpierw po szwajcarsku i austriacku, ale w barwach portugalskich, potem ciąg dalszy wątku zachodnio-iberyjskiego z brytyjskimi i polskimi dodatkami. Dwie kolejne plyty, to produkcje w pełni krajowe, choć jedna wydana w … Australii.  Tuż potem dwie ekspozycje perkusyjne – pierwsza duńsko-amerykańska, druga katalońska. A na finał urokliwa wycieczka do Argentyny!

W ujęciu stylistycznym, tudzież estetycznym zaczniemy od elektroakustycznego eksperymentu, potem będzie sporo post-jazzu, ale zawsze dość swobodnie improwizowanego, pojawi się także lawina dźwięków preparowanych. Zakończymy w klimatach delikatnie kameralnych, choć niepozbawionych eksperymentów dźwiękowych. Na liście płac mnóstwo nowych nazwisk, jak zawsze wartych zapamiętania, także kilku świetnych znajomych i parę jazzowych legend! So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Thomas Rohrer/ Andreas Trobollowitsch/ Sainkho Namtchylak  Jeito de Ferver (Sonoscopia, LP/DL 2023)

Sumiswald i Poschiavo, 2021/22:Thomas Rohrer - rabeca, saksofon sopranowy, rekompozycja (1), Andreas Trobollowitsch – mechaniczne turntables własnej budowy, rekompozycja (2, 3, 4, 5, 6) oraz Sainkho Namtchylak – głos (2,4). Sześć utworów, 28 minut.

Na początek dalece tajemnicza przygoda elektroakustyczna. Szwajcar i Austriak z gościnnym udziałem legendy improwizowanej wokalistyki w krótkiej, dość enigmatycznej podróży, która nosi znamiona improwizacji, choć albumowe credits mówi nam o … rekompozycjach. Czy należy przez to rozumieć wyłącznie działania post-produkcyjne, czy też inne cuda technologicznej współczesności, do końca nie wiemy, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Niespełna dwa kwadranse Jeito de Ferver godne są bowiem definitywnego polecenia!

Otwarcie albumu lepi się z elektroakustycznych szmerów i szelestów, którym towarzyszy plejada drobnych, ale definitywnie mechanicznych fonii tworzących delikatnie post-industrialny klimat. W tle płynie rezonujący ambient, który zresztą będzie tu stałym elementem gry. Druga opowieść wydaje się być bardziej akustyczna, a nade wszystko zdobi ją szept, a właściwie szczebiot wokalistki. Cała ekspozycja przypomina gęste fale radiowe średniej długości. W kolejnej narracji panuje oniryczny mrok. Szmery, jakby smyczkowe zawodzenia, ale także głęboki, matowy beat budują tu opowieść, która skrzy się pewną syntetycznością i tajemniczą melodyką. W czwartej odsłonie powraca Sainkho, definitywnie przybrana w demoniczne szaty złowrogiej szamanki. Towarzyszy jej post-perkusyjny dub i chmura elektroakustycznych fonii. Wokalistka zaczyna rzęzić i skrzeczeć, a potem śpiewać, warstwa instrumentalna sięga zaś po industrialne brzmienia. Piąta część wydaje się być początkowo dość niesyntetyczna, jakby silniczki elektryczne tańczyły na metalowej powierzchni. Pracuje mroczne echo, słyszymy też dźwięki przypominające smyczek na strunach kontrabasu. Owo foniczne śmieciowisko jest tu wyjątkowo urokliwe, dodatkowo zatopione w szarym ambiencie. Finałowa opowieść przypomina, iż jeden z muzyków korzysta tu z saksofonu! Dęte, zmutowane frazy wyłaniają się lękliwie z post-industrialnego drona. Tło narracji pulsuje, front drży i wzdycha. Post-melodyjne odgłosy wieńczą to niezwykłe nagranie.



 

Tavares/ Trocado/ Ward  Corrosion (Carimbo Porta-Jazz, CD 2023)

20to20k studios, Portugalia (?), luty 2022: Tom Ward – flet, saksofon altowy, klarnet, głos, Nuno Trocado – gitara, elektronika, Sérgio Tavares – kontrabas, głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Portugalsko-brytyjskie trio bez nazwy własnej gości u nas po raz drugi. Korozja, to ciekawe połączenie akustycznych brzmień kontrabasu i instrumentów dętych z gitarą elektryczną zaplątaną w elektronikę. Sporo kameralnych sytuacji, ale i zgrzytliwych, emocjonalnych porcji post-jazzu. Duża brawura wykonawcza, brak stylistycznych zahamowań. Z wyłączeniem kilku zbyt przesłodzonych sekund, mnóstwo smakowitej improwizacji.

Od okrzyków na starcie, po studzący ambient gitary i kontrabasowe pizzicato na sam koniec. W pierwszej opowieści podobać się może elektronika, która wplata się pomiędzy akustyczne frazy, momentami sprawiając wrażenie, jakby uprawiała live processing. Swobodna kameralistyka, wolna od z góry zaplanowanych scenariuszy, syci się tu brzmieniem klarnetu. W drugiej odsłonie pojawia się flet i dużo rytmicznych konstrukcji dramaturgicznych, kierujących opowieść w objęcia post-jazzu. Trzecia i czwarta narracja zwraca naszą uwagę na dźwięki preparowane, na ogół klarnetu, które efektownie błyszczą w syntetycznej poświacie pełnej echa. W kolejnej części pojawia się zabrudzony alt, który wije się wokół agresywnych fraz gitary i nieco zaborczego smyczka kontrabasowego. Narracja jest tu nerwowa, zdaje się stać u progu free jazzu. Szósta opowieść jest najdłuższa, każdy z muzyków dokłada do niej nowe elementy. Ciekawie pracują gitarowe pick-up’y, smyczek kąpie się w post-baroku, a największe emocje budzi spazmatyczny flet. Z kolei kontrabasowe pizzicato szuka jazzowych inklinacji. Ostatnie trzy utwory bardziej nakierowane są na kameralne wydarzenia, choć w części siódmej nie sposób nie docenić rockowych emocji gitarzysty. W tej fazie albumu bywają momenty delikatnie przesłodzone, ale końcowe, preparowane dźwięki smyczka i fletu w poświacie elektroniki rekompensują te drobne ambiwalencje.



