Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Downar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Downar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 września 2023

Lesiak & Damasiewicz On the Way to Skawa!


Współpraca gitarzysty Grzegorza Lesiaka i trębacza Piotra Damasiewicza zacieśnia się! Intrygująco łączy, z jednej strony wieloletnie doświadczenie improwizującego gitarzysty rockowego w ramach wyjątkowo oryginalnej formacji Tatvamasi, z drugiej jazzowe portfolio trębacza, którego zwykliśmy kojarzyć z wieloma odmianami zacnego gatunku z synkopą w herbie rodowym.

Lesiak i Damasiewicz zaprezentowali w ostatnich miesiącach dwa wspólne nagrania, które scalają nie tylko ich drogi artystyczne, ale także … naszych ulubionych muzyków z Barcelony! Postawili na improwizację, którą być może delikatnie predefiniowali, ale na ogół rzucali się w wir swobodnych zabaw dźwiękowych. Obie zatem plyty świetnie się uzupełniają, choć są od siebie nieco różne. Ich dość wnikliwą analizę uzupełnimy ostatnim nagraniem rzeczonej formacji Tatvamasi, która także postawiła na improwizację. A kto w roli jednego z gości kwartetu? Oczywiście Piotr Damasiewicz! Zapraszamy na trzy krwiste podróże, każda z dużą dawką zdrowych, improwizowanych emocji.



On the Way

Na dobry początek spotkanie z czerwca ubiegłego roku, z Lublina. Wówczas do pary naszych dzisiejszych bohaterów dołączyła najlepsza sekcja rytmiczna wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego, czyli kontrabasista Alex Reviriego i perkusista Vasco Trilla. Koncert nagrany został na jednym oddechu, ale na potrzeby płyty podzielonym na cztery części. Ta ostatnia trwa niemal 25 minut i wykonana została w zasadzie w trio, albowiem nie słyszymy trąbki, ani harmonium Piotra. Być może używa on w tej części koncertu, opisanych w albumowym credits, instrumentów perkusyjnych.

Muzycy na starcie koncertu wykonują dość powolne ruchy, ale nie przeszkadza im to budować masywnego, kwartetowego strumienia dźwiękowego. Bazą jest tu groźnie brzmiący kontrabas, który choć preparuje, nie przestaje kreować linearnej narracji. Trębacz także szuka ciekawych dźwięków (dodatkowo recytuje), a gitara płynie szmerem, który dobrze komponuje się z talerzowymi ekspozycjami drummera. Narracja nabiera rumieńców dynamiką perkusji i ostrym, czystym frazowaniem trąbki, kreując urokliwy spiritual free jazz w tendencji wzrostowej. W drugą część koncertu wchodzimy przy dźwiękach harmonium i ambiencie gitary. Potem pojawia się kontrabasowy smyczek i gamelanowe brzmienia perkusjonalii. Ów intrygujący folk free chamber nabiera niespodziewanie mrocznej poświaty. Jest wokaliza trębacza i fermentacja gitary. Wszystko z czasem lepi się w hałaśliwy dron, pięknie uzupełniany armią przedmiotów drżących na werblu.

Dramaturgiczne spowolnienie jest tu okazją do zmiany numeru traku na dysku i zmysłowej inwokacji kontrabasu w trybie pizzicato. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej preparowane frazy trąbki niosą nas niespodziewanie do małej świątyni post-jazzu. Kwartet rośnie tu w siłę w pełni kolektywnie, a dodatkowe emocje gwarantuje rozhisteryzowany smyczek. Trąbka stawia na free jazz, gitara na psychodelicznego rocka! Ognisty strumień zamienia się tu ostatecznie w masywny dron. Po tym wydarzeniu spotyka nas chwila ciszy i dość niemrawa ekspozycja otwarcia części czwartej. Szmery i gitarowy ambient, trzeszczenie na werblu, post-jazzowe plamy. Opowieść nabiera mocy z każdą chwilą, aż uformuje się w szyk bojowy godny miana power trio (z milcząca trąbką, dodajmy). Nim jednak do tego dojdzie artyści serwują nam wielki bukiet preparowanych wspaniałości. Ów zapowiadany peak ekspresji następuje w okolicach 15 minuty, po nim zaś chwila w konwencji drum’n’bass i powrót gitary zagubionej w post-bluesowych pląsach. Na wytłumieniu znów dostajemy garść pięknych, preparowanych fraz kontrabasowego smyczka i gitarowych westchnień. Finał koncertu dostarcza nam mnóstwo tajemniczych, wyjątkowo urokliwych dźwięków. Smyczek, gitarowe przetworniki i słynne, drżące robaczki perkusjonalisty.



Skawa

Następne spotkanie Grzegorza i Piotra (a także Alexa i Vasco!) ma miejsce w Suchej Beskidzkiej, w październiku ubiegłego roku. Na scenie zatem czwórka muzyków, którzy kilka miesięcy wcześniej improwizowali w Lublinie i … kolejny gość z Barcelony, saksofonista Liba Villavecchia, muzyk osadzony w jazzowej, a szczególnie free jazzowej tradycji. Improwizacja nabiera tu silnie post-aylerowskiego klimatu, melodyjności i pewnej dramaturgicznej prostoty. Jest też bardziej zwarta w formie, choć czujemy, iż to, co dostajemy na krążku jest jedynie częścią nagrania, jakie zarejestrowano w Beskidach.

Kwintet startuje w pełni kolektywnie. Trąbka i saksofon snują melodię, pod nimi pracuje gęsty, masywny kontrabas, w tle zaś dygoczą z zimna rezonujące talerze i drobne, gitarowe półdźwięki. Narracja powoli wspina się na szczyt, w rytuale dostojnie free jazzowym. Sygnał do eskalacji daje tu solowa ekspozycja alcisty, wtóruje mu rozśpiewana trąbka. Po wybiciu dziewiątej minuty opowieść wchodzi w bardziej kameralna fazę. Kolejne kilka chwil koncertu należy do kontrabasu, który w trybie pizzicato serwuje nam dość energetyczne solo. Po nim artyści jakby wracali do początku swojej opowieści, dyktując dobre tempo, wyposażeni w odpowiednią porcję melodyjności. Post-barokowy smyczek, perkusjonalne świecidełka i jątrzące na boku dęciaki w dobrej komitywie z gitarą, to kolejne elementy składowe tej układanki. Końcowa część dwudziestominutowej improwizacji kipi od emocji. Najpierw dęte smażą nam smakołyki na samym podkładzie perkusji, potem rockowe oblicze pokazuje gitara. Efektowna kulminacja zgrabnie przygasa w melodyjnym trybie.

W drugiej części płyty pojawiamy się delikatnie spóźnieni. Opowieść trwa w najlepsze i właśnie przechodzi w stan perkusyjnego sola. Po niedługiej ekspozycji Vasco do gry podłączają się pozostali muzycy. Trochę dętych śpiewów i porcja gitarowego post-hałasu. Wspólnym wysiłkiem muzycy budują teraz bystrą, post-jazzową narrację. Dynamika i intensywność rosną - gitara dba o ponadgatunkowe zdobienia, reszta załogi idzie w jazzowe tango. Finalizacja tego dość krótkiego epizodu spoczywa tym razem na barkach kontrabasu. Trzecią odsłonę nagrania otwiera gitarzysta. Dęte znów śpiewają, a gęsty bas trzyma emocje na nisko ugiętych kolanach. Narracja nie szuka tempa, ale pęcznieję od dramaturgicznych spiętrzeń i smukłych melodii. W końcowych partiach improwizacji najwięcej do powiedzenia ma gitara, która nie szczędzi nam jazzowych fraz.



