Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian Vidal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian Vidal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2020

A New Barcelona’ outfit! Hung Mung! Besalduch & Nästesjö! Villavecchia! Truss! Llumm! Bogacz & Vidal!


Barcelona żyje i ma się świetnie! Przynajmniej w wymiarze muzycznym. Po spotkaniu Vasco Trilli z Marsem Williamsem (na początku tego tygodnia), dziś sposobność, by poznać kolejnych sześć nowych płyt, które powstały w Barcelonie (jedna w Andaluzji, ale z udziałem bcn people!) i tamże zostały w ostatnich tygodniach upublicznione. Towarzystwo w ujęciu personalnym niezwykle międzynarodowe, ale dla każdego z tych muzyków Barcelona jest miejscem szczególnym (i na ogół stałą, życiową rezydencją).

Zaczynamy od … siódmej już w tym roku płyty Hung Mung! Trio, które zawojowało w październiku scenę poznańskiego Dragona, po prawdzie wzięło we władanie cały Spontaniczny Fest! Potem sięgniemy po duet i nagranie solowe – podobnie jak w przypadku Hung Mung, wprost z katalogu Discordian Records. Po nich dwa wydawnictwa z udziałem Ferrana Fagesa (w tym duet, który śmiało możemy uznać za reinkarnację słynnego w wielu kręgach duetu Cremaster). Wreszcie na finał skromny, acz wyjątkowo smakowity duet gitar akustycznych. Uwaga! Nie będziemy jednak słuchać flamenco!

Do dzieła! Na przekór zarazom i haniebnym czynom pewnej władzy w samym środku starego świata!

 


Hung Mung  La fúria es lo primer (Discordian Records, DL 2020)

Tym razem barcelońskie trio odnajdujemy w okolicznościach studyjnych (Golden Apple, Barcelona), dokładnie w połowie października roku 2019 (patrz: kalendarium Hung Mung, zamieszczone na tych łamach kilka tygodni temu!). El Pricto – saksofon altowy (tylko i wyłącznie!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja. Cztery improwizacje, 33 minuty z sekundami.

Furia na początek! Tytuł płyty sugerowałby takie rozwiązanie, ale muzycy mają inny pomysł. Prowadzą spokojnie grę rozpoznawczą, choć grają ze sobą po raz tysięczny pierwszy. Plamy gitary i saksofonu, stuki po krawędziach werbla, łagodny smak nadchodzącej burzy. Diego frazuje post-jazzem, ale dobrze przegniłym czerstwym rockiem, Pricto prycha i zawodzi, a Vasco lepi to wszystko w uporządkowany flow improwizacji. Emocje kreują się samoczynnie, jakkolwiek drummer nie forsuje tempa, dba raczej o intensywność narracji. Prawdziwy ogień rodzi się na gryfie gitary, by po chwili spowić całą przestrzeń nagrania. Druga improwizacja od startu stawia na dynamikę i szczere interakcje. Brudne frazy, aktywny drumming, bez subtelności – samo mięcho, gęste i lepkie. Po niedługim czasie artyści pięknie tłumią się do pojedynczych fraz, sięgają po preparacje, oddychają na sucho, pełni wszakże dramaturgicznego niepokoju. Diego liczy struny na pogłosie, ale nowe pomysły same kiełkują mu pod palcami. I to znów gitarzysta zabiera trio w ogień improwizowanego post-rocka.

W kolejnej opowieści, dla odmiany, garść subtelności – saksofon całuję powietrze, kostka gitarzysty snuje się po strunach, pałker liczy krawędzie i jątrzy. Gitara i dęciak szukają wspólnej stycznej, a dynamika przychodzi jakby całkiem nieproszona. Kilka znaków zapytania, epizod z milczącym saksofonem, który po chwili powraca powłóczystymi dronami. Dźwięki gasną perfekcyjnie. Wreszcie finał tej niedługiej, studyjnej perełki. Na wejściu garść jazzu, który nabiera rumieńców dzięki inicjatywie perkusisty. Ten ostatni, niczym demiurg, wrzuca wszystkie dźwięki do rozgrzanego kotła. Ale emocje trzymane są tu na uwięzi, choćby po to, by po kilka pętlach opowieść mogła cudownie wytłumić się. Caicedo schodzi w psycho-ambient, alt Pricto płynie post-jazzem, a Trilla jako ostatni trzyma się krawędzi życia. Spirala ekspresji na krzywej wznoszącej! Ale znów krok w bok, ucieczka w brzmieniowe szczegóły. Gitara plami post-elektroniką, perkusja nerwowo szuka większej dynamiki, saksofon kreśli śpiewne pętle. Na ostatniej prostej Bóg Chaosu skacze jednak w ogień, a raczej w gęstą lawę, która na koniec pięknie rozlewa się bardzo szerokim korytem.

 


Ferran Besalduch & Johannes Nästesjö  The Lost Pawns (Discordian Records, DL 2020)

Przenosimy się do innego studia barcelońskiego – Underpool. W czerwcu 2019 roku spotykają się tam Ferran Besalduch na saksofonie sopranowym (miał w planie grać na saksofonie barytonowym, ale instrument chwilowo zaniemógł) oraz Johannes Nästesjö na kontrabasie. Muzycy pichcą dla nas osiem swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niespełna 40 minut.

Minimalistyczne frazy pizzicato wklejają się w delikatne podmuchy z tuby saksofonu sopranowego. Drobne preparacje i szukanie dynamiki. Artyści budują swoją opowieść pieczołowicie, nie od razu są skorzy odkryć przed nami wszystkie karty! Druga część, inny pomysł na improwizowaną intrygę – small percussion po strunach i ptasie, subtelne zaloty miłosne, frazy niemal molekularne. Po chwili bas bierze sprawy w swoje ręce i obaj muzycy puszczają się w imponujący galop. Trzecia historia – masywny strzał z kontrabasu, w reakcji pisk sopranu. Dialog Dawida z Goliatem zamienia się jednak w podniebny spacer, bo kontrabas zdolny tu jest doprawdy do wszystkiego! Free chamber without any jazz! Czwarta improwizacja, to pierwsza, która wynosi nasze emocje aż po horyzont! Nisko osadzony smyczek buduje dynamiczny flow, brudzi brzmienie i stymuluje sopranowe śpiewy. Tuż potem zwinne pizzicato, które niespodziewanie prowadzi opowieść w rejony ciszy. Powrót do dynamiki, niejako ze zdwojoną siłą – pasaż ognistych fraz, zgaszony dronami spod kontrabasowego smyczka. Brawo!

Piąta historia i skulone pizzicato, które czeka na podmuchy chropowatego saksofonu. Flow gęstnieje, zaczyna ociekać potem. Kontrabasista błyskawicznie zmienia techniki gry, przez moment już nie wiemy, czy używa placów, czy smyka dobywając tak intrygujące dźwięki. Sztukmistrz z Malmoe! Matowy flow wspaniałości buduje także saksofon, który razi kreatywnością. Na finał oba instrumenty zgodnie … szumią. Szósta część trzyma się brudnych fraz. Kontrabas szeleści, drży i chrobocze. Sopranista cedzi dźwięki przez zęby! Na finał jednoczą się w galopie. Wreszcie dwa ostatnie epizody – to już prawdziwe perły w koronie tej intrygującej improwizacji! Najpierw harsh-flow smyczka wystawiony na ostry pisk z tuby. Molekularna, skryta opowieść – kind of acoustic pre-noise! Artyści stawiają na preparacje, które prowadzą ich na skraj ciszy. Ósma opowieść – pomruki smyczka i szum z tuby budują opowieść, która narasta niczym letnia burza. Po chwili bas schodzi do piwnicy, a saksofon sięga nieba i łobuzuje. Ale to nie koniec – kontrabas też zaczyna śpiewać, a ostatnie dźwięki, to cudowne, wzajemne imitacje, czynione naszą ukochaną metodą call & responce. Znów brawo!