Andrzej Rejman & José Lencastre  Mistério in Lisbon (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Namouche Studio, Lizbona, marzec 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy oraz Andrzej Rejman – fortepian. Osiem utworów, 36 minut.

Nieco zaskakujące, także dla samych muzyków, lizbońskie, improwizowane spotkanie polskiego pianisty i portugalskiego saksofonisty. Muzycy od pierwszej sekundy nagrania łapią tu świetny kontakt. Swój spacer po portugalskiej stolicy najpierw prowadzą spokojnym, rozważnym krokiem i ślą nam sześć urokliwych migawek. Potem, w dwóch ostatnich improwizacjach, które w wymiarze czasowym stanowią połowę albumu, dają już naprawdę do wiwatu. Improwizacja nieskomplikowana, melodyjna, ale jakże emocjonalna i wartościowa artystycznie.

Pierwsza opowieść prowadzona jest w wolnym, minimalistycznym trybie, pełna nostalgii i lizbońskiego saudade. W drugiej części muzyczne rozmyślania przyjmują formę dalece taneczną. W trzeciej pojawiają się zadziorne, bardziej masywne frazy. Saksofonista wskazuje na jazzowy kierunek, który pianista podejmuje w oka mgnieniu. W czwartej i szóstej improwizacji artyści brną w dźwięki preparowane, urokliwe inside piano i rezonujące, dęte wyziewy. W części piątej z kolei na ekspresyjne salwy pianisty saksofonista odpowiada spokojem i wytrawną melodyką. Potem już czas na dwie ostatnie, rozbudowane ekspozycje. Pierwsza z nich kipi emocjami pełnokrwistego free jazzu. Budowana pieczołowicie, zaopatrzona w melodię i niezbędną dynamikę, wreszcie niekończące się emocje w tubie saksofonu. Finałowa opowieść w pierwszej fazie zdaje się być typową farewell song, pełną klasycznego piękna fortepianu i smutnej melodyki saksofonu. Zakończenie wszakże zaskakuje. Muzycy wspinają się na efektowne wzniesienie, których w Lizbonie nie brakuje i sycą swoją improwizowaną opowieść prawdziwą brawurą!



 

Perforto  Uragano (Ramble and Torto Editions, CD 2023)

Bydgoszcz, listopad 2022: Ola Rzepka – fortepian preparowany oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Sześć utworów, 38 minut.

Preparacje grand piano czynione dłońmi artystki, która jest też perkusistką zdają się gwarantować duże emocje i intrygującą amplitudę dźwięków. Jeśli dodamy do tego gitarzystę, który równie dobrze czuje się w roli scenicznego freelancera, jak i skupionego kompozytora i dramaturga, otrzymujemy miksturę improwizowanych zdarzeń fonicznych, obok której nie sposób przejść obojętnym. Duet Perforto poznaliśmy w wersji koncertowej w poznańskim Dragonie ubiegłej jesieni. Dziś zanurzamy się w efekty ich studyjnej pracy.

Pierwsze dwie improwizacje stawiają nas do pionu intensywnością, akustyczną brawurą i plejadą brzmieniowych detali, budujących jakość ekspozycji. W pierwszej odsłonie pianistka uderza w struny w rytmie bijącego serca, w drugiej owe struny po prostu demoluje. Posmak post-industrialu, to naturalna kolej rzeczy, ale swoje dokłada tu także gitarzysta, który z jednej strony jest kolejnym uczestnikiem strunowego drummingu, z drugiej generuje smugi rockowych powtórzeń i pewną ukrytą taneczność. W trzeciej części chwila oddechu – minimalistyczny rytuał budowania filigranowej ekspozycji. Z czasem formuje się ona w efektowne crescendo zapętlonej gitary i piana brzmiącego niczym wielka orkiestra perkusyjna. W czwartej odsłonie jakby odrobinę spokojniej. Rozhuśtane frazy inside piano i gitarowy post-ambient, który przeobleka się w preparowane dźwięki szukające hałasu. Piąta narracja trwa ponad dziesięć minut i budowana jest rytmicznym szarpaniem i uderzaniem w struny. Siła powtórzenia i konsekwencja obranej strategii narracyjnej skutkują tu zjawiskową, mantryczną ekspozycją, która brzmi niczym zatopiony gamelan, która ani przez moment nie traci sił witalnych. Po takich emocjach pieśń pożegnania nie może nie być rodzajem ballady. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej czarne klawisze fortepianu, którego struny kłębią się pod ciężarem przedmiotów, jakie znalazły się nieprzypadkowo w pudle rezonansowym. Minimal step till to death.



 

Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Loka, Deva & Citta (Torf Records, 3xDL 2023)

Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, lipiec i wrzesień 2022: Michał Giżycki – saksofon sopranowy (Loka), saksofon tenorowy (Deva), klarnet basowy (Citta) oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Sześć improwizacji, 114 minut.