Etad Vai Tad

Jesienią 2019 roku Tatvamasi improwizowali w Lublinie w towarzystwie dwójki gości – wokalistki Marty Grzywacz i rzeczonego Piotra Damasiewicza. Kwartet, który na większości swoich dotychczasowych płyt bazował na materiale kompozytorskim Grzegorza Lesiaka, tym razem wypłynął na szerokie wody oceanu improwizacji bez jakichkolwiek podpórek scenariuszowych. Dodajmy, uprzedzając wypadki, iż bynajmniej nie zatonął.

Opowieść o tajemniczym tytule uformowana została w sześć odcinków dramaturgicznych. Pierwszy z nich bazuje na dysonansie – z jednej strony masywność basu i jego brzmieniowa usterkowość, z drugiej kraina łagodności głosu, gitary, trąbki i perkusyjnych szczoteczek. Narracja ma zgrabną strukturę, wiele akcji dzieje się w swobodnie tworzonych podgrupach. Trąbka udanie gada tu zarówno z saksofonem, jak i wokalem. Druga część bazuje na post-rockowej gitarze i perkusji, która kreuje rytmiczny szyk improwizacji. Całość klei się balladową dynamiką, pojawiają się też akcenty pianistyczne (tu zarówno Marta, jak i Piotr mogą być sprawcami zajścia). I to właśnie piano odpowiada tu za drugą, bardziej dynamiczną odsłonę tej części spektaklu. W trzeciej, która przypomina rozhuśtaną kołysankę, pojawiają się akcenty jazzowe (gitara) oraz dźwięki preparowane (trąbka). I tu opowieść po wstępnych dywagacjach łapie rytm i emocje opowiadania, które bez trudu wyswobodziło się z jarzma notyfikacji.

Czwarty fragment jest dość krótki, nie brakuje w nim rytmicznego piana i dialogów na linii gitara-trąbka. Jak zwykle swoje emocje dokłada tu kłębiący się w pomysłach basista. Piąta improwizacja skupia się na szczegółach i brzmieniowych subtelnościach. Tekst w recytacji, burza pomysłów dramaturgicznych, trochę gry na małe pola i końcowa eksplozja mocy. Finałowa opowieść toczy się pod dyktando basisty, który nie tylko rządzi i dzieli w kwestiach rytmicznych, ale także dodaje emocji swoimi recytacjami, a nawet okrzykami. Wybuchowe zakończenie dobrze konsumuje jakość całego nagrania. Ekspresja, ponadstylistyczna bezczelność i gigantyczna swoboda działania. Ot, cała uroda improwizacji!

 

Grzegorz Lesiak Essence connecting to Piotr Damasiewicz On the Way (L.A.S., CD 2022). Piotr Damasiewicz - trąbka, harmonium, głos, instrumenty perkusyjne, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, The Third Ear Music vol.7, Lublin, czerwiec 2022. Cztery utwory, 60 minut.

Piotr Damasiewicz/ Liba Villavecchia/ Grzegorz Lesiak/ Alex Reviriego & Vasco Trilla Skawa (L.A.S., CD 2023). Piotr Damasiewicz – trąbka, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w domu Vinchu, Śpiwle, Sucha Beskidzka, październik 2022. Trzy utwory, 33 minuty.

Tatvamasi Etad Vai Tad (Requiem Records, CD 2022). Marta Grzywacz – głos, piano, Piotr Damasiewicz - trąbka, piano, Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Grzegorz Lesiak – gitara, daxophone, Łukasz Downar – gitara basowa oraz Krzysztof Redas – perkusja. Nagrane w Szeligowski Music School, Lublin, listopad 2019. Sześć utworów, 44 i pół minuty.



wtorek, 2 lutego 2021

Tatvamasi! The Third Ear Music


Jazz-rockową formację Tatvamasi z Lublina znamy na tych łamach bardzo dobrze. Wiemy między innymi, iż od czasu do czasu lubi ona popadać w objęcia bardzo swobodnej improwizacji, zapraszając do tych niecnych praktyk muzyków, którzy zmysł otwartości na każdą frazę zdają się mieć zaszytą w muzycznym DNA. Silnie wryty w naszą pamięć jest choćby doskonały krążek Dyliżans Siedmiu, nagrany w towarzystwie Yedo Gibsona i Vasco Trilli.

Płyta The Third Ear Music, wydana pod koniec ubiegłego roku (AudioCave, CD 2020), to zbiór nagrań koncertowych z Lublina, zarejestrowanych w latach 2018-19. Każde z nich powstało ze znaczącym udziałem muzyków zagranicznych (ze Szwecji, Hiszpanii, Portugalii i Francji), a także sporą czeredą intrygujących polskich artystów.

Nim zanurzymy się w siedem improwizowanych epizodów, zarejestrowanych przy okazji czterech koncertów, poznajmy dane personalne wszystkich artystów, których usłyszeć możemy na płycie – w roli autochtonów: Grzegorz Lesiak (gitara), Tomasz Piątek (saksofon tenorowy), Łukasz Downar (gitara basowa) i Krzysztof Redas (perkusja), w roli zaś gości: Martin Küchen (saksofon altowy i sopranino, utwory 1-2), Vasco Trilla (perkusja, 1-3), Luis Vicente (trąbka, 3), Andrzej Waszczuk (saksofon barytonowy, 1-2), Tymoteusz Szpilarewicz (puzon, 1-2), Marta Grzywacz (głos, 4-6), Agu Gurczyńska (głos, 7), Anna Witkowska-Piątek (skrzypce, 7), Małgorzata Pietroń (wiolonczela, 7), Michał Ostrowski (skrzypce, 7), Piotr Damasiewicz (trąbka, 7), Jéremié Ternoy (Piano Fendera, 7), Ivann Cruz (gitara, 7) oraz Peter Orins (perkusja, 7). Płyta trwa łącznie ponad 76 minut.

