Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuria Andorra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nuria Andorra. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2025

Doneda, Ninh & Andorrà El retorn de l'escolta!


Legendy francuskiej muzyki improwizowanej Michel Doneda i Lê Quan Ninh, artyści pracujący razem już piątą dekadę, dotarli dwa lata temu do Barcelony i zagrali wspólny koncert z katalońską perkusjonalistką Núrią Andorrą, znaną nam z niejednej płyty wydanej … w naszym pięknym kraju. Dziś materiał z tego spotkania dociera do nas na poręcznym dysku krajowej FSR Records i definitywnie raduje nasze zmysły słuchu, a poniekąd wzroku.

Sytuacja sceniczna jest następująca - dwa duże bębny posadowione na flankach i dwoje artystów z masą przedmiotów, które w zetknięciu z membraną instrumentów będą wydawać najprzeróżniejsze dźwięki, a po środku saksofonista wyposażony w dwie najlżejsze odmiany instrumentu dętego drewnianego. Czas zanurzyć się w dźwięki.

 


Początek spektaklu tkany jest z należytą precyzją. Na bębnach powstają mikro tarcia, a wokół nich unoszą się tumany kurzu. Akcja perkusjonalistów realizowana jest nad wyraz imitacyjnie. Wciśnięty pomiędzy nich saksofonista z trudem dobywa pierwsze dźwięki. Matowe, na poły melodyjne, nieco zalotne. Narracja formuje się w linearną opowieść bez zbędnej zwłoki. Muzycy świetnie na siebie reagują, wyczuleni na każdy niuans dramaturgiczny. Bywa, że cała trójka chrobocze, jak stado owadów, bywa, że śpiewa cienkim, rezonującym głosem osnuta kokonem ambientu. W chwilach napięcia ten dramat przypomina małą burzę z piorunami, w chwilach wyciszenia ledwie słyszalne szmery z głębokiej, leśnej gęstwiny. W okolicach dziesiątej minuty opowieść przypomina symfonię wysoko zawieszonego, rozśpiewanego rezonansu. Potem następuje faza interaktywnych, drobnych fraz, które znów zdają się sytuować akcję w sercu tajemniczego lasu.

Po dwudziestej minucie artyści schodzą do strefy mroku. Drżą, nerwowo spoglądają na siebie, czyniąc ceremoniał nadchodzącej grozy. Leniwa narracja przepoczwarza się w strugi dronów, tu realizowanych głównie na glazurze bębnów. Saksofonista być może wydaje jakieś dźwięki, ale nie mają one wiele wspólnego z typową, dętą narracją. Tuż po upływie trzydziestej minuty całość nabiera definitywnie ambientowej faktury. Teraz na czoło forsuje się saksofon, a raczej matowe podmuchy, które brzmią niemal elektroakustycznie. Misterium post-ciszy trwa wiele minut, a z mułu zaniechania wyciąga wszystkich coraz aktywniejszy sopranista. Akcje perkusjonalistów nabierają masy, a także intensywności, przypominając przez moment spektakl rozdygotanych suwnic przemysłowych. Na tak szorstkim podłożu pięknie płoży się saksofonowy śpiew, niemal taneczny. Kolejnym etapem podroży jest zejście o poziom niżej w zakresie głośności i intensywności. Wreszcie, tuż przed upływem pięćdziesiątej minuty, improwizacja wchodzi w stadium końcowego lewitowania. Delikatnie melodyjnego, nasączonego subtelnie brzmiącym rezonansem instrumentów perkusyjnych. Ostatnia prosta, to akustyka wyjątkowo pięknego ambientu.

 

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull (FSR Records, CD 2025). Michel Doneda – saksofon sopranowy, sopranino, Lê Quan Ninh – instrumenty perkusyjne oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Nagrane w L’Auditori de Barcelona, marzec 2023. Jedna improwizacja, 53 minuty.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 13 czerwca 2023

Joëlle Léandre and Núria Andorrà in bla, bla, bla …!


Spotkanie legendy francuskiego, improwizującego kontrabasu i młodej adeptki katalońskich, swobodnych perkusjonalii, to kolejny dowód na to, iż w gatunku free impro wartością niezbywalną są nade wszystko niebanalne koincydencje personalne, które łączą ogień i wodę, młodość i doświadczenie, wreszcie dalece ponadgatunkowe konotacje estetyczne jej twórców.

Joëlle Léandre i Núria Andorrà grywały na warszawskim Festiwalu Ad Libitum, choć nie razem (jeśli pamięć recenzenta nie jest w tym wypadku zawodna), zatem nie dziwi fakt, iż upublicznienia efektu fonograficznego ich meetingu podjęła się krajowa Fundacja Słuchaj!

Artystki zwarły szeregi w pięknej Barcelonie jesienią roku 2021 i być może przebyły na sesję nagraniową pełne indywidualnych pomysłów i koncepcji dramaturgicznych, ale jednego były już pewne od pierwszej sekundy spotkania. W ich żyłach płynie wyłącznie gorąca krew!



 

Efekt ich studyjnej pracy twórczej to dwanaście skromnych w wymiarze czasowym improwizacji, w trakcie których artystki dbają o perfekcyjne brzmienie swoich instrumentów, uwielbiają preparować dźwięki i fantastycznie panują nad dramaturgią. Ich wypowiedzi z czasem stają się dłuższe, coraz efektowniej pogmatwane, by w ostatniej, prawie siedmiominutowej odsłonie puścić wodze fantazji i zasmakować w meta tanecznej mantrze zdrowych emocji.

Na początek serwują nam garść bardzo niskich dźwięków. Léandre pracuje smyczkiem (i nie będzie się z nim rozstawać poza skończoną liczbą przypadków), z kolei Andorrà na ogół skupia się na ugniataniu glazury dużego bębna, od czasu do czasu przyozdabiając narrację bardziej delikatnymi, selektywnymi brzmieniowo akcjami drummingowymi. Jeśli pierwsza z artystek szuka nade wszystko bazy dla rozbudowanych narracji arco, druga skupia się na budowaniu brzmienia, często bazującego na renonsujących dźwiękach, nie stroniąc przy tym od fraz godnych miana delikatnie hałaśliwych. Druga odsłona albumu ma swoje tempo, wydaje się lżejsza, choć akcesoria perkusjonalne także tu traktowane są dość obcesowo. Jeśli w trzeciej części szukamy mrocznych, mało przytulnych przestrzeni, to w czwartej sięgamy nieba dzięki frazom obu artystek, równie śpiewnym, jak krzykliwym. W kolejnej odsłonie kontrabas okazjonalnie pracuje w trybie pizzicato, narracja płynie zaś wyjątkowo leniwym strumieniem, mimo plam masywnego rezonansu. W części szóstej kontrabasistka włącza do arsenału swoich środków wyrazu głos i zdaje się tym faktem dawać pierwszy sygnał do budowania jeszcze bardziej emocjonalnych narracji. W ramach uzupełnienia perkusjonalista stawia tu na drobne, detaliczne, niemal ulotne frazy, podobnie jak sam smyczek.

Drugą połowę albumu otwiera drobna ekspozycja, która bazuje na szorowaniu strun w obłokach szeleszczących perkusjonalii. Równie enigmatyczna jest część kolejna, budowana dzwonkami i leniwym, balladowym pizzicato. Wraz z częścią dziewiątą wchodzimy w decydującą fazę albumu, która skrzy się niemal wyłącznie akustycznymi wspaniałościami. Najpierw czeka na nas plejada drobnych, ale bardzo ekspresyjnych dźwięków – smyczek kroczy tu ruchem tanecznym, membrana bębna trzeszczy w szwach. W kolejnej odsłonie mamy wrażenie, że Katalonka gra na wibrafonie, a smyczek Francuzki generuje dźwięki niemal przy samej podłodze, znów sycąc opowieść warstwą rytmiki. Jedenasta improwizacja, to już prawdziwe kłębowisko emocji. Smyczek najpierw ryje bruzdy w ziemi, potem śpiewa post-barokiem, a glazura werbla wyje pod naciskiem dłoni i łokci perkusjonalistki. Wreszcie część finałowa, którą otwiera delikatny smyczek i szeleszcząca cisza. Narracja pozornie stoi w miejscu, ale zaczyna systematycznie nabierać pewnej rytmicznej, medytacyjnej powłoki. Kontrabasista głęboko oddycha, a potem rży, niczym wygłodniale zwierzę. W powiewie melodii artystki zaczynają kreować niemal taneczną, niezwykle repetytywną narrację. Improwizacja tonie w emocjach, a zdobi ją precyzyjne, skrupulatnie budowane zakończenie.

 

Joëlle Léandre & Núria Andorrà Bla Bla Bla Duo (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Joëlle Léandre – kontrabas i głos oraz Núria Andorrà – perkusja, instrumenty perkusyjne. Meussa Estudio, Barcelona, październik 2021. Dwanaście improwizacji, 42:17.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została wieki temu opublikowana



poniedziałek, 29 października 2018

Leandre! Hug & KIO! Bittova! Andorra! Bopp! Agnel! Schweizer! Nicols! Melford! Newton! All Women alarmed at Ad Libitum Festival’18!


Trybuna Muzyki Spontanicznej w delegacji!

Po dalece ekscytującym pobycie na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, gdzie przez kilka dni rezydował nowy, duży skład Barry Guya For The End Yet Again*), tym razem tradycyjna, coroczna wyprawa do stolicy na ulubiony event redakcji, Festiwal Ad Libitum!

Tegoroczna edycja, choć nieco mniej rozbudowana w zakresie podmiotów wykonawczych, była ze wszechmiar wyjątkowa. Po pierwsze z racji jakości muzyki (co w sumie jest regułą na tym festiwalu; patrz: relacja z ubiegłorocznego spotkania), po drugie zaś – całą imprezę wypełniły swoimi dokonaniami artystycznymi wyłącznie kobiety! Impreza posiadała – jak to ma w zwyczaju – nazwę własną. Tym razem było to dość buńczuczne hasło Women Alarm! W tej zatem sytuacji czasowo-przestrzennej, rola mężczyzn sprowadziła się do zasiadania na widowni. Z tego samego zaś powodu, rola postaci wiodącej nie mogła nie przypaść w udziale francuskiej kontrabasistce Joelle Leandre. Cenimy ją jako wybitną improwizatorkę, znamy też jej temperament, umiejętność stawiania na swoim i jasnego wyrażania poglądów. W dzisiejszych czasach, to niebywale ważna cecha, niezależnie od płciowych konotacji.

Przekaz ideologiczny, to oczywiście rzecz ważna, ale nas na tych łamach zawsze najbardziej interesuje muzyka. Zatem w krótkich, żołnierskich słowach opiszmy wrażenia z odsłuchu sześciu festiwalowych koncertów. Nie będziemy trzymać się chronologii wydarzeń, jakie miały miejsce w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, albowiem, podobnie jak Leandre, lubimy być krnąbrni i podążać wbrew utartym schematom relacji koncertowych.




Jeśli już padły personalia znakomitej kontrabasistki, zacznijmy od prezentacji dwóch koncertów z jej udziałem. Kończyły one dzień drugi i trzeci, były z pewnością wydarzeniami, na które oczekiwano ze szczególną atencją. Najpierw working band, który artystycznie funkcjonuje już bodaj od czterech dekad – Les Diaboliques! Same legendy gatunku, Panie, które w zwyczajowo męskim świecie swobodnej improwizacji, wyrywały już bruzdy na głębokość Rowu Mariańskiego - szwajcarska pianistka Irene Schweizer, szkocka wokalistka Maggie Nicols i rzeczona Joelle Leandre. Błyskotliwa kreacja, dużo elementów performatywnych, świetna komunikacja i doskonała zabawa po obu stronach sceny. Dla mnie osobiście koncert ten był przede wszystkim pierwszym spotkaniem na żywo z Nicols, kobietą, która dokładnie 50 lat temu grywała już w składzie Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. I chyba nikogo z obecnych na koncercie nie zaskoczę, jeśli powiem, iż była postacią wiodącą Diablic. Temperament, niebywałe poczucie humoru i warsztat głosowy, który pozwalał jej przejść przez najbardziej zagmatwaną dramaturgicznie opowieść sceniczną. Publiczność oczywiście oszalała, ja osobiście, nie tylko z wrodzonej przekory, delikatnie utyskiwałem na przesunięty w kierunku performansu, ciężar gatunkowy koncertu. Sama muzyka chwilami schodziła na dalszy plan.




Kolejne trio z udziałem Leandre, spełniło już wszelkie moje muzyczne oczekiwania. Tym razem francuskiej kontrabasistce towarzyszyły dwie Panie z drugiej półkuli, Myra Melford - fortepian i Lauren Newton – wokal. W tym składzie grały ze sobą po raz pierwszy (Leandre i Melford grają razem jako Tiger Trio, ale wtedy towarzyszy im Nicole Mitchell na flecie). Muzyka była tu w absolutnym centrum uwagi. Delikatność i precyzja Melford, która choć często schodziła na dalszy plan, była jak demiurg, który dawkuje napięcie i decyduje o wszystkim. Wspaniale wokalnie prezentowała się Newton. Sprawiała wrażenie, że jest w stanie wydobyć z siebie każdy dźwięk. Czuło się także, iż jej warsztat w pełni na to pozwala. Wielki finał festiwalu, z bisem i standing ovation.