Trzy koncerty (w tym dwa jednego dnia!), trzy różne instrumenty dęte w konfrontacji z rytualnym drummingiem. W takim zestawie instrumentalnym szukać moglibyśmy estetyki free jazzowej i po prawdzie incydentalnie ją odnajdujemy, wszakże muzykom, w kontekście całości prawie dwóch godzin swobodnego improwizowania, bliżej do tybetańskich medytacji i całkiem naturalnej w tym wypadku nieśpieszności dramaturgicznej.

Loka bazuje na saksofonie sopranowym. Po krótkim intro perkusisty następuje filigranowe i dość żwawe otwarcie. Muzycy szybko toną jednak w ciszy i zdają się wykazywać odrobinę dramaturgicznego niezdecydowania. Od czasu do czasu podejmują próby wyrwania się z jarzma duetowej narracji. Saksofonista czyni tu wiele, by wzniecać ogień - swobodnie tańczy, stosuje oddech cyrkulacyjny, lamentuje jak kot. Perkusista wycofany, podejmuje dużo ciekawych wątków, ale niekiedy porzuca je w pół zdania. Deva, to saksofon tenorowy. Początek seta delikatnie lewitujący – cyrkulacja, drony i rodząca się energia wewnętrzna, która skłoni ostatecznie muzyków do większej aktywności. Narracja jest tu bardziej zwarta, ma mniej przestojów. Pojawia się smakowita porcja free jazzu na modłę aylerowską, a potem nawet swingu. Środkowa część seta zdominowana jest przez delikatne perkusjonalia. Po niej następuje najdłuższa w zestawie faza rasowego free jazzu – eksplozje soczystego tenoru i emocjonalny drumming. Dogrywka drugiego koncertu toczy się w estetyce farewell song – małe melodie, drobne kontakty perkusyjnej pałeczki z krawędziami werbla. Wreszcie Citta, czyli klarnet basowy. Nieśpieszny początek z dużą porcją talerzy i melodyjnego dęciaka, ukochane igraszki z ciszą i nieśmiałe poszukiwania emocji free jazzu. W drugim, nieco dłuższym secie huśtawka nastrojów. Wydaje się, że muzycy najprzyjemniej czują się jednak w okolicach ciszy, nawet w incydentach solowych. Pod koniec koncertu dają nam wszakże więcej emocji, także za sprawą figlarnego gardłotoku perkusisty.



 

Kresten Osgood/ Bob Moses/ Tisziji Muñoz  Spiritual Drum Kingship (Gotta Let it Out, CD 2023)

Sound of Music Studios, Richmond, Virginia, czerwiec 2022: Kresten Osgood – perkusja, Bob Moses – perkusja oraz Tisziji Muñoz – gitara. Cztery utwory, 44 minuty.

Dwie free jazzowe perkusje, za ich sterami dwie legendy gatunku, każda w swoim wymiarze i improwizująca, rockowa gitara elektryczna pod jurysdykcją kolejnej ważnej postaci historii gatunku, choć po prawdzie, z tej strony Łaby, jakby mniej rozpoznawalnej. Baza dla wybuchowej, ekspresyjnej, nawet psychodelicznej płyty jest tu niemała. Efekt wszakże nie powala na kolana, jakby pomysłu na więcej niż jedną improwizacje zabrakło, a może po prostu nasze oczekiwania były w tym przypadku zbyt duże.

Każda z improwizacji trwa tu kilkanaście minut, każda ma swoją introdukcję, rozwinięcie, środkową fazę perkusyjnego duetu i na ogół ekspresyjną kodę. Pierwszą otwiera gitarzysta, który brzmi melodyjnie, z nutą pewnej rockowej gotyckości. Perkusiści wchodzą do gry stopniowo, dawkują emocje, ale prowadzą dość spójną, chwilami imitacyjną narrację. Finał tej części plyty wydaje się być szczytem ekspresji tego tria. W drugiej opowieści pojawia się nieco afrykańskiego posmaku, zarówno we grze gitarzysty (zwłaszcza na początku), jak i polirytmicznych perkusji w części duetowej. Na starcie trzeciej części znów dużo ognia na gryfie gitary, która w dalszej fazie nagrania serwuje nam odrobinę preparacji, realizowanych trochę nie w tempie perkusistów. Z kolej w części ostatniej gitara najpierw pachnie post-klasyką, potem zaś stonowanym Hendrixem. Gra perkusistów typowa dla wszystkich improwizacji. Prowadzą linearną narrację, silnie w sobie zasłuchani, ale mało kreatywni, zwłaszcza na dłuższym dystansie.



Ramon Prats  Solot (Sirulita Records, CD 2023)

Estudis Ground, Cornellà del Terri, Girona, kwiecień 2023: Ramon Prats – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 40 minut.

Jeden z naszych ulubionych katalońskich drummerów, po latach muzykowania w duetach (choćby kilkunastoletni Duot z Albertem Cirerą!) i większych składach free jazzu, czy też swobodnej improwizacji, doczekal się w końcu albumu solowego. Nagrany na raz, jednym ciągiem dźwiękowym, który na potrzeby wydawnictwa płytowego został pokrojony na pięć odcinków specjalnych. Prats nie sili się tu na wymyślne preparacje, budowanie wielowarstwowych opowieści, czy też uszczęśliwianie drummingowej narracji dodatkowymi instrumentami. Stawia na proste rozwiązania, na jakość brzmienia standardowego zestawu perkusyjnego i swoją niezaprzeczalną kreatywność. Oczywiście wychodzi z tego zadania zdecydowanie obronną ręką.