 


Oktet, maj 2018 (1-2)

Opowieść rodzi się z ciszy, dętych szumów, oddechów ludzkich ciał i skwierczenia amplifikatorów. Oktet wstaje z kolan plejadą mikro fraz. Cztery dęte instrumenty (każdy inny, zatem spektrum ich możliwości zdaje się być nieograniczone) rysują po szkle i rozrzedzają gęste powietrze sali koncertowej. Perkusje i bas zaczynają żyć w pełni po czwartej minucie, po kolejnych dwóch narracja wchodzi już w fazę zasadniczą, a jej szlak żłobi równo pracująca sekcja rytmu. Dęciaki mogą już szaleć na całego, albowiem zarysowana linia rytmu i odpowiedni poziom dynamiki stają się dla nich dobrym punktem odniesienia. Swoją ekspozycję zaczyna gitara – najpierw rozmawia z basem, potem rusza już na samotną wyprawę w nieznane. Po szybkiej fazie kwartetowej, wataha dęciaków powraca i śpiewa niemal jednym głosem z perkusjami, basem i gitarą. Druga opowieść startuje na raz, w pełni kolektywnym głosem, jakby wedle zapisów zapewne nieistniejących wtedy pięciolinii. Oto kąśliwy, raptowny free-jazz-rock! Po drobnym spowolnieniu bas prowadzi narrację prostą drogą, a dęciaki zaczynają bawić się w efektowne zdobienia. Gitara bardzo swobodnie wchodzi w fazę post-ambientową, a obie perkusje starają się zadowolić potrzeby rytmiczne basu i oczekiwania pozostałych instrumentów w zakresie swobody działania. Nim opowieść dobrnie do końca, mamy jeszcze udane ekspozycje gitary i saksofonu (chyba szwedzkiego) oraz bystrą fazę eksplozji dobrych emocji, realizowaną już przez wszystkie instrumenty zgromadzone na scenie. Na finał kilka okrzyków, ale także fraz granych unisono.

 

Sekstet, kwiecień 2019 (3)

Rola mistrza ceremonii otwarcia przypada w udziale trębaczowi. W tle szeleszczą talerze perkusyjne, a gitarzysta liczy struny. Muzycy ślą sobie pozdrowienia i intrygująco na nie odpowiadają. Świetnie się stymulują, każdy daje tu asumpt koledze do wzmożonej aktywności. Po pary pętlach bas próbuje uporządkować figle improwizacji stanowczym rytmem, ale partnerzy swawolą w najlepsze i nie są do końca posłuszni. Narracja ześlizguje się w efektowne drony, po czym stopuje. Z popiołów poprzedniego wątku sekstet podnosi się na ramionach basu, który zaczyna wytyczać nowy kierunek podróży. Towarzystwo znów się ociąga, szczególnie trąbka, która stawia kolejne stemple jakości i serwuje brzmieniowe smaczki. Ostatnie pięć minut jednego z dwóch najdłuższych utworów na płycie zdaje się już spełniać rytmiczne oczekiwania basu. Maszyna pracuje równo i stwarza odpowiednią przestrzeń dla dwóch popisowych ekspozycji solowych. Najpierw ku górze ciągnie nas ognisty tenor, a potem – już w samym niebie – trąbka efektownie kończy dzieło zniszczenia. Najlepszy odcinek Muzyki Trzeciego Ucha gaśnie w ciszy.

 

Kwartet, listopad 2019 (4-6)

Kwartet bez instrumentu dętego, za to z damskim głosem, zaprasza nas na dwudziestominutową podróż po bezdrożach rocka, upstrzoną ciekawymi improwizacjami wokalistki. Opowieść zaczyna się dość spokojnie, jak na kanony tego koncertu. Muzycy dobrze na siebie reagują, przy okazji szukając mrocznych zakamarków do śpiewania i lunatykowania. Flow zwinnie się piętrzy i gęstnieje. Gitara pozwala sobie na szczyptę hałasu, a bas swawoli już na całego i pełen artystycznej furii pokazuje, iż dyktat rytmu jest dla niego jedynie pretekstem do dobrej wypowiedzi. Kolejna część jeszcze bardziej podnosi emocje i strzela z rockowych armat. Masywny bas i gitara, która znów szuka twardych strun, rozlewają się bardzo szerokim strumieniem. Głos kobiecy świetnie radzi sobie z tym męskim jarzmem i też buduje rytm, skutecznie stanowiąc o atrybutach dynamiki. Dobrze też wypada we wspólnych dyskusjach z gitarą. Opowieść płynnie przechodzi w ostatnią część, którą w jasyr bierze bas i już jej nie oddaje. Gitara brzmi tu jakby bardziej syntetycznie, ale i do niej dobrze klei się wokal. Znów dużo rocka i bystrych emocji.

 

12tet, wrzesień 2018 (7)

Finał płyty na dwanaście fajerwerków! Rozpoczyna bas, który zawczasu przygotowuje sobie bazę do dobrej roboty, wszak nad taką zgrają improwizatorów trzeba szybko zapanować. Gitary, trąbka, saksofon wchodzą do gry powoli i z rozwagą. Umiarkowane tempo sprzyja udanemu włączeniu się do gry damskiego głosu, który od pierwszej sekundy rozsiewa psychodeliczny posmak. Kwasowe odczyny zaczynają się pojawiać także w innych miejscach sceny, wszak piano Fendera także jest z nami! Raz za razem przed szereg stara się wychodzić trąbka, ale ta dwunastooktanowa meta ballada lepiej czuje się w ujęciu w pełni kolektywnym. Nie brakuje tajemniczych dźwięków (druga gitara zdaje się brzmieć dość elektronicznie, piano też ma swoje pomysły na fake sounds), które w połowie utworu doprowadzają narrację do małego spiętrzenia dynamiki i erupcji nowych emocji. Opowieść toczy się dalej, nie brakuje w niej drobnych, solowych ekspozycji, które zdają się jednak ginąć w kwasowym wymiarze całości. Jakby dla podkreślenia wagi chwili powraca kobiecy glos i otwiera proces końcowy kilkunastominutowej improwizacji. Aura robi się cokolwiek lightowa – ciepła trąbka, stonowana gitara, długo oczekiwane smyczki. Emocje gasną szybciej niż moglibyśmy się spodziewać.

 


piątek, 26 kwietnia 2019

Cement Shoes! Signs Of The Silhouette! Uivo Zebra! Tatvamasi! Like fiery rock is drowning in improvisation!


Dziś zapraszamy na dynamiczny spacer po górach skalistych, zwanych też w języku obcym rocky mountains. Ponieważ pozostaniemy jednak po naszej stronie Wielkiej Wody, a przywołana nazwa geograficzna ma sens jedynie metaforyczny, przekornie użyliśmy w poprzednim zdaniu małych liter, mając pełną świadomość popełnienia błędu ortograficznego.

Cztery prawdziwie ogniste, rockowe bandy, które kochają improwizację! Przed nami gitary pełne prądu wysokiej mocy, muskularni perkusiści, dynamiczne gitary basowe i typowa dla rocka zmysłowa emocjonalność!

Gdybyśmy zajrzeli muzykom do paszportów, to elementem dominującym w naszej opowieści byłaby zdecydowanie Portugalia. Wszakże nie zabraknie dziś także mocnego akcentu krajowego, którego pewne koneksje artystyczne mogą wskazywać na … zachodni skraj naszego przepięknego kontynentu! Naszą podróż zaczniemy jednak w … Brukseli, a w gronie muzyków nie odnajdziemy gitarzysty. Nie zmienia to jednak w jakikolwiek sposób przyjętych wyżej postanowień. So, Let’s Rock!




Cement Shoes  Opus Caemenicium  (Gaffer Records, CD 2019)

Oczywiście zaczynamy od prawdziwego trzęsienia ziemi! Zatem rzeczona stolica Belgii, okoliczności studyjne i trio o uroczej nazwie Cement Shoes, a w nim sami dobrzy znajomi: Giovanni Di Domenico na klawiaturze powszechnie znanej jako Fender Rhodes (to w miejsce tytułowej gitary), Gonçalo Almeida na elektrycznym basie oraz Balázs Pándi na perkusji. Sześć opusów, swobodnie improwizowanych (być może wedle wcześniejszych wytycznych), 40 minut i 52 sekundy.