Po spełnieniu obowiązku oddania czci najważniejszej personie Women Alarm!, kilka słów poświęćmy teraz dwóm koncertom, które w prywatnej ocenie Pana Redaktora, były definitywnym szczytem artystycznym imprezy.




Najpierw kolejny dowód na poparcie tezy Dereka Baileya, iż prawdziwie wartościowa improwizacja powstaje w momencie, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Nuria Andorra, katalońska perkusjonalistka i Christiane Bopp, francuska puzonistka, zagrały niebywały koncert. Nuria, która zestawem instrumentalnym przypomina nieco Eddie Prevosta, bywa jednak od niego zdecydowanie mniej przewidywalna. Jej kobiecy temperament i wrażliwość akustyczna, kierowały ją w trakcie występu z Bopp na poziom kreacji być może niedostępny dla części gatunku męskiego. W niczym nie ustępowała jej Christiane, która doskonale wklejała się w zamysły Katalonki, sama przy tym kreując dalece zaskakujące sytuacje akustyczne. Nie była, po męsku, nastawiona na sonorystykę, inspiracji szukała w innych zasobach dźwiękowych puzonu, bez przerwy doprowadzając instrument do sytuacji, w której słyszeliśmy śpiew i mantryczne salwy dźwięków.




Dzień później wielu z nas, obecnych w sali koncertowej CSW, przekonało się, iż naprawdę nie znamy granic możliwości akustycznych fortepianu. Francuska improwizatorka Sophie Agnel zagrała niesamowity, solowy set preparowanego piano. W trakcie całego występu, na strunach jej instrumentu pojawiały się wciąż nowe przedmioty, które dekonstruowały akustykę fortepianu. I co najważniejsze, to nie sam proces niebywale kreatywnej preparacji był największą siłą tej improwizacji, ale przede wszystkim sama dramaturgia koncertu, jej przemyślany, logiczny kształt i fantastyczny finał grany z samej klawiatury, podczas gdy dźwięk każdej struny był silnie zniekształcony przedmiotami, które wcześniej artystka umieściła w pudle rezonansowym. Wspaniały koncert!




Zdecydowanie niebanalny był także czwartkowy koncert Krakow Improvisers Orchestra (uwaga! niedobitki gatunku męskiego na scenie!), która zaprezentowała bardzo interesujący performance (!), będący efektem trzydniowych warsztatów, jakie poczynili jej muzycy pod kierunkiem szwajcarskiej skrzypaczki Charlotte Hug. Teatr, malarstwo i sztuka dyrygowanej improwizacji, to były równoprawne elementy tego smakowitego spektaklu. Jeśli zaś skupimy się na samych dźwiękach, to należy podkreślić, iż orkiestrą dyrygowała zarówno Hug, jak i tradycyjna szefowa KIO, czyli Paulina Owczarek. Instrumentarium orkiestry było, co nie dziwi, bardzo rozbudowane, ale dramaturgia koncertu opierała się przede wszystkim na głosie ludzkim i instrumentach strunowych (rzecz jasna - z dużym udziałem samej Hug).

Wreszcie Iva Bittova i jej solowy … performance na skrzypce, głos, taniec i aktorstwo. Publiczność była zachwycona, wielu widzów przyszło pierwszego dnia festiwalu specjalnie na ten koncert, dla mnie osobiście za mało tu było jednak samej muzyki. Oczywiście koncert oglądało się doskonale, Czeszka perfekcyjnie panowała nad swoim warsztatem, także nad publicznością, a dla wielu był to doskonały spektakl.



*) ten wyjazd nie doczekał się komentarza na tych łamach, ale po spisane wrażenia odsyłamy na osobisty profil Pana Redaktora na najpopularniejszym portalu społecznościowym świata

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Inner Core! Majewski & Zakrocki! Spontaneus Chamber Music! Jachna & Wójciński! Dąbrowski & Mazurkiewicz! Scolari! Wart Biter! Lonker See! Alameda 4! Ugory! The satanic mix for holidays!


Wakacje za pasem! Czas zatem na skromną zbiorówkę recenzji płyt, które przetoczyły się przez odtwarzacze redakcji w okresie wiosennym.

Naczelną zasadą dzisiejszej opowieści będzie … całkowity brak zasad! Stylistyczny melting pot, godny najbardziej wyuzdanych piór współczesnej żurnalistyki. Swobodna improwizacja, dzika kameralistyka, kolokwialne fussion, wreszcie silna reprezentacja muzyki rockowej, czy bardziej post-rockowej, która nie boi się dużej formy i lubi popadać w szpony improwizacji.

Zaczynamy po katalońsku, potem mocny i rozbudowany zestaw krajowy, krótka ucieczka do Włoch i Anglii, wreszcie powrót nad Wisłę, Odrę i Wartę, by skrupulatnie pohałasować! Będzie się działo!




Irene Aranda/ Johannes Nästesjö/ Núria Andorrà  Inner Core (Relative Pitch Records, CD)

Scena muzyki swobodnie improwizowanej w Barcelonie nie wykazuje się nadmierną podażą ciekawych pianistów. Być może jest to po części efektem przestrzeni scenicznej, jaką proponują znaczące kluby tego miasta. Są niezwykle małe, a na duży instrument po prostu brakuje miejsca. Z tym większą radością odnotujmy debiut płytowy tria Inner Core, które tworzą Irene Aranda – fortepian, Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne. Studyjna rejestracja z Barcelony, z grudnia 2016 roku. Brylantowo swobodna improwizacja i dwie temperamentne Panie w towarzystwie przystojnego Szweda! Takie spotkanie nie może ujść naszej uwadze! Premiera płyty w przedostatni dzień czerwca.

Dynamiczna, rozbudowana improwizacja na początek, pełna męskiego temperamentu, ale i kobiecej intuicji. Drapieżne improwizatorki i kontrabasista, który stoi na środku sceny i niskimi dźwiękami spaja kobiecą batalię w jedną narracją. Aranda gra całą długością i szerokością swojego instrumentu, pozostaje w totalnej ofensywie. Andorra zaś zdaje się stanowić ów niezbędny, brakujący element rozbudowanej konstrukcji fortepianu. Nästesjö nie stroni od sonorystyki, jego towarzyszki równie sprytnie odnajdują się w takiej estetyce. Już w połowie pierwszej improwizacji zwinnie schodzą do poziomu ciszy i zostają tam dłuższą chwilę.

Trio bez zbędnej zwłoki osiąga ponadnormatywny poziom synergii, a recenzent – nie bez przyczyny – popaść musi w dysonans poznawczy, nie jest bowiem w stanie precyzyjnie wskazać poszczególnych źródeł dźwięku. To trio nie boi się jazzu, potrafi być sonizującą filharmonią, gdy potrzeba chwili o tym stanowi, skłonne jest rockowo pohałasować, czy uciec w industrialne efekty akustyczne. Obie Panie kapitalnie się imitują - w wielu momentach mamy wrażenie, że Irene gra na instrumentach perkusyjnych, a Nurria staje się pianistką. Jedno ciało, czworo rąk!

Wrażenie finalne sprowadza się do zadumy nad możliwościami akustycznymi, jakie daje proste trio z fortepianem, jeśli tylko muzycy potrafią wystrzelić w kosmos poziomem wyobraźni i jakością kreacji muzycznej.




Artur Majewski & Patryk Zakrocki  Czas panowania traw (Fundacja Kaisera Söze, CD)

Niniejszym rozpoczynamy duży blok krajowy z istotnym akcentem… katalońskim! Najpierw duet Artur Majewski - kornet, delay i Patryk Zakrocki - altówka, mbira, ring modulator. Rejestracja poczyniona w Zielonej Górze, latem ubiegłego roku.

Improwizacja, która od pierwszego dźwięku wykazuje wysoki stopień sonorystycznego wtajemniczenia. Podwieszony pod sufit kornet z delayem i dronowa altówka czynią tyle dźwięków w jednostce czasu, iż duet zaczyna przypominać małą orkiestrę. Post-psychodelia spotyka się tu z upalonym barokiem w perfekcyjnym środowisku akustycznym.

Muzycy zdają się tańczyć, jak para szaleńców, tuż po opuszczeniu zakładu zamkniętego. Płynna opowieść, która nie ma przystanków, ani zbędnych myśli, wypełniona jest za to pomysłami na zagospodarowanie każdego centymetra sześciennego Audytorium Uniwersyteckiego. Gdy delay kornetu zaczyna repetować, całość narracji niczym mantra, brnie po złote runo. Być może pierwsza, najdłuższa improwizacja, po części także druga, stanowią najlepszy od dawien dawna fragment swobodnej improwizacji w wydaniu krajowym!

Czas panowania traw uzupełniają jeszcze cztery krótsze improwizacje. Najpierw altówka narzuca bezdyskusyjny rytm, wokół którego kornet pląsa niczym dziewica na zroszonej deszczem łące. W kolejnym Zakrocki sięga po instrument zwany mbira (brzmi jak marimba), a duet brnie w szczelny minimalizm, być może także z artystycznego lenistwa. Potem podobną rolę spełnia ring modulator, a z początkowej kreatywności kornetu pozostaje prawie wyłącznie pogłos. Na finał oniryczna, silnie perkusyjna mbira bije rytm świat, a z kornetu wyrasta dron. Recenzent odruchowo uruchamia restart, ale ponowny odsłuch płyty kończy po drugim utworze.




Patryk Zakrocki & Marcin Olak with Agusti Fernandez  Spontaneus Chamber Music vol. 2 (Fundacja Słuchaj!, CD)

Patryk Zakrocki (altówka, trumpetviolin i szczypta elektroniki) pozostaje w orbicie naszych zainteresowań. Teraz dołączy do niego Marcin Olak na gitarze klasycznej i elektrycznej oraz … oczekiwany akcent kataloński, czyli Agusti Fernandez na fortepianie. Studio nagraniowe, jesień ubiegłego roku. Druga odsłona kameralistyki spontanicznej!

Strunowe vibrato na trzy rozgrzane instrumenty! Niektóre groźnie huczą, inne rezonują, jeszcze inne wręcz krzyczą (prawdziwie amorficzne dźwięki z altówki). Gitara czyni dysonans poznawczy, bo niekiedy sięga po zasilanie prądem zmiennym.

Spontaniczna, improwizowana kameralistyka, która nie boi się konfirmacji, nie unika wchodzenia w alianse z dowolną porcją nieoczywistych gatunków, gotowa na każdy mezalians stylistyczny. Dużo fermentu ze strony Zakrockiego, który często zmienia sposób gry, barwę brzmienia, jego instrument zdaje się pozostawać w nieustannym tańcu. Swawoli i podszczypuje partnerów. Olak stawia na multigatunkowość. Zdaje się, że mógłby tu zagrać dowolny dźwięk, choćby flamenco (utwór 5). A zmysłowe spontaneous contemporary czai się na końcu gryfu jego gitary. Fernandez, niczym kameleon. Skomentuje każdy dźwięk, wejdzie w dialog z każdą iteracją improwizacji. Potrafi być dosadny, a nawet agresywny (choćby utwór 7).

Na płytę składa się aż szesnaście improwizacji. Większość z nich to minutowe lub dwuminutowe szkice. Jedynie trzy, to rozbudowane, wielowymiarowe narracje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że spotkanie tej trójki doskonałych muzyków jest nieco przeładowane treścią. Być może rezygnacja z niektórych pomysłów, na rzecz dłuższych wypowiedzi, podniosłaby poziom ostatecznej oceny. Szczęśliwie trzy dłuższe fragmenty (1, 14 i 15) stanowią prawie połowę płyty – świetnie skonstruowane improwizacje, pełne błyskotliwej sonorystyki i zwinnych interakcji. Cisza, skupienie, posmak oniryzmu, rodzaj strunowej beletrystyki dźwiękowej. A na sam finał trochę rocka? Why not!




Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński  Conversation with Space (Fundacja Słuchaj!, CD)

Czas na duet blaszano-strunowy! Nie po raz ostatni dziś! Wojciech Jachna na trąbce, także flugelhornie i Ksawery Wójciński na kontrabasie, incydentalnie w jednej piosence Tomasz Glazik na saksofonie. Dwie okoliczności, jedna bodaj studyjna, druga być może koncertowa. Wiosna ubiegłego roku, Warszawa.

Dwanaście niezwykle zgrabnych i błyskotliwie zagranych improwizacji. Niemal każda z nich bazuje na strukturze rytmiczno-melodycznej, którą kreuje kontrabasista. Czyni to z gracją, w obliczu doskonałego, czystego, chwilami niemal barokowego brzmienia swojego instrumentu. Na tej zmyślnej bazie, trębacz snuje przeróżne opowieści, które także niosą ze sobą drobiny melodii i tanecznego wręcz zaśpiewu.

Przestrzenne pogawędki świetnie konsumują ostatnie folkowe doświadczenia Ksawerego (te z Maniuchą Bikont), a także moc post-rockowych, malarskich ekspozycji Wojtka, wyniesionych z wielu niebanalnych nagrań w formacji Innercity Ensemble. Muzyka z tej płyty płynie przez nasze receptory słuchu w sposób niebywale płynny, ciepły, wręcz przyjemny. Jeśli zatem swobodna improwizacja dziać się może w niemal chilloutowy sposób, nikt nie powinien zgłaszać zdania odrębnego, co do oceny końcowej.