Ramon buduje perkusyjną opowieść spokojnie, skrupulatnie i konsekwentnie. Zaczyna od ugniatania przedmiotów na werblu, której to czynności nadaje pewną powtarzalność. Liczy krawędzie werbla i tomów, sprawdza giętkość talerzy. Kreuje lekką, ale dynamiczną narrację, po czym zwalnia, ale stawia na moc i dopiero po tej sekwencji zdarzeń flow przyjmuje w pełni drummingowe oblicze. Kolejne fazy linearnej narracji, to efektowna brzmieniowo ekspozycja talerzowa, potem pełna blasku mała gra na perkusjonalnych akcesoriach, wreszcie przejście w stadium drobnych, delikatnych preparacji. Po tych wydarzeniach artysta wraca do dynamicznego, ale znów lekkiego frazowania. Na początku czwartej części najpierw się uspokaja, potem wspina na ekspresyjny szczyt, a następnie stygnie w blasku drżących talerzy. Zatapia się w echu, szuka mrocznych, głębokich fraz. Skupia się na drobiazgach, szuka suspensu, by na końcowym odcinku zdecydowanie zagęścić opowieść i zbudować emocje dzięki dużej ilości małych, metalicznych przedmiotów, dygoczących na werblu w ślad za drummingową ekspozycją. Jeszcze tylko końcowe spiętrzenie i można gasić światło.



Angles/ Kaegi  Embalse (Neue Numeral, DL 2023)

Auditorium of the Urquiza Library, Río Tercero, Córdoba, Argentyna, wrzesień 2022: Silvia Angles - preparowane piano, obiekty, field recordings, sample, głos, Julio Kaegi – trąbka, głos oraz Evangelina Arce – flet, melodica, głos. Trzynaście utworów, 45 minut.

Muzyka improwizowana z dalekiej Argentyny cieszy się na tych łamach dużą popularnością, nie mniejszą niż mistrzowskie wyczyny kopaczy z tamtej części świata. Zawsze dużo jakości i każdorazowo element taktycznego zaskoczenia. Dziś spotkanie nad wyraz kameralne, dość swobodnie improwizowane (acz pewnie dobrze zaplanowane), gdzie pomiędzy instrumentalne i niekiedy głosowe frazy wplecione są nagrania terenowe. Całość pocięta jest na kilkanaście odcinków. Czasami wtręty field recordings wydają się tu być zbyt nachalne, ale jak całość, trwająca trzy kwadranse opowieść z Cordoby, dobrze koi nasze zszargane rzeczywistością lokalną zmysły.

Pierwsze kilka części argentyńskiego opowiadania zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń akustycznych fortepianu, trąbki, fletu, a także odgłosów szumiącego oceanu. Spokojne suspended free chamber, które syci się zarówno czystymi frazami, jak dźwiękami preparowanymi. W dalszej części płyty fragmenty field recordings często są wprowadzeniem do danego utworu. Są to uliczne rozmowy, medytacyjne recytacje, czy też odgłosy miasta. Czasami improwizowane frazy instrumentalne zdają się tu być inspiracją dla kolejnych projekcji nagrań terenowych. Te ostatnie w kontekście chwilami abstrakcyjnego muzykowania nabierają pewnej melodyki, nawet taneczności, ale też niemal filozoficznej zadumy. W tych meta akustycznych koincydencjach jest dużo przypadku, pewnej dramaturgicznej umowności. Z drugiej wszakże strony albumowi jako całości brakuje linearnej narracji i pewnej konsekwencji w budowaniu napięcia. Płyta bywa chwilami dość relaksacyjna, ale jej pozorny spokój bywa burzony salwami ekspresji trąbki, tudzież inside piano. Bywa, że w momencie dużej ekspozycji field recordings nagranie przypomina nerwowe, niespokojne słuchowisko radiowe. W drugiej części albumu poza trębackimi salwami podobać się może śpiew i kocie mruczenia, podpierane abstrakcyjnymi frazami fortepianu.



sobota, 21 listopada 2020

XNN! Roji! Lotto! Bass To Bass! Gelber Flieder! Algo Quedó Dentro! As 3 Velhas! New Hermitage! The Bloody November’ Round-up!


Emocje, emocje, emocje! Oto coś, co kochamy na tych łamach nade wszystko! A najlepsze emocje gwarantuje wytrawna składanka recenzji nowych płyt z muzyką improwizowaną (która, jak wiemy, miewa i tysiąc imion!), dobrze zmieszana, intensywnie wstrząśnięta i łącząca wszelkie możliwe gatunki – i niebo, i ziemię, no i najprawdziwsze piekło!

Już tytuł pierwszej z omawianych płyt – Dance Chaos Magic! – mówi nam niemal wszystko, co niesie ów zestaw dźwięków! Ognista marszruta zacznie się na nowojorskim Brooklynie z udziałem samego Daniela Cartera (to już druga jego wizyta na Trybunie w ostatnich dniach!). Potem zderzymy się z cudowną ścianą dźwięku, produkcji niemiecko-portugalskiej, by zaraz po niej zanurzyć się w krajowym post-rocku w nadspodziewanie świetnym wydaniu! Kolejny akcent krajowy zapewni nam pewien kontrabasista w uroczym duecie z niemniej uroczą kontrabasistą ze Szwecji! A dalej? Bez chwili oddechu rozpoczniemy rozbudowany wątek iberyjski (choć będziemy także w Paryżu i Berlinie!), by na trzech kolejnych krążkach, obok kilku dobrych znajomych, spotkać wielu całkiem nowych, intrygujących muzyków! A na finał tej szalonej eskapady udamy się do … Kanady, by posłuchać bystrej, współczesnej kameralistyki! Oj, będzie się dziś działo!