 


Liba Villavecchia  Nocturnal (Discordian Records, DL 2020)

Solowe improwizacje na saksofon altowy (tu nazwane nieco przewrotnie … kompozycją) z pewnością ukoją nasze emocje, zszargane po poprzednich, jakże eksplozywnych płytach. Liba Villavecchia nagrał dla nas jedenaście utworów, oczywiście w Barcelonie, w marcu i kwietniu bieżącego roku, niewykluczone, iż w lockdownowych okolicznościach domowych. Całość odsłuchu zajmie nam mniej więcej dwa kwadranse.

Płyta w przeważającej części zbudowana jest wedle pewnej reguły dramaturgicznej – utwory nieparzyste stawiają na klimat, nastrój, pewną abstrakcyjność dźwięków i formy, zaś utwory parzyste częściej szukają jazzowych inspiracji, zdają się być masywniejsze, a czasami nawet swingujące. I tak – pieśń otwarcia, to długie frazy kreowane na pogłosie, które szukają rezonansu, pełne oddechów, westchnień i chwil onirycznego w posmaku, tłumionego niepokoju. W trzeciej części niektóre dźwięki przyjmują formę krzyku, mamy wrażenie, że powietrze z tuby saksofonu łączy się z gardłowym oddechem muzyka. W piątej części świat dźwięków składa się niemal wyłącznie z szumu powietrza, szmeru pustych dysz i ciszy wokół. Z kolei dziewiąta część (bodaj najbardziej intrygująca), to dron, który rezonuje ze wszystkim, co napotyka na swojej drodze, po czym przekształca się w narrację pełną melodyki i dobrych emocji.

Utwory parzyste budują swój flow z odrobinę bardziej dynamicznych i rytmicznych fraz. Choćby czwarta narracja, która ewidentnie szuka post-swingowych inspiracji, zdaje się być o krok od niemal tanecznego rozhuśtania. W kolejnych częściach parzystych muzyk frazuje coraz wyżej, by w części dziesiątej postawić już na swing, któremu udaje się popaść w pewnego rodzaju rezonans. Płytę, która w wielu momentach jest jedynie naszkicowana (niektóre utwory nie trwają nawet minuty) wieńczy wytłumiona ballada, która stawia na długie frazy i stylowo pnie się ku górze.

       


       

Truss (Ferran Fages/ Alejandro Rojas-Marcos/ Bárbara Sela)  Sela Todos los animales se reúnen en un gran gemido (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Chwila oddechu na pewno była konieczna, albowiem teraz zapraszamy na obcowanie z całą plejadą fake sounds (fałszywych dźwięków). Przed nami trio: Ferran Fages – gitara akustyczna & feedback systems, Alejandro Rojas-Marcos – clavichord oraz Bárbara Sela – recorders. Na płycie, która składa się z siedmiu części i trwa prawie 43 minuty, niemal od początku do końca doświadczać będziemy dysonansu poznawczego, gdyż w wielu momentach, chwilami naprawdę ekscytującej improwizacji, całkowicie zatracimy umiejętność wskazania źródła danego dźwięku. Ta prawdziwa karuzela fake sounds nagrana została w Andaluzji (Estudio 79, Jerez de la Frontera), w listopadzie ubiegłego roku.

Opowieść o tym, jak wszystkie zwierzęta jednoczą się we wspólnym zawodzeniu nie mogła mieć lepszego tytułu. Rwana, nerwowa, chwilami chaotyczna, a po 30 minucie wręcz dotkliwa akustycznie narracja (prawdziwy challange nawet dla obeznanych w świecie fake sounds!) kasą swą niewątpliwą, elektroakustyczną urodą od pierwszego dźwięku! Mechanika preparacji, szelest obiektów nieznanego pochodzenia, meta rytm instrumentu klawiszowego, który chwilami brzmi jak fortepian, innym razem jak … klawikord, dźwięki, które mogą być efektem live proccesing, ale nie muszą, wreszcie nieustający rezonans wszystkiego ze wszystkim. Uff, fabryka pracuje pełną mocą! A na koniec ktoś podśpiewuje, a może jedynie jęczy. Druga improwizacja na moment powraca do żywych, rozpoznawalnych dźwięków. Słyszymy odgłosy charakterystyczne dla gitary Ferran Fagesa (yes!), struny klawikordu, głuchy szum otwartej przestrzeni studia nagraniowego, dźwięki suchych dysz instrumentu dętego, coś, co brzmi jak flet, a także głos ludzki – wszystko skąpane w rezonansie i sprzężeniach zwrotnych. Z biegiem minut preparacje nasilają się – tarcia, trzaski, gwizdy i pęknięcia. Trzecia część wydaje się najgłośniejsza jak dotąd. Gitara pracuje, także ów nieistniejący flet daje znać o sobie. Drżą i szeleszczą struny klawikordu. Intensywna, efektowna narracja z dużą ilością akcentów para-perkusjonalnych. Szorstka mechanika pocierania, uderzania i szarpania.

Czwarta historia, to niemal miniatura. Minimalistyczne wprawki w temacie wybrzmiewania niemal pojedynczych dźwięków. Coś pomrukuje, ktoś liczy struny, które rezonują. Piątą część rozpoczyna rezonans gitary, mechaniczne mikro frazy, jakby ktoś umieścił wszystkie przedmioty wydające dźwięk w wielkim pudle rezonansowym fortepianu. Znów akcenty percussion i dźwięk charakterystyczny dla fletu prostego. Zagubione w głuszy leśnej dźwięki maltretowanej natury, tej ożywionej i tej wegetującej. Pod koniec słyszymy suche, drewniane patyki, którymi ktoś pociera, w tle zaś rezonują struny gitary (tego jesteśmy akurat pewni!). Opowieść toczy się jak u Davida Lyncha – nie ma rozwiązania, mnożą się natomiast zagadki – świst, szelest, pojękiwania, molekularne źdźbła fonii. Piski, uderzenia, oddech instrumentu dętego (?). Gdybyśmy powiedzieli o tej improwizacji, że sprawia wrażenie wyjątkowo tajemniczej, to jakby nic nie powiedzieli. Zakończenie szóstej improwizacji stawia na intensywność, chwilami naprawdę bolesną. Głębokie preparacje i rezonujący ambient gitary. Wreszcie finał tego szalonego przedsięwzięcia fonicznego – wszystko zdaje się tu wyć i piszczeć z egzystencjalnej trwogi. Z klawikordu buchają pioruny, ale całość narracji systematycznie przygasa. Wraz z artystami i ich meta instrumentami docieramy do ostatniego dźwięku. Jesteśmy dumni - z siebie, a tym bardziej z nich!

 


Llumm  Adhuc (llumm.bandcamp, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie Ferrana Fagesa (tym razem tylko gitara elektryczna, nagrana samotnie 30 sierpnia br.), a do pary dobija jego wieloletni współpracownik Alfredo Costa Monteiro (rezonujące przedmioty i elektronika, nagrane samotnie … dwa dni później). Panowie razem zapisali już historię Cremaster, teraz rozpoczynają pisanie nowej, którą nazwali Llumm. Jeden trak, 41 i pół minuty.