Ogrom akustycznych radości płynących z odsłuchu tej płyty, zdecydowanie stymuluje piąta pieśń, stanowiąca aranżację tradycyjnej Song about Saint. Wojciech Bishop and Martyr. Prawdziwa eksplozja urody tej muzyki. A zaraz potem mocny akcent z saksofonem tenorowym (Tomek Glazik). Brawo!





Tomasz Dąbrowski & Jacek Mazurkiewicz  Basement Music (Multikulti Project, CD)

Słowo się rzekło, ponownie duet trąbka-kontrabas! Tomasz Dąbrowski i Jacek Mazurkiewicz (ten drugi wspomaga się także elektroniką). Panowie będą improwizować muzykę skomponowaną. Rejestracja z podziemi Fortu Sokolnicki w Warszawie. Jesień 2015 roku.

Siedem zwartych opowieści na dwa instrumenty akustyczne, które w procesie chwilami gęstej i dość kolektywnej improwizacji, zapewne wspierają się odrobiną predefinicji, co sugerować może kompozytorski aspekt powstania tej muzyki (zgodnie z opisem płyty). Dopóki Basement Music bazuje na naturalnym brzmieniu kontrabasu i trąbki, mimo pewnych mankamentów dramaturgicznych (dużo konceptu, mniej emocji), całość nagrania liczyć może śmiało na wysoki poziom akceptacji. Gdy Mazurkiewicz sięga po elektronikę, recenzent nie może odpędzić się od pytania, w jakim celu tak się dzieje i czy aby nie jest to skutek problemów na etapie kreacji.

W najdłuższym fragmencie An Ant Lobotomy (prawie 12 minut) muzyczna opowieść składa się z dwóch nawarstwiających się dronów, jednego akustycznego, drugiego, bardzo niskiego, silnie wspomaganego elektroniką. Jak na długość trwania tej improwizacji, w arsenale artystycznych środków wyrazu chętnie ujrzelibyśmy coś więcej niż konsekwentną repetycję. Oczywiście, i w tym momencie narracja broni się, ale recenzent oczekiwałby większego ładunku ekspresji. Ta zresztą uwaga tyczy się całego nagrania.




Claudio Scolari/ Daniele Cavalca/ Simone Scolari  Natural Impulse (Principal Records, CD)

Na dwa pełne albumy opuszczamy scenę krajową. Pierwszą podróż odbywamy do Włoch, na spotkanie z modern jazzem, a nawet fussion! Claudio Scolari – perkusja, perkusjonalia, programowanie syntezatorów, Daniele Cavalca – syntezatory, piano rhodes, wibrafon, bas oraz Simone Solari – trąbka. Brak danych o miejscu i czasie powstania tej studyjnej rejestracji.

Improwizacja prowadzona na bazie kompozycji, bogato zinstrumentalizowana, niestroniąca od fajerwerków, pełna odniesień do innych gatunków muzycznych (rocka, czy nawet world music). Rytm, melodia, dynamika, ekspresja adekwatne do dość konsekwentnie stosowanej przez włoskich muzyków estetyki fussion jazzu. Całość daleka od tego, czym zwykliśmy się zajmować na tych łamach, ale może dzięki temu, stanowiąca interesujące wyjście ze strefy komfortu dla wiernych fanów free improv.

Muzycy nie boją się brnąć w dancingowy jazz środka (choćby drugi fragment), do czego mają oczywiście pełne prawo, z taką jednak konsekwencją, iż po stronie piszącego te słowa, napotkać mogą na brak artystycznej akceptacji. Reasumując, zdecydowanie ciekawej bywa, gdy w nagraniu dominują atrybuty elektrycznego, silnie zrytmizowanej jazzu, nawet ze szczyptą psychodelii (choćby utwór piąty, czy zwłaszcza dziesiąty). Inne, akustyczne, dość przewidywalne mainstreamowe opowieści z swingiem na ustach nie wnoszą nic nowego do historii gatunku i zwyczajnie nudzą recenzenta.




Wart Biter Wart Biter (Hominid Sounds 2018, kaseta)

Pierwszy odważny krok w świat rocka, post-rocka, estetyki noise i nawet industrial, czynimy w nie byle jakim towarzystwie, albowiem będzie z nami jeden z ulubieńców redakcji, Colin Webster na saksofonie! Wraz z nim Tom Fug na perkusji i Mat Pod na syntezatorze. Niewiele wiemy o okolicznościach nagrania, wiemy natomiast, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk, a w tej chwili w sprzedaży zostały jeszcze … trzy! Angielskie trio zwie się zaś Wart Biter i skutecznie wypełni nam dźwiękami całą głowę!

Pogłos, sfuzzowane dźwięki, przestery, groza i moc surowego brzmienia syntezatora, który zrywa podłogę basowymi dronami. Aura improwizowanego rocka, electro i doom metalu. Narracje powolne, konsekwentnie budowane od podstaw. Saksofon wierci dziurę w głowie, syntezator kopie po kostkach, a perkusja stawia stempel za stemplem, kalecząc nam stopy. Rockowa dialektyka realizowana metodami free jazzu i harsch elektroniki.

Webster, niczym multigatunkowy tygrys z ostrymi pazurami, w okolicznościach nie pozostawiających dużo swobody na skupienie i subtelności narracyjne, świetnie odnajduje swoje improwizatorskie powołanie i ciągnie trio na wysokie wzgórza. Ściana syntezatorowego basu i metalowy drumming nie pełnią tu bynajmniej roli hamulcowych.

Trzy długie, rozbudowane ekspozycje, dwie nieco krótsze i trzy kilkudziesięciosekundowe miniatury, rodzaj wulgarnych komentarzy odautorskich. Psychodelia w tubie, rytm i serce w syntezatorze i na werblach. Noise rock bez gitar! Kipiący emocjami i potem! Jedynie szósty fragment toczy się w pewnym oddaleniu od hałasu. To cisza, która drży, pełna plemiennego niepokoju, gdy złe czai się za rogiem ulicy. Piękny moment!




Lonker See  One Eye Sees Red  (Instant Classic, CD)

Długie, rozbudowane, rockowe improwizacje, mroczna psychodelia, krew na ścianach i zabójczy saksofon tenorowy. To najkrótsza charakterystyka grupy Lonker See z polskiego wybrzeża. Joanna Kucharska na gitarze basowej i wokalu (w utworze finałowym), Michał Gos na perkusji i perkusjonaliach, Tomasz Gadecki na flecie, saksofonie, a także syntezatorach oraz Bartosz Boro Borowski na gitarze.

One Eye Sees Red, to muzyka, która dojrzewa, która na osiągnięcie pełnego strumienia dźwięku i ekspresji potrzebuje wielu minut. Muzyka, która w skupieniu buduje rdzeń narracyjny, gotowy w odpowiednim dramaturgicznie momencie eksplodować siłą noise rocka i energią free jazzu. Z pozoru proste, trzyosobowe trio rockowe, doposażone w silny i jakże konkretny saksofon tenorowy Tomka Gadeckiego, zaprasza nas na nieoczywistą, improwizowaną podróż po obrzeżach gatunkowych współczesnej muzyki.

W Lillian Gish gitara wybucha w 11 minucie i zaczyna taniec, w którym jedynym partnerem zdolnym utrzymać intensywność przekazu zdaje się być doświadczony w bojach improwizacyjnych Gadecki. W kolejnym, równie długim Solaris pt. 3 & 4, schemat narracyjny jest podobny, a efekt całości równie wyrazisty. Na sam finał zaś otrzymujemy tytułową pieśń, okraszoną zmysłową wokalizą basistki.

Płyta, której słucha się doskonale w wielu okolicznościach przyrody. Wątek nocnej podróży po wyjątkowo ciężkim dniu, głuchą autostradą, być może jest wyborem najlepszym.




Alameda 4  Czarna Woda  (Instant Classic, CD)

Była Trójka, potem Piątka, także Duo. Teraz czas na Czwórkę. Alameda w składzie: Krzysztof Kaliski – gitara elektryczna, Tomasz Popowski – perkusja i instrumenty perkusyjne, Mikołaj Zieliński – gitara basowa i barytonowa, congas oraz Jakub Ziołek – gitara elektryczna, wokal, bouzouki, elektronika plus kilku gości z porcją dodatkowych dźwięków, w tym także field recordings. Czarna Woda z pięknym zdjęciami płynącej smoły. Rodzaj post-rockowego concept albumu.

Rock w czystej postaci, a także jego post-rockowa odnoga, świetnie czują się zarówno w formule zwartej piosenki, jak i w otchłani rozbudowanych struktur, których końca nie widać, których głównym zadaniem zdaje się być imperatyw zapanowania nad naszymi emocjami, a potem, w najmniej spodziewanym momencie, zadania śmiertelnego cios ekstazy. Wszystkie dotychczasowe formy personalne grupy Alameda działają dokładnie na tej zasadzie.

Czwórka ze wszystkich dotychczasowych płyt najbliższa jest muzyce rockowej, która lubi gitarowym zgiełkiem budować skomplikowane polifoniczne struktury. Być może na tle Piątki, brak jej bogactwa użytych tam środków, onirycznych wycieczek do krainy kompletnej tajemnicy, zmyślnej psychodelii, czy brutalnego mieszania gatunków i stosowania śmiertelnych rozwiązań dramaturgicznych. Być może dzięki temu, jest ona albumem bardziej komunikatywnym dla części słuchaczy. Melodią, dobrze rozumianą, rockową tanecznością urzec może bez pytania o zgodę.

Recenzentowi wszakże najbardziej podoba się ostatnie 30 minut tej długiej płyty, gdy Czwarta Alameda wzorem Piątej, stawia na nieoczywiste rozwiązania, jest błyskotliwie post-rockowa, szuka nowego i je odnajduje, choćby trawestując … post-elektronicznie swoje poprzednie nagrania.




Ugory  Matko ciszy  (Music Is the Weapon, CD & free download)

Na finał dzisiejszej muzycznej jazdy bez trzymanki, młody, krajowy band o niebanalnej nazwie Ugory. Marcel Gawinecki - gitara, bas, Marcin Haremza – perkusja, Kuba Kaczmarek - gitara, Mateusz Gawinecki – gitara, Robert Śliwka – głos oraz BIBI - głos (4), Karolina Wasilewska - głos (1).  

Ta przygoda zaczyna się w oparach nowofalowego, gitarowego oniryzmu (całkiem zasadne skojarzenie z klimatami 4AD sprzed trzydziestu kilku lat, choć niepokój w damskiej wokalizie zwiastuje już burzę z piorunami). Potem muzycy zgrabnie przebijają się przez noise’ową ścianę dźwięku. Kończą zaś w piekle wysokogatunkowego black metalu, jednoznacznie pokazując, iż cała historia muzyki gitarowej stoi za nimi.

Intensywnością minutowego Bogu Niech Będą Dzięki Ugory przypominają Brygadę Kryzys i ich równie enigmatyczny Radioaktywny Blok. Finałowa Szósta Noc Bez Snu, trwająca niemal jedną trzecią długości płyty, zrywa już ze słuchacza wszelkie wątpliwości. Prowadzi na skraj emocji i nie wskazuje drogi powrotnej.

Muzyka, która proponuje tak wiele, że nie sposób ogarnąć jej przy pierwszym, czy nawet drugim kontakcie. Na koniec tylko recenzencka prośba o pracę nad jakością dźwięku i dobrym masteringiem. Warto wgryzać się w tę muzyką w większym komforcie akustycznym.


czwartek, 21 grudnia 2017

Memoria Uno! Tom Chant! Barcelona torna l'esquena, episodi segon! *)


Przed nami kolejny, przedświąteczny odcinek kataloński. Dwie nowe, dodam od razu - niezwykłe płyty. Na pewno także wydawnictwa artystycznie niepowtarzalne w zalewie tegorocznych nowości sceny free improv po tej stronie Atlantyku.

Pierwsze powstało w samej Barcelonie, drugie zaś w miejscu nieco od niej oddalonym (wbrew mojej zapowiedzi sprzed dwóch dni) – mianowicie w Banyoles, miejscowości położonej na północ od Girony, zatem już całkiem blisko granicy francuskiej.




Memoria Uno  Conduccion #100

Zaczynamy od czwartej edycji improwizowanej orkiestry Ivána Gonzáleza - Memoria Uno, przy okazji drugiej datowanej na rok 2017 (tą pierwszą była, wydana późną wiosną w naszym pięknym kraju, Sons Of Liberty. Live at Granollers). Tym razem skład 20 osobowy, który bezwzględnie winniśmy wymienić, nazwisko po nazwisku, instrument po instrumencie. A zatem: Ilona Schneider - głos, Pablo Selnik – flet, Marcellí Bayer – klarnet basowy, Joan Mas - saksofon altowy, Albert Cirera i Tom Chant – saksofony tenorowe, Don Malfon – saksofon barytonowy, Ferran Besalduch – saksofon basowy, Vicent Pérez – puzon i efekty, Joan Bayes i Hilario Rodeiro – laptopy, Diego Caicedo i Dani Pérez – gitary elektryczne, Martín Leiton – gitara basowa, Àlex Reviriego i Marc Cuevas – kontrabasy, Ramon Prats, Juan Rodríguez Berbín i Vasco Trilla – perkusja, Iván González – dyrygentura. Tradycyjnie zatem w przypadku tej orkiestry, każdy koncert, każda rejestracja, to inny skład personalny i instrumentalny. Tu, po raz pierwszy, z użyciem nie tylko akustycznego akcesorium. 