 

XNN  Dance Chaos Magic (Eschatology Records, DL 2020)

Amerykańskiego saksofonistę Bena Cohena i jego label Eschatology poznaliśmy całkiem niedawno przy okazji płyty tria Charlatan. Tym razem muzyk zaprasza na spotkanie w kwartecie XNN, do którego zaprosił ikonę nowojorskiego free jazzu, Daniela Cartera (saksofony, trąbka, flet i klarnet) oraz swoich częstych współpracowników – Eli Wallace’a na fortepianie i Dana Kurfirsta na perkusji. Silnie osadzona we free jazzie, swobodna improwizacja trwa prawie 39 minut (Tedesco Studios, nagranie z listopada 2019 r.).

Kwartetowa podróż zaczyna się sekwencją tzw. kontaktów rozpoznawczych, nie bez zasad godnych metody call & responce. Spokojna improwizacja na przednówku - trochę perkusyjnych szczoteczek, kilka piano preparacji, saksofon i flet w rozmowie o poranku. Pierwszym, który zaczyna lepić wszystkie dźwięki w narrację właściwą jest drummer. W duchu jakże kolektywnym free quartet with jazz roots rusza na podbój świata, a tempo marszu rodzi się niemal samoistnie. W okolicach 9 minuty Carter sięga po trąbkę i razem z perkusją czyni duetowe expo. W tak zwanym międzyczasie preparujące piano, bystry tenor i cool-jazzowe szczoteczki dbają o przyrost dobrych emocji. Dużo jakości wciąż płynie z gołych strun fortepianu. Pod koniec 17 minuty kwartet stopuje i serwuje nam garść ciszy.

Nowy wątek rodzi się pod delikatnymi młoteczkami piana. Saksofon i trąbka ciekawie gaworzą na przeciwległych flankach, a wspomnienie kwartetu Test (Carter!) wcale nie jest tu nadużyciem. Opowieść zaczyna płynąć naprawdę swobodnym, własnym rytmem. Choć mnóstwo w niej dźwięków i wydarzeń, cały flow nie traci na lekkości, w czym zasługa nad wyraz subtelnego drummera. Po 22 minucie pianista zaczyna brnąć w abstrakcje, a Carter sięga po tenor i proponuje kolejne rozwiązanie. Powraca posmak lightowego Testu. Kwartet wchodzi w fazę zabaw w podgrupach. Najpierw saksofon z fortepianem, potem krótkie solo samego Cartera, które przekształca się w duet saksofonów. Sam miód tej improwizacji zaczyna się w momencie powrotu perkusisty, który zaczyna budować drobny (a jakże!) szkielet finałowej już narracji. Pianista znów preparuje, dęciaki gadają bez ustanku (aż słychać … trzeci saksofon przez moment!). Ostatnie przebiegi, to już odważny skok w ogień free jazzu, kind of a Test memorial! Mimo tryskających emocji wciąż możemy liczyć na perełki z pudła rezonansowego fortepianu. Jeszcze tylko kilka kroków – trochę repetycji z klawisza, dęte podśpiewywanie – i muzycy docierają do kresu tej wyśmienitej podróży. Brawo!

 


Roji  Oni (self-released, LP 2020)

Jörg A. Schneider (perkusja) i Gonçalo Almeida (gitara basowa, loops i elektronika) grając w duecie czasami czynią to pod własnymi nazwiskami, innym razem jako Roji. Definitywnie w tej konfiguracji personalnej lubią hałas, rockowy zgiełk i rozimprowizowane emocje. Do zabawy na ogół dopraszają gości. Na drugą płytę Roji zaproszeni zostali: Riccardo Marogna (klarnet basowy, saksofon tenorowy i elektronika) oraz Giovanni di Domenico (fortepian, keyboard i elektronika) - każdy z nich do dwóch utworów. Niemiecko-portugalska maszyna dźwiękowa proponuje nam łącznie siedem epizodów, które trwają niemal pełne trzy kwadranse.

Żarty się kończą! Ostry riff basu, masywne uderzenie w rozbudowany zestaw drummerski, okrzyk dętej zwierzyny i ruszamy w gęsty, rockowy flow, budowany z precyzją, domieszką psychodelii i póki co, nie forsujący tempa. Klarnet basowy tańczy w magmie sekcji, która płynie wzmocniona power-ambientową poświatą. Wszystko na dużym pogłosie, mocno kwasowe. W drugiej części składu tria dopełnia instrument klawiszowy. Dzięki tej asyście stalowej sekcji zdają się rosnąć skrzydła. Strumień basu zlewa się z dużo lżejszą narracją pianisty, full drumming wypełnia pozostałości wolnej przestrzeni. Płynna lawa, w pół kroku do ściany dźwięku. Trzeci epizod, miniaturka w duecie – dub noise? harsh post-rock? speed metal? black electronics? W kolejnej części grzmią same pioruny – tenor, który wznosi okrzyki i sekcja, która łamie kark opornego samym spojrzeniem. Wszystkie dźwięki leją się w jeden strumień psycho-noise! Pandemic thriller!