Punkt startu wyznacza kwaśny dźwięk klawisza na pogłosie, dochodzący z oddali, mały, póki co, dość skromny drumming i dudnienie basówki – klimat jakby odrobinę surrealistyczny, post-kosmiczny. Narracja jest powolna, narasta w tempie ruchu żółwia po amputacji korpusu. Flow fendera zdaje się być dwutorowy, jakby w oczekiwaniu na nadejście płaszcza psychodelii – rezonans, pogłos, echo post-fussion post-rocka. W 5 minucie narracja zagęszcza się w niezwykle rockowy sposób – pętla narracyjna zdaje się mieć moc całkowicie wyzwolonej improwizacji, która czerpie z całej historii muzyki niepokornej – bas kreśli spirale w estetyce hc/noise, klawisz szlifuje kwaśny punk, a doom drumming dopełnia obrazu całości. Opowieść ciągnie oniryczny, ale i ognisty fender, który rzeźbi w dźwięku niczym trzech Hendrixów po wyjątkowo udanej nocy. Ta ekspresyjna fire music wybrzmiewa mokrym ambientem i płynnie przechodzi do kolejnego opusu. Tu introdukcja jest dalece spokojniejsza, ale jeszcze gęstsza, bardziej nasączona kwasami o nieznanym działaniu. Muzyka schodzi do piwnicy, głównie dzięki basiście, który wbija gryf w ubitą ziemię. Wszyscy muzycy, nisko na nogach, płyną po wieczne, ale i cudowne potępienie. Ta full psycho-acid drama gaśnie tuż po czwartej minucie.

Trzeci opus wybucha ścianą dźwięku gitary basowej, którą recenzent całkiem niedawno słyszał już na płycie Low Vertigo (muzyk wszak ten sam!). Fender skwierczy niczym przepalona gitara, perkusja idzie na całość. Brawo! Piękny, ciekły ołów! W 3 minucie bas znów kręci błyskotliwe pętle, a na klawiszu rodzi się już prawdziwa kipiel – free rock and fire! Na wybrzmieniu prawdziwy doom! Wejście w czwarty opus bardzo płynne, na delikatnie wystudzonej klawiaturze. Bas śpiewa wysoką melodię, drummer wyciera pot z czoła - romantyczny fragment jakże piekielnej całości. Narracja płynie soczystym fussion jazzem i nikt nie robi muzykom wyrzutów z tego powodu. Po paru chwilach fantastycznie się jednak dynamizuje – rock in! Gęsty ścieg kolektywnej, rockowej improwizacji. W 4 minucie bas rzuca wyzwanie wyjątkowo mocnym, niemal doom metalowym passusem, fender zdaje się krzyczeć z rozpaczy, perkusja zaś wbija stemple i nie bierze jeńców! Nagłe wytłumienie i … ambientowy klawisz niemal bezboleśnie przenosi nas do realiów piątego opusu.

Opus numer pięć, jeśli słowo się rzekło - progresywny drumming, coś na kształt solowej ekspozycji. Fender tli się w oddali, jakby go nie było, bas milczy aż do trzeciej minuty. Gdy ten ostatni jednak powraca, wszystko gotuje się z emocji i równie nagle kończy. Szósty, finałowy opus wyziera z gęstwiny sprzężeń, symfonii uszkodzonych przetworników dźwięku. Bas rezonuje amplifikatorem. Ośmiominutowa pieśń zamknięcia toczy się na naszych oczach. Fender szuka nowej drogi, gubi wątki i pętli się ze złości, jest już naprawdę gitarą dużej mocy. Narracja niczym harsh ambient pozwala nam zapomnieć o wszystkim, co przyjemne dla ucha. Z tego tygla nieoczywistości rodzi się zmysłowa ekspozycja post-post-fussion. Trochę jak Return to Forever, tuż po przedawkowaniu. Ściana dźwięku - bas kreśli kwaśne do bólu synkopy. Wszyscy razem pięknie tracą tempo i skutecznie szukają zakończenia.




Signs Of The Silhouette  ‎Wigwam  (Bam Balam, LP 2019)‎

Teraz definitywnie na dłużej pozostaniemy w Portugalii! I to nie tylko po to, by świętować 45 rocznicę Rewolucji Goździkowej. Powodem naszych szczególnych zainteresowań będzie lizboński gitarzysta Jorge Nuno. Zawiesimy ucho i oko nad dwoma składami trzyosobowymi z jego udziałem, które brocząc po kolana w estetyce rockowej, ukochały żmudny proces improwizacji w sposób szczególny. Uwaga, przymiotnik kwaśny oraz rzeczownik psychodelia, będą w poniższych akapitach zdecydowanie nadużywane!

Najpierw szósta już płyta zespołu Signs Of The Silhouette, który tworzą, obok wspomnianego Nuno (gitara elektryczna), także André Calvário na gitarze basowej oraz Joao Paulo Entrezede na perkusji. Na płycie Wigwam dodatkowo wspomagani będą przez Makoto Kawabate na gitarze elektrycznej oraz Eduardo Vinhasa na syntezatorach. Warto dodać, iż stałym członkiem bandu jest też Miguel Cravo, odpowiedzialny na działania wizualizacyjne. Wydana na winylu płyta składa się z sześciu części z tytułami, trwa 48 minut i 3 sekundy.

Rockowy drive, sfuzzowany bas, gitarowa ściana mokrej psychodelii, równie gęstej i lepkiej, jak zmysłowej. Sekcja rytmiczna kroi przestrzeń bez chwili zastanowienia, podczas gdy gitara (czasami dwie) uprawiają acidowe szaleństwo, całkowicie zatracając się w procesie ekspresyjnej improwizacji. Zdaje się przy okazji, że japońska gitara ma dodatkowe porcje prądu. Muzyka smakuje ciężkimi dragami i wyjątkowo lekkimi myślami. Drugi epizod tłumi emocje po obu stronach wyimaginowanej sceny – lekka, ciekła narracja, echo, pogłos, filigranowa ekspozycja gitary, małe sprzężenia, puchowe ściany, piękne, dubowe inkrustacje.

Trzecią opowieść poznajemy w samym środku noise’owego zgiełku. Flow sekcji mocny jak walec drogowy, gitara zaś leży na plecach i cudownie rzeźbi w dźwiękach. Rockowa baza, improwizowana nadbudowa. Więcej emocji, mniej kwasu, rzekłby recenzent, gdyby natychmiast nie musiał zmienić zdania – po wyhamowaniu w okolicach 4 minuty, gitara tryska fajerwerkami, jej gryf ocieka brudem, anarchią, prawdziwie punkową nieoczywistością. Solowa ekspozycja Nuno płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem. Mantra rocka, improwizacyjne zdobienia. Na ostatniej prostej przyspieszenie i zwolnienie, raz w dół, raz w górę! Czwarta historia pachnie zdrowym rock’n’rollem! Kwaśny marsz po swoje trzech, a nawet czterech kowbojów! Energia kosmosu, witalność, bezpretensjonalność, ale i zadziorność godna klasyków punk & new wave! Jedna gitara śpiewa, droga śle pociska i rozrabia na całego! Free acid impro rock!