Nagranie poczynione w lutym br. w Centro Cultural Albareda (Barcelona). Dyrygentura nr 100 trwa niewiele ponad 24 minuty. Dostarcza Discordian Records w plikach, a także – co niezwykle rzadkie w przypadku tego labela – na fizycznym nośniku (CD).

Muzycy od samego początku jedzą dyrygentowi z ręki (traktujmy ten zwrot dość dosłownie – Ivan nie stosuje jakichkolwiek notacji w procesie sterowania kolektywną improwizacją, wyłącznie gestykuluje). Niezliczone falangi instrumentów snują swoje opowieści. Jeden z saksofonów akcentuje solową obecność. Może liczyć na kontrapunkty rozbudowanych i zmultiplikowanych sekcji rytmicznych. Elektronika i głos damski także wtrącają nieodzowne trzy grosze. Gęsto, narowiście, nerwowo, gdyż łatwo o samozapłon. Mnogość mikrozdarzeń akustycznych i elektroakustycznych. Każde z nich bacznie analizowane i komentowanie w rozległym gronie muzyków. 3 minuta – odrobina elektrowstrząsów na kablach. Sekcja dęta gra walca dla introwertyków po przeszczepach mózgu. Ta chwila zdaje się wyjątkowo śliczna! W komentarzu pasus z trzygłowego potwora perkusyjnego. Tymczasem sekcja gitar elektrycznych masywnie oliwi struny. Sekcja basowa także zaznacza swoją obecność. Specyficzne search and reflect! Bez eskalacji. W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, która czai się za rogiem. 9 minuta, to skromna dynamizacja narracji – kolejne ogniska dźwięków podłączają się pod globalny flow orkiestry. Tuż potem akcent wręcz jazz-rockowy. I złowieszczy wokal! Dęciaki galopują na zatracenie! Rewia perkusyjna! Narracja gęsta, jak olej. Dzieje się tyle, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Nawet szczypta fussion like 70s! 13 minuta przynosi wybrzmienie. Pląsy na zaciągniętym ręcznym. Mikrozdarzenia, perkusjonalne grepsy i flet. Rodzaj dźwiękowego kalejdoskopu. Fantazja recenzenta buzuje! 14 minuta – atak sekcji gitar i perkusji! Doom metal w eksplozywnym natarciu! Matowy, jak świńska skóra! Uspokaja się po … 30 sekundach! A jaki był piękny! Dla przeciwwagi, romantyczny, swingujący saksofon (Cirera? Chant?) na tle twardego akompaniamentu jednej z podsekcji rytmicznych. Ciężka maszyna, jurna lokomotywa rusza z kolejnej stacji na drodze do piekła! Toczy się jednak wyjątkowo zwinnie i nie traci czasu na zbędne przystanki. Tymczasem piękny zjazd kontrabasów do samego dołu (Alex?). Orszak pogrzebowy stacza się wprost do dziury w ziemi (19 min.). Narracja niemal staje w miejscu. Sonorystyczna cisza. Dźwięki saksofonów gotują się w tubach. Cała orkiestra przebiera nogami, gotowa do wymarszu. Wichry wojny tłumione na dyszach! Pulsacje cięższych saksofonów! Struny goreją! Rytm nadchodzi wprost z piekła, dokładnie z dna saksofonu basowego! Wibratory Vasco tańczą na rozpalonych tomach! Drobne incydenty we wszystkich falangach! A kres jest tak bliski… Finałowe crescendo milknie przy gasnącym rezonansie perkusji. Cisza, jak wyrok.




Tom Chant  Stripped Abstract

Początek lipca br., wspomniane wcześniej Banyoles, a dokładnie Església de Sant Romà de Miànigues (nazwa sugeruje, iż mamy do czynienia z obiektem sakralnym). Wewnątrz siódemka muzyków, wyposażona - w znacznym stopniu - w dość specyficzne instrumentarium: Núria Andorrà – bęben basowy i … rice (ryż), Tom Chant – saksofon sopranowy, Ferran Fages – gitara akustyczna i ebow, Ángel Faraldo – stół mikserski bez sygnału wchodzącego (no-input mixing desk /cardboard bowes), Ramon Prats – werbel, Alex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – talerz i taśma magnetyczna. Nagranie zatytułowane Stripped Abstract trwa 45 minut i 45 sekund (jeden trak). Dostarcza nowa inicjatywa wydawnicza Toma Chanta (Hairy Ear Records).

Z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na płycie jest z pewnych względów nierecenzowalna, pozwalam sobie rozpocząć jej omawianie od słów, jakie zawarł w opisie wydawnictwa jej główny kreator, czyli Tom Chant.

Ten utwór jest eksploracją jednego, niejasno zdefiniowanego stanu. Stanu zawieszenia. Albo zawieszonych ciał, z których każde wibruje we własnej, unikalnej częstotliwości.

Formą utworu jest stan. Muzyka jest opisem stanu, czyni to poprzez dźwięk. Wykonawcy także pozostają w stanie zawieszenia. I każdy z nich doświadcza zmiennego stanu wewnętrznego napięcia w akcie ilustrowania tego niezmiennego stanu zawieszenia.

Z ciszy i mroku, szelestu ciemności, stanu wyczekiwania, szmerów, ustawiania przedmiotów, które za chwilę wydadzą dźwięk, po 30 sekundach, następuje start kosmicznego dronu o jednostajnej amplitudzie. Dronu, który z minuty na minutę delikatnie pęcznieje w zakresie instrumentalnym (muzycy jakby dokładali kolejne klocki do konstrukcji narracyjnej). Dodatkowe, silniejsze akcenty elektroakustyczne pojawiają się niezwykle rzadko. Rodzaj artystycznej bojaźni i drżenia. Pulsacja, rezonans, dramaturgiczny niepokój ogarniają całą przestrzeń obiektu, w którym znajdują się muzycy, także całą przestrzeń wewnątrz naszej głowy (stół mikserski czuwa!). Dźwięki płyną szerokim, wartkim strumieniem. Na prawej flance pojawią się ultra drobne incydenty w tubie saksofonu sopranowego. Na lewej, akustycznie przejawia się obecność gitary. Środkiem zaś brnie z mozołem wielka armia wibratorów Vasco Trilli, choć on sam, zdaje się, że używa wyłącznie talerza i strzępek taśmy magnetycznej. Bliżej dźwięków, które na ogół kojarzymy z elementami zestawu perkusyjnego, pozostają Andorra i Prats. Reviriego zakleszczony w głębokim smyczku, trącym żeliwne struny kontrabasu. Fages generuje prądy i fale, które przenikają przez obiekty pozostałych muzyków (recenzent wielu rzeczy jedynie się domyśla, albowiem w dronie Stripped Abstract nie sposób precyzyjnie selekcjonować dźwięki). W 9 minucie wyjątkowo uważny słuchacz doszuka się w płynnej narracji ledwie odczuwalnego crescendo, ale może to tylko złudzenie, wywołane przebywaniem w środku drona. W 15 minucie odczuwamy coś na kształt sprzężenia elektrycznego na lewej flance, na prawej zaś doświadczamy zdarzeń perkusyjnych o syntetycznym posmaku. Muzyka, rodzaj gigantycznego extremum, które wsysa do wewnątrz wszystko, co napotka na swojej drodze. Bez wskazywania drogi powrotnej. 21-22 minuta, to nanoincydenty saksofonu, jakby znaki przecinkowe w potoku świadomości autora. Tuż obok jęki konających kobiet. Żywe granie, w którym dron trzyma się stanu permanentnego zawieszenia. Jego utrzymywanie musi stanowić spore wyzwanie dla wszystkich uczestników tego spektaklu (wzdycha z podziwem recenzent!). W 28 minucie pulsacja zdaje się ulegać drobnej mutacji, ale to także może być tylko złudzenie. W 33 minucie, w nasilającym się skomleniu saksofonu (w formie regularnych, urywanych fraz), dron jakby się rozwarstwiał. Odbiorcom tych dźwięków pozostaje już tylko jedna z dwóch opcji – orgazm albo śmierć!

Finałowe pięć minut dostarcza więcej mikrozdarzeń. 43 minuta, to perkusyjne zabawki, które multiplikują się w oddali. Narracja, która od wielu chwil sugeruje zaszyty w niej noise, od 44 minuty de facto nim się staje.  Ostatnie tchnienie dronu wydane zostaje na komendę. Stan ciszy, osiągnięty w perfekcyjny sposób, smakuje napalmem o poranku. Czas Apokalipsy 2017 dokonał się!


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod drugi

niedziela, 6 sierpnia 2017

Memoria Uno! – Sons Of Liberty. Live at Granollers!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej jest współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 26 lutego 2016 roku, Casino de Granollers, Granollers (Barcelona)

Ludzie i przedmioty: Iván González – dyrygent, Julián Sánchez & Pol Padrós – trąbki, Tom Chant & Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Alfonso Muñoz – saksofon altowy i barytonowy, Christer Böthén – klarnet basowy, Pablo Rega – gitara, Agustí Fernández – fortepian, Johannes Nästesjö & Àlex Reviriego – kontrabas, Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne, Oriol Roca & Ramon Prats – perkusja, Sonia Sánchez – taniec, Conducción #77 (część V i VI).

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana, bez użycia jakiejkolwiek notacji graficznej (innymi słowy – komunikacja pomiędzy dyrygentem i muzykami odbywa się jedynie poprzez gestykulację). All music by Iván González and Memoria Uno.

Efekt finalny: Dwie fragmenty stanowiące nieprzerwany ciag dźwięków - Conducción #75 (w pięciu częściach) i Conducción #77 (w sześciu częściach) – łącznie blisko godzina zegarowa. Dostępne na krążku Sons Of Liberty. Live at Granollers (The Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, 2017). Tytułem wykonawczym jest Memoria Uno.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

# 75. Pierwszy. Konwulsyjny, choć nie dynamiczny start, silnie barwiony sonorystycznymi efektami, głównie ze strony fortepianu i sekcji saksofonowej. Seria wstępnych obcierek, z dużą dawką niepokornych, wręcz hałaśliwych dźwięków. Pyskate perkusjonalia, zwinne rezonancje, dęte i gębowe pokrzykiwania, niczym zwoływanie hordy wygłodniałych wilków. Jednym słowem – rozgrzewka na pełnym gazie! Gitara elektryczna stawia intrygujące stemple. Po wybrzmieniu tłumione reakcje call & response, z których wykluwają się pasaże zwinnych dęciaków. Drugi. Narracja gęstnieje. Pasaże trąbek grane unisono. Środowisko intensywnie sonorystyczne, które akceptuje każdy rodzaj zachowania na scenie. Wszystko idzie ku efektownej eskalacji. Muzyka osiąga swój lokalny szczyt w intensywnej ekstazie pełnego zestawu instrumentalnego – dwóch trąbek, trzech saksofonów, klarnetu basowego, fortepianu, gitary, dwóch kontrabasów, perkusjonalii i dwóch zestawów perkusyjnych (nie zapominając o silnie gestykulującym reżyserze tego spektaklu). Wybrzmienie jest równie intensywne, jak imponujące, a odbywa się w cieniu szaleńczych popisów armii perkusjonalistów. W tym zgiełku solowy popis próbuje rozpocząć trąbka. Dostaje wsparcie od barytonu. Punkty przestankowe i kontrapunktujące akcenty w pełnym galopie, budzą podziw recenzenta. Craziness!!! Trzeci. Na scenie, przez ułamek sekundy zostaje sam saksofon (tenorowy), którego tembr udeptywany jest przed drobne incydenty drummerskie. Solo saksofonu jest druzgocąco piękne (to chyba Chant!). Piano wprost z klawiatury zwinnie podłącza się z dużą dynamiką. Armia doboszy znów szaleje na skrzydłach. Narracja topi się w emocjach muzyków. Dęciaki komentują ten prawdziwie free jazzowy tygiel. Umiejętność tłumienia emocji, panowania nad rozwojem wypadków ponownie ponadnormatywny. Podobnie rzecz się ma w zakresie zdolności podłączania się pod prąd eskalacji. Tu, kolejne wybrzmienie oznacza początek… Czwartego. Dęte sonaty pogrzebowe - muzycy idą w zwartym kondukcie, opłakując koniec trzeciej części. Zwinne, molowe pasaże multiinstrumentalne. Choć niepokój czyha na każdym kroku… Z mroku wyłania się intrygująca gitara, która delikatnie spanizuje. Saksofony na boku organizują sobie małą burzę z piorunami. Nieco zagłuszają pląsy sześciostrunowca. Kolektywna wymiana poglądów politycznych, to skutek poprzednich działań. Na koniec fragmentu walczą już tylko dwa saksofony. Jest bardzo groźnie! Piąty. Eskalacja zczepionych pyskami saksofonów, fortepianu i perkusji. Biją się po twarzy, podczas gdy w tle płyną… spokojne pasaże pozostałych instrumentów. Wybrzmienie całości Kondukcji #75 smakuje cool jazzem. Na finał grają już tylko trąbki i saksofony. W poszukiwaniu ciszy i spokoju duszy.