W epizodzie piątym powrót do duetu, chwila meta relaksu – ambient gitary basowej, który zwiastuje nadejście nowej porcji bolesnego hałasu. Drummer tylko czeka na sygnał, by two man orchestra mogła wyruszyć na łowy. Afrykańska polifonia na sterydach i bas, który buduje kilka pasm masowego rażenia. Ten ostatni pętli się, a wokół niego rośnie elektronika, która potrafi równie skutecznie zaatakować dobrym hałasem. Za szóstą część także odpowiada tylko dwóch artystów – płynna, elektroakustyczna lawa. Bas zdaje się mieć tysiące twarzy, perkusja tylko jedną, ale zabójczą. Dub noise! Czyżby smyczek podłączony pod trafostację wysokiej mocy? Flow, który już dawna przekroczył ścianę dźwięku zdaje się pęcznieć kolejnymi elementami, które giną w power-psychodelicznej poświacie. Magia Chaosu, nie pierwszy dziś raz! Na finał tego horroru powraca klawiszowiec! Bas rwie struny hc-punkowymi przełomami, piano w mackach distortion rzęzi jak zepsuta maszyna szlifierska, a oba instrumenty brzmią niczym ekstremalnie sfuzzowana black-metalowa gitara. Circle massive drumming dopełnia dzieła zniszczenia. Na tym tle kilka smagnięć pędzlem nieco bardziej delikatnych klawiszy, to dysonans godny największych mistrzów. No, i ta cisza po wybrzmieniu, gęsta jak krakowski smog.

 


Lotto  Hours After (Endless Happiness, CD/LP 2020)

Lotto na swej nowej płycie, to Mike Majkowski (bas), Paweł Szpura (perkusja) i Łukasz Rychlicki (gitara elektryczna) oraz cała masa tajemniczych urządzeń (lista do wiadomości wydawcy), które sprawiają, iż dźwięk typowego instrumentu akustycznego lub elektrycznego brzmi, jakby przybył do nas z samego piekła. Nagranie z Warszawy (chyba ubiegłoroczne), być może zrealizowane po godzinach, składa się z czterech niezwykle efektownych, post-rockowych scenariuszy. Całość trwa mniej więcej 35 minut.

W strukturze post-rockowej repetycji muzycy budują coś na kształt metafizycznej ballady. Równy, krautrockowy rytm, a w tle intrygująca, gitarowa mgławica, która zdaje się z czymś rezonować. Z czasem na pierwszy plan wychodzi właśnie gitara – mantra, która snuje się pod podłodze, jak leniwy wąż, który może jednak w każdej chwili kąsać. Niepokojące tło odradza się jak hydra, a całość pachnie dobrym, starym The Swans, z czasów, gdy jeszcze nikt nie wiedział do końca, co to rzetelny noise-rock. Druga opowieść burzy nieco ład narracyjny pieśni otwarcia. Jazgot gitarowych przetworników, drumming umoczony w syntetycznej poświacie i bas, który prycha i rzęzi niebywale urokliwie. Post-industrialna zabawa u progu czerstwego hałasu. Wykoślawiona, bystra motoryka, swoisty tygiel harshowych fonii i … skromna, brudna melodia, która snuje się pod palcami jednego z muzyków. Nagły finał osiągnięty metodą plugg-out.

Dubowy drumming na wejściu w część trzecią, to dobry pomysł! A bas, który brzmi, niczym na poły taneczne electro - być może jeszcze lepszy! Gitara też płynie z dużą przestrzenią, a wokół niej buduje się elektroniczny ambient, który zaczyna śpiewać. Opowieść pęcznieje, a drobiny hałasu zdają się nadciągać z każdej strony. Swoje dokłada pasmo syntezatorowego brzmienia, ale rytm rządzi tu bez względu na okoliczności. Czwarta historia, to jakby powrót do balladowego tempa ekspozycji. Dużo powietrza, pozorny spokój i tajemniczy, niepokojący background. Dubowe echo perkusji, która w tej części wykazuje aspiracje przywódcze. Gitara, dla niepoznaki, rozpływa się sama w sobie. Znów plama syntetyki (w formie drona), która sieje dramaturgiczny ferment. Po czasie brzmi, jak organy Hammonda.

 


Nina de Heney & Sławek Janicki  Bass To Bass (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD 2020)

Definitywnie zasłużyliśmy na garść swobodnej improwizacji na instrumenty w pełni akustyczne! Dwa kontrabasy? Why not! Nina de Heney i Sławek Janicki spotkali się niemal dokładnie roku temu, w Bydgoszczy, w Klubie Mózg. Na płytę Bass To Bass trafiły dwie improwizacje, jedna długa, druga krótka – łącznie 34 minuty z sekundami.

Początek nagrania z oklaskami (choć nie wiemy, czy na prawach otwartego koncertu) zastaje muzyków ze smyczkami na gryfach ich kontrabasów. Grzmią na siebie, pomrukują, szukają brudnego baroku, czyniąc prawdziwie niedźwiedzie zaloty miłosne. Drżą, dygoczą, jakby delikatnie skrępowani masą swoich instrumentów. Albo jadą do góry, albo ślizgają się w dół, a tempo narracji rodzi im się pod palcami. Tuż po wejściu w stan pierwszego galopu, dystyngowanie zwalniają, po czym sięgają po pierwsze preparacje (lewa flanka) i akcenty percussion (prawa flanka). Po niedługiej chwili dynamika jest im dana na powrót. Tuż przed upływem 11 minuty tempo ich post-barokowej przebieżki zdaje się być nad wyraz imponujące. Po kolejnych kilku pętlach wkraczają w fazę szurania i akustycznego skwierczenia, dobrze się przy tym imitując. Gdy znów smyki idą w tango, nastrój robi się prawdziwie łobuzerski, a błoto emocji spływa z gryfów niezwykle efektownie. Po 19 minucie artyści szukają już zdecydowanie ciszy i post-akustycznego ambientu. Garść preparacji, garść uderzeń po strunach. Ostatnia prosta tego seta kreowana jest przez delikatny rytm, jaki podaje prawy kontrabas. Udane slow motion z nerwem i intrygą.