Piąty odcinek od pierwszego dźwięku kłuje w oczy niebywałą urodą! Dub & crazy slow motion! Piękna mieszanka kwasów różnogatunkowych – gitara zdaje się pleść androny, bas szykować do drogi, a perkusja milczeć… W 5 minucie talerze leniwie budzą się do życia, bas rysuje linię melodyczną i doprowadza wszystkich do szczęśliwego zakończenia. Oto i szósta, finałowa ekspozycja – gęsty, energetyczny rock powraca – transowe drum’n’bass, zgiełk dwóch gitar, a może raczej gitary i syntezatora. Atak żywych, wyjątkowo hałaśliwych klonów – parafrazując klasyków. Koniec tej niebywale udanej płyty aż kipi energią, więcej w nim hałasu, niż samej psychodelii, nawet garść melodii na ostatniej prostej, ale w estetyce harsh rocka.




Uivo Zebra  ‎Uivo Zebra (Bocian Records, CD 2018) & Gancho (A Besta, Kaseta 2018)

Jorge Nuno i jego gitara elektryczna zostają z nami! Trio Uivo Zebra tworzą wraz z nim – świetnie nam znany kontrabasista Hernani Faustino, tu z instrumentem swojej młodości, czyli gitarą basową oraz João Sousa na perkusji. Trio debiutowało w roku ubiegłym dwoma wydawnictwami ( w tym jednym, wydanym w Polsce!), które za moment skwapliwie omówimy. Selftitled dysk zawiera pięć utworów, trwa 51 minut i 55 sekund, kaseta Gancho – trzy utwory, trwa 44 minuty i 38 sekund (nazwy wydawców z tytule podrozdziału). Choć muzycy nie precyzują tego na okładkach obu wydawnictw, grać będą muzykę improwizowaną opartą o schematy i rozwiązania typowe dla muzyki rockowej.

Zacznijmy od płyty wydanej przez Bociana. Pojedyncze dźwięki talerzy, dzwonków i dzwoneczków, głęboki drumming, preparacje wymieszane z ciszą na gryfie gitary – start Uivo Zebra czyniony jest w niemal dark ambientowych okolicznościach. Pogłos oczekiwania, echo zwiastujące wydarzenia, które dopiero nadejdą. W trakcie 4 minuty nagrania na horyzoncie pojawia się coś, co możemy uznać za rozpoczęcie tzw. narracji właściwej. Gitara skrzy się dubem, bas pulsuje, perkusjonalia pobrzękują – stuprocentowe impro w gemie otwarcia! Bas zdaje się podawać pierwszy rytm dopiero w 7 minucie, brzmi niezwykle masywnie, na jego tyle gitara sprawia wrażenie puchu unoszonego przez wiatr. Silny, rockowy drive - flying guitar i bas, który nie znosi pustki i cały czas, niezależnie od swojej wiodącej roli rytmicznej, plecie małe improwizacje na gryfie. Epickie, niemal 13 minutowe otwarcie, w finale którego gitara zdaje się osiągnąć poziom pełnej, artystycznej ekstazy.

Druga część startuje niezwykle kolektywnie, zwartym, nieco hałaśliwym, rwanym post-rockowym krokiem. Improwizowana sytuacja, z której wyjście podpowiada estetyka muskularnego hc/punk – gęsto, instynktownie, wyraziście! Bas i gitara snują swoje historie, perkusja naciska na obowiązki narracyjne – prawdziwy power noise! Kolejną część otwiera pulsująca gitara na pogłosie. Sekcja stara się stawiać zasieki i jest w tym niezwykle skuteczna. Narracja mimo to wydaje się nad wyraz spokojna. Po pewnym czasie rodzi się melodyjny wątek – rodzaj upalonego bluesa! Bas rzeźbi w poprzek toku myślenia tria, nieustannie zagęszcza narrację. Gitara tuż obok, from time to time, zdaniem odrębnym akcentuje swój psychodeliczny wymiar dźwiękowej nieskończoności. Spowolnienie sprawia, iż muzyka gęstnieje niemal do stanu magmy. Poszukiwanie zakończenia realizuje bystrym solowym popisem gitarzysta, podczas gdy goła sekcja gna na ostateczne zatracenie!

Czwarta część płyty – gitarowy hałas i sekcja, która brzmi niczym The Rolling Stones wiele lat temu! Wszystko szyte tu jest gęstym, rockowym ściegiem. Niczym Motorhead przepuszczony przez prasę hydrauliczną. Ciasne, dotkliwe, emocjonalne, prawdziwe – heavy rock & noise in impro hell! 8 minuta, to dynamiczny zwrot akcji – świetny pomysł! Na wybrzmiewaniu, tuż potem, dobra robota perkusisty i … upadek w kolejną gęstwinę dźwięków. Epicki, znów niemal 13 minutowy dramat! Tuż po jego wybrzmieniu czas na pieśń finałową: małe dźwięki, drobne pulsacje, gitara, bas i perkusja liżą rany -  jakże potrzebna chwila wytchnienia – po czym zbierają się do ostatniej posługi wobec słuchaczy. Gitara dubuje, bas improwizuje na niezadany temat, perkusja wpada w drobną, ale jakże uroczą kipiel. 3 minuta, rockowy motyw z basu budzi wszystkich do życia. Znów pachnie bluesem i wielokrotnie złamaną miłością. Slowly, but heavy! Gitara łapie psychodelicznego dryla, a sekcja brnie dalej bez udziwnień – toż to nawet mały galop! Widmo finału płyty bynajmniej nie tłumi emocji muzyków – dynamiczna perkusja, rockowy bas i gitara, która pętli się wokół własnej osi, snuje kolejną dobrą opowieść. I znów galop – historia rocka zna takie przypadki! Last minute – piękne gaszenie płomienia, głównie za sprawą, jak zwykle błyskotliwej gitary!




Gancho - ten sam podmiot wykonawczy, być może także miejsce i czas. Startujemy z przytupem, na ostro – precyzyjna sekcja, gitara, który niczym skalpel, tnie krótkie, metaliczne frazy. Mniej rocka, więcej impro jazzu – notuje recenzent, ale sam nie jest do końca przekonany do swoich osądów. Oto bowiem gitara zaczyna swój uroczy, i jakże dla niej typowy, psycho-dance till death! W 4 minucie komplet muzyków czyni dramaturgiczną pętlę, niczym zahartowany w bojach noise band. Na tle poprzednio omówionego nagrania, tembr gitary basowej zdaje się być nieco delikatniejszy, także drumming, nawet w stanie kipieli, nie powoduje, iż ściany naszego salonu odsłuchowego zaczynają pękać. Za to gitara zdaje się mieć jeszcze więcej ognia w sobie. Na finał odcinka, gęsta kipiel w stabilnej dynamice, z gitarą, która płonie po nieboskłon i basem, który dogorywa w znoju improwizacji.