#77. Pierwszy. Pasaż smykowy kontrabasu lewego, lekko upalony, w opozycji do kontrabasu prawego, który traktowany jest na sposób pizzicato. Rozdzieranie strun, jako tymczasowa strategia improwizacyjna. Drobne incydenty sonore wprost z talerza, jako niezobowiązujący kontrapunkt. Podobnie funkcjonujący przester gitary. Wielka orkiestra wybudza się ze snu. Poranne ablucje. A kontrabasy idą na wojnę! Eskalacja na dwa duże wiosła! Zdaje się, że piano też już się wybudziło i skromnie preparuje (piękny moment!). Narracyjnie - cisza przed burzą. Drobne incydenty akustyczne na obu flankach. Drummersi także już wstali na równe nogi. Gitara lekko zapętlona. Fala się wzbiera, fala się unosi. Choć ciągle bez dęciaków, te chrapią w najlepsze. Okazuje się, że bez nich można śmiało zawładnąć sceną. Drugi. Klarnet basowy jako pierwszy przerywa milczenie. Dęciaki wracają, ale nie widać wśród nich nadmiernego entuzjazmu. Piękny duet fortepianu z saksofonem (Munoz na alcie?). Klarnet dopowiada i prowadzi ten fragment ku silnie sonorystycznemu wybrzmieniu. Trzeci… startuje w ciszy. Pojedyncze kroki kontrabasu. Davisowska trąbka plecie ciekawą opowieść. Szczebiot perkusji. Bez pośpiechu, powolnie. Na koniec już tylko trąbka, kłuje w oczy trafną puentą. Czwarty. Ta sama trąbka kreśli zwinny rys melodyczny. Z pomocą śpieszą saksofony. Repetycja goni repetycję – każdy może się podłączyć. Zgrabny, agresywny skowyt oparty na trzech, czterech powykręcanych nutach. Narasta, tworzy swoiste crescendo. Ekscytujący moment tej Kondukcji! Piąty. Piano preparuje krokiem tanecznym. Lewa perkusja zapętla się w jego rytmie. Po ustaniu tej wyjątkowo krótkiej eskalacji, cisza, zawieszona narracja, chwile na zastanowienie. Pojedyncze dźwięki, szurania, oddechy, prawy kontrabas delikatnie znaczy teren. Reszta wyczekuje w napięciu. Piano z klawiatury gra piękną melodię. Autocytat lub wspomnienie z klasyki. Trąbki brną unisono, jakby z offu. Perkusja delikatnie swinguje…. Jakby co, to nie ona odpowiada za ten cały zgiełkSzósty. Po chwili ciszy, pełnej konsternacji, snop jasnego światła przeszywa salę koncertową. Skromne search & reflect w podgrupach. Dęciaki znów stawiają na zaniechanie (zwłaszcza saksofony). Molekularna, koronkowa improwizacja. Wzajemne przekomarzania. Urywane frazy. Twórczy chaos stymulowany i modyfikowany w czasie rzeczywistym. Narracja dostojnie toczy się ku końcowi. Trąbki sonoryzują na wdechu. Leniwe w trakcie #77 saksofony tworzą im baśniowe niemal tło. Wybrzmienie jest prawdziwie mistrzowskie! Magistral! Ciszy nie puentują oklaski. Nożyce Ivána Gonzáleza okazały się szybsze.




Recenzja w/w płyty, autorstwa Macieja Lewensteina, autora książki Polish Jazz Recordings and Beyond. Ukaże się drukiem w kolejnej części tego wydawnictwa.

***** Memoria Uno: Sons of Liberty. Live at Granollers, Multukulti Project/Spontaneous Music Tribune Series MPSMT02 Iván González (cond, leader); Julián Sánchez (t); Pol Padrós (t); Tom Chant (ts, ss); Albert Cirera (ts,ss); Alfonso Munoz (as, bs); Christer Bothén (bcl); Pablo Rega (g); Agustí Fernández (p); Johannes Nästesjö (b); Alex Reviriego (b); Núria Andorrà (perc); Oriol Roca (dr); Ramon Prats (dr); Sònia Sánchez (dance). February 2016.

In the recent years I was particularly inventive with respect to the terms characterizing various kinds of the improvised avantgarde music. "Post-avantgarde" was the first one it referees to a creative superposition of all of the contemporary trends of the improvised music, with jazz or classical roots. Barry Guy and Agustí Fernández are the unquestionable leaders of post-avantgarde.

I invented "kind free jazz" to describe the music of Ivo Perelman and Matthew Shipp. Here the emphasis was on playing in a very expressive way, but without using over-blowns, blasts and all the Brotzmanian tradition of the free jazz. The music that is being created in the Barcelona and Lisbona circles in the recent years is yet different, but it can already be clearly identified as new style of avantgarde: It term is kind free improvised minimalism. The name is obviously self-explaining: "kind", because of no Brötzman/Ayler- like explosions, "minimalism" for repetitive, slow and quiet collective and individual phrases, improvised or composed, and finally "free improvised" for an important role played by the free improvisation, despite the presence of the composed parts.

I am very proud of starting a collaboration with my friends Tomek Tomasz Konwent and Andrzej Nowak of the Multikulti Project’ label series: Spontaneous Music Tribune, that is going to specialize on free improvised and avant-garde music form the Iberian Peninsula. Andrzej told me several times that the music from this region is completely new, and now I think I understand what did he mean. Both records released so far in the Spontaneous Music Tribune series, "Völgä" (described in the Vasco Trilla's entry) and the present one are perfect examples of the kind free improvised minimalism.

Memoria Uno is a big ensemble, led by Iván Goinzález and composed of the musicians associated with the Discordian Record label, and the cult Barcelona clubs: Soda Acústic and Robadors 23. The personnel of the group is variable: in the concert promoting the record in the Sinestesia Bar Musical in July 2017 for instance, Vasco Trilla was playing on drums. There are two sets here: "Conduction # 75 (26 minutes) in 5 parts, and "Conduction # 77" (32 minutes) in 6 parts. It is very difficult to dig out something. There are parts, which belong to the more traditional free jazz genre: "Part III" of the "Conduction # 75" with fantastic solos of the saxophone and piano. "Part IV" here is , on the other hand, a fantastic, paradigmatic example of the kind free improvised minimalism. Similarly, "Part V" starts as a free jazz tune, but has a stunning slow, melancholic second part. I like in general the "Composition # 77" more. It has a quiet introductory part, explosive "Part II", with incredible work of piano and reeds, stunningly touching and "kind" "Part III", and the outstanding "Part V" and "Part VI", notable for the amazing work of Sònia Sánchez. "Sons of Liberty. Live in Granollers", together with "Völgä" and some records of the phenomenal Ilia Belorukov, is a masterpiece of this new genre of avantgarde music.


Przedruk za zgodą autora.

Wydawca przeprasza za błędy w pisowni nazwisk dwóch muzyków na okładce płyty. Great apologise for Oriol Roca and Alfonso Muñoz. Forgive me, Guys!

wtorek, 6 czerwca 2017

Agusti Fernandez – Zespół Celebracyjny, czyli Rękopis Znaleziony w… Barcelonie!


Agusti Fernandez zdaje się być kolejnym wybitnym muzykiem improwizującym, który prawie już w Polsce zamieszkał.

Trzy lata temu w Warszawie, w trakcie kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, hucznie obchodził swoje 60.urodziny. Niemal każdorazowo towarzyszy, w trakcie koncertów w naszym kraju, kolejnym składom i orkiestrom Barry’ego Guya, który bodaj jako pierwszy muzyczny nierezydent zamieszkał u nas w wymiarze artystycznym. Nie będę już tu listował innych obecności gościa z Barcelony, albowiem nie to jest celem naszej dzisiejszej opowieści

Agusti zatem niezwykle często wizytuje krajowe incydenty muzyki improwizowanej, zaś najnowsze zdarzenia fonograficzne popełnia już prawie wyłącznie za pośrednictwem polskich wydawców. Tylko w ostatnich pięciu latach w ramach krakowskiego Not Two Records ukazało się … pięć jego płyt, a pod szyldem Fundacji Słuchaj! doliczyłem się już trzech, przy czym ta pierwsza miała wymiar czteropłytowy i była dokumentacją wspomnianych wyżej urodzin (River Tiger Fire; dla przypomnienia, patrz: tu ). Dla pełnego obrazu należy dodać, iż w roku ubiegłym reedytowana została w Polsce debiutancka, solowa płyta pianisty (Ardent, Freeform Association).

Jeśli zatem światło dzienne ujrzała właśnie nowa płyta Fernandeza, będąca przy okazji kolejną dokumentacją obchodów rocznicowych muzyka z Barcelony, to bez pudła możemy wskazać, iż została wydana w kraju na Wisłą! I jakąkolwiek przeszkodą nie był tu fakt, iż nagranie zostało poczynione w Barcelonie.

Ad rem – z ogromną przyjemnością przystępuję do omówienia płyty Zespołu Celebracyjnego pod światłym kierownictwem Agusti Fernandeza. Bogactwo tej muzyki, jej wielowątkowa struktura, niemal ponadgatunkowa różnorodność, sprawiają, iż przywołuje mi ona w pamięci szkatułkowe opowieści …. Jana Potockiego, w jego wyjątkowym dziele Rękopis Znaleziony w Saragossie, który stał się inspiracją dla wybitnego filmu Jerzego W. Haasa. Zupełnie przy okazji, bez cienia wątpliwości rację przyznaję Maciejowi Lewensteinowi, który w liner notes określił muzykę zawartą na krążku Celebration mianem post-awangardy XXI wieku, która perfekcyjnie konsumuje w sobie zarówno muzykę barokową, czy dziewiętnastowieczny modernizm, jak i klasykę wieku dwudziestego, symfoniczną i kameralną, awangardę elektroakustyczną, wreszcie free jazz i muzykę swobodnie improwizowaną.






Czas i miejsce zdarzenia: 20 lipca 2015 roku, Sala Ovidi Montllor, Mercat de les Flors, Barcelona.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian (także preparowany), Núria Andorrà – perkusjonalia, Frances-Marie Uitti – wiolonczela (z drobnymi amplifikacjami, jak na ucho recenzenta), Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, Nate Wooley – trąbka, Pablo Ledesma – saksofon altowy, Ingar Zach – perkusjonalia, Joe Morris – gitara elektryczna. Muzycy wymieni w kolejności, w jakiej najprawdopodobniej ustawieni byli na scenie, patrząc od lewej strony. Na finałowe fragmenty koncertu do Oktetu dołączyła tancerka Sonia Sánchez.

Co gramy: cytując Fernandeza - Spontaneous Collective Improvisation - delikatnie sterowaną przez lidera (nie znamy szczegółów technicznych procesu). Zgodnie z komentarzem zamieszczonym na okładce płyty, muzyka ze względów formalnych została przypisana pianiście w aspekcie autorskim.

Efekt finalny: koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków, trwa prawie 74 minuty. Podzielony został na dziesięć części (parts) jedynie dla wygody słuchaczy, jakkolwiek początek każdego kolejnego fragmentu oznacza tu zmianę sposobu narracji i kierunku improwizacji, zatem sam podział zdaje się być dramaturgicznie uzasadniony. Na finał otrzymujemy także kilkuminutowy bis (encore). Od kilku tygodni dostępny jest zapis fonograficzny tego koncertu, wydany na CD jako Agusti Fernandez Celebration Ensemble (Fundacja Słuchaj!, 2017). Dodajmy, że podzielony na dziesięć części koncert zwie się … Celebration.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Start! Głębokie inside piano dla rozszerzenia naszych naczyń krwionośnych, dla pobudzenia skupienia i wyobraźni. Pojedyncze, akustyczne interakcje, westchnienia, przedechy, mikrotonalne palcówki po gryfach, wilgotnych strunach i niedotartych dyszach. Post-awangarda w rozkwicie, niczym pawi pióropusz. Ośmioro muzyków, trzy dęciaki, piano i rozbudowana sekcja – struktura nastawiona w tym akurat momencie na polerowanie powierzchni płaskich i smukłe przytulanki w ramach spokojnej, leniwej wręcz narracji. Wyczekiwanie na to, co spreparuje jubilat Agusti. Szczypta elektroakustyki opada na muzyków, choć grają bez prądu. Tłumione dudnienie stopy przywołuje złe duchy z przeszłości. W oczach muzyków nie widać jednak strachu. Gustafsson brnie w typowe dla siebie przedechy, Wooley preparuje mikroincydenty tuż obok niego, strunowce oliwią się, szukając pretekstu do skromnej choćby eskalacji. Narracja systematycznie zagęszcza się, rośnie ilość dźwięków na metr sześcienny przestrzeni sali koncertowej. Agusti, prawdziwy mistrz ceremonii, działa jakby dwutorowo. Raz jest stymulatorem, innym razem destymulatorem procesu dynamizacji improwizacji. W ramach wciąż jeszcze wstępnej gry, natrafiamy na soczysty dialog fortepianu i gitary, z dwóch przeciwległych krańców sceny (pod koniec naprawdę na ostro!). W ten skromny tygiel emocji wciska się baryton i inny nieokreślony dźwięk dęty. Czas na drobne wyciszenie (zmiana cyfry na odtwarzaczu). Kolektywne, ale i separatywne robótki ręczne – zdaje się, że wiolonczelistka delikatnie amplifikuje swój dźwięk. Cały Ensemble drży złowieszczo, niczym zakrzywiona estetycznie filharmonia. Nuria i Ingar – perkusjonalni kuglarze - skromnie znaczą teren, prawie w ogóle nie używają bębnów. Trębacz uroczo kwili na przednówku, z wiolonczelą i dzwoneczkami w tle. Znów cisza, zaniechanie, wyczekiwanie, mikrotonalność – takie fragmenty zdają się być najpiękniejsze w trakcie koncertu. Przypominają piękną kobietę, intrygująco odzianą i kryjącą w sobie setki tajemnic, których wcale nie chcemy teraz odkrywać. Atakuje nas nerwowy tembr od samego dołu (piano i wiolonczela), spanizująca gitara i marsz dęciaków w szyku unisono, mocno ku górze. Eskapicznie narastająca, niebanalna eskalacja toczy się cudnie, a ilość dźwiękowych fajerwerków budzi respekt recenzenta. Mats ciekawie podczepia się pod sufitem i krzyczy mając prawie zamknięte usta! Tygiel post-gatunkowy w stanie krytycznego wrzenia!