Odgłos nieznanej przestrzeni i plastry ciszy uzupełniają się wzajemnie, jakby prowadziły tajemniczą grę, która nie ma zakończenia. Minimalistyczna elektroakustyka pełza i delikatnie skwierczy rezonującym dark ambientem. Całość brzmi, niczym analogowa elektronika, choć po prawdzie jest pewnie efektem pracy gitary elektrycznej. W połowie 4 minuty porcja cisza wydaje się być nieco większa. Po kilku sekundach na scenie pojawia się szeleszczący-buczący dron, który leniwie rozwarstwia się. W połowie 11 minuty mikrofrazy zaczyna budować zmutowana gitara (świetnie brzmiąca!), ale dron trwa nadal. Ten drugi matowieje, ta pierwsza błyszczy. W 17 minucie dron zaczyna pulsować, a towarzyszą mu trzeszczące incydenty foniczne. Po chwili powraca gitara, a całość nabiera na dłuższą chwilę niezwykle medytacyjnego charakteru. Ale to nie chill-out, to raczej strach przed nieznanym.

W połowie 22 minuty recenzent odnajduje w narracji nawet trzy, cztery wątki, a całość zdaje się być nad wyraz głośna. Po kolejnych kilku minutach opowieść powraca do samotnego drona, upstrzonego ambientowymi ornamentami. Kolejne plamy kreuje wyraźnie rozpoznawalna gitara Ferrana. Flow powoli wchodzi w stadium minimalizmu, jakkolwiek dźwięk gitary wydaje się być zagęszczany, zapewne w efekcie działań post-produkcyjnych Alfreda. Efekt ów zdaje się zadowalać wszystkich! W okolicach 33 minuty dronowe tło gaśnie. Nie przestaje pracować gitara, której towarzyszą elektroakustyczne zdobienia. Oba wątki udanie się pętlą. Na ostatniej prostej powraca czyste brzmienie gitary (szkliste i metaliczne, które świetnie znamy), a obok snuje się analogowy dron, którego zdążyliśmy już poznać we wstępnej fazie nagrania.

 


Santiago Bogacz & Sebastian Vidal  Murillo 15 (Dadiminauke, DL 2020)

Na finał dzisiejszych szaleństw barcelońskich skromny duet gitar akustycznych. Uspokajam wszakże malkontentów – będzie się działo! Santiago Bogacz i Sebastian Vidal spotkali się pierwszego dnia lutego br. w miejscu zwanym Grabado (Barcelona). Zagrali dwie swobodne improwizacje, które poznany w całości tuż przed upływem 25 minuty nagrania.

Improwizację otwiera skrobanie strun, ich wnikliwie liczenie, tudzież wstępne sprawdzenie ich odporności na mechaniczne uszkodzenia. Oba pudla rezonansowe gitar drżą, niczym talerze drummerskie. Muzycy bystrze wchodzą w suche frazy budowane już na pewnej dynamice. Opowieść zdaje się być od startu niezwykle bogata w brzmienia i wydarzenia, toczy się niejako dwustrumieniowo - muzycy dobrze się słyszą, ale prowadzą swoje narracje dość separatywnie. Na każdym kroku szukają okazji do preparowania dźwięku, pięknie wchodzą w dość abstrakcyjne paralele. Recenzent jest niemal pewny, iż obaj pięknie pasowaliby do strunowej formuły Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa! Muzycy wolą szczegóły niż ekspresyjnych salw mocy, czym także udanie wpisują się w estetykę wspomnianej formacji. Pierwsza improwizacja z czasem staje się odrobinę linearna – dynamika rośnie, preparacje idą w odstawkę, a całość nabiera bystrego, kameralistycznego (wręcz klasycyzującego!) sznytu, albowiem warsztat obu muzyków pozwala im naprawdę na wiele. Wszystko pięknie gaśnie, do pojedynczego dźwięku.

Druga improwizacja stawia początkowo na kreatywny minimalizm. Dźwięki niczym krople deszczu filtrują nam narządy słuchu. Skromna gra w riffy i repetycje (jednak dalekie echo flamenco?) nabiera rumieńców, by nie powiedzieć – delikatnej furii! Po czasie muzycy schodzą w kierunku ciszy, a potem z mozołem wspinają się ponownie na szczyt. Plotą sieć interakcji z mikroskopijnych flażoletów, półfraz, ćwierćakordów. Po ósmej minucie powracają do maltretowania strun swoich gitar. Mnóstwo niuansów, brzmieniowych detali. Brawo! Improwizacja zaczyna przesiąkać finałową zadumą, choć nie przestaje szukać dynamiki. Po czym – po raz kolejny! – zostaje niezwykle efektownie wygaszona.



 

czwartek, 14 maja 2020

Fages/Pricto, Ponsa/Caicedo, Malfon/Braz, Fernandez/Milla, Claman/Vidal, Riquelme/Ulzion! Iberian Duos like the Perfect Pairs!


Dziewięciu na dziesięciu muzyków improwizujących, zapytanych, w jakiej konfiguracji osobowej trudna sztuka gry z myśli jest dla nich najbardziej atrakcyjna, odpowie – w duecie! Ta zasada nie wymaga pogłębionych prac analitycznych!

Dziś zatem same duety, wszystkie z Półwyspu Iberyjskiego, w większości katalońskie, ale także m.in. baskijskie! Na krańca Starego Świata wciąż powstaje mnóstwo wspaniałej muzyki. Na łamach Trybuny powtarzamy to jak mantrę, bo nie sposób znaleźć argumentów tezę tę negującą.

Cztery płyty, sześć duetów, niemal sami nasi dobrzy znajomi. Czytajmy, słuchajmy i kupujmy płyty - pamiętajmy, iż dla wielu z tych artystów, wpływy ze sprzedaży muzyki, to obecnie jedyne źródło dochodu!




Ferran Fages/ El Pricto - Enric Ponsa/ Diego Caicedo - João Braz/ Don Malfon  Nocturna Discordia #222 - Dystopia? Now? (Discordian Records, DL 2020)

Wrzesień 2019 roku, 222-a edycja Nocturna Discordia, przy okazji piąta rocznica cyklu, Soda Acùstic, Barcelona. Na scenie trzy duety, z których każdy wykona po dwie swobodne improwizacje: El Pricto – saksofon altowy i Ferran Fages – gitara elektryczna, Diego Caicedo – gitara elektryczna i Enric Ponsa – perkusja oraz Don Malfon – saksofon altowy i João Braz – wiolonczela. Odsłuch całości zajmie nam 68 minut i 23 sekundy.

Przygoda Fagesa i Pricto zaczyna się półdronową grę wstępną – liczenie strun gitary i zalotne podmuchy saksofonu altowego. Muzycy wzajemnie się nakręcają, nie unikając imitacji. Tempo rośnie – gitarzysta w swoim niepowtarzalnym ferranstyle, saksofonista w pół drogi do free jazzowej ekspresji. Po kilku chwilach gitara dzwoni i rezonuje, a dysze dęciaka tańczą i śpiewają suchym powietrzem. Artyści bez trudu znajdują punkt ciszy i rozpoczynają antrakt mistrzowskich preparacji. Fages dba o to, by tempo nie urosło na powrót, Pricto nie zgłasza zdania odrębnego. Metaliczne pląsy na gryfie i wojenne wichry w tubie, dawka świetnych reakcji na jeszcze lepsze akcje. Na finał części szczypta gitarowego hałasu. Druga, znacznie krótsza improwizacja stawia na precyzję wykonania i pewną delikatność brzmienia. Pojedyncze struny, prychy i przedechy. Nie bez psychodelii gitary i na poły melodyjnych fraz altu, z pewnością bez jakichkolwiek dróg na skróty. Piękny mezalians!