Cześć druga, najdłuższa, ponad 22 minutowa, rusza z kopyta dynamicznym drummingiem, ognistą gitarą (jakże by inaczej) i hardcorowym basem, który świetnie zna swoją rolę. Rockowy flow gaśnie jednak już po 120 sekundach – narracja rozlewa się szerokim korytem, a w niej cudna dubowa gitara, aktywna perkusja i perkusjonalia, bas na dorobku. Restart następuje po 30 sekundach i znów pcha trio w pełny galop - moc kwasu na obu gryfach! 6 minuta wyznaczy kolejne hamowanie, podczas którego sekcja łapie bluesowy flow, gitara tuż obok żyje zaś własnym życiem. Cała narracja zdaje rozpływać się w wyjątkowo słodkiej w tym momencie psychodelii. W 9 minucie bas mąci spokój, tnie punkowe riffy, a zaraz po nich jazzowe synkopy, jakby dawał nowe życie tej opowieści. Uroda kolektywnej improwizacji w rozkwicie! Ciąg dalszy stawia na jeszcze większe uspokojenie – bas kreśli małe pętle, gitara świeci na czerwono, perkusja czyni swoją powinność. Rodzaj chill-outu dla zaawansowanych. Po upływie kwadransa – eksplozja gitary! Trio rusza na kolejny podbój świata! Bystry recenzent notuje w kajecie: ta edycja Zebry mniej nastawiona jest na gęste zwarcia narracyjne, więcej w niej powietrza, luzu i swobody beztroskiego improwizowania. Finał tej części dostarcza jeszcze kilka tropów gatunkowych – szczypta noise, post-elektroniki i harshu. Why not! Rock ma swoje prawa!

Wreszcie finałowy kwadrans – zaczyna go wyjątkowo spokojna gitara, bas, który stąpa małymi frazami, niemal flażoletami, także drżenie talerzy, garść pogłosu i dubu. Muzycy zdają się serfować po niespokojnym oceanie, ale nie wykonują nerwowych ruchów. Wraz z rozwojem sytuacji, bas zaczyna grzmieć i dudnić, gitara przeciwnie – łagodna jak baranek. Rodzi się stabilny flow otwartego jazzu. W 6 minucie bas ogłasza kres tych relaksujących zabaw – jest rytm, jest ogień na gryfie gitary, możemy zatem startować z kolejną eskalacją. Ekspresyjny taniec i fajerwerki, kind of psycho-harsh-post-anything-rock! Ale tu tak naprawdę rządzi improwizujący bas – snuje motyw, łamie go i deprecjonuje, gitara zaś śpiewa na stojąco, a potem gna w kierunku napisów końcowych. Po drodze zdarza się jej jeszcze jedna eksplozja mocy (11 min). Ostatnia prosta jest niezwykle efektowna – fire and psycho as well!




Tatvamasi   Amor Fati (OBUH Records ‎, CD 2017)

Na potrzeby ostatniej płyty dzisiejszego zestawu, opuszczamy Portugalię (choć o niej nie zapominamy!) i przenosimy się do Lublina! Przed nami czwarta płyta kwartetu Tatvamasi, który na potrzeby nagrania Amor Fati, rozrósł się do septetu, a chwilami nawet do oktetu. A zatem skład bazowy: Grzegorz Lesiak – gitara elektryczna (kompozytor całości materiału, który za moment zdekonstruowany zostanie bystrymi improwizacjami), Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Łukasz Downar – gitara basowa i Krzysztof Redas – perkusja oraz goście: Anna Witkowska i Michał Ostrowski – skrzypce, Małgorzata Pietroń – wiolonczela i Wojcek Czern – elektronika oraz produkcja samego nagrania, w słynnym w kilku światach studiu nagraniowym w Regałowie. Sześć utworów, 40 minut bez 14 sekund. A co z tym zachodnim krańcem Europy? Poprzednia płyta Tatvamasi nagrana została w towarzystwie Yedo Gibsona I Vasco Trilli. Pisaliśmy o niej na tych łamach.

Coś mi się stało z Twoją głową. W klimat pieśni otwarcia wprowadza nas trzyosobowa sekcja strunowa, która z prawdziwie góralskim zaśpiewem pięknie podprowadza kwartet tubylców Tatvamasi, którzy jazz-rockowym nerwem zaczynają siać artystyczny popłoch. Zwinny temat, strongly strings, funkująca gitara, bystre harmonie wprost do śpiewania i tupania nogą. Wejście w świat improwizacji odbywa się na barkach gitary, która lubi psychodeliczne wycieczki. Niemniej bystry zdaje się być saksofon, który także lubi funkowe emocje. Skoro był temat i improwizacje, musi być też coda – znów smakuje tu wiatrem od gór! Dziwne rzeczy dzieją się w pudełku z zagadkami. Gitarowe intro, perkusjonalia z basem płyną dość ilustracyjnie, skromny saksofon. Gitara plecie mantrę, reszta pięknie improwizuje. Noszę klucze i świecę lampami. Temat ponownie zadaje sekcja strunowa – znów wydaje się być lekki, skoczny, frywolny, tu barwiony analogową elektroniką. Temat prowadzi też kwartet, co kardynalnie zagęszcza opowieść. Po przejściu w stan zmysłowego wytłumienia, leniwie docieramy do fazy improwizacji – najpierw saksofon, potem dochodzi gitara pełna zdrowego kwasu. Efektem tych wszystkich wydarzeń, nowy flow, któremu najbliżej do żywego, pełnowymiarowego jazz-rocka. Sekcja rytmiczna zdaje się prowadzić całą historię z saperską precyzją, którą pęknie podkreślają jakże śpiewne skrzypce i wiolonczela. Na wybrzmieniu te ostatnie nucą balladę, ale nie jesteśmy pewni, czy można jej słuchać przy dzieciach.

Zacne zajęcia wydają się nie mieć ani sensu ani końca. Zaczyna bas na ugiętych kolanach, z odrobiną preparacji. Saksofon szuka dna tuby, analogowa elektronika zagubionego kabla, jest też wielobarwne percussion – ta pieśń lśni mocą bardzo swobodnych improwizacji. Recenzent aż piszczy nad kajetem. Rockowy dryl narzuca po czasie dynamiczna perkusja. Reszta instrumentów wszakże wciąż miesza i mąci, dzięki czemu narracja budzi powszechną grozę i dramaturgiczny niepokój. Właściwy temat utworu być może jest naszym udziałem dopiero pod koniec 5 minuty. Why not! Życie to nie jest spacer po równinie. Tako rzeczą skrzypeczki i zapraszają do tańca w tonacji odrobinę molowej. Bas i gitara tworzą epicką introdukcję. Funk sekcji rytmicznej daje się nam we znaki po 45 sekundzie, ale tu zmiana stara się gonić zmianę. A może tak szczypta ciekłego metalu?? Nie, z powrotem funky as well! Trochę prawdziwie Zornowskiego eskalowania tempem zmian! Istotne spowolnienie spotyka nas po 4 minucie, ale nie trwa ono długo – znów dynamizacja, okraszona świetnym dialogiem saksofonu i gitary – brud, anarchia i psychodelia. Whaw! Dolina matczynych napomnień. Finał rodzi się pośród sekcji rytmicznej, która snuje niezobowiązujące slow motion. Pod ścieg narracyjny delikatnie, unosząc się na palcach, wchodzą skrzypce i wiolonczela. Taniec zwinnych świerszczy po łące zroszonej wiosennym deszczem. Piękne!




piątek, 18 listopada 2016

Vasco Trilla – zawsze w drodze, czyli trzy nowe, słowiańskie incydenty improwizowane


Doskonały kataloński perkusista i perkusjonalista, Vasco Trilla, powraca na łamy Trybuny – oczywiście tryumfalnie – z trzema smakowitymi krążkami! Nasza radość, poniekąd satysfakcja, jest tym większa, iż dwa z nich powstały w Polsce i nagrane zostały z lokalnym zaciągiem muzyków, a jeden jest nam również bliski, bo dotarł z bloku wschodniego, dokładnym będąc - z Bułgarii.