Kolejne wyciszenie jest jeszcze bardziej dobitne niż poprzednie. Wooley puentuje je czułym, ale nieco północnym tonem. Na moment mamy drobny podkoncert z wyłącznym udziałem trójki dęciaków. Pięknie krzyczą na siebie! Tryumfalnie powraca Fernandez i dynamiczną palcówką po klawiaturze diametralnie zmienia obraz rzeczywistości. Dobosze idą po swoje i startują do tygrysiego lotu! Baa, cały ansambl ma tak niecne zamiary! Ledesma jedzie na ostro, a może to Gustafsson, a może… obaj – what ever you want! Wiolonczelistka jest rozgrzana, jak wysoko energetyczny piekarnik! Piękne dialogi w formule call & response! Fortepian flirtuje z perkusjonaliami, a wiolonczela płynie w niskim rejestrze (wonderful!). Morris zwinnie zaplątuje się w struny gitary, a wszystko wokół wiruje i tryska płynami ustrojowymi - prawdziwie zbiorowy orgazm! Mnóstwo wydarzeń dzieje się na obu flankach, któremu towarzyszy wiele chwil ciszy na samym środku sceny. Wtem wraca Wooley i zabiera Fernandeza wraz z Morrisem na trzyosobową eskalację na niebotycznym poziomie (przypomina się doskonała płyta w takim zestawie personalnym). Cisza po tej rejteradzie smakuje, jak niezasłużona kara! Ale brak czasu na chwilę refleksji…, albowiem startuje kolejna ognista marszruta.

Jubilat Fernandez pozostaje w stanie orgazmu permanentnego, mocno wspierają go w tej trudnej chwili Nuria i Ingar, brnący w ciekawą sonorystykę Frances i Pablo, a także kipiący z emocji Joe. Dzieję się tu tak wiele, że kajet recenzenta aż pęka w szwach z nadmiaru notatek. Stemple Matsa w samych środku tego pożaru nie do końca trzymają poziom (uwaga złośliwego komentatora). Pianista nie przestaje grać choćby na moment! Znów wyłania się tłuste trio – fortepian, baryton i gitara. Pieprznie i na mokro! Pablo podłącza się bez pytania, także Nuria i Ingar (eskalacja!). Zupełnie niespodziewanie na moment prawie wszyscy milkną, dając trzy nanosekundowe chwile na indywidualny popis gitarzyście, który wpada w degresywną… progresję. Nowa narracja jest bardzo płynna, znów odrobinę elektroakustyczna. To chyba sprawka wiolonczelistki – dręczy gryf swojego instrumentu smykiem, naładowanym plusami i minusami. Baryton prycha, Nuria prowadzi z nim bardzo konkretną grę wstępną. Cisza na ułamek sekundy, gwałcona spokojnymi akordami piana. Z kajetu recenzenta: narracja, dramaturgia, zamysł całości delikatnie przeładowane treścią.




Ów moment wyciszenia, refleksji trafia się nam w wyjątkowo udanym momencie. Muzycy łapią oddech na finał. Słuchający dostają nową perspektywę percepcji całości koncertu. Wyładowania atmosferyczne! Ewidentnie brak winnego! Wrzący tygiel! Tuż potem piękny pasus pianisty - nostalgia, intelektualny chłód. Dzwonki na prawej flance. Wszystko ma się ku definitywnej dynamizacji. Trupie unisono dęciaków. Potężne brzmienie ośmiu ciał muzycznych i nóg jednej tancerki, która niepostrzeżenie wkleja się w bieg wydarzeń. Święto Wiosny epoki post-post-modernizmu. Ensemble krwawi obficie, nawet pot ma kolor czerwony. Ekscytujący moment! Magia chaosu, który akurat w tej sytuacji daje się chytrze okiełznać. Wybrzmienie… Agusti, Frances, Joe… Cisza... Koniec… Oczekiwanie na burzę oklasków trwa więcej niż kilkanaście sekund!  Standing ovation, cyklon z piorunami. Widownia też daje z siebie wszystko! Czas na drobny encore… który w mgnieniu oka przeradza się w drapieżny, soczysty i krwawy lot ku zatraceniu. Recenzent nie napisze już, czym tryska po ścianach, bo nie wypada. Prawdziwy pożar! Bataliony proszą o ogień! Zapach spalonej sierści! Niczym Globe Unity Orchestra w młodych, pionierskich latach! Uff! Siedemdziesiąta czwarta minuta wybiła na zegarze.


                                                                                         

piątek, 19 maja 2017

Tom Chant – The Story of Separate Wanderer/ La historia de rodamon per separate *)


Nadprodukcja dźwięków jest immanentną cechą muzyki improwizowanej. Teza ta często pada na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej, co więcej stała się inspiracją dla jej podtytułu.

Dyskografie największych tuzów tej muzyki wypełniłyby szafę stąd do Władywostoku. Muzyka powstaje nieustannie, jej twórcy chcą ją upubliczniać, a wydawcy produkować. Trochę gorzej jest na końcu tego swoistego łańcuszka pokarmowego. Tych, którzy chcieliby kupować efekt finalny tego procesu, czyli płyty, jakby…. ubywało. Ale rozważania te nie są przedmiotem niniejszej opowieści.

Dziś zaprezentujemy dorobek artysty, który egzystuje trochę na przekór wyżej zaprezentowanym tendencjom. Mimo blisko dwudziestoletniej obecności na scenie muzyki improwizowanej, jego dyskografia nie przekroczyła dotąd… kilkunastu pozycji (licząc płyty z jego personaliami w roli autora lub współautora).

Oto przed nami, urodzony 42 lata temu w Dublinie, wychowany, także muzycznie w Zjednoczonym Królestwie, od wielu lat rezydujący w Barcelonie, doskonały saksofonista i wybitny improwizator – Tom Chant i jego muzyka. Poznajmy najważniejsze epizody w jego dotychczasowym, improwizowanym życiu.




Nasza opowieść będzie miała dalece turystyczny wymiar. Rozpoczniemy od jak najbardziej współczesnej wizyty w pięknej Barcelonie, potem cofniemy się w czasie o blisko dekadę, by gościć w pewnym paryskim mieszkaniu. Następnie – po raz kolejny naruszając chronologię wydarzeń - dłuższą chwilę spędzimy w Londynie, by na sam koniec powrócić do stolicy Katalonii i dokładnie sprawdzić, co działo się tam w roku 2011.


Przystanek Barcelona - sztuka wolnej improwizacji

W duchu dobrze rozumianej, iście filmowej dramaturgii, zacznijmy od trzęsienia ziemi. Pewnego wczesnowiosennego dnia trzy lata temu i w dwa kolejne dni lutego następnego roku, Tom Chant rejestruje w Barcelonie trzy niezwykłe spektakle muzyki swobodnie improwizowanej. Poznajmy je z istotnymi detalami.

L' Ateneu, Barcelona, 15 marca 2014. Na scenie nasz bohater, uzbrojony w saksofon tenorowy i sopranowy. Po lewej flance wspomagać go będzie Lê Quan Ninh, po prawej Núria Andorrà. Oboje grać będą na instrumentach perkusyjnych. Nagranie – nieprzerywane przez zbędne pauzy -  potrwa 55 minut, a edytorsko odnajdziemy to jako Live at L'Ateneu Barcelonès (Discordian Records, 2014).




Dalece wyszukane techniki artykulacyjne Chanta, on sam i jego buchająca fajerwerkami wyobraźnia, wepchnięte zostają pomiędzy dwa silnie sonoryzujące zestawy perkusjonalii. Gdy te, z wytrwałością godną największego szacunku, polerują powierzchnie płaskie, saksofon stara się je… naśladować. Gdy ten ostatni eskaluje przedechy, napotyka na ripostę podwójnego, okrężnego drummingu. Narracja jest zwinna, nie popada w galop, a każdy z muzyków stara się podążać ku jednorodnemu brzmieniu całego tria. To ewoluowanie w kierunku akustycznej symbiozy sprawia, że w wielu momentach domyślamy się autora dźwięku jedynie po tym, skąd do nas dociera dociera. Owo zatracenie źródła dźwięku, bardzo charakterystyczne dla zaawansowanych, współczesnych technik improwizatorskich, będzie nam towarzyszyć w trakcie całego koncertu. I dodatkowo silnie stymulować naszą wyobraźnię. To swoiste, wielokierunkowe naśladownictwo muzycy realizują perfekcyjnie. Każdy z nich, naprzemiennie, staje się inicjatorem ciekawego sonorystycznie rozwiązania, które stanowi bodziec do reakcji dla partnera. Prawdziwa symfonia pomysłów! Dramatyczny, trójgłowy demiurg! Być może muzyczna wersja społecznej zasady imitacji. Brzmienie obu perkusjonalistów zdaje się być elektroakustyczne, choć żadne znaki na niebie i ziemi, nie wskazują na użycie jakichkolwiek amplifikacji (być może to efekt pogłosu sali koncertowej). Dwie prawdziwe, rozszalałe suwnice kolejowe! Gdy na moment saksofon zamilknie, stworzą iskrzący, niebywale elokwentny, post-elektroniczny dialog. Kaczy powrót dęciaka, który brzmi jak sopran, choć może to tenor, eskaluje emocje i wzbudza u wszystkich nastroje wojownicze - agresywni dobosze vs. wirujący wokół własnej osi saksofon. Jedynie słuszną reakcją, po eksplozywnym wybrzmieniu, zdają się być sonorystyczne igraszki na pograniczu ciszy. W atmosferze wzajemnych uszczypliwości, prowadzą nas one na manowce akustycznej przyjemności, o delikatnie elektroakustycznym (znów!) posmaku. Z kajetu recenzenta: prawdziwa orgia zmysłów odpowiedzialnych za słuch! Na finał muzykanci delikatnie ześlizgują się z sonorystycznego szczytu, który przed momentem był ich udziałem. Osuwają się w ciszę, w artystyczny niebyt, któremu istotny sens nadają dopiero burzliwe oklaski z drugiej strony sceny.

Discordian Studio, Barcelona. 27 lutego 2015 roku. A w środku, już gotowi do walki - Susana Santos Silva na trąbce, Vasco Trilla na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym. Będą improwizować w dziewięciu odcinkach, które potrwają łącznie 52 minuty. Edytorsko zwać się to będzie The Paradox Of Hedonism (Discordian Records, 2015). **)




Pierwszy. Zdaje się, że w także tym nagraniu zasada imitacji będzie często stosowanym środkiem artystycznego wyrazu. Kąśliwe sonore na dwa dęciaki i perfekcyjnie zwinną maszynę perkusyjną. Drugi. Wietrzenie rur, tak tej blaszanej, jak i tej drewnianej. Przedmuchiwanie zapleśniałych dyszy, polerowanie krawędzi werbla omszałym smyczkiem. Spektakl wielowymiarowych technik artykulacyjnych. Trzeci. Kolejny krótki interwał, tak jak poprzednie, stanowiący dramaturgicznie zamkniętą całość. Ten akurat leje się przez ręce, jest refleksyjny. O ile Tom stara się być delikatnie psychodeliczny, o tyle Susana brnie w nieco oczywiste rozwiązania. Vasco na boku dłubie swoje robótki ręczne i nic sobie nie robi z drobnych złośliwości recenzenta. Finał etiudy jest wszakże pyskaty, lubieżnie wyszczekany. Czwarty. Kołysanki dla niekoniecznie grzecznych dziewczynek i takiż chłopaków. Minimal art of choice and gently noise, rzekłby poeta. Skupienie jest tu definitywnie metodą twórczą. Piąty. Cichy tupot mew o pusty pokład. Dużo wyczekiwania na linii Susana-Tom (a może zbyt wiele artystycznego respektu). Vasco wykorzystuje okazję i bierze sprawy w swoje ręce, nawet pozwala sobie na … rytmiczne bębnienie.  W efekcie – drobna galopada i udana próba eskalacji hałasu. Szósty. Trójgłos niemal oralny. Długie, lepkie dźwięki, choć na skrzyżowaniu trąbki i saksofonu, znów trochę za dużo imitacji, a za mało separatywnych, wrogich kreacji. Vasco ponownie czeka na przebieg wypadków… Dramaturgicznie, nagranie nie posuwa się do przodu. Siódmy. Perkusista jakby dosłyszał uwagi recenzenta i dynamicznie opukuje swoją drummerską maszynerię. Na bokach w zasadzie bez zmian. Tom trochę hałasuje, a Susana dmie. Końcowe sekundy tego fragmentu są jednak zaskakujące ogniste. Ósmy. Ze skrzydeł dobiegają groźne pomruki, a Vasco smykuje – wszyscy na pograniczu ciszy. To właśnie w tym momencie konsekwentne porzucenie zasady imitacji, pcha tę minimalistyczną narrację ku nieoczywistym rozwiązaniom i gotuje umysł recenzenta (dzieje się!). Dziewiąty. Susana zdaje się zmieniać instrument, brzmi bowiem jak… okaryna. Vasco frasobliwie drży. Tom intrygujaco pracuje na dyszach. Jakby im wszystkim wody odpłynęły. Pomysł goni pomysł. Finał płyty zadość czyni wszelkim ambiwalencjom recenzenta. Z kajetu tego ostatniego: świetny początek, odrobinę przegadany środek i wyśmienite, zaskakujące zakończenie. Dodajmy - po skutecznym odrzuceniu zasady imitacji. Ot, cały paradoks hedonizmu.