Drugi, krótki set (a może dłuższe encore), to zabawa w arco i pizzicato. Spokój, dystans, odpowiedzialność za dźwięk. Pomysły rodzą się jednak jeden po drugim, dzięki czemu doświadczamy całej masy naprawdę uroczych zdarzeń fonicznych. Kontrabasy zawodzą, repetują, skrzeczą i plumkają – whatever you want! Po wybiciu 4 minuty czas na intensywne, gęste, jakże suche w brzmieniu szorowanie strun, aż do poziomu acoustic noise. Wreszcie faza schodzenia w dół, szukania dna narracji i ciszy, jak nastąpi po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Brawo!

 


Gelber Flieder  Ölbaumgewächse (Creative Sources, CD 2020)

Rozbudowany wątek iberyjski rozpoczynamy w … Paryżu (La Petite Maison, grudzień 2016r.). Na scenie trio o nazwie własnej Gelber Flieder w składzie: João Camões (altówka), Luise Volkmann (saksofon) i pełniący tu zapewne rolę gospodarza - Yves Arques (obiekty i elektronika). Swobodna improwizacja w jednym traku – niepełne 31 minut.

Koncert rozpoczyna się … niemiecką kołysanką o krokodylach! Chór cierpliwych rodziców śpiewa, a w tle zaczyna rodzić się błyskotliwa improwizacja. Coś bystrze rezonuje, szeleści, skwierczy na gryfie altówki, z tuby saksofonu płyną preparacje, półdrony i głębokie oddechy, wreszcie definitywnie kompatybilna elektronika oplata niezidentyfikowane obiekty latające i brzęczące płaszczem inspiracji. Clever chamber in the crazy world of post-music! Każdy z artystów od początku dorzuca do strumienia dźwiękowego same atrakcje – śpiewające zgrzyty altówki, saksofon, który potrafi brzmieć niczym preparowana trąbka, obiekty, która drżą subtelnością złocistych perkusjonalii. Kolektywna, soczysta, gęsta, ale i po części ulotna narracja.

W tym dość krótkim secie muzycy mają dla nas sporo niespodzianek i zwrotów dramaturgicznych. Co rusz coś ciekawego - nowe brzmienia, czy tajemnicze dźwięki, prawdziwy kalejdoskop wyłącznie pozytywnych zaskoczeń. Już w 10 minucie proponują zwinne duo, stworzone z samych akustycznych fonii, pod które podłącza się oniryczna elektronika, frazująca niczym zatopiony gamelan. W okolicach 17 minuty nieustannie intrygująca praca obiektów przypomina ugniatanie werbla, a zaraz potem polerowanie powierzchni płaskich. Po 22 minucie koncertowa marszruta pnie się na emocjonalny szczyt – altówka tańczy jak opętana, saksofon wyje do księżyca, no i ponownie moc wspaniałości płynie ze strony nieoczywistej elektroniki i obiektów, które bez trudu są w stanie wejść w fazę wyłącznie akustyczną, a nawet dętą (zimny wicher wieje z każdej strony!). W 26 minucie ów tajemniczy wicher zostaje na moment sam. Słyszymy gwar ulicy, pomruki z klubu, a może to jedynie sample. Finałowa faza tego wyśmienitego, zbyt krótkiego koncertu – instrumenty śpiewają i gwiżdżą nieopodal ciszy, a wszystkie przedmioty zgromadzone na scenie zdają się budować strumień onirycznej post- elektroakustyki. Fake sounds gonią się po scenie, a potem gasną po mistrzowsku.

 


Altaba/ Valera/ Volt  Algo Quedó Dentro (Finis Africae, Kaseta 2020)

Lądujemy tym razem w Laisla Estudio (pewnikiem Hiszpania) i spotykamy trójkę muzyków. Eduardo Altaba (kontrabas), Patxi Valera (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pablo Volt (trąbka) zapraszają nas na bystry, bezpretensjonalny i jakże miły w odbiorze spacer po bezdrożach open jazzu. Nagranie z koniec września ubiegłego roku składa się z dziesięciu utworów (zapewne predefiniowanych improwizacji) i trwa około 42 minuty.

Do zabawy zaprasza nas trąbka, która śpiewa hymn otwarcia. Sekcja rytmu od startu pracuje dynamicznie. Trio stawia na kolektywizm, choć kontrabas zdaje się tu być masą krytyczną. W ramach przeciwwagi druga część stawia na balladowy dryl i zwinną, lekką perkusję. Trzecia podnosi poprzeczkę oczekiwań i proponuje zaplanowane, ale dość swobodne call & responce! Garść preparacji blaszaka, błysk rezonujących talerzy, także smyczek i sekunda zabawy z ciszą. Kolejna parzysta opowieść na powrót zbliża nas do swingujących synkop i nie forsuje tempa. Precyzja godna cool-jazzowej ścieżki dźwiękowej do filmu noir. Piąta historia powraca do estetyki preparacji, pełna jest szumów, oddechów, mikro fraz dużej urody. Tu królem polowania wydaje się być nade wszystko trąbka.

Drugą część płyty (zapewne drugą stronę kasety) otwiera marszowa narracja z trąbką płynącą smutnym, iberyjskim zaśpiewem. Muzycy szybko przerzucają nas do kolejnej części, która proponuje dynamiczny open jazz, zdobiony doskonałą ekspozycją trąbki. Ósma partycja schodzi w dół i czeka na własny oddech – smyczek, podmuchy zimnego powietrza z samego dna blaszaka, perkusyjne, matowe świecidełka. Im dalej w las, tym lepiej na tej płycie! Ostatnia część nieparzysta powraca do zamaszystego pizzicato, które ciągnie trio post-jazzowymi smakołykami. Trąbka śpiewa tu z wyjątkowym smakiem. Wreszcie finał - piękna, stylowa rozbiegówka na dużym wydechu. Smyczek, post-barok, który szuka rockowych emocji i trąbka, która kwili półgębkiem same dobre nutki. Doprawdy urodziwych dźwięków tu nie brakuje.