Nie dalej, jak pod koniec września, na tej stronie w niekrótkiej epistole, przybliżyłem skupionym Czytelnikom i gorejącym fejsbukowym Klikaczom (osobiście spełniam oba kryteria) sylwetkę tego niezwykle interesującego muzyka. Tamteż pojawiły się skromne zajawki wydawnictw, które za moment ochoczo omówimy!


Stany przestrzenne

Zaczynamy od dokumentacji fonograficznej koncertu, który miał miejsce…. półtora miesiąca temu!!! Tak, tak, świat toczy się naprawdę w piekielnym tempie. Piątego października w bułgarskim Płowdiw, dwaj wytrawni improwizatorzy – Jivko Bratanov (piano) i Vasco Trilla (drums) – zagrali koncert, który od … jedenastego listopada dostępny jest bandcamp.com, zarówno do odsłuchu, jaki i kupienia  Uwaga! Obie daty dotyczą roku 2016!

Spotkanie z BeeBop Cafe przynosi trzy kwadranse improwizowanej muzyki, która pełnymi garściami czerpie zarówno z dobrze rozumianej jazzowej stylistyki, jak i delikatnie haczy o doświadczenia współczesnej kameralistyki, której inspiracje słychać w spokojniejszych pasażach bułgarskiego pianisty. W grze Katalończyka słychać oczywiście moc innych, gatunkowych doświadczeń, a wiedzą o nich ci, którzy mieli ochotę pochłonąć The Vasco Story na tych właśnie łamach.




Omawiana tu płyta dostała fonograficzny tytuł Spaces and States (edycja własna muzyków, dostępna na vascotrilla.bandcamp.com, 2016). Rozpoczyna ją fragment Ciche Przestrzenie, którego tytuł wyjątkowo trafnie oddaje klimat nagrania. Minimalistyczne piano topi się tu w komentarzu stonowanego, dzwoneczkowego drummingu, a wyobraźnia nieco bardziej wyedukowanego słuchacza niechybnie podąża w kierunku improwizowanego rezonowania, w estetyce AMM (może akurat tu, w wersji dla mnie wyczulonych na pojedynczy dźwięk). Mniej więcej w połowie tego fragmentu doświadczamy drobnych, akustycznych eskalacji, gdy ostry klawisz fortepianu kontrapunktowany jest przez rwany stukot werbla. Muzycy wiodą swą nieśpieszną opowieść wedle całkowicie w tym miejscu rozsądnej zasady, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało, niż o jeden … za dużo. Fragment drugi, którego tytuł można zmyślnie przetłumaczyć jako… Bezmyślność, toczy się przy dość swobodnych próbach prowokowania do dyskusji, zwłaszcza ze strony pianisty. Muzycy macają się dźwiękami, a my nie po raz pierwszy tego wieczoru mamy wrażenie, że dokładnie tak graliby John Tilbury i Eddie Prevost, gdyby AMM stanowiło duet, gdy oni sami byli młodsi o jakieś czterdzieści lat. W takim momencie Vasco lubi zaatakować dynamicznym pasażem swoich nieskończonych zasobów dzwoneczkowych, zaś Jivko – na zasadzie kontrastu – bywa enigmatyczny i dobywa dźwięki gdzieś z dna instrumentu, choć nie stosuje wewnętrznych preparacji. Najwyższy czas na danie główne – Stany Neurologiczne! Ostra introdukcja Trilli, do której po pewnej chwili podłącza się nieśmiało Bratanov, ciekawie dynamizuje nam całe nagranie, ale karty ewidentnie rozdaje tu perkusista. Fragment jednak dość szybko odzyskuje akustyczną równowagę, czego słyszalnym dowodem są pierwsze próby preparacji dźwięków przez pianistę. Z początku dalece nieśmiałe, stawiane jakby ze znakiem zapytania (czy ja mogę?), z czasem dramatycznie stymulują perkusistę do odpalenia jego niepowtarzalnej symfonii rezonujących przedmiotów różnych, co w efekcie końcowym doprowadza do kompulsywnej wymiany zawsze trafnych poglądów (tu, artystycznych). Yes,This Is Jazz, Man! Pojedyncze, pyskujące akordy piana kontra dzwonki rozrywane cięciwą smyczka. Ten homogeniczny przekaz muzycznych emocji ciekawie odnajduje swój finał w momencie, gdy w stan wzajemnego rezonowania zostają wprawione już wszystkie przedmioty na scenie, a także – być może – znacząca część publiczności!


Gorączka sobotniej nocy

Bierzemy głęboki oddech i … jedziemy dalej! Jesteśmy w krakowskiej Alchemii, cofnięci w czasie o kilka miesięcy, jest bowiem luty bieżącego roku. Na klubowej scenie trzech dziarskich facetów – pierwszy z nich, młody, gniewny, z gitarą elektryczną w ręku, tuż obok ten drugi, drwal w sile wieku, na wskroś oryginalny i silnie poszukujący, wraz ze swoją akustyczną… gitarą basową, wreszcie ów trzeci, tytaniczny i wszechogarniający, człowiek orkiestra, heavy drum’man. Efekt fonograficzny ich ekstatycznego koncertu dostaje się w ręce kompetentnych ludzi i dziś trafia do nas pod tytułem Tidal Heating (Not Two Records, 2016), sygnowany trojgiem nazwisk – Michał Dymny, Rafał Mazur i Vasco Trilla.




Michała słyszę bodaj po raz drugi, a poprzednią okazją była – zarejestrowana kilka lat temu – duetowa płyta z … Trillą (Trybuna pisała o niej w okolicznościach ficzersa, wspomnianego w początku tego tekstu). Duży progres, jakże szeroki wachlarz stylistycznych środków wyrazu – rock, psychodelia, noise, pachnie tu dobrym jazzem, muzyk zgrabnie porusza się w także oparach swobodnej improwizacji, nie brakuje okruchów dziarskiego etno. Rafał pieści i gloryfikuje swój nietypowy instrument, ale ma ku temu ważne powody. Brzmi zdecydowanie wyjątkowo, w dotyku jest ciepły, choć stanowczy i lekko agresywny. Stanowi doskonałą puentę dla przestrzeni, jaka powstaje między szalejącym gitarzystą, a kompulsywnym drummerem. Wreszcie Vasco – w estetyce multikulti czuje się, jak ryba w wodzie.