Golden Apple Studios, Barcelona. 28 lutego 2015r., czyli dokładnie 24 godziny po … rejestracji Paradoksu Hedonizmu. Tom Chant - saksofon tenorowy i sopranowy, Ferran Fages - gitara akustyczna i Núria Andorrà – perkusjonalia. Będą niezwykle swobodnie improwizować przez blisko 54 minuty. Ich wyczyny poznamy w czterech częściach, pod wspólnym tytułem Un cuc dins l'ull (Discordian Records, 2016).




Uno. Od pierwszego dźwięku wpadamy w mroczne zakamarki zdewastowanej psychiki, być może całkiem zdrowych muzyków. Trzaski, mikrogrzmoty. Aura skrytości, pokrętnej tajemniczości. Ferran sprzęga się w wymiarze akustycznym, brzmi soczyście i niemal demonicznie. Nuria zdziera membranę z werbla, a Tom przedmuchuje dysze. Narracja toczy się leniwie, trochę jak w poszukiwaniu utraconego dźwięku (męska część załogi na pewne doświadczenia w nagraniach dla angielskiej Another Timbre Records). Do granicy ciszy jest już tak blisko, że chwilami trudno słuchaczowi ogarnąć zamysł dramaturgiczny aktorów. Skupienie na pojedynczym dźwięku szczytuje u każdego z muzyków ( typowe w takich wypadkach, problemy z rozpoznawaniem ich źródła stają się naszym udziałem). Zwłaszcza gitara i akcesoria perkusjonalistki zdają się grać tym samym tembrem. Jeśli już muzycy łapią odrobinę decybeli, zlewają się w trójgłowy dron, a atmosfera całości intrygująco gęstnieje. Ferran nieustannie stawia słuchacza w obliczu dysonansu poznawczego – być może używa tajemniczych przedmiotów i wczepia je w swój instrument, gdyż efekty foniczne jego działań są permanentnie zaskakujące. Płynna narracja, stabilna dramaturgia nie obniżają wszakże poziomu trudności w odbiorze tej rejestracji, nawet dla wyrobionego odbiorcy. Dos. Kolejne akustyczne zaskoczenie… Ferran jednak gra na gitarze, a tu robi to na sposób odrobinę bardziej konwencjonalny. Zdobi pojedynczymi akordami, głębokie wdechy Toma. Nuria poleruje talerze. Innymi słowy – tym razem bez elektroakustycznych zagadek. Incydentalnie ten fragment potrafi być nawet głośny. Tom zwinnie moduluje tembr saksofonu, Nuria brzmi, jakby uciekła do głębokiej komory akustycznej, a Ferran stawia akordy o zmiennych parametrach, trochę na zasadzie call & response, pozostając jednak w opcji separatywnej. W wyniku niespodziewanej, dość subtelnej eskalacji, finał drugiego robi się wręcz noisowy, kapkę industrialny. Tres. Miniatura, mniej niż pięć minut. Jak mlaśnięcie ozorem… Ferran sprawia wrażenie, jakby grał na dęciaku. Nuria udźwiękowia słuchowisko kryminalne, a Tom grzmi na tłustym tenorze. Manipulacje na gitarze znów intrygują ponadnormatywnie. Cuatro. W parzystych numerach gitara powraca z tradycyjnym soundem. Tom testuje swój sto pięćdziesiąty dziewiąty rodzaj aktywności akustycznej na tej sesji. Nuria w permanentnej podcierce. Trochę się tu wszyscy siłują, trochę do siebie mizdrzą, trochę przechwalają, kto zagra najbardziej frapujący dźwięk. Gdy udaje im się zlepić w industrialne ciasto, jakość tej improwizacji rośnie w tempie geometrycznym. Eskalacja, koherentne zwarcia dodają tej muzyce polotu, uroku, swoistej kompatybilności. Finał jest gęsty, niebanalny, złowieszczo i długo wybrzmiewa…


Przystanek Paryż – powrót do przeszłości

Na osi czasu cofamy się o prawie pełną dekadę. Fizycznie, uroczą Barcelonę zamieniamy na nieco zapyziały, choć równie zjawiskowy Paryż. By poznać, być może najwybitniejsze jak dotąd, nagranie z udziałem Toma Chanta, niespodziewanie gościć będziemy musieli w … prywatnym mieszkaniu. Jest 21 kwietnia 2005 roku. Właścicielem nieruchomości okazuje się libański gitarzysta i perkusjonalista Sharif Sehnaoui. Zagra nam na gitarze akustycznej. Zaproszony gość wyposażony zostanie jedynie w saksofon sopranowy. Panowie w stanie wrzenia improwizacyjnego pozostaną przez blisko 68 minut. Na płycie efekt ich wysiłków (all music by the musicians) poznamy w trzech częściach, opatrzonych tytułami. W nieistniejących sklepach z dobrą muzyką odnajdziemy je pod szyldem Cloister (Al Maslakh Records, 2006).




Us Three. Emocje od samego startu - pot, westchnienia, zgrzyty, szemrzący wrzask. Poczucie zatracenia źródła dźwięku, czyli … jesteśmy w domu. Szczęśliwie wiemy, że saksofon grzmi w lewym uchu, a gitara rzeźbi w prawym. Wiele wydarzeń toczy się na pograniczu ciszy. Sharif szarpie się ze strunami. Tom szuka najdelikatniejszego dźwięku na sopranie, jest bliski grania bezgłośnego, aż czuć smak suchej dyszy. Być może, co sugeruje tytuł, muzyków jest nawet trzech. Gdy udaje im się zdynamizować ten onomatopeiczny dialog, pełen nieoczywistych kwestii, sound ich instrumentów kładzie recenzenta na kolana (z kajetu tegoż: akustyczne fajerwerki!). Narracja improwizacji jest niebywale zmienna. Co dwie, trzy minuty każdy z muzyków generuje po kilka nowych pomysłów na rozwój sytuacji akustycznej. Industrialny noise, wielowymiarowe, stylistyczne hybrydy, a przed nami wciąż … tylko dwóch facetów, z dwoma skromnymi instrumentami nieamplifikowanymi. Wyobraźnia muzyków święci boskie niemal tryumfy. Dźwięki teoretycznie płyną do nas z Paryża, ale słychać w nich zgiełk libańskiej pustyni, jej nieprzewidywalność i grozę dnia codziennego z jednej strony, a pochrapywanie Królowej Matki z drugiej.

Four Sputnik. Definitywnie pasyjna gitara w opozycji do sopranowego drona. Tu każdy pomysł artystyczny ma rację bytu. W tym akurat momencie mamy wrażenie, że grają dwaj wytrawni perkusiści (okolice 4 minuty), zwłaszcza Sharif reprezentuje takie konotacje brzmieniowe. Każdy z muzyków jest tu małą orkiestrą, która wydaje z siebie miliony dźwięków jednocześnie, choć dynamika narracji jest dalece umiarkowana. Zmieniając tę sytuację, muzycy jakby odkrywali istotę akustyki swoich instrumentów, co eskaluje poziom entuzjazmu recenzenta, poza granice jego skromnej percepcji. I znów dotyka nas zmiana kierunku improwizacji, bo tutaj stan permanentnej zmiany, jak w każdej korporacji, konstytuuje jakość muzycznego spotkania w domowym zaciszu. Moment czystego frazowania, nieczęsty w trakcie prawie 70 minut nagrania, także stanowi tu wartość samą w sobie. Kolejna, dwieście czternasta zmiana sposobu artykulacji i narracji jest brylantowa, dalekowschodnia, ujmująco niewspółczesna, jakby nie z tego świata (16-17 minuta tego fragmentu, to być może moment kluczowy tego wydawnictwa).

What About Seven? Podmuchy mroźnego sopranu i perkusyjne łyżeczkowanie gitarzysty (innymi słowy – bardzo swobodny drumming). Statyczno-dynamiczny zadzior, który finalizuje się bez rozszarpywania ran, dając asumpt do krwistej galopady, nie pierwszej dziś, ale z pewnością najbardziej dynamicznej. Po perfekcyjnym wyciszeniu – intrygujące szorowanie nabrzmiałych instrumentów. I ciągle tysiąc pomysłów na sekundę, jak dobić tonącego w euforii recenzenta. Dowody rzeczowe? Proszę bardzo – wielowątkowy, oniryczny pasus, pachnący upalonym lontem bomby, która nie ma zamiaru wybuchnąć (okolice 15 minuty). Muzycy potrafią pozostawać przez wiele minut w czeluściach psychodelicznego transu, gdy gitara jednego z nich ewidentnie cuchnie rozgrzaną do czerwoności pustynią. Z kajetu recenzenta: wyborne! Sharif – nowy wymiar preparowanej gitary, w czysto akustycznym aspekcie! Pod koniec brzmi, jakby to Vasco Trilla uruchomił swoją wibrującą maszynę perkusyjną! A na lewym skrzydle narracji, sopranowa poezja incydentu dętego – ta właśnie wersja wynalazku Adolfa Saxa najpełniej oddaje kunszt Toma Chanta! To jest jego instrument! Genialna płyta!


Przystanek Londyn –  wolny jazz epoki ponowoczesnej

Być może recenzent winien w tym momencie nieco wystudzić emocje, płynące z odsłuchu kolejnych doskonałych nagrań z udziałem Toma Chanta, ale obawia się, iż… jest to niemożliwe. Definitywnie i bezceremonialnie meldujemy się bowiem w Londynie! I w komplecie stawiamy na koncercie w The Network Theatre (Waterloo). Kalendarz podpowiada, iż jest 13 czerwca 2012 roku. Na scenie nasz bohater (saksofon tenorowy i sopranowy) i dwóch takich, co to nie biorą jeńców – John Edwards na kontrabasie i Eddie Prevost na perkusji. Ów trójgłowy, istotnie freejazzowy demon będzie improwizował przez blisko 75 minut. Dostaniemy to w dwóch częściach, na płycie All Change (Matchless Recordings, 2014).




Sekcja jak dzwon i diabelski saksofonista! Będzie się działo! Od pierwszego oddechu Toma efektowny, boleśnie współczesny free jazz staje się naszą bezczelnie prawdziwą rzeczywistością. Bez nadmiernie eksponowanych pasaży i popisów indywidualnych, skupiony, bezpretensjonalny pokaz artystycznych środków wyrazu trzech wspaniałych muzyków. Przy okazji, także moment na odnalezienie potencjału, kompetencji i poziomu kreatywności Toma na tle ultra kosmicznej sekcji rytmicznej. Saksofonista świetnie sobie radzi w skupionych narracjach free improv, doskonale czuje się także w krwistych, jazzowych frazach, klasycznie zdeterminowanych fragmentach opowieści. Melodyka, wachlarz improwizacyjnych grepsów, wyobraźnia, dryl i zwykły pomyślunek są wielkimi atutami Chanta. Do 25 minuty gra na tenorze, potem chwyta za sopran i z miejsca staje się królem polowania. Brzmi jak Coltrane, by po kilku sekundach zamienić się w ornitologiczną poczwarkę, która ryje nam beret specyficznym sub-soundem (może gra w nogawkę, jak na tegorocznym koncercie z Vasco Trillą w Barcelonie, w Soda Acustic). Sekcja stawia nas permanentnie do pionu swymi nieludzkimi kompetencjami. Pod koniec części pierwszej cała trójka idzie na sonorystyczne zwarcie. Chant momentalnie łapie klimat z Edwardsem, który w trakcie incydentalnego popisu solowego, żłobi wyostrzonym smyczkiem bruzdy w podłodze. Saksofonista zwiewa kurz ze strun kontrabasu z gracją gwałciciela lokalnych niewiast. Ale smakowite! No i znów te nogawkowe brzmienie!