Caicedo i Pons - ognisty duet wielogatunkowych emocji! Zaczynają w aurze rozchełstanej, gitarowej zawieruchy, której Diego potrafi być mistrzem jedynym w swoim rodzaju. Pikantna, wieloskładnikowa mikstura – małe grzmoty i sprzężenia, dźwięki drobne i masywne. Roots rockowa emanacja – od pojedynczej, swobodnej frazy, pełnej psychodelicznych wtrętów, po post-jazzową kipiel! Świetnie z roli bystrego asystenta wywiązuje się drummer. W parze, w okolicach 9 minuty, świetnie wchodzą w fazę wzajemnego rezonansu, po czym stawiają na rockowy ogień, nie bez noise’owych naleciałości. Kończą odcinek w harshowej ciszy. Drugą improwizację budują szczoteczki na werblu i tomach. Gitara szklista niczym u Fagesa, chwilami łagodna jak baranek, buduje bardziej jazzową ekspozycję. Szeleszczący drumming i dramaturgicznie tłumiona gitara skutecznie poszukają psychodelicznego posmaku i znajdują go tuż przed końcem improwizacji.

Malfon i Braz - swoboda skupionej, post-kameralnej improwizacji! Wiolonczela smagana bystrym smykiem, szukająca wewnętrznej taneczności i alt, który rezonuje dronowymi pasażami – flow otwarcia nie może być lepszy! Saksofonista lubi wkładać do tuby dziwne przedmioty, skrzeczeć i charczeć, wiolonczelista częściej stawia na czyste brzmienie, ale znalezienie błotnistej mazi na gryfie nie stanowi dla niego jakiegokolwiek problemu. Opowieść wszakże budują z saperską precyzją i nigdzie się nie śpieszą. Po 8 minucie pierwszej części imitują się pięknymi, długimi pasażami, krążą wokół ciszy. Po 10 minucie przejście wiolonczelisty na pizzicato dolewa oliwy do ognia. Gdy Braz na powrót chwyta za smyczek, duet rozpoczyna urocze long distance falling down. Druga improwizacja, nieco krótsza stawia na preparacje. Wiemy, ile strun ma wiolonczela, jaka jest kolejność dysz i pojemność tuby. Imitacje, drony, łkające i zawodzące pieśni, chwalące determinację improwizatorów. Malfon wpada w metafizyczną wręcz repetycję, a głębokie pizzicato Braza cudownie podkreśla dramaturgię chwili. Whaw!




Agustí Fernández & Jordina Millà  When Forests Dream (Sirulita Records, DL 2020)

Z Barcelony przenosimy się o sto kilkadziesiąt kilometrów na zachód, do miasta Lleida i miejsca zwanego Auditori Municipal Enric Granados. Początek listopada 2019 roku, a na scenie dwoje pianistów - Agustí Fernández w kanale lewym oraz Jordina Millà w kanale prawym. Osiem swobodnych improwizacji, 47 minut z sekundami.

Agustí i Jordina zapraszają nas na niezwykły spektakl dwóch permanentnie preparowanych fortepianów, który unaocznia przede wszystkie jedną tezę – ów monumentalny, akustyczny instrument nie ma granic w zakresie kreowania dźwięków. Zwłaszcza, gdy znajdzie się pod palcami wyjątkowych improwizatorów! Pan odpowiada tu za lewą flankę dźwięków, Pani zaś za prawą. Choć oboje preparują, każdy robi to nieco inaczej, płynie swoim subiektywnym strumieniem fonii, a fazy wzajemnego imitowania występują raczej incydentalnie.

Aura otwarcia nie pozostawia wątpliwości, iż przed nami festiwal dźwięków niezwykłych - lewa strona uderza po strunach i klawiszach, niczym cerber złego, zaś prawa bije w gong, który długo wybrzmiewa i metalicznie rezonuje. Chaos pozytywnej kreacji w opozycji do ambientu medytacji. Gdy lewa szuka post-industrialnego posmaku, prawa znajduje jakby pre-industrialny wymiar dźwięku. Już w pierwszej improwizacji muzycy serwują nam takie cuda akustyki/ post-akustyki, iż pióro recenzenta gubi się w metaforach i karkołomnych porównaniach. Druga opowieść podkręca spiralę emocji. Z jednej strony serwuje nam bardziej agresywne dźwięki, z drugiej – z lekkością motyla – zagłębia się w estetyce deep contemporary. Gdy lewa strona pokazuje moc czarnych klawiszy, które szukają utraconego rytmu, prawa snuje pasma ciszy. Gdy ta pierwsza intensywnie poleruje strony, ta druga – dla kontrastu – bada delikatność białych klawiszy. Trzecia opowieść wyrasta przed nami w ułamku sekundy – lewa strona liczy struny, prawa klawisze. Bardziej kameralna opowieść bez trudu łapie dynamikę w szprychy. Lewa dudni jak metronom, prawa stuka smukłymi młoteczkami. Moc wyłącznie pięknych dźwięków – partie rytmu niczym kastaniety, deep piano, efektowne akcenty percussion i cała plejada bolesnych preparacji – obcierki, gniecenia, zwinne sekwencje pełne rezonansu i finałowe drżenie udręczonej ciszy. Czwarta improwizacja zagłębia się w kolejne stadium preparacji. Muzycy już nie tylko uderzają w struny (lewa), ale także upuszczają na nie tajemnicze przedmioty (prawa). Dźwięki wibrują i szepczą. Uroda rezonansu, szelestu i tłumionego oddechu. Post-akustyczny slow motion, który broczy po kolona w meta ambiencie (zwłaszcza po prawej stronie sceny). Gdy lewa strona chrobocze, prawa zdaje się być wyjątkowo rozleniwiona i melancholijna. Perkusyjne wiwaty w opozycji do posuwistych dronów. Oto lewa strona cierpi, a prawa śpiewa gołymi strunami.

Piąta część stawia na kolory klawiszy – puste, głuche fonie, jakby ktoś związał powrozem odpowiadające struny fortepianu. Gdy lewa strona stawia na rytm i tańczy, prawa filozofuje, szuka metafizyki w powietrzu, a potem bije na alarm. Niektóre fonie przybierają postać nadakustyczną, niemal post-elektroniczną i wymuszają pytania o źródła dźwięku (choć wiemy doskonale, iż to tylko dwa fortepiany, nasz dysonans poznawczy wzmaga poczucie wyjątkowości tego nagrania). Kolejna, krótsza opowieść – młoteczki, struny i klawisze, uderzenia, tarcia i inne mechaniczne ingerencje. Lewa strona brzmi matowo, prawa błyszczy. Krok w kierunku hałasu, krok w kierunku ciszy. What a game! A gdy w końcu wyda nam się, iż o procesie preparacji akustycznych dźwięków fortepianu wiemy już wszystko, muzycy otwierają improwizację numer siedem! Szorują struny gruboziarnistym papierem ściernym, strugają z nich osinowe kołki na wampiry. Rzężenie ciemiężonych strun buduje kolejny poemat niemożliwego - pełne desperacji, post-perkusjonalne studium przypadku. Znów hałas i cisza toną w miłosnych zalotach. Narracja gaśnie i budzi się na nowo niemal w tej samej chwili. Struny śpiewają z bólu i znoju, a na ostatniej prostej jęczą kocią determinacją. Finał płyty stawia na filigranowe rozwiązania – piski z dala od klawiatury, ckliwy rezonans, niczym spacer gołymi stopami po rozbitym szkle. Ktoś przesypuje małe kamyszki, a potem rozsądnie korzysta z klawiszy, być może dla złagodzenia obyczajów. Lewa strona nabiera kameralnej zadumy, prawa stawia na aktywny drumming. Na finał ostateczny pianiści brną w prawdziwy i efektowny akustycznie dirty dancing!