Faza pierwsza atakuje nas surowym, rockowym wyładowaniem atmosferycznym, w konsekwencji udanego intro w spokojnych rejestrach. Trójka muzyków żegluje po całkowicie otwartym oceanie i mimo wielu pokus, by skracać drogę i szukać prostszych metod osiągania dźwiękowej ekstazy, nie popełnia błędów, a ich nawigacja w tym niełatwym terenie działa bez szwanku. Czują bluesa każdą porą swojej skóry. Hałas, wyciszenie, kontrapunkt, spięcie, hałas – dramaturgia tego spektaklu kreślona jest lekkim, zwinnym piórem. Im bardziej brniemy w ten dźwiękowy pejzaż, tym mocniej jesteśmy przekonani, iż muzycy czują się w swoim gronie absolutnie komfortowo, a problemy komunikacyjne są dla nich pojęciem abstrakcyjnym. Na mapie przestrzeni akustycznej tego nagrania nie ma pustych miejsc, a jest to zasługą każdego z muzyków. Rock in! Mazur świetnie ogarnia ten dwoisty, noisowy rozgardiasz, w czym pomaga mu także perfekcyjne nagłośnienie koncertu (a potem, zapewne i świetna robota masteringowa). Muzycy konsekwentnie radzą sobie w momentach dramaturgicznych kulminacji i udanie przechodzą w spokojne, nasycone sonoryzmem, chwile łapania oddechu po jakże ekspansywnych eskalacjach emocji. Mazur znów rwie się do lotu, potrzebuje powietrza i nowych inspiracji. Trzyosobowa, kolektywna improwizacja (all the music spontaneously improvised) odbywa się, tu i teraz, w tempie karabinu maszynowego. Jak oni się mieszczą z tą nawałnicą dźwięków na małej, alchemicznej scenie? Dymny perfekcyjnie panuje nad gryfem swojego instrumentu. Opis stosowanych przez niego technik gitarowych śmiało wypełniłby przestrzeń przeznaczoną na całą tę recenzję. Fazę pierwszą wieńczy – po kolejnym mistrzowskim wyciszeniu – odrobinę krnąbrny finał, który nie może być lepszą puentą tej erupcji emocji i galopady myśli.

Jazzowe intro gitarzysty nie dość, że otwiera Fazę Drugą, to jeszcze daje pretekst perkusiście do konwulsyjnej zaczepki. Bez zbędnych subtelności, trio ucieka we freejazzowy tumult. To jest już naprawdę poważna impreza! Ognista eskalacja! Rock in Again! Jak oni dobrze się czują w tej rwącej rzece dźwięków! Po chwili wychodzą z niej suchą stopą i łapią zgrabnie, nie wiadomo już który dziś raz, kojące wyciszenie. Kwilą na boku, niemal akustycznie, intensywnie polerują powierzchnie płaskie, szczebioczą i otrzepują skrzydełka. Mazur dobywa z pochwy wulgarny smyczek, rżnie ciszę na nierówne połowy, dzięki czemu nastrój po obu stronach sceny robi się odrobinę oniryczny. W oparach konstruktywnego sonoryzmu muzycy odzyskują grunt pod nogami. Czas znów pohałasować! Michał dynamiczne odpala swe jurne wiosło, znów czyni to w skrajnie indywidualnym stylu, nie dając szans recenzentowi na jakiekolwiek personalne porównania. Vasco też chce być mistrzem tego wieczoru i wpada z całym swoim perkusyjnym i perkusjonalnym sztafażem w dynamiczny rezonans. To on wie najlepiej w tym gronie, kiedy należy rozpocząć finałowe odliczanie. Blues delty Missisipi czai się za rogiem, ale muzycy nie dają mu szansy na zaistnienie. Sprzęgamy się na ostateczny finał! Niech prąd będzie z nami! 79 minut i 46 sekund! I brak choćby nanosekundy nudy! Killer The Triller and The Holy Ghost!!!!


Siedmiopak

Na koniec naszej dzisiejszej, emocjonującej opowieści, płyta w tym gronie dość jednak szczególna. Lubelska, rockowa, progresywna, psychodeliczna (niepotrzebne skreślić) załoga Tatvamasi ma już w dorobku kilka płyt, ale nie będę udawał, że je słyszałem (but never say never). Ich najnowsza płyta Dyliżans Siedmiu trafia na rozgrzane łamy Trybuny przede wszystkim dlatego, że powstała z czynnym udziałem bohatera tej historii, czyli Vasco Trilli. Jakby było mało, kolejnym muzykiem improwizującym, kreatywnie uczestniczącym w nagraniu, okazał się świetny brazylijski saksofonista, klarnecista i flecista Yedo Gibson (też znamy się już całkiem dobrze). Jak donoszą źródła zbliżone do Zespołu, nagranie polskiej załogi z Katalończykiem i Brazylijczykiem odbyło się za jednym podejściem i powstało w atsmosferze jakże konstruktywnej i smakowitej improwizacji. Warto zatem poznać personalia polskiej części Dyliżansu: Grzegorz Lesiak (gitara, wkład kompozytorski), Łukasz Downar (gitara basowa), Jan Michalec (trąbka), Tomasz Piątek (saksofon tenorowy) i Krzysztof Redas (perkusja). Na materiał zgromadzony na płycie składają się trzy wyimprowizowane kompozycje, trwające trzy kwadranse. Uwaga! W samych tytułach dostrzegam duże walory literackie, zatem pozwalam je sobie wszystkie przytoczyć: Chodzę Spać Do Rzeki, Nastroszony Pulsar, Triumf Pozaintelektualnej Treści Doświadczenia.




Bez zbędnego krygowania, przyznam się od razu, iż Dyliżans Siedmiu podoba mi się bezkompromisowo. Bazą dla improwizacyjnych przygód, głównie sekcji dętej, są tu rockowe, zmyślnie podawane tematy, które twardo trzyma w ryzach dramaturgicznych, rozbudowana sekcja rytmiczna. Gitarzysta bardzo udanie szuka psychodelicznych punktów odniesienia, wertując dorobek gatunku z czterech ostatnich dekad, a reszta przestrzeni akustycznej zawładnięta jest przez trzech solistów, wśród których ciężko jest wskazać tego lepszego. Świetne nagranie!

Ciekawe, że Dyliżans Siedmiu ukazuje się jako dodatek do czasopisma (dobrze, że choć muzycznego – progrockowy Lizard). Nie wiem, jakie były pierwotne intencje muzyków, ale ten naprawdę ciekawy materiał z pewnością mógłby znaleźć wydawcę spoza branży piśmienniczej. Ba, gdyby Tatvamasi nagrali nawet marną płytę, ale z Peterem Brotzmannem, czy Matsem Gustafssonem, o ich wydanie biłaby się pewnie cała wataha wydawców muzyki improwizowanej, zapewne nie tylko z tej strony wielkiej wody.


****


Vasco Trilla, człek pracowity, wieczny podróżnik łaknący wciąż nowych wrażeń, w niedalekiej przyszłości nie będzie skąpił tych ostatnich wielbicielom muzyki improwizowanej . W przygotowaniu, na różnym etapie procesu edytorskiego, mamy kolejne duety, tria, a nawet jeden frapujący, kataloński kwartet. Czas pokaże, kiedy będziemy się mogli cieszyć tymi nagraniami. Bez wątpienia wszakże, Trybuna Muzyki Spontanicznej będzie o tych wydarzeniach informować na bieżąco.