Krążek All Change firmowany jest nazwiskami wszystkich muzyków (z Tomem na pierwszej pozycji). Nie sposób nie odnieść tej muzyki do efektów poprzednich spotkań tej trójki improwizatorów, które miały miejsce wiele lat wcześnie, jednakże wówczas, pod szyldem Eddie Prevost Trio. Co równie istotne, pierwsze kroki na polu muzyki improwizowanej Chanta, to właśnie płyta Touch (1997) tegoż tria. Dwie kolejne, to The Virtue In If (2001) i The Blackbird's Whistle (2004, wszystkie stanowią rejestracje studyjne, a wydane zostały przez Matchless Recordings). Warto zauważyć, że na dwóch pierwszych Chant gra wyłącznie na saksofonie sopranowym, zaś na trzeciej – na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym. Te trzy incydenty free jazzowe można potraktować jako swoistą szkołę przetrwania dla młodego, pełnego ambicji muzyka. Posłuchajmy, cóż interesującego pojawia się na tych wydawnictwach.

Chant, wyposażony w drobny saksofon sopranowy, dzielnie wkleszcza się w rozpadliny gęstej narracji kontrabasu i perkusji. Jak hartowanie szkła, szlifowanie diamentu – Tom wychodzi z tego umorusany od sadzy, lepki od potu, ale zdecydowanie zwycięski. Sekcja jest zwarta, krnąbrna i wcale nie ułatwia zadania aspirantowi. Chant dostaje od niej jednak tak wiele swobody, przestrzeni i pikantnych podpowiedzi, że śmiało może przetrenować wszelkie nowe pomysły w zakresie technik artykulacyjnych. Znów świetnie plasuje sound saksofonu na tle smykowatych pasaży kontrabasisty. Szczególnie w piątym numerze drugiej z sopranowych płyt, ta dwójka osiąga kosmiczną symbiozę, a w trakcie finału łączy się w soniczny dron, który wyjątkowo długim dwudźwiękiem, wieńczy doskonałe nagranie.

Na ostatniej z płyt tria Prevosta, nasz adept jest już starszy o kilka lat, wypełniony nowymi, wartościowymi doświadczeniami. Sięgając po tenor potrafi być istotnie zadziorny i szukający swady. Gdy dmie w klarnet basowy, zaczyna nawet rządzić starszymi kolegami i rozstawiać ich po kątach, zwłaszcza w narracjach bardziej dynamicznych. W czwartym numerze daje sygnał, iż śmiało mógłby stanąć w szranki rywalizacji z samym Dolphy’m. Całe nagranie aż kipi z emocji, jest naładowane pozytywną, muzyczną agresją. Sekcja gra, jakby była podłączona pod sieć wysokiego napięcia, a saksofon, co rusz pokrzykuje z radości. Finał znów jest dwugłosem Chanta (bcl) i Edwardsa, tym razem w klimacie deep listening music.


Przystanek Londyn – elektroakustyczna współczesność

Czas na moment kastracyjnego wyciszenia. Pozostajemy w Londynie, ale przenosimy się do obiektu sakralnego. Właśnie rozpoczął się nowy, 2009 rok (jego czwarty dzień). Muzycy przytargali do Kościoła St. James opasłe tomy pięciolinii (John Cage, Michael Pisaro), głowy mając wypełnione literackimi inspiracjami (Samuel Becket, William Bronk). Personalnie są z nami – Tom Chant (saksofony i klarnet basowy), Angharad Davies (skrzypce, obiekty), John Edwards (kontrabas) i Benedict Drew (elektronika, obiekty). Zagrają długo (prawie 70 minut) i wielowymiarowo (także bez wskazówek z pięciolinii), a w nasze łapska dostanie się po niedługim czasie krążek Decentred (Another Timbre, 2009).




Reader, Listen: Harmony Series No.10 (komp. Pisaro; dźwiękowo jedynie kontrabas i skrzypce). Jednorodne, krótkie, przerywane ciszą pasaże unisono, kreowane przez dwa strunowce. Piękne brzmienie i … emocjonalna pustka. Cisza pomiędzy dźwiękami zdaje się mieć więcej życia w sobie. A jest tu jej, istotnie w nadmiarze.  Activation (Improvisation). Do żmudnej walki o odzyskanie uwagi słuchacza rusza cały kwartet. Konwencja search & reflect. Bez szczególnego napięcia, ale z silnie zaznaczającym swoją obecność Chantem na klarnecie basowym. W tle subtelna, nienatarczywa elektronika, sycząco-skwiercząca. Dynamika improwizacji jest trupia, ale w końcu jesteśmy w szponach Another Timbre! A muzycy i tak sprawiają wrażenie, że łypią okiem w kierunku pulpitu (tu: czystego jak łza). Four 6 (komp. Cage, … 30 minut, kwartet). Ciekawe akustycznie cykady, mruk kontrabasu i świergot dęciaka. Incydentalnie frapujące brzmieniowo interakcje na linii kontrabas-saksofon sopranowy (Edwards vs. Chant, skąd my to znamy?!). Nie brakuje innych, równie doskonałych interakcji akustycznych. Ale, czy te perły łączą się w spójną całość? (w głowie kompozytora – na pewno!). Ponownie iskrzy na linii kontrabas-dęciak (bcl), a pytanie, kto brzmi piękniej i dobitniej, pozostaje retoryczne, wszak jesteśmy w kościele, mając doskonałą akustykę jako … dopust boży. Natłok akustycznych egzorcyzmów jest imponujący, ale emocje u recenzenta przyjmują wartości ujemne. Jeśli interakcja pomiędzy muzykami jest zaprogramowana, a nie intuitywna, czar pryska… La Voix Qui Dit: Harmony Series No.8d (komp. Pisaro, skrzypce i klarnet basowy). Tytuł brzmi jak adres pocztowy. Mikrodron atakowany (łechtany) przez incydentalne pomruki klarnetu. No action, no pain niestety. Decentring (Improvisation). Znów muzycy w komplecie. Po takiej marszrucie z pięciolinii, dryg do improwizacji u muzyków w całkowitym zaniku… Snują się po kątach i obgadują maniery kompozytorów współczesnych. Wydają niezobowiązujące dźwięki, które odrobinę ze sobą konweniują, delikatnie łaskocząc po skroniach wynudzonego recenzenta. Takie mało dotkliwe call & response. Sopran Chanta zgłasza się do odpowiedzi i podejmuje trud ratowania tej stanowczo za długiej płyty (okolice 8 minuty). Ale filharmonia wyszła właśnie na kawę i nie ma z kim pogadać.  Flux: Harmony Series No.8a (komp. Pisaro, kontrabas i elektronika). Szum z kabla kreuje ciekawy dysonans poznawczy. Cisza jako jedyny dostępny kontrapunkt. Z kajetu recenzenta: (brak wpisów).


Barcelona wcześniej – retrospektywa 2011

Dżdżysty Londyn opuszczamy bez żalu. Tym bardziej, że wracamy do Barcelony! Sprawdźmy, jakie nagrania współtworzył Tom Chant w pierwszych miesiącach swojej katalońskiej rezydencji. Jest rok 2011. To właśnie wtedy, wenezuelski saksofonista i kompozytor El Pricto skutecznie zawiązuje inicjatywę edytorską pod nazwą Discordian Records. Nagrania powstają niemal każdego tygodnia, a katalog nowego, sieciowego labela rośnie w oczach. Oto przed nami krótkie anonse, dotyczące aż sześciu krążków (wszystkie by Discordian Records ***)), które nagrane zostały w Barcelonie w tamtym, ciekawym roku, a w powstaniu których znaczący udział miał nasz dzisiejszy bohater.

Bruitage I & II  (nagrane w lutym, 2011). Ogniste trio, które łączy w pełni akustyczne saksofony Toma Chanta i perkusję Javiera Carmony z gitarą elektryczną Pablo Regi. Sześć dość swobodnych improwizacji, pomieszczonych na dwóch wydawnictwach, łącznie ok. 77 minut. Zderzenie doom metalowej gitary i duetu bez prądu, który pragnie zaistnieć fonicznie. Rega wchodzi w ten tygiel bez jakichkolwiek jazzowych naleciałości. Ma power i tysiące pomysłów na sekundę. Cuchnie psychodelią, smakuje rockowym sztafażem. Nie brakuje mu także pokory, potrafi zejść na drugi plan i dać zaistnieć Chantowi i Carmonie. Tak dzieje się już w połowie pierwszej płyty. Saksofonista ma wtedy swoje pięć minut i nie odpuszcza. Drugi krążek zyskuje na wartości dzięki wygłuszeniu emocji i skupieniu się każdego z muzyków na brzmieniowych detalach. Rośnie też wzajemne zrozumienie i skłonność do kooperacji. Finał pokazuje więcej niż obiecywał hałaśliwy początek.




ACME (kwiecień?, 2011). Kolejna w pełni free improv propozycja. Intrygujący kwartet na dwa saksofony (Chefa Alonso na sopranie, Tom Chant na tenorze i sopranie) i krwistą motion sekcję (Barbara Meyer na wiolonczeli i Javier Carmona na perkusji). Cztery traki, niespełna 40 minut emocji. Od razu dodajmy – wielkich emocji! Saksofony przez całe nagranie pozostają w konwulsyjnym zwarciu, grają bez przerwy i wiją się wokół siebie, jak przypalone węgorze. Dyskutują, poklepują wzajemnie, nie stroniąc od uroczych, rozwichrzonych harmonii. W tle pląsa jakże kobieca w dotyku, plumkająca wiolonczela i wybrzmiewa nienachalny, pałeczkowaty drumming. Szczególnie zmysłowe zdają się być dialogi dwóch saksofonów sopranowych. Gdy w finale wiolonczela zaczyna drapieżnie smyczkować, dęciaki puentują to wyborną eskalacją. What a game!

A Man With A Hyena, Live At Robadors23 (wczesna jesień, 2011). Ostatnia w tym zestawie całkowicie swobodna improwizacja, tu w trzyosobowym składzie. Chantowi (saksofony, tu określone edytorsko jako reeds) towarzyszą Javiera Garcia na basie (to niechybnie kontrabas, ale istotnie amplifikowany) i Dani Dominguez na perkusji. Trzy duże kwadranse free jazzowej młócki. Chanta oczywiście stać na wszelkie subtelności, ale w towarzystwie tej sekcji nie dostaje szansy. Głośno, ostro i w ciągłym, nie zawsze przyjaznym zwarciu. Jedynie środek tego koncertu, gdy sekcja trochę odpuszcza, pozwala nam rozkoszować się kunsztem improwizatorskim Toma. Recenzent tylko nie wie, kto w tym zestawie został określony mianem Hjeny?

Na koniec dwie bardzo szczególne i dobitnie wartościowe płyty, za którym stoi przede wszystkim iście renesansowy geniusz El Pricto. Twórcy, który był głównym kreatorem obu przedsięwzięć, acz w najmniejszym stopniu muzykiem, realizującym określone potoki dźwiękowe.

Slaugtherhouse-Five (kwiecień, 2011). Po naszemu Rzeźnia Numer 5! Skojarzenie z jedną z najlepszych powieści Kurta Vonneguta, jak najbardziej stosowne. Jak donosi opis płyty, koncepcja, kompozycja (dwie z pięciu części) i dyrygentura po stronie El Pricto, zmyślne i kreatywne wykonawstwo po stronie kwintetu. Ten ostatni to trzy kolory saksofonów – altowy (Agustí Martínez), barytonowy (Xavier Díaz Herrera) i tenorowy (Tom Chant), kontrabas (Miguel Serna) i perkusja (Javier Carmona). Oto i wyjątkowa muzyka – ledwie 32 minuty dynamicznej, wspaniale zagranej i precyzyjnie dyrygowanej opowieści o urokach brzmienia saksofonów. Feeria barw, zwrotów akcji, pyskówek i zgodnych chórów piekielnych. Opowieść pełna rubasznego humoru, godnego zaiste wielkiej literatury, która ją zainspirowała. Ilustracyjna petarda, która urodą przypomina chwilami lekko upalonego Komedę. Doskonałe!




Orgonite, Protozoa (późna jesień, 2011). Na finał tej okropnie długiej opowieści, freejazzowy nieomal kwartet, bogobojnie poddany dyrygenturze El Pricto. Dwa saksofony (Tom Chant, sopran i tenor oraz Don Malfon, alt i baryton), kontrabas (Alvaro Rosso) i perkusja/ perkusjonalia (Javier Carmona). Dwa fragmentu autorstwa El Pricto (wspaniałe, rozbudowane, bogate aranżacyjnie perły … free jazzu), trzy pozostałe by Orgonite (bardziej swobodne improwizacje, wszakże realizowane pod czułem okiem dyrygenta). Zjawiskowa płyta, która rozkłada recenzenta na cztery łopatki. Gdzie leży granica między sterowaną kreacją, a buńczuczną spontanicznością? A może dopiero mieszanka tych elementów daje naprawdę wartościowy efekt? El Pricto, wyjątkowy muzyk i twórca, który stawia pytania i zostawia nas z pustką braku jednoznacznych odpowiedzi.


*) Historia Osobnego Wędrowca
**) krążek ten był już recenzowany na Trybunie, jednakże z mniejszym stopniem szczegółowości
***) przypominam, że wszystkie pozycje katalogowe Discordian Records dostępne są w streamingu i plikach audio na stronie discordianrecords.bandcamp.com.