Sarah Claman & Sebastian Vidal  Rice Cake (Dadiminauke, DL 2020)

Wracamy do Barcelony, a dokładnie do … mieszkania Sary Claman (skrzypce), Sebastiana Vidala (gitara elektryczna) i ich nowonarodzonej pociechy (płacz, gaworzenie). W samym środku pandemicznego lockdownu (przełom marca i kwietnia br.) artyści i ich dziecko realizują dziesięć miniaturowych, swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam mniej niż 27 minut.

Modulowany tembr gitary z domową dawką prądu w towarzystwie rzewnych, dekonstruowanych brzmieniowo, półśpiewnych skrzypiec zapraszają nas na wygodną sofę. W pokoju obok płacze dziecko, ale nikogo to specjalnie nie niepokoi. Lockdown impro in dirty melancholy trwa w najlepsze. Wirtuozeria wykonania i domowy feeling – liczenie strun gitary z metalicznym prądem i piękny komentarz skrzypiec, które piszczą, skrzeczą i cudowanie zawodzą. Kolejna, już trzecia historia toczy się z meta rytmem, nieco wyuzdaną dynamiką i niemal … góralskim zaśpiewem. Sarah ciągnie za strunę, niczym tygrys za strzępy ofiary, a dziecko jest bardzo dzielne! W kolejnej opowieści gitara szuka rockowej ekspresji, dziecko tymczasem gaworzy! Piękna ballada dla tej, która definitywnie nie chce spać! W piątej zmysłowe skrzyżowanie post-rocka i post-chamber. Gitara płynie w poziomie, skrzypce pną się ku górze. Domowa wersja Dancing With Tears in My Eyes!

Szósta opowieść spotyka skrzypce w trakcie preparowania dźwięków. Obok gitara plumka i szuka narracji, niestety dziecko na powrót płacze. W kolejnej opowieści muzykom przybywa nieco dramaturgicznego rozmachu, dziecko zdaje się włączać w ich opowieść, co więcej, mamy nawet wrażenie, że swoim zawodzącym gaworzeniem wyznacza rodzicom kierunek improwizacji! Najbardziej dynamiczny, zmysłowy fragment domowej improwizacji Sarah kończy drobną, acz urokliwą preparacją. W ósmej części gitara Sebastiana znów pachnie rockiem, a dziecko oddycha i rozmawia samo ze sobą, jak na dobrego improwizatora przystało. Sarah włącza się do tej zabawy po dłuższej chwili, ale niezwykle filigranowo. Zaraz potem gitara zaczyna wyć, skrzypce płakać i skowyczeć. Dramaturgia chwili nie udziela się jednak latorośli, które wydaje się świetnie bawić – śmieje się i pokrzykuje! Wreszcie finał tej familiady - ledwie 25 sekund zadziornych skrzypiec i pląsów prądotwórczej gitary, urwane w pół słowa. Dziecko w końcu straciło cierpliwość dla pasji rodziców! 




Matias Riquelme & Fernando Ulzion  La Trahison Des Mots (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Na zakończenie dzisiejszej, duetowej epistoły opuszczamy Katalonię i lądujemy w Kraju Basków, w obiekcie sakralnym miasta Apodaka. W kwietniu 2018 roku kameralny koncert zagrała tam dwójka lokalnych muzyków - Matias Riquelme na wiolonczeli oraz Fernando Ulzion na saksofonie sopranowym i altowym. W procesie edytorskim ich stosunkowo swobodna improwizacja podzielona została na trzynaście części (każda opatrzona tytułem zaczerpniętym z historii muzyki jazzowej!), których łączny czas trwania, to 51 minut i 7 sekund.

Krystalicznie kameralne, półambientowe otwarcie koncertu dobrze wróży w kontekście tak zwanego ciągu dalszego – głębokie, posuwiste pasma wiolonczeli i cichy saksofon zanurzony w delikatnym dronie. Opowieść buduje się głównie za sprawą pulsującego i repetującego cello. W kolejnym traku ostatni z przywołanych instrumentów schodzi niżej i brudzi brzmienie, dla odmiany alt, także nieco preparowany, pnie się ku górze, ale jego frazy zdają się ginąć akustycznie w masywnym pogłosie, jakie generuje obiekt sakralny. Flow jednak narasta, pełen jest zadziorów, kantów i dramaturgicznych hiperpozycji. Po ułamku ciszy muzycy robią kolejny krok w kierunku niemal free jazzowej ekspresji, rzucając wszakże niektóre frazy, jakby na pożarcie echa, które bezceremonialnie panuje na scenie. Znów dobrą robotę czyni cello naprzemiennie grając pizzicato i arco. W czwartej części kropelkowy, dekonstruowany saksofon ciekawie nabiera ekspresji, dość często, tak teraz, jak w dalszej części płyty, pozostając wierny estetyce inside/outside. Zaraz potem władzę przejmuje wiolonczela, śpiewna, ale wyposażona w drżący z emocji smyczek. Muzycy brną w klimaty chamber, ale nie stronią od bardziej ognistych fraz, po raz kolejny dobrze korzystają z repetycji. Szósta partycja koncertu należy wyłącznie do strunowca, który proponuje krótki, post-barokowy pasus bliski akustycznego nieba. Gdy wraca dęciak, obaj muzycy zatapiają się w ciszy i szukają wyłącznie intrygujących zdarzeń fonicznych. Wiolonczela stawia stemple piękna, sopran głównie dyskutuje z pogłosem.

Ósma odsłona koncertu nie stroni od zadziornej, dynamicznej narracji, prowadzonej w wysokich rejestrach. Bystra pyskówka, ekspresja i szczypta hałasu. Całość ciekawie narasta, a wiolonczelista piłuje struny, aż miło, czyniąc ów odcinek być może najlepszym fragmentem koncertu. Zaraz potem dostajemy solowy epizod saksofonu, który nieco burzy ciąg dramaturgiczny, po prawdzie, zwiastując także pewne obniżenie poziomu kreatywności obu Basków, którego, być może, nie odzyskają już do samego końca spektaklu. W dziesiątej części saksofon zdaje się decydować o wielu aspektach improwizacji – nie stroni od bardziej agresywnych fraz, trochę repetuje, wchodzi w imitację z dronową ekspozycją cello. W kolejnej części oba instrumenty pną się ku górze, ale dynamikę i ekspresję zostawiają za sobą. Wystudiowane frazy niemal płynnie (bez zmiany estetyki) przeprowadzają nas do dwóch ostatnich części koncertu. Z jednej strony skromne plamy ekspresji, z drugiej post-barokowe przyśpiewki, a na sam koniec slow motion pizzicato flow, napotykający na skromne preparacje saksofonu. Opowieść zaczyna przypominać spacer po mrocznej komnacie, pełnej odkrytych już dawno tajemnic. Na ostatniej prostej ostra salwa saksofonu, niczym krzyk desperacji.




piątek, 14 lutego 2020

Trilla! Edwards & Vidal! Braz! Malfon! Inhumankind! Barcelona’ New Thing is shining from heaven to hell and back again!