 


Gonçalo Mortágua/ Guilherme Rodrigues/ Higino Andrade  As 3 Velhas (Creative Sources, CD 2020)

Czas na zapowiadany Berlin (StudioBoerne, sierpień 2019)! Gonçalo Mortágua (saksofon tenorowy), Guilherme Rodrigues (wiolonczela) oraz Higino Andrade (kontrabas) przygotowali dla nas czternaście opowieści (blisko 50 minut). Tym razem nasza muzyczna wycieczka koncentrować się będzie na wątkach kameralistycznych, choć jazzu, tudzież post-jazzu z pewnością w niej nie zabraknie.

Trzy Stare Kobiety zawierają w sobie dużo ciekawych, chwilami intrygujących pomysłów na improwizację. Część z nich muzycy dość szybko jednak porzucają, część z nich – zwłaszcza tych bardziej nastawionych na swobodną kameralistykę - zdają się niepotrzebnie wtłaczać w ramy open jazzowego frazowania. Wiele momentów bazuje tu na świetnie skomunikowanych akcjach obu instrumentów strunowych. Zarówno wiolonczelista, jak i kontrabasista zmieniają techniki gry, sieją ferment, znajdują nie jedną płaszczyznę porozumienia. Z kolei saksofonista zbyt kurczowo trzyma się jazzowych podpórek dramaturgicznych, nie jest skłonny wpadać w obszar bardziej swobodnej improwizacji. Nazwanie go hamulcowym byłoby oczywiście nadużyciem, stąd jedynie sugestia recenzenta, by w procesie improwizacji wykazywać się po prostu większą odwagą, a także chwilami bardziej skoncentrować się na słuchaniu tego, co mają do zaproponowania partnerzy.

Dość wszakże tych utyskiwań, skupmy się na najciekawszych fragmentach nagrania. Choćby trzecia opowieść, którą budują dwa strunowce, płynące dość wysoko zawieszonym, delikatnym pizzicato. Pierwszym, który sięga po smyczek jest kontrabasista, a całość narracji, wraz z rozśpiewanym saksofonem, bystrze się dynamizuje. Czwarta i piąta część bazuje na dobrych pytaniach i równie kąśliwych odpowiedziach. W części siódmej saksofon szuka dłuższych fraz i płynie tajemniczym strumieniem, a strunowce budują emocje na dychotomii arco-pizzicato. W ósmej smyczki szukają barokowych fraz, wyczulone na ciszę i echo, saksofon wchodzi dopiero na finał z niebanalnym komentarzem. Kilka niespodzianek czeka nas także w części jedenastej - dużo niepokoju, szumów z tuby, gwizdania, a nawet dźwięków wprost z gardła saksofonisty. No i sam finał płyty, który nie szczędzi nam preparowanych dźwięków, akcentów percussion i kolektywnego zaśpiewu wszystkich instrumentów.

 


New Hermitage  Unearth (self-released, CD 2020)

Wreszcie obiecana kameralistyka z Kanady. Nagranie studyjne z Halifax (data nieznana), a w nim kwartet w składzie: Andrew MacKelvie (saksofon altowy, tenorowy, klarnet basowy), India Gailey (wiolonczela), Ross Burns (gitara i efekty) oraz Ellen Gibling (harfa). Jedenaście utworów (wedle opisu - skomponowanych improwizacji) trwa 35 minut z sekundami.

Na początek wróćmy do określenia skomponowane improwizacje. Kanadyjski kwartet (to już ich piąta płyta) na swym nieziemskim nagraniu produkuje doprawdy całe mnóstwo pięknych, kameralnych dźwięków, czasami zmyślnie i efektownie preparowanych. Buduje narracje w skupieniu, nie goni za emocjami, stawia na precyzję i szuka dobrych interakcji. Niestety w wielu momentach nie powstaje z tego w pełni improwizowana narracja. To raczej próby wyjścia poza nawias tego, co wcześniej zostało zaplanowane, tudzież dramaturgicznie wykalkulowane. Pasaże dźwięków następują po sobie, ale często nie tworzą związków przyczynowo-skutkowych. Trzeba też dodać, iż kilka utworów na płycie, to ekspozycje solowe lub nagrania w podgrupach. Innymi słowy – more chamber, but not truly free.

Recenzentowi nie pozostaje zatem nic innego, jak wskazać te momenty nagrania, które wydają się realnie udane w kontekście procesu improwizacji. Trzecia część, to krótkie solo cello, które pięknie brudzi swoje brzmienie. W części czwartej podoba nam się praca klarnetu basowego, który po rozbudowanej introdukcji strunowej kreuje ciekawie brzmiące półdrony, bystrze skomentowane przez wiolonczelę i dubowe echo gitary. Utwór ósmy z kolei zaczyna się gitarowymi plamami i delikatnym pomrukiem ze strun cello i harfy, potem zaś układa się w zmysłowy post-barok. Również dziewiąta część bazuje na dźwiękach gitarowych, a raczej poświacie, jaką tworzą przetworniki tejże gitary. Pre-ambientowy mrok amplifikatora i intrygujący smak tajemnicy. Dobrze skonstruowana jest także część jedenasta - bazuje na mikro dźwiękach wszystkich instrumentów, które tworzą niebanalny slow motion game.