Trybuna Muzyki Spontanicznej zakochana jest na zabój w muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego. Wiedzą to nawet dzieci w odległych, syberyjskich ochronkach. Czasami w gronie redakcyjnym prowadzimy jednak dalece wewnętrzne dysputy, czy rzeczywistość muzyczna poza tym wspaniałym rejonem świata nie jest równie fascynująca. Czasami skłonni jesteśmy osiągać pozorny konsensus, dobrze pisać nawet o muzykach amerykańskich, czasami jednak … piorun wali w nasz budynek i jeszcze ciepłe porozumienie idzie w niepamięć.

Początek zabawnego roku 2020, to właśnie taki moment. Wystarczyło kilka premier wprost z Barcelony, by znów popaść w artystyczny zachwyt. A zatem najpierw kilka bystrych odsłuchów, potem kilka zgrzebnie sformułowanych notatek, i oto są przed Wami – nowe, fantastyczne nagrania z samego serca Katalonii. Cztery absolutne nowości i jedna płyta z roku 2018, ale równie wartościowa i ważna, albowiem konstytuująca tezę o wyjątkowej różnorodności muzyki powstającej w tej części świata.

Ad rem, gaduło! Zaczynamy od solowej płyty the one and only Vasco Trilli, który - uknuty w zakamarkach redakcji idiom no drumming percussion - po raz kolejny wynosi do rangi sztuki najwyższej. Zaraz potem dwie świeżynki wprost z katalogu Discordian Records, które El Pricto zapowiedział w niedawnym wywiadzie, jakiego udzielił Panu Redaktorowi na potrzeby zaprzyjaźnionego portalu Jazzarium.pl (uwaga, znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania!). W dalszej części naszej niebiańsko-piekielnej zbiorówki – solowa płyta saksofonisty Dona Malfona, którą drastycznie zachwycił się już Mats Gustafsson, czemu dał werbalny wyraz w stosownym liner notes. Na koniec zaś Inhumankind - black metal grany przez … flet i kontrabas, dzierżone w dłoniach przez muzyków, których świetnie znamy ze sceny katalońskiego free improv. Ot, cała Barcelona!




Vasco Trilla  The Weeping Meadow (Confront Recordings, DL 2020) *)

Narzędzia pracy Vasco Trilli będą następujące – perkusja (a jednak!), taśma magnetyczna, dzwonki, metronomy i wibrujące zabawki. Nagranie z sierpnia ubiegłego roku, poczynione w Golden Apple Studio w Barcelonie (jeden trak), potrwa 34 minuty bez 9 sekund.

Uprzedźmy przebieg wypadków - Płacząca Łąka, to spektakl wyjątkowy pod wieloma względami. Z uwagi na fantastyczną akustykę całości (świetny mastering Rafała Drewnianego), dramaturgiczną precyzję (wydaje się, że nic nie dzieje się w procesie improwizacji przypadkowo), wirtuozerię wykonania (w trakcie odsłuchu trudno nie zapomnieć, że za tymi wszystkimi dźwiękami stoi tylko jeden człowiek, który dodatkowo działa wyłącznie w czasie rzeczywistym), wreszcie niebywałą umiejętność panowania nad, chwilami niezwykle bogatą, teksturą brzmienia (bywa, że mamy wrażenie, iż muzyk dostarcza nam jednocześnie cztery lub pięć separatywnych pasm fonii). Ale dość już tego gadania – zajrzyjmy, co dokładnie dzieje się w trakcie tej pół godziny z drobnym okładem.

Szelest taśmy magnetycznej, przesuwanej po glazurze werbla, krawędziach talerzy i innych elementach zestawu perkusyjnego, od pierwszej sekundy buduje rozległą przestrzeń spektaklu, obszar, który grzmi echem nieistniejącej pustyni. Dron suchego powietrza, pełnego filigranowych dźwięków, który zdaje się mieć przynajmniej trzy wymiary akustycznego istnienia. Flow, który narasta, ale już w 3 minucie wygasa w bezmiarze rezonujących talerzy. Następuje pierwsze w trakcie spektaklu wyniesienie pojedynczego dźwięku, szkliwa metalu, do roli dramaturgicznego suspensu. Taśma powraca, a pod nią – przy użyciu filcowanymi pałeczek, na chwilowo pustym werblu - buduje się meta drumming. Misterium permanentnego rezonansu trwa dzięki niezliczonej ilości drobnych przedmiotów, które muzyk wprawia w ruch i które tworzyć będą świat spektaklu już niejako samoistnie. W efekcie tych wszystkich działań, w połowie 9 minuty rozpościera się przed nami prawdziwa, wielopasmowa autostrada abstrakcyjnej akustyki. W międzyczasie muzyk buduje bazę niskich pasm, które będą nadawały całości dodatkowej dramaturgii. W 13 minucie werbel zaczyna cierpieć pod naciskiem łokci muzyka. Masywne, gęste powietrze bucha soczyście, a nieskończona ilość monet sypie się z nieba, niczym czerstwa hostia. Po kolejnych parudziesięciu sekundach stajemy w obliczu ściany dźwięku. Oto moment, w którym huta szkła wchłania właśnie hutę aluminium – pandemonium rozbuchanej post-akustyki.  

Tuż przed upływem 18 minuty Trilla generuje kolejne warstwy rezonujących dźwięków. One man Orchestra, który brzmi jak akustyczny agregat prądotwórczy. Zaraz potem następuje pozorne wygaszenie narracji, by stworzyć przestrzeń dla nowych aktorów widowiska – metronomów. Muzyk puszcza je w ruch, a one, niczym pijane samce w drodze na rykowisko, łamią rytm i potykają się o własne nogi. W bliskim tle towarzyszymy im stale pracująca armia wibrujących zabawek. Aura nabiera akcentów perkusjonalnych, choć żaden ze stałych atrybutów perkusisty nie jest w użyciu. 24 minuta, to moment kolejnego zawieszenia, a potem wyniesienia pojedynczego dźwięku na ołtarz kolejnej śmiertelnej religii. Talerze wszakże mają tu władzę absolutną i rezonują na potęgę. Od 27 minuty muzyk inicjuje finalną fazę spektaklu – rytmicznie uderza w dzwonki, uzyskując bardzo wysokie dźwięki, a jednocześnie drugą ręką matowo bębni w swobodny werbel. Misterium no drumming percussion dogorywa w aurze … miarowo pracującej perkusji. Kosmiczna paralela!




Ivan Edwards / Sebastián Vidal  Scribbles (Discordian Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska do zapamiętania! A zatem, Ivan Edwards na saksofonie sopranowym oraz Sebastián Vidal na gitarze akustycznej, wyposażonej w nylonowe struny. Nagranie z klubu Sinestesia (po prawdzie nie wiemy, czy z udziałem publiczności), lipiec ubiegłego roku. Osiem swobodnych improwizacji, około 28 minut muzyki.  

Zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem będzie już tylko lepiej! Masywne uderzenia w gryf gitary, prychy i bulgotanie w tubie saksofonu. Dźwięczna, czerstwa, piskliwa i piękna akustyka otwarcia. Preparacje na całego, bez jakichkolwiek artystycznych skrupułów. Narracja chwilami bliska czegoś, co moglibyśmy określić mianem acoustic noise. Ciało w ciało – dużo wyobraźni i mnóstwo niebanalnych dźwięków, a dopiero na sam koniec … możemy przekonać się, że w grze uczestniczy sopranowy model saksofonu. Kolejna porcja emocji – małe frazy, oddechy i zgrzyty, filigranowe i molekularne. Każdy dźwięk zdaje się tu śpiewać, krzyczeć i złorzeczyć w okolicznościach akustycznej perfekcji. Tuż potem dokładnie 59 sekund agresywnej gitary i … delikatnego saksofonu. Bystry dysonans! Zmiana numery traku i … wyważone, spokojne flażolety gitary, tudzież ulotny sopran u progu intrygującej meta ballady. Podczas, gdy ta pierwsza idzie w repetycję, ten drugi niepostrzeżenie nabiera mocy.

Piąty epizod, to samotny saksofon na prerii – szorstkie, prychające dysze z nutą melodii między zębami, matowy, bolesny szum, który skacze ku górze i hałasuje. W kolejnej części to gitara pozostaje początkowo sama na rozdrożu i szuka szczęścia pomiędzy strunami. Saksofon wchodzi po minucie i ma chrypkę. Szybka wymiana zdań metodą call & responce - świetna komunikacja, ogniste emocje! Siódma opowieść koi ciszą i pozornym spokojem. Surowe dysze i suche akordy w końskich zaloty, cmokania i meta uśmiechy. Gitara rży, saksofon skwierczy, a wszystko dzieje się na sporej dynamice (by the way … wirtuozerskie panowanie nad narzędziami pracy!). Czas na finał tej niebywałej płyty – zgrzyty na gryfie, mlaskanie saksofonu, przedmioty użytku zewnętrznego i wewnętrznego. Preparacje, deformacje i degradacje – struny wydają się cierpieć katusze, tuba dyszy i skowycze. Zwinne palce, giętkie wargi, pulsująca kreatywność. Brawo!




João Braz  Who? And Other Interrogative Pieces  (Discordian Records, DL 2020)

Przechodzimy do najbardziej rozbudowanej formacji dzisiejszej zbiorówki. Kwintet pod światłym przywództwem portugalskiego wiolonczelisty João Braza (rezydenta Barcelony, uspokajam zaniepokojonych!), w składzie którego znajdujemy już niemal samych naszych dobrych znajomych - Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Sarah Claman na skrzypcach, El Pricto na klarnecie (to pewna nowość!) oraz Nicolas Dobson na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Płyta Dlaczego? I Inne Kawałki Badawcze składa się z pięciu kompozycji Braza, trwa 37 minut i tyleż sekund. Nagranie zarejestrowane w odwiedzanym już dziś Klubie Sinestesia, w marcu ubiegłego roku.

Porzucamy zatem całkowicie swobodną improwizację, by zanurzyć uszy w muzyce definitywnie predefiniowanej. Opis płyty sugeruje kompozycje, my – na użytek tej recenzji – poprzestańmy na określeniu scenariusze dla improwizatorów. Muzyka daleka jest bowiem od odgrywania, tego co zapisane zostało na pięciolinii, tudzież w innych instrukcjach, płynie z dźwięku na dźwięk całkiem swobodnie, a to, co zostało wskazane przez Braza, to zapewne wykaz pewnych scenariuszy zachowań na scenie, czasami sekwencji działań, które budują ostateczny kształt … improwizacji. Cokolwiek wszakże ustalone zostało na wejściu, spowodowało, iż czeka nas niebywały spektakl niemal wyłącznie błyskotliwych wydarzeń w ujęciu dramaturgicznym i akustycznym. A tylko jeden element zdaje się być tu zadany z góry i bezwzględnie stosowany – stan ciągłej zmiany! Spróbujmy ogarnąć werbalnie przebieg wydarzeń, jakie miały miejsce na scenie klubu.

Sytuacja na starcie jawi się w sposób następujący – struny zaplątane w kolektywnym znoju generowania mikro fraz, szarpnięcia, kopnięcia i repetycje, kontry klarnetu, post-jazzowe pląsy gitary, małe fonie wiolonczeli. Narracja budowana w oparciu o ideę zadziornych kontrapunktów, szukania zaczepki i najzwyklejszego łobuzowania. Gęsta sieć dźwięków, które w pijackim zwidzie toczą się od zwarcia do zwarcia, przerywanych małymi porcjami ciszy. W 5 minucie garść repetycji toczonych wedle wskazań wyjątkowo zakrzywionej pięciolinii, tuż potem solo wiolonczeli, która brzmi jak kontrabas, wspieranej pojękiwania skrzypiec i klarnetu. Upalone free chamber, zrodzone tuż po całkowitej śmierci jazzu. Z czasem opowieść nabiera dynamiki i o tym … jazzie, w wymiarze free, doskonale sobie przypomina. Na wybrzmieniu towarzyszy nam gitara i kameralne drony. Kolejne dwie kompozycje są nieco krótsze. Pierwsza skupia się na preparowanych dźwiękach, interakcjach w formie pytań i odpowiedzi, pełnych zgrzytających strun i innych skwierczących i burczących dźwięków. Druga, to bardziej złożona struktura, którą inauguruje post-jazzowa, także post- rockowa gitara z dużym ładunkiem prądu. Kolejne instrumenty dodają swoje i całość zwinnie osiąga rozmiar kwintetowej, rozbuchanej histerii. Krok ku freejazzowej kipieli wydaje się oczywistym rozwiązaniem. Do ognia dokłada, mniej słyszalny w pierwszej części, perkusista, parę tanecznych grepsów wrzuca też klarnet.

Czwarta kompozycja budzi się pośród szmerów, szumów, siarczystych przepięć złych mocy z głębin amplifikatora gitarowego. Znów motywem przewodnim wydaje się być preparacja – smyk na wiolonczeli, pomruki klarnetu, skrzeczące jak kwoka skrzypce. Świetne zmiany daje Pricto, choć w tym bardzo demokratycznym kwintecie nie jest łatwo wyjść przed szereg. Narracją rządzi wszakże smyczek, który maltretuje struny cello. Jej rosnąca dynamika smakuje post-rockiem, do czego przyczynia się gitara. Gatunkowy melting pot, z każdego punktu widzenia. Ostatnią część koncertu otwierają akustyczne strunowce. Po chwili dołącza do nich tańczący w poprzek klarnet i gitara, która brzmi jak bas, wsparta krawędziowym drummingiem. Pomysł za pomysłem, spięcie za spięciem. Cała opowieść, która zdaje się być pewną repryzą pierwszej części, dynamicznie pęcznieje aż do połowy 5 minuty. Potem traci impet na czystych strunach, repetuje i kołysze się całą szerokością sceny. Po czasie znów nabiera tempa, brzmi niczym mała filharmonia z mocnym akcentem perkusyjnym i … gaśnie za pomocą pojedynczego wrzasku. Sam finał toczy się płynnie, rzeźbiony rozchwianym rytmem, serwowanym przez gitarę i perkusję, upiększanym separatywnymi eskalacjami pozostałych instrumentów. W drodze do ciszy absolutnej, mamy jeszcze drobne solo skrzypiec i pasma dronowych spowalniaczy. What a game!




Don Malfon  On Resonance  (Sirulita Records, CD 2020)

Saksofon altowy i barytonowy – edycja solowa! Don Malfon, z paszportu Alfonso Muñoz, i jego dwie rejestracje (sierpień 2018, marzec 2019), jedna z … Sinestesii, zlepione w jeden materiał, wytłoczony potem na srebrnym krążku o wszystko mówiącym tytule W rezonansie. Osiem improwizacji, 43 minuty i 14 sekund.

Solowa płyta Malfona, to po wyczynach Alberta Cirery i Alexa Reviriego (ten akurat na kontrabasie), kolejny głos sceny katalońskiej w temacie poszerzania … rozszerzonych technik gry na instrumencie akustycznym. Od razu zaznaczmy – równie udany! Rezonujące dźwięki saksofonu altowego i barytonowego (w wielu momentach trudno wskazać, który z nich jest akurat w użyciu!), to spory challange dla mniej obytych słuchaczy, z drugiej wszakże strony, kosmiczny bezmiar ciekawych i często nowatorskich rozwiązań w zakresie wydobywania dźwięku z tuby saksofonu, poprzez zamykanie i otwieranie dysz, tudzież umieszczanie w tejże tubie różnych tajemniczych przedmiotów. Jakie to proste, nieprawdaż? Prześledźmy zatem, co też słyszy ucho, a co podpowiada wyobraźnia dociekliwego recenzenta.

Szum rezonującego powietrza w suchej tubie saksofonu – dźwięk narasta i pęcznieje, zdaje się przypominać brzmienie syntezatora modularnego. Muzyk oddycha przez nos, wydaje złowrogie pochrapywania, jakby metal tarł się o metal, a wszystko przypomina jakąś surrealistyczną melodię. Po chwili ciszy – bulgoczące dysze, zdaje się, że w tubie został chyba umieszczony jakiś przedmiot. Podmuchy powietrza wprawiają go w rytmiczny rezonans, jakby metalowy talerz upadł i nie mógł sfinalizować kontaktu z wysoce akustycznym podłożem. Migoczący dron mokrego powietrza – dla przeciwwagi. Trzeci epizod, to także dron, który brzmi tu niemal elektroakustycznie. Kolejna faza rezonansu, który szuka metalicznej śpiewności. Raz nuci coś pod nosem sam ustnik, innym razem trzeszczy cała tuba. Czwarta część na moment przywraca nam wiarę w moc instrumentu dętego, traktowanego choćby odrobinę bardziej konwencjonalne. Oto baryton (na pewno baryton!) krzyczy zadziornym free jazzem i buduje intrygującą narrację o odpowiedniej dla dramaturgii sytuacji dynamice. Pnie się ku górze, aż do momentu wydania dokuczliwego dla ucha odbiorcy pisku. Do tuby znów coś wpada i industrialnie drży tajemniczymi dźwiękami.

Tym razem do tuby trafia chyba nieco mniejszy przedmiot, dzięki czemu saksofon słać może drony, które po części zatraciły już walory akustyczne, ale wciąż im jeszcze daleko do dźwięku syntetycznego. Całość przypomina rozregulowany wentylator, zasilany prądem zmiennym, po części brzmi także, jak zdezelowana maszyna perkusyjna, o której ktoś zapomniał po bezkresnym upadku muzyki new romantic. Warstwy fonii zdają się nakładać na siebie, słyszymy nawet niskoobrotową wiertarkę. Imponujący trak piąty wieńczą drony … czystego powietrza. Szósta część sytuuje dźwięk bliżej ciszy, wprawia go w szeleszczący rezonans, który po czasie wchodzi w stan drżenia. W siódmej – znów tuba zostanie wypełniona bliżej nieokreślonym materiałem. Skrzeczy, pulsuje, drży i pokrzykuje na granicy hałasu. Całość, bardzo przewrotnie, nabiera cech tanecznych i zgrabnie podprowadza nas pod ostatni odcinek. Ten stawia na spokojniejszą fazę rezonansu – saksofon barytonowy oddycha powietrzem z drobinkami post-melodii, pełza po wilgotnej podłodze. Po czasie nabiera więcej powietrza w płuca i metalicznie zawodzi. Wybrzmiewanie trwa długo, jest wyjątkowo urokliwe akustycznie, ale także dramaturgicznie, kind of acoustic dark ambient, pozwala ukoić nerwy i w szczęściu dotrwać do finałowej ciszy.




Inhumankind  Self​-​Extinction (I, Voidhanger Records, CD 2018)

Na finał, zapowiadany w preambule, akustyczny black metal! W roli jak najbardziej czarnych charakterów - Pablo Selnik na flecie, także użyczający głosu i Alex Reviriego na kontrabasie, czyli duet Inhumankind. W roli ważnych dramaturgicznie gości - Celeste Alías i Marta Valero jako głosy damskie oraz Eric Baule w roli wydającego za pomocą strun głosowych dźwięki, które zwykliśmy określać jako growls. Nagranie studyjne z roku 2017 odnajdujemy na płycie nazwanej podług wszelkich wskazań gatunku Samozagłada i wyposażonej w demoniczne ilustracje, także silnie trzymając kanon. Za kompozycje i teksty odpowiada Selnik, incydentalnie Reviriego (szósta część), a ostatni odcinek, to cover blackmetalowej legendy z Norwegii – Darkthrone. Całość trwa 26 minut i 35 sekund.

Przed nami zestaw niezwykle dynamicznych kompozycji na flet i kontrabas, które ubarwiane są głosami/ wokalami/ chórami/ demonicznymi pokrzykiwaniami, tworząc wspólnie dalece intrygujący i niebanalny konglomerat złych mocy i świetnej muzyki. Całość, choć krótka, chwilami enigmatyczna (każdy z utworów trwa mniej więcej trzy minuty), ma swój epicki rozmach i potrafi przykuć naszą uwagę wyjątkowo skutecznie. Wylistujmy najciekawsze fragmenty i elementy charakterystyczne dla tej czarnej, demonicznej … kameralistyki.

Tematy podawane są, co do zasady, przez zamaszysty, czysty flow fletu i pizzicato kontrabasu. Wszystko dzieje się na dużej szybkości, zatem muzycy nie mogą nie być wirtuozami swoich instrumentów. W pierwszym utworze damski chór śpiewa melodyjny refren, a growlowy głos dopowiada zza światów (nie może być inaczej!). W drugiej części, to głos męski podaje tekst, zmutowanym, demonicznym głosem, a flet i kontrabas płyną niemal tanecznym galopem. W trzecim – temat podaje flet i śpiewający wraz z nim chór damski. Całość trzyma tempo i dramaturgiczną enigmatyczność, niczym punkowe evergreeny. Tu także męska część dodaje swoje, przy wykorzystaniu, co najmniej dwóch głosów. W dalszej części utworu Reviriego sięga po smyczek i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa! Dynamicznie, na ostro, hałaśliwie preparuje dźwięk. Brawo!

Kolejny piękny moment, to utwór czwarty, który moglibyśmy określić jako black baroque. Temat śpiewa chór, którego brzmienie niesione jest na skrzydłach wyjątkowo … nisko osadzonego smyczka. Hałas post-demonów buduje dramaturgię i monumentalną dosadność przekazu. W piątym delikatne spowolnienie – flet i głosy, niemal szepty, płyną na dużym pogłosie. W tle szaleje smyczek i nadaje całości na powrót ostrą dynamikę.  W kolejnej pieśni, Alex wraca do techniki pizzicato i wraz z fletem stawia na konsekwentną repetycję. Podobnie czynić zaczynają głosy obojga płci, a kontrabas wręcz rezonuje metafizyką chwili, przywołując na moment wspomnienie niesamowitej płyty solowej Alexa. Siódma część jest lekka, jak zmutowany pasikonik na polnej łące, ale już w ósmej demony powracają!  Chór ze smykiem śpiewa melodyjnie, a narracja znów pachnie post-nuklearnym barokiem – definitywnie samozagłada, poświecenie się śmierci, cytując tekst utworu. Gdy głosy zostają same, mamy wrażenie, że słuchamy nowej wersji komedowskiej Rosemary’s Baby. Na finał zapowiadany cover – akcenty percussion, preparowany, ostry dźwięk fletu, który zdaje się multiplikować. Kontrabas wieńczy dzieło zniszczenia, wieczność śpi i niech tak już pozostanie.


*) Płyta w formacie CD będzie dostępna w okresie późniejszym.